Wzgórze Zemsty - Piotr Krawczyk

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Dziesięć lat przed bitwą o Groeteburg

Był piękny, słoneczny dzień. Błękitne niebo było prawie bezchmurne - jedynie kilka długich, potarganych, białych chmurek, przywodzących na myśl rozlane na blacie stołu mleko, unosiło się leniwie nad szeroką, górską doliną, przytuloną do podnóża wysokich, skalistych gór. Białe czapy śniegu na ich szczytach odbijały promienie słoneczne, tak, że Asfala zmrużyła czarne oczy. Otarła dłonią pot z czoła. Dzień był piękny, co u podnóża Gór Krwawych o tej porze roku było raczej rzadkością - była przecież jesień, a ta niezwykła rozpieszczać mieszkańców górskich plemion zamieszkujących tę krainę. Wyprostowała się, aż strzeliły stawy. Głęboko wciągnęła powietrze w płuca, ciesząc się słońcem i delikatnym, świeżym wietrzykiem, muskającym policzki i targającym kosmyki długich, czarnych włosów, w większości skrytych pod długą, wyszywaną w kolorowe kwiaty, chustą. Była młodą, silną, zgrabną, zahartowaną ciężką pracą, dwudziestoletnią kobietą, prawdziwą córą swego ludu. Czarne jak smoła oczy, spoglądające spod długich rzęs, zlustrowały dolinę poniżej. Spiczaste dachy kilkunastu długich, drewnianych domów rodzimej wioski pokrywały stok, w tym jej rodzinny, widoczny ze skraju lasu, na prawym stoku doliny, zaraz nieopodal małego, kamiennego mostu, wzniesionego nad pobliskim, górskim strumieniem, zwanym przez jej lud Modrym. Już miała schylić się po upuszczoną wiązkę chrustu, po który ojciec wysłał ją do lasu, gdy to usłyszała. Powietrze nad jej głową, zaszumiało. Dźwięk, przywodzący na myśl odgłos wachlujących powietrze ogromnych skrzydeł, dobiegł wyraźnie znad wierzchołków pobliskich świerków. Uniosła głowę zaskoczona. Ogromny cień, przemknął nad jej głową, zataczając krąg i przysłaniając na chwilę światło słoneczne. Asfala nie była strachliwa - trudy życia i liczne niebezpieczeństwa życia w górach zahartowały ją, aby nie bać się byle czego, a jej lud znany był z odwagi, wytrwałości i determinacji, ale mimo to, poczuła zimne macki strachu, pełzające jej po karku. Rozejrzała się nerwowo dookoła, wypatrując niebezpieczeństwa. Sosny iglastego lasu, do którego się wybrała po drewno, targane górskim wiatrem, szumiały cichutko, skrywając z powodzeniem, to, co się wśród nich ukryło. Asfala, zagryzła wargi i podjęła decyzję. W górach nie wolno było okazywać lekkomyślności i brawury. Poczerniałe kości takich głupców, czasami napotykane przez jej lud, gdy puściły śniegi okolicznych przełęczy, były wystarczająco przekonywującym dowodem. Nie oglądając się na porzuconą wiązkę chrustu, poderwała się do biegu, kierując się w stronę pobliskich domostw w dole doliny.

Coś przeleciało z impetem, zaledwie kilka metrów nad jej głową. Ogromny cień, przysłonił słońce. Dziewczyna odruchowo przyklękła, zasłaniając głowę ramionami. Poczuła pęd powietrza, wzbudzonego ogromnymi skrzydłami, niczym u wielkiego, drapieżnego ptaka. Mimowolnie krzyknęła, na chwilę zamykając oczy. Coś wylądowało przed nią, a było na tyle duże, że drobne kamienie i okruchy ziemi, wzbudzone pędem powietrza ogromnych skrzydeł, wyleciały w powietrze. Zapanowała cisza.

Asfala, skulona na ziemi, otworzyła oczy, spoglądając przez dziurę między zasłaniającymi głowę i twarz ramionami.

- Och... - wyrwało się z jej ust, gdy oczom ukazała się ogromna sylwetka, potężnej, uskrzydlonej istoty. Była niemal dwukrotnie większa od dorosłego mężczyzny. Umięśnione, choć szczupłe ciało o alabastrowej skórze, było nagie, nie licząc krótkiej sukni, spiętej pasem, uszytej z przepięknie zdobionego złotą nicią, delikatnego materiału, opadającej na silne uda istoty. Piękna, podłużna twarz o wystających kościach policzkowych zwrócona była prosto w stronę dziewczyny, a długie, złote włosy, rozpuszczone na ramionach i sięgające prawie do pasa, targał wiatr. Ogromne skrzydła, niczym u drapieżnego ptaka, rozprostowały się na pełną długość, przysłaniając jej całkowicie widok. Promienie słońca, skrytego za plecami tej potężnej istoty, padając na jej ciało, potęgowały otaczającą istotę aurę siły i majestatu.

- Spójrz na mnie, Asfalo - silny, melodyjny głos, rozciął ciszę.

Dziewczyna nigdy nie słyszała podobnego. Każde słowo wręcz promieniowało mocą, a jednocześnie brzmiało kojąco, niczym balsam dla duszy. Miała wrażenie, że głos tej istoty dociera do najgłębszych zakamarków jej duszy. Otworzyła oczy.

Ogromne, złote oczy, pozbawione źrenic wpatrywały się w nią uważnie. Ich gorejący blask był nie do zniesienia, przewiercał na wylot. Dziewczyna poczuła jak robi się jej gorąco w środku, a serce zaczyna bić jak szalone.

- Ere... Ere'tar - zdołała wykrztusić - tyś jest Ere'tar!

Chciała uklęknąć, oddać pokłon, jak było to w zwyczaju, ale nie była w stanie. Nogi miała niczym z waty. Poczuła, jak robi jej się ciemno przed oczami i osuwa się na mokrą, leśną ściółkę. Długie ramiona boskiej istoty, oplotły jej zgrabne ciało. W ułamku sekundy znalazł się przy niej. Jego silne ręce uniosły ją niczym dziecko. Poczuła silny zapach piżma, a jego gorejące złotem oczy, znalazły się kilka centymetrów przez jej własnymi. Czuła ciepło jego alabastrowego ciała, ogromną moc, otulającą jego silne ciało niczym aura. Ere'tar wpatrywał się w jej oczy, przewiercając ją wzrokiem, jakby czegoś szukał w zakamarkach jej duszy. Asfala była kobietą. Czuła, że w tym spojrzeniu, jest coś więcej, niż tylko zainteresowanie. Zalała ją fala gorąca, niczym fala tsunami, o której opowiadał jej kiedyś ojciec, gdy zrozumiała, co właśnie ma miejsce.

- Panie... - wydusiła ostatkiem siły woli, niemal walcząc z sobą - jesteś bogiem, a ja...

- A ty, Asfalo - przerwał jej skrzydlaty o gorejących złotem oczach - a ty, jesteś wyjątkowa.

Pochylił głowę. Ich usta spotkały się. Asfala poczuła, jak całe jej ciało przeszywa dreszcz, jakiego nie czuła nigdy wcześniej i zapewne już nigdy nie będzie jej dane doświadczyć ponownie. Zamknęła oczy, gdy jego silne ramiona delikatnie położyły ją na trawie, a on sam, otoczył ją swoimi skrzydłami, całując jej szyję i schodząc niżej. Westchnęła w uniesieniu, poddając się chwili, a świat zawirował.

Gdzieś w oddali zawył wilk.

Dziewięć miesięcy później

Mordar siedział przy palenisku swego długiego domu, na dużym, drewnianym krześle, służącym mu, jako wodzowi plemienia, za tron i popijał z kufla. Chrząknął. Miód był dobry, zdecydowanie lepszy niż w latach poprzednich, ale o dziwo, nie poprawiało mu to humoru. Głośne odgłosy rodzącej kobiety, dobiegające do jego uszu z drugiego końca chałupy, częściowo odgrodzonego od centralnego pomieszczenia wiklinową siatką, nie pozwalały na myślenie o czymkolwiek innym. Nerwowo zmiął przekleństwo w ustach i rozejrzał się po kompanach, siedzących przy jego ogniu. Ich ogorzałe twarze, twardych ludzi o twardych skórach i mężnych sercach, wyrażały te same uczucia, co jego - niecierpliwość, gniew, wstyd, ale może przede wszystkim, strach. Bowiem to, co właśnie miało miejsce, wbijało zimne ostrza lodowatego strachu prosto w serca tych twardych mężczyzn o czarnych jak noc oczach i włosach. Patrzyli po sobie, łypiąc spod krzaczastych brwi, nerwowo ściskając swe kufle, raz po raz pociągając solidny łyk piwa.

Krzyki rodzącej nasiliły się. Kilka miejscowych kobiet, przyjmujących poród, głośno zachęcało leżącą kobietę do zwiększenia wysiłku. Ta najwidoczniej posłuchała, bo jej krzyki spotęgowały się, wzbijając pod dach długiego domu wodza, mieszając się z unoszącym się ku otworowi w dachu dymem paleniska.

- Szlag... - jeden z mężczyzn nie wytrzymał i wstał. Nerwowo zaczął przechadzać się wokół paleniska, spoglądając niecierpliwie raz po raz w kierunku pobliskiego legowiska, zza którego dochodziły donośne krzyki rodzącej kobiety i głosy towarzyszących jej kobiet.

- Spokojnie, Grodgarze - uspokoił mężczyznę wódz - wszystko będzie dobrze. Jest... wybranką.

Na dźwięk tego słowa, mężczyźni spojrzeli po sobie, zagryzając nerwowo wargi. Zaszumieli. Cała ta sytuacja, była nie do pomyślenia. Gdy dziewięć miesięcy temu, okoliczne dzieci, znalazły Asfalę, córkę Grotgara, na skraju pobliskiego lasu, nagą, rozpaloną i ledwo żywą, nikt nie wiedział, jakie problemy z tego wynikną. Mordar skrzyknął drużynę i ruszył przeczesać okoliczny las, podejrzewając rajd jednego z okolicznych górskich plemion, które czasami napadały na te ziemie i kobiety, ale nikogo nie znalazł. Za to prawda szybko wyszła na jaw, wraz z rosnącym z każdym tygodniem brzuchem kobiety. We wsi zawrzało. Domagano się wyjawienia, kto jest ojcem. Prawo plemienia Kruków było jasne i za taki akt bezeceństwa groziło wygnanie, a w srogiej krainie gór, był to praktycznie wyrok śmierci, zarówno dla kobiety jak i dziecka. Asfala nie była głupia, wiedziała, co jej grozi. Opowiedziała, zatem swą historię, po wysłuchaniu, której w domu wodza zapadła głucha cisza, przerywana jedynie strzelaniem dopalających się w ognisku szczap.

A potem zapanowało pandemonium, które ani chybi skończyłoby się dla kobiety tragicznie, gdyby nie reakcja Varysy, miejscowej szamanki. Ta, przyjrzawszy się Asfali uważnie, lub też ufając sobie tylko znanym czarom, podjęła decyzję - jeśli opowieść dziewczyny jest prawdziwa, dziecko będzie dowodem, a wtedy nie można go odrzucić, bez sprowadzenia na plemię zagłady ze strony Ogan've, Trójcy, ale jeśli dziecko będzie zwyczajne, ludzkie, wtedy dziewczynę należy czym prędzej wygnać, karząc za bluźnierstwo i kłamstwo.

Zatem czekali. Czekali długie miesiące, a brzuch kobiety rósł. Dnie dłużyły się niemiłosiernie, aż w końcu nadszedł ten dzień. Dzień porodu.

Mordar, wstyd przyznać, miał cichą nadzieję, że może poród się nie powiedzie i problem owej nieprawdopodobnej boskiej interwencji, który niemiłosiernie komplikował jego proste życie, rozwiąże się sam, ale... cóż, krzyki rodzącej kobiety były najlepszym dowodem, że najwyraźniej bogowie w swej przewrotności, mają wobec niego i jego plemienia inne plany.

Nagle, do pełnych bólu i cierpienia krzyków rodzącej Asfali oraz głosów przyjmujących poród kobiet, dołączył... żałosny płacz niemowlaka, który zdołał w końcu wyrwać się na ten świat. Mężczyźni poderwali się na równe nogi i szybkim krokiem zbliżyli do leża. Mordar, odruchowo ściskając wciąż w dłoni kufel piwa, wychylił się nad wiklinową siatką i spojrzał w dół.

Dziecko, chłopczyk, jak błyskawicznie ocenił wódz, był wyjątkowo duży jak na nowonarodzonego, ani chybi ważąc ponad dziesięć funtów, leżał na rękach jednej z kobiet, rumiany i poplamiony krwią[1]. Darł się w niebogłosy, gdy ta obmywała go zamoczoną w wodzie tkaniną, obracając w rękach.

- Na bogów! - Mordar krzyknął z przejęcia, gdy kobieta obróciła niemowlaka przodem i ujrzał twarz noworodka. Kufel wyleciał mu z dłoni i potoczył się po klepisku, rozlewając zawartość. Mężczyźni krzyknęli w nabożnym strachu. Co niektórzy uklękli, zmawiając krótką modlitwę. Skóra dziecka, teraz obmyta i wyraźnie widoczna w świetle kilku pochodni, była alabastrowa, a oczy noworodka, jeszcze półprzymknięte i ledwo widoczne, były koloru czystego złota. Ich blask, przebijał się przez powieki, niczym światło latarni.

Mordar uderzył się pięścią w pierś, zwyczajem swego ludu, pochylił się i przyjął na ręce kwilącego niemowlaka o złotych oczach. Grotgar, stojący po prawicy wodza, wpatrywał się w Mordara z otwartymi z przejęcia ustami, widząc, co się szykuje.

- Oto nowy wojownik Plemienia! - Krzyknął wódz unosząc wysoko kwilące dziecko.

Mężczyźni wstali, unieśli pięści i zawyli niczym stado głodnych wilków. Ich głosy odbijały się echem po drewnianych ścianach domu, wznosząc się ku niebu, zwiastując nieświadomemu jeszcze światu, nadejście nowej ery - czasu zemsty.

Rozdział 5

- Kurwa! - Zaklął Carl. Cesarz przechadzał się po komnacie Małej Rady z rękami nerwowo zaciśniętymi w pięści.

- Zamach w cholernej świątyni! - Wściekał się Cesarz, purpurowy na twarzy - no tego jeszcze nie było! W świątyni!

- Co za potwory! - Skomentował Fasco, skarbnik cesarstwa, były bankier, ubrany jak zwykle w długą, powłóczystą, czarną szatę spiętą w pasie pasem wyszywanym pozłacaną nicią i z wielkim, złotym łańcuchem na szyi, symbolem stanowiska. Na głowie miał kwadratowy czepiec, również koloru głębokiej czerni. Ogromny, owalny pierścień na serdecznym palcu prawej dłoni odbijał płomienie pochodni, zawieszonych na ścianach komnaty.

- Gdyby nie moi gwardziści, udałoby im się! - Podsumował wściekły Cesarz. Stanął. Spojrzał wymownie w twarze członków Rady, domagając się wyraźnie reakcji z ich strony.

- To... oburzające! - Wykrztusił z siebie Carl von Brughe, Kanclerz Cesarski. Niewysoki, chudy osobnik w średnim wieku z obszerną, adamaszkową szubą narzuconą na błękitny wams i przepasany jedwabnym, również błękitnym pasem. Liczne złote sygnety na chudych, długich palcach dopełniały stroju najwyższego urzędnika w państwie, powszechnie znanego ze słabego charakteru i braku własnego zdania - dokładnie tak, jak chciał Carl, wybierając go na ten urząd lata temu. Nauczony przykładem Arcykapłana Harada, nie miał już nigdy zamiaru pozwolić, aby ktokolwiek decydował za niego.

- Cóż... - wtrącił Irdun, siedzący na skraju stołu, zaraz po prawej ręce Cesarza, gdy ten spoczywał na swoim miejscu - muszę przyznać, że są... zdeterminowani.

Zapanowała cisza.

- Zdeter... - brwi Cesarza uniosły się znacznie - no... fakt, można tak powiedzieć... - zgodził się monarcha. Potarł dłonią zarost i zwalił się na krzesło.

- Cholerni tchórze! - Skwitował Rodryg de Null, marszałek Cesarstwa. Ogromny mężczyzna z wielką, złotą grzywą przypominający posturą lwa, odziany w zbroję płytową, z hełmem spoczywającym na drewnianym blacie stołu. Przed buntem Trzynastego Legionu i bitwą o stolicę, był dowódcą Szóstego Legionu, stacjonującego daleko na zachodzie Cesarstwa. Carl mianował go głównodowodzącym armią na wniosek Irduna, o czym rycerz Rodryg wiedział i od tamtej pory między obydwoma mężczyznami panował nieoficjalny sojusz, z którego korzystali wszyscy trzej.

- Tchórze? - Włączył się do rozmowy brat Ersberg, zastępujący wciąż nieobecnego Gotfryda - to... to... bluźniercy! Rozlew krwi w świątyni Manatara! Jak oni śmieli?!

Piwne, pełne fanatycznego zapału oczy drobnego zakonnika rzucały błyskawice. Z trudem panował nad sobą.

Wszyscy pokiwali głowami.

- Tak, to prawda - skwitował Cesarz - bracie Ersberg, a gdzie jest ojciec Gotfryd?

Wszyscy spojrzeli na niskiego duchownego.

- Niestety, nie wiem, Wasza Cesarska Mość - odparł kapłan uniżenie spuszczając wzrok - ojciec Gotfryd wciąż nie powrócił. Muszę przyznać, że obawiam się najgorszego...

W komnacie rady zapanowała cisza. Dało się słyszeć płomienie strzelające z dogasających polan pobliskiego kominka.

- Może, ci, którzy próbowali zabić ciebie, Wasza Miłość, wywabili wcześniej ojca Gotfryda i jego też... - wypowiedział w końcu na głos, to, o czym wszyscy pomyśleli, Kanclerz, pozostawiając wymowne niedomówienie. Groźba śmierci przywódcy nowej wiary Cesarstwa zawisła w powietrzu, a zamach na Cesarza, przed chwilą wydający się być pojedynczym aktem zbrodni bandy fanatyków, nagle zaczął się jawić jako poważny, zaplanowany spisek przeciw państwu.

- Miej go w swojej opiece, o wielki Manatarze, Zbawco nasz... - wzniósł dłonie do błagalnej modlitwy brat Ersberg, kątem oka zerkając na Cesarza.

Carl, nie zwracając uwagi na zakonnika, przewrócił tylko oczami i spojrzał wymownie na Irduna. Tylko oni, z obecnych w tej komnacie, wiedzieli, co stało się z Manatarem i, że po jego śmierci zwłoki, wraz ze zwłokami jego nieśmiertelnych braci, spalono, a popioły zebrano do czterech urn i pochowano w specjalnej strzeżonej dzień i w nocy komnacie, ukrytej pod pobliskim wzgórzem, służącym w trakcie bitwy, jako punkt dowodzenia pułkownika Arna. Z pozostałych osób, będących w sali tronowej, gdy Ivar zatopił ostrze swego runicznego miecza w piersi Manatara, z dwóch gwardzistów, stojących przy wrotach, jeden już nie żył, straciwszy życie w jednej z bitew z rebeliantami Wiary, a drugi został wysłany przez Irduna do placówki wojskowej, daleko na południe, do jakiejś zabitej dechami dziury, gdzie jego rewelacje nikogo nie zainteresują, bowiem dzicy mieszkańcy tych terenów wciąż wierzyli w Starych Bogów, reprezentujących siły natury. Z dwóch pachołków natomiast, będących obecnych w sali, jeden już nie żył, umierając na ospę kilka lat po bitwie o stolicę, a drugi oszalał i został zamknięty w wieży błaznów, prowadzonej przez Siostry Miłosierdzia na obrzeżach Groeteburga, wątpliwe, zatem było, że ktokolwiek mógłby traktować jego wynurzenia poważnie.

Zarówno Carl jak i Irdun, byli zgodni, że sekret śmierci Manatara musi zostać ukryty przed światem, inaczej grozi to kolejną destabilizacją państwa. Jedyną osobą, na którą obaj nie mieli wpływu był paradoksalnie sam Ivar.

Białowłosy, po bitwie o stolicę i po śmierci Manatara, straciwszy wszystko, co trzymało go na tym świecie, odszedł na daleką północ, zabierając ze sobą tylko runiczny miecz, który zresztą wydawał się stracić swą moc, wraz ze śmiercią swego twórcy. Początkowo Carl chciał zatrzymywać człowieka, któremu zawdzięczał nie tylko swe życie, ale też koronę, ale w końcu dał za wygraną. Zadbał jedynie o to, aby dobra rodziny Nave nie popadły w ruinę i oddał je we władanie... Irdunowi. Obaj mężczyźni widzieli białowłosego po raz ostatni w porcie Hoffburg, gdy ten wsiadał na statek wypływający na daleką północ, dziesięć lat temu.

- Czy któryś z pojmanych coś wyjawił? - Pytanie Arcula, dowódcy Gwardii Cesarskiej, siedzącego przy stole naprzeciw Kanclerza, wyrwało Cesarza z zadumy.

- Irdun? - Carl odbił pytanie do szefa swego wywiadu.

- Moi ludzie nad tym pracują - odparł ten spokojnym głosem.

- Aaaaaaaaaaaaaa! - Przeraźliwy ryk torturowanego mężczyzny rozdarł ciszę.

- Kto wami dowodził? - Zakapturzony, ubrany w czarne niegdyś, a obecnie poznaczone licznymi, zaschniętymi plamami krwi, ubranie, wysoki mężczyzna odgiął jednemu z niedoszłych zabójców Cesarza głowę do tyłu, łapiąc za kędzierzawe włosy i spojrzał mu prosto w oczy.

- Gadaj!

- Nie... nie wiem, kim jest! - Szybko odpowiedział torturowany - nie znam jego imienia! Kazał... kazał nazywać się... Biskupem!

- Co o nim wiesz?! - Torturujący złapał za unieruchomioną, zakrwawioną dłoń i ścisnął. Sine palce były całkowicie pozbawione paznokci, zerwanych chwilę wcześniej przy pomocy obcęgów - gadaj! Czy mój towarzysz ma wsadzić ci w dupę tę gruszkę i przekręcić śrubę?

Torturowany powiódł wzrokiem za spojrzeniem przesłuchującego i spojrzał na stojącego obok, ubranego podobnie jak kolega, niskiego mężczyznę o rozbieganych oczkach. W dłoni trzymał nieduże urządzenie faktycznie do złudzenia przypominające gruszkę z tą różnicą, ze wykonane z metalu. Nieco zardzewiałe ścianki diabelskiego urządzenia pokrywała w kilku miejscach zaschnięta krew, a z tyłu, wystawała śruba z pokrętłem w kształcie motylka. Chwilę trwało, zanim wymęczony umysł niedoszłego zabójcy zrozumiał przeznaczenie metalowej gruszki, w czym zresztą aktywnie dopomógł mu niski kompan zadającego pytania mężczyzny, przekręcając szybko brudnymi paluchami motylkowe pokrętło śruby powodując rozszerzanie się metalowych listków narzędzia tortur.

- Nieee! - Zawrzeszczał przesłuchiwany - aaaa!!!

- Co o nim wiesz, sukinsynu?! - Powtórzył pytanie dobrze zbudowany - nie każ mi ponownie powtarzać!

- Nic nie wiem! Naprawdę!

- Oj, kłamiesz bratku - odparł spokojnie przesłuchujący prostując się i wzruszając ramionami - dobra, zatem pozwól, że przedstawię ci mojego kompana - wskazał ręką na niskiego, krępego typka o rozbieganych oczach, przebierającego nogami, wyraźnie, niemogącego się doczekać swoich pięciu minut z przesłuchiwanym.

- Zwiemy go Jeżykiem. Widzisz, bratku, pan Jeżyk nie mówi, ale ma za to inny, wyjątkowy dar oraz umiejętności, mianowicie jest pozbawiony jakichkolwiek uczuć wyższych, w tym empatii i całkowicie poświęcił się swojej pracy. Rozumiesz, bratku? On zaprawdę kocha tę robotę.

Przesłuchiwany nic nie odpowiedział, wgapiając się w obu mężczyzn, niepewny swego losu.

- No, dobrze - wysoki otarł dłonie o siebie, jakby odruchowo chciał dać do zrozumienia, że umywa ręce od tego, co zaraz nastąpi - panie Jeżyk, proszę, zatem zapodać naszemu gościowi pańskie panaceum.

Niski znieruchomiał. Małe, przekrwione oczka koloru piwa zalśniły złym blaskiem i choć twarz miał ukrytą pod maską, przesłuchiwany mężczyzna był pewien, że trzymający paskudne narzędzie tortur drab się oblizał. Obaj przesłuchujący złapali związanego silnymi łapskami i błyskawicznie postawili na nogi. Ten zachwiał się, od wielu godzin nie stojąc na własnych nogach, ale kaci nie dali mu upaść. Byli profesjonalistami. Rządy w Cesarstwie się zmieniały, ale zapotrzebowanie na ich fachowe usługi było niezmienne. Powlekli torturowanego na drewnianą ławę i rzucili na twarz. Zanim zdołał zareagować, przypięli mu kończyny szerokimi, skórzanymi pasami i zerwali portki. Przesłuchiwany mężczyzna odwrócił głowę w lewo, aby widzieć, co się dzieje. Ujrzał, jak niski bierze w dłonie mały słoik z jakąś dziwnie pachnącą substancją, sądząc po zapachu, mógł być to gęsi smalec i smaruje nim metalowe skrzydła gruszki.

- Nieeeee!!! - Zawył dziko rzucając się wściekle na drewnianym łożu - na bogów, nie!!!

- Gadaj! - Większy z prześladowców podszedł do łoża, klęknął i spojrzał mu prosto w oczy - gadaj, wszystko, co wiesz, albo Jeżyk wsadzi ci to w dupę i przekręci śrubę!

- On... on miał tatuaż! - Wrzeszczał skrępowany miotając się na deskach - na prawej ręce, na przedramieniu! Taki... taki dziwny!