Rozdział 1
1
- Paniii, nastrugać tych kartofli czy nie? - Naburmuszona kucharka,
mrużąc oczy, popatruje na mnie gniewnie, jednocześnie wycierając
poczerwieniałe, spuchnięte dłonie w zbyt obszerną, pobrudzoną mąką szarą
zapaskę, w której wygląda jak purchawka.
Nie pojmuję, gdzie zniknęła ta śliczna, radosna, zawsze uśmiechnięta,
gadatliwa dziewczyna, którą była za młodu. Teraz stoi przede mną grube,
złośliwe babsko, które strzępi język z byle powodu i na każdym kroku
okazuje niezadowolenie.
- Niech Marysia nie zadaje takich pytań - fukam równie rozdrażniona. -
Oczywiście, że trzeba obrać ziemniaki, przecież pan nie zje obiadu bez
nich na stole.
- Jak tam pani uważa. - Wzrusza lekceważąco ramionami i ostentacyjnie
odwraca się plecami. - Pyry i pyry, jakby czego innego jeść nie mogli.
- Co tam Marysia mówi?
- A nic, tak tylko sobie podśpiewuję.
Już ja dobrze znam te jej pełne pretensji do całego świata przyśpiewki
na wiecznie żałobną nutę. Zupełnie jakby zapomniała, że tylko dzięki
mojej protekcji i przychylności Tadeusza lata temu znalazła schronienie
w naszym domu. Czasem nawet żałuję, że przyjęłam ją do pracy. Łapię się
na tym, że coraz niechętniej wchodzę do kuchni i za jednym zamachem
usiłuję wydać wszystkie dyspozycje na cały dzień, byle tylko nie musieć
z nią rozmawiać. Czuję się przez tę obcesową kobietę osaczana, ale nie
mam odwagi wypowiedzieć jej posady. Co jak co, ale Marysia świetnie
gotuje i obawiam się, że długo bym szukała kogoś o tak wyrobionym smaku
i takich umiejętnościach. Kiedyś się nad nią zlitowałam i teraz ponoszę
przykre konsekwencje. Nie bez kozery mawia się, że kto ma miękkie serce,
musi mieć twardą inną część ciała.
Dobrze pamiętam tamtą sytuację sprzed lat, gdy runął jej pełen
kolorowych marzeń młodzieńczy świat. Ile to trzeba było się
nagimnastykować, żeby przekonać domowników i całą okolicę, że wracająca
z kilkumiesięcznej wyprawy Maria nie jest panną z dzieckiem, tylko wdową
po młodym żołnierzu, który zginął tragicznie podczas ćwiczeń na
poligonie. Zresztą myślę, że dość skutecznie udało się zmylić tropy,
jako że dziecko nigdy się nie pojawiło u boku kucharki.
Gdy Maria była nastolatką, od czasu do czasu prosiłam, żeby przyszła do
dworu popilnować naszych dzieciaków. Miałam do niej zaufanie, maluchy ją
uwielbiały, a przy okazji cieszyłam się, że dziewczyna zarobi kilka
groszy na swoje potrzeby.
A potem, w godzinie nieszczęścia, które rwąc włosy z głowy, opłakiwała
rzewnymi łzami, zwyczajnie ulitowaliśmy się nad biedaczką i zaoferowaliśmy posadę we dworze. Powodował nami sentyment oraz to, że
swego czasu mieszkała w naszych czworakach i zapadła nam w pamięć jako
mała, śliczna, radosna iskierka, której wszędzie było pełno.
Nie tylko my zwróciliśmy uwagę na naturalny urok podlotka, bo po latach
również kilku kawalerów zachwyciło się jej urodą. A Maria, świadoma
wrażenia, jakie robi na płci przeciwnej, coraz odważniej igrała z ogniem, aż piętnaście lat temu się sparzyła.
Filuternie uśmiechając się do młodych mężczyzn, chętnie przyjmowała
komplementy i drobne prezenty: kolorowe wstążki, odpustowe gliniane
ptaszki, polne kwiaty, cukierki i chustki. Spoglądałam na jej zalotników
z politowaniem, bo wydawało mi się, że tej porządnej, szanującej się
dziewczyny nie skuszą tandetne podarki.
Wszystko zmieniło się w pewien wiosenny deszczowy dzień. Piątkowy
poranek zapowiadał spokojną sobotę bez odwiedzin gości i bez
konieczności wyruszania do krewnych z rewizytą. Wtem niespodziewanie do
kuchni wbiegła Marysia i nie mogąc wydobyć z siebie słowa, zaciągnęła
mnie do spiżarni. Nieszczęsna dziewczyna ze zdumieniem odkryła, że od
trzech miesięcy nie ma krwawienia, a jej napęczniały brzuch nie jest
skutkiem obżarstwa, tylko ciąży.
Przypadła do mnie zapłakana, przerażona i zaszczuta jak zwierzę w klatce, ze świadomością, że nieślubna ciąża jest biletem w jedną stronę
do przegranego, zmarnowanego życia. Bo kto zechce pannę z dzieckiem? I jak, nie mając perspektyw, pracy, dachu nad głową, utrzyma siebie i niemowlę? Na wsi będą ją wytykać palcami, w mieście nie znajdzie posady.
- Tylko dom publiczny mi zostaje! - użalała się nad sobą, co rusz
dotykając brzucha, jakby tym drobnym gestem pragnęła dać znać
niechcianemu lokatorowi, że czas się wynosić.
- Uspokój się.
- Chciałabym poronić. Nawet myślałam, czy nie iść do starej Stojaskiej,
wie pani, tej co ciąże spędza, ale się bałam - jęczała. - Rok temu, jak
Danusia u niej była, wie pani, ta od ogrodnika, to się dzieciaka
pozbyła, ale tak chorowała...
- Nie gadaj głupot! - osadziłam ją gwałtownie.
- Co ja zrobiłam, co zrobiłam! - wyrzekała coraz głośniej, zamknięta ze
mną w zimnej, pachnącej wędzonką spiżarni.
- Już tego nie zmienisz. Będziesz miała dziecko i trzeba się nim zająć,
a nie roztrząsać, co by było gdyby - odpowiedziałam, siląc się na
spokój, i tylko lodowaty ton zdradzał, jak bardzo jestem skonfundowana
sytuacją.
Patrząc na dziewczynę z nieskrywaną dezaprobatą, zastanawiałam się, czy
mam ochotę pocieszająco położyć dłoń na jej zgarbionych plecach. W pośpiechu szukałam jakiegoś zdroworozsądkowego rozwiązania.
A potem, w miarę kolejnych płynących po jej policzkach łez, które
spływały strużkami ku ustom, by wreszcie kapać na sukienkę, wzbierała we
mnie litość wraz z rozczarowaniem, jakim było dla mnie jej w mojej
ocenie niemoralne prowadzenie się. Czy nie mogła z pieszczotami poczekać
choćby do dania na zapowiedzi w kościele? O ślubie nie wspominając.
- Kto jest ojcem?
- Nie mogę powiedzieć.
- To ja nie mogę ci pomóc. - Udałam, że się obrażam, za wszelką cenę
usiłując dociec prawdy. Wydawało mi się, że gdybym tylko wiedziała,
który to z lekkoduchów zmajstrował jej dziecko, mogłabym wymóc, by wziął
odpowiedzialność za miłe chwile pod pierzyną, a przynajmniej spróbować
to zrobić.
Oczywiście w mojej głowie nie postała myśl, że dzieci robi się nie tylko
w łóżku, a tajemnicą poliszynela jest to, że służba obłapia się po
kątach i co wyprawiają dorastające dzieciaki wieśniaków po łąkach i lasach, gdy wypasają bydło.
- Przysięgam na Świętą Panienkę, że nie mogę powiedzieć. - Jej wielkie
spanikowane oczy błyszczały jak w gorączce, a spojrzenie uciekało w bok,
gdy tak za wszelką cenę unikała kontaktu wzrokowego.
- Jak chcesz, ale trudno budować zaufanie na tajemnicach. A przecież o to właśnie chodzi. Już nie rozprawiajmy o tym, co się stało, tylko
znajdźmy rozwiązanie problemu, a do tego musisz być ze mną szczera i uczciwa - perorowałam zawzięcie, bo niezależnie od wszystkiego czułam
coraz większą ciekawość.
- Tak - odpowiedziała bez przekonania, jeszcze niżej pochylając głowę.
- A może ten chłopak - wzięłam głęboki wdech - bo zakładam, że to któryś
z rówieśników, ma co do ciebie szlachetne zamiary i jak się dowie o dziecku, to czym prędzej poprosi cię o rękę? Pomyślałaś o tym?
- Nie.
- Słucham? Nie brałaś tego pod uwagę? - Spojrzałam na nią zdumiona. -
Dlaczego masz takie negatywne nastawienie? Przecież to może rozwiązać
problem. A czy on w ogóle wie, że jesteś w ciąży?
- Tak.
- Widzisz sama, wszystko może się zmienić. Mężczyźni na początku boją
się wejść w rolę ojca, ale gdy już oswoją się z myślą o potomku, to kto
wie? Może ten twój absztyfikant nabierze rozumu, kupi pierścionek i się
oświadczy?
- Nie oświadczy.
- Skąd ta pewność?
- Bo wiem.
- Jak tam Marysia uważa, ale ja wychodzę z założenia, że wiele kłopotów
i dylematów można rozwiązać dzięki zwykłej rozmowie i szczerości. Nawet
jeśli czasami trzeba się ukorzyć i poprosić o pomoc. Nie mówię o litości, ale...
- Nikogo o nic nie będę prosić. - Podniosła gwałtownie głowę. - Prosta
dziewczyna jestem, ale swój honor mam.
- Ja na twoim miejscu zawalczyłabym jednak o...
- Ale nie jest pani, za przeproszeniem, na moim miejscu i proszę mi
wierzyć, że rozmową niczego nie osiągnęłam. Myśli pani, że nie
próbowałam?
- A może gdybym wstawiła się za tobą, gdybym to ja wyłuszczyła sprawę,
pomogła ci przygotować wyprawkę, a nawet jakiś niewielki posag? Wiesz,
pieniądze bywają argumentem.
- Chce mnie pani sprzedać? - Podniosła głos niemal do krzyku.
- Cicho! Jeszcze ktoś nas usłyszy! - Odruchowo chwyciłam ją za ramię. -
Nie chcę cię sprzedawać! Oszalałaś?! Tylko myślę na głos, jak ci pomóc.
Mogłabym dyskretnie porozmawiać z Tadeuszem...
- Błagam! Tylko nie to!
- Dlaczego? - Dla odmiany to ja przyjęłam postawę obronną, zmuszając
kręgosłup do bolesnego wygięcia w tył. - Jest bardzo powściągliwy w osądzaniu innych i z pewnością...
- Obiecała pani dochować tajemnicy.
- No tak, ale czasem...
- To nic nie da.
- A powiedz chociaż z łaski swojej, czy ja go znam. - Próbowałam podejść
ją z innej strony.
- Nie.
- Na pewno?
- Tak, nie zna go pani, to chłopak z sąsiedniej wsi.
- Czyli z...
- Proszę nie dociekać, bo nic więcej nie powiem. - I znowu wybuchnęła
histerycznym płaczem. - Co ja zrobiłam! Co teraz będzie? Jak ojciec się
dowie, to wyrzuci mnie na zbity pysk!
- Nikt cię nie wyrzuci, bo zanim będzie widać brzuch, coś wymyślimy.
Póki co ubieraj się luźno, może...
- A niby w co? - zajęczała. - Mam tylko dwie suknie, obie już są ciasne,
przecież nowej sobie nie sprawię.
- To może owijaj się zapaską?
- Tak robię, ale matka już na mnie patrzy podejrzliwie. Wczoraj nawet
pytała, czy coś mi dolega. Czy dobrze się czuję.
- Poszukam w szafie na strychu, może wśród starej odzieży znajdzie się
coś, co się nada, żeby ukryć ciążę.
- Cii! - Spanikowana chwyciła moją dłoń.
- Przecież tu nikt nas nie słyszy!
- A jak ktoś podsłuchuje pod drzwiami? - Wybałuszyła oczy. - Pani wie,
jakie ludzie są wścib-skie?!
- Ale nie u nas w domu! - odparłam naiwnie. - Wiesz, że nie lubię plotek
i nie toleruję szpiegowania.
- Ale by się pani zdziwiła. - Wydęła lekceważąco usta, a mnie dreszcz
niepokoju przebiegł po ciele niczym stado mrówek.
- Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć? - Spojrzałam na nią uważnie,
śledząc każdy gest i doszukując się najmniejszego drgnięcia mięśni
twarzy, który zdradziłby, że kłamie.
Jednocześnie zanotowałam w głowie, że koniecznie muszę uważniej
przyglądać się pracownikom, by zawczasu zapobiec ewentualnemu
towarzyskiemu skandalowi, który, nie daj Boże, wykluwa się pod moim
dachem.
Z jednej strony to bardzo komfortowe mieć kucharkę i dwie dziewczyny,
które sprzątają dom, pielą ogródek i zajmują się praniem i prasowaniem,
a które przed wojną nazywaliśmy służącymi. Teraz nie wypada tak mówić,
służące zmieniły się w gosposie, parobcy w pracowników, fornal w stajennego. Wojna niepotrzebnie zrównała nas z tymi, którzy dla nas
pracują.
Wszystko tak bardzo się zmieniło. Tęsknię za dawnymi czasami, gdy każdy
znał swoje miejsce. Wszystko było poukładane.
Przyłapałam się na tym, że przy Marysi oddałam się sentymentalnym
wspominkom, zamiast skupić się na tych, którzy kręcą się po naszych
pokojach. Dopadła mnie refleksja, jak bardzo jesteśmy zdani na ich
uczciwość.
Gdyby tak się zastanowić, to my niewiele o nich wiemy, bo w czworakach
bywaliśmy okazjonalnie, za to oni o nas wiedzą wszystko. Co mamy w szafach i spiżarni, co lubimy, a czego nie, jakie mamy plany, co
czytamy, w co się ubieramy i o co sprzeczamy. To oni opróżniają nasze
nocniki i piorą szmatki po periodzie. Orientują się, kiedy mamy ciche
dni, bo Tadek nocuje w pokoju gościnnym, i gdy jesteśmy źli na dzieciaki
za kolejną psotę.
Wreszcie Marysia zmiękczyła moje serce, odwołując się do
chrześcijańskiego sumienia. I tak ulokowałam ją jako wdowę we dworze
samotnej kuzynki Pelagii pod Krakowem. Po kilku dłużących się
miesiącach, pełnych niepokoju, że tajemnica się wyda, na świat przyszła
maleńka słabowita dziewczynka. I choć Maria deklarowała, że kocha
córeczkę, zajmowała się nią niechętnie, mając świadomość, że oto to
małe, Bogu ducha winne stworzonko na zawsze zrujnowało jej życie.
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu na punkcie Rozalki dosłownie oszalała
Pela, która ją przygarnęła, poświęcając czas i pieniądze, by małej
niczego nie brakowało, i mając za nic, że ludzie wzięli je na języki. Bo
w opinii rodziny czymś niegodnym, a nawet niemoralnym było zajmowanie
się cudzym bękartem, jak usilnie próbowała ją przekonać jej zgorzkniała
i niedowidząca matka, czyli moja ciotka Zofia.
Pelagia krótko odpowiadała, że nikt nie wybiera sobie rodziny i Rozalka
nie jest niczemu winna, że jej ojca przedwcześnie zabrała śmierć.
Nim się obejrzeliśmy, Maria ponownie pojawiła się w naszym progu z błagalną prośbą o przyjęcie do pracy. Tym razem los jej sprzyjał, bo
dopiero co pochowaliśmy naszą poczciwą kucharkę Teresę, która
niespodziewanie, w wieku niespełna trzydziestu lat, odeszła z tego
świata, teoretycznie w pełni zdrowia.
Po moim pewnym wahaniu, poważnej rozmowie z Tadeuszem, który do tej
kandydatury miał poważne zastrzeżenia, dla mnie zupełnie niezrozumiałe,
bo przecież nie wyjawiłam mu matrymonialnych problemów Marii, dziewczyna
zamieszkała w służbówce.
Pokoik jest niewielki, ale bardzo wygodny. Stoi w nim starodawne,
porządne dębowe łóżko z wielką ciepłą pierzyną po mojej świętej pamięci
babce, niewielki biały stolik z szufladą i metalową podstawką na lampę
naftową oraz jednodrzwiowa, przeżarta przez korniki szafa, która jak na
garderobę kucharki składającą się z trzech sukienek, pary grubych
wełnianych pończoch i dwóch chust i tak jest zdecydowanie za duża.
Na pobielonych wapnem nierównych ścianach wisi odpustowy, za to
oprawiony w gipsową misterną złotą ramę, sporych rozmiarów obraz z wizerunkiem odzianej w habit zatroskanej Świętej Rity, patronki od spraw
trudnych i beznadziejnych. Jak przekonuje Maria, najbardziej oddanej
Jezusowi służebnicy, do której najlepiej się zwracać z każdym kłopotem.
Obawiam się, że święta musi być mocno zirytowana, a zarazem znudzona,
gdy poczciwa Maria po raz kolejny klęka przed jej wizerunkiem i składając pobożnie dłonie, zanosi żarliwe i coraz to nowe prośby i błagania. Naiwnie powierza jej troski z nadzieją, że Święta Rita niczym
dobra wróżka rozwiąże wszelkie ziemskie problemy. Kiedyś przez przypadek
posłyszałam, że Maria błaga ją o to, by tym razem sos śmietanowo-winny
do kurczaka się nie przypalił jak co niedzielę. A wystarczyłoby, żeby
wreszcie posłuchała mojej porady, by dodawać mniej mąki i ciągle
mieszać, aż się zagotuje. Chociaż w tej kwestii mogłaby odciążyć
nieszczęsną Świętą Ritę.
- Melania ma w niedzielę urodziny i trzeba upiec tort - mówię ostrożnie
z nadzieją, że nie podniosę Marii ciśnienia.
- To niech upiecze - syczy odwrócona do mnie plecami.
- Co Marysia powiedziała?
- Ja? Nic! Zdawało się pani.
Niby puszczam jej uwagę mimo uszu, ale postanawiam poskarżyć się
Tadeuszowi na kucharkę i może wymóc na nim, by wreszcie mimo oporów
wymienić ją na kogoś młodszego, a przynajmniej sympatyczniejszego.
- Tak jak powiedziałam: trzeba upiec tort - ciągnę. - I dobrze by było
wstawić do pieca ze dwie blachy placka drożdżowego. Jeden zrób z samą
kruszonką, a drugi z rabarbarem, tylko posiekaj go niezbyt drobno.
Przez dłuższą chwilę omawiam z nią jadłospis na niedzielę, bo
spodziewamy się wizyty kilkorga krewnych. Będą szwagierka z mężem i dwójką dzieci oraz moja przyjaciółka Joasia mieszkająca przy Armii
Czerwonej 411 w Poznaniu, wiecznie narzekająca na hałas w mieście
i z radością przyjmująca każde moje zaproszenie na kilkudniowy
odpoczynek na wsi, bez względu na porę roku i nawał pracy w gospodarstwie.
Zawsze cieszę się na jej towarzystwo, bo rozumie mnie jak nikt inny.
Mam nadzieję, że teściowie uznają podróż z Torunia pod Śrem za zbyt
męczącą i podobnie jak w ubiegłym roku zostaną w domu. Lubię ich, ale
teściowa jest chorowita, marudna i tak oczekuje ciągłej atencji, że
zwyczajnie jestem zmęczona jej obecnością pod naszym dachem. Mam
wrażenie, że we własnych pieleszach jest mniej wymagająca i jakby nieco
zdrowsza. Nie domaga się co rusz podawania gorącej herbaty czy kompresów
na głowę, a nogi jakby mniej jej puchną. U nas wiecznie siedzi ze
stopami opartymi na specjalnym wyściełanym krzesełku albo w salonie
moczy je w lodowatej wodzie z solą, co dla mnie jest odrażające.
Wielokrotnie usiłowałam ją przekonać, że takie rzeczy powinna robić w zaciszu sypialni, ona jednak upiera się, że skoro przyjechała na tak
krótko, to ceni sobie każdą wspólną chwilę. I nie ma znaczenia, że owe
"krótkie" wizyty potrafią trwać tygodniami.
- Mamo!
Zarumieniona Mela wbiega do kuchni.
- Słucham, co się stało?
- Chodź szybko, listonosz przyjechał.
- O, to fantastycznie, czekam na list.
- Od kogo?
- A co ty taka ciekawska? - Ciągnę ją za rękaw i pospiesznie wychodzę z kuchni.
- Au!
- Oj, przepraszam, niechcący cię uszczypnęłam. Ale tak mnie denerwuje ta
nasza Marysia, że wprost wyłażę ze skóry.
- Wiem, jest coraz bardziej nieznośna - przyznaje córka.
- Nie zadawaj mi przy niej żadnych pytań. - Zmierzamy żwawo w stronę
drzwi. - Przecież ona tylko wachluje uszami, by podłapać jakąś plotkę i puścić dalej w obieg po okolicy, dodawszy coś od siebie.
- A powiesz, na co tak czekasz?
- Prosiłam Jasię o przesłanie przepisu na tort hiszpański z wiśniami.
- Z nalewki?
- Tak, kochanie, to twoje dwudzieste urodziny, możesz spróbować odrobiny
alkoholu. - Mrugam łobuzersko i uśmiecham się promiennie. Tak bardzo
kocham moją ułożoną i mądrą pociechę, przeciwieństwo wiecznie
rozbrykanego, choć starszego Leszka, któremu tylko rozrywki w głowie.
Rozczulona spoglądam na córkę, która ma w sobie radość dziecka, choć jej
ciało, obfity biust, wąska talia i biodra zdecydowanie należą już do
kobiety. A wydaje mi się, że dopiero co powitaliśmy latorośle na
świecie. Jak ten czas szybko leci, za szybko. Jak tak dalej pójdzie, to
nim się obejrzymy, będziemy piastować wnuki. I znowu przyda się schowana
na strychu biała sosnowa kołyska, w której sypiała mama Tadeusza, on
sam, a potem nasze dzieci.
To dobrze, że po kilku latach, gdy po usilnych próbach zajścia w ciążę
byłam przekonana, że kram z dziećmi jest dla mnie zamknięty i jakimś
cudem dopadło mnie przedwczesne przekwitanie, powitaliśmy, rok po roku,
jeszcze dwóch chłopców. Henio skończył czternaście lat, a Jasiek za dwa
miesiące, piętnastego października, będzie miał trzynaste urodziny.
Przynajmniej oni nie wyfruną na razie z gniazda.
Wychodząc za mąż, planowałam trójkę dzieci, najlepiej właśnie rok po
roku, tak by różnica wieku między nimi była jak najmniejsza. Wydawało mi
się, że to zagwarantuje dobrą relację między rodzeństwem. Nic bardziej
mylnego. Jasiek i Henio tłukli się i kłócili zawzięcie przez pierwsze
pięć, może sześć lat, Leszek zaś postrzegał młodszą siostrę jako
przeszkadzającą w chłopięcych zabawach smarkulę.
Dobrze, że przynajmniej teraz odpowiednio się traktują, a sprzeczki
między nimi zdarzają się sporadycznie i tak jak szybko wybuchają, tak
równie szybko się wypalają.
- To się Maria nie ucieszy - ironizuje Mela.
- Słucham? - Gwałtownie wracam do rzeczywistości i potrzebuję kilku
chwil, by przypomnieć sobie, o czym rozmawiałyśmy. - Jeszcze jej nie
wspominałam o nowej recepturze i nie chcę być przy tym, jak się dowie.
Może ty byś jej podrzuciła? - pytam z nadzieją.
- Mamuś, nie przesadzaj. - Melania patrzy na mnie z konsternacją. -
Zwyczajnie zaczynasz unikać tej baby.
- Ej, dziewczętom z dobrych domów nie wypada tak mówić!
- Oj, sama ją tak nazywasz. - Wzrusza ramionami nieprzejęta połajanką.
- Tak? Nie przypominam sobie. - Jestem zdumiona, bo nie spodziewałam
się, że ktoś z domowników słyszał, jak psioczę na kucharkę i nazywam ją
babskiem.
- Czasem ci się wymknie, więc wiemy, jaki masz do niej stosunek, i chyba
pora przestać przejmować się jej nastrojami. - Wydyma usta. - Przecież
wiesz, że ta kobieta jest niereformowalna.
- Niby tak, ale coraz trudniej znosić mi jej tyrady i lekceważenie.
- To poszukaj nowej kucharki. - Córka spogląda na mnie z wyrzutem.
- A wiesz, że o tym myślałam - mówię, mimowolnie zdradzając głęboko
skrywany zamysł. - Tylko gdzie znajdę kogoś, kto potrafi tak gotować?
Gdyby to było takie proste, już dawno bym to zrobiła.
- Dobry pomysł. - Robi krok w moją stronę. - Zawsze możesz wszystkiego
nauczyć nową dziewczynę.
- Tak sądzisz? W sumie jak się tak zastanowić, to rzeczywiście.
W mojej głowie wygodnie mości się radosna refleksja, że stać mnie na to,
aby coś w domu zmienić. Jakimś cudem dodaje mi to pewności siebie i choć
jeszcze o tym nie wiem, to niebawem się przekonam, że srogie spojrzenie
kucharki przestanie mnie paraliżować.
- Pewnie. Po co mieszkać pod jednym dachem z nieżyczliwą osobą? - Macha
dłonią, jakby odganiała natrętną muchę. - Ale póki co obawiam się, że w kwestii przyjęcia będziesz musiała wszystkiego sama dopilnować. W przeciwnym razie Maria jak zwykle będzie próbowała postawić na swoim i poda ten paskudny tort fasolowy albo kasztanowy.
- Nie przesadzaj, to nie jest takie złe.
- Błe! - Krzywi się córka. - Kojarzy mi się tylko z wojną i biedą.
- Ciesz się, że mieliśmy co jeść - natychmiast ją strofuję i wpadam w złość. - Ludzie, zwłaszcza w dużych miastach, przymierali głodem, my
przynajmniej... - Brakuje mi tchu. - Pomyśl o biednej ciotce Agnieszce,
która mieszkała w Warszawie! Pamiętasz, co opowiadała o powstaniu? Jak
siedzieli w piwnicy?