Wzorce (#5). Oni albo my! 2: Izrael i Bliski Wschód. Zachód kontra świat islamu, przyszłość Izraela oraz prawidła wojen na Bliskim Wschodzie - Piotr Plebaniak

Kup ebooka

45.00 zł
37.68 zł (37,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Konfliktujące agendy"

Wstęp-wizja

Wizja dla tomu drugiego oraz prawidła i koncepcje zdefiniowane w innych tomach serii "Wzorce"

Oprogramowanie kulturowe

Homo sapiens jest gatunkiem żyjącym społecznie, a swoją zdolność przetrwania (reprodukcji, zdobywania zasobów) generuje na poziomie nie jednostkowym, a kooperujących wspólnot. Zdolność do ich tworzenia opieramy na mechanizmach obyczajowych, prawie, zdolności do samokontroli. Te wzorce kulturowe akumulujemy w przekazie międzypokoleniowym.

Ultrakooperacja

Duże grupy obcych sobie ludzi mogą współpracować, gdy łączy ich wiara w tzw. wspólny mit i zaufanie rozumiane jako dobro publiczne. Wspólny mit to także mit energetyzujący i mobilizujący do podejmowania wszelkich typów wysiłku kolektywnego. Historycznie najskuteczniejszym generatorem takiego mitu były religie, zwłaszcza abrahamowe. Są one pakietem oprogramowania kulturowego, który powołuje do życia zjawisko ultrakooperacji.

Społeczności zdolne są do przetrwania dzięki podatnym na zakłócenia i atak zjawiskom emergentnej ultrakooperacji - zdolności współpracy ludzi niezależnie od więzów pokrewieństwa, różnic światopoglądowych i innych cech. Zachowania kooperacyjne trzeba wymusić na członkach społeczności dla ich własnego dobra, ale kosztem ich osobistych swobód. Atak na oprogramowanie kulturowe, które odpowiada za uruchamianie instrumentów przymusu, poskutkuje zniszczeniem zdolności atakowanej społeczności do generowania takich dóbr publicznych jak zaufanie społeczne czy akty indywidualnego poświęcenia. Dobra te są kluczowe w generowaniu ultrakooperacji.

Potencjał i ukształtowanie psychiki do ultrakooperacji da się rozłożyć na osobne parametry analogicznie do wskaźnika IQ. Taki zestaw parametrów charakteryzuje zarówno indywidualnych ludzi, jak i całe ich społeczności. Współcześnie nie jest to praktykowane, przynajmniej jawnie, niemniej wskaźnik taki miałby użyteczność o wiele większą przy zarządzaniu zasobami ludzkimi, niż IQ.

Myślenie plemienne

Na przeciwnym krańcu skali w kwestii ukształtowania psychiki ludzi do sprzyjania ultrakooperacji są mentalność i myślenie plemienne i klanowy charakter struktur społecznych. Klanowość odpowiada za istnienie niewidzialnego sufitu dla rozrostu wspólnoty ludzi do wielkości "ultra-", liczonej w dziesiątkach i setkach tysięcy, a potem w milionach.

Mówiąc nieco poetycko, mentalność plemienna oznacza zredukowanie zdolności ufania obcym i współpracy z nimi, uniemożliwiające utworzenie instytucji "demokratycznych" i będące źródłem takich zachowań i obyczajów jak zemsta rodowa, moralność Kalego (relatywizacja ocen uczynków zależnie od przynależności klanowej) i wielu innych.

Sztandarowym i świetnie zmierzonym przykładem jest szokująca różnica w statystykach krwiodawstwa między południem a północą Włoch. Najlepszym studium tej problematyki jest wręcz natchniona książka Josepha Henricha pt. The WEIRD-est People in the World. Innym ikonicznym wglądem w cechy człowieka ultrakooperującego jest słynne studium badające w Nowym Jorku korelację pochodzenia dyplomatów z ilością nieopłaconych mandatów za złe parkowanie (?SP VII.3).

Dobrym, choć może nieco nie do końca licującym z powagą sprawy, symbolem zdolności do ultrakoperacji jest wózek sklepowy. Jego odstawienie na miejsce jest przejawem zachowania prospołecznego wobec osób całkowicie obcych, ale w domyśle należących do jakiegoś rodzaju wspólnoty. Za nieodstawienie wózka nie grozi ani sankcja prawna, ani jakakolwiek inna, może poza sporadycznym krzywym spojrzeniem kogoś przechodzącego pomimo.

Gry o sumie zerowej

Jednym z podstawowych parametrów psychiki kontrastujących w zestawieniu plemienny-ultrakooperujący jest postrzeganie konfliktów jako gry o sumie zerowej (wygrana jednego jest stratą drugiego) lub niezerowej. Zdolność do ultrakooperacji przejawia się większą predyspozycją do postrzegania konfliktu jako szkodliwego. Takie zero--jedynkowe postrzeganie świata i oprogramowanie mentalne, w tej książce określane frazą "oni albo my", wynika także z wielu innych czynników, m.in. faktycznej i postrzeganej dostępności zasobów niezbędnych do przetrwania.

Moralność

Uczestnicy geopolitycznych rozgrywek z rozdrażnieniem wyrzucają to zawadzające, upierdliwe "coś" do kosza. Dla wszelkich walczących o "nowy kształt świata"

LI-CZY SIĘ WY-ŁĄCZ-NIE PRZE-TRWA-NIE I DO-MI-NAC-JA!

Adept geopolityki, który chce zrozumieć proces decyzyjny uczestników wydarzeń historycznych lub bieżących, musi przyjąć do wiadomości tę amoralność i pozamoralność, które są tkanką geopolitycznych rozgrywek.

Wojna i konfliktujące agendy

Słuchając opisów wojen domowych otrzymujemy opisy czegoś, co śmiało można nazwać duchową apokalipsą. Słyszymy frazy takie jak "brat zabijał brata" czy "sąsiad sąsiada". Pośród licznych relacji z Rzezi Wołyńskiej przeczytamy, jak to mąż Ukrainiec musiał mordować własną żonę Polkę wraz z dziećmi. "Nawet jeśli ktoś się fizycznie uratował, to zdrowym już nigdy nie był"1, czytamy o tych, którym udało się przetrwać.

Wojna z prawdziwego zdarzenia to nie tylko zabijanie i osobiste traumy. Wojna niszczy struktury wspólnotowe i tę część psychiki ludzkiej, która, odpowiadając za podejście do innych istot ludzkich, wpędza nas w stan pierwotnej dzikości w aspektach takich jak lojalność rodzinna, narodowa czy zawodowa. Słowem - znikają więzy kooperacyjne. Zdolność do ufania drugiej istocie ludzkiej. Znika cywilizacja.

Ale fraza "konfliktujące agendy" to sygnał, że dzieje się jeszcze coś innego, być może dalece ważniejszego. Każdy człowiek jest częścią wielu wirtualnych wspólnot, względem których przejawia lojalność i wdzięczność czy za przetrwanie których gotów jest na poświęcenia, z oddaniem życia włącznie. Zwykle te lojalności nie konfliktują ze sobą. Albo nie konfliktują w sposób dokuczliwy.

Ale wojna jest stanem kolektywnych umysłów ludzkich wspólnot, w którym sieci społecznych zależności doznają radykalnego, skokowego przeformowania. Nagle ludzie, zamiast trwać w zawieszeniu i neutralności, muszą wybrać stronę. Nagle znajdują siebie samych w grupie morderców lub grupie zaszczutych ofiar. Pistolet przystawiony do głowy - prawdziwy lub metaforyczny - sprawia, że zamiast labiryntu sprzeczności, mającego w sobie coś z idei książki pt. Złudzenia, które pozwalają żyć, stajemy przed czarno-białą alternatywą. Zabijać będziemy my albo zabijać będą nas! Oni albo my.

Obejrzyj, Czytelniku, mistrzowską wizję konfliktujących agend, odmalowaną w filmie Hyena Road (reż. Paul Gross, 2015). Uwaga, dalej zdradzam istotną część fabuły! Kanadyjski generał nadzoruje tam budowę tytułowej szosy przez pustkowia Afganistanu. Przedsięwzięcie blokuje aktywność lokalnego wpływowego watażki. Pracuje on i dla Kanadyjczyków, i dla talibów... i dla CIA. Generał wydaje nieformalny rozkaz odstrzelenia delikwenta. "Dowolnym sposobem", co z uwagi na konieczność oszukania CIA realizujący intrygę oficer rozumie bez słów. Oficer ten dostraja się z planem do pasztuńskich obyczajów zemsty klanowej i obrony honoru rodu.

Maszyneria ludzkiej natury gra imponującą symfonię zdarzeń, które w jednej "pięknej" całości widoczne są jedynie dla makiawelicznego intryganta, oficera wywiadu z nieformalnym rozkazem. W kulminacyjnym momencie krzyczy on nawet przez radio do snajpera, aby powstrzymać oddanie strzału. Jednak procedury operacyjne sprawiają, że rozkaz jest nieważny. Niewygodny watażka ginie. Odpowiedzialność spada na niefortunne okoliczności, a sam snajper, niewinny jak dziecko, jeśli można użyć takiego określenia wobec snajpera, ginie w wydarzeniach będących następstwem własnej decyzji.

Wojna, w obliczu której stoi "kolektywny Zachód", jest wręcz utkana z konfliktujących agend. Jak to wojna. Można z tego i innych ciągów zdarzeń ukuć nawet nieco niezgrabne, ale wieczne prawidło:

Wojna to wykuty z konfliktujących agend stan usunięcia cywilizacji z umysłów ludzi.

Mamy więc Żydów-syjonistów w Izraelu, którzy mit mobilizujący swojej wspólnoty wykuwają ze szkalowania Polaków przypisywaniem im współudziału w holokauście Żydów w czasie II wojny światowej. Mamy polskie elity życia kulturalnego, które prestiż swojej pozycji utrwalają wypowiedziami takimi jak słynne "ja już nie czuję potrzeby kontaktu z tym narodem" Krystyny Jandy. Ale mamy też potrzebę geopolityczną - Izrael i jego istnienie jest zwornikiem systemu Pax Americana. Bez tego przyczółka na Bliskim Wschodzie "kolektywny Zachód", a więc i my, utraci zdolność "trzymania w dole" państw arabskich, które kontrolują największe zasoby kluczowego surowca - ropy naftowej.

W obliczu działań IDF (izraelskiej armii), wielu z nas życzyłoby Izraelowi jak najgorzej. Ale... gdy Izrael upadnie, Polska, "kraj pełen antysemitów", będzie zasadniczo pierwszym miejscem, do którego skierują się uciekinierzy. Uciekinierzy uzbrojeni i w rozmaitym stopniu "oszaleli" z traumy utraty własnych domów i własnego świata. O tym spekuluje tekst zamykający niniejszy tom. Ktoś więc mógłby jednak życzyć Izraelowi przetrwania. Mimo wszystko albo ponieważ wszystko.

Spójrzmy na wojnę na Ukrainie. Zachód potrzebuje jej surowców i ogólnie zasobów, ale jednocześnie potrzebuje jej silnej, jako strefy buforowej. My Ukraińcom chcemy pomóc - ich kraj i tkanka narodowa są niszczone, ale coraz więcej ludzi jest tym "przymusem" wkurzonych. Pod szczytnymi hasłami, że "potrzebującym trzeba pomagać", działają aktywiści przemycający antropopotoki przez granicę z Białorusią, a z drugiej strony zarabiają krocie na wpuszczaniu infiltrujących Europę ekstremistów, których zadaniem jest zniszczenie społeczeństw Unii Europejskiej.

"Gdzie jest przyjaciel, gdzie jest wróg?!", śpiewał Jacek Kaczmarski. I niech słowa barda wybrzmią na końcu tych rozważań. Każdy z nas jest i wrogiem i przyjacielem. A naszą lojalność i gotowość obrony wartości ujawnią wydarzenia, których z całą pewnością nie chcemy być częścią.

Cóż w takich dylematach przetrwania warte są dumne i górnolotne deklaracje? Jaki wpływ na zapadające gdzieś tam decyzje mają pielęgnowane przez pokolenia tradycje? Gdy pochwyci nas w swą władzę kłąb sprzecznych agend, eleganckich moralnych wywodów o naturze człowieka, rachunków za i przeciw oraz poplątanych lojalności, który nieprecyzyjnie przeszłe pokolenia nazywały i przyszłe będą nazywać wojną... odpowiedź zawsze będzie jedna. Przetrwanie jest wszystkim. Przetrwają oni, albo my.

Tym jest wojna.

Tajpej, luty-kwiecień 2024

1 Wspomnienia z Wołynia..., https://plus.dziennikbaltycki.pl/wspomnienia-z-wolynia-wsrod-swoich-krzywda-sie-wam-nie-stanie-archiwalne-zdjecia/ar/11416417 [dostęp: 2024-06-27].

Śmierć Izraelowi! Albo nie... Jezus, Maria! Ratujmy Izrael!

Wstęp

It's simple numbers. They have more. - film Żołnierze kosmosu (1997).

Izrael i Pax Americana

Atak Hamasu z 7 października 2023 roku był operacją natchnioną w bardzo trudnym do dostrzeżenia aspekcie. Został celowo zaprojektowany do tego, aby wywołać adekwatną reakcję Izraela, w myśl doktryny tzw. dominacji eskalacyjnej. Hamas uruchomił decyzję o likwidacji Strefy Gazy. Tym samym doprowadził on do kolejnej, tym razem globalnej intifady - powstania palestyńskiego, całkowicie przy tym przekreślając realność tzw. rozwiązania dwupaństwowego.

Diaboliczna przebiegłość tego planu polega na tym, że jego częścią jest fenomenalnie sprawne, szykowane przez lata uderzenie narracyjne. Mimo 1400 ofiar izraelskich, Palestyńczycy stanęli w pozycji moralnej wyższości, a Izrael w pozycji państwa zbrodniarzy realizujących ludobójstwo1 Palestyńczyków w Strefie. Śmierć cywili, w tym dzieci, jest skalkulowanym poświęceniem wynikającym z potrójnej logiki całego konfliktu. Ludzie ci bądź nie chcą opuścić swoich domów, bądź nie mogą, a najprawdopodobniej są do pozostania zmuszani przez Hamas.

Nieuniknionym kolejnym aktem dramatu jest presja na sojuszników, czyli nas - Europę (kolektywny Zachód) - i wszystkich, którzy by chcieli wesprzeć Izrael, z embargiem na ropę włącznie. Embargiem równie dotkliwym, jak to z 1973 roku, wymierzone przeciw Stanom Zjednoczonym.

Kontrolować światowe przepływy energii

Destabilizacja Bliskiego Wschodu była, jest i zawsze będzie sensem istnienia Izraela. Tak dyktuje kluczowe prawidło rządzące hierarchicznymi porządkami świata (zob. prawidło s. 39). W latach 30. XX wieku na Bliskim Wschodzie zaczęto odkrywać gigantyczne pokłady ropy w wielu lokalizacjach. Pod koniec II wojny światowej Brytyjczycy uznali, że funkcję "pokoju kontrolnego", pozwalającego mieć oko na zasobne w ropę państwa, będzie pełnić państwo żydowskie. Postanowienie to przekuto w decyzje polityczne i geopolityczne.

Ale rezultatem II wojny światowej była kardynalna zmiana układu sił. Żydzi wyrwali się spod kontroli brytyjskiej i dobili targu z Ameryką. Ta zaś w wyniku zwycięstwa w II wojnie światowej, mając do dyspozycji najpotężniejszą gospodarkę planety, przejęła rolę globalnego imperium.

Ryc. 1. Kadr z przygotowanymi do protestu flagami palestyńskimi na jednym z uniwersytetów w Zjednoczonym Królestwie. (Źródło: media społecznościowe)

Niewielu z nas w pełni zdaje sobie sprawę z tego, do jakiego stopnia ropa jest niezbędna dla istnienia współczesnych państw. Z całym naszym dobrobytem. Z całym postępem moralności. Ze wszystkimi swobodami podróży i wyboru miejsca zamieszkania. Ze wszystkimi marzeniami o przyszłości i oczekiwaniami godnego życia.

Na dzień dzisiejszy Zachód - a Stany Zjednoczone w szczególności - kontrolują działanie światowego systemu dystrybucji energii oraz opracowują gros kluczowych technologii, służących tej ultymatywnej władzy. Dzierżymy kolektywnie władzę nad życiem i śmiercią ludzi oraz nad prosperitą i poniżającym ubóstwem państw i narodów. Polska jest częścią "kolektywnego Zachodu", z czego wynikają określone konsekwencje. Jesteśmy w tym samym systemie sojuszy, którego częścią jest Izrael. Jesteśmy kluczowym państwem wspomagającym wysiłek wojenny Ukrainy przeciw agresji militarnej Rosji. Jesteśmy krajem monoetnicznym, białym. To stawia nas na celowniku wszystkich sił, które chcą pokonać, zniszczyć lub doprowadzić do załamania cywilizacyjnego w tym, co określane jest takimi pojęciami jak "kolektywny Zachód".

Wręcz porażające znaczenie ataku Hamasu w tak zarysowanym układzie sił polega na tym, że jest on efektem decyzji ekstremistów po obydwu stronach barykady. A to właśnie ekstremiści, w rytm innego wiecznego prawidła, nadają ton przebiegowi wszelkich konfliktów. A więc "globalne południe" i wszelkie inne formalne i nieformalne sojusze będą wymierzone także w nasz dobrobyt i zdolność kolektywnego przetrwania.

Dwa filary siły Zachodu

Dwa kluczowe filary stabilności tej sytuacji to źródła dwóch krytycznych zasobów, bez których może nie cofnie nas do ery kamienia łupanego, ale do średniowiecza na pewno tak. Pierwszy to półprzewodniki, bez których nasz zbudowany z technologii świat przestanie po prostu funkcjonować. To Tajwan, na którym wytwarza się 60% wszelkich i 92% tych najbardziej zaawansowanych chipów. Precyzując, chodzi o układy logiczne (procesory). Układy pamięci to specjalność Korei Południowej. Dane na 2021 rok pokazują, że dwie koreańskie firmy - Samsung i SK hynix - mają 70% rynku układów pamięci. Oba kraje są położne geograficznie tuż obok ChRL - głównego konkurenta Stanów, który z pełnym zaangażowaniem buduje niezależność od dostaw i technologii rozwijanych przez Zachód2.

Drugi zasób to energia - ropa i gaz, których kluczowe zasoby (najłatwiejsze do wydobycia i do regulowania wolumenem ich produkcji mechanizmów cenowych) znajdują się na Bliskim Wschodzie.

Ktokolwiek uruchomił wojnę Hamasu z Izraelem, ryzykuje katastrofę cywilizacyjną świata. Stawka usprawiedliwia to ryzyko. Celem jest doprowadzenie do zagłady Izraela, a więc usunięcia amerykańskiego instrumentu kontroli światowego systemu dystrybucji energii. Paradoksalnie jest to zachowanie samozgubne, jeśli decydentem był jakiś ośrodek arabski. Dojdzie - już doszło - do nieodwracalnej destabilizacji regionu. Dodatkowo, gdy ten plan osłabienia kontroli Zachodu się powiedzie, Europa stanie nieodwołalnie w obliczu głodu energetycznego. A to oznacza koniec naszego dobrobytu, jeśli nie więcej.

Dziś widzimy profesjonalnie organizowane protesty i marsze wsparcia sprawy palestyńskiej. Ale te same siły, które przez lata przygotowywały je i warunki do ich sukcesu, szykują już następny krok. Krokiem tym jest wygenerowanie w przestrzeni debaty międzynarodowej moralnej presji. Skuteczna realizacja tej akcji uzasadniałaby odcięcie państw "kolektywnego Zachodu" od taniej energii.

Mało kto wie, że w 1973 roku, w którym Ameryka tak dotkliwie odczuła embargo nałożone przez państwa arabskie, Europa nie odczuła go z jednego tylko powodu - została zawczasu zastraszona do nieudzielania pomocy Izraelowi. Sprawa rozegrała się przed i w trakcie wojny Jom Kipur. Informacje na ten temat są skrzętnie pomijane w większości opracowań opisujących przebieg wojny. Analizując materiały szykowane do książki Wzorce zwyciężania t. 2 znalazłem jednak opis esencji tamtych zakulisowych zawirowań i presji.

Aby zorganizować przerzut uzbrojenia przez Atlantyk, rząd Stanów Zjednoczonych pierwotnie zwrócił się do komercyjnych przewoźników. Ci gremialnie odmówili, uzasadniając decyzję obawą, że po wojnie zostaną objęci bojkotem państw arabskich. 14 października Amerykanie uruchomili więc transport sprzętu za pomocą własnych środków wojskowych. W ramach operacji "Nickel Grass" przez miesiąc przerzucono 22 tysiące ton sprzętu, od całych czołgów po części zamienne do myśliwców.

Co znamienne, za wyjątkiem Portugalii, która udostępniła Amerykanom lotnisko na Azorach, żadne państwo Europy Zachodniej nie wspomagało tego wysiłku. Więcej - Amerykanie musieli starannie planować przeloty nad Morzem Śródziemnym tak, aby nie naruszyć przestrzeni powietrznej nie tylko państw arabskich, ale i europejskich!

Kluczowym aspektem tej "gimnastyki" było to, że działania w trakcie wojny Jom Kipur zostały zainicjowane przez Egipt. Był on de facto agresorem inicjującym działania zbrojne, a więc przynajmniej teoretycznie stanął w zwykle niefortunnej roli "tego, kto zaczął". Widać więc, że dla wszystkich było jasne, że państwa arabskie mają siłę oddziaływania, która ogranicza wszechwładzę superpotężnych Amerykanów. W tej rozgrywce o "racje moralne" podobnie jest dziś. To Hamas zainicjował eskalację konfliktu z Izraelem. Mimo tego w tym momencie to Izrael stawiany jest w pozycji braku racji moralnych do odwetu.

Wiele wskazuje na to, że w skali strategicznej pierwotnym planem inicjatorów ataku Hamasu z października 2023 była eskalacja wojny między jemeńskimi Huti, a Arabią Saudyjską i skłonienie państw arabskich do jakiejś formy gremialnego udzielenia wsparcia sprawie palestyńskiej. Logika pułapki jest godna podziwu i godzi w wysiłek wojenny Arabii Saudyjskiej. Saudowie od lat walczą z Huti za pomocą amerykańskiej broni i zachodnich specjalistów ją obsługujących. Jeśli Huti zaczną zwalczać Izrael w akcie pomocy Hamasowi, Saudowie nie odważą się podnieść na nich ręki. Na czerwiec 2024 roku Amerykanom udało się, póki co, opanować tę sytuację. Ale dla Izraela sytuacja wciąż jest fatalna. Jest ona dla nich bez wyjścia i ma klasyczną formę paskudnego dylematu "oni albo my", Stąd właśnie tytuł niniejszej dwutomowej książki. Oto przesłanki:

Rozwiązanie dwupaństwowe. Atak Hamasu sprawił, że rozwiązanie polegające na ustanowieniu państwa palestyńskiego w granicach takich jak dzisiejszy Zachodni Brzeg stało się całkowicie nierealne. Pod bokiem Izraela powstałoby skrajnie wrogie, funkcjonalne państwo z własnymi granicami i armią. Jego ludność powodowana byłaby ideologią skrajnej nienawiści wobec Izraela, a więc nadal rządzona chęcią stworzenia Palestyny "od rzeki do morza". Wcześniej takie rozwiązanie również było niemożliwe, gdyż wymagałoby m.in. wyjścia z Zachodniego Brzegu nielegalnych osadników izraelskich, czego rząd żadnego demokratycznego państwa by nie przetrzymał. I czego nawet nie próbowałby więc realizować. Rozwiązanie jednopaństwowe, czyli stworzenie wspólnego państwa w granicach obecnego tzw. "Większego Izraela", jest równie niedorzeczne i z równie oczywistych powodów. Oznaczałoby zniknięcie państwa żydowskiego, a pojawienie się państwa, w którym Żydów i Arabów byłoby mniej więcej po równo. Choćby z uwagi na większą dzietność Palestyńczyków doprowadziłoby to do przejęcia przez Arabów władzy politycznej, a więc końca Izraela jako monoetnicznego państwa żydowskiego. Kontynuacja aktualnej sytuacji, czyli polityki zbliżonej do apartheidu3, również przestała być rozwiązaniem pozwalającym na stabilne trwanie i rozwój Izraela. Składają się na to procesy demograficzne i słabnięcie siły oddziaływania Stanów na świecie. Przede wszystkim jest to jednak po mistrzowsku prowadzona proarabska operacja propagandowa na obszarze całego kolektywnego Zachodu. Czystki etniczne. I one właśnie mają miejsce - w postaci operacji wyrugowania Palestyńczyków z całej Strefy Gazy. Taktyką jest tu sprawienie, aby Gaza przestała być miejscem zdatnym do zamieszkania. Realizację widzimy w mediach praktycznie codziennie.

Podsumowując, mylimy arabską propagandę wojenną z trzeźwym analizowaniem prawideł wojny i propagandy wojennej. To nie Netanjahu jest wcieleniem Hitlera. (Zło musi mieć twarz - to jedna z kardynalnych zasad propagandy wojennej). Obecna sytuacja jest starannie zaplanowanym doprowadzeniem do eskalacji konfliktu i wmanewrowania Izraela w pułapkę bez wyjścia.

Atak Hamasu z 7 października 2023 roku był aktem zastawienia na Izrael pułapki sytuacyjnej, w której stawką jest przetrwanie państwa izraelskiego. Pułapka udała się perfekcyjnie! Po pierwsze, Izrael po prostu musi robić to, co robi, gdyż jest to jego jedyną drogą przetrwania na dłuższą metę. Po drugie, na tę chwilę największą porażką Izraela nie jest potępienie ze wszystkich stron świata. To tylko widoczna warstwa tego, co dzieje się naprawdę. W ostatnich miesiącach Izrael utracił kluczową zdolność obronną - możność posługiwania się tzw. dominacją eskalacyjną. To zdolność odwetu wielokrotnie przekraczającego skalę pierwotnego ataku. Przejawem jej utraty jest i ugrzęźnięcie w Strefie Gazy, i ograniczony odwet w wymianie ciosów z Iranem w kwietniu bieżącego roku4.

Nas, mieszkańców Europy, sprawa dotyczy w egzystencjalnej skali. Ze stuprocentową pewnością mówię, że czekają nas poważne kroki mające zniechęcić, zastraszyć i przymusić Europę do tego, by nie udzieliła Izraelowi wsparcia. A rządy państw Zachodu będą musiały jakoś pomagać - bez tego w oczach Świata siła i prestiż Zachodu znikną tak samo dotkliwie, jak znikłyby w wyniku przegrania przez Ukrainę wojny z Rosją.

Na razie bezrefleksyjnie absorbujemy propagandę arabską. Ale stawką w tej grze narracyjnej jest nie tylko przetrwanie fizyczne. Stawką jest zachowanie naszych wartości - demokracji, poszanowania praw człowieka i wywalczonego w triumfalnym pochodzie postępu prawa każdej osoby do nazywania się kobietą, jeśli tylko czuje się kobietą... Podczas gdy w świecie kultur pasterskich Bliskiego Wschodu miano kobiety przysługuje głównie kozie bez sierści, bo faktyczne kobiety, sprowadzone do roli wpół niewolników, praw politycznych i wolności do kroczenia samodzielnie wybraną drogą życia, nie mają tam nic do powiedzenia.

Ale już z pełną powagą - Europa pozbawiona jest samowystarczalności energetycznej. Jesteśmy podatni nie tylko na szantaż energetyczny i embarga. W ostatnich dniach dzięki nadzwyczajnej odwadze osobistej premiera Donalda Tuska udało się przełamać jeden z czarów rosyjskiej, putinowskiej propagandy. Jesteśmy także atakowani tzw. antropopotokami. W tumulcie medialnym po zamordowaniu polskiego żołnierza przez włamującego się do naszego kraju agresora migracyjnego, premier oświadczył - w końcu - że przemyt migrantów, aktywnie organizowany m.in. przez organizacje typu NGO i medialnie, i wizerunkowo wspierany przez funkcjonariuszy polskiego rządu (vide słynne zdjęcie premiera Hołowni w towarzystwie nielegalnych imigrantów, wykonane w Sejmie), należy ukrócić.

Zagrożeniem są antropopotoki, czyli strumienie ludzi składających się z de facto najemników, w tym osób szkolonych przez służby bezpieczeństwa Rosji i Białorusi, a pozujących na imigrantów i uchodźców5. Ich wtargnięcie do naszego kraju jest nie tylko zagrożeniem bezpieczeństwa wewnętrznego RP. Co powszechnie głoszą eksperci w zakresie tematyki ideologii islamistycznej i ideologii dżihadu, to część infiltracji społeczeństw Europy przez skrajnie niebezpiecznych ekstremistów, których celem - co opisywał m.in. dr Wojciech Szewko - jest destabilizacja społeczeństw zachodu Europy.

Wciąż nie rozumiemy natury działań hybrydowych

Pewien komentator YouTubowy, którego tożsamości nie wspomnę (nie ma znaczenia, gdyż dziwujących się w opisywanym tu epizodzie jest dużo), we wrześniu 2024 roku dziwował się na wieść o niemieckich planach sprowadzenia 250 tysięcy pracowników z Kenii. Niemal równolegle Niemcy uszczelniły granicę przed strumieniami ludzi płynącymi po niemiecki socjal m.in. przez Polskę i Białoruś. Ta druga decyzja wynika z drastycznego załamania bezpieczeństwa publicznego.

Jak pogodzić te pozornie sprzeczne działania? Ano, bardzo prosto. Mamy do czynienia z realizacją jednej, a skutkami drugiej operacji hybrydowej. Ta pierwsza to realizowanych z ogromnym rozmachem projekt destabilizacji państw zachodu Europy przez m.in. przeciążenie systemu świadczeń społecznych. Ta druga to efekt dekad kultywowania i implementowania porażająco bzdurnych ideologi. Jedną z ich myśli przewodnich jest dezintegracja przekazu międzypokoleniowego tych elementów oprogramowania kulturowego, które są niezbędne dla podtrzymania biologicznego istnienia wspólnot narodowych.

Rok 2024 to ataki antropopotokami wymierzonymi w Polskę i mającymi charakter już całkowicie jawny. Głównym celem tego ataku są jednak jedność i siła gos-podarcza Unii Europejskiej. Stany Zjednoczone, będące w roku wyborczym, znajdują się pod podobnym oddziaływaniem. Sierpień i wrzesień 2024 roku upłynął Amerykanom pod znakiem szoku kulturowego: nielegalnie sprowadzanych Haitańczyków, przyłapanych na zjadaniu kotów domowych i kaczek z publicznych parków.

Możemy tylko mieć nadzieję, że obywatele RP zdołają dostrzec zagrożenie, którego cynicznie wykorzystywaną cechą są nasze najlepsze cechy, wykształcone w cywilizacji chrześcijańskiej - tolerancja i humanitaryzm. Miejmy nadzieję, że i Polacy, i "obywatele Rzeczpospolitej" staną się wspólnie w tych kwestiach wzorem dla reszty Europy tak, jak byliśmy 4 czerwca 1989 roku, kiedy wolą nas wszystkich wyszliśmy z rosyjskiej strefy wpływów i wróciliśmy w sferę cywilizacji europejskiej.

Alishan,

4 czerwca 2024

1 Precyzyjnie, celem strategicznym Izraela jest całkowite zlikwidowanie Strefy Gazy. Cel ten obejmuje całe spektrum metod: zabijanie, rugowanie, czynienie strefy obszarem niezdatnym do życia. Eksterminacja, oznaczająca fizyczne zgładzenie całości populacji, zdaje się nie określać celów wojennych Izraela w sposób precyzyjny.

2 Kwestia szczegółowo omówiona w tomie 1 Oni albo my!, s. 27-62.

3 20% populacji Izraela to Arabowie posiadający prawa obywatelskie, a więc i prawo głosu. Stąd określanie systemu społecznego mianem apartheidu jest nadużyciem.

4 Aaron Miles, Escalation Dominance In America's Oldest New Nuclear Strategy, https://warontherocks.com/2018/09/escalation-dominance-in-americas-oldest-new-nuclear-strategy [dostęp: 2024-04-12].

5 Witold Sokała, Antropopotoki imigrantów lepsze od czołgów. Jak atakuje Rosja? https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/swiat/artykuly/9445866,antropopotoki-imigrantow-lepsze-od-czolgow-jak-atakuje-rosja.html [dostęp: 2024-06-02].

Hegemon i jego potrzeby homeostatyczne

Hegemon i jego potrzeby homeostatyczne

Współczesna rozgrywka o dominację nad światem

Ogólne prawidło funkcjonowania każdego imperium i każdej władzy hegemonicznej jest proste, a przy tym brutalnie oczywiste:

Podstawową troską mocarstwa czy imperium stojącego na szczycie feudalnego systemu sojuszy i podziału pracy jest dbać o to, by blokować rozwój gospodarczy, awans cywilizacyjny i siłę militarną wszystkich państw podległych.

Przykładem na taką logikę porządków hegemonicznych jest słynne dictum "NATO ma służyć Europie, by trzymać Sowietów na zewnątrz, Amerykanów wewnątrz, a Niemców na dole". Autorem tych słów jest pierwszy sekretarz generalny NATO Lord Hastings Lionel Ismay.

Za tym kluczowym prawidłem kryje się inne, lepiej naświetlające to, że państwa po prostu muszą być agresywne, jeśli chcą przetrwać i zachować swój status w geopolitycznym układzie sił:

Państwa prowadzą "grę mocarstwową", a więc budują imperia i strefy wpływów kosztem państw słabszych, z prostej konieczności pozyskania zasobów niezbędnych do przetrwania.

Te, które tracą zdolność dominowania nad innymi celem wyzysku (celem pozyskania niezbędnych do przetrwania zasobów - przede wszystkim energii), tracą suwerenność i są ustawiane w roli wasala, junior-partnera, kolonii czy republiki bananowej.

Feudalizm we wszystkim, prócz nazwy1

Teoria systemów-światów Wallensteina mówi o hierarchii w światowym podziale dobrobytu, energii, pozycji w podziale pracy i wysokości wynikających z tego podziału marż. Kluczem pojawiającym się w wizji Wallensteina jest słowo "hierarchia".

Ludzie jako gatunek - homo sapiens - są homeostatami żyjącymi w społecznościach kooperujących, a przynajmniej zdolnych do kooperacji. Społeczności prosperują tym lepiej i bronią swojego stanu posiadania tym sprawniej, im wyższa jest ich zdolność do dystrybucji owoców wspólnego wysiłku. Wewnętrzna stabilność struktury społecznej wynika z istnienia hierarchii, w której jednostki, rody, klany czy grupy interesów kontrolują więcej zasobów niż "wyzyskiwani" ziomkowie. Identyczna hierarchia działa w świecie międzynarodowych powiązań gospodarczych.

Dwa następne istotne terminy to "podział pracy" i "specjalizacja". Jedynie społeczności pierwotne, wielkości plemion, mogą funkcjonować na zasadzie egalitarnej, tj. nie powstają w nich dziedziczne elity rządzące. Im liczniejsza społeczność, tym silniejsze stają się podziały na elitę zarządzającą i tych żyjących wyłącznie z własnej pracy. Przywilejem elit i osobników u władzy jest prawo do dystrybucji efektów pracy całej społeczności, a także konsumowaniem lepszej lub większej części z nich.

Prawidłowość tę dostrzegł autor Trzech tajemnych strategii, jednego ze starożytnych chińskich traktatów militarnych:

Chłopi, rzemieślnicy i kupcy to dla władcy trzy skarby2.

To starożytne spostrzeżenie wskazuje, że siła mocarstw opiera się nie tylko na mocy wytwórczej zwykłych rzemieślników i chłopów, ale i istnieniu wymiany towarowej (handlu), który umożliwia specjalizację (w tym regionalną) i tworzenie zaawansowanych systemów podziału pracy. Ci na dole hierarchii pracują najwięcej, a zarabiają najmniej, wliczając w to prestiż społeczny wynikający z realizacji rozmaitych zawodów3. Absolutnym kluczem do zrozumienia tych parametrów masowej motywacji ludzkiej jest istnienie otwartej drogi awansu społecznego, która jest nagrodą za determinację i jednocześnie drogą kanalizującą szalenie niebezpieczną energię, zdolną obracać w pył całe imperia - aspiracje ludzi ambitnych, ulokowanych na dole hierarchii wspólnoty. Zawsze tak było i zawsze tak będzie

Istotą sprawy całej sprawy jest kwestia zdolności do awansu, czyli tzw. pionowa mobilność społeczna. Niektóre cywilizacje i struktury społeczne pozwalają na taki awans, a inne go blokują, gdyż system prawny i obyczajowy zbudowany został celem umocnienia i utrwalenia struktur władzy elity... do trzymania wszystkich aspirujących na dole.

Przypadki systemu społecznego najbardziej sprzyjającego podnoszeniu statusu "tych na dole" to m.in.:

"Amerykański sen" przyciągający do Nowego Świata ludzi gotowych ciężką pracą dojść do osobistego dobrobytu i godności. Częścią tego systemu było usunięcie struktur feudalnych, w których szlachetnie urodzeni mieli możność odbierania wypracowanych dóbr, usankcjonowaną prawem [kaduka]. System społeczny pogranicza na Półwyspie Iberyjskim w czasie rekonkwisty (?SP VII.5). Ilość i jakość ochotników walczących ze społecznościami muzułmańskimi była maksymalizowana poprzez podział łupów i przyznawanie statusu na podstawie osiągnięć w walce. Ta merytokracja gwarantowała uczciwy podział zdobyczy wojennych, adekwatny do wkładu wniesionego w zwycięstwo: aktów odwagi, kosztu uzbrojenia etc. Podział taki i jego nadzwyczajne efekty w kwestii morale opisuje Sienkiewicz na kartach Potopu: Kmicic oduczył ich obciążania się łupem, brali tylko pieniądze, a mianowicie złoto, które zaszywali w kulbaki. Toteż, gdy który poległ, pozostali bili się z wściekłością o jego konia i siodło. [...] Poznawszy, że pod żadnym w świecie wodzem nie mieliby żniw tak ob?tych, przywiązali się do Babinicza jako psy gończe do myśliwca i z prawdziwie mahometańską uczciwością składali po bitwach w ręce Soroki i Kiemliczów lwią część łupów "bagadyrowi" przynależną. - Ałła! - mawiał Akbah-Ułan - mało ich Bakczysaraj zobaczy, ale ci, którzy wrócą, murzami wszyscy zostaną4.

Na powyższych mechanizmach w dużej mierze opiera się siła tzw. demokracji liberalnych. Esencją sił gospodarczych i społecznych, którymi się one cechują, jest olbrzymia pionowa mobilność społeczna, zależna w przypadku idealnym od talentów i determinacji indywidualnych osób. Procesy tworzenia się permanentnych, blokujących mobil-ność struktur władzy są ograniczane przez m.in. przez wybór przywódców w procesie demokratycznym. Przykłady społeczeństw zamkniętych to:

System kastowy w Indiach, który w sposób skrajny uniemożliwiał awans społeczny zależny od ludzkiego wysiłku, talentu czy determinacji. Dystans społeczny był powiększany zwłaszcza względem przedstawicieli kast "nieczystych". Feudalizm średniowiecznej Europy, w którym istniała instytucja przypisania chłopa do ziemi, którą uprawiał.

Wróćmy do świata geopolityki. System Pax Americana ma wprost oczywistą naturę struktury feudalnej. Uwzględniamy to jedynie czasami i jedynie sektorowo. Jesteśmy zaprogramowani do idei egalitaryzmu, więc dostrzeżenie wielu nierówności i hierarchii przychodzi nam z trudem - nawet w sferze geopolityki. Niemniej, mocarstwo dominujące to "hegemon", "capo di tutti capi"5, czyli dominujący, najpotężniejszy władca w regionie. Czy to w gorących debatach na temat interesu narodowego Polski, czy w opisach tzw. neokolonialnego wyzysku, czy w kontekście spraw takich jak blokowanie budowy CPK (Centralnego Portu Komunikacyjnego) pobudzenie emocjonalne sprawia, że zaczynamy dostrzegać pewne prawidła i rozgorączkowani zaczynamy używać słów takich jak "kolonializm", "robią z nas republikę bananową", "jesteśmy ich wasalem, niczym więcej" i wielu podobnych.

We wszelkich systemach mocarstwowych struktura społeczna jest uderzająco widoczna. Państwa biedne, znajdujące się na dole hierarchii, niezdolne z jakiegoś powodu do uzyskania odporności na wpływy silniejszych mocarstw, wydobywają podstawowe surowce i sprzedają je z minimalną marżą. Marżę wyższą inkasują ci uczestnicy łańcucha produkcyjnego, którzy dysponują technologią, kadrami inżynierów i specjalistami pozwalającymi na przetwarzanie surowców i energii w produkty przemysłowe: nowoczesną broń, infrastrukturę cywilizacyjną, system edukacyjny... Wszystkie one mają dodatkową funkcję - służą do tzw. drenażu umysłów. Zachęcają najzdolniejszych, najbardziej produktywnych, najambitniejszych i najusilniej poszukujących awansu osobistego do pracy w "metropolii", czyli dominującym ośrodku cywilizacyjnym. Taki drenaż mózgów jest formą trzymania podległych w dole za pomocą mechanizmów wbudowanych w cały system hierarchiczny.

Wyjątkiem zdaje się być współczesna Australia, która nie jest "państwem trzeciego świata", ale zalicza się do grona państw rozwiniętych. Niemniej znaczną część swojego PKB Australia zawdzięcza sprzedaży surowców takich jak rudy żelaza czy węgiel do Chin.

Jak powstają zachwiania feudalnej równowagi

Australia jest przykładem na to, że zaburzenie feudalnego porządku nie prowadzi do powstawania tzw. napięć strukturalnych. Przykładem prowadzenia do takich napięć jest zaś interes geopolityczny Niemiec.

Niemcy są ośrodkiem cywilizacji i siły geopolitycznej, w którym ambicje elit nie zostały całkowicie wyjałowione przegraną wojną światową. Podobnie było w przypadku Japonii czy wszelkich innych "obszarów cywilizacjogennych", takich jak choćby Turcja. W takich miejscach dążenia mocarstwowe czy nawet imperialne odradzają się niczym trawa. W przypadku Niemiec wybijały się one coraz silniej spod kurateli Stanów. Następowało to w dużej mierze dzięki sojuszowi z Rosją, która dostarczała do niedawna gospodarce niemieckiej tanią energię. Ameryka, aby zachować swoją zdolność do decydowania o tym, co dzieje się w Europie, nie mogła dopuścić do takiej emancypacji i uniezależnienia się Niemiec - czy całej Unii Europejskiej - od swojej woli jako globalnego hegemona. Tym bardziej, że potrójny sojusz Niemiec Rosji i Chin to krytyczne zagrożenie dla amerykańskiej dominacji (?PG V.1)

W latach 80. XX wieku Japonia, wspierana geopolitycznie przez Stany Zjednoczone, wyrosła na potęgę gospodarczą zagrażającą pozycji samej Ameryki. Podobnie było w przypadku opisanego w tomie 1 tej książki Tajwanu. Tajwan z prostej montowni awansował w podziale pracy i marż, aż stał się kluczowym dla całego świata dostawcą półprzewodników. Dla tego kraju utrzymanie pozycji dominującego producenta krytycznej technologii to kwestia przetrwania.

Ale awans Tajwanu niósł bardzo brzemienny skutek. Tajwański biznes szukał swojego "wasala" do realizacji niskomarżowych etapów produkcyjnych. "Montownią" - dosłownie i w nawiązaniu do relacji wasalnej Niemiec i Polski - zostały komunistyczne Chiny. Nastąpił nieuchronny proces prowadzący do nadzwyczajnej emancypacji tego wówczas mocno zacofanego kraju. Lata 80. i 90. to okres, w którym Chiny Ludowe przejmowały skwapliwie te dające najniższe marże i najłatwiejsze etapy produkcji przemysłowej od Tajwanu. Przejmowały i uczyły się. Chiny także awansowały. Z kraju wręcz przeraźliwie zacofanego stały się fabryką świata. Dumną fabryką świata. Dumną i zarządzaną przez elity motywowane przywróceniem statusu Chin jako największego i najwspanialszego ośrodka cywilizacji na świecie.

Aspiracje państw arabskich

Dodajmy do tego położenie państw arabskich, których elity, ukształtowane mentalnością klanową i plemienną, dysponują największymi bogactwami świata - ropą naftową i gazem ziemnym. To surowce absolutnie krytyczne dla funkcjonowania całej naszej cywilizacji i z jej luksusami, wygodami i obfitością dóbr, do których przywykliśmy.

Teoretycznie posiadanie tych bajecznych złóż energii powinno dawać państwom arabskim olbrzymią siłę wpływania na politykę wewnętrzną i zewnętrzną wszystkich odbiorców paliw. Teoretycznie status "siedzących na ropie" decydentów arabskich, mających coś, czego wszyscy potrzebują, powinien być bardzo wysoki. Jednak całą tę siłę zgarniają dla siebie władcy globalnego systemu dystrybucji energii - Amerykanie.

Jest więc oczywiste i całkowicie naturalne, że ci trzymani "z mordą przy ziemi" przez Wielkiego Szatana, aroganckich Jankesów i butnych białasów, chcą i dążą do wyzwolenia się z utrwalonego amerykańską potęgą militarną hegemonicznego układu sił. To kwestia przetrwania, dumy i poczucia ważności przede wszystkim u elit decyzyjnych, które osiągnęły i pilnie strzegą swojego statusu wewnątrz własnych krajów dzięki manii posiadania władzy i obsesji w kwestii własnej pozycji na szczycie danej wspólnoty6.

Wróćmy na chwilę do struktur władzy i podziału zasobów w społecznościach pierwotnych, małych plemionach pozyskujących żywność poprzez myślistwo i zbieractwo. Hierarchie w takich społecznościach pozwalają regulować dostęp do zasobów, na przykład mięsa upolowanej zdo-byczy. Upoważniają do zmuszania innych do płacenia haraczów czy podatków.

Moim ulubionym przykładem jest struktura społeczności rdzennych mieszkańców Hawajów, których kojarzymy z pełnym radości witaniem przyjezdnych przez nakładanie im naszyjników z przepięknych kwiatów. Pełna sielanka, prawda?

Otóż nieprawda! Przywódcy rodów mieli nad podległymi członkami rodziny i niewolnikami władzę absolutną. Wykorzystywali ją, terroryzując okrucieństwem i brakiem wszelkiej miary nawet bliskich krewnych7. Wynikało to pośrednio z ograniczonych zasobów dostępnych mieszkańcom tych małych, zagubionych na bezmiarze Pacyfiku wysp.

Te hierarchie są odbiciem i iteracją porządków panujących w świecie Natury, zarówno wśród roślin, jak i zwierząt. Te porządki polegają na bezlitosnej walce o zdobycie pożywienia kosztem konkurencji i ofiar... w tym tych o niskim statusie. A od powrotu do takich porządków, do świata, w którym energii z węglowodorów nie starczy dla wszystkich, dzieli nas... słynne dziewięć niezjedzonych posiłków8.

Nasz hegemon, Stany Zjednoczone, zabiera dużo, ale i daje dużo. Zarządza systemem globalnym, w którym bardziej opłaca się handlować, niż prowadzić politykę mocarstwową polegającą na grabieży i wyzysku. Za pokój, bezpieczeństwo i stabilność wszyscy słabsi płacą utratą suwerenności. I ta "utrata godności", utrata podmiotowości i władzy decydowania o własnym losie i zdolności do budowania własnej siły, podnoszenia własnego statusu... wszystko to składa się na potężne siły psychohistorii, w rytm których Chiny rzucają wyzwanie amerykańskiej dominacji feudalnej. Mówią o tym wprost, używając feudalnej nomenklatury, oficjalne rządowe oświadczenia, m.in. te cytowane w następnym rozdziale.

Na razie to Amerykanie rozdają karty. Amerykanie są emitentem podstawowej waluty świata, używanej w globalnej wymianie towarowej i do kupowania energii. Amerykanie ogłaszają, co jest dobre, a co złe. A zdolni byli do przejęcia tej władzy dzięki temu, że dystans statusu i sprawczości od ich konkurentów był zawsze dość duży. Jednak dystans ten zawsze się skracał, zmniejszał. Amerykańska sprawczość, a więc i zdolność do projekcji siły, pierwotnie odzwierciedlająca układ sił na świecie, systematycznie maleje.

Przejawem tego zmniejszenia dystansu jest nieuchronny koniec ery zakazu proliferacji broni atomowej. Praktycznym skutkiem tego, że aktualnie taką broń posiadają tylko mocarstwa, jest to, że ci bezbronni nie mają instrumentów do forsowania swoich interesów i aspiracji geopolitycznych. Prawo do posiadania i używania określonego typu broni także ma swoją analogię w feudalizmie średniowiecznym. To szlachta i rycerze, trzymający poddanych mocno za twarz, mogli nosić miecze i inne stygmaty pozycji i siły.

To właśnie te zmiany układu sił, powodujące tzw. napięcia strukturalne, sprawiają, że państwa do tej pory - w świecie jednobiegunowym - skutecznie trzymane w dole, szykują się do zrzucenie z siebie ograniczeń narzucanych przez hegemona. Przejawami tej wojny są aspiracje tureckie stworzenia lokalnego mocarstwa. W systemie Pax Americana jest to niemożliwe, gdyż Turcja jest w nim jedynie mało ważnym kraikiem na skraju światowych szlaków handlowych. Bez dominacji Ameryki Turcja wykorzysta wszelkie atuty idealnego położenia geograficznego.

Podobnie jest z praktycznie wszystkimi mocarstwami i ich ambitnymi decydentami. Czekają oni na swoją chwilę i czas, by wymknąć się spod amerykańskiej kontroli hegemonicznej.

Konfrontacja tych dwóch potężnych instynktów władzy, potrzeby zapewnienia przetrwania i nieokiełznanych ludzkich ambicji jest już teraz, a będzie w jeszcze większym stopniu treścią naszego życia w nadchodzących latach.

-

1 Ten tytuł sekcji jest jednocześnie tytułem całej książki, której premiera nastąpi na początku grudnia 2024 roku. Sama sekcja jest skrótem wstępu-wizji, a zarazem głównej tezy przewodniej tej pozycji.

2 P. Plebaniak, Sun Zi i jego Sztuka wojny, Chiron, Kraków 2023, s. 157.

3 Jeden uproszczony przykład: prestiż lekarza jest daleko większy niż osoby roznoszącej gazety.

4 Henryk Sienkiewicz, Potop, Fundacja Nowoczesna Polska, r. XXIV. Jak przekonamy się w dalszej części niniejszej książki, filarem olbrzymiego sukcesu imperium osmańskiego - jak i każdego innego - była właśnie wbudowana w system społeczny mobilność pionowa uzależniająca awans od osiągnięć na polach bitew.

5 Włoski: szef wszystkich szefów, czyli najważniejszy przywódca mafii włoskiej.

6 Tu oczywiście należy nadmienić, że osoby o takich cechach osobowości stają się przywódcami i wiodą prym w praktycznie wszystkich krajach świata, niezależnie od ich systemu politycznego.

7 Mocno ocenzurowany obraz sytuacji opisany jest w: William H. Davenport, Hawaiian Feudalism https://www.penn.museum/sites/expedition/hawaiian-feudalism/ [dostęp: 2024-06-28].

8 Fraza to "Ludzkość od chaosu dzieli dziewięć niezjedzonych posiłków".

Dekolonizacja i dehegemonizacja oficjalną ideologią Rosji i Chin

Analiza oświadczenia ChRL i Rosji kończącego wizytę W. Putina w Chinach w maju 2024 r.

Ten rozdział jest zwięzłym omówieniem kluczowych kwestii istotnych dla zrozumienia budowanych przez Chiny trendów wydarzeń. Jest formą suplementu do pierwszego tomu Oni albo my! i omawia kwestie ściśle powiązane z konfrontacją Stanów i Chin o dominację na świecie.

Wizyta prezydenta Rosji Władimira Putina w Chinach, w dniach 16-17 maja to już 43 spotkanie przywódców tych dwóch mocarstw. Jego efektem jest wspólne oświadczenie o długości 8 tysięcy słów, które nie doczekało się oficjalnej wersji w języku angielskim1. To dominacyjny prztyczek w nos Amerykanów.

Ogólnie tekst oświadczenia jest pisany z tzw. pozycji moralnej wyższości i krytykuje zachowania hegemoniczne Stanów oraz neokolonialną agresję i wyzysk Zachodu wobec krajów tzw. globalnego południa lub globalnej większości. Terminy te są instrumentem narracyjnym i pojawiły się w narracjach chińskich niedawno, a za desygnat mają grupę państw już formalnie sprzymierzających się z Chinami lub takich, które są zachęcane do wyjścia ze strefy wpływu Zachodu.

Strony spotkania oskarżają Unię Europejską i Stany Zjednoczone o używanie wojny na Ukrainie jako konfliktu proxy przeciw Rosji, a więc zarazem do konfrontowania się z Chinami. Chiny będą wspierać Rosję w utrzymaniu narodowego bezpieczeństwa i w przeciwstawianiu się zewnętrznym siłom, które ingerują w rosyjskie sprawy wewnętrzne.

Strony wspominają o prowokowaniu konfliktu wokół Tajwanu. W tle tych słów mamy pogłoski o żołnierzach amerykańskich służby czynnej i amerykańskiej broni na Tajwanie2. Równolegle Stany nakładają na oba sprzymierzone kraje sankcje i cła, próbując utrzymać dominację gospodarczą. Efekt tych działań, wedle oświadczenia, jest odwrotny - następuje zbliżenie Chin i Rosji. Treścią oświadczenia jest m.in.:

Strony chcą zbudować jeszcze bardziej wielobiegunowy świat. Chcą tym samym zdemokratyzować stosunki międzynarodowe. Chiny i Rosja deklarują i obiecują wszystkim niedoreprezentowa-nym w globalnym południu równe prawa i głos o jednakowej sile. Komentarz: to współgra z obecnymi trendami doganiania "pierwszego świata przez "kraje rozwijające się". Dominacja amerykańska nie jest dostosowana do nowego realnego rozkładu sił. Popierają zwiększenie statusu i siły wzrastających mocarstw. Te zmiany przyspieszają redystrybucję potencjału wzrostowego i ilość szans na priorytetyzowanie rynków wschodzących oraz międzynarodowej sprawiedliwości3. Strony potępiają neokolonializm, politykę imperialną i hegemonizm aktualnego porządku Pax Americana. Odnoszą się w tym do wszczynania wojen, militaryzacji kosmosu, wyzysku globalnego południa. Promują dedolaryzację w wymianie handlowej między sobą, ale też w handlu praktykowanym przez wszelkie inne państwa. Deklarują chęć osłabienia hegemonii Stanów, które zmieniły dominację dolara w broń służącą do narzucania swojej woli politycznej. Stany winne są reparacje ludowi afgańskiemu za swoją dwudziestoletnią destabilizującą obecność. Powinny przyjąć na siebie odpowiedzialność za obecny poziom ekonomicznych i dobrobytowych trudności. I oczywiście powinny uwolnić zamrożone środki należące do Afgańskiego Banku Centralnego. Wyrażają wsparcie dla ustanowienia Państwa Palestyńskiego ze wschodnią Jerozolimą jako stolicą. Oczywiście przez dekady Stany sprzeciwiały się temu swoim wetem w Radzie Bezpieczeństwa, jednak 143 z 193 krajów Zgromadzenia Ogólnego ONZ opowiada się za uznaniem Palestyny za państwo. Zachodnie mocarstwa mają historyczny dług wobec globalnego południa. Bogate państwa powinny przekazywać zasoby biednym, aby te mogły radzić sobie ze zmianami klimatu4.

Komentarze

Okoliczności światowych trendów zdają się potwierdzać twierdzenia stron spotkania. Według brytyjskiego dziennika "Financial Times" w roku 2023 rosyjsko-chińska wymiana handlowa miała wartość 240 mld USD, a więc 26% więcej niż w 2022 roku. W 2023 roku Rosja wyprzedziła Arabię Saudyjską w wolumenie dostaw ropy do Chin.

Eksport z Chin do Rosji od 2020 roku wzrósł dwukrotnie. Z kolei rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow twierdzi w rosyjskich mediach, że z tej wymiany towarowej w 90% wyrugowano dolara jako walutę obrotową. Jest to przykładem i zachętą dla innych krajów.

W omawianym powyżej wspólnym oświadczeniu strony zachęcają inne kraje do podobnego kroku. Niezależnie od tego od 2021 roku eksport z UE do Rosji spadł o połowę, czego wynikiem jest coraz większa zależność Europy od Stanów Zjednoczonych. Równolegle Chiny są największym partnerem handlowym dla ponad 120 krajów.

Potępiając zachodni imperializm, Chiny i Rosja dostrzegają, że państwa skłaniające się do hegemonizmu i polityki siły (kolektywny Zachód) próbują osłabić ten trend i erodować uznany porządek międzynarodowy oparty na prawie międzynarodowym i porządku bazującym na zasadach (ang. rules).

Jest to jawne odwołanie do poczynań UE i Stanów, które starają się umniejszyć siłę porządku międzynarodowego bazującego na prawie poprzez forsowanie swojej woli i własnego porządku opartego na zasadach i regułach ustanowionych prawem kaduka (koniecznością wypełnienia wasalnych powinności) przez siebie. Słowem: Chiny i Rosja "są sprzymierzone z globalnym południem, światową większością". Później władze chińskie stwierdzają też, że są suwerennymi siłami budującymi wielobiegunowy porządek, wielokrotnie powtarzając, że ich celem jest:

Realizacja sprawiedliwego i uporządkowanego wielobiegunowego świata oraz demokratyzacja stosunków międzynarodowych.

Deklaracja ta powtarza się aż trzy razy w tym całym oświadczeniu. Chiny i Rosja podkreśliły znaczenie nieingerencji i szacunku dla interesów suwerennych państw. Wierzą w to, że wszystkie kraje5 mają prawo do samodzielnego wyboru swojego modelu rozwojowego i systemu ekonomiczno-społecznego (socjalistyczny, komunistyczny czy nacjonalistyczny; kapitalizm nie jest wymieniony), bazując na swoich narodowych warunkach. Strony sprzeciwiają się jednostronnie nałożonym sankcjom, nie mającym umocowania w prawie międzynarodowym lub nałożonym bez autoryzacji Rady Bezpieczeństwa ONZ, albo jakimkolwiek innym próbom zduszenia suwerenności innych krajów. Najważniejszym fragmentem jest w sposób oczywisty:

Neokolonializm i hegemonizm stoją w całkowitej sprzeczności z aktualnymi trendami biegu rzeczy.

Kluczem w całej tej oficjalnej retoryce jest słowo "neokolonializm", które w chińskich oficjalnych komunikatach wcześniej się nie pojawiało. To, że teraz oprócz stosowanego wcześniej hegemonizmu jawnie szermuje się narracyjnie "neokolonializmem", świadczy o oficjalnym rozpoczęciu kampanii narracyjnej kierowanej w kierunku państw zwłaszcza afrykańskich, które mają największy "potencjał rewolucyjny" porzucenia systemu wasalnego podłączonego do Zachodu i przełączenia się na system neokolonialnej podległości wobec Chin.

Strony ewidentnie ustanawiają i obwieszczają właśnie ideał tego, jak ma wyglądać nowy, wielobiegunowy porządek świata i na jakich zasadach ma działać: ma być multilateralny i być formą międzynarodowej demokracji. Zachodni hegemonizm trafić ma na śmietnik historii.

Ta odsłona chińsko-rosyjskiego sojuszu pozwala spojrzeć nieco inaczej na to, dlaczego kraje świata nie przyłączają się do wysiłku Zachodu w wojnie na Ukrainie. Kraje globalnego południa, a więc 87% populacji świata, są albo neutralne (większość), albo stoją po stronie Chin. Państwa "kolektywnego Zachodu" postrzegane są jako realizujące kolonializm, imperializm i hegemonizm. Według propagandy chińsko-rosyjskiej aktualnie ma miejsce próba rekolonizacji przez Zachód, co się nie udaje z uwagi na koniec ery jednobiegunowej. Koniec tej ery w przesłaniu chińskim jest już sprawą przesądzoną.

Nadużywanie prawa weta przez Stany było kolejnym zarzutem. Na Zachodzie słyszy się kierowane wobec Chin zarzuty, że jako siły rewizjonistyczne chcą obalić porządek międzynarodowy oparty o struktury ONZ. Ale Chiny ripostują, że instytucja ta została założona celem służenia interesom liberalnego porządku międzynarodowego, czy też wprost - Ameryce u szczytu jej siły, tuż po II wojnie światowej. Chiny podkreślają, że nie nawołują do spalenia starego porządku i wpierają struktury ONZ. Oczywiście nie robią tego explicite, niemniej wprowadzanie "chińskich porządków" w światowym systemie władzy musi na pewnym etapie doprowadzić do jakiejś formy odsunięcia na boczny tor kluczowych organizacji kontroli światowego systemu, takich jak IMF (Międzynarodowych Fundusz Walutowy) czy Bank Światowy. Ich rozwiązanie, żartobliwie przywołane w tomie Prawidła geopolitycznej gry... cytatem "Protest Chin przyczyną rozwiązania ONZ", nie musi mieć charakteru jawnego. Wystarczy doprowadzić do tego, że organizacje te utracą swoją zdolność wpływania na decyzje rządów państw niskiego statusu.

W swojej narracji Chiny posługują się celnymi przykładami. Jednym z nich jest przewrót w Wenezueli z 2019 roku. Stany starały się dokonać antydemokratycznego przewrotu w tym kraju i zastąpić demokratycznie wybrany rząd swoim kandydatem Juanem Guaidó.

Chiny stwierdziły również, że w inicjatywach takich jak BRICS przeciwstawiają się polityzacji (weaponizacji) praw człowieka i podwójnym standardom w użyciu tego instrumentu przy ingerencji w wewnętrzne sprawy suwerennych krajów. Chiny i Rosja potępiają tego typu unilateralne działania.

Chiny używają bardzo celnych argumentów, aby pozyskać sojuszników w sprawach dumy narodowej i suwerenności. Głos Pekinu jest słuchany w krajach takich jak Angola, Boliwia, Kambodża, Kuba (przez całe dekady obłożona sankcjami), Korea Północna, Nikaragua, Palestyna i wielu innych. Na końcu tej wyliczanki postawmy Algierię i jej olbrzymie pokłady gazu płynącego do południowej Europy (zob. ?PG VII.6).

BRICS oraz zwiększona rola Shanghai Cooperation Organization (SCO)

SCO powołano do życia jako blok państw mających wspierać się wzajemnie w zapewnianiu bezpieczeństwa (ang. security block). Formuła ta szybko rozszerzyła się w organizację mającą tworzyć ekonomiczną integrację. Do organizacji należą Chiny, Indie, Rosja Pakistan, Iran i kilka innych krajów Azji Centralnej. Dołączenie rozważa wiele innych państw.

Równolegle Chiny i Rosja wspierają rozbudowę BRICS. Państwa, które rozważają wstąpienie, kuszone są narracją obiecującą im pozyskanie zdolności oparcia się hegemonii Ameryki, zwłaszcza hegemonii ekonomicznej. Jest to sprzęgnięte z wysiłkami Chin w kierunku doprowadzenia do dedolaryzacji transakcji w obrębie BRICS.

Aspekt działań militarnych i broń atomowa,

Chiny i Rosja wyrażają sprzeciw i zaniepokojenie budowaniem prze Stany globalnego systemu antyrakietowego i umieszczaniem obiektów o przeznaczeniu militarnym w Kosmosie. Wskazane i potępione zostały też takie działalności jak realizowana przez NATO inicjatywa "Nuclear Sharing".

Sygnatariusze potępiają także rakiety średniego zasięgu startujące z lądu, które Stany przekazują swoim sojusznikom w Azji-Pacyfiku i w regionach europejskich. Chiny zareagują należycie na tą wrogą strategię Waszyngtonu tzw. podwójnego otoczenia (ang. dual containment).

Rosja zaprasza Chiny do asystowania w rozwiązywaniu i deeskalacji konfliktu ukraińskiego tak, aby skrócić konflikt lub powstrzymać jego wymknięcie się spod kontroli. Komentarz: To nawiązanie do m.in. stanowiska Francji mówiącej o wysłaniu wojsk na Ukrainę. To także nawiązanie do niepotwierdzonej oficjalnie obecności CIA i sił specjalnych - zwłaszcza amerykańskich, na terytorium Ukrainy.

Rosja zasadnie broni bezpieczeństwa narodowego i identyfikuje je jako zależne od nieprzystępowania Ukrainy do struktur NATO. Komentarz: to nawiązanie do działań hybrydowych Zachodu próbującego wszcząć kolorową rewolucję w Gruzji.

Chiny i Rosja sprzeciwiają się "destrukcyjnym intencjom NATO w rejonie Azji-Pacyfiku, które mają negatywny wpływ na pokój i stabilizację regionu". Wspólnie potępiają próbę Stanów przywrócenia myślenia zimnowojennego. Stany wzywane są do natychmiastowego zaprzestania prób powrotu do konfliktu dwóch supermocarstw toczonego na wzór zimnowojenny.

Podsumowanie

Chiny w sposób niesłychanie sprytny realizują politykę erodowania zachodniego systemu, prowadząc do jego coraz mniejszej wydajności i przewidywalności z punktu widzenia mocarstw zachodnich.

Innymi słowy Chiny intensywnie budują potężną siłę strukturalną, która najprawdopodobniej będzie akumulować swój potencjał aż do chwili, która zostanie uznana właściwy punkt do realizacji kluczowego kroku. Krokiem takim byłby jakiś rodzaj załamania siły Zachodu, wynikający z procesów wewnętrznych. Oczywistą okolicznością byłby okres wyborów prezydenckich w USA, ale także takie wydarzenia jak jakiś rodzaj "buntu islamskiego" na terytoriach państw Europy Zachodniej, których społeczeństwa od lat infiltrowane są przez ekstremistów wszelkiej maści, z radykalnymi dżihadystami w pierwszej kolejności.

Przy formułowaniu tych predykcji ponownie wraca sprawa ataku Hamasu z października 2023 roku. Atak ten uruchamiał globalną intifadę, a więc łańcuch wydarzeń mających w oczywisty sposób egzystencjalne znaczenie dla Izraela. Kluczowa cecha całego tego ciągu wydarzeń to to, że decydent uruchamiający atak z całą pewnością uznał, że globalne południe - czy globalna większość - jest gotowe do zrzucenia dominacji Zachodu. Za potępieniem moralnym i stawianiem przedstawicieli rządu Izraela przed międzynarodowymi trybunałami sprawiedliwości za zbrodnie wojenne idą bardziej zdecydowane akcje - embarga, hybrydowe buntowanie, destabilizowanie krajów dostarczających Zachodowi krytycznych surowców. Gdy ktoś jest jako "zbrodniarz przeciw ludzkości" wyjęty spod moralnego parasola ochronnego, na stole można położyć każdy argument i rodzaj oddziaływania. W narracji pojawia się zwykle takie zdanie: "Tamten na to sobie zasłużył",

Aktualnie rozgrywający się ciąg wydarzeń to dla Unii Europejskiej, w tym i Polski, jeden wielki chiński "szach!". I nie łudźmy się, że konsekwencje "dekolonizacji" i "dehegemonizacji" ominą Polskę. Chcemy tego, czy nie, jesteśmy częścią Zachodu. Już jesteśmy atakowani hybrydowo - antropopotokami ze strony Białorusi, a z drugiej z Niemiec, których struktury władzy w ewidentny sposób zostały zinfiltrowane przez decydentów i aktywistów prowadzących konsekwentną politykę destabilizacji za pomocą nielegalnej, skonfliktowanej kulturowo i lojalnościowo z Zachodem migracji. -

1 Wersja rosyjska dostępna pod adresem http://www.kremlin.ru/supplement/6132. Nieoficjalny przekład na jęz. angielski: https://geopoliticaleconomy.com/2024/05/24/china-russia-joint-statement-new-era-75th-anniversary [dostęp: 2024-05-26].

2 Ta sekwencja zdarzeń zgodna jest z wizją sytuacji Tajwanu, którą przedstawiłem w Prawidłach geopolitycznej gry... Amerykanom bardzo zależałoby na sprowokowaniu ChRL do ruchu militarnego wobec Tajwanu, gdyż otwierałoby to drogę Waszyngtonowi do usprawiedliwionego na płaszczyźnie moralnej działania na rzecz obrony wyspy. Chińczycy z całą pewnością nie dadzą się sprowokować, niemniej obecność amerykańskich wojsk na terytorium ChRL jest wskazywana jako jeden z zaledwie kilku czynników, które miałyby jednak zmusić Chiny do jakiegoś rodzaju działania (?PG VII.1, s. 503).

3

W przekładzie angielskim stosuje się tu dwa terminy: fair oraz justice.

4 Oświadczenie nie odnosi się do tego, że to aktualnie to Chiny są największym emitentem CO2. Nadmieniam przy tym, przywołując analizę działań NGO, liczne udokumentowane przykłady oraz ujawnioną rosyjską i chińską działalność agenturalną w zakresie likwidacji niemieckiej energetyki atomowej i sabotażu amerykańskiego bezpieczeństwa energetycznego (Prawidła geopolitycznej gry...", rozdz. NGO - kondotierzy XX wieku i in.), że kwestie tzw. śladów węglowych, wpływu człowieka na klimat, a więc i emisji CO2 są efektem operacji psychologicznej sterowanej przez Pekin i Moskwę, a w najlepszym razie kampanią marketingową kryptopodatku. Same zaś prawa emisji stały się "wirtualnym produktem spekulacyjnym" na giełdzie papierów wartościowych. W 2023 r. w rozmaitych opłatach ekologicznych, doliczanych do rachunków, polska energetyka "uiściła podatek" w wysokości 42 mld PLN, do Skarbu Państwa wpłynęło z tego 26 mld, a reszta trafiła do agencji unijnych.

5 W tym także Sri Lanka, którą Chiny wydymały konkursowo i spektakularnie w kwestii budowy i dzierżawy tamtejszego portu morskiego Hambantota. Ten dosadny komentarz zamieszczam tu na wypadek, gdyby Czytelnik dał się nabrać na pięknie i wzruszająco sformułowany odpowiednik słynnej "Przemowy przed bitwą pod Muye". Ta starożytna odezwa to wezwanie założyciela nowej dynastii do potępienia dekadencji, rozwiązłości i przestępstw upadającego monarchy dynastii Shang. Powyższe nawiązanie do chińskiej starożytności kieruję przede wszystkim do czytelników chińskich, czytających niniejszą książkę w ramach obowiązków służbowych. Czytelnicy ci, co pokazało dobitnie dzieło Wojna nieograniczona dwóch chińskich pułkowników wywiadu, rozumieją historię cywilizacji zachodniej na poziomie wręcz natchnionym. Ważkość tej kwestii podkreśla choćby cytat z filmu Żołnierze kosmosu - "Chcą nas poznać, żeby nas zabić". I my powinniśmy rozumieć umysły chińskie na tym samym poziomie.

Chińska strategia na Bliskim Wschodzie

Nowy porządek feudalny Pax Sinica

Rys historyczny

Pozornie obecność chińska w rejonie Bliskiego Wschodu wygląda prosto. Chińczycy wchodzą, kupują węglowodory, płacą i wychodzą. Można nawet dojść do wniosku, że Chiny, potrzebując dla siebie stabilizacji dostaw ropy i gazu, stabilizują region, a więc wyręczają Stany Zjednoczone.

Jeszcze pod koniec lat 80. i na początku lat 90. niektóre kraje arabskie nie utrzymywały oficjalnych stosunków z ChRL - za Chiny uznawały Republikę Chińską (RCh) na Tajwanie. Było tak dlatego, że w chwili powstawania ChRL w 1949 roku kraje arabskie były zasadniczo sojusznikami Ameryki. Ostatnim krajem Bliskiego Wschodu, który przestał uznawać RCh jako jedyne państwo chińskie, była Arabia Saudyjska w 1990 roku.

Pierwszy krok w powyższej przemianie nastąpił w 1958 roku. W Iraku miała miejsce rewolucja. Król Faisal II został zabity, a władzę przejęła armia. Wtedy, z punktu widzenia Pekinu, arabscy monarchowie i szach Iranu byli sojusznikami Zachodu, a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych.

To był okres, w którym Pekin wspierał całą plejadę organizacji rewolucyjnych. Były to m.in. Ludowy Front Wyzwolenia Okupowanej Zatoki Arabskiej w Omanie podczas tamtejszej wojny domowej. Rewolucjonistów wspierały Chiny i ZSRS, a sułtan Omanu otrzymywał pomoc z Iranu i Zjednoczonego Królestwa (Wielkiej Brytanii). Do 1949 roku, czyli do końca chińskiej wojny domowej, muzułmanie chińscy walczyli po stronie Rządu Narodowego. Jeden z wysokich dowódców - Ma Bufang - został nawet mianowany ambasadorem RCh (Tajwanu) w Egipcie i Arabii Saudyjskiej. W 1978 roku w Iranie wybuchła rewolucja, w wyniku której szach został odsunięty od władzy, a kraj przekształcił się w Republikę Islamską.

Zasadnicze zmiany nastąpiły po otwarciu się Chin na świat (kaifang ??) i zapoczątkowaniu wielkich reform (gaige ??) pod rządami Denga Xiaopinga. Chiński przemysł zaczął się gwałtownie rozwijać. A do rozwoju potrzebował energii. Energii z Bliskiego Wschodu. W 1990 roku, kiedy Chiny nawiązały stosunki dyplomatyczne z Arabią Saudyjską, handel między Chinami a wszystkimi krajami GCC (Gulf Cooperation Council; pol. Rady Współpracy Zatoki Perskiej) wynosił około 1,5 mld dolarów. Do 2020 roku obrót GCC z Chinami wyprzedził ten z Unią Europejską, aby rok później osiągnąć wartość 230 mld USD.

Chiny importują 80% zużywanej przez siebie energii. Kraje GCC to 40% chińskiego importu ropy naftowej1. Saudowie zaspokajają także około 17% zapotrzebowania Chin na ropę. Sam Katar to około 25% chińskiego zużycia gazu.

Ale nie tylko energia jest przedmiotem współpracy. Kraje Zatoki Perskiej próbują odejść możliwie daleko od dominacji eksportu ropy w generowaniu ich PKB. Dzięki Chinom mają możliwość rozwijania infrastruktury i handlu oraz współpracy w zakresie zaawansowanych technologii (jądrowej, satelitarnej). Proces ten przyspieszył znacznie po tym, jak chiński przywódca Xi Jinping odwiedził region Zatoki w 2016 roku.

Konkurując o współpracę z państwami arabskimi, Chińczycy mają podstawową przewagę nad Zachodem. Nie zwracają uwagi na kwestię praw człowieka, transparentność instytucji rządowych czy "demokratyzację". Z kolei państwa GCC nie angażują się w wywieranie na Chiny presji w kwestii Ujgurów.

Największym problemem dla Chin jest to, że równie silne więzy chcą i muszą mieć z Iranem, śmiertelnym wrogiem Saudów. Chiny z Iranem wiąże chęć zakończenia jednobiegunowego świata. Chiny są też największym partnerem handlowym Iranu. Strukturalnie 75% eksportu irańskiego do Chin to ropa i produkty ropopochodne. Szacunki mówią, że jest to milion baryłek dziennie. Ta współpraca pomaga Iranowi omijać amerykańskie sankcje. Z drugiej strony Chiny traktują Iran instrumentalnie w swojej rozgrywce ze Stanami.

Chiny realizują mało inwestycji w Iranie, co doskwiera Persom zwłaszcza od 2018 roku, czyli wycofania się Stanów (za prezydentury Donalda Trumpa) z porozumienia nuklearnego. Chińczycy w obawie przed sankcjami nie wypełnili uzgodnień i zobowiązań wobec Iranu i zastąpili tylko niewielką część inwestycji zachodnich, które wtedy Zachód wycofał. Przykładem było zagospodarowanie złoża South Pars. Chińskie CNPC przejęło projekt jego eksploatacji, ale wycofało się po roku.

Od przejęcia fotela prezydenta przez Xi Jinpinga w 2021 roku Chiny zainwestowały w Iranie 131 mln dolarów - to mniej niż zainwestował Afganistan! W tym samym okresie Rosja zainwestowała 2,7 mld USD. A większość z tego już po wyrzuceniu Rosji z rynków zachodnich po inwazji na Ukrainę.

Ambitna umowa o dwudziestopięcioletniej współpracy okazała się aktem propagandowym i nie zawierała żadnych konkretnych zobowiązań. Tym bardziej Iranowi nie jest w smak pogłębianie współpracy, zwłaszcza inwestycyjnej, z krajami na przeciwległym brzegu Zatoki, zwłaszcza Saudami.

Problemem strukturalnym jest to, że współpraca z państwami arabskimi, które modernizują się i przede wszystkim nie są objęte sankcjami, jest bardziej atrakcyjna. Irańczycy nie mają dobrej pozycji przetargowej w relacjach z Pekinem, gdyż wpływy z chińskich zakupów są istotną częścią ich budżetu.

To dlatego Iran mógł jedynie protestować i wzywać chińskiego ambasadora do swojego MSZ, kiedy Chiny uczestniczyły w chińsko-arabskim szczycie w stolicy Arabii Saudyjskiej, Rijadzie, w grudniu 2022 roku. Uczestnicy wydali oświadczenie w sprawie rozwiązania konfliktu między ZEA a Iranem o wyspy w Zatoce Perskiej, które zostały zajęte przez Iran w latach 80. XX wieku - Abu Musa oraz Wielki i Mniejszy Tumb. W kontekście buńczucznie głoszonej dehegemonizacji i demokratyzacji porządku światowego sprawę wyjątkowo celnie skomentował były irański dyplomata Abdolreza Faraji Rad:

Jeśli ten trend zacieśniania stosunków z Arabami utrzyma się w chińskiej polityce, to za niecałą dekadę Chiny staną się dla Iranu takim samym problemem jak Ameryka.

Z drugiej strony dla Chińczyków Iran z jego programem atomowym i rozwiniętą technologią rakietową jest wręcz idealnym narzędziem nacisku zarówno na monarchie arabskie, jak i Stany. Można skwitować sarkastycznie, że pomieszanie sojuszy i lojalności to permanentna cecha wszelkich rozgrywek na Bliskim Wschodzie.

Ryc. 1. Państwa Półwyspu Arabskiego

"Chiński Bliski Wschód"?

Jaki jest ostateczny cel chińskiej polityki wobec Bliskiego Wschodu? Obraz, który wyłania się jako faktyczny układ sił, jest wręcz zabawny. System Pax Americana pokazuje tu wbudowany w siebie geniusz. Dziś, kiedy Stany mają u siebie wciąż buzującą rewolucję łupkową, to Chiny są głównym beneficjentem architektury bezpieczeństwa ustanowionej przez Amerykanów na Bliskim Wschodzie.

Te korzyści to amerykańska US Navy pilnująca swobody żeglugi na szlakach morskich od Qingdao (??, port na półwyspie Szantung) do Zatoki Perskiej. To dzięki pilnowanej przez US Navy globalnej wymianie towarowej Chiny bezpiecznie importują gigantyczne ilości surowców energetycznych z regionu Zatoki. A amerykańska obecność wojskowa, w tym w postaci państwa Izrael, zapewnia bezpieczeństwo chińskim inwestycjom w całym regionie Bliskiego Wschodu.

Co absolutnie najciekawsze, decydenci KPCh to rozumieją. Amerykanie również. Amerykański prezydent Barack Obama wprost nazwał Chiny "darmozjadem", który korzysta z amerykańskiej dominacji w Zatoce. Co więcej, Chińczycy dokładają się do działań stabilizujących to, co w warstwie deklaratywnej i w aspiracjach geopolitycznych chcą zniszczyć - wywierali presję na Iran w czasie przepychanek w kwestii porozumienia nuklearnego i uczestniczyli w operacjach międzynarodowych przeciw somalijskim piratom.

Wspominane wcześniej w tej książce konfliktujące agendy są - zdaje się - tkanką i tworzywem geopolitycznych sił rządzących biegiem spraw tego świata.

Zatoka Perska miękkim podbrzuszem Chin?

Paradoksem potwierdzającym te nieco filozoficznie sformułowane wzorce jest to, że to Chiny i Iran stały się największymi beneficjentami kosztującej miliardy amerykańskiej interwencji zbrojnej przeciw Irakowi. Po upadku reżimu Saddama Husajna Chińczycy stali się dominującym partnerem handlowym Iraku. Chińskie firmy petrochemiczne zarządzają i nadzorują irackie pola naftowe, które dostarczają 59% ropy produkowanej przez ten kraj.

Ale te korzyści przyćmiewane są przez prosty fakt: Ameryka ma instrumenty w postaci swoich grup uderzeniowych lotniskowców i w przypadku konfrontacji dwóch woli geopolitycznych ma możliwość zablokowania dwóch kluczowych cieśnin Ormuz i Bab al-Mandab2, co nieodwołalnie doprowadzi do załamania cywilizacyjnego w Chinach.

To właśnie to zagrożenie jest dla Chińczyków podstawowym impulsem motywacyjnym dla nawiązywania możliwie głębokich i pozytywnych relacji z krajami arabskimi na zachodnim brzegu Zatoki. Tworzy się zatem przedziwna sieć współzależności i podwójnych zależności... i wielokrotnych lojalności. Na tych samych krajach, z którymi Chiny chcą się głęboko zaprzyjaźnić, opiera się amerykański konstrukt stabilizujący cały region. Ta stabilizacja sprawia, że region jest zdolny do w miarę pokojowej produkcji ropy, miast popaść w endemiczną wojnę lub rzucić się

z kłami i pazurami na Iran czy Izrael... który jest integralną częścią amerykańskiej architektury bezpieczeństwa.

Dla uczestników tego galimatiasu oczywiste jest jedno spostrzeżenie-prawidło: kto ma wpływ na proces decyzyjny arabskich krajów Zatoki, jest panem tego, co dzieje się w jej regionie. Kto decyduje o tym, co dzieje się w regionie, ma kontrolę nad kluczową częścią światowego systemu dystrybucji energii.

Na dziś to Waszyngton ma przemożny wpływ na kraje Zatoki, czy też ogólniej - rejonu Półwyspu Arabskiego. Jednak przywódcy arabscy, a zwłaszcza Mohamed bin Zayed Al Nahyan (prezydent ZEA) i Mohammed bin Salman (koronowany książę i premier Arabii Saudyjskiej), starają się zbudować własną strategiczną samodzielność. W tej kwestii Ameryka i Chiny, niczym dwaj bracia gotowi oddać za siebie nawzajem życie, zrobią wspólnie wszystko, aby Arabom nic z tego nie wyszło. Ktokolwiek ma mieć w przyszłości sprawczość na Bliskim Wschodzie, na pewno nie będą to jego mieszkańcy. Kropka.

Chińską próbą rozwikłania tej sytuacji, tj. przebudowania logiki jej funkcjonowania, jest doprowadzenie do powstania jakiegoś rodzaju trwałego, stabilnego porozumienia między ideologicznie i religijnie zwaśnionymi sąsiadami - Iranem i Saudami. Dla Chińczyków docelowym stanem spraw byłoby to, że jakiś rodzaj arabskiego sojuszu zdoła zapewnić stabilizację produkcji ropy i gazu oraz drożność szlaków żeglugowych w rejonie i jego najbliższych okolicach.

I Pekin ma w tym pierwszy sukces. W marcu 2023 roku dwa kraje wznowiły kontakty dyplomatyczne. Może to być próbą przejęcia obowiązku stabilizacji od Amerykanów nie przez generowanie konfliktów i zarządzanie nimi, a przez budowanie więzi pokoju. Tu jest miejsce na sarkastyczny komentarz w kwestii mentalnej zdolności do takiego budowania pokoju w kulturach plemiennych, których głównym elementem dającym mit motywujący są waśnie plemienne, zemsty i hołubienie zadawnionych uraz.

Ale niech próbują - zobaczymy.

Podsumowanie

Zbieżność chińskich i amerykańskich interesów w regio-nie Zatoki Perskiej utrzyma się tak długo, jak pochłaniająca ogromne ilości ropy gospodarka USA będzie mogła zaspokoić swój głód energetyczny ropą łupkową i tą wydobywaną z kanadyjskiej Albercie. Bez tych źródeł Amerykanie będą musieli konkurować z Chińczykami o zasoby Zatoki. W takim scenariuszu stabilny stan, w którym dla Chin ropa Zatoki Perskiej jest piętą achillesową, zmieni się w zażarty konflikt o dający przetrwanie surowiec. Logika rozgrywki przyjmie kształt gry o sumie zerowej - oni albo my.

Na razie Chinom jest bardzo na rękę, że to amerykańska a nie chińska obecność wojskowa z jednej strony daje Stanom władzę nad tym, co się dzieje, ale z drugiej wrogo nastawia kraje arabskie do utraty przez nie suwerenności we własnych domach i na własnych terytoriach. Mówiąc nieco innym językiem, językiem paradoksów i konfliktujących agend: na tę chwilę to Stany są instrumentem Chin w zapewnianiu im energii do funkcjonowania i budowania potęgi. Chiny korzystają z tego pełnymi garściami, mając niemal zerowe koszta polityczne i wojskowe. -

1

Import ropy z Bliskiego Wschodu zaspokaja około 70% łącznego zapotrzebowania Tajwanu.

2

Ormuz to cieśnina będąca ujściem Zatoki Perskiej, Bab al-Mandab, in. Wrota Łez, to cieśnina u wlotu Morza Czerwonego, zob. mapa s. 252.

Czym są państwa upadłe, a czym mocarstwa

Asabijja i kluczowe cechy wojen hybrydowych

Interludium teoretyczne

Główna myśl: państwa można doprowadzić do upadku lub sektorowej dysfunkcjonalności na wiele sposobów i w sposób mniej lub bardziej oczywisty. Kluczem jest ukrycie aktu oddziaływania, co jest kluczem do rozumienia wszelkich historycznych i współczesnych zmagań o dominację i przetrwanie.

Cechy państw upadłych

Za państwo upadłe uważa się takie terytorium, w którym nie funkcjonuje żaden ośrodek władzy dość silny, aby efektywnie wypełniać role administracyjne. Cechy takiego państwa to m.in.:

Skrajna korupcja, tj. dominacja struktur klanowych w życiu gospodarczym i społecznym, nieefek-tywność i niemożność funkcjonowania instytucji pożytku społecznego. Długotrwała aktywność rebeliantów i wspieranych przez źródła zagraniczne podmiotów niepaństwowych, które na wpół formalnie administrują regionami i obszarami. Niezdolność policji i innych służb egzekwowania i przestrzegania prawa do ograniczenia przestępczości i przemocy, w tym upadek autorytetu i funkcjonalności wymiaru sprawiedliwości. Systemowa niezdolność do wyłonienia się władz kontrolujących całe terytorium. Utrata zdolności nawiązywania relacji dyplomatycznych z innymi państwami.

Tyle mówią definicje głównego nurtu. W analizach zjawiska pojawiają się rozmaite parametry i przyczyny rozpadu funkcji państwa. To utrwalone poczucie niesprawiedliwości u grup etnicznych lub społecznych, nierówności rozwoju między regionami, drenaż ludności przez atrakcyjniejsze regiony kraju lub poza granice. W miarę zaostrzania konfliktu między dwoma państwami lub narodami odpowiednie służby, zatrudniające fachowców w tych dziedzinach, realizują działania destabilizujące z - proszę mi wybaczyć obrazowe słownictwo - radosnym rechotem1.

Interesujące i czasami mające wydźwięk satyryczny jest przykładanie tych znormalizowanych parametrów do państw postrzeganych tradycyjnie jako w pełni stabilne. Przykładem jest USA targane wojną kulturową i rasową. Po 2020 roku ruchy BLM i "Defund the Police"2doprowadziły do obniżenia prestiżu zawodu policjanta i zmniejszenia finansowania policji zwłaszcza w dużych miastach Kalifornii. Efektem stała się plaga okradania sklepów wielkometrażowych przez ludność murzyńską. Ludność tę ideolodzy antykapitalistyczni i antyamerykańscy podburzają m.in. za pomocą ideologii dekolonizacji3 oraz potępienia dla amerykańskiego imperializmu.

Ryc. 1. Drzwi klasy szkolnej w USA. Treść "manifestu" nauczyciela: "Amerykański sen" to oszustwo; Funkcjonowanie policji wywodzi się od patroli szukających zbiegłych niewolników; kapitalizm to wyzysk; kolonializm to zło, Ojcowie Założyciele byli rasistami; amerykański imperializm musi się skończyć; Amerykę zbudowano na ludobójstwie i niewolnictwie; ten kraj leży na skradzionej ziemi aborygeńskiej.

Efektem tej całej aktywności jest wręcz zatrważający upadek bezpieczeństwa publicznego, zamykanie się sklepów detalicznych w centrach dużych miast i popadanie ludzi w bezdomność i pułapkę zubożenia. Opisy piętnujące to zjawisko zawierać mogą takie uwagi jak "Ameryka to najbogatszy kraj trzeciego świata".

Innym przykładem przejścia w stan "państwa upadłego" jest tzw. polityka otwartych granic, realizowana przez administrację Joe Bidena. Na przełomie 2023 i 2024 roku dochodziło do sytuacji kuriozalnych, w których administracja federalna pozywała stan Teksas za niepodporządkowanie się władzom federalnym nakazującym usunięcie barier i drutu kolczastego w pasie granicznych wykorzystywanym w operacji infiltrowania antropopotokami terytorium tego stanu.

Drugim przykładem jest Szwecja i postępujące w niej załamanie bezpieczeństwa publicznego. Wynika ono z przejęcia przez ideologów, realizujących atak hybrydowy na Zachód, kontroli nad strukturami decyzyjnymi państwa. Efektem już ponad 10 lat przeszczepiania do Szwecji społeczności pochodzących z Afryki jest gwałtowny rozwój mafii obcokrajowców, wojny gangów i katastrofalny wzrost liczby przestępstw o podłożu seksualnym.

Przykładem z terytorium Polski jest działalność organizacji typu NGO uprawiających proceder przemytu ludzi przez granicę z Białorusią. Dysponują one wsparciem finansowym i politycznym z zagranicy tak wielkim, że polski minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz i służby obrony granic państwa mu podlegające nie mają siły wpływu, aby zatamować ich działania. W apogeum wydarzeń minister zwrócił się publicznie do ww. organizacji o "przemyślenie tego, co robią".

Wojny nielinowe - definicja

Nieliniowość jest kluczowym aspektem wojen, które powszechnie nazywa się hybrydowymi. Cząstka "liniowość" odnosi się do tradycyjnej linii frontu, która w walkach militarnych rozdziela walczące strony. W kontekście wojen hybrydowych nieliniowość polega na tym, że osoby dążące do zniszczenia lub destabilizacji państwa czy struktur społecznych zamieszkującej go wspólnoty są integralną częścią struktur. Ale koncepcja nieliniowości idzie znacznie dalej. Członkowie zaatakowanej społeczności mogą być zainfekowani ideologiami i poglądami, które są zgubne dla społeczności - jej spójności, zdolności do odparcia ataku - a przy tym stanowią integralną część systemu motywacyjnego ich indywidualnych umysłów. Dobrze ilustruje to nowoczesne uzupełnienie słynnej starożytnej frazy:

Niegdyś barbarzyńcy stawali u bram. Dziś stoją między nami. Dziś my jesteśmy barbarzyńcami.

-

1 Służby wywiadowcze realizujące takie działania destabilizujące zatrudniają ludzi o określonym profilu psychicznym i systemie motywacyjnym.

2 Ang. zdefinansować policję.

3 Zob. tom 1, esej Hamas i ideologia dekolonizacji - najważniejszy esej obu tomów.

Logika wojny o przetrwanie

Filozofia wojny. Przykłady historyczne i współczesne

Wojska tedy się śle, gdy korzyści to państwu niesie, jeśli zaś nie można ich sobie zapewnić, ostać w miejscu należy. (Sun Zi XII.15)

Taką wytyczną stworzył dla nas starożytny filozof wojny. To prawidło nakazuje ekonomię wysiłku. Prowadzenie działań militarnych już w czasach Mistrza było rzeczą niezmiernie kosztowną i wymagało olbrzymiej ilości zróżnicowanych zasobów.

Czasy nowożytne stały się jeszcze bardziej skomplikowane. Wymagają od mocarstw znacznie bardziej wydajnego wysiłku administrowania tym, co się posiada... i tym, co trzeba zabrać innym, by przetrwać. W słynnej chińskiej opowiastce historycznej o czasach Pierwszego Cesarza rozbrojeni z broni metalowej mieszkańcy podbitych krain musieli udać się do lasu, by z drewna sklecić pancerze i uzbrojenie, nawet miecze.

Imperium mongolskie swoją nadzwyczajną ekspansję osiągnęło pierwotnie dzięki prostej, wręcz prymitywnej technologii łuku i strzemienia, które pozwalało uczynić z konia platformę bojową dla łucznika. Ale kolejne fazy mongolskich podbojów wymagały przejmowania wynalazków i technik wojennych na przeciwniku.

W czasach panowania na morzach okrętów liniowych, którymi Anglia wywalczyła swoje obejmujące cały świat imperium, pozyskiwanie odpowiednich gatunków drewna było jednym z podstawowych wyznaczników wpływających na kluczowe decyzje geopolityczne. Współcześnie globalny hegemon, tak jak wcześniej Imperium Brytyjskie, opiera swoją siłę na dostępie do ropy naftowej, która jest źródłem energii i surowców niezbędnych do działania przemysłu petrochemicznego, który dostarcza narzędzi toczenia wojen w olbrzymich ilościach, kosztujących wręcz fantastycznie mało, jeśli brać pod uwagę ich zdolność do rozstrzygania konfliktów.

Wspólnym mianownikiem wszystkich wojen między imperiami w historii ludzkości jest to, że miały cel racjonalny - zabezpieczenie dla państwa zasobów niezbędnych do jego funkcjonowania. Kosztem sąsiadów bliższych lub dalszych, władcy plemion, konfederacji, państewek, mocarstw i imperiów robili wszystko, co było w ich mocy, aby zabezpieczyć przetrwanie swojego rodu, reżimu politycznego czy narodu (grupy etnolingwistycznej lub po prostu tożsamościowej). To bezustanne współzawodnictwo historycy nazywają często grą mocarstwową. Bardzo ładna nazwa jak na to, co jest niczym innym jak endemiczną wojną - wojną wpisaną w funkcjonowanie ludzkich społeczeństw.

W grę wchodzi oczywiście wiele czynników, w tym duma osobista władcy i jego urażony honor. To widmo nadciągającej inwazji lub zniewolenia. Takie czynniki funkcjonowały w procesie decyzyjnym elit rządzących Japonią w XIX wieku. Widziały one jasno, że jeśli nie zmodernizują własnej ojczyzny na wzór mocarstw zachodnich, Japonia zostanie stłamszona i zdewastowana przez mocarstwa kolonialne. Aby temu zapobiec, o ironio, sama stała się mocarstwem kolonialnym. Logika była prosta: oni albo my.

Okresy braku wojen to nie chwile, w których ludzkość otrząsa się na chwilę z koszmaru, a chwile, w których jeden z toczących zażartą walkę po prostu wygrał i zdominował wszystkich innych. Taki hegemon to i wspomniany przed chwilą chiński Pierwszy Cesarz, i kolejne chińskie dynastie, i Cesarstwo Rzymskie, i Imperium Brytyjskie. Jest nim oczywiście także "imperium" amerykańskie, czyli pilnujący pokojowej koegzystencji narodów "policjant świata".

Spacyfikowanie nieustannych konfliktów może zajść poprzez narzucenie spokoju siłą i terrorem. Potencjalni protestujący zostają wybici do nogi albo zniewoleni w sensie dosłownym. Może też nastąpić dzięki powołaniu do życia stabilnego systemu hierarchicznych zależności między państwami, w którym nikt nie kontestuje status quo.

Nieudaną próbą skonstruowania takiego ładu były wysiłki amerykańskie podejmowane po I wojnie światowej, ale udaną próbą było narzucenie amerykańskiej hegemonii reszcie świata po kolejnej wojnie światowej. W naszym świecie, nazwanym Pax Americana, zawarty w nazwie "pokój" osiągnięty został nie tylko dzięki stworzeniu stabilnego systemu podziału zasobów świata. Pokój został osiągnięty dzięki olbrzymim nadwyżkom energii, które ludzkość jako społeczność całej planety dostała do dyspozycji dzięki technologii wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej i gazu.

Co zaś do postępów moralności na przestrzeni ostatnich dwóch tysiącleci są jak najbardziej godne podziwu. Nie jest jednak moralność kluczowym gwarantem pokojowej współpracy między narodami i cywilizacjami. Tym gwarantem jest relatywny dostatek żywności. Pusty żołądek w skali narodów i państw to brak energii do produkcji i przetwarzania żywności, to brak paliw do transportu nadwyżek tam, gdzie są potrzebne. Brak lub deficyt energii i wszelkich innych zasobów to sytuacja, w której przestają funkcjonować zasady znane jako "gra o sumie niezerowej". Zaczynają w ich miejsce pojawiać się zachowania, które świadczą o ich realizatorach, że wierzą oni w logikę "albo on, albo ja", "oni albo my".

W takich sytuacjach decydentom geopolitycznym nie chodzi tylko o proste fizyczne przetrwanie. Chodzi też o utrzymanie godności osobistej i narodowej, chodzi o przetrwanie ich struktur władzy (reżimu, powiązań gospodarczych). Chodzi o zabezpieczenie takich źródeł dochodu i bogactwa, które postrzegane są przez nich jako właściwe i - to najważniejsze - adekwatne wobec ich aspiracji imperialnych i mocarstwowych.

Elity licznych ośrodków decyzyjnych światowych mocarstw, takich jak ośrodek turecki, arabski, rosyjski i niemiecki to ludzie, którzy mają przemożne poczucie, że aktualny system jest dla nich i dla ich ośrodków geopolitycznych w jakiś sposób niesprawiedliwy i krzywdzący. Znającym historię Europy natychmiast przyjdzie na myśl kolektywny stan poczucia "dziejowej niesprawiedliwości" powstały po I wojnie światowej i odpowiednio zlewarowany do tego, aby doszło do dogrywki.

Zróbmy listę państw, które są przekonane, bardziej lub mniej słusznie, że bez amerykańskiej hegemonii będzie im się działo lepiej. Znów oczywistym przykładem jest Rosja. Bez wiszących im nad karkiem amerykańskich sankcji byłaby zdolna przywrócić swoje sowieckie strefy wpływów. Turcję system globalnego handlu czyni jakimś kolejnym krajem przy drodze... gospodarką silną, ale nie posiadającą istotnej siły oddziaływania nawet na swoje najbliższe otoczenie. Tureccy przywódcy mają jednak ku temu aspiracje. Olbrzymie aspiracje. Dodatkowo załamanie amerykańskiego porządku rzeczy, a w tym globalnej wymiany towarowej jaką znamy dziś, sprawi, że Turcja stanie się regionalną potęgą z prawdziwego zdarzenia. Predysponuje ją do tego wręcz perfekcyjne położenie geograficzne w rejonie przecinania się wielu krytycznych szlaków handlowych. Położenie "perfekcyjne", ale nie wtedy, gdy Ameryka czy Izrael mogą Turcję "trzymać w dole" sankcjami i innymi instrumentami kontroli państw słabszych.

Sednem wszystkich wysiłków Chin, trwających już przez całe dekady, jest podminowanie" uległości wasalnej" wszystkich państw podłączonych do "Kolektywnego Zachodu" ogólnie, a do Stanów w szczególności. Jednym ze sposobów doprowadzenia do erozji amerykańskiej dominacji jest budowa alternatywnego systemu szlaków handlowych - projekt Jednej Drogi, Jednego Pasa. Powołanie do życia grupy BRICS i szeregu towarzyszących inicjatyw ma sprawić, że amerykańskie instrumenty kontroli przestaną być skuteczne.

A kluczowym instrumentem kontroli nad absolutnie kluczowym rejonem świata - Bliskiego Wschodu z jego złożami węglowodorów... jest Izrael. Zakończenie projektu geopolitycznego w postaci Izraela byłoby kluczowym osiągnięciem chińskich wysiłków zdewastowania i subwersji siły Zachodu jako ośrodka siły mocarstwowej. Jeśli wyżej nakreślona wizja dobrze opisuje strategiczne potrzeby podmiotów kontestujących władzę amerykańskiego hegemona, na celowniku Chin jest właśnie Izrael.

Przeszkodą dla Chin w realizacji planów zakończenia obecności Zachodu na Bliskim Wschodzie jest to, że wojna w tym rejonie doprowadzi albo do odcięcia Chin od dostaw ropy, albo w bardziej optymistycznym wariancie do nieprzewidywalnych zakłóceń funkcjonowania gospodarki chińskiej.

Na koniec... Pekińscy decydenci z pewnością już dawno wymyślili, co muszą zrobić. My tylko musimy odkryć lub odgadnąć, co to jest. -

Geopolityka regionu Bliskiego Wschodu: zasoby i kluczowe miejsca

Na przykładzie kryzysu sueskiego 1956 (?SP X.2)

Zmienne kształty geopolitycznej szachownicy

Chiński strateg Sun Zi pisał, że armie powinny być jak woda. Dowódca, manewrując lub atakując winien omijać twarde przeszkody, skały, fortyfikacje. Powinien podmywać miękkie piaski, czyli przeciwnika nie będącego w pełni sił, gotowości bojowej, tego z nadwątlonym morale.

To prawidło, uniwersalne i wszechobecne, w swojej istocie jest filozofią zwyciężania radykalnie przeciwną dla tej wykształconej na Zachodzie - ataku na najsilniejszy punkt, "na rycerza". "Chiński" model wymijania miejsc twardych widzimy na polu walki jako taktykę infiltracji oddziałów szturmowych opracowaną przez Niemców pod koniec I wojny światowej. Widzimy go we wszystkich sferach ludzkiej aktywności: ekonomii, transporcie, produkcji oraz... w rozgrywkach geopolitycznych.

W tych ostatnich uwarunkowania geograficzne przestrzeni decyzyjnej dyktują, co jest możliwe i opłacalne. Aktorzy starają się uzyskać zamierzony efekt zaczynając od taktyk skrytych, minimalizując skalę konfliktu, unikając kosztownej eskalacji. W miarę przekonywania się o nieskuteczności zabiegów, wspinają się na drabinie eskalacyjnej ku rozwiązaniom coraz kosztowniejszym i bliższym atakowania "twardym w twarde".

Wojna w najgłębszym sensie to wszak pojedynek dwóch ludzkich woli. Uczestnicy zmagań kanalizują wzajemnie swoje kalkulacje i decyzje: co można posiąść minimalnym nakładem sił, zlewarowanym na maksymalny efekt. To właśnie to prawidło behawioru imperiów miał na myśli Sun Zi pisząc, że konieczność użycia armii jest przejawem niekompetencji władcy lub wodza.

Prawidła geopolityki i strategii wojskowej, jeśli nanieść je na mapę, wyrysują kształty, które w zadziwiający sposób harmonizują z przebiegiem łańcuchów górskich, rzekami, bagniskami, terenami, na których produkowana jest żywność, dostarczają surowców i źródeł energii. Ale dla istnienia skomplikowanych struktur państw oraz imperiów ważne są też spławne rzeki i łączące je w system transportowy kanały, a także sieć dróg.

Zdolność tworzenia infrastruktury cywilizacyjnej to zdolność tworzenia sztucznych obiektów geograficznych. To budowanie irygacji, dróg, kanałów. Sztuczne oraz naturalne "warunki terenowe" od pradziejów wyznaczały długość łańcucha, na którym Natura i Geografia trzymała narody, imperia oraz cywilizacje. Gasiły lub rozpalały ich sny o potędze, decydowały o ich nieuchronnym rozkwicie lub potem równie nieuchronnym upadku1.

Łatwość i koszt transportu decydowały o sile geopolitycznej w czasie wojen oraz w czasie poprzedzających je zmagań i budowania siły gospodarczej, niezbędnej do stworzenia machiny wojennej. Stąd książki o przełomach technologicznych zmieniających układ i naturę sił geopolitycznych - sił psychohistorii - czasem porywają wyobraźnię nie gorzej niż opowieści o starciach potężnych armii i czynach bohaterów. Jednym z niedocenionych parametrów homeostazy imperiów morskich jest dostęp do drewna szkutniczego. Dostępność sośniny decydowała o kierunku polityki zagranicznej Imperium Brytyjskiego w rejonie Bałtyku. Bliskość spławnych rzek do miejsc występowania odpowiedniego gatunku sosny na terenie Królestwa Polskiego i jego okolic ograniczała podaż tego surowca strategicznego, niemal niezastąpionego, do konstrukcji masztów okrętowych.

Człowiek budując cywilizację stwarza nowe okoliczności. W początkach istnienia chińskiego państwa Qin, niemal trzy tysiąclecia temu, jego władcy gigantycznym nakładem sił przekopali przez masyw górski kanał Zheng Guo, aby nawodnić jałową pustynię. Wysiłek się opłacił - stworzone z niczego ziemie uprawne napędziły prosperity. W końcu umożliwiło to Qin pokonanie wszystkich sąsiadów i ustanowienie cesarstwa pod koniec III stulecia p.n.e. Gdy Atlantyk stał się w XV wieku arterią transportu rabowanych z Ameryk dóbr, a przy tym ustanowiono szlak morski wokół Afryki, Portugalia - zapomniany kraik na końcu świata - znalazła się nagle w jego centrum. Została jednym z najważniejszych mocarstw kolonialnych.

Ale wszystko płynie i nie ma końca historii. Wróćmy więc do XX wieku. Nadeszła era ropy jako nadrzędnego surowca energetycznego. Węgiel i stacje węglowe, rozsiane gęsto wzdłuż wybrzeży przy szlakach żeglugowych, odchodziły do lamusa. Długodystansowy transport morski oraz kontrola rejonów wydobycia ropy naftowej umożliwił Wielkiej Brytanii życie w "pożyczonym czasie", tj. przejść do nowej ery technologicznej bez zasobów tego kluczowego surowca na macierzystej wyspie.

Gdy za Wielką Fosą rósł gospodarczy olbrzym USA, Imperium Brytyjskie, choć nadal dumnie trzymało głowę w górze, było z praktycznego punktu widzenia żywym trupem na dializie. A rurkami łączącymi ciało Imperium do podtrzymującej jego żywot machiny były szlaki przesyłu ropy naftowej.

Na lądzie istnieją miejsca newralgiczne, o kontrolę nad którymi zawsze toczyły się wojny i kampanie. W przypadku przepływu towarów, ludzi oraz armii są to tzw. cieśniny lądowe. Jedną z nich jest tzw. Brama Smoleńska. To strategiczny korytarz pozbawiony naturalnych przeszkód terenowych, przez co pozwalający na sprawny przemarsz dużych armii. W epoce technologii oraz ropy naftowej przełęcze i ukształtowanie terenu zastąpione zostały cieśninami i kanałami, którymi ten surowiec dostarcza się do centrów produkcji przemysłowej czy konsumentów. Najważniejszym punktem strategicznym stał się nagle Kanał Sueski.

Jego ukończenie pomogło Imperium Brytyjskiemu skonsolidować władzę nad koloniami w Azji Wschodniej i Australii. Podróż do odległych rejonów Imperium nie wymagała już przesiadki i stukilometrowego "spaceru" przez niegościnną pustynię. Warto też dodać, że brytyjska kontrola nad tym przesmykiem lądowym ostatecznie przełamała trwającą całe stulecia islamską blokadę kontaktów handlowych i politycznych Europy z krajami Orientu. To właśnie ominięcie tej blokady - a patrząc z innej nieco strony, arabski monopol na handel między tymi dwoma rejonami - było impulsem dla poszukiwania okrężnej drogi do Chin i Indii, a więc impulsem powołującym do życia Wielkie Odkrycia Geograficzne.

Odkrycie ropy na Bliskim Wschodzie, przede wszystkim w Iranie, zwielokrotniło znaczenie tego szlaku morskiego i samego Kanału Sueskiego, który - choć wybudowany pod kontrolą Francuzów, a rękami lokalnej ludności egipskiej, w wyniku "zupełnie losowych zdarzeń" został przejęty przez udziałowców brytyjskich. Konfrontacja dwóch centrów woli politycznej, Egiptu i Wielkiej Brytanii, nastąpiła pół stulecia po otwarciu kanału.

Przez niego przemieszcza się dziś około połowy potrzebnej na Wyspach Brytyjskich ropy, bez której przemysł tego kraju, Zachodniej Europy i Skandynawii nie mógłby dalej działać. To sprawa życia i śmierci dla nas wszystkich.2

Anthony Eden, brytyjski pierwszy minister w latach 1955-57

Geografia decyzyjna uczestników

W latach 50. XX wieku imperia kolonialne Francji i Anglii (niech będzie, że Wspólnoty Narodów), zbudowane wedle filozofii bezpośredniej władzy politycznej, były w zaawanso-wanym stadium demontażu. W rytm pieśni antykolonializmu stare porządki imperialne ustępowały miejsca dla Pax Americana. Terytoria i narody dostrzegały "swoją chwilę i czas" na uzyskanie możliwie pełnej suwerenności politycznej.

Dziwi mnie, że egipski prezydent Naser ogłaszając niespodziewaną nacjonalizację Kanału Sueskiego nie przewidział, że i Francja, i Wielka Brytania po prostu nie mogą pozwolić sobie na oddanie w obce (nieprzewidywalne) ręce arterii komunikacyjnej, od której zależy samo ich istnienie. To tak, jakby liczyć, że ktoś zareaguje entuzjastycznie na perspektywę dożywotniego przystawienia pistoletu do skroni.

Obecność wojskowa gwarantująca bezpieczeństwo kluczowych terenów była Brytyjczykom absolutnie niezbędna z wielu powodów. Wszak przez całe dziesięciolecia linia telegraficzna łącząca Metropolię z Klejnotem Imperium Brytyjskiego, Indiami, również przebiegała przez te same tereny.

Czy Naser nie chciał, czy też nie widział tej prostej, oczy-wistej prawdy, że Brytyjczycy i Francuzi po prostu nie mogą sobie pozwolić na utratę kontroli nad rejonem Kanału? Czy Naser rzeczywiście nie rozumiał, że nacjonalizacją gwarantował sobie to - proszę wybaczyć metaforę - że zaraz "dostanie po mordzie", i to bez żadnej taryfy ulgowej?

Ale nie on jeden zlekceważył sytuację. Para imperiów kolonialnych również przeszacowała. Lokalny układ, jaki zainstalowali w Egipcie powinien albo być w miarę fair dla tubylców, albo przynajmniej nosić znamiona uczciwości. Można spekulować, że do błędu przyczyniła się arogancja i poczucie wyższości. A "magiczna sztuczka", dzięki której w 1875 roku strona brytyjska przejęła udziały Egiptu - nadal mniejszościowe względem udziałów francuskich - była jednym z kluczowych punktów w "retoryce krzywdy" prezydenta Nasera w roku 1956.

Rozgrywka

Tyle o wpływie przeszłych wydarzeń, zajmijmy się samą rozgrywką. Zjednoczone Królestwo, kraj demokratyczny, musiało dbać o pozory legalności swoich poczynań, przede wszystkim wysłania wojsk do odbicia kanału z rąk Egipcjan. I tu miała miejsce kolejna magiczna sztuczka, z rodzaju tych, których pełno w grach o najwyższe stawki. 29 października Izrael wtargnął na pustynię Synaj na wschód od Kanału Sueskiego, aby zwalczać nieistniejące ugrupowania toczą-cych walkę z doskoku - i nie istniejących, ma się rozumieć - ugrupowań fedainów. Doszło do starć armii Izraela i Egiptu.

Zatroskany Albion wydał więc obu stronom ultimatum, żądając, aby wycofały się poza strefę 10 km od kanału. Izrael, państwo praworządne, zrealizował żądanie. Egipt wpadł w wyjątkowo sprytną pułapkę - musiałby wycofać sięz własnego, strategicznego terytorium. I pretekst do interwencji gotowy.

Akurat te wydarzenia możemy "odmagicznić". Konspirację między Francją, Wielką Brytanią i Izraelem zawiązano kilka dni wcześniej na spotkaniu stron w mieście S?vres we Francji. Jedynym, czego nie dopięto w czasie konferencji, która odbyła się w dniach 22-24 października, była teoria zwycięstwa, czyli co robić po realizacji planu, którego ostatnim uzgodnionym etapem było obalenie Nasera.

Wojny narracyjne i limitroficzne

Październik 1956 był jednym z najbardziej zwariowanych miesięcy w historii.

Szimon Perez

Kryzys Sueski to wręcz podręcznikowy przykład konfliktu hybrydowego. Ja osobiście przywiązałem się do nazwy "wojen buntowniczych" i "małych wojen" - to ostatnie z sentymentu do klasyki, czyli brytyjskiego podręcznika wojen kolonialnych pt. Small Wars: Their Principles and Practice (wyd. 1896). Staranna kampania dezinformacyjna i fabrykowanie należytych pretekstów działających i w chwili rozgrywki, i w dalszym horyzoncie geopolitycznym, jest esencją i punktem ciężkości takich wojen.

Szimon Perez3 nazwał wojnę, której przebiegiem zarządzał, "jednym z najbardziej zwariowanych miesięcy w historii". To świetny eufemizm na to, co dziś nazywamy wojnami hybrydowymi, wojnami, których nie widać, albo limitroficznymi. Te ostatnie to wojny, w których agresor albo destabilizuje istniejące obszary buforowe, albo je stwarza. Takie wojny nie spełniają kryteriów definicyjnych tego, czemu w naszej mentalności i ogólnie zachodnich systemach prawnych można zasadnie przypisać nazwę "wojna". Ba, wskazując agresora w takiej wojnie, wspierając się regułą is fecit, cui prodest (łac. ten uczynił, czyja korzyść), dedukcją lub inną, można zaraz usłyszeć uwiecznione na kartach historii polskiej polityki słowa: "to odmęty szaleństwa".

Bodaj najciekawszym aspektem wojen ukrytych, niewy-powiedzianych, toczonych w sferze percepcyjnej, jest uniknięcie przez uczestników - a przede wszystkim przez agresora - rozliczalności. W równaniu zysków i strat, sumowanych w perspektywie dziesięcioleci, a nie tylko miesięcy, pojawiają się odszkodowania, zwroty zajętych terenów. Przedmiotem kalkulacji jest m.in. wizerunek narodu, zdolność honorowa reżimu i przechodniość odpowiedzialności historycznej na reżimy następujące, po upadku tego bezpośrednio zaangażowanego.

Słyszymy odgłosy tych bitew percepcyjnych. Mamy przecież w języku "nazistowską armię", "naziści zrobili to albo tamto", a nie mamy "demokraci [amerykańska partia poli-tyczna] wraz z siłami Wielkiej Brytanii dokonali inwazji na Sycylię w 1943".

Rozmaite działania propagandowe i tzw. wojna informacyjna sprawia, że można wspierać strony wewnętrznego konfliktu w jakimś państwie, doprowadzić tym ów nieszczę-sny kraj do ruiny, a przy tym ani nie wypowiedzieć wojny, ani nie angażować własnych wojsk w otwarte akty agresji. Czy mam na myśli jakieś konkretne przykłady? W żadnym razie! To tylko takie teoretyczne rozważania. Przecież powszechnie wiadomo, że spisków nie ma. Suponować, że jednak są, to "najbardziej zwariowane rozważania w historii", niech mi będzie wolno strawestować słowa Pereza. -

Porady praktyczne, spostrzeżenia i przykłady

A. Zwycięży homeostat o większej odporności na zakłócenia

Pojęcie odporności systemu (ang. system resilience; s. 295) da się rozciągnąć na sytuacje geopolityczne. Państwa i imperia to systemy homeostatyczne, które sterują parametrami swoimi własnymi i środowiska. Odporność na zakłócenia, a więc zdolność do utrzymania systemu w kondycji pozwalającej na dalsze funkcjonowanie, jest kluczowa przy przewidywaniu wszelkich działań - od pojedynczych bitew do rezultatu wielkich rozgrywek o nowy układ sił na świecie.

Dostęp do surowców energetycznych od połowy XX wieku jest dla wszystkich państw kwestią życia i śmierci: to dostęp do nawozów sztucznych, zdolność produkcji energii elektrycznej. W języku angielskim istnieje zgrabne sformułowanie na kluczową rolę ropy naftowej: to master resource - surowiec o nadrzędnej roli dla wszystkich innych.

Kluczowe spostrzeżenie: II wojnę światową wygrały te mocarstwa, które miały złoża ropy naftowej na własnym terytorium macierzystym i nie musiały wywalczyć bezpieczeństwa szlaków przesyłowych dla tych surowców. To stawiało strony walczące w asymetrycznej równowadze sił: jedne - te, które przegrały - były zasadniczo bardziej podatne na zaburzenia spowodowane odcięciem od surowców takich jak ropa, nikiel etc.

Dzięki rewolucji łupkowej w USA na początku XXI wieku nastąpiła absolutnie fundamentalna zmiana układu sił - Stany Zjednoczone stały się eksporterem ropy, całkowicie przy tym uniezależniając się od negatywnych skutków ewentualnego załamania ładu międzynarodowego, np. wojny w Zatoce Perskiej i zatrzymania produkcji ropy w jej rejonie.

W takim ujęciu Chiny, rywal-pretendent globalnego hegemona, importujący z zewnątrz 80 procent potrzeb-nych surowców energetycznych, są beznadziejnie wysta-wione na zakłócenia. Z drugiej strony Stany Zjednoczone, będące de facto eksporterem netto gazu ziemnego (niezbędnego do produkcji m.in. nawozów sztucznych), mogą dyktować warunki odbiorcom i "straszyć" mniej odporne homeostaty geopolityczne możliwością załamania światowego obrotu ropą naftową. -

1 Książka pt. Więźniowie geografii Tima Marshalla (Zysk i S-ka, 2017) jest znakomitym opisem wszystkich tych uwarunkowań.

2

Ang. "Through it travels today about half the oil withouth which the industry of this country, Western Europe, Scandinavia, couldn't keep going. This is a matter of life and death to us all".

3 (1923-2016), w czasie kryzysu dyrektor Ministerstwa Obrony Izraela.

Chiński głód energetyczny i Bliski Wschód

Zarys hipotezowanej wielkiej strategii Chin

"Niechaj rozbrzmiewa debata Stu Szkół!" to niezrozumiały dla nas pean na cześć buzującej aktywności intelektualnej Okresu Walczących Państw. Ta epoka chińskiej starożytności pełna była tumultu i wojen między mocarstwami, których władcy aspirowali do stania się hegemonem ówczesnego chińskiego świata. Swoboda idei i ich twórców była tkanką i fundamentem postępu cywilizacyjnego, na którego podstawie powstało imperium Pierwszego Cesarza, pierwszego, który zjednoczył chiński świat po stuleciach powolnego upadku poprzedniego reżimu mającego zdolność hegemoniczną.

Współczesna debata geopolityczna, w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku, daleka jest od poziomu, jakości i samej natury tamtej starożytnej machiny kreatywności. Współczesna debata to bardziej jazgot osób uwikłanych w kwestie finansowania, zadowalania i gromadzenia słuchaczy, sterowania przez służby wywiadowcze. Wielu ekspertów musi przemilczać lub w najlepszym razie ograniczyć się do błaznowania i autocenzury. W przypadku wypowiedzi on-line na platformie YouTube generuje zjawiska wręcz groteskowe: mówienie szyfrem, unikanie wypowiadania nazw takich jak Izrael itp. W całym tym klamorze giną perełki prawdy - perełki prawideł, których dostrzeżenie w kalejdoskopie wypowiedzi, debat i awantur graniczy z cudem. W rezultacie działania tych wszystkich ograniczeń, nawet najbardziej kompetentni eksperci nie mówią wszystkiego.

Ryc. 1. Struktura wydobycia ropy naftowej w USA, według typu i lokalizacji złoża.

Dwie najważniejsze prawidła współczesnych rozgrywek o władzę nad światem

Historia powstania technologii wydobycia ropy naftowej i gazu ziemnego z łupków pokazuje w sposób niepodważalny, że opracowanie tej technologii nie było projektem geopolitycznym, sterowanym, inicjowanym czy finansowanym przez tzw. deep state czy siedziby kluczowych instytucji decyzyjnych Stanów - Dystryktu Kolumbii w Waszyngtonie.

Ale to właśnie łupki zmieniły wszystko. Bez nich Stany nie stałyby się czwartym co do wolumenu eksporterem ropy na świecie. Bez łupków Stany musiałyby konkurować z Chinami o ropę i gaz wydobywane w rejonie Bliskiego Wschodu. Taki obrót sprawy doprowadziłby w sposób nieuchronny do kolizji hegemonicznych aspiracji Pekinu i wciąż dominujących militarnie i gospodarczo Stanów.

Kluczową informacją, której na próżno nasłuchiwać, jest to, że zasoby węglowodorów zaklęte w łupkach, a więc skałach o twardości betonu, nie są nieskończone. Poza tym mają wredną właściwość z punktu widzenia długoterminowego. Są w aspekcie geopolitycznym potężną i potworną pułapką dla aktywności inwestycyjnej w wydobycie ropy i gazu.

Natura pułapki: Odwierty łupkowe dają bardzo szybki zwrot nakładów inwestycyjnych. Działa tu zasada 80-20. Wszyscy przerzucili się na łupki, niemal całkowicie zaniedbując inwestowanie w tradycyjne złoża.

Spójrzmy ponownie (prezentowałem go w tomie 1 tej książki) na wykres typów wydobywanych w USA węglowodorów.

Te przeoczenie zemści się na Amerykanach w najbliższej dekadzie. Bez łupków Stany byłyby... i będą zmuszone pozyskiwać energię z zewnątrz. Kosztem reszty świata. Kosztem Chin. Bez energii zabranej z rynku przez Amerykę, Chiny automatycznie przestałyby być "fabryką świata".

To wizja pełna paradoksów i pozornych paradoksów. Przykładowo, dziwić może, dlaczego Chiny uruchamiają potężne machiny wpływu mające doprowadzić do zablokowania wydobycia z łupków w USA. Dlaczego amerykańscy demokraci intensywnie zwalczają produkcję tego typu ropy?

Musimy przy tym pamiętać, że Chiny potrzebują importowanej z całego świata energii do tego, aby być fabryką świata, czyli kontynuować swoją działalność jako element obiegu energii, do którego zostały włączone w latach 80. decyzją Zachodu.

Hipoteza

Drugim najważniejszym prawidłem porządków, które znamy jako Pax Americana jest złowieszcza rekonceptualizacja celów geopolitycznych decydentów pekińskich. Jeśli celem jest zniszczenie Zachodu i jego światowej dominacji, to optymalną metodą jest odcięcie "kolektywnego Zachodu" od źródeł energii. Ameryka bez łupków, a Europa bez węglowodorów z Afryki (Algierii, Bliskiego Wschodu, Nigerii) to miejsca, w których cywilizacja dozna gwałtownej zapaści. To miejsca, w których nastąpi katastrofalny niedobór energii, a w rezultacie załamanie porządku społecznego i cywilizacji.

Doprowadzenie rękami arabskimi, choćby Hamasu, do usunięcia Izraela z mapy Bliskiego Wschodu jest nieodzownym krokiem w takim planie. A w nim skrywa się - a jakże - inny plan. Powtórzenie szantażu energetycznego z roku 1973, w którym to państwa europejskie same zaniechały z pomagania Izraelowi w wysiłku wojennym wojny jom kipur. Przesłanką potwierdzającą taki scenariusz jest choćby to, że dwie organizacje palestyńskie - Hamas i Fatah, właśnie w Pekinie podpisały porozumienie o "narodowym zjednoczeniu"1, potrzebnym do utrzymania w rękach palestyńskich Strefy Gazy.

Protesty pro-palestyńskie na uniwersytetach kolektywnego zachodu są tylko przedsmakiem większych aktów oporu społecznego przeciw działaniom Izraela. Jeśli te protesty staną się skutecznym narzędziem powstrzymującym zachodnie wsparcie dla izraelskiego wysiłku wojennego, to możliwe stanie się sprokurowanie takiej sytuacji, w której zdolność kontynuowania wojny przez Izrael zostanie w istotny sposób naruszona. A bez Izraela, Stany utracą zdolność oddziaływania na Bliski Wschód za pomocą instrumentarium innego, niż brutalna siła militarna.

Ale kluczowym efektem takiej eskalacji będzie to, że nastąpić może powtórka embarga z 1973 roku. Ropa bliskowschodnie przestanie płynąć do Europy, ale nadal będzie płynąć do Chin.

Na coś takiego Amerykanie nie mogą pozwolić. Ale tu należy zadać pytanie - kim są ci "Amerykanie"? Z pewnością nie są to demokraci, którzy zdają się dyrygować całym pakietem ideologii i ruchów animowanych nienawiścią do silnej Ameryki. Ich wspólnym mianownikiem jest ideologia dekolonizacji.

W sferze tej wojny ideologicznej, tak jak i w kwestii ropy łupkowej, demokraci, na koniec 2024 roku nie ma już co do tego wiele wątpliwości, demokraci są największym geopolitycznym sprzymierzeńcem Chińskiej Republiki Ludowej. I to jest bonusowe, trzecie spostrzeżenie, które tylko niewielu komentatorów ośmiela się poddawać pod uwagę swoich widzów i słuchaczy. -

1

Hamas and Fatah sign unity deal in Beijing aimed at Gaza governance, https://www.aljazeera.com/news/2024/7/23/palestinian-rivals-hamas-and-fatah-sign-unity-deal-brokered-by-china [dostęp: 2024-07.24].

Idea ustanowienia Izraela

Ruchy syjonistyczne XIX i XX wieku

Migracje przed XX wiekiem

W XVI wieku na obszarze Palestyny żyło zaledwie kilka tysięcy Żydów. Stan ten nie uległ istotnej zmianie aż do wieku XIX. Migracja Żydów rozpoczęła się m.in. dzięki napływowi europejskich i amerykańskich misjonarzy, archeologów i badaczy czasów biblijnych.

Region stawał się częścią wielkiego skomunikowanego świata. Mocarstwa zachodnie ustanawiały swoje konsulaty w Jerozolimie, budowano sieć telegraficzną, uruchamiano usługi pocztowe, tyczono drogi z prawdziwego zdarzenia. Połączenie parowcami z Europą, a potem budowa Kanału Sueskiego nieopodal przyspieszyły przemianę Palestyny w miejsce w pobliżu skrzyżowania ważnych szlaków komunikacyjnych. Liczba Żydów w całej krainie gwałtownie wzrastała.

Już w połowie XIX wieku przeludnienie Jerozolimy było tak duże, że Żydzi zdecydowali o zbudowaniu osiedla poza tzw. Starym Miastem. W ciągu niewiele ponad trzech dekad zbudowano łącznie osiem takich osiedli - pierwsze powstało w 1860 roku.

To był początek lawiny migracyjnej. Dekadę później Żydzi stanowili nie tylko znaczną część populacji Jerozolimy, ale przede wszystkim skupowali znaczne, jeśli nie znaczne obszary ziemi rolnej. Migranci skupiali się w osadach rolniczych, tworząc ich sieć funkcjonującą równolegle do pozostałych mieszkańców krainy.

Nowe trendy historyczne dały się wyczuć w powietrzu. Żydzi z całego świata, elektryzowani powrotem do pradawnych ziem swoich przodków, ściągali coraz liczniej. Niemal z powietrza krystalizował się grunt dla ruchu syjonistycznego, który miał zaistnieć oficjalnie już w 1896 roku. Był to okres, w którym język hebrajski, który przez stulecia by zarezerwowany dla liturgii i literatury, zaczął znów być językiem żywym i używanym na co dzień.

Na przełomie stuleci do "ziemi obiecanej" skierowały się dwie wielkie fale migracyjne. Ideologią energetyzującą tych osadników było przekonanie, że odrodzenie ich ojczyzny musi nastąpić przez ciężką pracę zamienienia nieużytków i malarycznych pustyń w kwitnącą krainę. W literaturze nie ma żadnych wzmianek na temat tego, czy taka motywacja migrantów była efektem działań inżynierii społecznej w diasporach.

Niezależnie, w tamtym okresie wszelkie mogące zapewnić materialne podstawy ziemie były już dawno zajęte przez ludy, które migrowały i kolonizowały Palestynę po tym, jak Rzymianie zlikwidowali matecznik Żydów - prowincję Judeę - po jednym z dwóch największych buntów. W apogeum tłumienia tego powstania, trwającego w latach 66-70 n.e., rzymski cesarz Tytus w roku 70 zburzył Drugą Świątynię. Głównymi działaniami pacyfikacyjnymi były masowe eksterminacje i wzięcie w niewolę mieszkańców Judei1.

Wróćmy do początków XX wieku. Osadnicy musieli mierzyć się z wieloma problemami. Pierwszym było wrogie nastawienie biurokracji osmańskiej - na zakupy nawet nieużytków oraz na wznoszenie nowych budynków potrzebne były uciążliwe w pozyskiwaniu pozwolenia... wydawane aż w Istambule. Drugim był brak zdatnych do przeznaczenia rolniczego gleb. Kolejnym wspomniany już malaryczny charakter tych obszarów, które osadnicy mieli do dyspozycji.

Ale wszystkie te przeszkody nie powstrzymywały, a jedynie opóźniały pracę sił psychohistorii. W momencie wybuchu Wielkiej Wojny w 1914 roku w obrysie historycznych żydowskich terytoriów, głównie Judei i Galilei, mieszkało już 85 tysięcy Żydów.

Nazwa "syjonizm" i syjonizm

Syjonizm bierze swą nazwę od słowa Syjon - dawnej nazwy Jerozolimy. Syjon jest synonimem nazwy Jerozolima i Ziemi Izraela w użyciu potocznym. Należy jednak zaznaczyć, że opinie w tej kwestii różnią się wśród użytkowników tego słowa. Hasło "syjonizm" pojawiło się po raz pierwszy w wydanej w 1890 roku broszurze Samoemancypacja, użyte przez publicystę Natana Birnbauma (1864-1937).

Idea syjonizmu jest zakorzeniona głęboko w kolektywnej psyche Żydów żyjących i utrzymujących swoją tożsamość na całym świecie. Kluczową ideą syjonizmu jest odrodzenie narodu żydowskiego w ojczyźnie jego przodków. Idea ta przejawia się w wielu umysłach jako specyficzny angst - nieustanna tęsknota za Ziemią Izraela i poczucie głębokiego związku z nią. To głęboko zalegające pragnienie było główną siłą pozwalającą Żydom zachować swoją odrębność we wszystkich miejscach, do których trafili. "Dom jest wszystkim" - to właściwy moment na przywołanie motta tej książki.

Polityczny syjonizm był formą kontrsiły wobec nieustających prześladowań i dyskryminacji Żydów - przede wszystkim na wschodzie Europy. Do przyjęcia postawy syjonistycznej przyczyniła się też niekompatybilność diaspor żydowskich z narodami-gospodarzami na zachodzie Europy. Teksty analizujące tę kwestię skrupulatnie pomijają tę okoliczność, że przedstawi-ciele diaspor żydowskich zajmowali praktycznie zawsze dominującą pozycję w społecznościach goszczących w takich sferach życia jak finansowa, własność nieruchomości, w tym budynków i wykształcenie.

Nowoczesny ruch syjonistyczny

Jeden z pierwszych znaków życia ruchu syjonistycznego wyszedł spod ręki polskiego Żyda, rzeźbiarza Alfreda Nossiga (1864-1943). W 1887 roku wydał on pamflet o nie do końca szczęśliwym ze współczesnego nam punktu widzenia tytule Próba rozwiązania kwestii żydowskiej. Proponował w nim założenie państwa żydowskiego w Palestynie.

Twórcą ruchu syjonistycznego, a więc ideologii mającej za cel ustanowienie nowego państwa żydowskiego, był Theodor Herzl (1860-1904). Herzl udoskonalił pomysły swoich kolegów. Ten żydowski działacz i społecznik polityczny w 1896 roku opublikował książkę-manifest Der Judenstaat (Państwo żydowskie).

Już następnego roku w Bazylei odbył się Pierwszy Światowy Kongres Syjonistyczny. Powołano na nim Światową Organizację Syjonistyczną. Najważniejszym podjętym wtedy ustaleniem było określenie miejsca powstania nowego państwa na obszar zajmowany przez historyczne państwo żydowskie z czasów Cesarstwa Rzymskiego, współcześnie noszący nazw Palestyny.

Herzl postulował założenie państwa żydowskiego w Argentynie lub w historycznej ojczyźnie Żydów - Palestynie. W jego wizji państwo takie miało zachować ścisłe związki z Europą. Wśród wielu konkretnych rozwiązań nietypowością przyciąga uwagę to, że Żydzi wyruszający do "ziemi obiecanej", czyli na emigrację do Palestyny, powinni uiścić opuszczanym państwom odszkodowania za "uszczerbek w dochodach podatkowych, związany z odpływem ludności".

W czasie podejmowania tej decyzji obszar Palestyny był częścią Imperium Osmańskiego. Istnieje też pewna niejasność w kwestii decyzji zapadających w tamtym okresie. Ideologia syjonistyczna pełni funkcję energetyzującą, czyli motywującą masy ludzkie lub grupy osób zdeterminowanych do osiągnięcia wyznaczonego celu. Rdzeń ideologii syjonistycznej miał naturę mistyczną i religijną, Przede wszystkim chodziło o odbudowanie Świątyni Salomona. To, że nie stała ona w swojej chwale, uniemożliwia przyjście Zbawiciela, to oczywiście spore uproszczenie, ale przekazuje istotę sprawy. W przypadku syjonizmu pierwiastek religijny powiązany jest z kabalistyczną kosmologią i wizją świata, a więc miejsca "narodu wybranego" pośród innych społeczności ludzkich.

Od wypędzenia Żydów z Hiszpanii w 1492 roku kabała z zajęcia nielicznych badaczy i mistyków stała się siłą podtrzymującą tożsamość Żydów, skupionych w diasporach na całym świecie. Ten proces trwał około dwu stuleci.

Żydzi, ale nie syjoniści

Publikując Państwo żydowskie, Herzl kierował swoje przesłanie do opinii publicznej diaspory. Do swoich idei nie zdołał przekonać kluczowych person świata żydowskiego. Herzla ignorował finansista Maurice de Hirsch, zaangażowany w tworzenie żydowskich kolonii w Argentynie, i rodzina Rotschildów. Ale nawet dla "zwykłych Żydów" manifest Herzla nie był atrakcyjny i spotkał się z mieszanymi reakcjami. Dla wielu Żydów pomysł emigracji z krajów, w których byli elitą finansową i intelektualną, nie był zbyt atrakcyjny.

Podobny opór mentalny wynikał z przyczyn religijnych. Jacek Surzyn opisuje to tak:

Idee syjonizmu praktycznie łamały dotychczasową tradycję diaspory, na nowo określając zarówno pozycję Żydów w otaczającym ich nieżydowskim świcie, jak i samą żydowską tożsamość, innymi słowy: określając w nowych wymiarach świadomość bycia Żydem i przynależność do żydowskiej społeczności. Syjonizm zaproponowany przez Herzla od samego początku stał się poważnym zagrożeniem tradycyjnej wizji żydostwa, uzurpując sobie prawo do zawłaszczenia religijnej idei powrotu do Syjonu. Z punktu widzenia ortodoksji syjoniści dopuszczali się niemożliwej do zaakceptowania profanacji świętej idei, niszcząc najwyższą wartość wiary żydowskiej i tym samym zrywając - w ich mniemaniu - przymierze z Bogiem2.

Siła i kontrsiła

Jakov M. Rabkin w przedmowie do polskiego wydania W imię Tory pisze o innej kluczowej prawidłowości działania ludzkiej natury. Zdolność do zachowania własnej tożsamości jest formą reakcji immunologicznej na jakiś zewnętrzny czynnik destrukcyjny. W przypadku Żydów:

Syjonizm jest lustrzanym odbiciem antysemityzmu. Zakłada, że antysemityzm jest niezmienną cechą współczesnego świata, przyjmuje założenie, że Żydzi stanowią obcy element "społeczeństw gospodarzy" i dlatego powinni zgromadzić się na własnym terytorium. Syjonizm kwitnie na pożywce antysemityzmu; bez antysemityzmu nie byłoby syjonizmu. Właśnie dlatego liberalne, pluralistyczne społeczeństwa, w których Żydzi cieszą się równymi prawami, stanowią poważne zagrożenie dla syjonistycznego planu. Działacze syjonistyczni - paradoksalnie - znajdowali często wspólny język z antysemitami, takimi jak zwolennicy czy członkowie Narodowej Demokracji (endecji), która pragnęła pozbyć się Żydów z Polski3.

Rabkin, pisząc o wątku polskim, zauważa:

Żydowski antysyjonizm ma w Polsce długą historię. Jedna z pierwszych książek sprzeciwiających się syjonizmowi została wydana w Warszawie w 1902 roku. W tamtych czasach większość Żydów sprzeciwiała się syjonizmowi. Żydowscy socjaliści byli przerażeni rodzącym się żydowskim nacjonalizmem, który promował jedność etniczną ze szkodą dla solidarności klasowej. Żydzi wierni tradycji religijnej byli równie przerażeni. Widzieli w syjonizmie potężne narzędzie, które mogło oddalić Żydów od Tory i sprawić, że porzucą żydowską tradycję. Dla nich syjonizm był próbą pozbawienia judaizmu jego istoty, próbą przekształcenia Żydów ze społeczności zbudowanej na wierności wierze religijnej i jej praktykowaniu w świecki naród zjednoczony wokół terytorium i flagi4.

Spostrzeżenia na wynos

A. Współczesna nienawiść do nacjonalizmu i poglądów "prawicowych"

Spójrzmy na skomplikowaną wojnę narracyjną toczoną wewnątrz społeczeństw Zachodu, ale przede wszystkim w Ameryce. Rozdźwięk w kwestii syjonizmu, opisany w ostatniej sekcji tekstu powyżej, jest z całą pewnością lewarowany przez akty sprawcze walczące o sprawę palestyńską. Kwestie religijne i społeczno-finansowe nie są tu kluczowe.

Ugrupowanie polityczne Benjamina Netanjahu, jest skrajnie prawicowe. Działania Izraela są zaś - mówiąc najoględniej - wyjątkowo narażone na krytykę z humanitarnego punktu widzenia. Po drugiej stronie - po drugiej stronie atlantyckiej fosy - mamy dorastające młode pokolenie o poglądach lewicowych i skrajnie lewicowych, którego najważniejszą cechą mentalności i systemu motywacyjnego jest nienawiść do wartości, które wyniosły Amerykę do roli światowego hegemona. Te masy wyborców stopniowo obejmują funkcje decyzyjne i pozycje pozwalające wpływać na stan debaty publicznej.

Jedną z głównych ideologii napędzających ruchy anty-izraelskie jest ideologia dekolonizacji, dostrojona wręcz perfekcyjnie do wsparcia aspiracji palestyńskich. Tak per-fekcyjnie, że można uznać za pewnik, że są aktywnie jątrzone przez siły wrogie Izraelowi.

B. Tajna wojna domowa? (hipoteza)

Może być i tak, że wszyscy jesteśmy świadkami i przygodnymi ofiarami wielkiej wojny domowej wewnątrz światowej diaspory żydowskiej. Weźmy pod uwagę siłę emocji i potężne atraktory motywacyjne5 budowane przez stulecia - ba! bez mała tysiąclecia - wewnątrz bardzo niehomogenicznego zbiorowiska diaspor rozrzuconych po całym świecie i mających bardzo często rozbieżne cele ideologiczne, duchowe, tożsamościowe i finansowe.

Centralnym wątkiem tej wojny wcale nie byłaby walka między Izraelem a Palestyńczykami o ten skrawek lądu, który współcześnie nazywamy Palestyną. Ta wojna o terytorium byłaby w takiej wizji wyłącznie przejawem zewnętrznym potężnych konfrontacji ludzi i grup interesów niezwykle możnych i wpływowych, a przy tym motywowanych do realizacji swoich dalekosiężnych planów przez systemy wierzeń religijnych i mistycznych.

Należyte przemyślenie powyższej hipotezy wymaga rekonceptualizacji tego, czym kierują się ludzie niezwykle wpływowi. Otóż nie tylko pragmatycznym myśleniem o maksymalizacji zysku. Tak jak i ludzie "zwykli", mają swoje pasje, wierzą w "zabobony" i proroctwa. I tak jak zwykli ludzie gotowi są czasem poświęcić wysiłek swojego życia i samo życie, tak i ci gotowi są poświęcić dowolne zasoby finansowe i życie ludzi zwykłych, aby zrealizować zamiary w żaden sposób nie poddane procesom demokratycznym ani nawet jawne.

Żeby nie szukać daleko, przykładem jest Adolf Hitler. Z eseju Joanny Lubeckiej dowiemy się m.in.:

Już po przejęciu władzy w 1933 r., wielokrotnie podkreślał pozytywną rolę Kościołów w Niemczech i rolę chrześcijaństwa jako fundamentu państwowości niemieckiej. Często fotografował się w towarzystwie hierarchów kościelnych. (...) Jednak w rozmowach prywatnych z zaufanymi osobami Hitler już od początku lat 30. nie krył swojej pogardy dla chrześcijaństwa i wrogości wobec kościołów chrześcijańskich. (...) Religię traktował w sposób instrumentalny. W pierwszym etapie walki o "rząd dusz" należało pozwolić katolikom i protestantom na łączenie wiary w Boga z wiarą w Hitlera, w drugim etapie nowa wiara, nowe rytuały miały zastąpić chrześcijaństwo, wyprzeć je z życia Niemców, a kościoły chrześcijańskie miały zostać zniszczone jako rywal w walce o "wyznawców"6.

W podsumowaniu warto dodać, że ci, którzy podejmują decyzje o tym, by całe narody i cywilizacje ruszyły na wojnę, dysponują władzą najwyższą. Widzimy ich w działaniu zarówno w życiu, jak i dziełach popkultury, choćby w doskonale pod tym względem skonstruowanym filmie Star Trek: W ciemność (2013, reż. J.J. Abrams). Widzimy w tym dziele załogę okrętu międzygwiezdnego, starającą się wykonać zadanie, i dowódcę, który rozgrywa swoje niezrozumiałe dla maluczkich gry bez baczenia na dobro okrętu, rozkazy którym sam podlega i życie wszystkich dookoła.

Zawsze jest tak, że zwykli poddani czy podwładni giną za swoje idee i wierzenia, aby ci, których kośćmi do gry są kości ludzkie mogli rozgrywać swoje gry, w których stawką jest istnienie narodów i imperiów. -

1 Liczby pomordowanych i zniewolonych podawane w źródłach starożytnych są zdaniem historyków współczesnych zwyczajowo mocno przesadzone, toteż nie zamieszczam ich w tym wywodzie.

2 Jacek Surzyn, Antysemityzm, emancypacja, syjonizm: narodziny ideologii syjonistycznej, Katowice 2014, s. 8-11. Stosowne urywki w pełnej długości: https://www.jhi.pl/artykuly/wizjoner-panstwa-theodor-herzl-tworca-syjonizmu,3735#_ftn7 [dostęp: 2024-09-30].

3

Jakov M. Rabkin W imię Tory, Dialog, Warszawa 2007, s. 12.

4 Ibidem, s. 13.

5

Nie lubię "fikuśnych" fraz i neologizmów, gdyż w większości są one przejawem pozowania. Jednak język używany do opisywania zachowań zbiorowości ludzkich potrzebuje jakiejś świeżej nazwy opisującej rdzeń systemu motywacyjnego jednostki lub wspólnoty. Pojęcie stworzyłem na użytek pisanej właśnie powieści, zainspirowany głównym przesłaniem traktatu Sztuka wojny. Atraktor to pojęcie zaczerpnięte z teorii chaosu, opisuje pewne anomalie (zagęszczenia) zdarzeń i prawideł świata fizycznego, szczególnie widoczne na ich graficznych reprezentacjach. Tu chodzi o prawidła działania ludzkiej natury. Starożytny mistrz Sun, mam co do tego pewność, zapoznawszy się z nowym słówkiem, bardzo tajemniczo by się uśmiechnął.

6 "Obiekty miłosierdzia". Zawłaszczanie i implementacja elementów doktryny i rytuału chrześcijańskiego w III Rzeszy, [w:] Misericordia Domini, red. J. Marecki, L. Rotter, Kraków 2016, s. 135-157. Bardzo polecam cały tekst. Jego wersja dostępna jest on-line pod adresem: https://krakow.ipn.gov.pl/pl4/edukacja/przystanek-historia/103461,Hitler-jako-czlowiek-religijny.html [dostęp: 2024-09-30].

Brytyjska obecność i "Linia na piasku" 1923-1939

Żydowskie migracje do praojczyzny na przykładzie aktywności Orde'a Wingate'a

Już w połowie XIX wieku powoływano inicjatywy zmierzające do ustanowienia państwa żydowskiego na obszarach historycznie - w starożytności - zajmowanych przez ludy semickie. Obszary te współcześnie znamy jako Palestynę. Obszar ten w przeciągu stuleci zajęły rozmaite plemiona i ludy arabskie, a w XIX wieku, kiedy narodziły się silne ruchy syjonistyczne, należał do Imperium Osmańskiego (Turków). W wyniku I wojny światowej Imperium Osmańskie upadło, a głównym podmiotem, który podjął się zagospodarowania powstałej po nim próżni geopolitycznej byli Brytyjczycy.

W 1917 roku powstała tzw. deklaracja Balfoura. Artur Balfour (1848-1930) był brytyjskim ministrem spraw zagranicznych. Wystosował on do lorda Lionela Rotschilda pismo, w którym zadeklarował przychylność rządu brytyjskiego dla pomysłu zorganizowana państwa żydowskiego w Palestynie. W okresie międzywojennym nie doszło do realizacji tego przedsięwzięcia, jednak rozpoczęła się masowa migracja ludności żydowskiej na te tereny.

Po Wielkiej Wojnie obszar przyszłego Izraela nazywany był oficjalnie Mandatem Palestyny. Mandat zarządzany był przez Ligę Narodów, ale organizacja ta dość szybko przekazała swoją władzę nad rejonem Wielkiej Brytanii.

Kolejne fale migracyjne

Okres międzywojenny to czas, w którym język hebrajski zyskał status oficjalnego języka "państwa mandatowego" - równolegle z językiem angielskim i arabskim. Terytorium mandatowe stało się szybko światowym centrum literatury hebrajskiej. Gwałtownie pojawiło się i rozwinęło życie kulturalne. Oprócz rynku wydawniczego język hebrajski stał się nośnikiem dla sztuk teatralnych, audycji radiowych i gazet. Pojawiał się na monetach, banknotach i dokumentach urzędowych.

Potężny strumień nowych migrantów był skutkiem wpływu syjonizmu oraz deklaracji Balfoura. W okresie od 1919 do 1923 roku do Palestyny przybyło niemal 35 tysięcy Żydów, w większości z Rosji. Oni i uczestnicy innych fal wnieśli krytyczny wkład w wysiłek stworzenia i rozbudowy infrastruktury gospodarczej i socjalnej. To praca ich rąk sprawiała, że cały obszar stawał się po prostu cywilizowany.

Kolejne nasilenie migracji to lata 1924-1932. Tym razem głównym miejscem pochodzenia przybyłych w liczbie około 60 tysięcy była Polska. Ci migranci osiedlali się w większych ośrodkach miejskich - w Tel Awiwie, Jerozolimie i Hajfie. W odróżnieniu od Żydów rosyjskich ludzie ci pochodzili w znacznej części z miast. Zakładali rodzinne firmy i fabryki, w tym przedsiębiorstwa budowlane.

Przed II wojną światową do Mandatu Palestyny przybyli też migranci z nazistowskich Niemiec. Wielkość tej fali szacuje się na 165 tysięcy osób. Wśród nich przybywali ludzie o wysokim wykształceniu, wiedzy technicznej i naukowej.

Wysiłek tych wszystkich migrantów był zasilany nie tylko ich własną aktywnością. Otrzymywał też wsparcie diaspory z całego świata. Sprawy zaczęły się toczyć siłą własnej inercji. W 1922 roku uruchomiono "Agencję Żydowską". Miała ona - jak postulowano w Mandacie - reprezentować Żydów wobec władz brytyjskich oraz organizacji międzynarodowych i rządów innych państw.

Władze brytyjskie przyznały obydwu nacjom (Żydom i Arabom) autonomię w zakresie spraw wewnętrznych. Na bazie tego zezwolenia społeczność żydowska wybrała w 1920 roku ciało samorządowe składające się z przedstawicieli aktywnych partii politycznych. Ten proto-rząd (formalnie był organem wykonawczym) miał zbierać się corocznie i wybierać Radę Narodową (Va'ad Le'umi). Organ funkcjonował do 1948 roku.

Opór arabskiego ruchu narodowego

Tymczasem wzrastająca liczba migrantów doprowadziła nieuchronnie do konfliktów między osadnikami żydowskimi a zamieszkującymi te obszary Arabami. Niezadowolenie groźnie pulsowało, by rozładowywać się co i rusz w wybuchach przemocy, z których największe miały miejsce w latach 1920, 1921, 1929 oraz 1936-1939. Stawiająca opór ludność arabska palił pola uprawne i lasy oraz prowadziła sabotaż systemu transportowego. W opracowaniach pojawiają się wzmianki o tym, że ataki te były "niesprowokowane", co zapewne oznacza, że były po prostu tzw. konfliktem niskiej intensywności, który sporadycznie eskalował do bardziej gwałtownych i zorganizowanych form, jak to było w przypadku masakry w Hewronie w 1929 roku.

Największym paroksyzmem oporu arabskiego było powstanie arabskie zwane Wielką Rewolucją Arabską. Powstanie wybuchło w 1936 roku i trwało przez trzy lata. W 1937 roku Brytyjczycy uznali, że interesów obu ruchów - syjonistycznego i arabskiego - nie da się pogodzić. To wtedy zrodziła się idea podziału obszaru mandatowego na dwa państwa: żydowskie i arabskie. Przywódcy żydowscy zaaprobowali pomysł, arabscy - zdecydowanie nie. W obliczu silnego oporu ludności arabskiej, w tym oporu zbrojnego, Brytyjczycy opublikowali w maju 1939 roku tzw. Białą Księgę. Na jej mocy drastycznie ograniczono strumień migracji do Palestyny.

Wingate

Wingate pojawił się w Brytyjskim Mandacie Palestyny w 1936 roku, by realizować obowiązki oficera wywiadu. Wingate był zagorzałym syjonistą, a przy tym człowiekiem żywiołowej wiary. Wierzył, że naród żydowski winien odbudować świątynię Salomona, której brak uniemożliwiać miał zstąpienie na świat Zbawiciela. Postrzegał utworzenie państwa żydowskiego jako obowiązek religijny. Jego żarliwie wyznawana wiara i przekonania predysponowały go do stania się postacią, której czyny będą wykraczać poza skromną osobistą sferę oddziaływania na poziomie taktycznym. Wingate natychmiast po objęciu stanowiska oddał się służeniu interesom żydowskich przywódców politycznych na miejscu.

Tytułem dygresji, identyczna żarliwa wiara była siłą napędzającą sir Francisa Drake'a, którego brawura stała się fundamentem potęgi Imperium Brytyjskiego w XVII wieku1.

Special Night Squads

W okresie pojawienia się w rejonie Wingate'a gwałtownie wzmogła się aktywność arabskich partyzantów, którzy atakowali brytyjskich urzędników mandatowych oraz osadników żydowskich. Największe natężenie walk przypadło na rok 1937. W tamtym okresie brytyjski kontyngent liczący 100 tysięcy żołnierzy nie był w stanie zapanować nad sytuacją2. Powstańcy przenikali do Palestyny z terenu Syrii i byli wspierani m.in. przez państwa Osi.

Widząc ciśnienie tej walki, Wingate przedstawił Wavellowi, dowódcy sił brytyjskich w regionie, ideę powołania komand mających przeciwstawić się powstańcom arabskim. Tak właśnie powstały komanda SNS (Ang. Special Night Squads), uzbrojone w lekką broń i granaty. W skład takich grup wchodzili ochotnicy brytyjscy oraz członkowie Hagany - żydowskiej grupy zbrojnej. Działanie tych oddziałów było finansowane przez Syjonistyczną "Agencję Żydowską na rzecz Izraela".

Codziennością tych grup było zwalczanie nie tylko oddziałów zabójców i terrorystów, ale także sabotażystów atakujących rurociągi przesyłające ropę należące do Iraq Petroleum Company. Jedną z taktyk SNS były dalekie wypady pacyfikacyjne do wiosek udzielających wsparcia arabskim partyzantom. W czasie tych wypraw dochodziło do aktów mordu na arabskiej ludności cywilnej.

Brutalne metody odniosły skutek. Powstanie stłumiono, za co Wingate otrzymał odznaczenie DSO (Order Wybitnej Służby). Wingate stał się bohaterem Jiszuwy (społeczności żydowskiej). Pod jego komendą trenowali tacy przywódcy żydowscy jak Mosze Dajan, jeden z ważniejszych dowódców izraelskich w wojnie 1948 roku. Twierdzili oni, że Wingate nauczył ich wszystkiego, co wiedzą na temat walki zbrojnej.

Myk Wingate'a: Odwrócenie przewagi informacyjnej

Prostą metodą zbudowania wysokiego morale w szeregach jest "żarliwość i maksymalna determinacja w dążeniu do zwycięstwa swojej sprawy", a więc ultra-wysoko podkręcone morale. Jednak w tym tomie zajmujemy się aspektami taktycznymi i operacyjnymi, więc odpowiedzią będzie "śmiałość i działanie całkowicie poza ramami formalnie określonych obowiązków".

Swoją pozytywną niesubordynację Orde Wingate zademonstrował już na samym początku służby w Palestynie. Skierowano go do wyśledzenia szlaków przerzutowych broni i sporządzenia odpowiedniego raportu na ten temat. Zamiast pisać raport, Wingate wykrywszy szlak przerzutowy, zaatakował przemytników i wziął do niewoli cały konwój transportujący broń. Swoją zasadzkę na arabskich bojowników zrealizował z użyciem zwerbowanych doraźnie w pobliskiej wiosce członków Hagany.

To właśnie ten sukces sprawił, że Wingate'owi przyzwolono na sformowanie SNS. Jednostka ta składała się z około 200 Żydów i 100 brytyjskich ochotników. Jej komanda operowały z bazy w wiosce Ein Harod. Ich zadaniem było wytrzebić arabskich partyzantów w rejonie wzgórz galilejskich. Oddziały partyzanckie siały terror wśród wiosek żydowskich i niszczyły dobytek ich mieszkańców oraz atakowały oddziały i konwoje brytyjskie. Grupy były wyjątkowo mobilne, a przy tym wspierali je ziomkowie zatrudnieni w aparacie policyjnym i administracyjnym - partyzanci zawsze byli ostrzegani przed akcją władz. Słowem, byli nieuchwytni tradycyjnymi metodami.

W takie bagno bez nadziei na uporządkowanie wkroczył Wingate. Jego pierwszym ruchem było stworzenie własnego, równoległego systemu pozyskiwania danych o ruchach przeciwnika. Problem z ostrzeganiem arabskich wiosek przed rajdami swoich grup rozwiązał w sposób oczywisty. Akcji pacyfikacyjnych nie podejmowano po informacji pochodzącej z nasączonej konfidentami przeciwnika policji i innych służb. Wingate zbudował od zera własny system informatorów. Jeśli Brytyjczycy zastawali wioskę opuszczoną przez mężczyzn lub wszystkich mieszkańców, winą obarczany był informator, którego zwalniano z obowiązków.

Aby uczynić pracę arabskich obserwatorów nieskuteczną, ciężarówki wiozące żołnierzy brytyjskich opuszczały swoje tymczasowe obozy we wszystkich możliwych kierunkach. Paki pokryte plandekami nie pozwalały określić, które pojazdy rzeczywiście mają na pokładzie ludzi. W czasie akcji przeciwko wioskom, które z reguły ulokowane były na wzgórzach, ciężarówki przestały z rozkazu Wingate wjeżdżać pod górę, rykiem silników ostrzegając mieszkańców o zbliżaniu się władz - żołnierze wysiadali z ciężarówek u stóp wzniesienia i dalszą drogę do wioski robili z buta. Piekielnie proste i skuteczne rozwiązanie. Co do buta - żołnierze zamiast ciężkich wojskowych buciorów nosili ciche trampki.

Kolejnym trikiem Wingate'a było przeszkolenie żołnierzy w nocnych marszach terenowych. Zamiast, jak wcześniej, zajechać wygodnie do docelowej i ostrzeżonej wioski nad ranem, opuszczali oni ciężarówki w znacznej odległości i po nocnym podejściu otaczali wioskę bladym świtem, osiągając pełne zaskoczenie. To właśnie od tej metody pochodzi nazwa Specjalne Oddziały Nocne (SNS).

Ale najlepsze myki będą teraz. Gdy tylko zaczynało się rozjaśniać, otaczający pierścieniem wioskę żołnierze anonsowali swoją obecność rzuceniem jednego granatu gdzieś w jej obręb. To wyrywało bojowników ze snu. A co robi wybudzony hukiem eksplozji bojownik? Bierze karabin w garść i wybiega na ulicę. A co wtedy robią otaczający wioskę? Pakują zdezorientowanemu trochę ołowiu krzyżowym ogniem broni maszynowej. Wyprawy realizowano w sposób możliwie nieregularny, niemożliwy do przewidzenia przez przeciwnika.

Operacje realizowane wedle powyższego schematu wymagały rygorystycznego treningu, który Wingate swoim podkomendnym oczywiście fundował bez żadnej taryfy ulgowej za wyjątkiem porządnego, podnoszącego ogólną sprawność i morale odpoczynku i wyżerki.

Podsumowanie konfliktu

Radykalna zmiana taktyki sprawiła, że Brytyjczycy byli w stanie uspokoić region - presja psychologiczna wbudowana w działania Wingate'a sprawiła, że szeregi arabskich partyzantów przerzedziły się. Niedobitki, funkcjonujące pod presją niepewności dnia i godziny, z wolna wycofały się poza tereny, które wcześniej nękały.

Jednak Wingate osiągnął coś daleko donioślejszego niż zwycięstwo. Udowodnił, że nawet zasadniczo zwykli żołnierze piechoty, o ile dokona się głębokiej reformy doktryny ich działania, mogą osiągnąć wartość oddziałów specjalnych. Jego SNS stały się wzorcem dla wszystkich brytyjskich jednostek realizujących rajdy lądowe.

Podsumowanie okresu

29 listopada 1947 roku ONZ uchwaliło Rezolucję Zgromadzenia Ogólnego nr 181. Akt ten miał doprowadzić do rozwiązania konfliktu arabsko-żydowskiego w Palestynie. Planowano utworzenie dwóch państw: arabskiego i żydowskiego. Władza Wielkiej Brytanii w rejonie miała wygasnąć 15 maja 1948 roku, a wojska brytyjskie miały całkowicie opuścić Palestynę do 1 sierpnia.

W obliczu likwidacji Mandatu Palestyny 14 maja o godzinie 16:00 w Tel Awiwie podpisano Deklarację Niepodległości Izraela. Był to piątek. Następny dzień miał być dla Izraelczyków spokojnym dniem szabatu, w którym to - zgodnie z nakazem religijnym - mieli odpoczywać i świętować odrodzenie Państwa Żydowskiego.

A słynna "linia na piasku"? Ot, zwyczajna rzecz między imperiami. Doprawdy, nie ma w tym poetyckim sformułowaniu żadnej wartości odkrywczej. Może jedynie symbol nadający się do wykorzystania przez kolejne pokolenia ludów pozbawionych sprawczości. Świetnie za to nadaje się też na tytuł bestsellerowej książki.

-

1

Patrz Siły Psychohistorii, esej VII.1 pt. Ręka drugich synów (s. 359).

2 Do tłumienia powstania wykorzystywano także dywizjony RAF rozlokowane na Bliskim Wschodzie. Maszyny transportowe już wcześniej - w 1929 i 1930 r. - przerzucały piechotę pomiędzy zagrożonymi rejonami Iraku, Palestyny i Cypru. Jest to jeden z pierwszych przykładów użycia lotnictwa do pacyfikacji oddziałów o charakterze nieregularnym. Później zobaczymy to także na Malajach, w Wietnamie (np. naloty na Szlak Ho Chi Minha), Afganistanie (1979-1989, 2001-2021) czy Syrii - przyp. red.

Wojna 1948 roku

Wojna pierwsza i nieustający stan wojny zawsze potem

Akt performatywny zrealizowany 14 maja 1948 roku przez Dawida Ben Guriona był proklamacją istnienia państwa Izrael. Według podziału narzuconego przez ONZ ponad 50% ziem Palestyny miało przypaść Żydom. W tamtej chwili stanowili oni jednak nie więcej niż 33% tamtejszej populacji. Ten akt założycielski nie został zaakceptowany przez Arabów. Mało powiedziane!

Ale w tym momencie historii dał o sobie znać brak organizacji po stronie arabskiej. Choć Żydzi ogłosili niepodległość i ustanowienie swojego państwa, Palestyńczycy nie zrobili tego samego. Ma to swoje niezwykle doniosłe reperkusje do dnia dzisiejszego. Niemal bliźniaczą analogią tej sytuacji był epizod chiński w 1971 roku. Wtedy to Czang Kaj-Szek, ówczesny przywódca Republiki Chińskiej (na Tajwanie), dostał ofertę utrzymania członkostwa jego reżimu w ONZ, ale z zakresem reprezentowania jedynie Tajwanu. Generalissimus odmówił - śniąc już wtedy nierealny sen powrotu na kontynent i pokonania komunistów. Rezultatem tej decyzji jest współczesny problem z uznaniem państwowości Republiki Chińskiej.

Właśnie od tamtej pory konflikt między mieszkańcami Palestyny a migrującymi do niej Żydami zaczął mieć charakter asymetryczny. Toczy się pomiędzy państwem a narodem. Ale też między nielicznymi a licznymi.

Dlaczego Palestyńczycy nie ogłosili niepodległości?

Głównym powodem było to, że państwa arabskie obiecały Palestyńczykom, że zniszczą Izrael. Po drugie, Palestyńczycy nie dysponowali należycie otrzaskanej w prawnych i dyplomatycznych bataliach reprezentacji politycznej. Siłą rzeczy opierali się na wsparciu krajów arabskich.

Państwa arabskie próbowały zorganizować się w bardziej zwarty politycznie sojusz, mogący dać im więcej sprawczości na obszarze, który zajmowały. W 1944 roku przedstawiciele Egiptu, Syrii, Libanu, Iraku oraz Transjordanii podpisali Protokół Aleksandryjski. Był on przygotowaniem do utworzenia Ligi Państw Arabskich. Przywódcy tych państw byli przekonani, że po prostu nie ma potrzeby proklamowania odrębnego państwa palestyńskiego - to oni mieli emancypować Palestyńczyków do posiadającego własne państwo samodzielnego narodu.

Nakba

Wojna o niepodległość Izraela, trwająca w latach 1948-1949, określana jest w świecie arabskim jako katastrofa - "Nakba". Zakończyła się podpisaniem przez Izrael rozejmów z poszczególnymi państwami arabskimi. Wynikało to z rozłamu między państwami arabskimi, które same były tworami nowymi i miały własne, nie do końca dalekowzroczne ambicje.

Ten brak jedności na początku istnienia Izraela srogo się zemścił. Ukształtował przy tym rzeczywistość, w której tkwimy, stworzywszy nieusuwalne "naprężenie sił strukturalnych", którego logikę idealnie opisuje fraza "oni albo my".

Siły stron na początku działań militarnych

W chwili wybuchu wojny Siły Obronne Izraela (IDF) jeszcze nie istniały. Siła militarna nowo powstałego państwa opierała się na organizacjach paramilitarnych i niepodległościowych. Największą z nich była Hagana. W jej skład wchodziło 12 brygad rozlokowanych na całym terytorium Izraela. Każda z brygad to od trzech do siedmiu batalionów, których uzbrojeniem były głównie karabiny i pistolety maszynowe. Dzięki aktywności Żydów z całego świata do Izraela zaczęły jednak szybko trafiać duże ilości sprzętu, głównie z demobilu po II wojnie światowej.

Początkowe 30 tys. członków Hagany dzięki mobilizacji premiera Davida Ben Guriona szybko rozrosło się do rozmiarów dających nadzieję na odparcie sił koalicji arabskiej. Regularne wojska arabskie wspierane były przez organizacje paramilitarne rekrutujące spośród ludności cywilnej całego regionu. Największymi organizacjami tego typu były Arabska Armia Wyzwoleńcza, Armia Świętej Wojny oraz istniejące do dziś i śmiertelnie niebezpieczne ideologicznie dla Zachodu Bractwo Muzułmańskie.

Dawid i Goliat

Arabowie z całą pewnością wiedzieli wcześniej, co się święci. Państwa arabskie od dłuższego czasu nie kryły się też z zamiarem napaści na Izrael, gdy tylko zostanie on powołany do istnienia. Walki pomiędzy Palestyńczykami a żydowskimi milicjami wybuchły zresztą sporo wcześniej, bo zaraz po tym, jak ONZ zaleciła podział Palestyny na państwo żydowskie i palestyńskie.

Już 15 maja 1948 roku, kilka minut po północy, przez południową granicę Izraela wtargnęły wojska egipskie. Były to cztery bataliony wyposażone w transportery opancerzone, karabiny maszynowe i artylerię polową. Podzieliwszy się na dwie grupy zadaniowe, błyskawiczne wniknęły w głąb terytorium Małego Szatana - tak w przyszłej retoryce arabskiej i Irańskiej określany będzie Izrael.

Jedna z wydzielonych grup egipskich posuwała się szybko w kierunku Tel Awiwu, druga w kierunku Jerozolimy. Na niebie zaroiło się od egipskich samolotów. Były to swojsko wyglądające dla Polaków Spitfire'y, a także już mniej opatrzone amerykańskie Douglasy C-47 Skytrain. Samoloty te bombardowały lotniska wojskowe i osiedla ludzkie.

Równocześnie od północy w granice Izraela wtargnęły oddziały jordańskiego Legionu Arabskiego. Z marszu zajęły one Jerycho i kilka innych miast, w tym Nablus i Ramallah. Nie próżnowały wojska syryjskie, irackie i libań-skie, wspierane przez nieregularne oddziały Arabskiej Armii Wyzwoleńczej.

Siły broniące Izraela były mocno rozproszone. Broniły licznych osiedli, w tym kibuców na całym obszarze kraju. W ten sposób nie były nawet w stanie sprawić, by atakujący wytracili impet w swoim marszu w kierunku Jerozolimy. To właśnie to miasto, a precyzyjnie jego obrona, stało się centralnym punktem i epizodem całej wojny.

Jerozolimę obsadzały liczne i dobrze uzbrojone oddziały, które nie tylko wyhamowały arabskie postępy, ale zdołały przejść do kontrofensywy i skutecznie odrzucić Arabów w dużej, decydującej bitwie o wszystko. Stało się to 3 czerwca.

11 czerwca na cztery tygodnie zawieszono wszelkie działania wojenne. Był to skutek interwencji ONZ, która wysłała na sporny teren misje, by pilnować strony przed dalszą eskalacją i zmusić je do przestrzegania rozejmu. Ten epizod dał Izraelowi bezcenny czas na konsolidację swoich wysiłków. Ich efektem było ukończenie procesu organizacji Sił Obronnych Izraela (IDF).

Wznowienie działań

Zaraz po wyznaczonym terminie końca zawieszenia broni strony rzuciły się do dalszej walki. Ale teraz inicjatywę przejęli już Izraelczycy. 9 lipca 1948 roku IDF zainicjował operację "Danny" - jej celem było odbicie z rąk przeciwnika drogi łączącej Tel Awiw z Jerozolimą. W innej operacji, "Dekel", oczyszczono z wojsk arabskich Galileę i odbito miasto Nazaret.

Jednocześnie w zaciętych walkach Izraelczycy zaczęli odbijać kolejne miasta. W wielu takich ośrodkach miejskich większość populacji stanowili Arabowie. Ludność ta była masowo ewakuowana do miast znajdujących się pod kontrolą arabską. Tak formułuje to wiele relacji historycznych. Prawda jednak była taka, że organizacje terrorystyczne1 obu stron z równą zaciekłością i bezwzględnością terroryzowały i zabijały ludność cywilną przeciwnika.

IDF dokonała też akcji o znaczeniu propagandowym. 15 lipca 1948 roku trzy bombowce uderzyły na pałac egipskiego króla Faruka w Kairze. Były to bombowce B-17, które lecąc z Czechosłowacji do Izraela, dokonały nalotu po drodze.

Wtedy, 18 lipca, wszedł w życie kolejny rozejm.

Przerwa w walkach - raczej teoretyczna, gdyż w praktyce strony walczyły ze sobą nieprzerwanie - trwała do 15 października. Był to czas skrupulatnie wykorzystany przez Izraelczyków. Liczebność armii wzrosła do 90 tysięcy. Naprawiano i tworzono infrastrukturę energetyczną i wodociągową. Zdążyły też dotrzeć kolejne transporty sprzętu wojskowego zakupionego w Czechosłowacji. Może nie do końca dobrze jest o tym pisać, ale sprzęt ten ekspediowany był drogą morską z polskich portów. Równolegle Izraelczycy w pośpiechu zawierali kolejne umowy na zakup broni od Francji i Stanów Zjednoczonych.

Stan po stronie arabskiej

Państwa arabskie utraciły spójność i jedność celu. Starania zmierzające w kierunku pokojowego rozwiązania były rozbijane przez działania Legionu Arabskiego. Ta organizacja paramilitarna - pomimo zawieszenia broni - realizowała napady na cywilną ludność żydowską i przeprowadzała zamachy terrorystyczne.

Więcej problemów sprawił jednak Abdullah I, król Transjordanii. Monarcha wpierw odmówił uznania utworzonego przez Ligę Arabską arabskiego rządu Palestyny w Gazie. Potem zainicjował własne rozmowy pokojowe z rządem Izraela. Dopiero bardzo silne naciski ze strony Ligi Arabskiej doprowadziły do przerwania tych rozmów.

Tymczasem dzięki rozejmowi szale przechyliły się zdecydowanie na korzyść Izraela. IDF zdołała opanować wszystkie główne drogi w całym kraju. Ukoronowaniem tego nadzwyczajnego wysiłku było doszczętne rozbicie głównego zgrupowania armii egipskiej, zajmującego pozycje na obszarze między pustyniami Negew i Synaj. Wynik wojny stał się wtedy przesądzony.

Ustanie walk i rozejmy

Wojna z arabskimi sąsiadami Izraela była przyczyną sporego zamieszania po stronie ludności żydowskiej, przybyłej w ostatnich latach z ogarniętej II wojną światową Europy. Ludność ta widziała na własne oczy, że mimo zwycięstw IDF na polach bitew przeciwnik ani myślał zrezygnować ze zniszczenia nowo narodzonego państwa. Pojawiła się oddolna presja na bardziej zdecydowaną interwencję państw Zachodu. Efektem tych procesów było przyjęcie w grudniu przez ONZ rezolucji nr 194. Na jej mocy ustanowiono Komisję Rozjemczą Narodów Zjednoczonych.

Postanowienia dokumentu obejmowały m.in. całkowitą demilitaryzację Jerozolimy tak, aby stała się przyjaznym miejscem dla wyznawców wszystkich trzech wyznań.

W styczniu 1949 roku na greckiej wyspie Rodos rozpoczęły się izraelsko-egipskie rozmowy pokojowe. Stosowny dokument podpisano 24 lutego. Ale choć walki ustały, rząd Egiptu nie uznał istnienia państwa Izrael.

Niedługo później, bo 23 marca 1949 roku, Izrael i Liban na granicy obu państw podpisały traktat rozejmowy. Podpisaniu dokumentu towarzyszyła wymiana jeńców. Kolejnym aktem kończącym wojnę był rozejm z Transjordanią, podpisany 3 kwietnia 1949 na Rodos. Mocą tych wszystkich dokumentów wyrysowano linie demarkacyjne i określono czas wycofania się wojsk z poszczególnych rejonów. Ostatnim porozumieniem było to z Syrią, podpisane 20 lipca 1949 roku. Irak i Arabia Saudyjska nie wyraziły zgody na jakiekolwiek porozumienie z Izraelem. Ale póki co wojna była zakończona - Izrael dzierżył kontrolę nad większością byłego mandatu brytyjskiego, Egipt kontrolował Strefę, a Jordania objęła kontrolę nad Zachodnim Brzegiem.

Ta wojna założycielska, która rozpoczęła się zaledwie 8 godzin po proklamacji powstania Izraela, była pierwszą, jaką Izraelczycy stoczyli i wygrali. Był to ogromny sukces, a jednocześnie potężny skok morale.

Odwrotnie było u przeciwników. Państwa arabskie oficjalnie uznały swoją porażkę. Poniosły one ogromne straty w ludziach i sprzęcie. Załamało się morale i poczucie dumy - rzecz szczególnie dotkliwa w społeczeństwach o silnych strukturach plemiennych. W historiografii państw arabskich wojnę tę przedstawia się jako niezwykle dotkliwą katastrofę.

Niekończący się konflikt i jego przyczyny

Już kilka lat później przyszedł kryzys sueski (1956 rok), potem wojna sześciodniowa (1967), a potem wojna Jom Kipur (1973). W tym ostatnim konflikcie to pomoc Stanów Zjednoczonych w sposób oczywisty pozwoliła Izraelowi obronić swoje istnienie. Co więcej, państwa arabskie dostały takiego łupnia, że stało się dla ich przywódców jasne, że chcąc nie chcąc, muszą pogodzić się z istnieniem "jednostki syjonistycznej" i znormalizować stosunki dyplomatyczne z nią.

I tak 26 marca 1979 roku Egipt i Izrael podpisały traktat pokojowy, co de facto zostało odebrane przez Palestyńczyków jako zdrada. Od lat 60. do 80. przechodziły fale terroryzmu międzynarodowego, za pomocą których Palestyńczycy demonstrowali i zarazem realizowali swój sprzeciw. W 1964 roku powstała Organizacja Wyzwolenia Palestyny (dalej używam skrótu OWP). Została ona uznana przez państwa arabskie za głównego reprezentanta Palestyńczyków, a nawet zaakceptowana przez ONZ.

Izrael nie podzielał tego entuzjazmu dla organizowania się politycznego Palestyńczyków. W rezultacie w latach 80. armia izraelska przeprowadziła inwazję na Liban. Osiągniętym celem było wyrugowanie OWP z całego terytorium zaatakowanego państwa. Palestyńczycy pozostali na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy.

Już od 1948 terytoria palestyńskie były nieustannie zmniejszane przez Izrael, co jest uznawane za działalność nielegalną - plan podziału z 1947 roku nigdy nie został zaimplementowany. Hamas powstał w 1987 roku, w którym wybuchła pierwsza intifada, czyli powstanie palestyńskie.

Motorem napędzającym konflikt Izrael-Palestyńczycy jest spór o terytorium i państwowość. Palestyńczycy chcieliby utworzyć własne państwo i odzyskać terytorium, które kiedyś zasiedlali praktycznie niepodzielnie, a które wedle aktów prawnych w przestrzeni międzynarodowej nadal należy do nich.

Ważnym elementem tej powikłanej układanki jest prawo do powrotu uchodźców arabskich na ziemie, z których zostali wypędzeni. Ten niespełnialny z przyczyn demograficznych warunek stanowi jeden ze wstępnych palestyńskich punktów ewentualnego porozumienia pokojowego. W samym 1948 roku z terytorium palestyńskiego założyciele Izraela wysiedlili około 750 tys. Palestyńczyków. Ta rzesza rozrosła się do 8 mln uchodźców, którzy żyją w obozach na terytoriach uważanych za palestyńskie na terenie państw sąsiednich. Ukoronowaniem tego wszystkiego są różnice etniczne i religijne między Arabami i Żydami.

-

1 Zachowuję freudowskie przejęzyczenie bez korekty. Miało być "para-militarne".

Wojna sześciodniowa 1967

Perypetie z rozliczalnością i przypisaniem sprawstwa

Ze względu na dążenie aktorów wydarzeń geopolitycznych do ukrywania swoich działań nie jest możliwe definitywne, oparte na rygorach metody naukowej przypisanie tym aktorom odpowiedzialności historycznej.

Wojny założycielskie

W eseju pt. "Kłamstwa założycielskie", w Siłach psychohistorii przybliżam termin mit założycielski. To obraz mentalny mający generować poczucie wspólnoty narodowej oraz etycznie i historycznie uprawomocnić poczynania podmiotu geopolitycznego, którego definiowany naród jest tkanką.

Innym bardzo pożytecznym terminem, którym płynnie przejdziemy do tematu aspiracji państwotwórczych, jest wojna założycielska. Dla Stanów Zjednoczonych była to rewolucja amerykańska (1765-1783), której część militarna (wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych) przebiegła w latach 1775-1783. Dla narodu niemieckiego to wszczęta sprytnie przez Prusy wojna z Francją 1870-1871, której wynikiem było zakończenie z sukcesem procesu zjednoczenia Niemiec (1866-1871) w jeden podmiot - II Rzeszę Niemiecką.

Dla współczesnego nam świata wojną założycielską jest II wojna światowa i System z Bretton Woods. Ład walutowy narzucony przez Stany Zjednoczone to system, który umożliwił m.in. rzecz w historii ludzkości niespotykaną - państwom i narodom bardziej opłacało się potrzebne zasoby kupić, niż je zagrabić. Trafnym określeniem tego wyjątkowego okresu jest sformułowanie "pauza geopolityczna", a najbardziej znanym - a przy tym mylącym - "koniec historii". Pax Americana może nie być wielu osobom w smak, ale dał on naszemu światu złotą erę prosperity. Jej alternatywą są czasy, w których jedyne chwile pokoju opisywane są maksymą Roberta Ingresolla:

To, co [chrześcijańscy królowie] nazywają pokojem, to krótki czas spędzony na konieczności przeładowywania broni.

Dla państwa Izrael wojną założycielską była ta stoczona w latach 1948-1949. Utrwaliła ona nowe status quo narzucone w rejonie Palestyny przez ONZ rezolucją nr 181 z 29 listopada 1947 roku. Rezolucja przydzielała państwu żydowskiemu 56% powierzchni, a arabskiemu - 42% powierzchni spornego regionu1. Wojna założycielska - po hebrajsku "wojna o niepodległość" lub "wojna wyzwoleńcza" - zakończyła się przejęciem przez państwo żydowskie kontroli nad 78% terytorium Palestyny.

Wystarczy zerknąć na mapę podziału, by zdać sobie sprawę z przemieszania ludności arabskiej z żydowską oraz braku głębi strategicznej niezbędnej do obrony terytorium Izraela przed inwazją. Nieuchronność kolejnych konfliktów stanie się oczywista. Z punktu widzenia przetrwania Izraela obrona musi mieć charakter zaczepny i wyprzedzający. Stan ustanowiony przez traktaty i porozumienia był z natury niestabilny. W podobny sposób, co rezultat I wojny światowej w Europie.

Ryc. 1. Konsolidacja faktycznej kontroli państwa izraelskiego w latach 1946-2012. Szkic poglądowy.

Tło wojny - planowa konsolidacja

Determinacja do utworzenia własnego państwa zderzyła się z długim na stulecia zasiedzeniem terytorium przez ludy nieżydowskie, a konkretnie Palestyńczyków. Konflikt tych dwóch woli geopolitycznych i narodowych jest równie nieuchronny, jak oczywiste jest dążenie decydentów Izraela do zabezpieczenia nie tylko głębi strategicznej, ale i do usunięcia z zajmowanego terytorium jego poprzednich mieszkańców. Zaproponowany w rezolucji ONZ podział na trzy terytoria dla każdej ze stron wraz ze wspólnymi korytarzami łączącymi, jest całkowicie nierealistyczny i niestabilny.

To kwestia nie tylko bezpieczeństwa wewnętrznego i głębi strategicznej, ale zbudowania jedności narodowej oraz wspólnoty losu - czy to budowanej na fundamencie rasowym, religijnym, czy quasi-religijnym (tzw. religia holokaustu, określana mniej uprzejmą frazą "przedsiębiorstwo holokaust").

Imperatyw uzyskania głębi strategicznej zrealizowano m.in. przez zajęcie Wzgórz Golan. Mają one nie tylko znaczenie wojskowe, ale również gospodarcze, gdyż stanowią one dla Izraela ważne źródło pozyskiwania wody. Konflikt o wodę i kwestia budowy przez Izrael Narodowego Systemu Wodnego to główna przyczyna tzw. wojny o wodę i protestów państw arabskich w latach 60. XX wieku. Drugi imperatyw to rozciągnięty na dziesięciolecia wysiłek kolonizacyjny połączony z rugowaniem ludności pale-styńskiej. O kolejnych epizodach tego procesu, m.in. o budowie coraz to nowych osiedli żydowskich, słyszymy w mediach regularnie.

Ale jest też trzecia kwestia, która odgrywa dużą historyczną i psychologiczną rolę - ustanowienie stolicy państwa żydowskiego w Jerozolimie. Domniemanie realizacji tego celu jest oczywiście wciąż tylko domniemaniem, wynika jednak z całokształtu sytuacji. Jeśli przyjąć tę linię rozumowania, to wybuch wojny sześciodniowej był dla Izraela nie tylko kolejnym etapem w zapewnieniu fizycznego przetrwania państwa, lecz naturalnym krokiem w kierunku odzyskania historycznego terytorium. A jeśli tak, to kluczową kwestią dla izraelskich decydentów było nie czy, ale kiedy zaistnieją optymalne warunki dla skokowej zmiany stanu geopolitycznej szachownicy. Pisząc "skokowa zmiana", mam oczywiście na myśli wojnę.

Mała niejasność w przebiegu wydarzeń

W wydarzeniach bezpośrednio poprzedzających wybuch wojny sześciodniowej jest jeden szczegół, który mocno mnie zafrapował. To kwestia sowieckiej ingerencji w wydarzenia poprzez poinformowanie czynników decyzyjnych Izraela o zbliżającym się ataku państw arabskich. Taki ruch jest tłumaczony wolą Związku Sowieckiego, by pośrednio osłabić Stany Zjednoczone. W maju 1967 roku Sowieci poinformowali wizytującego w Moskwie prezydenta Egiptu Sadata o agresywnych planach Izraela. Bezustanne ćwiczenia izraelskie w zakresie ruchów ofensywnych, zgodne z ówczesną doktryną wojskową, wedle której skuteczną obroną przed atakiem państw arabskich jest uderzenie wyprzedzające, utwierdziły Sadata w przekonaniu, że Izrael planuje w bliskiej przyszłości atak. 15 maja, a więc trzy tygodnie przed początkiem wojny, Egipcjanie wprowadzili swoje wojska na Synaj i zamknęli Cieśninę Tirańską dla izraelskiej żeglugi. Casus belli gotowy.

Fot. 1. Zniszczony syryjski Sturmgeschütz III porzucony na Wzgórzach Golan (Źródło: https://wwiiafterwwii.wordpress.com/2016/09/04/panzers-in-the-golan-heights/)

Tytułem dygresji warto wspomnieć, że wojna sześciodniowa była ostatnim dużym starciem czołgów i wozów bojowych pamiętających II wojnę światową. Na przykład niemieckie PzKpfw IV czy StuG III były sprzedawane do państw Bliskiego Wschodu w latach 50. XX wieku głównie przez Francję i Czechosłowację. W latach 40. toczyły epickie, elektryzujące wyobraźnię boje w konflikcie, którego rezultatem jest geopolityczny układ sił istniejący zasadniczo po dziś dzień. Pancerne kolosy walczące pierwotnie na stepach Ukrainy, przedpolach Moskwy i Stalingradu, pokrytych słynnymi żywopłotami przestrzeniach Normandii i gdzie tam jeszcze przewędrowały kawał świata, by znaleźć miejsce swej honorowej śmierci w boju. Fascynująca historia.

Kogo obarczyć "winą" za wszczęcie wojny sześciodniowej między Izraelem a koalicją państw arabskich w 1967 roku? Czy to Sowieci uznali, że chcą likwidacji Izraela i przez podsunięcie fałszywego ostrzeżenia o nieuchronnej izraelskiej agresji uruchomili logikę wydarzeń prowadzącą do konfrontacji? Czy też po prostu chcieli uzależnić kraje arabskie od swojego wsparcia? Skąd wiadomo, w którym momencie zapadła decyzja o powiedzeniu Arabom, że Izrael zamierza zaatakować?

A jeśli była to osoba działająca na rozkaz Izraela, mająca uprawomocnić izraelski atak w oczach światowej opinii? A może - niepotwierdzona hipoteza - to Izrael uznał, że czas na kolejny, nieuchronny etap budowania losów tego państwa w postaci konsolidacji strategicznej przez definitywne rozstrzygnięcie tzw. bitwy o wodę (1964-1967) oraz przejęcie Jerozolimy. Czy wizja agresji arabskiej została zasiana przez agenta w szeregach sowieckich decydentów, czy przez podpuszczenie samej Moskwy? A może obraz mentalny pchający do dojścia do "właściwych" wniosków sprawił, że strona arabska sama doszła do "swojej" decyzji? Być może zadziałała czyjaś tajemnicza ręka, podobnie jak przy słynnej depeszy emskiej, której sprytnie zmanipulowany przekład sprowokował władcę Francuzów do wypowiedzenia wojny Prusom.

Stan permanentnej wojny

7 czerwca, w drugim dniu wojny, spadochroniarze IDF wkroczyli do Starego Miasta i na Wzgórze Świątynne Jerozolimy. 27 czerwca Kneset rozszerzył jurysdykcję na obszar Wschodniej Jerozolimy. Całość świętego miasta trzech religii monoteistycznych dostała się pod kontrolę Izraela. A gdy ucichły buldożery niszczące przeszkody na granicy obu części miasta, lewiatan światowego organizmu geopolitycznego zastygł w nowym stabilnym stanie równowagi homeostatycznej.

Trzynaście lat później, w 1980 roku, Izrael ogłosił Jerozolimę swoją stolicą. Ale dopiero pół wieku po wojnie sześciodniowej, w 2018 roku, nastąpiła kolejna istotna zmiana. Izrael oficjalnie przeniósł swoją stolicę z Tel-Awiwu do Jerozolimy. Zostało to uznane przez dwa państwa - Stany Zjednoczone i Gwatemalę - co przypieczętowano decyzją przeniesienia ambasad do tego miasta. Jaki następny kamień milowy osiągnie Izrael, czasem porównywany do samotnego fortu Cywilizacji Zachodniej pośród arabskiego morza, dowiemy się w najbliższych latach.

Zapewne po fakcie.

-

1 Pozostałe 2% to tereny święte, które zostały umiędzynarodowione.

Jom Kipur 1973

"Mistrzowski" ruch egipsko-sowiecki w czasie wojny Jom Kipur

Sytuacja przed wojną

Po zakończeniu wojny sześciodniowej1 Izrael zajął pustynię Synaj, czyniąc z niej swoją strefę buforową, której potrzebował, jeśli nie rozpaczliwie, to egzystencjalnie. Ale siłą rzeczy Izrael rozgościł się nad brzegiem Kanału Sueskiego, uniemożliwiając jego działanie, a Egiptowi - czerpanie z tego profitów. Był to bardzo niestabilny stan spraw i obie strony szykowały się do wojny. Już w następnych dwóch latach toczyła się tzw. wojna na wyczerpanie (patrz niżej), która de facto była kontynuacją Jom Kipur.

Izrael związany był geopolitycznie rozmaitymi utrudnieniami. Uzależnienie od dostaw amerykańskiej broni i wsparcia finansowego musiał liczyć się ze zdaniem ówczesnych władz w Białym Domu. Przesłanie było proste: Izrael nie może być odpowiedzialny za wszczęcie kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie, choćby nawet z wojskowego punktu widzenia był to w pełni uzasadniony atak wyprzedzający. Nie mogło być drugiej wojny sześciodniowej.

Egipskie dylematy i cele na poziomie strategicznym

Egipt miał ambicje odzyskać teren o głębokości 250 kilometrów, sięgający Strefy Gazy, który utracił w wyniku porażki w wojnie sześciodniowej. Ta strata była potężnym ciosem w prestiż egipskich decydentów politycznych i wojskowych, dotkliwym wizerunkowo zwłaszcza w świecie państw arabskich. Jeszcze bardziej dotkliwa była sprawa Kanału Sueskiego - żegluga tamtędy została zamknięta. Egipt dostał więc cios w drugie najboleśniejsze miejsce - kieszeń.

Kolejnym problemem było wystawienie kraju na atak izraelski. Cały półwysep Synaj w 1967 roku przestał być egipską, a stał się izraelską strefą buforową. Egipskie centra populacyjne były narażone na niespodziewany atak, co było nie do zaakceptowania dla reżimu Nasera, tak jak wcześniej było nie do zaakceptowania dla strony izraelskiej. Należy pamiętać, że w latach 1967-1970 toczyła się tzw. wojna na wyniszczenie. W jej trakcie komandosi IDF zapuszczali się głęboko na teren wroga, a lotnictwo uderzało co i raz w infrastrukturę cywilną i wojskową, na co Egipt nie miał jak odpowiedzieć. Dopiero otrzymane pod koniec tego okresu od Sowietów systemy rakiet ziemia-powietrze strąciły dotkliwą dla IDF liczbę samolotów, co pozwoliło armii egipskiej przyhamować przeciwnika.

Izraelski plan obrony2

Wypracowana na początku lat siedemdziesiątych izraelska strategia obrony Synaju opierała się na wykorzystaniu miażdżącej przewagi w lotnictwie i broni pancernej. Kluczowe elementy systemu obrony to Kanał Sueski i wzniesiony zaraz za nim pas umocnień i fortów, noszący nazwę linii Bar-Lewa3. Po zakończeniu wojny sześciodniowej wywiad izraelski ocenił, że Egipt podejmie próbę odzyskania Synaju w ciągu trzech lat. Generał major Yariv trafnie odgadł, że Egipt ograniczy swoje ambicje do zajęcia jedynie części półwyspu.

IDF zabrał się za realizację planu obronnego "Sela". Plan przyjmował założenie, że armia egipska podejmie próbę przekroczenia kanału w jego najpłytszych miejscach, w pobliżu izraelskich dróg. W bliskości tych rejonów podjęto budowę umocnionych garnizonów, zdolnych pomieścić brygadę piechoty i pewną liczbę czołgów każdy. Szybko jednak uznano, że takie długotrwałe stacjonowanie pochodzących z poboru żołnierzy, równające się wystawianiu ich na atak, mija się z celem i naraża ich na wysokie straty w przypadku ataku z zaskoczenia, poprzedzonego silnym przygotowaniem artyleryjskim.

Ryc. 1. Izrael, pustynia Synaj oraz Kanał Sueski w przededniu wybuchu wojny Jom Kipur.

Ostatecznie odrzucono takie "pozycyjne" podejście i zbudowano elastyczny system odwodów zdolnych do błyskawicznego kontrataku. Izraelczycy oparli więc obronę o czas swojej reakcji i wszystko, co rozlokowali przy kanale i na linii Bar-Lewa, miało kupić czas. Dlatego właśnie Egipcjanie z pełną determinacją szukali pomysłu na zaoszczędzenie każdej minuty.

Ryc. 2. Jedna z egipskich przepraw w czasie operacji "Badr". Źródło: Military Battles on the Egyptian Front by Gammal Hammad, opublikowane przez D?r al-Shur?q, Egipt (domena publiczna).

IDF budował systemy rozpoznania elektronicznego i punkty obserwacyjne. Pierwotnie miało to być dwadzieścia stanowisk rozrzuconych co 10 kilometrów, zwłaszcza w rejonach typowanych jako miejsca pierwszych walk - Kantarze, Ismalii, Firdanie nad kanałem oraz przełęczach Mitla i Gidi, leżących 30 kilometrów w głąb półwyspu.

Generał Bar-Lew nakazał budowanie dodatkowych umocnień, wzorowanych na umocnionych posterunkach chroniących wioski na pustyni Negew, budowanych pod koniec lat czterdziestych. Mobilność sił szybkiego reagowania miały zapewnić biegnące równolegle do kanału dwie drogi, oddalone od niego o 10 i 30 kilometrów (odpowiednio "Artillery Road" oraz "Lateral Road"). Ta bliższa pozwalała na błyskawiczną koncentrację czołgów na zagrożonych odcinkach i wspieranie obrony na kierunkach egipskiego ataku. Ta dalsza pozwalała na elastyczne manewrowanie wszystkimi jednostkami rzuconymi do hamowania postępów armii egipskiej oraz tych, które miały wykonać kluczowy manewr obronny - kontratak.

Najgłośniejszym orędownikiem odejścia od sztywnego systemu na rzecz odwodów manewrowych był major generał Tal. Twierdził on, całkowicie słusznie, że wysunięte garnizony będą w stanie odeprzeć jedynie ograniczony atak, a potężne egipskie uderzenie musiało być zahamowane i odrzucone poprzez kontratak wyprowadzony z głębi Synaju. Generalnie linię rozumowania strony izraelskiej dałoby się opisać tak: "Moglibyśmy wpuścić 500 czołgów przeciwnika na Synaj, a potem je zniszczyć. Ale nie takie są cele wojny. Naszym celem nie jest zniszczenie 200 czołgów4, ale utrzymanie się po tej stronie kanału. Nie powinniśmy obstawać przy utrzymaniu się na linii wody. Nie powinniśmy tego oczekiwać od naszych ludzi. To, co tam mamy, ma pełnić funkcję potykacza, dając nam informację, że atak się rozpoczął. O zwycięstwie zdecyduje skoncentrowanie naszych wojsk we właściwym miejscu i ich maksymalna mobilność potrzebna w kontrataku".

Niejako równolegle realizowano wysiłki oparte na innej linii rozumowania. Jicchak Ho?, jeden ze sztabowców, wskazał na bezsensowność fortyfikowania brzegów kanału na całej długości - twierdził, że należało się skupić na najbardziej zagrożonych miejscach. I tak narodziła się linia Bar-Lewa, zgodna z wytyczną strategiczną, którą sam generał Bar-Lew określił jako proste "Naszym celem jest siedzieć na brzegu i uniemożliwić Egipcjanom zrealizowanie jakichkolwiek zysków terytorialnych". Był on przekonany, że wycofanie się Żydów choćby o 20 kilometrów w głąb pustyni przeciwnik wykorzysta do podciągnięcia swoich czołgów i artylerii, i narzucenia bitwy, w której warunki terenowe nie będą sprzyjały obrońcom. Taki pomysł na obronę był zgodny z ogólną linią geopolityczną - że celem było nie zniszczenie armii egipskiej, ale zachowanie kontroli nad terytorium.

Wojna na wyniszczenie

W marcu 1969 roku bywały dni, w których Egipcjanie wystrzeliwali nawet 40 tysięcy pocisków artyleryjskich. Ilość potyczek granicznych rosła lawinowo. W marcu było ich 140, a w kwietniu już 570. Obie strony organizowały też rajdy na terytorium przeciwnika.

Linia kanału w sposób nieunikniony prowokowała obustronną eskalację. Ale jak stwierdził celnie generał Bar-Lew: "nie dawało się ustabilizować dogodniejszej linii granicznej innej niż Kanał Sueski".

Izrael bez ceregieli używał kwestii otwarcia kanału dla żeglugi do rozgrywek na poziomie dyplomatycznym. Równolegle armia miała utrzymać przy nim swoją obecność m.in. po to, aby Egiptowi nie udało się go udrożnić i uczynić go ponownie źródłem finansowania swojej gospodarki i armii. Było to więc w sprzeczności z zawieszeniem broni, które weszło w życie w sierpniu 1970 roku. Uzgodniono zawieszenie broni, a Izrael deklarował zamiar wycofania się znad kanału.

Obie strony siłą i prawem kaduka próbowały wymusić korzystny dla siebie stan. Egipt łamał warunki zawieszenia broni, Izrael forsował zaś rozwiązanie, w którym linia zawieszenia broni przebiegałaby przez środek kanału, a nie wzdłuż jego wschodniego brzegu. Na linii zawieszenia broni nikt nie odwieszał broni na kołek.

Egipskie plany wojenne

Doktryna militarna obowiązująca w egipskiej armii bazowała na przekonaniu, że zwycięstwo osiąga się wyłącznie poprzez atak. Obrona w takiej myśli był więc stosowana jedynie czasowo i stosowana wyłącznie z konieczności.

W marcu 1968 roku Mohamed Heikal, zajmujący się pisaniem wypowiedzi Nassera, opublikował doktrynę odzyskania kanału, podsumowawszy ją słowami: "co zostało zabrane siłą, siłą zostanie przywrócone"5. Wojna na wyniszczenie wybuchła we wrześniu 1968 roku. Jej początkiem był silny ostrzał artyleryjski żołnierzy izraelskich na wschodnim brzegu kanału. Odpowiedzią było zbombardowanie instalacji rafineryjnych w Suezie oraz szereg akcji sił specjalnych, wymierzonych w infrastrukturę przemysłową i energetyczną. W obliczu tak silnej odpowiedzi Egipcjanie wygasili swoje działania.

Plan egipski i wykorzystanie sowieckiej doktryny

Dani Asher w swoim opracowaniu stwierdza z przekonaniem, opierając się na porównaniu dostępnych materiałów sowieckich i egipskich, że wiedzę niezbędną do przeprowadzenia operacji przekroczenia kanału Egipcjanie zaczerpnęli z sowieckich podręczników i regulaminów. W przekonaniu Ashera sowieckie opracowania przełożono na język arabski, a następnie dostosowano do możliwości i potrzeb sił egipskich.

Problemy na poziomie taktycznym

Kanał Sueski jest skomplikowaną przeszkodą wodną - nie ma on stałej głębokości, przeprawy nie ułatwia także nachylenie brzegów nad i pod wodą. Wszystko to sprawia, że konieczne było (i jest wciąż) drobiazgowe planowanie. Najpoważniejsza była sztuczna przeszkoda, czyli obwałowanie podwyższone w ostatnim roku wojny na wyczerpanie. Do jego wzniesienia użyto materiału wydobytego z dna kanału.

Utrudnieniem natury militarnej były liczne stacjonarne miotacze ognia Or Jikarot (heb. palące światło). System wykorzystywał zgromadzoną w zbiornikach ciecz palną na bazie benzyny. Systemy te rozmieszczono w rejonach najbardziej prawdopodobnych miejsc egipskiego ataku. Szczęśliwie dla Egipcjan IDF zarzucił ich budowę z uwagi na wykrycie pracy przy instalacji.

Kolejnym problemem były umocnienia i małe forty rozsiane w znacznej liczbie na całej długości obwałowania. Nie były jednak rozmieszczone na tyle gęsto, aby nie dało się ich po prostu ominąć, co Egipcjanie uwzględnili w czasie opracowania planów. Opracowali również optymalne metody ich zdobywania lub niszczenia.

Czołgi!

Zdecydowanie najpoważniejszym zagrożeniem dla realizacji egipskich planów była miażdżąca przewaga IDF w zakresie broni pancernej. Izrael miał więcej czołgów, były one silniej opancerzone, bardziej mobilne i dysponowały większą siłą ognia niż czołgi egipskie. Opracowanie kontrsiły niwelującej tę przewagę było zasadniczym elementem decydującym o powodzeniu całego przedsięwzięcia.

Sposobu dostarczyli Sowieci w postaci wyjątkowo skutecznych i przy tym mobilnych zestawów przeciwpancernych, obsługiwanych głównie przez zespoły komandosów. Były to 9M14 Малютка (pol. maleńka; kod NATO: AT-3 Sagger). Równolegle planowano rzucić specjalne oddziały mające zaminować obszary spodziewanego kontruderzenia izraelskiego.

Sowieccy doradcy byli delegowani do jednostek egipskich nawet poziomu batalionu. Jednym z ich zadań było upewnienie się, że sowiecka doktryna, na której opierały się plany operacyjne i taktyczne, została należycie zrozumiana, a wcześniej dopasowana do umiejętności i zdolności personelu egipskiego.

Egipska decyzja odzyskania na drodze wojny utraconego terytorium, ponownego uruchomienia kanału i odsunięcia zagrożenia od swoich granic była częściowo wymuszona przez Rosjan. Gdy Sowieci odmówili dostarczenia broni o zasięgu pozwalającym na działania odwetowe wobec Izraela, Egipcjanie nie mieli innego wyjścia niż atak lądowy.

Oczywistym zwiększeniem sił i szans było dołączenie do wojny innych krajów sąsiadujących z Izraelem, a więc przede wszystkim Syrii. Faktycznie sformowana koalicja objęła także Irak, Jordanię czy Libię. Jednak poważny udział w walkach wzięły udział tylko Syria i Irak, a pozostałe państwa dały od siebie kontyngenty w sile co najwyżej trzech brygad.

Izraelska dominacja w powietrzu była zupełna. Próby zbudowania potencjału, który mógłby dorównać przeciwnikowi, były przy tym całkowicie nierealne. Należałoby nabyć sprzęt, przeszkolić pilotów... A mimo to trzeba było w jakiś sposób zabezpieczyć armię lądową. Znaleziono rozwiązanie w postaci nasycenia systemów pocisków ziemia-powietrze, wdrożonych już w czasie wojny na wyczerpanie. Były to systemy 2K12 Kub, które miały osłaniać przede wszystkim obszary, w których realizowano operacje krytyczne i w dodatku bardzo płytko w głąb zdobywanego terenu. Egipcjanie zdawali sobie świetnie sprawę, że izraelskie samoloty realizują zadanie latającej artylerii wsparcia. Zadanie to byłoby utrudnione w sytuacji, w której armia egipska wystarczająco silnie nasyci bronią przeciwlotniczą płytkie obszary swojego wtargnięcia, a więc zrezygnuje z prób wchodzenia w głąb półwyspu. Po dokonaniu ograniczonego wtargnięcia Egipcjanie planowali przejść do statycznej obrony, licząc na to, że zespoły przeciwczołgowe zdołają przetrzebić izraelskie czołgi. Jednym z głównych powodów przejścia do defensywy natychmiast po zabezpieczeniu obszarów zajętych płytkim wtargnięciem była właśnie obawa przed izraelskimi odwodami, o których już wiadomo, że mobilizowane są błyskawicznie z żołnierzy rezerwy.

Fortyfikacje na obwałowaniu i w jego bezpośredniej bliskości, zgodnie z doktryną opisaną powyżej, pełniły rolę wyłącznie obserwacyjną, a więc ich zadaniem nie było opóźnianie postępów egipskich. Ze swojej strony Egipcjanie albo otwierali przejścia w przestrzeni pomiędzy fortami, albo je po prostu omijali. Ich zniszczenie lub zdobycie następowało przeważnie w wyniku akcji artyleryjskiej lub ataków realizowanych przez jednostki dalszych rzutów.

Jednym z wybiegów mających zmylić IDF co do daty ataku było przyjęcie typowo defensywnego rozmieszczenia jednostek armii egipskiej na zachodnim brzegu kanału. W rezultacie atak miał nastąpić z pozycji statycznych, a nie z ruchu (ang. attack from contact jako opozycja wobec attack from movement). Przygotowania maskowano także poprzez prowadzenie licznych ćwiczeń (nazwa kodowa "Tahrir").

Kluczowy problem: wycięcie przejść w obwałowaniu6

Początki prac nad planem ataku da się wyśledzić jeszcze w roku 1967. Pracował nad nimi sam prezydent Sadat i jego minister wojny Fawzi. Pierwotnie plan był ambitny - zakładał odzyskanie całego Synaju. Z czasem został ograniczony do bardziej realistycznego zajęcia terenów w bezpośredniej bliskości kanału.

Egipski generał Ali miał u siebie inżyniera z doświadczeniem zdobytym przy budowie Tamy Asuańskiej. Dołożył on swoją cegiełkę do planowania wojny pod koniec 1971 roku, kiedy opracował sposób unieszkodliwienia głównej bariery na drodze egipskich wojsk - wału na wschodnim brzegu kanału. W czasie budowy tamy stosowano technikę oczyszczania miejsc budowy z gleby i piasku, polegającą na użyciu strumieni wody. Jest ona zresztą wykorzystywana także w górnictwie i nosi nazwę hydraulic mining - opracowano ją w połowie XIX wieku w USA do wydobywania złota.

Okazało się, że woda pod wysokim ciśnieniem jest w stanie wypłukać piasek, a więc także luźną ziemię i muł, z których Izraelczycy usypali obwałowania. Rozważane wcześniej rozwiązania, takie jak ostrzał artyleryjski, podkładanie min czy użycie buldożerów nie sprawdzały się w warunkach innych niż idealne. Przede wszystkim metody te były zbyt powolne, co wyliczyli zarówno planiści izraelscy, jak i sami Egipcjanie7.

Egipska armia zamówiła 300 pomp brytyjskich. W czasie testów uzyskano zadowalający rezultat: zespół pięciu pomp był w stanie wypłukać 1500 m3 piasku w ciągu zaledwie 3 godzin. Jeszcze silniejsze pompy, przeznaczone dla straży pożarnej, produkowane były w Niemczech przez firmę Magirus-Deutz Fire Protection Techniques Ltd. z Ulm. Natychmiast zakupiono dwie przenośne, napędzane turbinami pompy typu T.S.T. 40/7, zdolne do przepompowania 3800 litrów na minutę. Nadawały się idealnie do zadania, którym była przeprowadzana pilnie modernizacja egipskiej straży pożarnej. Takie wyjaśnienie usłyszał negocjujący z rządem Egiptu niemiecki menadżer. Nie zastanawiając się, rzucił cenę "dla frajera" - 1,88 miliona USD. Ku jego zdziwieniu została zaakceptowana, ale był jeden warunek: dostawa musiała być zrealizowana natychmiast.

Niemiecki producent zrobił tak świetny biznes, że nawet nieostrożność Egipcjan, w postaci odbioru zamówionych pomp nie przez strażaków, ale saperów wojskowych, nie wywołało poważnych wątpliwości. A przynajmniej nie były one dość mocne, aby kogoś tknęło by przekazać informację o transakcji do "służb", które by rozpoznały potencjalną wagę dla Izraela i przekazały do "jednostki syjonistycznej" w ramach ekspiacji za traktowanie Żydów przez III Rzeszę.

Pompy dotarły do Egiptu w czerwcu, po pięciu miesiącach od złożenia zamówienia. W czasie testów zespół trzech brytyjskich i dwóch niemieckich pomp był w stanie otworzyć przejście w obwałowaniu w ciągu 2 godzin.

Teraz Egipcjanie przystąpili do szkolenia obsług. Osiemdziesiąt zespołów pracowało bez wytchnienia. W końcu przeprowadzono test ich sprawności. Każda z pomp była umocowana na pontonie i obsługiwana przez czterech ludzi. Zasysała wodę z kanału. Już pół godziny pracy pozwalało wydrążyć w obwałowaniu potężną wyrwę. Gdy była dość duża, wkraczali saperzy, by rozmieścić i detonować ładunki wybuchowe, poszerzając wyłom. Egipcjanie opracowali sposób sforsowania blokady w czasie, w którym armia izraelska nie zdąży zareagować na atak!

Cały ten powyższy akt egipsko-sowieckiego geniuszu doprawiony jest jednak łyżką dziegciu w postaci arabskiej niefrasobliwości. Przejawiła się ona nie tylko w odbiorze pomp niemieckich przez żołnierzy, a nie strażaków, ale także w tym, że próby pomp prowadzone były na... obwałowaniach Kanału Sueskiego. Izraelczycy zauważyli te próby, ale nie mieli chyba u siebie inżynierów budujących tamy i uznali, że Arabom nie uda się skrócić czasu wypłukiwania potężnego, liczącego 15-20 metrów obwałowania. Było to poważne uchybienie ze strony izraelskiej.

Przebieg bitwy i epilog

Na całe miesiące przed 6 października 1973 roku, czyli dniem rozpoczęcia działań, dowództwo izraelskiego południowego odcinka obrony obserwowało szeroko zakrojone operacje inżynieryjne po stronie egipskiej. To był jasny dowód na to, że szykowane jest przekroczenie kanału. Na tygodnie i doby przed atakiem obserwowano ćwiczenia piechoty w pokonywaniu kanału w bród i wspinaczce na obwałowanie.

Ryc. 3. Uproszczony schemat ataku egipskiego w dniu 1973.

Obwałowanie podwyższono jeszcze w czasie wojny na wyniszczenie, nadsypując na nie kolejne tysiące ton piachu. Intencją było uniemożliwienie Egipcjanom zajęcia jakiegokolwiek przyczółka na wschodniej stronie kanału. Ne mogli się tam znaleźć ani żołnierze, ani ekipy inżynie-ryjne mogące przekopać przeszkodę. Aby to osiągnąć, obwałowanie usypano tuż przy granicy wody.

Łącznie użyto 350 pomp do przekopania 30 przejść na całej długości obwałowania. Jedynie na południu, w rejonie działań 3. Armii, natrafiono na zaskakująco mulistą glebę, która przedłużyła przekopywanie o kilka godzin. Wcześniej oczywiście zbadano właściwości gleby nie tylko na samym obwałowaniu, ale też w odległości do 100 metrów od niego. Ewidentnie czynności okazały się niewystarczające.

Obwałowanie uniemożliwiało sprzętowi amfibijnemu przekroczenie kanału. Było to możliwe tylko po zbudowaniu i umocnieniu nabrzeży, co miało zająć od 7 do 9 godzin od chwili rozpoczęcia ataku. Piechota do sforsowania kanału potrzebowała 11 przejść, które miały zostać wykonane w ciągu 7 godzin od początku ataku. Egipcjanie zrealizowali wyliczone przed wojną założenia. Przez wyrwy w obwałowaniu przejść miało około 1000 czołgów i 13,5 tysiąca innych pojazdów.

Mimo działania z pełną świadomością możliwości swoich i wroga, Egipcjanie po prostu nie dali rady. Nie pomogło ani świetnie zaplanowane użycie przeciwpancernych pocisków kierowanych 9M14, ani uznane wcześniej za wystarczające nasycenie środkami przeciwlotniczymi. Momentem załamania ofensywy była katastrofalna dla Egipcjan klęska w bitwie pancernej w rejonie przełęczy Mitla.

Ryc. 4. 9M14 Malutka. Źródło: Boevaya mashina CC 3.0.

IDF błyskawicznie dostosował swoje działania do działań egipskich, nawet pomimo początkowego zaskoczenia wrogimi zdolnościami do niszczenia zgrupowań pancernych. Zaplanowano i przeprowadzono operację "Gazelle", polegającą na kontruderzeniu na głębokie tyły egipskie i wejściu na obszar na zachód od kanału nie za pomocą sił pancernych, jak planowano pierwotnie, a rajdów komandosów. Ich zadaniem było niszczenie wyrzutni przeciwlotniczych Kub, ograniczających swobodę działania izraelskiego lotnictwa. Operacja ta jest wręcz sztandarowym przykładem elastyczności w obliczu nowych okoliczności na polu walki. -

Spostrzeżenia na wynos

A. Dlaczego Izrael dał się zaskoczyć?

Izraelska wpadka wynikała z wadliwej pracy wywiadu. Wywiad izraelski w tamtych czasach składał się z pięciu oddzielnych organizacji. Najważniejszą oczywiście był Mosad, będący w zakresie kompetencji odpowiednikiem CIA. Ale były jeszcze wywiad wojskowy, kontrwywiad i służby bezpieczeństwa wewnętrznego (Szabak), wydział rozpoznania MSZ i w końcu agencja zajmująca się interesami Żydów w tzw. "krajach, w których są prześladowani" (ang. countries of persecution). Był to problem na poziomie systemowym.

Kolejny błąd także miał charakter systemowy - decyzje kluczowe dotyczące nieuchronnie zbliżającej się wojny z Egiptem podejmowała "klika" ludzi powiązanych bezpośrednio z premier Izraela Goldą Meir. Od tego ośrodka decyzyjnego zostali odcięci przedstawiciele MSZ oraz wszyscy dysponenci opracowanych przez wywiad danych wywiadowczych, mający wiedzę na temat działań przeciwnika. Decydenci polityczni mieli więc do dyspozycji wyłącznie dane otrzymywane z wywiadu wojskowego. Z uwagi na sposób działania struktur władzy na najwyższym poziomie decydenci sami ograniczyli swoją zdolność wyrabiania sobie świadomości sytuacyjnej.

Kolejny problem to braki kadrowe. 1969 roku powołano dodatkowo specjalny zespół, którego zadaniem miało być zwalczanie aktywności palestyńskiej poza rejonem Bliskiego Wschodu. To właśnie powołanie tego zespołu doprowadziło do podkradnięcia specjalistów zajmujących się "pilnowaniem" Egiptu.

Kolejnym problemem było aroganckie przekonanie wywiadu wojskowego o miażdżącej przewadze IDF w przygotowaniu do wojny konwencjonalnej. Panowało powszechne przekonanie, że armie arabskie zostaną w każdej konfrontacji rozgromione tak jak w roku 1967. Ale w przeciągu sześciu lat Egipt i inne kraje arabskie otrzymały olbrzymie wsparcie wojskowe ze strony ZSRS. W jego skład wchodziły nie tylko ogromne ilości uzbrojenia, ale i wsparcie planistów oraz ekspertów sowieckich na każdym poziomie: taktycznym, operacyjnym i strategicznym.

Na polu walki w czasie wojny Jom Kipur to wsparcie przejawiło się olbrzymim nasyceniem w przenośną broń przeciwpancerną obszaru zajętego przez armię egipską w pierwszej fazie ataku. Analizy przebiegu działań w tamtych dniach pozwalają przypuszczać, że gdyby IDF nie dał z siebie naprawdę wszystkiego, siła oddziaływania bojowego izraelskiej broni pancernej mogła zostać całkowicie stępiona.

Wywiad izraelski zdawał sobie sprawę z sowieckiej pomocy, ale ignorował fakt, że podnosiła ona faktyczne zdolności operacyjne armii egipskiej. W takiej pułapce koncepcyjnej nie było możliwe trafne zgadywanie intencji sąsiadujących z Izraelem państw, których terytoria Izrael zdobył w 1967 roku, a które bezwzględnie chciały rewanżu i odzyskania strat.

Dodatkowym czynnikiem odwracającym uwagę Izraela od przygotowań egipskich było koncentrowanie się na działalności terrorystycznej Palestyńczyków. W kręgach rządowych panowało przekonanie, że Arabowie pogodzili się z nieprzezwyciężoną przewagą militarną IDF i - nie ważąc się na kolejne próby jej podważenia - skoncentrowali na walce za pomocą aktów terroryzmu. W rezultacie przegapiono egipskie przygotowania do wojny nawet na poziomie politycznym, to jest nawiązanie współpracy Egiptu z Syrią, szukającą okazji do odzyskania Wzgórz Golan8.

B. "My nie agresory", geopolityczne szachy zimnej wojny i paralele z atakiem Hamasu z 7 października 2023 (opinia)

Do zwycięstwa na polu bitwy potrzebne jest zwykle wsparcie z zewnątrz - od sojuszników. W wojnie Jom Kipur pomoc przejawiała się przez wsparcie dostawami sprzętu. ZSRS wspomagał Egipcjan dostawami sprzętu drogą lotniczą od 9 października, przewożąc dziennie aż 1600 ton sprzętu z baz zaopatrzeniowych na Węgrzech. Źródła i analizy konfliktu z 1973 roku jednym chórem (co za świetny oksymoron!) przemilczają ten aspekt, ale takie ilości w sposób oczywisty musiały być wcześniej zgromadzone i przynajmniej wstępnie przygotowane do transportu.

Podobnie było oczywiście po stronie Zachodu i Izraela. Decyzja prezydenta Nixona zapadła również 9 października. Nastąpiło to w nieco nieuporządkowany sposób. Pierwotnie rząd Stanów Zjednoczonych zwrócił się do komercyjnych przewoźników, lecz ci gremialnie odmówili, uzasadniając decyzję obawą, że po wojnie zostaną objęci bojkotem państw arabskich. Od 14 października Amerykanie uruchomili więc transport sprzętu za pomocą swoich środków wojskowych, w ramach operacji "Nickel Grass". Przez równy miesiąc przerzucono 22 tysiące ton sprzętu, od całych czołgów po części zamienne do myśliwców.

Co najciekawsze i znamienne, za wyjątkiem Portugalii, która udostępniła Amerykanom lotnisko na Azorach, żadne państwo Europy Zachodniej nie wspomagało tego wysiłku. Co więcej, Amerykanie musieli starannie planować przeloty nad Morzem Śródziemnym tak, aby nie naruszyć przestrzeni powietrznej nie tylko państw arabskich, ale i europejskich.

Kluczowym aspektem tej "gimnastyki" było to, że działania w trakcie wojny Jom Kipur zostały zainicjowane przez Egipt, a więc przynajmniej teoretycznie stanął on w zwykle niefortunnej roli agresora. Widać więc, że dla wszystkich było jasne, że państwa arabskie mają siłę oddziaływania, która ogranicza wszechwładzę superpotężnych Amerykanów. Ta siła oddziaływania została przecież użyta w rezultacie wojny. Słynny kryzys paliwowy w USA z roku 1973, znany nam z ikonicznych fotografii przedstawiających długie kolejki na amerykańskich stacjach benzynowych, był spowodowany arabskim embargiem na eksport ropy do krajów wspomagających Izrael.

Skutki geopolityczne samej wojny i embarga naftowego były wręcz kolosalne. Równie wielkie w moim przekonaniu są i wkrótce będą budujące się na naszych oczach niczym fraktale skutki ataku terrorystycznego Hamasu z października 2023 roku. Wspólną cechą obu sytuacji jest postępowanie i ograniczenia decyzyjne Izraela. W ograniczonym do sedna skrócie - przygotowania do ataku z 2023 roku były widoczne dla wywiadu Izraela, lecz zostały zlekceważone. Niezależnie od tego Izrael, by zabezpieczyć swoje przetrwanie, siłą rzeczy musiał i musi odwrócić trendy, które czynią Strefę Gazy przysłowiową beczką prochu czekającą na iskrę. Pierwszy z tych trendów to demografia. Rok 1968 był ostatnim, w którym w Strefie odnotowano ujemny przyrost liczby ludności. Wtedy, w roku 1967, w Strefie mieszkało 390 tysięcy ludzi. Dziś populacja liczy 2,1 miliona, z dzietnością 3,38, przy czym kluczem jest kształt piramidy wiekowej. Jej struktura to napisana grubymi, czerwonymi literami na białej ścianie egzystencjalna groźba dla istnienia Izraela9.

Fakty są takie, że mamy do czynienia z eksplozją demograficzną tak silną i sprzeczną z powszechnym w krajach "rozwiniętych" rozumieniem czynników ograniczających decyzję o posiadaniu dzieci - chodzi przede wszystkim o dostęp do zasobów - że ma ona cechy celowo realizowanej inżynierii społecznej. Pole do rozważań nad konsekwencjami tego stanu rzeczy, nawet przyjmując za pewnik założenie o całkowicie naturalnym źródle dzietności, poszerzają napływające z regionu informacje o coraz bardziej alarmującym nasyceniu rejonu nowoczesną automatyczną bronią strzelecką. Już na długo przed październikiem 2023 roku uważane było ono przez komentatorów i ekspertów za porażkę służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i przetrwanie Izraela.

Ale "siły historii" skryte za procesami społecznymi są nieuchronne w roku 2023, tak jak były nieuchronne pół wieku wcześniej. Zabezpieczenie własnego przetrwania wymaga, by powoływać do życia preteksty i narracje.

Przyjrzyjmy się "niefrasobliwych" przygotowaniach armii egipskiej i "przeoczeniach" izraelskiego wywiadu. Armia egipska budowała liczne obozy treningowe, których oczywistym przeznaczeniem było forsowanie umocnień izraelskich wzdłuż kanału. Instalacje szkoleniowe powstały w Fayom i Dahashur w Dolinie Nilu, w Bikrash i Tel al-Kabir w delcie Nilu, w Katzatzin i regionie wyspy Balah.

Co więcej, od lutego 1971, a więc już po zakończeniu wojny na wyniszczenie, piechota egipska trenowała zdobywanie przyczółków na samym kanale, pod nosem Izraelskim. Dodatkowo, armia egipska pozyskiwała od ZSRS i produkowała sama olbrzymie ilości sprzętu do budowania przepraw pontonowych.

A teraz zobaczmy, jak wygląda rozgrywka na najwyższym poziomie, którą czasem w języku angielskim określa się frazą the grand scheme of things. W przypadku okresu bezpośrednio przed wojną Jom Kipur, najistotniejszą sprawę był wymóg Waszyngtonu - głównego wspierającego wysiłek przetrwania Izraela, który zaanonsowaliśmy na początku eseju. Polityką Białego Domu było, by wsparcie dać, ale Izrael nie może działać wyprzedzająco. I Izrael nie działał wyprzedzająco. Służby i wojsko wiedziały o intensywnych Egipskich przygotowaniach, więc zamiast przeszkodzić, Izraelczycy realizowali własne przygotowania. Musieli bowiem zaplanować scenariusz rozstrzygnięcia, w którym sprawa rozegra się na ich terytorium. W rezultacie, cały ich plan wojenny opierał się na stworzeniu w zachodniej części Synaju killboxa10, wyskalowanego do rozmiarów całych armii dwóch krajów.

Pisząc już całkowicie otwartym tekstem, geopolityczne ROE11 w sposób oczywisty wymuszało, aby Izrael pozwolił Egiptowi przedostać się przez kanał, obwałowanie i linię Bar-Lewa. Dopiero sukces egipski uruchamiał właściwe, planowane latami kontruderzenie, które w rzeczywistym starciu skończyło się wtargnięciem IDF na terytorium Egiptu. Mogłoby nawet dojść i do tego, że to służby izraelskie podsunęłyby armii egipskiej kluczowe rozwiązanie problemu - tylko po to, aby uruchomić w odpowiedniej chwili cały mechanizm wojny. "Tak się robi geopolitykę", można by strawestować słynną kwestię wypowiedzianą przez Bogusława Lindę w scenie palenia archiwów w filmie Psy.

W taki oto sposób czynniki i parametry sytuacji z poza pola bitwy, w tym interesy przetrwania i rozgrywki w geo-polityczne szachy, mają przemożny wpływ na kształto-wanie warunków topograficznych i politycznych, w jakich realizowane jest rozstrzygnięcie w sferze militarnej.

-

1 5-10 czerwca 1967, zob. ?PG II.11.

2 Ta i następna sekcja tekstu na podstawie: Dani Asher, The Egyptian Strategy for the Yom Kippur War. An Analysis, Jefferson 2009.

3

Nazwa pochodzi od nazwiska szefa Sztabu IDF generała porucznika Chaima Bar-Lewa, który objął stanowisko 1 stycznia 1968 roku.

4

Dosłowny cytat za źródłem.

5 Ang. "What was taken by force will be returned by force".

6 Sekcja na podstawie: H. Blum, The Eve of Destruction. The Untold Story of Yom Kippur War, Nowy Jork, NY, 2004, s. 89-91 oraz G.W. Gawrych, The 1973 Arab-Israeli War: The Albatross of Decisive Victory, Fort Leavenworth, 2001, s. 19-20.

7

Użycie materiałów wybuchowych to ok. 5-6 godzin pracy dla 60 ludzi podkładających ok. 300 kg trotylu do usunięcia 1500 m3 piachu. Buldożery w czasie pracy byłyby zaś świetnym celem dla obrońców.

8 Lewis Chester, The Yom Kippur War, Nowy Jork 2002 s. 64-65.

9

Zob. dwa uzupełniające się zestawy statystyk: The Gaza Strip in charts, https://www.ft.com/content/7b618433-ba5f-4e92-a3e0-d5d41d6d17f8 oraz The World Factbook: Gaza Strip, https://www.cia.gov/the-world-factbook/countries/gaza-strip/ [dostęp: 2024 4.21].

10

Pol. strefy zabijania lub strefy śmierci. To obszar, w którym koncentrują się lub nakładają rozplanowane wcześniej pola ostrzału. Pojęcie używane jest powszechnie przy planowaniu obrony fortyfikacji ziemnych przed szturmami piechoty za pomocą odpowiedniego rozlokowania gniazd karabinów maszynowych.

11 Ang. Rules of Engagement. W działaniach na poziomie taktycznym stosuje się standardowe reguły dozwolonego w danej sytuacji sposobu użycia siły. Wytyczne mają na celu ochronę cywilów lub przestrzeganie norm prawnych czy etycznych. Reguły te mogą pozwalać żołnierzom na otwarcie ognia do przeciwnika bez konieczności czekania, aż to on jako pierwszy otworzy ogień (przejawi agresję usprawiedliwiającą użycie siły militarnej).

Ryc. 5. Wrak izraelskiego czołgu zniszczonego w początkowej fazie bitwy na pustyni Synaj. Źródło: Archiwa IDF, domena publiczna.

Wybrana bibliografia

Źródła internetowe

Autor dysponuje kopiami archiwalnymi wszystkich linkowanych materiałów (teksty, wideo). W przypadku potrzeby Czytelnika dostępu do materiałów usuniętych do celów recenzyjnych lub cytowania, zapraszam do kontaktu. Przypisy: Kod QR obok prowadzi do listy odwołań do treści on-line przywołanych w przypisach (w tym kopii archiwalnych materiałów źródłowych.

https://chiny.pl/prz/14

Poniżej znajdują się wybrane pozycje przywołane i cytowane oraz pomocnicze (polecane). Zastosowane kryterium doboru: użyteczność koncepcyjna i praktyczna.

Konstanty Gebert, Pokój z widokiem na wojnę. Historia Izraela, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.

Peter Dale Scott, American War Machine, .

Kenneth Michael Pollack, Arabs at War Military Effectiveness, 1948-1991

Kenneth M. Pollack, Armies of Sand The Past, Present, and Future of Arab Military Effectiveness

Tony Zinni Tony Koltz, Before the First Shots Are Fired How America Can Win Or Lose Off The Battlefield

Larry Kelley, Lessons from Fallen Civilizations Can a bankrupt America survive the current Islamic threat

Joe Stork, Middle East oil and the energy crisis, .

Swift Sword The Historical Record of Israel's Victory, June 1967

Baylis Thomas, The Dark Side of Zionism - The Quest for Security through Dominance (2009)

Kenneth Pollack, Unthinkable Iran, the Bomb, and American Strategy

Robert Jervis, Why Intelligence Fails. Lessons from the Iranian Revolution and the Iraq War

Avner Cohen (red.), Israel and the Bomb 1998.

Tima Marshall, Więźniowie geografii, Zysk i S-ka 2017.

Jacek Surzyn, Antysemityzm, emancypacja, syjonizm: narodziny ideologii syjonistycznej, Katowice 2014

Jakov M. Rabkin W imię Tory, Dialog, Warszawa 2007

Misericordia Domini, red. J. Marecki, L. Rotter, Kraków 2016

Dani Asher, The Egyptian Strategy for the Yom Kippur War. An Analysis, Jefferson 2009

H. Blum, The Eve of Destruction. The Untold Story of Yom Kippur War, Nowy Jork, NY, 2004

G.W. Gawrych, The 1973 Arab-Israeli War: The Albatross of Decisive Victory, Fort Leavenworth, 2001

Lewis Chester, The Yom Kippur War, Nowy Jork 2002

Marka Górka, Mosad. Porażki i sukcesy tajnych służb izraelskich

Michael Bar-Zohar i Nissim Mishal, Najważniejsze misje izraelskich tajnych służb, .

Inbal Arieli, Chutzpah Why Israel is a Hub of Innovation and Entrepreneurship, Harper Business 2019.

Amir Bohbot, Yaakov Katz, Czarodzieje broni. Izrael - tajne laboratorium technologii militarnych, Rebis 2018.

Koniec bibliografii.

Zastrzeżenia autora

Autor tomu oświadcza, że nie utożsamia się ze wszystkimi poglądami i wizjami świata, jakie zaprezentowano w niniejszej książce. Autor oświadcza, że za porozumieniem stron Wydawca nie miał wglądu w treść niniejszej książki przed jej wprowadzeniem na rynek, ani nie ingerował w żaden sposób w proces powstawania treści w niej zawartych.

Autor i Wydawca proszą o kontakt w celu autoryzowania wypowiedzi, opinii lub twierdzeń odnośnie powyższych kwestii. Dane kontaktowe znajdują się na stronie redakcyjnej (s. 4).

Zastrzeżenie etyczne i światopoglądowe

Autor z rozmysłem nie zajmuje stanowiska etycznego w kwestiach opisywanych w niniejszej książce konfliktów. Autor z rozmysłem stara się unikać rozstrzygania w kwestii tego, kto ma, a kto nie ma racji moralnych do działania, które sam uważa za obronę. Intencją autora jest napisanie książki, która w sposób możliwie bezstronny pokazuje prawidła wojen i konfliktów. Wszelka zbieżność wywodu i tez przedstawianych przez autora z interesem stron konfliktów ma charakter wyłącznie przygodny. Niniejsze zastrzeżenie dotyczy zwłaszcza wstępu i zawartych w nim spostrzeżeń, co w dostateczny sposób wyjaśnione jest przy omawianiu kwestii tzw. "konfliktujących agend".

Podziękowania

Ta książka pozwala uzyskać wgląd w proces budowania siły mocarstw i naturę sił zaprzęganych do tych mocarstw zniszczenia. Wiedza z tego zakresu była przedmiotem studiów i rozważań starożytnych mędrców, filozofów, wodzów i władców od czasów prehistorycznych. Wyposażeni we współczesną wiedzę z zakresu psychologii, antropologii i ekonomii możemy stanąć na ramionach tych wielkich dawnych mistrzów obserwacji świata i ludzkiej natury, by spojrzeć o wiele głębiej i dalej w mechanizmy tworzenia i niszczenia imperiów.

Niniejsza książka, w pakiecie z Prawidłami geopolitycznej gry o przetrwanie oraz Siłami psychohistorii, ale też ze swoim pierwszym tomem (Stany Zjednoczone kontra Chiny) oraz pozostałymi tomami serii "Wzorce" to twórcza kompilacja wiedzy starożytnej i współczesnej, akumulowanej przez pokolenia często zapomnianych i niedocenianych praktyków i teoretyków. I to im właśnie składam tu podziękowania, schyliwszy się nieco ku uchu giganta, którego zwiemy potocznie dorobkiem cywilizacyjnym, na którego ramionach stoję.

Piotr Plebaniak