Wstęp
Najważniejszym problemem, przed którym na początku II wojny światowej
stanął brytyjski wywiad wojskowy i morski, było odczytywanie niemieckich
radiodepesz zaszyfrowanych za pomocą maszyny szyfrującej Enigma. W czasie I wojny światowej łamanie kodów dało Brytyjczykom przewagę,
szczególnie w wojnie morskiej, ale także na niwie dyplomatycznej, i przyspieszyło włączenie się Stanów Zjednoczonych do walki. Dwadzieścia
lat później użycie urządzeń mechanicznych do zapewnienia tajemnicy
korespondencji groziło pozbawieniem aliantów tego najcenniejszego źródła
informacji na temat niemieckich planów.
Obecnie wiemy, że Brytyjczycy nie ulękli się problemu. Gdzieś pomiędzy
Londynem a Birmingham założyli tajny ośrodek, którego zadaniem było
złamanie nowoczesnych technik szyfrowania stosowanych przez Niemcy (i inne kraje). Na początku wojny udało się znaleźć sposób na Enigmę.
Wiadomości radiowe Luftwaffe odczytywane były od połowy 1940 r., depesze
Kriegsmarine zaś od 1941 r. Później, z okresami wzlotów i upadków, do
władz brytyjskich napływał stały strumień odszyfrowanych wiadomości. Z czasem strumień ten zmienił się w prawdziwą powódź, pozwalając aliantom
uzyskać pełny wgląd w plany niemieckiej armii i marynarki, dzięki czemu
dowódcy mogli podejmować znacznie lepsze decyzje na polu walki. Sukces
Bletchley Park zakorzenił się w świadomości publicznej jako przykład
zwycięstwa pomimo przeciwności losu, wspaniały tryumf rozumu nad siłą i kolebka wynalazków technicznych przełomowych dla dziejów cywilizacji.
Bletchley Park daje więc wiele powodów do dumy.
Jednakże po drodze część tej historii została zagubiona. W rzeczywistości przed 1940 r. brytyjscy kryptoanalitycy nie poczynili
żadnych postępów w pracach nad złamaniem szyfru wojskowej wersji Enigmy.
W jaki więc sposób tak szybko i skutecznie udało im się zmienić tę
sytuację?
Brakującym elementem jest wkład polskich kryptoanalityków, którzy
pracowali nad tym problemem od ponad dziesięciu lat i którzy podzielili
się swoją wiedzą ledwie sześć tygodni przed wybuchem wojny na arcyważnym
spotkaniu pod Warszawą. Zgodnie z oceną osób obecnych na tym spotkaniu
pozyskane wówczas przez Brytyjczyków informacje przyspieszyły ich
program badawczy o rok. A cóż to był za rok! Wyobraźmy sobie historię
alternatywną, w której Brytyjczycy nie byliby w stanie łamać szyfru
Enigmy w czasie bitwy o Anglię, w działaniach morskich na Morzu
Śródziemnym, w pierwszej fazie bitwy o Atlantyk czy w kampanii w Afryce
Północnej. Scenariusz taki brzmi złowrogo, gdyż wówczas wojna nie tylko
przeciągnęłaby się, ale mogłaby zakończyć się zupełnie inaczej. W tym
świetle polski wkład w odczytywanie wiadomości zaszyfrowanych Enigmą
zasługuje na lepsze poznanie.
Spotkanie pod Warszawą w lipcu 1939 r. samo w sobie jest wielką zagadką.
Dlaczego Polacy niespodziewanie przekazali wszystkie swoje bezcenne
sekrety? Ponownie brakuje tu pewnego elementu. Spotkanie to było
zwieńczeniem kontaktów budowanych pieczołowicie przez wiele lat, i to
nie przez Brytyjczyków, ale przez Francuzów. Bez Francuzów polskim
kryptoanalitykom nie udałoby się tak szybko dokonać przełomów, a być
może ich wysiłki w ogóle byłyby daremne. Bez Francuzów brytyjski atak na
Enigmę w Bletchley Park od początku skazany byłby na niepowodzenie lub
też uległby znacznemu opóźnieniu. Wkład Francuzów, tak jak i Polaków,
powinien być lepiej znany. Złamanie szyfru Enigmy było zatem wynikiem
współpracy przedstawicieli trzech krajów. Dla większego bezpieczeństwa
kryptoanalitycy oznaczali siebie literami X, Y i Z odpowiednio na
określenie ośrodków francuskiego, brytyjskiego i polskiego.
Pierwotnym założeniem tej książki było opowiedzenie historii X, Y, Z.
Jednakże nie jest ona poświęcona głównie technikom łamania szyfrów czy
też polityce międzynarodowej. W miarę jak odkrywałem kolejne fakty,
stery narracji zaczęli przejmować polscy kryptoanalitycy i ich francuscy
koledzy po fachu. Książka ta mówi zatem o tych ludziach, a jej celem
jest przywrócenie im należnego im miejsca w historii.
Przywołanie historii X, Y, Z wiąże się z pewnymi wątkami pobocznymi.
Jednym z nich, wartym wręcz osobnej książki, jest opowieść o zdobywaniu
źródeł. II wojna światowa przyniosła pewne nieoczekiwane rezultaty: akta
francuskie zostały zdobyte przez Niemców, gdy zaś Berlin zajęli Sowieci,
znalazły się w Moskwie. Znaczną część tych materiałów (z radzieckimi
komentarzami) zwrócono Francji w roku 1994 i 2000. Wiele dokumentów
polskich rozproszyło się razem z wygnańcami z kraju, by trafić do
różnych zbiorów w Londynie. Niektóre pozostają w Moskwie, inne natomiast
tam, gdzie można by się spodziewać - w Warszawie. Akta niemieckie
zostały zdobyte przez Amerykanów i Brytyjczyków i trafiły do archiwów
narodowych w USA i Wielkiej Brytanii. Niektóre dokumenty przepadły,
wskutek czego badacze muszą wykorzystywać cienie oryginalnych telegramów
przechowane w postaci przechwyconych, rozszyfrowanych i przetłumaczonych
kopii, na które natrafić można w nieoczekiwanych miejscach. Dziwacznym
przykładem jest tu duży zbiór polskich radiodepesz, w języku niemieckim,
znajdujący się w archiwum Auswärtiges Amt TICOM w Berlinie. Składa się
on z dokumentów przejętych w Niemczech przez brytyjski Target
Intelligence Committee w końcu II wojny światowej. Dokumenty te, będące
owocem sukcesów niemieckiego wywiadu, który przechwytywał i rozszyfrowywał polskie radiodepesze, w roku 1945 zostały zatopione w jeziorze. Wydobyte przez Brytyjczyków, trafiły na dziesięciolecia do
Wielkiej Brytanii i dopiero w latach dziewięćdziesiątych powróciły do
Berlina. Polskie oryginały przepadły już dawno.
Większość materiałów dotyczących X, Y, Z została już odtajniona. Być
może najważniejszym z nowych zbiorów jest spuścizna osoby, która
odegrała kluczową rolę w tej historii, a której burzliwa kariera toczyła
się we Francji, gdzie pracowała ona dla różnych agencji wywiadowczych
tego kraju. Dokumenty Gustave'a Bertranda udostępniono w połowie 2016 r.
po ich odtajnieniu przez Direction Générale de la Sécurité Extérieure. W zbiorze tym znajduje się obszerny raport Bertranda wraz z ponad 200
załącznikami, w większości zawierającymi oryginalne dokumenty. Niestety
pierwszych 99 (z 304) załączników zaginęło, jednakże zachowane
dostarczają mnóstwa szczegółów wydarzeń z lat poprzedzających
rozwiązanie francusko-polskiej grupy kryptologicznej Bertranda w 1942 r.
Przeglądanie dokumentów jest elementem procesu badawczego. Równie ważne
jednak jest słuchanie świadków wydarzeń. Rodziny kryptoanalityków
przyjęły mój projekt z wielkim entuzjazmem. Spotkałem się z ogromną
sympatią, wsparciem i pomocą rodzin Maksymiliana Ciężkiego, Antoniego
Pallutha, Mariana Rejewskiego, Wiktora Michałowskiego i Henryka
Zygalskiego. Anna Zygalska-Cannon udzieliła mi rzadkiego przywileju
wglądu w listy Henryka oraz jego wspaniały zbiór fotografii. Winny jej
jestem specjalne podziękowania. Szczególnie ważna była dla mnie długa
rozmowa z Jerzym Palluthem w styczniu 2017 roku. Był on człowiekiem
bardzo inteligentnym i odważnym, a w dodatku energicznym i pomysłowym.
Historia jego życia jest równie fascynująca jak dzieje jego ojca
kryptoanalityka. Wieść o jego śmierci ledwie kilka tygodni po naszej
rozmowie była ciosem, także dlatego, że na pożegnanie powiedział mi:
"Gdy przyjedzie pan ponownie, mogę panu opowiedzieć o tym, jak
walczyliśmy z komuną w latach zimnej wojny". Miałem zaszczyt usłyszeć
przynajmniej pierwszą część jego historii i jestem za to ogromnie
wdzięczny.
Wielu innych pomogło powołać tę książkę do życia. Katie Beard, Anna
Biała, Sébastien Chevereau, Barbara Ciężka, Tony Comer, prof. Nicolas
Courtois, Dorian Dallongeville, Anne Debal-Morche, Georgina Donaldson,
John Gallehawk, dr Marek Grajek, dr Magdalena Jaroszewska, prof. Jerzy
Jaworski, dr Zdzisław Kapera, Herbert Karbach, dr Iwona Korga, Katarzyna
Krause, Michał Kubasiewicz, Stephen Liscoe, Dariusz Łaska, Beata
Majchrowska, Eva Maresch, Aleksander Markiewicz, Jerry McCarthy, Piotr
Michałowski, prof. David Munro, Lauren Newby, Steve Ovens, Jerzy
Palluth, Laura Perehinec, Geoffrey Pidgeon, Halina Piechocka-Lipca,
Alicja Rakowska, Katie Read, Ginny Reid, Guy Revell, Jeremy Reynolds,
Jeremy Russell, dr Arkady Rzegocki, sir John Scarlett, Agnieszka
Skolimowska, Eric van Slander, Michael Smith, Anna Stefanicka, Rene
Stein, prof. Michael Stephens, dr Andrzej Suchcitz, dr Janina
Sylwestrzak, dr Olga Topol, gen. Włodzimierz Usarek, Alicja Whiteside,
Nicolas Wuest-Famôse i Anna Zygalska-Cannon zawsze wiedzieli, jak
przyczynili się do powstania tej książki. Wyrażam im szczerą wdzięczność
i uznanie. Moja rodzina także znosiła z godnym podziwu spokojem
konsekwencje pisania przeze mnie kolejnej książki. Cieszyłem się również
niezawodną pomocą i wsparciem pracowników National Archives w Kew,
Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego w Londynie,
Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie (i jego siostrzanej placówki w Nowym Jorku), Service Historique de la Défense w Vincennes, National
Archives and Records Administration w College Park w Marylandzie, Center
for Cryptologic History w Ford Meade w Marylandzie oraz Politisches
Archiv des Auswärtigen Amt w Berlinie. Korzystałem też wiele ze
wspaniałego bloga Christosa Triantafyllopoulosa (Christos military and
intelligence corner), który zawiera nie tylko cenne i dobrze
udokumentowane komentarze, ale także użyteczne odnośniki do materiałów
źródłowych.
Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo zależny byłem od nieocenionej
pomocy dr Janki Skrzypek, która od samego początku prowadziła ze mną
badania i była tłumaczką. Jakakolwiek próba opowiedzenia tej historii
bez sięgnięcia po źródła w języku polskim byłaby skazana na
niepowodzenie. Udział Janki w projekcie pozwolił mi skorzystać z tych
podstawowych materiałów. Przetłumaczyła dla mnie ponad sto dokumentów, w tym wiele obszernych, jak również zbadała i przesiała wiele innych,
dzięki czemu mogliśmy skoncentrować się na najważniejszych. Spędziła w moim imieniu kilka dni w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie,
jak również pomagała mi w instytutach Sikorskiego i Piłsudskiego w Londynie. Jej praca była skomplikowana, czasochłonna i często żmudna,
choć żywię nadzieję, że niekiedy budziła jej zaciekawienie i radość.
Jestem ogromnie wdzięczny Jance za całą pomoc, rady i wsparcie, jakich
udzieliła mi przez ostatnie dwa lata. Bez niej ta książka nie byłaby
wiarygodna; więcej, nie mogłaby w ogóle powstać.
Wreszcie kilka uwag o stylu, nazwach miejscowości, wymowie i tym
podobnych. Od lat trzydziestych wiele nazw miejscowych się zmieniło.
Zastosowałem konwencję używania ówczesnych nazw, tam, gdzie to
konieczne, opatrując je za pierwszym razem obecną nazwą w nawiasie (np.
Lwów (Lviv)). Wymowa polskich nazw i nazwisk może być trudna dla osób
anglojęzycznych, jeśli jednak nie czyta się na głos, właściwa wymowa
zapewne nie ma znaczenia, a przejmowanie się tym może przeszkodzić w odbiorze narracji. Pisownia w cytatach odpowiada oryginalnej, poza
przypadkami, gdy cytat jest tłumaczeniem. Wówczas poprawiono pisownię
nazw miejscowych i nazwisk. W ten sposób uniknąłem korzystania z przeszkadzającego słowa "sic", jeśli nie liczyć przypisów. Tłumaczenia z języka francuskiego i niemieckiego wykonałem sam, z języka polskiego zaś
wykonała je Janka Skrzypek. Wszelkie błędy w opisach są jednakże moje.
Mam nadzieję, że jest ich na tyle mało, iż historia ta jest ciekawa i będzie znacznie lepiej znana.
Dermot Turing
St Albans, Wielka Brytania
kwiecień 2018
1
Nulle Part
"Quant a l'action, qui va commencer, elle se passe en Pologne,
c-est-a-dire Nulle Part".
["Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy Nigdzie"].
Alfred Jarry, Ubu Król (1896)
Listopad 1918 roku był dla Maksymiliana Ciężkiego dobrym miesiącem.
Cesarstwo Niemieckie ogarnęły chaos i rewolucja. Buńczuczny kajzer
abdykował i wymknął się do Holandii. Dowódcy cesarskiej armii zostali
zmuszeni do podpisania zawieszenia broni w wagonie kolejowym gdzieś we
Francji1. Jako jeden z żołnierzy tejże armii być może nie
powinien się tym wszystkim radować, jednakże Maksymilian Ciężki nie był
zwyczajnym niemieckim żołnierzem.
We wschodnich prowincjach cesarstwa większość ludności nie była
Niemcami, nie chciała mówić po niemiecku i z pewnością nie pragnęła być
rządzona przez Niemców. Od poprzedniego roku niektórzy z tych ludzi
snuli pewne plany; Ciężki też się do nich zaliczał. Przed powołaniem do
wojska i służby na froncie zachodnim Ciężki był członkiem skautów, lecz
bycie skautem w tak zwanej Prowincji Poznańskiej nie oznaczało nauki
wiązania węzłów, rozpalania ognisk i przeprowadzania staruszek przez
jezdnię. "Skauci" stanowili przykrywkę dla paramilitarnego skrzydła
polskiego ruchu niepodległościowego - POWZP, czyli Polskiej Organizacji
Wojskowej Zaboru Pruskiego. "Zabory", czyli podział Polski między
sąsiadujące z nią mocarstwa, były same w sobie obrazą dla Polaków.
Spis map
Dla Ciężkiego fakt odesłania go do domu z powodów zdrowotnych w lutym
1918 roku był korzystny. Pod Reims czy Soissons został na poły
pogrzebany po wybuchu miny. Pył, który dostał się do jego płuc, wywołał
infekcję. Wskutek tego jednak mógł spędzać więcej czasu ze "skautami",
organizując i powiększając ich szeregi oraz gromadząc broń. Po powrocie
do zdrowia oszczędzono mu wyjazdu na front, a zamiast tego posłano na
szkolenie radiotelegraficzne. Od tego momentu tajemnice komunikacji
radiowej zapewniały zajęcie dla umysłu, jednakże w duszy skrywał
niebezpieczny zamysł - przywrócenie niepodległości Polski. Gdy Niemcy
ogarnęły zamęt i chaos, nadszedł czas działania. Polscy przywódcy
przejęli władzę w Warszawie. Administracja cywilna w zaborze pruskim nie
mogła funkcjonować bez poparcia ludności polskiej. Dla zachowania
porządku w Posen, czyli Poznaniu, potrzebna była polska Gwardia Ludowa.
Maksymilian Ciężki został wybrany do miejscowej Rady Żołnierskiej. To
mógł być początek końca niemieckiego panowania w zaborze pruskim.
Zabór pruski był złowrogim widmem przeszłości, a w Polsce historia ma
zgubny zwyczaj powtarzać się. W roku 1918 na horyzoncie majaczyła
kolejna konferencja pokojowa. Poprzednia nie przyniosła Polsce nic
dobrego. W listopadzie 1814 r., po pokonaniu Napoleona Bonaparte, w Wiedniu zebrał się kongres. Ówczesny brytyjski minister spraw
zagranicznych wicehrabia Castlereagh uważał, że znalazł rozwiązanie
"kwestii polskiej": odtworzenie Królestwa Polskiego. Tymczasem Rosja
była zainteresowana zdobyciem Krakowa i Torunia, mimo że te ważne miasta
znajdowały się głęboko w austriackiej i pruskiej strefie wpływów (i nie
miały nic wspólnego z pokonaną Francją). Car Aleksander I był jednakże
człowiekiem rozsądnym. Zamiast upierać się przy Krakowie i Toruniu,
zadowolił się tytułem króla Polski. Castlereagh powinien być z tego
powodu szczęśliwy. Brytyjski minister od dawna powtarzał, że pragnie
odbudowy Polski. Wszystko więc skończyło się dobrze.
Jak się jednak okazało, Królestwo Polskie nie obejmowało wielu polskich
terytoriów, gdyż wielkie połacie dawnych ziem polskich pozostały w granicach Austrii i Prus oraz Cesarstwa Rosyjskiego, poza granicami
nowego królestwa. Królestwo nie miało też szerokiej autonomii. W roku
1830 i 1863 wybuchły powstania przeciwko ustanowionym przez Rosjan
rządom. Po drugim z nich car Aleksander II miał już dość narodowego
niezadowolenia. Polskie instytucje zostały zlikwidowane, administracja w języku polskim stopniowo zniesiona. Car "zrzekł się obowiązków" króla
polskiego, co oznaczało wcielenie królestwa do Rosji; do 1874 roku
Polska przestała istnieć. Jak powiedział ówczesny francuski satyryk,
określenie "w Polsce" stało się tożsame z "nigdzie".
Polska mogłaby pozostać w niebycie, gdyby nie mężczyzna z wąsem. W roku
1918 wąsy były modne, ale te wąsy były znane na całym świecie. Zwisały,
teatralnie obfite, z wyzywającą swobodą. Były symbolem. Definiowały ruch
wyzwoleńczy, identyfikowały człowieka, którego Polacy nie widzieli
często na oczy, a którego znali jedynie z radia. Miały też wymiar bardzo
przyziemny - zasłaniały ubytki w uzębieniu pozostałe po ciosie kolbą
karabinu zadanym przez strażnika na syberyjskim zesłaniu w 1887 r.
W kraju podzielonym i rządzonym przez trzy mocarstwa nie było wielu
możliwości wychowania przywódców nowej rzeczpospolitej. Jeden wszakże
się wyróżniał: nieprzejednanie wrogi wobec Rosji działacz lewicowy
niestrudzenie pracujący na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości,
jeśli trzeba, przy użyciu siły. To właśnie on nosił te wąsy. Nazywał się
Józef Piłsudski i w 1918 r. przebywał w niemieckim więzieniu w Magdeburgu. Jednakże jego strażnicy zdawali sobie sprawę, że
przetrzymują przyszłą głowę państwa, i nie pragnęli rządzić w Warszawie,
gdzie od ponad stu lat władali Rosjanie. Chodziło jedynie o pozyskanie
Piłsudskiego i może też odrodzonej Polski dla swej sprawy, tak by nie
stała się marionetką ententy. Nikt więc nie był zaskoczony, gdy 8
listopada 1918 r. Piłsudskiego zwolniono z internowania i podstawiono mu
pociąg specjalny, by udał się do Warszawy, gdzie "władza leżała na
ulicy". W kilka dni Piłsudski zdołał bezkrwawo zapanować nad tworzącymi
się zrębami demokratycznych rządów. Odrodziła się Rzeczpospolita Polska.
Ale nie objęła ona krainy nazywanej przez Polaków Wielkopolską,
zmienionego przez Niemców w Prowincję Poznańską obszaru, z którego
pochodził Maksymilian Ciężki. Mimo nazwy i znaczenia Wielkopolsce
groziło pozostanie poza granicami odrodzonego państwa polskiego.
Dzielenie rządów z Niemcami nie działało. Atmosfera była napięta,
niemieckie panowanie zaczęło słabnąć, prowincja dojrzewała do zmiany.
Należało jedynie dać sygnał.
26 grudnia 1918 r. Poznań odwiedził bardzo ważny człowiek i wygłosił
przemówienie w centrum miasta. Był to Ignacy Jan Paderewski, światowej
sławy pianista i rzecznik polskich praw. Jego dokładne słowa nie są
ważne: słuchacze doskonale zrozumieli przekaz płynący między wierszami.
Nazajutrz wybuchło powstanie wielkopolskie. Oddział Ciężkiego zajął
poznański dworzec. Jego kolejnym zadaniem było opanowanie pobliskiego
miasta Wronki. Udało się to bez trudu i rozlewu krwi, w innych miejscach
jednakże nie szło tak łatwo. Niemcy zaczęli się bronić. Właśnie wtedy,
gdy Wielkopolska potrzebowała każdego zdolnego do noszenia broni,
Ciężkiego powaliły problemy z płucami.
Sfrustrowany i bezczynny, Ciężki cierpiał na liście chorych, wreszcie
jednak przypomniał sobie o swoim doświadczeniu radiotelegrafisty. W Poznaniu, na północ od Starego Miasta, w początkach XIX wieku Prusacy
wznieśli duże fortyfikacje. Wysiedlono mieszkańców dwóch wsi, ale ich
związana z winoroślą historia przetrwała w nazwie fortu, mimo że
miejscowi nazywali go Cytadelą. W roku 1903 Fort Winiary został
wyposażony w stację telegraficzną, która teraz znalazła się w polskich
rękach. 2 kwietnia 1919 r. Maksymilian Ciężki znalazł się w poznańskiej
jednostce radiowej stacjonującej w Cytadeli1.
Tam poznał innego radiotelegrafistę, wciąż jeszcze nastolatka. Antoni
Palluth dopiero co ukończył szkołę i należał do tych młodych ludzi,
którzy pragnęli wziąć w swe ręce przyszłość kraju - czyli, innymi słowy,
wyrzucić Niemców ze swojej ojczyzny. Jednakże Pallutha do udziału w powstaniu pchała nie tylko duma narodowa. Jego zadania dokładnie
odpowiadały jego zdolnościom i zainteresowaniom.
Antoni Palluth potrafił zdziałać cuda. W telegrafii bezprzewodowej było
coś niezwykłego. Powietrze przesycone było niewidzialnymi,
niesłyszalnymi, niewyczuwalnymi wiadomościami. Jednak przy użyciu
nowoczesnego sprzętu można było zmusić powietrze, by zdradziło swoje
sekrety. Wśród trzasków i szumów tła dawało się usłyszeć rytmiczne piski
alfabetu Morse'a. Niekiedy nie sposób było utrzymać długość fali,
czasami zaś zawodziły urządzenia. Przy złej pogodzie usłyszenie sygnałów
było wyzwaniem. Palluth wszakże dbał o swoje urządzenia, a te reagowały
na jego talent. Antoni Palluth był wyśmienitym inżynierem
radioelektronikiem.
Palluth i Ciężki niedługo służyli razem, ale ich spotkanie miało ważne
konsekwencje. Ci dwaj młodzieńcy byli wcieleniem nowego, zorientowanego
na techniczne nowości kraju, jakim stawała się Polska. Byli radiowcami.
Przyjaźń Ciężkiego i Pallutha miała przetrwać ćwierć wieku, oni zaś
mieli odegrać jedne z głównych ról w międzynarodowym wysiłku złamania
szyfrów niemieckiej Enigmy. Na razie jednak ich współpraca została
przerwana. W połowie maja Pallutha przeniesiono do służby w północnej
części Wielkopolski, a w tym samym roku Ciężki został skierowany na
kolejny kurs.
Tymczasem należało zadecydować o powojennym kształcie Polski, aby
uniknąć powtórki roku 1814. Po zmaganiach armii, tysiącach poległych i zrujnowaniu gospodarek zwołano konferencję pokojową. Ponownie, tak jak w 1814 r., usłużni Brytyjczycy proponowali nowy przebieg granic, mówiąc
górnolotnie o odbudowaniu silnego i niepodległego państwa polskiego. Tym
razem jednak, po części dzięki dokonaniom swoich żołnierzy, Polacy
zostali zaproszeni do stołu obrad. Na ich obecność naciskali Francuzi. Z perspektywy francuskiej głównym celem obrad było powstrzymywanie
Niemiec. Kluczowe znaczenie miało tu wytyczenie granicy
polsko-niemieckiej. Jednakże nie tylko Francuzi bardzo przychylnie
spoglądali na odbudowę państwa polskiego. Sformułowany przez prezydenta
Wilsona program pokojowy, jego słynne czternaście punktów, zawierał pod
pozycją trzynastą następujące słowa:
Powinno zostać stworzone niepodległe państwo polskie, obejmujące
terytoria zamieszkane przez ludność niezaprzeczalnie polską, i musi mu
zostać zapewniony wolny dostęp do morza. Niepodległość polityczna,
gospodarcza oraz integralność terytoriów zamieszkanych przez tę ludność
będą zagwarantowane przez konwencję międzynarodową.
Wszystko to brzmiało wspaniale i stworzyło podstawy do energicznych
rozmów prowadzonych wśród dymu cygar w paryskich salach konferencyjnych.
Ale punkt trzynasty programu Wilsona był jedynie deklaracją intencji.
Zachodnia granica Polski na papierze miała wyglądać mniej więcej tak,
jak przebiegała do drugiej połowy XVIII w. Tyle że w drugiej połowie
XVIII w. Niemcy nie istniały jeszcze jako państwo. Zdaniem Niemców
granica winna przebiegać tam, gdzie w 1914 r., gdy państwo polskie nie
istniało. A co z obszarami wschodnich Niemiec, teraz zmieniających się w zachodnią Polskę, na których przez dziesięciolecia osiedlali się Niemcy?
Czyim kosztem Polska miała otrzymać "dostęp do morza"? I kto miał
udzielić temu międzynarodowych gwarancji?
Odtworzona Polska miała zatem czego się obawiać ze strony wciąż
potężnego niemieckiego sąsiada, którego wojska nadal okupowały znaczną
część kraju. Niestety Polacy wyraźnie nie zrozumieli celu konferencji
pokojowej. Konferencja nie dotyczyła usunięcia Niemców z Polski ani też
zapewnienia Polsce możliwości przetrwania i podstaw przyszłego
dobrobytu. Konferencja dotyczyła granic Niemiec. Z punktu widzenia
ententy ustalenie ich miało wystarczyć do rozstrzygnięcia kwestii
polskiej.
Jednakże "W lutym 1919 roku zarówno Rosja, jak i Polska były państwowymi
oseskami: pierwsza miała szesnaście miesięcy, druga ledwie cztery. Obie
odczuwały chroniczny niepokój, nie mogły złapać oddechu i łatwo
podnosiły wrzask"2. Ani Polska, ani Rosja nie czekały, aż wielkie
mocarstwa konferujące w Paryżu poinformują je o podjętych dla ich dobra
decyzjach. Zamierzały - a dokładniej Sowieci zamierzali - rozstrzygnąć
sprawę po swojemu.
Włodzimierz Iljicz Uljanow alias Lenin był autorem radzieckiego planu
dla Polski. "Jeśli Polska stałaby się radziecka, jeśli warszawscy
robotnicy otrzymaliby od Rosji spodziewaną i wyczekiwaną pomoc, wówczas
traktat wersalski zostałby zniweczony, cały system międzynarodowy
wzniesiony przez zwycięzców obalony". Marzenie to przejawiło się w tajnym planie "Cel: Wisła", nazwanym tak od przepływającej przez środek
Polski rzeki. Kryptonim ten zdradzał cele operacji, chociaż bolszewicy
utrzymywali, że miała ona na celu jedynie ochronę granic.
Rozstrzygająca faza wojny polsko-bolszewickiej rozpoczęła się od
wypchnięcia z Ukrainy wojsk polskich przez armię konną Siemiona
Budionnego. Potem, 4 lipca 1920 r., Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę w północno-wschodniej Polsce. Dowodził Michaił Tuchaczewski, który był
generałem w zaawansowanym wieku 27 lat. "Przez trupa Białej Polski
prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze"3 - głosił jego rozkaz
dzienny. Postępy bolszewików były szybkie i spektakularne. 3. Korpus
Kawalerii - osławieni Czerwoni Kozacy - szalał na północy, podczas gdy
Tuchaczewski nieustępliwie parł na zachód. Rosjanie zbliżyli się do
Wisły na wschód od Warszawy. Gdyby stolica upadła, bolszewicy mogliby
swobodnie pomaszerować na Europę. Spełniłoby się nareszcie marzenie
Lenina.
W znanym belgijskim kurorcie Spa, sławnym ze źródeł wody mineralnej,
sprzymierzeni szykowali się na kolejną sesję palenia cygar. Tym razem
konferencja dotyczyć miała reparacji wojennych. Na nieszczęście dla
dostojnych gości konferencji w Spa w końcu pierwszego tygodnia lipca
1920 r. wody zrobiło się nieprzyjemnie dużo. Ulewy przemoczyły delegatów
i pogorszyły ich nastrój. Jakby za mało było problemów z reparacjami,
Polacy podnieśli kwestię wrzenia na wschodnich pograniczach Europy,
które oczywiście było winą samych Polaków. Zagarnęli oni Wilno (Vilnius)
oraz obszary zamieszkane przez ludność niepolską wokół Lwowa (Lviv).
Upierali się w sprawie Gdańska. A teraz jeszcze domagali się od
sprzymierzonych pomocy przeciwko Rosjanom.
Brytyjczycy zaczęli podejrzewać, że rosyjska ofensywa na Polskę może być
poważną sprawą. Bez skutecznej interwencji sprzymierzonych celem
powstrzymania bolszewików w ich marszu na zachód "przeklęta durnota
bolszewizmu" - jak określił to Churchill - mogła zagrozić zachodnim
demokracjom. Demokratycznym przywódcą Wielkiej Brytanii był David Lloyd
George, człowiek, który poprowadził ją do zwycięstwa w 1918 r. Jednakże
autorytet brytyjskiego premiera blaknął, osłabiony przez jego
niezdolność do zaprowadzenia porządku na konferencji. By odsunąć w czasie polityczny kryzys, Lloyd George musiał przynieść Europie pokój. W tym celu potrzebny był mu człowiek z Woli Okrzejskiej.
Wola Okrzejska leży około 100 kilometrów na południowy wschód od
Warszawy. Miejscowość ta jest tak mała, że na wielu mapach nawet jej nie
zaznaczono. Jest to wszakże miejsce zapisane w polskiej podświadomości,
gdyż to tam urodził się polski odpowiednik sir Waltera Scotta. Henryk
Sienkiewicz był laureatem Nagrody Nobla i jednym z najbardziej znanych
wówczas na świecie pisarzy. W każdym domu znajdował się egzemplarz jego
Quo vadis, powieści o miłości i losie chrześcijan w Rzymie Nerona,
przetłumaczonej na co najmniej pięćdziesiąt języków i do 1924 r.
trzykrotnie zekranizowanej. W Polsce Sienkiewicz był lepiej znany ze
swych patriotycznych powieści ulokowanych w czasach Rzeczpospolitej
Obojga Narodów, gdy bohaterscy Polacy walczyli przeciwko zbuntowanym
Kozakom, niepowstrzymanym Szwedom i drapieżnym Moskalom. W roku 1920
straszni Czerwoni Kozacy szaleli po Polsce, tak jak w czasach
opisywanych przez Sienkiewicza, Armia Czerwona zaś parła nieubłaganie na
Warszawę.
Było zatem całkowicie właściwe, że w czasie tego kryzysu Lloyd George
szukał inspiracji u innego człowieka z Woli Okrzejskiej. Człowiek ten
urodził się w roku 1888 w domu, który jego dziadek nabył od stryja
Henryka Sienkiewicza. Kiedyś nazywał się Ludwik [Bernsztajn]
Niemirowski; pod tym nazwiskiem zabłysnął jako student we Lwowie,
Lozannie, Londynie i Oksfordzie. W roku 1907, jako Lewis Namier, osiadł
w Wielkiej Brytanii. Gdy wybuchła wojna, oksfordzcy przyjaciele
"wydostali go z wojska (słaby wzrok i gardłowy akcent mogły zapewnić mu
kulkę tak od Niemców, jak od własnych żołnierzy), zapewniając stanowisko
w służbach wywiadowczych Foreign Office"4. Później Namier brał udział w negocjowaniu traktatu wersalskiego. W roku 1920 był uznanym w Foreign
Office ekspertem od geografii Polski. Tradycją brytyjską na
międzynarodowych konferencjach pokojowych było radzenie sobie z niesfornymi narodami za pomocą kreślonych na mapie linii, a Namier nie
żałował ołówka. Brytyjczycy zaproponowali granicę polsko-rosyjską, która
miała ich zdaniem rozwiązać problem polskiej granicy wschodniej i doprowadzić do szybkiego zakończenia wojny. Linię tę nazwano od szefa
Namiera, lorda Curzona, ministra spraw zagranicznych w rządzie Lloyda
George'a. Jako że nie miał on nic wspólnego z jej powstaniem, jest dość
niesprawiedliwe, że nosi ona jego imię. Ironią losu jest też to, że jest
ona tworem polskiego emigranta.
Linia Curzona biegnie mniej więcej z północy na południe wzdłuż
przepływających w dogodnym kierunku rzek. Na południu jednak rzeki nie
chciały płynąć tak dogodnie. Istniał też spór, czy linia powinna
przebiegać na wschód od Lwowa (w ten sposób polski Lwów i jego
niepolskie otoczenie znalazłyby się w Polsce), czy też na zachód od
Przemyśla (w ten sposób oba miasta znalazłyby się na Ukrainie, czyli w przyszłym ZSRR). Żadna z tych możliwości nie była dobra, gdyż oznaczały
one dla którejś ze stron poważne ustępstwa terytorialne. Pod brytyjską
presją dyplomatyczną, przy codziennie gorszych wieściach z frontu,
polska delegacja ugięła się. Musiała wystarczyć mniej niekorzystna
wersja linii Curzona, ta z Lwowem po stronie polskiej. Państwo polskie
nie miało jeszcze dwóch lat, a już cedowało wielkie terytoria na rzecz
Rosji. Była to powtórka z rozbiorów. Jeśli kraj miał przetrwać, musiał
dokonać czegoś niezwykłego, nowoczesnego cudu.
Porucznik Stanisław Sroka pracował jako radiowiec w Warszawie. Zamiast
okrywać się chwałą na froncie, zajmował się nudnym ocenianiem
przechwyconych rosyjskich radiodepesz. Było to żmudne i przybijające
zajęcie, jednak życie toczy się nadal, wojna nie wojna. Siostra Sroki
wychodziła za mąż, toteż porucznik poprosił o okolicznościowy urlop, by
mógł zaprowadzić pannę młodą do ołtarza. Rosjanie wszakże nie byli
uprzejmi wstrzymać działań na czas zaślubin, więc ktoś musiał zastąpić
porucznika w jego nudnych obowiązkach, podczas gdy tańczono i lała się
wódka. Tej ostatniej musiało być sporo, gdyż zastępstwo miało trwać aż
dwa tygodnie. Na zastępcę wybrano innego porucznika, lecz w odróżnieniu
od Sroki czytał on opowiadanie Edgara Allana Poego Złoty żuk. W Złotym żuku prosty szyfr prowadzi bohatera do ukrytego skarbu -
historia ciekawa i działająca na wyobraźnię. Porucznik Jan Kowalewski,
ów zastępca, dobrze skorzystał z lektury. W ciągu tych dwóch tygodni
zmienił radionasłuch w innego rodzaju skarb, który podziałał na
wyobraźnię polskiego Sztabu Generalnego.
Kowalewski bowiem, otrzymawszy szereg przechwyconych wiadomości
chronionych jakimś szyfrem numerycznym, nie zadowolił się analizą
sygnałów wywoławczych i zgadywaniem działań rosyjskich, ale zapragnął
poznać treść szyfrogramów. Postanowił rozwiązać zagadkę i wkrótce
zorientował się, że to prosty bigram z nałożonym dwunastocyfrowym
kluczem. Depesze z pewnością zawierały informacje warte poznania.
Rozszyfrowane ujawniły nie tylko zamiary czerwonych, ale też ich ocenę
sytuacji białych. Zagrożeniem dla Polski nie byli wyłącznie bolszewicy.
Gdyby do władzy wrócili rosyjscy imperialiści, pragnęliby odzyskać całe
swoje imperium, aż po granicę Niemiec. Jednakże dekryptaże Kowalewskiego
ukazały, że dowódca białych, generał Denikin, jest zagrożony na tyłach
przez czerwonych. Wgląd w sytuację obu stron rosyjskiej wojny domowej
zadziwił polskiego szefa sztabu, generała Rozwadowskiego. W ten sposób
mógł obserwować całą strategiczną układankę. Wiadomości nie były dobre,
ale z pewnością bardzo potrzebne. Odtąd radionasłuch i dekryptaż stały
się działaniami priorytetowymi.
Jan Kowalewski z postury przypominał niedźwiedzia, ale znajomi cenili go
za poczucie humoru i niezwykle lotny, błyskotliwy umysł. Powierzenie
Kowalewskiemu dekryptażu było krokiem, który miał wyprowadzić Polaków na
czołowe miejsce w sztuce łamania szyfrów. Kowalewski zażądał
przydzielenia mu wszystkich ochotników, którzy w cywilu byli profesorami
matematyki. Przed nim łamanie szyfrów powierzano językoznawcom i psychologom. Jednak Kowalewski był z zawodu inżynierem i oto projektował
na nowo zawód kryptoanalityka.
Nowe, naukowe podejście wkrótce dowiodło swej skuteczności. W ciągu
trzech dni w początkach lipca 1920 r. przechwycone depesze ujawniły nowe
rozkazy operacyjne Rosjan mające skoordynować działania Budionnego z innymi oddziałami Armii Czerwonej prowadzącymi ofensywę przeciw Polsce:
Rozkaz do armji Południowo Zach. Frontu. (...) XIV-a armja biorąc pod
uwagę zadania konnej armji, złamie opór nieprzyjaciela na linji rzeki
ZBRUCZ i całą siłą swojej grupy szturmowej poprowadzi decydującą
ofensywę w ogólnym kierunku na TARNOPOL-PRZEMYSL-GORODOK.
Głównodowodzący połud.zach.Frontem JEGOROW
Członek Rady rewolucyjnej frontu STALIN
Szef Sztabu Poł.Zach. Frontu PIETIN
(...)
24/VII-1920 roku.
Deszyfrował / Za zgodność z oryginałem
Kowalewski5
Rozkazy te zapowiadały nową ofensywę:
Nieprzyjaciel sam informował nas dokładnie na temat swej kondycji
moralnej i materialnej, o liczebności oddziałów i o stratach, o uzyskanych zwycięstwach i odniesionych porażkach, o swych zamiarach i rozkazach, o miejscach postoju swych sztabów, o rozmieszczeniu swych
dywizji, brygad i pułków itp. (...) Mogliśmy śledzić całą operację Armii
Konnej Budionnego w drugiej połowie sierpnia 1920 r. z niebywałą
precyzją. (...) 19 sierpnia przechwyciliśmy, 20 sierpnia zaś odczytaliśmy
cały rozkaz operacyjny Tuchaczewskiego do Budionnego, w którym
Tuchaczewski wyliczał zadania wszystkich swoich armii.6
Informacje owe natychmiast trafiły do rąk szefa sztabu, część zaś nawet
na biurko naczelnego wodza, Józefa Piłsudskiego.
Szło to wszystko coraz lepiej. Radionasłuch przechwytywał depesze
zawierające informacje o składzie sił bolszewickich, ich rozmieszczeniu,
a nawet o nowych szyfrach, jakie zamierzały wprowadzić. Podsłuchiwał
spory o lukę pomiędzy Tuchaczewskim a Biudionnym. Armia Czerwona
Tuchaczewskiego była bez wątpienia rozciągnięta. Miało to sens, jeśli
Rosjanie pragnęli obejść Warszawę, jednakże czyniło ich podatnymi na
kontratak, gdyby Piłsudskiemu udało się skoncentrować dość sił. Naczelny
wódz pospiesznie gromadził wojska naprzeciw luki, odsłaniając Warszawę,
tak by móc wyjść na tyły Tuchaczewskiego w klasycznym napoleońskim
manewrze. Słabszy Piłsudski ogromnie ryzykował, opierając się na
informacjach wywiadowczych dostarczonych przez Kowalewskiego.
12 sierpnia 1920 r. jednostka Kowalewskiego przechwyciła kilkustronicową
depeszę. Od razu wyglądała ona na ważną, nie tylko z racji długości, ale
także użycia nowego szyfru. Zespół Kowalewskiego był u szczytu swych
możliwości - ledwie godzinę zajęło mu złamanie nowego systemu i rozszyfrowanie wystarczająco dużej części depeszy, by poznać jej sens.
Decydujące uderzenie na Warszawę rozpocząć się miało 14 sierpnia, więc
czasu na reakcję było niewiele. Rozciągnięte na setki kilometrów armie
radzieckie musiały polegać na łączności radiowej. Należało uniemożliwić
Tuchaczewskiemu działanie w czasie, gdy Piłsudski kończył własne
manewry. By zatem zyskać choćby częściową przewagę, naczelny wódz
nakazał zakłócić rosyjską łączność radiową. Pozbawiał się w ten sposób
dopływu informacji wywiadowczych, ale powodował opóźnienia i zamieszanie
w szeregach przeciwnika, a potrzebował jeszcze kilku dni7.
Cud nad Wisłą. Rosyjski radiogram, podpisany przez Stalina, a rozszyfrowany przez Jana Kowalewskiego, z czasów wojny polsko-bolszewickiej, 1920 r.
Przegrupowanie zakończono. Od uderzenia generała Władysława Sikorskiego
rozpoczęło się wielkie rolowanie armii Tuchaczewskiego. Napastnicy
stanęli przeciwko lokalnej przewadze polskiej i byli po kolei rozbijani.
Polacy wzięli sto tysięcy jeńców. Przerażeni Czerwoni Kozacy
pogalopowali do Prus Wschodnich, gdzie zostali internowani przez
Niemców. Tuchaczewski z resztkami swej armii uciekł do Rosji, gdzie
czekały go reprymendy Trockiego i Lenina.
W Polsce wydarzenia te nazwano "cudem nad Wisłą". W sierpniu 1914 r. na
ziemiach polskich istniały trzy różne organizmy państwowe. Obowiązywało
sześć walut, cztery kodeksy prawne, dwa standardy rozstawu szyn
kolejowych i mówiono wieloma językami (choć jedynymi "oficjalnymi" były
niemiecki i rosyjski2). Teraz kraj był zjednoczony, nastał
pokój, a Polska mogła powrócić do swego godła - białego orła w koronie,
z rozłożystym ogonem, na czerwonym polu. Kluczowa rola dekryptaży
Kowalewskiego została uznana przez władze, które - być może w większym
stopniu niż jakikolwiek inny rząd na świecie - pojmowały znaczenie
nowoczesnego podejścia do tego zadania. Dzięki polskim kryptoanalitykom
Europa miała pozostać wolna od bolszewickiego zagrożenia. Na razie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozejm w Compi?gne podpisała delegacja republiki - przyp. tłum. [wróć]
W Galicji był to także język polski - przyp. tłum. [wróć]