Rozdział pierwszy
Właściciel restauracji dał znak pianiście i tango urwało się w połowie
taktu. Tańcząca para zatrzymała się pośrodku sali.
- No i co, panie dyrektorze? - zapytała szczupła blondynka, wyzwalając
się z ramion partnera i podchodząc do stolika, przy którym siedział
gruby człowiek o spoconej twarzy.
Właściciel wzruszył ramionami.
- Nie nada się? - rzuciła lekko blondynka.
- Nigdy w życiu. Nie ma ani słuchu, ani poczucia rytmu. Żeby chociaż był
przystojny...
Tancerz podszedł do nich z niepewną miną. Blondynka przyjrzała się
uważnie jego mocno znoszonemu ubraniu, włosom w kolorze włoskiego
orzecha, trochę kędzierzawym i przerzedzonym na czubku głowy, wąskim
ustom i silnie rozwiniętej dolnej szczęce.
- Ma pan jakieś taneczne doświadczenie?
- Nie. To jest, tańczyłem, ale prywatnie. Nawet mówili, że dobrze...
- Ale gdzie? - zapytał obojętnie właściciel restauracji.
Kandydat na tancerza obrzucił smutnym wzrokiem pustą salę.
- W swoich stronach, w Łyskowie.
Grubas się roześmiał.
- Przypominam, że tu jest Warszawa. A zatem trzeba elegancko, z szykiem
i fasonem. Moim zdaniem to nie dla pana. Niech pan sobie poszuka innego
zajęcia - pstryknął palcami i ruszył w stronę bufetu.
Blondynka pobiegła do garderoby, a niedoszły kandydat na tancerza
leniwie przerzucił przez ramię płaszcz, wcisnął na czoło kapelusz i wyszedł na świeże powietrze.
Ulicę zalewał gorący potop słońca. Zbliżało się południe. Ludzi było
niewielu. Ruszył wolnym krokiem ku Łazienkom. Na rogu Pięknej zatrzymał
się, sięgnął do kieszeni kamizelki i wysupłał z niej monetę.
Ostatnia - pomyślał niechętnie.
Zbliżył się do budki z papierosami i kupił dwa opakowania.
Przeliczył resztę i bezmyślnie stanął na przystanku tramwajowym. Jakiś
staruszek rzucił mu nieco zamglone spojrzenie, a elegancka kobieta z paczkami w ręce nerwowo wyglądała tramwaju. Obok niego, przestępując z nogi na nogę, czekał chłopiec z książką pod pachą. Właściwie nie była to
książka, tylko teczka oprawiona w szare płótno, z której wystawał plik
listów. Mężczyzna przyglądał się chłopcu i przypomniał sobie, że podobną
teczkę też kiedyś nosił, będąc gońcem u notariusza Windera, jeszcze
przed wojną, zanim został urzędnikiem na poczcie w Łyskowie.
Nadjechała dziewiątka i chłopak wskoczył na tylną platformę jeszcze w biegu, tyle że nieszczęśliwie zawadził o poręcz i listy malowniczo
rozsypały się na stopniach.
Ma chłopak szczęście, że dziś sucho - pomyślał, przyglądając się, jak
dzieciak nerwowo zbiera papiery.
Tramwaj ruszył i jedna z kopert upadła na jezdnię. Mężczyzna podniósł ją
i zaczął nią machać, ale chłopak niczego nie zauważył, pochłonięty
zbieraniem pozostałych listów. Była to elegancka koperta z odręcznie
wypisanym adresem.
JW Pan Prezes Artur Rakowiecki. Al. Ujazdowskie 7.
Wewnątrz (koperta była niezaklejona) znajdowała się równie elegancka
karta, złożona na pół. Z jednej strony wydrukowano coś po francusku, z drugiej, prawdopodobnie to samo, po polsku:
Prezes Rady Ministrów ma zaszczyt zaprosić JW Pana na raut z okazji
przyjazdu J. E. Kanclerza Republiki Austriackiej. Impreza odbędzie się
15 lipca br. o godz. 20.00 w dolnych salonach Hotelu Europejskiego.
U dołu drobnymi literami podano:
Strój balowy - ordery.
Przeczytał jeszcze raz adres: Al. Ujazdowskie 7.
Odnieść? Może dostanie jakieś znaleźne? Spróbować nie zaszkodzi. Numer 7
to zaledwie kilkadziesiąt kroków stąd.
Na tablicy lokatorów przy nazwisku A. Rakowiecki widniał numer 3, a zatem mieszkanie na pierwszym piętrze. Mężczyzna nacisnął dzwonek,
odczekał chwilę i spróbował raz jeszcze.
Najwyraźniej jednak miał pecha. W końcu zjawił się dozorca domu i oświadczył, że pan prezes wyjechał za granicę.
- Trudno - mężczyzna wzruszył ramionami i ruszył do domu. Minęło dobre
pół godziny, zanim dotarł na ulicę Łucką.
Wszedł do środka i od razu uderzył go w nozdrza drażniący aromat
przypieczonej cebuli, spalonego tłuszczu i woń suszących się pieluszek.
Z kąta rozległ się kobiecy głos.
- Zamykać drzwi, przeciąg jest i dziecko się przeziębi.
Burknął coś pod nosem, zdjął kapelusz, powiesił palto na gwoździu i usiadł przy oknie.
- No i co - odezwała się kobieta - znowu nic?
- Znowu...
- Ej, panie Dyzma, mówiłam, że to nie dla pana. Na wsi, na prowincji o chleb jakoś łatwiej. A tu, wielkie miasto, nie dla każdego.
Nie odpowiedział. Już trzeci miesiąc był bez pracy, odkąd zamknięto bar
Pod Słoniem na Pańskiej, gdzie dostawał darmową kolację i zarabiał swoje
pięć złotych dziennie, grając na mandolinie. Potem Urząd Pośrednictwa
Pracy dał mu robotę przy budowie węzła kolejowego, ale Dyzma ani z inżynierem, ani z majstrem, ani z robotnikami nie mógł jakoś dojść do
ładu i po dwóch tygodniach otrzymał wymówienie. Może to faktycznie nie
dla niego?
Kobieta prawdopodobnie myślała o tym samym, bo nagle odezwała się:
- Panie Dyzma, nie lepiej wrócić w swoje strony, do rodziny? Coś tam na
pewno się znajdzie.
- Przecież mówiłem już, pani Walentowa, że rodziny żadnej nie mam.
- Poumierali?
- Poumierali.
Walentowa skończyła obieranie kartofli i postawiła garnek na ogniu.
- W Warszawie nie jest łatwo. Mój pracuje trzy dni w tygodniu i ledwie
na żarcie starczy, a jeszcze straszą, że fabrykę zamkną. Gdyby nie
Mańka, to nie byłoby czym czynszu zapłacić. Zapracowuje się dziewczyna,
a i to na nic. Jak gościa ze dwa razy na tydzień nie złapie...
- Niech uważa - wtrącił szybko Dyzma - bo jak ją dorwą bez książeczki...
Kobieta przewinęła dziecko i rozwiesiła nad płytą mokrą pieluszkę.
- Niech pan nie kracze! - rzuciła opryskliwym głosem. - Najlepiej to
zająć się swoimi sprawami. I przypominam, że od trzech miesięcy
pieniędzy za czynsz nie widziałam.
- Zapłacę - bąknął Dyzma.
- Zapłacisz pan albo nie. A pieniądze piechotą nie chodzą. A pana to
jakoś specjalnie nie lubią, bo co pan robotę podłapie, to zaraz ją
traci.
- Kto pani takich bzdur nagadał?
- Też mi wielka tajemnica. Sam pan to Mańce opowiadał.
Zapadła cisza.
Dyzma odwrócił się w stronę okna i przyglądał odrapanym murom podwórza.
Istotnie, prześladował go jakiś pech. Nigdzie nie mógł zagrzać na dłużej
miejsca. Z gimnazjum wydalili go już w czwartej klasie za upór i brak
pilności. U notariusza pracował chyba najdłużej. Może dlatego, że znał
język niemiecki, przynajmniej na tyle, że rozumiał, dokąd go posyłano.
Później było już tylko gorzej. Wojna, trzy lata służby w taborach
batalionu telegraficznego i jedyny awans na pocztyliona. Znowu poczta w Łyskowie, zanim nie doszło do redukcji etatów. Dzięki proboszczowi
załapał się do pracy w czytelni, ale na krótko, bo szybko okazało się,
że nie umie utrzymać półek z książkami w należytym porządku.
Cholerny pech.
Rozmyślania Dyzmy przerwał ryk syren z okolicznych fabryk. Walentowa
zaczęła nakrywać do stołu, a Dyzma leniwie wstał i wyszedł.
Bezmyślnie błąkał się po ulicach, chociaż było upalnie i bolały go nogi.
Ale siedzenie w mieszkaniu i wysłuchiwanie uszczypliwych uwag Walentego
Barcika, który zaraz miał wracać z pracy, oraz lekceważących docinków
Mańki, a zwłaszcza przyglądanie się ich jedzeniu, było ponad jego siły.
Od dwóch dni nie miał nic w ustach, poza papierosami, na które wydał
ostatnie grosze.
Przechodząc obok mięsnego, skąd dolatywał go zapach kiełbas, wstrzymał
oddech. Starał się odwracać głowę od okien sklepów spożywczych, a jednak
głód nie dawał o sobie zapomnieć.
Nikodem Dyzma zdał sobie jasno sprawę z faktu, że znajduje się w wyjątkowo podłej sytuacji życiowej.
Czy to go przerażało? Bynajmniej. Psychika Nikodema Dyzmy pozbawiona
była bowiem elementu wyobraźni. Zasięg jego przewidywań i planów nie
przekraczał granic najbliższych dni i skoro ubiegły tydzień udało mu się
przeżyć dzięki sprzedanemu zegarkowi, to w następnym opchnie lakierki i jakoś to będzie.
Nabycie tego stroju kosztowało go wprawdzie wiele wyrzeczeń i ograniczeń, liczył jednak, że dzięki niemu zdobędzie posadę tancerza do
wynajęcia, a co za tym idzie - poprawi swoją pozycję materialną, ale
plan diabli wzięli. W tej sytuacji mógł się bez bólu rozstać ze swoim
ubiorem.
Zbliżała się szósta, najwyższy czas wracać.
W mieszkaniu była tylko Mańka, wątła brunetka o nerwowych ruchach.
Widocznie miała dzisiaj wieczorem coś w planach, bo siedziała przy oknie
i malowała się, wydymając usta w dzióbek. Dyzma stanął w kącie.
Dziewczyna zerknęła na niego.
- Niech się pan odwróci, będę się przebierać.
- Nie patrzę - odparł.
- To i dobrze, bo od samego patrzenia na słodkie zęby się psują -
zachichotała.
Mruknął coś pod nosem. Dziewczyna wzruszyła ramionami i ściągnęła
sukienkę. Nikodem istotnie nie zwracał na nią uwagi, poza tym potwornie
go irytowała. Najchętniej wyrzuciłby ją za drzwi. Ciągle mu dokuczała,
zupełnie jakby to było jej ulubionym zajęciem. Nie obrażało to jego
ambicji, bo chyba jej w sobie jeszcze nie rozwinął. Nie dotykało również
godności, ponieważ nigdy nie odczuwał różnicy między sobą, bezrobotnym
pracownikiem umysłowym, a tą pospolitą dziewuchą. Po prostu miał dosyć
tego ustawicznego dogryzania.
Tymczasem Mańka w końcu ubrała się, narzuciła na ramiona chustkę i stanęła przed Dyzmą, szczerząc duże białe zęby.
- Ładnie?
- Guzik mnie to obchodzi! - rzucił z wściekłością.
Wzięła go dwoma palcami pod brodę, lecz szybko cofnęła rękę, gdyż Dyzma
nagłym ruchem machnął pięścią, uderzając ją w dłoń.
- Cham! - syknęła. - Może jeszcze mnie uderzysz? Damski bokser!
Coś tam jeszcze mamrotała, lecz Dyzma już jej nie słuchał. Zaczął
otwierać walizkę, a w myślach obliczał, ile może za nią dostać. Sam na
Kercelaku zapłacił siedemdziesiąt. Na lakierkach też przyjdzie stracić z osiem, a może i dziesięć złotych.
W końcu Mańka skończyła swoją nudną gadkę i, trzasnąwszy drzwiami,
wyszła.
Nikodem Dyzma otworzył walizę i wyjął frak.
- Nieźle - uśmiechnęła się Walentowa. - Bal czy ślub?
Nie odpowiedział. Złożył starannie spodnie, koszulę i kamizelkę, owinął
paczkę gazetą i poprosił o sznurek.
- Wybiera się pan na Kiercelak? - zapytał Walenty, patrząc na niego znad
miski smażonej cebuli i ziemniaków.
- Tak.
- Dziś sobota, słaby dzień. Niewiele za to się dostanie.
Smalec skwierczał na patelni. Nikodem przełknął ślinę.
- Trudno.
Nagle przypomniał sobie, że nie sprawdził wszystkich kieszeni. Szybko
rozwinął paczkę i zaczął przeszukiwać materiał. W spodniach znalazł
szklaną papierośnicę, a we fraku chusteczkę do nosa. Wziął oba
znalezione przedmioty i wsunął do kieszeni marynarki. Jednocześnie
namacał w niej coś jeszcze. Jakby papier... Ach, to ten znaleziony list.
Zaproszenie.
Ponownie wyjął go z koperty i przeczytał. Tym razem zwrócił uwagę na
drobny druk.
Strój balowy - ordery.
Rzucił okiem na frak. Zmarszczył czoło. Raut... Jedzenie, dużo jedzenia,
i to za darmo...
Chyba oszalałem - pomyślał, a jednak znowu uważnie przeczytał
zaproszenie: 15 lipca, godzina 20.00.
- Panie Walenty, dziś piętnasty? - zapytał.
- Dokładnie.
- A która godzina?
- Siódma, jeśli się znam na zegarku.
Dyzma stał chwilę nieruchomo.
A co mi mogą zrobić? - zastanowił się. - Najwyżej wyrzucą za drzwi.
Zresztą, na pewno będzie tam sporo różnych ludzi, nie mogą znać
każdego...
Wyjął przybory do golenia i zaczął się przygotowywać.
Pracując w czytelni powiatowej, podczas długich godzin, kiedy nie miał
wiele pracy, z nudów czytał książki. Nieraz trafiał na opis balów i rautów, urządzanych przez różnych hrabiów i ministrów. Wiedział - o ile
książki opisywały prawdę - że na takich przyjęciach zazwyczaj bywa wiele
osób nieznających się wzajemnie, i to mogło być kluczem do sukcesu.
Zwłaszcza jeżeli nie będzie specjalnie wyróżniał się spośród gości.
Jedzenie, dużo jedzenia - myślał Dyzma. - Mięso, chleb, ryba...
Umył się nad zlewem, rozczesał szorstkie włosy i wciągnął wykrochmaloną
koszulę.
- A nie mówiłam, że na wesele idzie - powiedziała Walentowa i puściła
oko do męża, który tylko burknął:
- A co nam do tego?
Dyzma z trudem dopiął sztywny kołnierzyk, zawiązał krawat i włożył frak.
- Jedzenie, dużo jedzenia - wyszeptał.
- Co pan mówi?
- Nic. Do widzenia - odparł i wyszedł z domu.
Przy najbliższej latarni raz jeszcze obejrzał zaproszenie i stwierdził,
że nie zawierało nazwiska adresata. Schował je do kieszeni, a kopertę
podarł i wyrzucił.
Dość słabo orientował się w mieście, wreszcie postanowił iść znajomą
drogą. Skręcił w Żelazną, a na rogu Chłodnej zawrócił w stronę kościoła.
Stąd już widział ulicę Elektoralną i plac Bankowy.
Miasto kipiało wieczornym życiem robotniczych dzielnic. Z otwartych
knajp dolatywały chrapliwe dźwięki akordeonów, po zaśmieconych
chodnikach spacerowały grupy wyrostków w porozpinanych marynarkach i bez
kołnierzyków. Dziewczyny trzymały się pod ręce, chichotały i szeptały. W bramach stały lub siedziały na wyniesionych z mieszkania taboretach
kobiety z dziećmi na rękach.
Gdy dotarł do placu Teatralnego, zegar na ratuszowej wieży wskazywał
pięć po ósmej.
Przyśpieszył kroku i po chwili znalazł się przed hotelem.
Widział, jak podjeżdżają lśniące samochody, jak wysiadają z nich
eleganccy mężczyźni i kobiety wystrojone w futra pomimo upału.
Poczuł się onieśmielony.
Czy będzie potrafił się zachować?
A może już po twarzy widać, że tu nie pasuje?
Głód jednak zwyciężył. Dyzma postanowił, że porządnie się naje, a potem
niech go wyrzucają za drzwi. Korona mu z głowy przez to nie spadnie.
Zacisnął zęby i wszedł do środka.
Zanim się zorientował, służba zabrała mu palto i kapelusz, a ktoś inny
zaprowadził do wielkich drewnianych drzwi, które szeroko otworzył.
Przed oczami Nikodema zawirowała ogromna sala, a na niej czarne plamy
fraków i barwne suknie pań. Poczuł silny zapach perfum, który niemal go
odurzył.
Stał nieruchomo przy drzwiach, gdy nagle dostrzegł przed sobą mężczyznę,
który najwyraźniej mu się kłaniał i jednocześnie podał rękę. Dyzma
machinalnie wyciągnął swoją.
- Pan pozwoli, że się przedstawię - odezwał się mężczyzna. - Jerzy
Antoniewski, sekretarz osobisty premiera. I właśnie w jego imieniu
dziękuję za przybycie. Zapraszam do stołu - dodał jeszcze, a potem
zniknął, by przywitać innych gości.
Nikodem Dyzma otarł pot z czoła.
Dzięki Bogu! Na razie wszystko idzie jak z płatka...
Zmrużył oczy i zaczął się rozglądać. Większość stała z talerzykami w dłoniach lub siedziała przy małych stolikach. Zerknął na stół zastawiony
półmiskami z jedzeniem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Najchętniej
chwyciłby coś w garść i pożarł gdzieś w kącie, ale nie chciał zachowywać
się jak dzikie zwierzę.
W końcu odważył się sięgnąć po talerz i widelec, nałożył dużo sałaty i kawałek pasztetu. Usta miał pełne śliny i nie mógł wprost oczu oderwać
od tych smakołyków. Nagle, gdy odwrócił się, by upatrzyć sobie
ustronniejsze miejsce, poczuł dość silne uderzenie w łokieć. Talerz,
wytrącony z ręki, roztrzaskał się o podłogę.
Dyzmę ogarnęła wściekłość. Przed jego nosem bezceremonialnie przepychał
się jakiś grubas, który nawet nie raczył się odwrócić, by przeprosić za
swoją niezgrabność. Tego było już za wiele.
Dwoma krokami dopadł winowajcy i z całej siły chwycił go za łokieć.
- Na przyszłość proszę trochę uważać, a nie zachowywać się jak słoń w składzie porcelany! - rzucił mu prosto twarz.
Oczy grubasa wyrażały najwyższe zdumienie, a nawet coś w rodzaju
przerażenia. Spojrzał na podłogę i zaczął przepraszać, mocno
skonsternowany.
Wokół zrobiło się cicho. Nadbiegł kelner, uprzątnął nieporządek, a drugi
podał Dyzmie nowy talerz.
Cholera, chyba niepotrzebnie się aż tak uniosłem - pomyślał i zaczął
szybko nakładać kolejne potrawy na talerz. Zanim go stąd wyrzucą,
przynajmniej się porządnie posili.
Tymczasem sala napełniała się coraz bardziej i Dyzma z ulgą stwierdził,
że nikt nie zwraca na niego uwagi. To go nieco ośmieliło. Pochłaniając
kolejną porcję, spostrzegł tacę z kieliszkami pełnymi wina. Wypił dwa,
jeden po drugim i od razu poczuł się bardziej pewnie. Gdy sięgnął po
trzeci, ze zdumieniem spostrzegł, że sąsiedni kieliszek, podniesiony
czyjąś ręką, uderza lekko o jego własny.
Jednocześnie dobiegł go głos:
- Pan pozwoli, że z nim wyp?ę?
Naprzeciwko niego stał wysoki brunet w mundurze pułkownika i uśmiechał
się jakoś dwuznacznie, a potem wyciągnął rękę.
- Wareda.
- Dyzma - odpowiedział Nikodem, ściskając dłoń mężczyzny.
- Winszuję panu - zaśmiał się pułkownik. - Pięknie osadził pan
Terkowskiego. Należało mu się.
Dyzma poczuł, że się rumieni.
Aha - pomyślał - zaraz mnie stąd wyrzucą.
- Ha, ha! - pułkownik Wareda puścił do niego oko - widzę, że jeszcze
teraz krew pana zalewa na samo wspomnienie tego cymbała. Winszuję,
panie... Dyzma. Terkowski dawno nie dostał takiej nauczki. Pańskie
zdrowie!
Tego się nie spodziewał. Najwyraźniej jednak między grubasem Terkowskim
a pułkownikiem musiało dojść do jakiegoś spięcia, stąd ten toast. Niech
będzie, każda okazja jest dobra.
- Głupstwo - odparł - szkoda tylko... tej... sałaty i talerzyka.
Wareda wybuchnął głośnym śmiechem.
- Pyszny kawał! Ależ pan jest złośliwy, panie Dyzma, pańskie zdrowie raz
jeszcze! Wie pan - dodał po chwili, odstawiając kieliszek - że to
pierwszorzędny kawał? Terkowski głupstwo, ale szkoda sałaty!
Dyzma rozciągnął w uśmiechu usta pełne tartinek i doszedł do wniosku, że
podoba mu się tutaj coraz bardziej.
Pułkownik zaproponował mu papierosa i wskazał ręką okno. Ledwie zdążyli
zapalić, kiedy podszedł do nich krępy, siwiejący blondyn o gwałtownych
ruchach i szklistych oczach.
- Wacek! - zawołał - załapię się na papierosa? Zapomniałem swoich.
Pułkownik wyciągnął ponownie srebrną papierośnicę.
- Służę. Pozwól, że ci przedstawię... pan Dyzma, pan minister Jaszuński.
Dyzma aż się skurczył. Nigdy w życiu nie widział ministra. Kiedy w urzędzie pocztowym w Łyskowie mówiło się o ministrze, było w tym słowie
coś nierealnego, abstrakcyjnego i nieskończenie odległego. Coś jak
święty, tyle że stąpający po ziemi. Z nabożeństwem uścisnął wyciągniętą
rękę.
- Wyobraź sobie - zaczął pułkownik - że pan Dyzma miał przed chwilą
incydent z tym bałwanem Terkowskim.
- Ach! To pan? - ożywił się minister. - Słyszałem, słyszałem. Gratuluję!
Dyzma na wszelki wypadek podziękował. Nagle minister mrugnął do niego
znacząco.
- Rozdęta wielkość i pycha. Pcha się wszędzie i panoszy, a koniec końców
jest mniej wart od...
- ...sałaty - zachichotał pułkownik Wareda.
Znowu zaczęli się śmiać, a minister, wziąwszy Dyzmę pod ramię, oznajmił
wesoło:
- Jeszcze raz, panie Dyzma, szczerze gratuluję. Obyśmy mieli w kraju
więcej takich ludzi jak pan, drogi przyjacielu. Nie wolno dawać dmuchać
sobie w kaszę.
Nikodem Dyzma powoli ochłonął po pierwszych uniesieniach, rozmowach i winie. Dodatkowo napełniony żołądek uspokoił jego napięte nerwy.
Początkowo zdawało mu się, że biorą go za kogoś innego, noszącego to
samo nazwisko, później jednak doszedł do wniosku, że po prostu uważają
go za swego, bo zrugał Terkowskiego. Swoją drogą, ciekawe kto to? Pewnie
też jakaś ważna figura. Ważna, ale nie lubiana.
Po jakimś czasie doszedł jednak do wniosku, że najbezpieczniej będzie,
jeśli zaraz stąd wyjdzie. Niepokoił go głównie stojący nieopodal starszy
mężczyzna, który bacznie mu się przyglądał.
Czego ten stary ode mnie chce?
Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Starszy pan zatrzymał
przechodzącego kelnera i coś mu szepnął do ucha, wskazując ruchem głowy
Dyzmę. Kelner ukłonił się, a następnie podszedł do Nikodema i oświadczył:
- Ten pan prosi o chwilę rozmowy.
Nie było rady. O ucieczce nie mogło już być mowy. Nikodem zrobił trzy
kroki naprzód i obrzucił siwego jegomościa ponurym spojrzeniem. Ten
jednak uśmiechnął się szeroko i odezwał dość sympatycznym tonem:
- Najmocniej przepraszam, ale o ile się nie mylę, to miałem zaszczyt
poznać szanownego pana w zeszłym roku na zjeździe przemysłowców w Krakowie. Nie przypomina pan sobie? W kwietniu? Leon Kunicki.
Mówił szybko i nieco seplenił, a jego drobna dłoń wysunęła się ku
Dyzmie.
- Leon Kunicki - powtórzył dla pewności.
- Nikodem Dyzma. Ale myli się pan, w Krakowie nigdy nie byłem. Musiał to
być ktoś do mnie podobny.
Staruszek zaczął przepraszać i mówić tak szybko, że Dyzma kompletnie za
nim nie nadążał.
- Tak, tak, oczywiście, bardzo przepraszam. Już się ucieszyłem, że
spotkałem kogoś znajomego, bo tak to nie mam z kim paru zdań zamienić, a miałbym mały interes, no nic, trudno. Szkoda, bo zauważyłem, że jest pan
w bliskich stosunkach z naszym ministrem rolnictwa, i pomyślałem sobie,
że mógłby mnie pan przedstawić. Ale najmocniej przepraszam.
- Nie ma za co - Dyzmie w końcu udało się wtrącić jakieś zdanie.
Najchętniej dałby już nogę, ale staruszek nie odpuszczał.
- A swoją drogą, może mógłby mi pan wyświadczyć serdeczną przysługę?
- Niby jaką? - zdziwił się Dyzma.
- Chodzi o to, żeby mnie jednak przedstawić panu ministrowi, od razu
zacząłby mnie traktować inaczej, w końcu to byłaby przyjacielska
rekomendacja.
- Przyjacielska? - Dyzma z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Niech się szanowny pan nie zapiera. Sam słyszałem waszą rozmowę, a słuch mam dobry.
- Ależ... - Dyzma próbował zaprotestować, niestety bezskutecznie.
- Ja się nie narzucam, ale byłbym stokrotnie wdzięczny, cóż to pana
kosztuje?
Nagle otwarto drzwi do sąsiedniej sali, co na moment przerwało gadaninę
staruszka. Zrobił się ruch i lekki tłok przy drzwiach. Minister
Jaszuński przeszedł koło nich, uśmiechnął się do Dyzmy i oznajmił swoim
towarzyszom:
- A oto i bohater dzisiejszego wieczoru.
Kunicki niemal popchnął Dyzmę, a sam zgiął się przed ministrem w ukłonie. Chcąc nie chcąc, Dyzma wypalił:
- Pozwoli pan, że przedstawię. Leon Kunicki, mój stary dobry znajomy.
Na twarzy ministra pojawiło się zdziwienie. Nie miał jednak czasu na
odpowiedź, bowiem Kunicki, potrząsając jego ręką, zaczął wykrzykiwać, że
jest dumny z poznania tak znakomitego męża stanu, któremu ojczyzna, a zwłaszcza rolnictwo, a jeszcze bardziej leśnictwo, mają tyle do
zawdzięczenia, że do grobu nie zapomni tej chwili... Jak również tego,
że Dyzma go osobiście przedstawił.
Potok sepleniących słów płynął tak wartko i nieprzerwanie, że minister,
coraz bardziej oszołomiony, zdołał jedynie bąknąć:
- Bardzo mi przyjemnie.
Gdy jednak natarczywy staruszek zaczął mówić o lasach państwowych w Grodzieńszczyźnie i o tartakach Bóg jeden wie gdzie, minister doszedł do
wniosku, że pora z tym skończyć, w przeciwnym razie umrze z nudów.
- Nie mówmy o tym tu i teraz. Inaczej nie miałbym nic do roboty,
urzędując w ministerstwie.
Podał rękę Dyzmie, Kunickiemu skinął głową i odszedł.
- Twarda sztuka ten pański minister - rzekł Kunicki. - Czy on zawsze
jest taki?
- Zawsze - odparł na wszelki wypadek Dyzma.
Przyjęcie dobiegało końca, ale wiele osób udało się jeszcze na kolację
do sąsiedniej sali restauracyjnej.
Staruszek przyczepił się Dyzmy na dobre. Usiadł nawet obok niego przy
stole i cały czas trajkotał. Dyzma poczuł, że puchnie mu głowa. Możliwe
jednak, że głównymi winowajcami tego stanu rzeczy mogły być koniak i kilka kieliszków wina, zwłaszcza że powoli zaczął odczuwać zmęczenie i senność. Z rozrzewnieniem myślał o swoim składanym wąskim łóżku, które
zaraz po powrocie do domu rozstawi sobie pod oknem. Jutro niedziela,
może będzie mógł się wyspać nawet do dziesiątej.
Tymczasem Kunicki chwycił go pod ramię.
- Drogi panie, niechże mi pan nie odmawia, dopiero jedenasta, proszę
wypić ze mną kieliszek dobrego węgrzyna! Mieszkam tu, w Europejskim, na
pierwszym piętrze. Mam do pana bardzo ważną sprawę. No, drogi panie
Dyzma, nie odmówi mi pan przecież! Na pół godzinki albo chociaż
kwadransik.
W końcu Dyzma uległ, bo już nie miał siły wymyślać żadnych wymówek.
Wyszli do hotelowego holu, gdzie Kunicki kazał podać węgierskie wino. W tym samym czasie większość osób opuszczała hotel, a stojący na chodniku
portier głośno nawoływał:
- Auto pana ministra Jaszuńskiego!
Kiedy podjechała lśniąca limuzyna, minister, żegnając się z pułkownikiem
Waredą, zapytał nagle:
- Przypomnij mi raz jeszcze, jak nazywał się ten facet, który tak
dojechał Terkowskiego?
- Dyzma.
- To chyba jakiś przemysłowiec, przyjaźni się z tym Kunickim, co to miał
proces o dostawę podkładów kolejowych.
- Możliwe. W każdym razie - swojski typ.
- Tak, no i silny charakter, co widać po mocno wysuniętej dolnej
szczęce.
Zawarczał motor, trzasnęły drzwiczki i minister odjechał. Na chodniku
pozostał sam pułkownik, patrząc nieco osłupiałym wzrokiem za oddalającym
się samochodem.
- Urżnął się czy co? - wymamrotał. - Co ma wspólnego charakter ze
szczęką?
Rozdział drugi
Na stole stała lampa z zielonym, niskim kloszem oświetlająca jedynie
mały krąg pluszowej serwety, pudło z cygarami, omszałą butelkę i dwa
kieliszki bursztynowego płynu. Pokój tonął w mroku, w którym niewyraźnie
rozpływały się kontury sprzętów.
Dyzma zapadł w miękki fotel i przymknął oczy. Czuł się niezwykle
ociężały i tak senny, że najchętniej od razu zasnąłby jak kamień, tyle
że przeszkadzał mu w tym monotonny, sepleniący głos i poruszająca się w drugim fotelu drobna postać Kunickiego. Jego małe, uważne i natarczywe
oczy zdawały się przebijać mrok, usiłując odnaleźć spojrzenie Dyzmy.
- Powiem panu, że bardzo ciężko jest z tą całą biurokracją małych
urzędników prowincjonalnych. Kłody pod nogi. Wszyscy zasłaniają się
przepisami, ustawami i chcą mnie zrujnować, a zatrudnionym u mnie
robotnikom odebrać chleb. Panie Dyzma, w panu jedyny ratunek.
- We mnie? - Nikodem gwałtownie otrzeźwiał.
- W panu - powtórzył Kunicki z przekonaniem. - Widzi pan, już czwarty
raz jestem w tej sprawie w Warszawie i obiecałem sobie, że tym razem
wysadzę z siodła tego tumana Olszewskiego, a w Ministerstwie Rolnictwa
uzyskam jakieś ludzkie warunki na drewno z lasów państwowych. W przeciwnym razie koniec! Likwiduję wszystko! Sprzedam tartaki, fabrykę
mebli, papiernię, fabrykę celulozy, a sam sobie palnę w łeb. Pańskie
zdrowie, panie Dyzma - dodał, ciężko wzdychając, i opróżnił duszkiem
swój kieliszek.
- Ale jak ja mogę panu pomóc?
Staruszek przyjrzał mu się spod zmrużonych powiek. Przysunął bliżej
fotel i nagle zmienił ton.
- Szanowny panie. Powiem tak... Gdyby teraz stanął przede mną czarodziej
i powiedział: "Kunicki! Postaram się tę sprawę załatwić, zwolnię
Olszewskiego, a na jego miejsce do Dyrekcji Lasów Państwowych wsadzę
kogoś, z kim można się dogadać. Pytanie tylko, co dostanę w zamian?". I ja wtedy bez zająknienia odparłbym: "Panie czarodzieju, trzydzieści,
niech będzie trzydzieści pięć tysiączków gotóweczką! Jak Boga kocham! Na
koszta dziesięć do rączki, a po załatwieniu reszta".
Umilkł i spojrzał pytająco na swojego towarzysza.
Ale ten milczał. Zrozumiał od razu, że staruszek proponuje mu łapówkę za
zrobienie czegoś, czego on, Nikodem Dyzma, za diabła zrobić nie umiał.
Bo niby jak?
Olbrzymia suma, której wysokość tak daleko wykraczała poza jego
rzeczywistość, a nawet marzenia, jeszcze bardziej podkreślała
nierealność całej tej transakcji. Gdyby Kunicki zaproponował mu trzysta
czy też pięćset złotych, interes straciłby dla Dyzmy swoją abstrakcyjną
nieosiągalność i stał się korzystną okazją do naciągnięcia starego.
Przez głowę Nikodema przeleciała nawet myśl, czy nie nastraszyć
Kunickiego policją. Może dałby mu na odczepnego z pięćdziesiąt złotych?
Milczenie Dyzmy speszyło staruszka. Nie wiedział, co o nim myśleć. Czy
nie był zbyt obcesowy? Czy go nie zraził? To byłoby katastrofą.
Wyczerpał już wszystkie znajomości i układy, wyrzucił masę pieniędzy,
stracił moc czasu, więc gdyby i ta szansa wymknęła mu się z rąk...
Postanowił wszystko naprawić i złagodzić nieco obcesowość swojej
propozycji.
- Oczywiście, trudno wymagać od kogoś, żeby zajmował się sprawami, które
zna tylko z opowiadania, prawda?
- Absolutnie.
- Wie pan co? Właśnie wpadłem na świetny pomysł. Panie Dyzma, proszę
przyjechać do mnie, do Koborowa, na kilka tygodni. Odpocznie pan,
skorzysta z uroków wsi i jej cudownego powietrza. Do tego jazda konna,
wyprawy motorówką na jeziorze... A przy okazji przyjrzy się pan memu
gospodarstwu i tartakom. Co pan na to?
Ta nowa propozycja tak zaskoczyła Dyzmę, że aż szeroko otworzył usta.
Kunicki jednak nie przestawał nalegać, wychwalać zalet odpoczynku, wsi,
sosnowego lasu i zapewniać, że wszyscy będą zachwyceni przyjazdem gościa
z Warszawy.
- Ależ panie Kunicki - wtrącił Dyzma - tak się składa, że ja chyba,
niestety, za dużo odpoczywam.
- O, tego nigdy za wiele - staruszek klasnął w dłonie.
- Jestem bezrobotny - Dyzma uśmiechnął się blado.
Trudno, trzeba wyłożyć kawę na ławę.
Spodziewał się wyrazu rozczarowania i zdumienia na twarzy Kunickiego,
ale ten tylko wybuchnął śmiechem.
- Ha, ha, ale z pana dowcipniś. Bezrobotny! Oczywiście, z handlem i z przemysłem teraz krucho. Trudno o intratne stanowiska, a pensje
urzędnicze nawet na wysokich szczeblach są nie do pozazdroszczenia.
- Wiem coś o tym - potwierdził Dyzma. - Sam przez trzy lata byłem na
państwowej służbie.
Nagle Kunickiemu rozjaśniło się w głowie.
Spryciarz! - pomyślał. - Ale może to i dobrze, że nie chce niczego za
darmo.
- Coś panu powiem - zaczął - od chwili, gdy pana poznałem, od razu
pomyślałem, że Bóg mi sprzyja. Oby to się potwierdziło. Panie Dyzma,
panie Nikodemie złoty, to jest cudowny zbieg okoliczności. Pan szuka
dobrego stanowiska, a ja już jestem w tym wieku, kiedy człowiek nie ma
za wiele sił. Co by zatem pan powiedział, gdybym zaproponował mu objęcie
generalnej administracji moimi majątkami i zakładami przemysłowymi?
Niech pan nie sądzi, że to mały obiekt. Mam tego naprawdę sporo - dodał
z dumą.
- Nie wiem, czy potrafiłbym. Zupełnie się na tym nie znam - przyznał
szczerze Dyzma.
- O, proszę szanownego pana - zaoponował Kunicki - to szybko się pan
zapozna. Zresztą na miejscu sam to jakoś ogarnę, bardziej potrzebowałbym
kogoś do tych wszystkich wyjazdów, dob?ania się o łaskę u takich
Olszewskich, załatwiania spraw w ministerstwach - na to jestem już za
stary. Tu trzeba kogoś energicznego, dynamicznego, no i młodego.
Szanowny pan chyba jeszcze i czterdziestki nie ma?
- Skończyłem trzydzieści sześć.
- Piękny wiek! Królu złoty, nie zniosę żadnej odmowy. Będzie pan miał
wygodne mieszkanie, albo z nami w pałacu, albo w osobnym pawilonie, jak
pan zechce. Konie do dyspozycji, samochód również. Kuchnia na miejscu
jest doskonała, do miasta niedaleko, a jak pan zechce do Warszawy
pojechać, to nie widzę żadnych przeszkód. A co do warunków, to już pan
zechce łaskawie się określić...
- Hm - bąknął Dyzma - doprawdy nie wiem...
- Więc powiedzmy tak... tantiemy trzydzieści procent od zwiększonego
przez pana dochodu, zgoda?
- Zgoda - kiwnął głową Dyzma, nie bardzo orientując się, na co się
zgadza.
- A pensja, niech będzie... dwa tysiące miesięcznie.
- Ile? - zdumiał się Dyzma.
- No dobrze, dwa tysiące pięćset. Oraz koszty rozjazdów. To jak, zgoda?
Dyzma półprzytomnie uścisnął drobną dłoń staruszka, zastanawiając się,
czy to wszystko czasem mu się nie śni.
Tymczasem Kunicki, zaróżowiony i uśmiechnięty, nie przestając ani na
chwilę seplenić, wyjął z wewnętrznej kieszeni fraka wieczne pióro,
zapełnił kartkę kilkunastoma wierszami drobnych, okrągłych literek i podsunął Dyzmie do podpisu. Kiedy Nikodem kaligrafował swoje nazwisko
precyzyjnym, choć dość skomplikowanym zakrętasem, Kunicki odliczył z portfela kilkanaście szeleszczących banknotów.
- Oto pięć tysięcy zaliczki, służę uprzejmie.
I zaczął omawiać wyjazd Dyzmy oraz wszelkie związane z tym kwestie.
Widać było, że jest wielce zadowolony z dobitego targu. Zupełnie jakby
czuł, że właśnie trafił w dziesiątkę.
*
Zaczynało świtać. Na seledynowym niebie z trudem można było dostrzec
topniejące punkciki gwiazd. Latarnie jeszcze jaśniały białym światłem, a miasto bardzo powoli budziło się do życia.
Nikodem Dyzma szedł ulicami, a echo jego kroków brzmiało ostro i donośnie.
To, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru, jawiło się teraz w jego
świadomości niczym kłębowisko dziwnych wrażeń, migotliwych, trochę
niejasnych i nieuchwytnych.
Czuł, że spadło na niego wielkie szczęście, lecz na czym polegało, co
oznaczało, skąd się wzięło i dlaczego - tego jeszcze nie pojmował.
Im dłużej nad tym myślał, tym wszystko zdawało mu się mniej
prawdopodobne, za to kompletnie niedorzeczne. Nawet raz zatrzymał się
przerażony i sięgnął do kieszeni, a kiedy jego palce namacały gruby plik
sztywnych banknotów, szeroko się uśmiechnął. Nagle zdał sobie sprawę z jednego - jest bogaty, jest bardzo bogaty. Przystanął we wnęce bramy i zaczął liczyć. Jezus, Maria! Pięć tysięcy złotych!
- To ci forsa! - powiedział głośno.
Instynkt wielu lat biedowania odezwał się w nim w dość typowy sposób -
otóż Dyzma doszedł do wniosku, że trzeba to oblać. I chociaż nie chciało
mu się ani jeść, ani pić, skręcił w Grzybowską, gdzie - jak wiedział -
knajpa Icka była już otwarta. Przezornie wyciągnął jedną stuzłotówkę i ulokował ją w osobnej kieszeni. Pokazywanie takiej kupy pieniędzy nie
było ani mądre, ani bezpieczne.
Pomimo wczesnej pory u Icka był tłok. Dorożkarze, szoferzy, kelnerzy z zamkniętych już restauracji, sutenerzy przep?ający nocny dochód swoich
"narzeczonych" i podmiejskie żule - wszystko to zapełniało niewielkie
dwa pokoiki przyciszonym gwarem rozmów i brzękiem szkła.
Nikodem wypił dwie szklaneczki wódki, przekąsił zimnym wieprzowym
kotletem i kiszonym ogórkiem. Uświadomił sobie, że była niedziela i że
Walenty dziś nie pracuje.
A niech tam! - pomyślał i kazał zapakować butelkę wódki oraz kilo
kiełbasy, skrupulatnie przeliczył resztę i wyszedł.
Kiedy zbliżał się do Łuckiej, nagle spostrzegł Mańkę. Stała oparta o mur
i patrzyła przed siebie. Sam nie wiedział dlaczego, ale ucieszył się z tego spotkania.
- Dobry wieczór, panno Maniu! - zawołał wesoło.
- Dobry wieczór? Chyba dzień dobry - odparła, przyglądając mu się ze
zdziwieniem.
- A czemu to panna Mania nie śpi?
- Chyba właśnie pójdę - odparła z rezygnacją.
Dyzma obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Wydała mu się ładniejsza niż
zwykle. Była dość wątła, ale jednocześnie zgrabna.
Ciekawe, ile miała lat? Siedemnaście?
- Czemuż to panna Mania taka smutna? - zapytał.
Wzruszyła ramionami.
- Jakby pan tak trzy noce z rzędu warował jak pies na ulicy i grosza nie
zobaczył, to też by pan z radości nie skakał.
Dyzmie zrobiło się jej żal. Sięgnął do kieszeni i wyjął zwitek
dziesięciozłotówek.
- Mogę co nieco pożyczyć. Czy dwadzieścia wystarczy?
Dziewczyna ze zdziwieniem przyglądała się pieniądzom. Wiedziała
doskonale, że ich sublokator jeszcze w południe nie miał przy sobie ani
grosza. Skąd teraz tyle gotówki?
Pewnie ukradł.
Nikodem wyciągnął w jej kierunku dwa papierki.
- Proszę.
Mańka zrobiła przeczący ruch głową.
- Nie chcę. Nie wezmę. I tak nie będę miała z czego oddać.
- Nie trzeba oddawać.
- Nie chcę - zmarszczyła brwi, a potem odwróciła głowę i dodała cicho. -
Chyba że... Za darmo nie chcę. Chyba że pójdzie pan ze mną.
- Eee - bąknął Dyzma i zarumienił się.
Mańka spojrzała mu w oczy.
- Nie podobam się panu?
Nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Z pana to też mężczyzna! - wybuchnęła niespodziewanie złością,
odwróciła się na pięcie i ruszyła wolnym krokiem ku domowi.
- Panno Maniu! - zawołał za nią. - Proszę zaczekać, pójdziemy.
Przystanęła, a gdy zrównał się z nią, poinformowała go:
- Hotel to jakieś pięć złotych.
- Dobrze - odparł.
Szli wąskimi uliczkami i oboje milczeli.
Zaspany drab w wygniecionej kamizelce otworzył im drzwi, wprowadził do
brudnego pokoju i wyciągnął rękę. Dyzma zapłacił.
Jakiś czas później przez szare butwiejące firanki zaczął wpadać snop
jaskrawego słońca. W pokoju było duszno, parno i unosił się zapach
stęchlizny.
- Może by okno otworzyć? - zaproponowała Mańka.
- Późno już. Czas do domu - odparł Dyzma.
Mańka przed małym lusterkiem rozczesywała swoje gęste, czarne włosy
wyszczerbionym grzebykiem.
- Ta forsa jest za robotę? - rzuciła obojętnie.
Nagle Dyzmę opanowała niepohamowana chęć zaimponowania dziewczynie.
Wyjął z kieszeni wszystkie pieniądze, jakie miał, i rozłożył na stole.
- Zobacz - powiedział z uśmiechem.
Mańka odwróciła głowę, a jej oczy szeroko się rozwarły. Długo
przyglądała się rozrzuconym banknotom.
- Jezu, ile tego... I same pięćsetki. Psiakrew!
Nikodem rozkoszował się efektem, jaki wywołał.
Dziewczyna chwyciła go za rękę.
- Dostałeś robotę, przyznaj się - powtórzyła wyraźnie zafascynowana.
Dyzma roześmiał się i, ot tak, dla kawału, odpowiedział:
- Aha!
Mańka ostrożnie dotknęła szeleszczących banknotów.
- Powiedz... - wyszeptała - to była mokra robota?
Skinął głową.
Milczała, a w jej oczach malował się strach wymieszany z podziwem. Nigdy
nie przypuszczała, że ten cichy sublokator, ten niedorajda...
- Nożem? - dopytywała.
- Nożem.
- Ciężko było?
- Phi - odparł - ani zipnął.
Pokręciła głową.
- Nie wiedziałam...
- Czego? - zapytał Dyzma i zaczął chować pieniądze.
- Nie wiedziałam, że jesteś taki...
- Niby jaki?
Nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do niego.
- A jak cię nakryją?
- Nie bój się, dam sobie radę.
- Nikt nie widział?... Może jakie ślady zostawiłeś? Trzeba bardzo
uważać. Gliny po zwykłych śladach palców człowieka znajdą.
- Mnie nie złapią.
- A powiedz, bałeś się?
Roześmiał się.
- Nie ma o czym gadać. Chodźmy do domu. A tu masz na sukienkę - dodał,
kładąc przed Mańką sto złotych.
Dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję i energicznie zaczęła całować w usta.
Szli do domu, nie rozmawiając po drodze. Nikodem z satysfakcją zauważył,
że stosunek tej małej do niego diametralnie się zmienił. Szybko
zorientował się, że szacunek, graniczący z zachwytem, wzbudziły w Mańce
nie tylko pieniądze, ale i cała ta zmyślona historia z rzekomym
morderstwem. I chociaż pochlebiała mu ta zmiana, wstydził się, bo
właściwie na nią nie zasłużył. Dlatego za żadną cenę nie przyznałby się
teraz, że wszystko sobie wymyślił.
- Tylko jedno musisz mi obiecać - oznajmił, kiedy wchodzili na schody -
nikomu nigdy ani słowa. Rozumiesz?
- Oczywiście.
- Ja teraz będę musiał na jakiś czas wyjechać, tak będzie bezpieczniej.
- Jasne. Ale wrócisz?
- Wrócę.
Kiedy Mańka weszła do domu razem z Dyzmą, nie zrobiło to na Barcikach
żadnego wrażenia. Natomiast wódkę i kiełbasę przyjęto z dużym
szacunkiem. Walentowa nakryła stół zieloną ceratą i wszyscy usiedli do
śniadania. Szklaneczka, która niegdyś była słoikiem do musztardy,
krążyła z rąk do rąk, a że jej objętość była dość duża, Dyzma wkrótce
wyjął pięć złotych i Mańka pobiegła po nową flaszkę.
Uregulował też zaległe komorne, a kiedy dziewczyna wróciła, oznajmił
podniosłym tonem:
- Możecie mi powinszować. Znalazłem świetną posadę.
- A gdzie? - zagadnął Walenty.
- Nie w Warszawie. Na prowincji.
- A nie mówiłam - pokiwała głową Walentowa. - Na prowincji o wiele
łatwiej o zarobek.
Wypili raz jeszcze zdrowie Dyzmy, a potem Nikodem rozstawił swoje polowe
łóżko, rozebrał się, kamizelkę z pieniędzmi wsunął pod poduszkę i zasnął
kamiennym snem.
Walenty zaczął coś nucić pod nosem, ale Mańka natychmiast go uspokoiła.
- Cicho, do cholery, nie widzisz, że człowiek śpi?
Zapadła cisza. Walenty nasunął czapkę i wyszedł, a jego żona poszła do
sąsiadki, pochwalić się, że ich sublokator postawił im wódkę na oblanie
nowej roboty.
Mańka natomiast wyjęła z szafy batystową chusteczkę i nakryła nią głowę
Nikodema, bo w pokoju było dużo much.
O bogatych ludzi trzeba dbać.
Rozdział trzeci
Przygotowania do wyjazdu zajęły mu cały dzień. Wcześniej już zrobił
porządne zakupy, zdawał sobie bowiem sprawę, że musi wyglądać
przyzwoicie. Kupił więc kilka zmian bielizny, krawaty, nowe przybory do
golenia, żółte buty i dwa gotowe garnitury, które leżały na nim niemal
idealnie. Poza tym nabył moc drobiazgów i piękne skórzane walizy.
Kapitał został mocno nadszarpnięty, lecz Dyzma był zadowolony.
Cieszył się, że udało mu się wszystko załatwić. Mańka, która początkowo
obiecywała sobie, że odprowadzi Dyzmę na dworzec, teraz była tak
onieśmielona tym całym ekwipunkiem, że nie odważyła się nawet
zaproponować swojego towarzystwa.
Gdy wychodził, wybiegła za nim na schody i gorąco wycałowała. Potem
pomogła znieść walizy, a kiedy dorożka ruszyła z miejsca, zawołała:
- Wrócisz?
- Wrócę! - odkrzyknął Dyzma i machnął kapeluszem.
W pociągu szybko doszedł do wniosku, że drugą klasą jedzie się znacznie
wygodniej niż trzecią. Po pierwsze, zamiast twardych ławek stały tu
sprężynowe kanapy, po drugie, pasażerowie okazali się znacznie milsi, a służba kolejowa była bardziej uprzejma.
Dyzma rozkoszował się swą pierwszą podróżą w warunkach, które dawały mu
poczucie, że jest panem całą gębą i że nie tylko naczelnik urzędu
pocztowego w Łyskowie, ale nawet obaj Winderowie, ojciec i syn, niczym
by mu teraz nie zaimponowali.
Kilka osób, które zajęły miejsca w przedziale, wkrótce wysiadło i Dyzma
pozostał sam. Nie chciało mu się spać. Zresztą należało gruntownie
obmyślić całą sprawę.
Rozumiał już teraz dobrze, iż niespodziewaną propozycję Kunickiego
zawdzięcza wyłącznie temu, że stary wyga wziął go za wpływową
osobistość, pozostającą z ministrem Jaszuńskim w bliskich stosunkach.
Oczywiście rozwianie tego złudzenia równałoby się z pożegnaniem
niewiarygodnie wysokiej pensji, a tego stracić nie chciał. Należało
zatem zrobić wszystko, żeby Kunickiego utwierdzić w jego mylnym
przekonaniu i jak najdłużej czerpać zyski. Utrzymanie i mieszkanie
będzie miał darmowe. Wydatki zatem ograniczą się do zaledwie
kilkudziesięciu, może stu złotych miesięcznie. Zostanie mu dwa tysiące
czterysta złotych oszczędności!
Muszę chociaż ze trzy miesiące wytrwać. A może nawet pół roku... -
rozmarzył się Dyzma i uśmiechnął pod nosem. Później mógłby pożyczać
pieniądze na procenty i żyć jak jaśnie pan, nic nie robiąc. Trzeba tylko
przestrzegać pewnych zasad. Mówić jak najmniej, a o sobie nie wspominać
słowem. Jeśli Kunicki nabierze jakichkolwiek podejrzeń, to cały misterny
plan diabli wezmą.
Świtało już, gdy konduktor wszedł i zameldował, że dojeżdżają do stacji
Koborowo.
Dyzma zaniepokoił się, czy Kunicki o nim pamiętał, ale okazało się, że
bezpodstawnie. Kiedy tylko wysiadł, od razu podszedł do niego lokaj w liberii.
- Czy to wielmożny pan do państwa Kunickich?
- Tak.
- Samochód czeka przed stacją, panie administratorze - rzekł służący i zabrał walizy.
Usadowiwszy się w luksusowym wozie, Nikodem pomyślał: Pan administrator
generalny dóbr Koborowo. Trzeba będzie zafundować sobie wizytówki.
Droga początkowo była równa jak stół, później, przy malowniczym, na wpół
zrujnowanym młynie skręcała w prawo, m?ając liczne zabudowania
fabryczne. Stąd już zaczynała się długa aleja klonowa, na której końcu
stał strzelisty pałac, nieco dziwaczny i pretensjonalny w stylu, ale z całą pewnością robiący wrażenie. Auto zatoczyło półkrąg i stanęło na
podjeździe. W otwartych drzwiach ukazała się pokojówka, która wraz z lokajem zajęła się walizkami. W chwili gdy Dyzma zdejmował płaszcz,
wpadł do holu rozczochrany Kunicki w długim szlafroku, tak jaskrawym i kwiecistym, że Nikodem wziął go początkowo za kobietę.
Staruszek, rozpromieniony i ruchliwy niczym rtęć, rzucił się na swojego
gościa, wyściskał go i jak zwykle rozpoczął swój sepleniący monolog,
szybki i dość monotonny. W końcu padło pierwsze pytanie.
- Czy drogi pan woli zamieszkać tu, w pałacu, czy też w pawilonie w parku?
"Drogi pan" oświadczył, że mu wszystko jedno, wobec czego został
zaprowadzony do dwóch pięknie urządzonych pokojów na parterze.
Dowiedział się też, że ma stąd wyjście wprost na taras, do łazienki zaś
wchodzi się z korytarza tuż obok. Poinformowano go również, że kąpiel
już na niego czeka, a następnie śniadanie, oczywiście pod warunkiem, że
nie jest zbyt zmęczony.
Kiedy Dyzma wreszcie został sam, rozpakował szybko walizki, rzeczy
umieścił w szafie i przeszedł do łazienki. Nigdy wcześniej nie kąpał się
w wannie. Najczęściej korzystał z zatłoczonych łaźni, chociaż ostatnio
nawet na to nie mógł sobie pozwolić. Świadczyła o tym woda w wannie,
która po kąpieli nabrała wyraźnego ciemnego zabarwienia. Dyzma długo
manipulował, zanim odkrył na dnie łańcuszek, po którego pociągnięciu
kompromitująca ciecz znalazła ujście. Spłukał wannę, uczesał się, a gdy
wrócił do swego pokoju, ze zdumieniem stwierdził, że podczas jego
nieobecności służba wyczyściła jego ubranie i buty.
Psiakrew! Zdaje się, że nie będę tu musiał ruszać nawet małym palcem!
- pomyślał z podziwem.
Ledwie zdążył zawiązać krawat, kiedy Kunicki, elegancko już ubrany,
zapukał do drzwi i ponownie zaprosił go na śniadanie.
Pokój, a właściwie salon, do którego zaprowadził Dyzmę, był wyłożony
ciemnym drewnem. Wzdłuż ścian stały ogromne kredensy i przeszklone
szafy, połyskując bogactwem wnętrz wypchanych srebrami i kryształami.
Również biały stół, nakryty dla czterech osób, zdawał się wystawą
luksusowych naczyń, których wystarczyłoby do obsłużenia całego personelu
urzędu pocztowego w Łyskowie.
- Moje panie za chwilę zejdą, może w tym czasie zechce pan, drogi panie
Nikodemie, obejrzeć inne pokoje na parterze? Ciekaw jestem, jak podoba
się panu moja siedziba? Sam ją urządzałem, sam projektowałem, poczynając
od wskazówek dla architekta, a kończąc na najmniejszym mebelku...
Wziął Dyzmę pod ramię i, drepcząc przy nim, zaglądał mu raz po raz w oczy.
Zarówno pałac koborowski, jak i całe Koborowo, były dumą i chlubą
Kunickiego. Jeszcze przed paru laty były tu dzikie wertepy, dworek
nadający się do rozbiórki, zrujnowane zabudowania gospodarskie i ziemia
w połowie leżąca odłogiem. Dzisiaj było to prawdziwe cacko, wychuchane i dopieszczone w każdym calu.
Niemal wszystkie pokoje urządzone były z przepychem, jakiego Dyzma nigdy
wcześniej nie widział. Pozłacane ramy obrazów, lśniące meble, olbrzymie
lustra, marmurowe i malachitowe kominki, do tego miękkie tkaniny
obiciowe i tłoczona skóra. Dyzmie przyszło na myśl, że gdyby ziemia
nagle się zatrzęsła, cały ten pałac wraz z dobytkiem rozsypałby się w złote krążki.
- No i jak? - spytał Kunicki, kiedy znowu znaleźli się w jadalni.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi, bo do salonu weszły dwie kobiety.
- Pozwólcie, że przedstawię. Pan Nikodem Dyzma.
Starsza, jasna blondynka, z uśmiechem podała mu rękę.
- Bardzo mi przyjemnie. Wiele słyszałam o panu.
Młodsza, szatynka o chłopczykowatej powierzchowności i żywych ruchach,
mocno uścisnęła dłoń Nikodema, przyglądając się mu tak bezceremonialnie,
że aż poczuł się nieco niepewnie.
Na szczęście nic nie musiał mówić, gdyż Kunicki terkotał bez przerwy.
Miał zatem czas przyjrzeć się obu paniom. Blondynka mogła mieć najwyżej
dwadzieścia sześć lat, szatynka może dwadzieścia, dwadzieścia dwa.
Zdziwił się, bo pamiętał, że Kunicki wspominał o żonie i córce.
Tymczasem obie mogły być tylko jego córkami, chociaż nie wyglądały na
siostry. Blondynka była kształtna i smukła, miała małe, lecz wydatne
zmysłowe usta, łagodny owal twarzy i ogromne, niemal nieproporcjonalnie
duże, mocno błękitne oczy, które zdradzały naturę marzycielską.
Elegancka letnia sukienka z surowego jedwabiu odsłaniała szyję i ramiona
olśniewającej białości.
Obok tej pastelowej urody wąskie, skośne i zrośnięte brwi młodszej, jej
krótko, po męsku obcięte kasztanowe włosy, zapięta pod szyję angielska
bluzka z ciemnozielonym krawatem i silnie opalona cera - stanowiły
dosadny kontrast. Przy tym spojrzenie orzechowych oczu miało w sobie coś
zadziornego. Dyzmę uderzył dodatkowo kształt jej uszu. Nigdy dotąd nie
zwracał na to uwagi, dopiero teraz doszedł do wniosku, że ucho może mieć
swój indywidualny wyraz, może być piękne, przypominać egzotyczny kwiat o przykuwającym wzrok kształcie. Kunicki miał na przykład małe czerwone
uszka ostro zakończone, zdecydowanie mało ciekawe.
Obserwacje te nie przeszkadzały Dyzmie dokładać starań, by swymi ruchami
i sposobem jedzenia jak najbardziej upodobnić się do reszty towarzystwa
i przez nieodpowiednie zachowanie nie zdemaskować swoich braków. Kunicki
trajkotał jak zwykle, obszernie opisywał zalety i ujemne strony
Koborowa, wyliczał inwentarz, oceniał temperamenty poszczególnych koni i układał plan, według którego zademonstruje to wszystko Nikodemowi.
- Dotychczas zdążyłem pokazać panu tylko pokoje parterowe.
- I jak się panu podobały? - wtrąciła blondynka.
- Bardzo bogato - odparł po prostu Dyzma.
Blondynka zaczerwieniła się, zupełnie jakby te słowa sprawiły jej
przykrość.
- To gust mojego męża.
- Ha, ha - zaśmiał się Kunicki - to już mówiłem panu Nikodemowi. Proszę
sobie wyobrazić, że Nina zrobiła mi pierwszą scenę małżeńską właśnie o ten przepych. Ot, niewdzięczność kobieca. Ja tu na głowie stawałem, żeby
uwić eleganckie gniazdko, a ona była niezadowolona.
- Przestań, proszę - przerwała mu Nina.
- Nie rozumiem cię, papo - odezwała się szatynka - po co zanudzasz pana
Dyzmę opowiadaniem o rzeczach, które w dodatku sprawiają przykrość
Ninie.
- Ależ ja nie mówię nic złego, kochanie. Zresztą zaraz was uwolnimy od
naszego towarzystwa, muszę przecież panu Nikodemowi pokazać Koborowo.
- Może pan Dyzma jest zmęczony - wtrąciła Nina.
- Ależ skąd - zaprzeczył Nikodem.
- No, widzisz - zaseplenił zadowolony Kunicki. - Nas, ludzi interesu, aż
korci, żeby wszystko jak najszybciej poznać.
- Papo, nie mów za kogoś - przerwała mu córka. - Wątpię, czy dla każdego
podkłady kolejowe i odpady drzewne są rzeczą najistotniejszą i jedynie
ważną. Prawda, proszę pana? - zwróciła się do Dyzmy.
- Naturalnie, ma pani rację - odparł ostrożnie - są rzeczy znacznie
ważniejsze.
Kunicki zaśmiał się cicho i zatarł ręce.
- Oczywiście! Na przykład kwestia otrzymania większego kontyngentu
drewna i kwestia uzyskania dostaw.
Blondynka wstała i skinęła głową na pożegnanie.
- Nie przeszkadzamy zatem panom - powiedziała zimnym tonem.
Szatynka również podniosła się z miejsca i zanim Nikodem zdołał pojąć, o co tak naprawdę chodzi w tym rodzinnym konflikcie, obie wyszły z jadalni. Dyzma nie przypuszczał, że śniadanie tak prędko się skończy.
Jadł mało, żeby nie wyglądać na żarłoka, a teraz był głodny.
Lokaj zameldował, że konie już czekają.
- Niech się pan nie zraża - mówił tymczasem Kunicki, nakładając czapkę -
ale między mną i żoną zawsze jest jakieś nieporozumienie. Ona,
idealistka, romantyczna, młoda jeszcze. Zmądrzeje. A córka?... Hm...
Kasia z nią trzyma, bo też jeszcze smarkata. Zresztą baby zawsze razem
trzymają.
Przed podjazdem stał zaprzęg, rodzaj dwukółki z parą gniadych. Dyzma i Kunicki usadowili się wygodnie na miękkich poduszkach i staruszek
strzelił z bata. Konie ruszyły ostrym kłusem.
- Najpierw pokażę panu moje ministerstwo kolei - mówił Kunicki. -
Dwadzieścia dwa kilometry toru z dwoma rozgałęzieniami, pojedziemy do
pierwszego, w moim lesie.
Skręcił z klonowej alei i miękką gruntową drogą jechali dobre pół
godziny wśród gęstych łanów dojrzałego żyta. Powietrze stało, ale upał
nie był dokuczliwy.
- Ładne urodzaje - zauważył Dyzma.
- Tak - odparł smutno Kunicki - za dobre i za ładne, niestety.
Nikodem się roześmiał.
- Czy to pana martwi?
- A jak pan sądzi? - zdziwił się Kunicki. - Przecież to klęska dla
rolnictwa.
Dyzma chciał przyznać, że tego nie rozumie, ale ugryzł się w język.
Lepiej być ostrożnym.
- Klęska - powtórzył Kunicki - ceny polecą na łeb na szyję. Za dwa
miesiące będziemy sprzedawali za psie pieniądze. Klęska urodzaju, mój
przyjacielu.
Aha! - pomyślał Dyzma. - Kto by to przypuszczał. Dobrze, że się nie
odezwałem.
- No, to zrozumiałe - odparł teraz głośno - tylko nie sądzę, żeby miało
być aż tak źle, jak pan przepowiada.
Zamilkł i zastanowił się, co jeszcze dodać, żeby nie wyjść na naiwnego.
- Zboże podrożeje - zaryzykował.
- Ba, jedynie wtedy, kiedy rząd zacznie je magazynować.
- A kto panu powiedział, że nie zacznie?!
- Co pan mówi?! - Kunicki aż podskoczył.
Dyzma przestraszył się, że palnął jakieś horrendalne głupstwo, ale
szybko się uspokoił, jego towarzyszowi bowiem aż zaświeciły się oczy.
- Królu złoty! Co pan mówi? Czy to już postanowione?
- Na razie jest wstępny projekt...
- Kochany panie Nikodemie! Ależ to genialna myśl! Genialna! Obowiązkiem
rządu jest ratowanie rolnictwa, przecież cały dobrobyt kraju opiera się
na tym. Do diabła, u nas jest jakaś mania przerabiania struktury
gospodarczej kraju! Przecież Polska liczy siedemdziesiąt procent
rolników! Siedemdziesiąt procent! Nie przemysł, nie kopalnie, nie
handel, lecz właśnie rolnictwo, produkty rolne, zwierzęce i drzewne - to
jest podstawa wszystkiego. Panie Dyzma, musi pan użyć swoich wpływów w rządzie, żeby przeforsować ten genialny projekt! Żeby rząd skupił całą
nadwyżkę! Boże! Samo Koborowo z folwarkami... - zaczął w myśli obliczać
ewentualny zysk, kiedy Dyzma wtrącił:
- Myślę, że chodzi tu o pieniądze. Brakuje ich.
- Pieniędzy? - zaperzył się Kunicki. - To jest drobiazg, jakaś
niepoważna przeszkoda. Przecież państwo może wypuścić obligacje zbożowe
choćby na sto milionów złotych. Płacić obligacjami i koniec. Oczywiście,
oprocentowanymi, powiedzmy sześcioletnimi. W ciągu tego czasu musi
przyjść dobra koniunktura, to chyba jasne. Wówczas sprzeda się cały
zapas zagranicy i zrobi na tym świetny interes. Ja tu widzę same
korzyści: primo, uratowanie cen, secundo, wzmożenie obrotów, bo
obligacje muszą być, oczywiście, bezimienne. W ten sposób państwo
wstrzyknie na rynek wewnętrzny nowych sto milionów, a to już suma, która
wpłynie zbawiennie na naszą katastrofalną ciasnotę gotówkową. Powinien
pan o tym koniecznie pogadać z ministrem Jaszuńskim.
- Mówiliśmy już z nim wiele na ten temat i kto wie... - nie dokończył
Dyzma, a jednocześnie pomyślał: Starzec ma tęgi łeb, sam mógłby
ministrem zostać!
Tymczasem dojechali do lasu i poruszali się teraz wśród wysokopiennych
sosen.
Na obszernej polanie piętrzyły się sągi drewna wzdłuż wąskich szyn
kolejki polowej. Jakiś miniaturowy parowozik sapał i syczał, usiłując
ruszyć z miejsca kilkanaście wagoników, załadowanych wielkimi klocami.
Pomagali mu w tym robotnicy, popychając wagony z obu stron. Na widok
Kunickiego i Dyzmy zdejmowali czapki i kłaniali się, ale mimo to można
było wyczuć w nich jakąś niechęć, a nawet nieżyczliwość. Ogorzały
jegomość w siwej kurtce podszedł do powoziku i zaczął coś mówić, ale
Kunicki szybko mu przerwał:
- Panie Starkiewicz, to jest pan Dyzma, administrator generalny.
Mężczyzna zdjął czapkę i obrzucił Dyzmę uważnym spojrzeniem. Ten ukłonił
się trochę niepewnie.
Przez kilka minut, podczas których Kunicki wypytywał o coś Starkiewicza,
Nikodem rozglądał się z zaciekawieniem po olbrzymich masach
nagromadzonego drewna i barakach skleconych z desek. Kiedy ruszyli
dalej, Kunicki rozpoczął fachowy wykład o gatunkach drzew, o stanie
eksploatacji i drzewostanie w tych okolicach. Cytował paragrafy ustaw,
cyfry, ceny i od czasu do czasu zerkał w stronę towarzysza, którego mina
była bardzo skupiona.
W istocie zaś Dyzmę ogarniało coraz większe przerażenie. Docierało do
niego, że nie ma najmniejszego pojęcia o tym, o czym mówił staruszek.
Czuł się jak ktoś, kto błądzi we mgle i kto zrozumiał, że absolutnie nie
da sobie z tym rady, a przy pierwszej lepszej okazji wszyscy zorientują
się, że jest ignorantem.
Kiedy zwiedzili stację drzewną, tartaki przy dworcu kolejowym, fabrykę
mebli, wykańczaną właśnie papiernię i budowę nowych magazynów, zamęt w głowie Dyzmy wzrósł do tego stopnia, że najchętniej dałby stąd nogę i to
jak najszybciej. Piętrzyła się przed nim góra niezrozumiałych interesów,
dziwnych i tajemniczych spraw, które brzmiały dla niego jak czarna
magia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki