Rozdział II
Dolina po bitwie
35 000 lat p.n.e.
Ciało Erika drgnęło i mężczyzna, wiedziony jakimś pierwotnym, oddalonym od świadomości impulsem, zaczął się podnosić. Potężne muskuły zagrały pod skórą, ale zaraz wiking osunął się bezwładnie i tylko wielki głaz za plecami uchronił go przed upadkiem.
Wojownik był pogrążony we wspomnieniach tak głęboko, że gdyby atak dzikiej nastąpił w tym momencie, zakończyłby się powodzeniem. Ostatni z prawdziwych ludzi - jeśli nie liczyć Orma - którego bogowie zepchnęli w objęcia Hel, siostry wilczego Fenrira i córki zdradzieckiego Lokiego, uciekając przed tym, co teraz, sięgnął do początków tej śmiertelnej przygody. Ale czy życie jest czymś więcej niż dążeniem do śmierci? Czy droga ta, raz kręta i mozolna, innym razem prosta i krótka, nie wiedzie zawsze do jednego celu?
Znów przepłynęły mu przed oczami ostatnie miesiące i jak zawsze zastanawiał się, co poszło nie tak. Czy mogli uniknąć takiego losu, pójść inną ścieżką? Może gdyby zawczasu znał przyszłość i skutki własnych czynów oraz następstwa działań swoich kompanów...? Ale równie dobrze mógłby chcieć przenikać przez skałę czy pić za życia u stołu Odyna. Pomimo ogarniającej go beznadziei, a może właśnie dzięki niej, wszystko wróciło, i to ze zdwojoną siłą. Czuł się niby bard, opowiadający przy trzaskającym ogniu historię życia, albo ojciec, który siedząc wraz z synem przed domostwem, snuje przed młodzikiem opowieść, ku pamięci i przestrodze.
Było nas pięciu krzepkich Swjonów3, poddanych konunga szwedzkiego Eryka Zwycięskiego, którzy by napełnić mieszki złotem, najęli się wraz z resztą oddziału na służbę do kniazia lackiego Mścisława. W oczekiwaniu na koniec zimy, która zwyczajowo była okresem gromadzenia tłuszczu pod skórą, a nie wojaczki, przyjęliśmy propozycję ochrony konwoju, złożoną przez miejscowego kupca zwanego przez krajan Glapą - chutliwego sknery. Psiajucha jeden upodobał sobie jasnowłose, piersiaste dziewoje i nie przepuścił żadnej, o ile nie stał za nimi z tęgim kijem jaki mąż. Wraz z nim wyruszyliśmy w drogę ku wybrzeżu, by kupić trochę przedniego oręża, którym handlowali kapitanowie zamorskich langskipów.
To były dobre, szczęśliwe chwile, i to pomimo srogiej zimy, która mocno trzymała w garści słowiańską domenę. Choć czasy niespokojne, tu i ówdzie bowiem chodziły słuchy o gromadzeniu się zbrojnych, i to po obu stronach granicy. Władyka germański Magnis Sedov przymierzał się ponoć do ataku na Słowian. Chciał krzewić wśród nich wiarę w prawdziwego Boga, nie zważając na fakt, że ten już jakiś czas temu zawitał pod lackie strzechy. Kniaź Mścisław nie był w ciemię bity i planował uprzedzić sąsiada. Ot, przygraniczne swary, które zawsze dawały chleb takim najemnikom jak my.
W każdym razie nasza piątka - to jest: Sven Aunsson, Bj?rn Niedźwiedź, syn Ruryka, Harald Dallaksson, Orm Młot, syn Frodiego, i ja, Erik Eriksson, najmłodszy syn Eryka Zwycięskiego, konunga szwedzkiego, i Sygrydy Storr?dy, zwanej tutaj Świętosławą, córki konunga Mieszka I i siostry Bolesława, którego Słowianie zwą Chrobrym - trafiła do wsi leżącej niedaleko potężnej Vistuli, niedbale toczącej swoje wody przez równinne zalesione tereny Estlandii.
Bogowie nie cierpią gnuśności u ludzi, co innego wśród swoich, więc rzucili nasz niewielki oddział wraz z eskortowanym kupcem w środek walki toczonej pomiędzy miejscowymi chłopami a Niemymi, którzy właśnie z mieczem i toporem w ręku składali "sąsiedzką wizytę". Jakby tego było mało, po zwycięskiej potyczce Thor, albo sam Odyn, pokazał niezadowolenie i przeniósł całą wieś - ludzi, dobytek, bydlęta, zabudowania, nawet wioskowe kundle - do innego świata, w którym czekały na nas lód, śnieg i jak się okazało: śmierć. Nie wiem do dzisiaj, czy to była kara za pozostawienie wrogów przy życiu, czy też zwykła igraszka bogów, w każdym razie tego dnia po raz ostatni czułem swojski, znajomy zapach gęstego boru i żyznej czarnej ziemi.
Pogrążony w głębokiej zadumie, niby we śnie, westchnąłem ciężko na wspomnienie zimowej tułaczki, która zabrała wielu słabszych towarzyszy. Nie wszystko było jednak złe. Na mgnienie oka w moich wizjach pojawiła się Jagna, córka naczelnika wioski Sławoja. Jednak ta chwila przeminęła równie gwałtownie jak iskra lądująca w śniegu. Szybko porzuciłem myśli o dziewczęciu, bo było to miłe sercu, ale bolesne wspomnienie.
Po wielu przygodach znaleźliśmy dolinę. Słowo to pachnie jeszcze teraz w mojej głowie domem, dymem z wędzarni i nadzieją. Miejsce było dogodne do obrony, w połowie przegrodzone potężną, wypływającą spod skał rzeką, z wąskim na kilku ludzi przesmykiem z drugiej strony.
Wszystkim zdawało się, że bogowie w końcu odpuścili sobie zabawę w to, kto z nas przeżyje, a kto umrze z zimna, w paszczy bestii z koszmarów czy zabity przez ludożerców. Tak powstała osada, której moi druhowie nadali nazwę Skjaldborg, oznaczającą w mowie ludu Północy "mur tarcz". Wreszcie mogliśmy spać spokojnie, bez broni w zasięgu ręki. Znowu rozbrzmiewał śmiech pacholąt, niewiastom zaczęły rosnąć brzuchy - mimo tego, że ich mężowie od świtu do zmierzchu pracowali niemal ponad ludzkie siły, by zdążyć do kolejnej zimy z budową drewnianych chat. Nikt się nie skarżył. To były dobre dni.
Ale i tu dopadł nas pokrętny los. Nie byliśmy jedynymi mieszkańcami w Ginnungagapie, bo to musi być ta okrutna pierwotna kraina, w której ogień ze świata Muspelheimu i lód z Niflheimu toczą swe boje, dając początek życiu. Ja i moi kompani wdaliśmy się, zresztą całkiem przypadkowo, w wojnę toczoną na tych ziemiach pomiędzy ludem starej rasy - potężnym niegdyś, ale obecnie nielicznym i szukającym ocalenia na mroźnych pustkowiach - a małymi i zawziętymi dzikusami, nowymi panami tego świata. Ci ostatni przekroczyli góry, porwali Jagnę i zaatakowali osadę. Choć uzbrojeni jedynie w krzemienne ostrza i toporne, kamienne młoty, zalali nas, przybyszów z innego świata, masą i przetrwaliśmy tylko dzięki pomocy pobratymców Wierzby, jednej z pierwszych kobiet starej rasy, które dane mi było spotkać w tej krainie, o ile przetrwaniem można nazwać przeżycie jedynie dwóch wikingów z całej kilkudziesięcioosobowej społeczności.
Mężczyźni tego prastarego ludu byli potężni, przewyższali siłą najlepszych z nas. Ich długie, muskularne ręce mogły złamać człowieka na pół niczym suchą gałąź. Gęste, krótkie jasne włosy porastały prawie całe ciała, a srogi i chmurny wygląd nadawały twarzy wystające łuki brwiowe. Broń i narzędzia robili z kości zwierząt i twardych skalnych odłamków, ale po co komu żelazo, skoro gołą ręką jest w stanie pokonać wroga zakutego od stóp do głów w metal.
Lud ten żył w niewielkich rodzinnych grupach, przemierzając ziemie w niezmiennym rytmie narodzin i śmieci od wielu ár?úsundów4 i setek pokoleń. Mieli jeszcze coś, z czym nie zetknęliśmy się nigdy wcześniej - mowę bez słów. Za jej pomocą przesyłali sobie na wielkie odległości nie tylko wypowiedzi, ale także oglądane obrazy, wiedzę i doświadczenia, i zachowywali je dla potomnych we wspólnej pamięci. Bogowie ziemi, skał i drzew, w których wierzyli ludzie starej rasy, musieli być potężni, jeśli dali stworzonym przez siebie istotom takie umiejętności. Ich wyrokiem również ja, choć na krótko, uzyskałem ten dar.
Mowa bez słów miała jednak swoją ciemną stronę. Cierpienie i śmierć jednego osobnika przysparzały bólu całej społeczności, dlatego ci olbrzymi nie łączyli się w większe plemiona, zdolne stawić czoło młodszym rasom, napływającym z terenów zwanych przez miejscowych Matką. Odległość łagodziła te objawy.
Rozmyślania te przerwało ukłucie bólu. W roztargnieniu grzbietem dłoni potarłem skórę na głowie. Zerwałem przy tym świeże strupy i ciepła krew zalała mi twarz. A jednak wygraliśmy - myśl ta była niczym gorzki smak sproszkowanej kory wierzbowej na języku, a słowo "zwycięstwo", które zapaliło się pod czaszką niby pochodnia w skalnej grocie, równie szybko zgasło.
My wykrwawiliśmy się niemal śmiertelnie, więc chwała i radość pasowały tu jak miód do łoju.
Dosyć. Otrząsnąłem się ze wspomnień, rzucając głową niczym pies chcący pozbyć się nadmiaru pcheł. Krople krwi ze świeżo otwartej rany prysły na boki i zlały się w szarówce jaskini z rubinową czernią kamiennej posadzki.
Widok, który miałem przed oczami, mógł być snem szaleńca wtrąconego do Nastrandu. Ciała dzieci na tyle małych, że za życia nie były zdolne unieść broni ani pomagać w obronie doliny w inny sposób, niż donosząc strzały i strawę swoim ojcom i starszym braciom, leżały z podciętymi gardłami w głębokiej niszy, tuż poza zasięgiem mojego ramienia. Nie wszystkie jednak, niestety. Mój wzrok natrafił na truchło, które należało do najwyżej kilkumiesięcznego oseska. Złożone teraz pod dziwnym kątem, przed śmiercią musiało być zwyczajnie roztrzaskane o twardą skałę i porzucone nieopodal wejścia.
Ono musiało się urodzić już tu. Dla nich chcieliśmy przetrwać, mieli być naszą przyszłością, naszą nadzieją...
Tuż przy dzieciach leżały matki. Własnymi piersiami osłaniały latorośle przed dzikimi. Miały modi5 w sercach, ale zabrakło siły w ramieniu. Teraz leżały nieruchome, blade i zimne obok swoich pociech.
Starcy walczyli i zabrali ze sobą kilku napastników, ale przewaga tych ostatnich była zbyt wielka. Pobratymcy Wierzby przybyli za późno. Pozostała im tylko zemsta, a ta jeszcze nigdy nie przywróciła nikogo do życia, choć była miła bogom i ludziom.
Wstałem powoli, czując się niczym wiekowy mąż. Wraz z nadzieją siły wyciekały ze mnie jak woda z dziurawego rybiego pęcherza. Rana na ramieniu zadana kamiennym ostrzem zasklepiła się już niemal zupełnie, a po odrętwieniu pozostało jedynie rytmiczne pulsowanie.
Dosyć już miałem zapachu i widoku śmierci. Wyszedłem na zewnątrz.
Orm, mój jedyny krajan, który przeżył masakrę, stał oparty o skalną ścianę i patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Z rany przy uchu, a może kilku ran, krew płynęła mu po policzku cienkim strumieniem. Skapywała z brody na kolczugę i zdobiła metal kolejną rdzawą plamą, ale mój przyjaciel zdawał się tego nie zauważać.
Chłodne wieczorne powietrze delikatnie szczypało w twarz. Nie czułem wszakże zimna, a jedynie orzeźwienie i miękki podmuch wiatru na twarzy. Słońce ścigane przez Skölla powoli zmierzało do miejsca nocnego spoczynku. Wziąłem głęboki oddech, a ściśnięte płuca jakby niechętnie wpuściły powietrze do środka. Życie na zewnątrz toczyło niezmiennie swe boje. Ktoś ginął, ale na jego miejsce przychodzili nowi. Zagłada nawet całego stada renów nie oznaczała wyginięcia tych szlachetnych zwierząt. Z nami było inaczej. Fala beznadziei znowu zalała moje myśli.
Po każdej zwycięskiej bitce miód smakował lepiej, zapachy były intensywniejsze, kobiety bardziej chętne, a mężowie skorzy do uciech, ale tym razem radość zwycięstwa miała gorzki posmak porażki. Dla kogo to wszystko, skoro - o ile nie liczyć porwanej i zniewolonej przez dzikich Jagny - została nas tylko dwójka? Spojrzałem na zgarbionego druha, który teraz bardziej przypominał poturbowany przez sztorm okręt szykujący się do pójścia na dno niźli dumny i niezwyciężony drakkar.
- Trzeba tam zejść, może kto ocalał - rzekłem, zataczając ręką półkole. Miałem wrażenie, jakby ta ręka i głos należały do kogoś innego.
Orm spojrzał na mnie i bez słowa skinął głową. Patrzyliśmy na piętrzący się u stóp skalnej ściany kamienny kurhan, gdzie spoczywały pospołu ciała obrońców i napastników, na których w ostatnich minutach walki spuściłem rzekę przygotowanych w tym celu głazów. Kurz, opadając, pokrył wszystko rdzawoszarym całunem i z wyjątkiem zostawionych przez osuwające się kamienie świeżych szram na zboczu, nie było widać śladów niedawnej krwawej potyczki.
- Po co to wszystko, Eriku? Dla kogo przez tyle miesięcy wypruwaliśmy sobie flaki, dla kogo marzliśmy na tych lodowych pustkowiach, nie mając często co do miski włożyć, żrąc wilcze żylaste truchło? Dla trupów? - Mój druh zastygł niczym posąg, a głos wydobywał się spomiędzy jego zaciśniętych warg niby z samego wnętrza Ormiej istoty.
Chciałem mu powiedzieć, że dla siebie samych, dla tych kilku ostatnich radosnych miesięcy, podczas których w wiosce, poza stukaniem narzędzi, słychać było śmiech, ale wzruszyłem ramionami. Równie dobrze mógł zapytać, dlaczego Słońce nie spada na ziemię, tylko gna po naszym niebie, albo czemu dzień w dzień dzielna para koni, Alsvidh i Arvak, ciągnie rydwan słoneczny ze wschodu na zachód, a nie odwrotnie.
- Bogowie są kapryśni i nie zawsze robią to, co ma sens, a przynajmniej nie dane jest nam go dostrzec. - Mówiąc to, zacząłem ostrożnie schodzić po stromym i śliskim zboczu. Ostatnie kilka metrów zjechałem na plecach.
Dopiero na dole zobaczyłem szczątki ludzkie gdzieniegdzie wystające spod kamieni. Ręka jakiegoś dzikiego, ciągle zaciśnięta na kamiennym ostrzu, wskazywała prosto w niebo, jakby oskarżając bogów o tę masakrę. A może to była prośba o pomoc? Tu i ówdzie leżały fragmenty naszego uzbrojenia: a to popękany skjold, a to rozdarty wpół skórzany półpancerz. Resztę pewnie miał przy sobie trup jakiegoś woja lub chłopa, bo ci ostatni przed rozstrzygającą bitwą zakładali na grzbiet, co popadło.
- Idę do wsi. - Pokazałem czubkiem miecza wciąż płonące zabudowania. - Chodź ze mną, przyda się druga klinga w skjaldborgu, a tutaj nic po tobie.
Orm stał nieruchomo, jakby mnie nie usłyszał. Jego jasne włosy były teraz szare od pyłu, który podnosił się z ziemi przy każdym naszym kroku. Wydawał się nieobecny, jakby dostał obuchem topora w łepetynę.
- Ormie, synu Frodiego! - Teraz niemal krzyczałem, potrząsając nim niczym workiem fasoli.
Spojrzał swoim jednym okiem nieco przytomniej.
- Idę, tylko to wszystko takie, takie...
Wydawało się, że coś w nim pękło. Po jego nieruchomej twarzy ciekły łzy, żłobiąc w pokrywającym ją pyle kręte ścieżki. Nigdy wcześniej nie widziałem go płaczącego. Gdy było naprawdę źle, co najwyżej odchodził gdzieś na ubocze, głuchy na nawoływania kompanów, by pijąc na umór, sam na sam rozprawić się z własnymi demonami. Śmierć nie była dla nas pierwszyzną, ale zawsze u kresu nawet najtrudniejszej drogi czekał dom i nasi ludzie. Dopiero teraz zrozumiałem, jak wiele sił daje nadzieja, a jak śmiertelnym wrogiem jest jej brak. Tu obce były nawet zapachy, a właśnie straciliśmy towarzyszy, którzy łączyli nas z dawnym życiem. Umrzeć w walce to szybki i zaszczytny koniec i krok do Walhalli, ale przeżyć i widzieć, jak przyjaciele, jeden po drugim, opuszczają ten świat - to całkiem co innego.
- Zajmijmy się czymś - mruknąłem do niego, a może i do samego siebie.
Droga do wioski usiana była ciałami dzikich, przetykanymi zgrzebnym płótnem odzienia lub brązem skórzanego napierśnika jakiegoś wieśniaka. Skjaldborg stał w płomieniach. Żar był tak potężny, że pomiędzy zabudowania nie mogliśmy jeszcze wejść, ale i bez tego wiedzieliśmy: nikt nie uszedł cało z tej ognistej pułapki, z tej kuźni Alfrigga. Na spotkanie z nami wybiegło tylko kilka osmolonych wioskowych kundli.
- Wyciągniemy z pogorzeliska, co się da, ale jeszcze nie teraz. - Ominąłem zabudowania i poczłapałem w kierunku palisady.
- Co chcesz zabierać z tego stosu pogrzebowego? Lepiej sami tam wskoczmy, niech ogień dokończy dzieła.
Odwróciłem głowę mimo woli, niczym kukiełka wiedziona sprawną ręką lalkarza. Popatrzyłem na tego nieustępliwego i nieznającego strachu woja, jakbym go zobaczył po raz pierwszy w życiu.
- Szukajmy naszych, musimy oddać im ostatnią posługę zgodnie z tradycjami ich i naszych bogów, a potem ruszymy za góry. Odnajdziemy Jagnę, albo to, co z niej zostało, tak jak obiecałem Sławojowi. Dzicy ją porwali, ale żyje i jest teraz wszystkim, co mam. Tylko ona i ty, Ormie.
Moje słowa podziałały na niego jak sucha huba rzucona w płomienie.
- Czego ty chcesz szukać na tym zapomnianym przez bogów świecie! - Kopnął drewnianą motykę, która leżała porzucona w trawie i której nikt już pewnie nie weźmie do ręki. - Jesteśmy jak to drewno, nikomu niepotrzebni. Ja tu zostaję. - W jego głosie zabrzmiały twarde nuty oznaczające, że podjął decyzję i niełatwo go będzie przekonać do zmiany planów.
- Musimy znaleźć Jagnę! - Dźwięki wydobywające się z mojej zaschniętej krtani bardziej przypominały skrzek starej baby niźli krzyk męża. - Bez ciebie sobie nie poradzę, ale razem...
Wstrząsnął się, jakby otrzepując z kropli deszczu.
- Taa... - ni to mruknął, ni odpowiedział. - Twoja dziewka, którą dzicy porwali, gdy jeszcze nam się wydawało, że mamy przed sobą jakąś przyszłość. Ona nie żyje, Eriku, tak jak jej matka, ojciec, bracia, jak moja Nawoja! - Znowu prawie krzyczał. - Była brzemienna... - dodał ciszej, niby sam do siebie. - Brzemienna, a ja, ja... - Zamilkł, jakby niezdolny do dokończenia wypowiedzi.
Spojrzałem na niego zaskoczony.
- Jagna? A jeśli tak, to jakie to ma...
- Nie myślę o Sławojowej latorośli. - Rzucił mi roztargnione spojrzenie. - Nawoja, moja kobieta, zarżnięta jak prosię w jaskini, nosiła pod sercem nasze dziecko.
Nic nie powiedziałem. Zresztą, o czym tu gadać. Czy miałem go pocieszać, mówiąc, że będzie dobrze? Puste słowa, które nawet w moich uszach brzmiałyby fałszywie.
- Znajdźmy naszych i wyprawmy pochówek godny wojowników, przynajmniej to jesteśmy im winni. Poobcinamy paznokcie u rąk, wszystkim. - Uciszyłem jego odruchowe protesty machnięciem ręki. - Wiem, że Lachowie to nie ludzie Północy, ale Naglfar będzie tak wielki, jak wiele paznokci śmiertelników zostanie użytych do jego budowy. Ten okręt poniesie gigantów w bój z bogami w czas Ragnaröku, więc nie powinniśmy ułatwiać im zadania.
Skinął głową. Staliśmy jeszcze chwilę bez ruchu, a ciszę przerywał tylko trzask palącego się drewna. Nawet ptaki pouciekały z doliny, która pomimo początkowej obietnicy stała się dla nas jedną wielką grobową komnatą.
Jak się okazało, nie tylko my przeżyliśmy rzeź. Nagle od strony wysokich zarośli rosnących gęsto w okolicy gorących źródeł usłyszeliśmy szelest, jakby jakieś wielkie zwierzę przedzierało się przez chaszcze. Odruchowo chwyciłem za miecz. Cichy świst żelaza wysuwającego się ze skórzanej pochwy świadczył o tym, że Orm uczynił to samo.
To byli dzicy. Zatrzymali się tuż za granicą nakreśloną naszym zimnym metalem. Chwała niech będzie bogom za wyrobione latami nawyki.
- Plecami! - krzyknąłem, ale nie musiałem nic mówić, bo w tej samej chwili już opierałem się o szerokie barki mojego druha.
W wieczornym świetle banda wyglądała równie żałośnie jak my, z tą różnicą, że ich było wielu. Część odniosła we wcześniejszej walce niegroźne rany, na skórze widniały świeże, krwawe bąble oparzelin, jednak to ciągle było kilkunastu wojowników przeciwko dwóm. Krążyli wokół nas niczym stado padlinożerców nad dogorywającą ofiarą. Nadchodził húm6 i ostatnie promienie słońca oświetliły ich na tyle dobrze, że widziałem wyraźnie, jak są drobni - ani grama zbędnego tłuszczu, same kości i mięśnie. Na twarzach biała farba mieszała się z popiołem i juchą, które pospołu tworzyły kolorowe plamy i smugi.
- Jest ich za mało i nie mają tych swoich kamiennych proc, to już trupy - mruknąłem do Orma, co on skwitował plunięciem w kierunku dzikusów.
- Chodźcie, sucze syny, za moją Nawoję, za Svena Aunssona, za Bj?rna Rurykssona, za Haralda syna Dallaka, za... - przerwał, ale czułem, jak napina się do skoku.
- Stój! - Próbowałem ostudzić jego bitewny zapał, ale równie dobrze mógłbym wodą niesioną w garści gasić palenisko.
Powstrzymał się jednak na kilka chwil i o to mi chodziło. W oczekiwaniu na atak nasze długie miecze rysowały w powietrzu zwodniczo powolne półkola.
- Coś im niespieszno do bitki, ale jak ich stąd wypuścimy, sprowadzą nam na głowy swoich. - Słowa jeszcze płynęły z moich ust, gdy po szybkim wypadzie wbiłem ostrze w pierś najbliżej stojącego przeciwnika.
Osunął się bezgłośnie na ziemię z wyrazem zaskoczenia na twarzy, twarzy wyjątkowo ludzkiej w tych ostatnich sekundach życia. Malował się na niej ogromny żal, gdy umierający zrozumiał, że to już koniec.
Pogardliwie nazywaliśmy ich dzikusami, ale to my - ludy zwane z bojaźnią Normanami, wikingami czy nawet Rusami - napadaliśmy, niszczyliśmy i mordowaliśmy wieśniaków z wiosek i miast Bretanii, kraju Franków czy Kalifatu Kordoby. Oni robili to w obronie swoich terenów łowieckich, a my dla chwały, złota i niewolników. Bliżej nam do nich niż do ludzi starej rasy, którzy zrządzeniem bogów stali się naszymi sojusznikami w tym obcym świecie.
Myśli kotłowały się w mojej głowie niczym walcząca ze sobą sfora psów. Nie przeszkadzało to jednak rękom robić tego, do czego zostały przyzwyczajone przez lata ćwiczeń.
Wróciłem po wypadzie na swoje miejsce, ale zamiast solidnych pleców druha poczułem pustkę. Orm ruszył niczym śnieżna kula i jak ona parł do przodu nieubłaganie, roztrącając dzikich niby wiatr zeschłe liście.
- Na jaja Fenrira - wyrwało mi się na ten widok - plecami, mówiłem!
Zakląłem jeszcze raz, ale co było robić. Od tej chwili zajmowałem się jedynie odbijaniem ciosów kamiennych młotów i ostrzy, skierowanych w mojego gorącokrwistego przyjaciela, bo on sam wpadł w berserk i kosił wroga swoim szerokim mieczem niby żeniec łąkę. Musiałem się nieźle uwijać, bo choć byli od nas niżsi o dobrą głowę, szybkością przewyższali zwykłego męża. Ale nie mnie.
- Uważaj, głupcze, chcesz zginąć? - stęknąłem lekko, przecinając tor lotu kolejnego kamiennego noża.
Broń razem z ręką napastnika leżała teraz u moich stóp. Zaciśnięte na skórzanej rękojeści palce rozluźniły się podczas upadku i wypuściły oręż ze swoich objęć. Orm jakby niczego nie zauważył, w zapamiętaniu siekł dalej.
Nagle dwóch pokurczów rzuciło mi się pod nogi, chcąc zapewne obalić na ziemię nieuchwytnego wroga. Z całą siłą posłałem skjold w trzeciego, zachodzącego Orma z boku i wiedziony odruchem skoczyłem. Sam byłem zdziwiony, gdy moje stopy znalazły się niemal na wysokości barków druha, ale ten świat mnie zmienił. Spadając, z całym impetem nadepnąłem na głowę jednego z napastników i usłyszałem głośne chrupnięcie, kiedy jego czaszka pękła niby suchy orzech, a moje buty ochlapała szara maź. Drugi patrzył na mnie z rozwartą gębą, gdy w pełnym zamachu oburącz rozciąłem go na pół, a gnany potworną siłą miecz ugrzązł w miękkiej ziemi. Dwie połówki ciała najpierw rozchyliły się niczym krwiste płatki róży, by z mokrym mlaśnięciem upaść na zdeptany mech.
To było dla nich zbyt wiele, niedobitki dzikich rzuciły się do ucieczki. Strach potrafi namieszać w głowach nawet najroztropniejszym, pokazanie pleców przeciwnikowi, gdy ten ma nas na wyciągnięcie miecza, zawsze kończy się bowiem jednako. Orm siekł, aż nie został w pobliżu żaden wróg zdolny do walki, ale jemu i tego było mało - dobijał nawet rannych.
- Stój, chcę mieć jednego żywego! - krzyknąłem, ale z równym powodzeniem mógłbym tłumaczyć głodnemu rekinowi, że to krwiste mięso jest na później.
Było po wszystkim. Ciszę mroźnego wieczoru przerywały tylko trzaskanie płonącego ognia i odgłosy naszych urywanych oddechów.
- Co cię napadło! - Byłem wściekły i chętnie przyłożyłbym durniowi płazem miecza po łepetynie. - Muszę nauczyć się ich mowy i dowiedzieć, ile się da, nim ruszę za góry. Musiałeś rżnąć ich niczym owce? Ta w jaskini ledwo dycha, nie wiem, czy się wyliże.
Spojrzał na mnie, groźnie szczerząc zęby w zwierzęcym grymasie. W jego jedynym zdrowym oku zobaczyłem obłęd, a w kącikach ust berserkerską pianę. Z dłonią na rękojeści miecza cofnąłem się o dwa kroki, gotów bronić życia przed tym nowym zagrożeniem, ale Orm stał w bezruchu i milczeniu jak kamienny posąg. Gęste krople krwi kapały z jego klingi na ziemię, a ta wchłaniała je szybko i łapczywie, jakby tego co wczoraj było jej jeszcze za mało. Chwilę tak staliśmy w napięciu, aż w jego wzroku znowu pojawił się rozumny błysk. Odetchnąłem z ulgą. Pokonać berserkera, i to takiego jak Orm, było niełatwym zadaniem nawet dla wypoczętego woja, ja nie dość, że ledwo trzymałem się na nogach, to jeszcze straciłem sporo krwi.
Nie nadszedł jednak czas odpoczynku. Całą noc, wspólnie z czterema potężnymi włochaczami, przeszukiwaliśmy z pochodniami dolinę, ale nie znaleźliśmy już nikogo żywego, czy to z miejscowych, czy z naszych. Same trupy.
Ostatnia potyczka nie stanowiła powodu do dumy: przewaga oręża i siły po naszej stronie była zbyt duża, ale należało to zrobić, tak jak trzeba wypalić trawę, nim rolnik posieje, a potem zbierze plon. Powtarzałem sobie te słowa, obchodząc głazy i zarośla, ale myśl o zabiciu kolejnych, tak naprawdę bezbronnych w stosunku do nas dzikich, miała w sobie posmak piołunu. Zmieniłem się, ta kraina mnie zmieniła. Nie chciałem mordować, odbierać życia innym ludziom. Coś we mnie pękło, byłem teraz w stanie zrozumieć, dlaczego przedstawiciele starej rasy wybrali ucieczkę i powolną śmierć zamiast walki. Zrozumienie nie oznaczało jednak zgody na takie rozwiązanie. Ja będę walczył do końca.
Kolejne dni mijały na znoszeniu ciał i wygrzebywaniu spod stert gruzu tych, którym w porę nie udało się uskoczyć przed kamienną lawiną. Na szczęście chwycił szczypiący mróz, więc zwłoki nie zdążyły jeszcze napuchnąć. Najgorzej było w wiosce, w której starzy Lachowie urządzili na dzikich ognistą pułapkę, poświęcając przy tym własne życie. Niekiedy po fragmencie odzienia poznawaliśmy, że zwęglone truchło należało do jednego z naszych. Wiele ciał było doszczętnie spalonych i te zostawialiśmy na miejscu.
Zmarłych układaliśmy w dwóch stosach, oddzielając mężów od niewiast i dzieci. Stałem chwilę w milczeniu, żegnając się z tymi, którzy przez wiele księżyców byli dla mnie drugą rodziną. Wojów poleciłem opiece panteonu bogów zgromadzonych w Aesirze: boga wojny, honorowego Tyra; potężnego Odyna, pana Asgardu; Thora, bóstwa burzy i piorunów; Frei z rodu Wanów; i na koniec pani śmierci i świata podziemnego - Hel. Szczęściarze, jako einherjarowie, będą im służyć dzielnie podczas Ragnaröku, czekając w Walhalli, w Sali Poległych, i Sessrumnir, Sali Wielu Miejsc, na swój czas. Reszta jeszcze bardziej potrzebowała naszej modlitwy.
O dobry los dla niewiast i dzieci błagałem Jord i Friggę oraz słowiańskiego władcę świata zmarłych, Welesa. To w końcu głównie jego lud zrosił swoją krwią te ziemie.
- My ich palimy w okamgnieniu i natychmiast idą do raju.
Moje słowa jeszcze nie przebrzmiały, gdy płonące żagwie rzucone rękami Orma poszybowały płaskim łukiem w kierunku stosów. Nasączyliśmy je wcześniej tłustą, czarną, oleistą wodą z jeziorek w dolinie, więc momentalnie drewno spowił ciemny dym, a potem w górę strzeliły jasne, mocne płomienie.
Gdy żar zaczął lizać ciała poległych, w niebo wzleciał tłusty, żółty tuman, który stanie się pewnie od teraz naszym nieodłącznym towarzyszem.
Wierzba z czwórką pobratymców pomagała, jak mogła, nie odstępując jednak ani na krok swojego maleństwa. Kwiliło czasem, budząc życie w tym kurhanie pełnym trupów i ludzi, którzy umarli za życia. Z niepokojem patrzyłem na Orma. Od bitwy nie miał w ustach nic poza wodą. Jego jasnoruda broda i potężne wąsiska były tak skołtunione, że tylko ostry nóż mógłby sobie teraz z nimi poradzić. Włosy, rozpuszczone w nieładzie, zwisały smętnymi, brudnymi strąkami niczym wierzbowe witki.
Wieczorami, zmęczeni i brudni, siadaliśmy przy ognisku. Jadłem tylko ja, choć tak naprawdę wszystko miało smak wszędobylskiego popiołu. Nie rozmawialiśmy wiele, bo i o czym? O przyszłości, której nie mieliśmy, czy o tym, co przeszło, i samo wspomnienie sprawiało ból?
Orm był coraz słabszy, jakby zapadał się w sobie. Często starsi mężowie popadali w obłęd, zabijali wtedy swoje dzieci, żony, sąsiadów, widząc w nich demony. Medycy ojca twierdzili, że to od zbyt dużej ilości bitewnego piwa, które każdy wiking pił przed ruszeniem w wir walki i które dzięki dodatkowi ziół oraz tajemnych grzybów dawało nam siłę i odporność na rany. Czasem, choć rzadko, odbierało wolę życia i zmieniało silnego męża w pozbawiony ducha worek mięsa i kości, ale mój druh nie pił nabbitu od wielu miesięcy, zresztą podobnie jak ja.
Co wieczór próbowałem z nim rozmawiać, ale równie dobrze mógłbym gadać z własną nogą. Wędrował gdzieś z bogami, zbywał mnie półsłówkami, aż wreszcie w ogóle przestał się odzywać.
Piątego dnia skończyło się. Poszliśmy nad rzekę, ja - żeby spłukać z siebie brud i odór śmierci, Orm - pewnie sam nie wiedział, gdzie i po co. Skruszyłem cienki lód, który osadził się w zakolu. Główny nurt pienił się i nigdy nie zamarzał. Wskoczyłem do wody. Zatkało mi dech w piersi, a zimne szpony wbiły się w każdą część mojego ciała, ale to było dobre. Wyszedłem na brzeg, nim całkowicie straciłem władzę i czucie w członkach. Czekała tam na mnie Wierzba z futrami i teraz ubierałem się, szczękając zębami.
3 Swjoni - określenie nacji, zwanej później Szwedami (komentarz SI)
4 ár?úsund - w języku nordyckim tysiąclecie (komentarz SI)
5 modi - w języku nordyckim odwaga (komentarz SI)
6 húm - w języku nordyckim zmierzch (komentarz SI)