7 marca 2022
Pożegnanie
Mleczna wstęga utkana z mgły ocierała się o zewnętrzną część wysokich murów, okalających stary cmentarz. Gdy napotkała kamienną barierę, zaczęła piąć się wyżej i wyżej, by czym prędzej dotrzeć na drugą stronę. W ślad za nią podążyła kolejna. Ta zaś bezszelestnie przeciskała się przez dwuskrzydłową, kutą żeliwną bramę z półkolistym naczółkiem zwieńczonym krzyżem. Zamotała się wokół niego i zastygła na chwilę w bezruchu. Z oddali wybrzmiewały bowiem pierwsze dźwięki "Ciszy" granej przez wyprostowanego jak struna trębacza w czerni. W odległej części nekropolii stłoczyła się grupka żałobników. Niektórzy pośród nich ukradkiem zaczęli ocierać łzy z zziębniętych policzków.
- Nikt nie lubi pożegnań, a zwłaszcza takich - zagrzmiał ksiądz w mowie końcowej. - Nie ma w życiu gorszych momentów od tych, kiedy śmierć bezlitośnie wyrywa z naszych objęć kogoś, kogo kochamy i pozostawia bezkresną pustkę. W codzienności towarzyszy nam nieustający pośpiech i nieczęsto znajdujemy czas na refleksję nad przemijaniem. Zazwyczaj dopiero w takich traumatycznych chwilach odbudowujemy nasz system wartości, stawiając na piedestale te, które rzeczywiście powinny się na nim znaleźć.
Mgła musnęła fioletowe szaty kapłana i popłynęła dalej, by w końcu rozwiesić swój welon nad pochylonymi w strapieniu ludzkimi głowami.
- Uświadommy sobie jednak, że w przemijaniu jest również coś pozytywnego - kontynuował celebrans. - Czas leczy rany. Te rany, które dzisiaj pieką i palą niczym żywy ogień, zabliźnią się wkrótce. Nadejdzie również czas, że wszyscy razem spotkamy się na końcu naszego ziemskiego pielgrzymowania.
Mleczna chmura gęstniała z minuty na minutę. Delikatnie oplatała ciała słuchaczy obleczone w żałobną czerń, jakby chciała utulić każdego z nich. Nie obiecywała im, że ból zniknie całkowicie, lecz dawała nieme słowo, że kiedyś rzeczywiście zaznają ulgi.
Gdy uroczystości pogrzebowe dobiegały końca, ludzie zaczęli rozchodzić się małymi grupkami.
Niektórzy podchodzili do młodej kobiety, która sprawiała wrażenie nieobecnej. Składali wyrazy współczucia, ściskając jej dłoń, po czym opuszczali cmentarz.
Kobieta cały czas stała nieruchomo, wpatrzona w zasypany świeżymi kwiatami grobowiec o prostej steli, na której piaskowanymi literami wypisano już personalia kilku osób: Aurelia, Tymoteusz Wernerowie, Albert Białecki, Anatola Białecka. Pierwsze nazwiska zdążyły się mocno zatrzeć, ostatnie natomiast składało się ze świeżo wyżłobionych, wyraźnych liter.
Po policzkach kobiety nie spływały już łzy, ale spuchnięte i zaczerwienione oczy zdradzały, że wylała ich całe morze. Jej plecy zgarbiły się pod ciężarem tragedii, która spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Żałobna czerń, otulająca drobne ciało od stóp do głów, sprawiała, że sylwetka wydawała się krucha. Mizerną twarz pokrywała niezdrowa bladość. Za sprawą marcowych chłodów z ust kobiety ulatywały obłoczki pary.
- Chodź, Kornelio, idziemy - powiedziała łagodnie Marianna, chwytając ją pod ramię.
Marianna była wysoką, smukłą i bardzo zadbaną kobietą. Pomimo pięćdziesięciu kilku lat pozostawała młoda duchem i ciałem. Energii i wigoru mogła pozazdrościć jej niejedna nastolatka. Prowadziła renomowany salon kosmetyczny w samym centrum miasta. To właśnie tam Kornelia poznała Wiktora, syna Marianny, który wkrótce potem zawrócił jej w głowie. Zaprzyjaźniły się pomimo różnicy wieku. Marianna nigdy nie próbowała matkować Kornelii. Raczej w naturalny sposób stała się jej pokrewną duszą. Chodziły razem do kina, na zakupy i fitness. Przynajmniej tak było do czasu, kiedy Wiktor jedną decyzją wywrócił jej poukładany dotychczas świat do góry nogami.
- Chyba nie masz zamiaru spędzić tu całego dnia? - rzuciła bardziej stanowczo Alicja. - Jest cholernie zimno.
- Idźcie. Ja wkrótce do was dołączę. Chcę tu jeszcze chwilę zostać.
- Nabawisz się jakiegoś choróbska! - Ala nie dawała za wygraną. - Mam wolny cały samochód. Pojedziemy razem do restauracji.
Alicja i Kornelia znały się jak łyse konie. Spędzały razem niemal całe dnie. Miały wspólne biuro w firmie i to właśnie Alicja wdrożyła Kornelię jako młodą stażystkę w ich branżę. Zaprzyjaźniły się nadspodziewanie szybko.
Już od pierwszej rozmowy spostrzegły, że nadają na tych samych falach. Siłą rzeczy w wolnym czasie także chętnie przebywały we dwie.
W naturze Alicji leżał jednak niesamowity upór. Kornelia zdążyła dobrze poznać charakter przyjaciółki, dlatego wiedziała, że w takich momentach najlepiej było nie wchodzić z nią w dyskusję i ignorować wrodzoną natarczywość. Przez niektórych ta jej upartość nazywana była siłą perswazji. Cenili w niej tę cechę i stawiali za wzór. Niewątpliwie taką osobą był Holc, ich szef. Mając nieco inny system wartości niż przeciętny człowiek, hołubił pracownicę, która potrafiła tak wpłynąć na klienta, że zupełnie zmieniał początkowe plany i oczekiwania, a odchodząc, tkwił w głębokim przeświadczeniu, że to, co ostatecznie zaakceptował, było tym, czego od samego początku sobie życzył. Dzięki temu Alicja mogła w swoich projektach stosować droższe materiały i rośliny, napychając kasę firmy. Wobec Kornelii była jednak zawsze w porządku, dlatego ich relacja należała do udanych.
- Mówię, chodź, to chodź. - Chwyciła przyjaciółkę za ramię. - Nie bądź uparta jak ten z długimi uszami.
- Nie nalegajcie dziewczyny - odparła Kornelia bezbarwnym głosem, nie odrywając oczu od grobowca. - To niedaleko. Dołączę do was wkrótce.
- Dobrze, niech tak będzie - zgodziła się Marianna. - Ale nie każ nam długo na siebie czekać - dodała i pociągnęła za sobą nieco naburmuszoną Alicję.
Kornelia została w końcu sama pośród plątaniny wąskich przesmyków między mogiłami. Kompanami jej niedoli stały się gniazdujące w pobliżu rozwrzeszczane wrony. Choć pragnęła kontemplacji w spokoju i ciszy, donośne krakanie ptactwa wcale jej nie drażniło. Wiedziała, że radośnie spieszyły do swych siedlisk skrytych w koronach drzew, gdzie czekali na nich upierzeni partnerzy, z którymi spędzały całe życie.
Ona nie miała już właściwie nikogo bliskiego. W wieku dwudziestu siedmiu lat została na świecie zupełnie sama. A na skraju miasteczka stał smutny, pusty dom, do którego nie było jej spieszno. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że przyjaźnie bywały kruche i ulotne. Jedynie w rodzinie tkwiła siła i życiowy spokój. W obecnej sytuacji wizja optymistycznej przyszłości zdawała się jedynie mirażem. Z każdym dniem pogrążała się w smutku, który pozbawiał ją złudnych nadziei na lepsze jutro. Przytłaczający był dla niej fakt, że po powrocie do domu mogła liczyć jedynie na przyjacielską kudłatą łapę swego czworonożnego przyjaciela.
- Wiktor - wyszeptała - dlaczego nie ma cię przy mnie?
Przysiadła na małej drewnianej ławeczce upchniętej pomiędzy dwiema wysokimi tujami. Chcąc ochronić się przed coraz bardziej przejmującym chłodem, ciasno zaplotła ręce na piersiach. Zabieg ten, niestety, na niewiele się zdał i już chwilę później nogi obleczone w czarne rajstopy, zaczęły drżeć z zimna. Stopy zaś, ukryte w eleganckich krótkich botkach, traciły czucie, stając się niczym bryły lodu. Mimo wszystko długi czas siedziała zatopiona w rozważaniach, zupełnie tracąc poczucie rzeczywistości. W pewnym momencie drgnęła przestraszona. Gdzieś w okolicach kieszeni płaszcza niespodziewanie poczuła muśnięcie. Na ułamek sekundy zgnębiony umysł dziewczyny wytworzył myśl, że to ktoś niewidzialny dotknął jej ciała, przysiadając tuż obok. Szybko jednak otrzeźwiała, rezygnując z tego niedorzecznego pomysłu. Sięgnęła po uparcie wibrujący telefon i odrzuciła połączenie od Alicji. Nie miała ochoty na wysłuchiwanie przypomnień, że kilka przecznic dalej w małej ciepłej restauracji odbywa się stypa, na której wypadało jej się pojawić. Nie chciała też, by poklepywano ją po plecach i zapewniano, że wszystko ułoży się na nowo. To były tylko słowa zwykle wypowiadane przy tego typu wydarzeniach. Nie miały mocy wypełnienia jej pustego domu ludźmi, którzy przekroczyli już próg Krainy Wieczności. Wiedziała jednak, że nie może unikać towarzystwa w nieskończoność, że musi się pozbierać. Poza tym pogoda nie sprzyjała dłuższemu przesiadywaniu na ławeczce.