Część I. Listopad 1997 roku
Rozdział 1
Piątek 7 listopada 1997 roku był zwyczajnym dniem w Sarasocie na Florydzie. A przynajmniej mogłoby się tak wydawać. Zaczynał się weekend, a słońce promieniało złociście na błękitnym niebie. Jeden z mieszkańców skomentował to w następujący sposób:
- Tutaj, w Sarasocie, zawsze świeci słońce i każdy dzień wygląda przepięknie. Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że nie muszę spędzać każdej chwili na słońcu, tak jak to było w Connecticut. Mogę zaszyć się w domu i czytać, bo wiem, że jutro będzie kolejny piękny, słoneczny dzień. A po nim kolejny i jeszcze jeden...
Ale parę godzin później nad Sarasotę nadciągnęły chmury. Miały osobliwy ołowiany, szaro-purpurowy odcień, przechodzący niekiedy w czerń. Włosy elektryzowały się ludziom od wiszących w powietrzu wyładowań. Zanosiło się na deszcz. Ale nie na delikatną mżawkę, lecz na potężną, dudniącą ulewę, która samym ciężarem spadającej z nieba wody przygina do ziemi drzewa i krzewy oraz kładzie pokotem trawę.
Do Gulf Gate wjeżdżało się przez bramę okoloną z dwóch stron przez płowożółty, ceglany mur wyznaczający granicę administracyjną jednostki. W listopadzie posadzone tam przed czterdziestu laty jakarandy cieszyły oko przejeżdżających bladofioletowymi kwiatami, tak pięknymi, że niemal nierzeczywistymi. Wiele letnich kwiatów (za wyjątkiem bugenwilli) już oklapło, więc mieszkańcy nasadzili w tym miejscu petunie, które miały zdobić je, dopóki nie spali ich gorące, letnie słońce.
Dawniej Gulf Gate roiło się od dzieci, dziś jednak jest to miejsce zamieszkałe przede wszystkim przez starsze pary oraz wdowy, które zaciągają rolety w oknach i zatrudniały ludzi do koszenia trawników i przycinania drzewek w równe kule, wyglądające niczym wykonane z zielonego plastiku. Gulf Gate znajdowało się wystarczająco blisko Bee Ridge Road i międzystanowej numer 75, aby bez problemu wyskoczyć na zakupy i dostać się na przedmieścia Sarasoty, ale jednocześnie miejsce to należało do cichych i spokojnych, a w dzień roboczy ciężko było trafić na drodze na jakiś samochód. Rzadko widywało się człowieka, który wyprowadzałby psa na spacer czy choćby zerkał na ulicę przez żaluzje. Mało kto obserwował ulicę, siedząc w swoim przyjemnie chłodnym pokoiku, bo po prostu nie miał czego oglądać.
Ale jedna kobieta w Gulf Gate była czujna, niemal mimowolnie podchodząc co jakiś czas do okien frontowych i zerkając przez nie, żeby sprawdzić, czy po ulicy nie kręci się jakiś dziwny pojazd lub do domu nie zbliża się obcy człowiek. Miała swoje powody, aby zachowywać się podejrzliwie, mimo że dołożyła z obecnym mężem wszelkich starań, aby ich nowy adres zamieszkania pozostał tajemnicą.
Większość domów w Gulf Gate zamieszkiwali sami właściciele. Nie były to przesadnie drogie wille, ale mimo wszystko wygodne budyneczki, pomalowane w ciepłych kolorach: na brzoskwiniowo, różowo i lawendowo, przywodzących na myśl wschody i zachody słońca nad morzem. W wielu znajdowały się pokoje słoneczne i baseny. Mimo że okolica nie leżała bezpośrednio przy plaży, to listopadowe powietrze miało słony zapach, który niósł się od Zatoki Meksykańskiej w stronę Atlantyku.
Markridge Road, podobnie jak inne ulice w Gulf Gate, było szeroką drogą, wzdłuż której po obu stronach rosły drzewa i stały domki jednorodzinne otoczone niewielkimi, idealnie przystrzyżonymi trawnikami. Biały dom o żółtych drzwiach i okiennicach stojący pod numerem 3100 należał przed laty do starszej pary. W 1997 roku oboje małżonkowie już nie żyli, a dom przeszedł na własność ich syna. Większość czasu spędzał on na północy, dom przy Markridge Road zdecydował się więc wynająć. Niczego w nim nie zmienił: wnętrze wyglądało tak, jakby ktoś zatrzymał w nim czas - urządzone było ono nowocześnie, a przynajmniej... nowocześnie według standardów obowiązujących trzydzieści lat wcześniej.
- Wszystkie meble, nawet najmniejsze pierdółki, pochodziły z lat 60. - wspomina jeden z byłych lokatorów. - Ale w tym domu dało się odczuć jakieś takie... ciepło. Wszystko stało na swoim miejscu, nawet stare kartki z nutami i książki. Dokładnie tak, jak pozostawili je dawni właściciele. Podobało nam się to.
Krzesła i kanapy wyglądały jak z minionej epoki, ale były wygodne. Wyposażenie domu także należało do wiekowych. Lodówkę pomalowano na zielono, w odcieniu awokado, a kuchenka była jasnożółta. Ale działały. Telefon wiszący w kuchni nad zmywarką nie miał klawiatury, lecz tarczę. Sprawiało to, że numer wybierało się znacznie dłużej, ale do 7 listopada 1997 roku nie niosło to za sobą żadnych tragicznych skutków. Była to po prostu drobna niedogodność.
Młoda para, która we wrześniu 1997 roku zamieszkała przy Markridge Road 3120, wyglądała na godną zaufania. Małżeństwo wydawało się zadowolone z domku mimo faktu, że miało sześcioro małych dzieci i trudno było im się wszystkim w nim pomieścić. Twierdzili, że przeprowadzili się z Teksasu po tym, jak mężczyzna otrzymał poważny awans i potrzebowali na szybko znaleźć sobie miejsce do życia. Patrząc na ich urocze maleństwa, właściciel nie potrafił im odmówić. Stwierdził, że przez jedną zimę obejdzie się bez domu rodziców.
Nowi lokatorzy mieli doskonałą historię kredytową i wydawali się bardzo atrakcyjni. Jamie Bellush był potężnie zbudowanym, krzepkim mężczyzną o szerokim uśmiechu i uroku urodzonego sprzedawcy. Jego żona, Sheila, była piękną, drobną blondynką. Mówił przede wszystkim Jamie, Sheila sprawiała wrażenie nieco zdenerwowanej.
- No cóż - stwierdził właściciel - ma do tego pełne prawo, biorąc po uwagę te wszystkie dzieci, którymi musi się zajmować.
Maluchy były ujmujące, ale też angażujące. Było oczywiste, że rodzice je kochali. Imiona starszych dziewczynek nie pasowały do nich. Starsza siostra miała trzynaście lat i nosiła imię Stevie. Krzątała się wokół niemowlaków, zupełnie jakby była ich drugą matką. Druga siostra, o rok młodsza, miała na imię Daryl. Dziwne. Dlaczego ktoś nadał tym dwóm ślicznym dziewczynkom męskie imiona?
Jamie Bellush wyjaśnił, że budują znacznie większy dom w Sarasocie, więc będą musieli wytrzymać tu jedynie do wiosny, nim budowa nie dobiegnie końca.
Nikt w Sarasocie nie miał pojęcia, że para opuściła wspaniały dom stojący w położonym tysiąc dwieście mil od Florydy San Antonio. Był to dom ich marzeń, położony w cudownej okolicy - budynek trzy razy większy od tego, wzniesionego przy Markridge Road. Mieszkali w nim bardzo krótko, zmuszeni do opuszczenia go i ucieczki. Wyprowadzili się pod osłoną nocy.
Jedynie garstka osób w San Antonio wiedziała, gdzie podziali się Jamie, Sheila i sześcioro ich dzieci. Małżeństwo doszło do wniosku, że najlepiej nie przyznawać się do tego nikomu, za wyjątkiem najbliższych przyjaciół i krewnych, w tym pary, która pomogła im uciec z Teksasu w środku nocy. Rodzina Sheili wiedziała, że ta przeniosła się do Sarasoty i miała jej numer telefonu. Nie znali jednak adresu. Być może kiedyś Sheila i Jamie wyszliby z ukrycia. Bolało ich, że nie mogli utrzymywać kontaktu z najbliższymi i że musieli spędzać samotnie święta. Tak nagłe odcięcie się od dotychczasowego życia bolało niczym odjęcie sobie ręki. Sheila miała tylko nadzieję, że wszyscy zrozumieją, iż nie miała z mężem innego wyjścia.
Sarasota była przepięknym miastem. Tysiące ludzi wybrało ją na swój dom tylko i wyłącznie z tego powodu.
Morze i ląd zlewały się ze sobą do tego stopnia, że nie dało się powiedzieć, gdzie kończy się zatoka Sarasota, a zaczyna piaszczyste wybrzeże. Na południe od Tampy rozciągały się małe jeziora i rzeczki, które odbijały jasnobłękitne niebo. Most Sunshine Bridge wznosił się nad zatoką Tampa niczym olbrzymi rollercoaster. Gdy Bellushowie przejeżdżali nim pod osłoną nocy, nie mieli pojęcia, jak wysoko się znajdują.
W innych okolicznościach Sheila pokochałaby barwną historię Sarasoty i przywiązanie miasta do sztuki. Mimo wszystko miała nadzieję, że gdy sytuacja trochę się poprawi, znajdzie czas na zwiedzenie wszystkiego ze swoimi dziewczynkami i resztą dzieci. Chociaż Ringling Brothers nie zimowali już w Sarasocie, to w mieście funkcjonowało siedemnaście innych cyrków, a wiele rodzin cyrkowców mieszkało w nim na stałe. Sarasota zawdzięczała Ringling Brothers wspaniałe muzeum sztuki i college.
W mieście odbywały się konkursy w budowaniu zamków z piasku, festiwale bluesowe i jazzowe, targi książek, kręcono filmy, a na deskach tamtejszej opery wystawiano sztuki prosto z Broadwayu. Swego czasu wystąpił tam nawet Pavarotti. Co roku Sarasota oferowała wiele najróżniejszych atrakcji. Sheila uwielbiała czytać, a nowa biblioteka w Sarasocie była olbrzymim, przewiewnym budynkiem, udekorowanym w środku rzeźbami i poruszającymi się na wietrze modelami ptaków.
Marina Jack's na przedmieściach Sarasoty, tuż przy zjeździe z drogi numer 41 (znanej także jako Ścieżka do Tamiami), była restauracją, którą Sheila mogłaby w przyszłości polubić - wiodły do niej kręcone schody, a z okien rozpościerał się wspaniały widok na morze. Mogłaby - kiedyś, w przyszłości. Na razie musiała zadowalać się z dziećmi prostszymi widokami, na przykład maleńkich jaszczurek w kolorze piasku, drepczących od jednego liścia do drugiego i na pierwszy sygnał niebezpieczeństwa kryjących się w krzakach tak szybko, że zdawać mogłoby się, że nigdy tak naprawdę nie istniały. Koszty życia w nowym miejscu okazały się znacznie wyższe niż w San Antonio - sam czynsz za dom wynosił 2300 dolarów miesięcznie. Ale Jamie i Sheila wybrali Sarasotę, bo uznali, że może to być dla nich bezpieczna kryjówka, a zarazem dobre miejsce, aby zacząć życie na nowo.
Mieli nadzieję, że któregoś dnia znów będą mogli nawiązać kontakt z ukochanymi bliskimi, ale było jeszcze na to zdecydowanie zbyt wcześnie. Swój adres mogli podać tylko kilku osobom, ale nawet oni nie dostali adresu domowego, lecz jedynie adres skrytki pocztowej stojącej gdzieś w centrum handlowym. Równie dobrze mogliby być objęci federalnym programem ochrony świadków. Chociaż Sheila i Jamie pochodzili z kochających się wielkich rodzin, w praktyce byli zdani wyłącznie na siebie.
James Joseph Bellush służył dawniej jako żołnierz piechoty morskiej. Mimo że miał już trzydzieści parę lat, ludzie nadal wołali na niego tak samo jak za młodych lat. Od dawna nie wyglądał już jednak jak "Jamie". Swoją posturą przypominał bardziej obrońcę drużyny futbolowej. Był sprzedawcą detalicznym - sprzedawał leki dla Pfizera i był w tym świetny. Praca wymuszała na nim częste delegacje i wyjazdy do gabinetów lekarskich rozsianych po całym zachodnim wybrzeżu Florydy. Sprzedawanie produktów Pfizera nie było szczególnie trudne (zwłaszcza po opatentowaniu przez firmę viagry), ale mimo wszystko wiązało się z uciążliwymi podróżami. Jamie pracował dla Pfizera bardzo długo i gdy tylko poprosił o przeniesienie go z San Antonio w inne miejsce, firma zapewniła mu mieszkanie, przeniosła na Florydę i dała podwyżkę. Pfizer zorganizował nawet sprzedaż dotychczasowego domu Jamiego w Boerne w Teksasie nowemu pracownikowi, który przyszedł na jego miejsce w oddziale w San Antonio.
Sheila Bellush miała trzydzieści pięć lat. Od osiemnastego roku życia pracowała w kancelariach prawniczych i przez lata dorobiła się bardzo odpowiedzialnego stanowiska w kancelarii Soules and Wallace w San Antonio. Teraz była jednak mamą na pełen etat i nie było nawet mowy o tym, aby mogła pracować poza domem - miała zbyt wiele na głowie. Jeśli nawet wizja upchnięcia całej rodziny w domku przy Markridge Road i siedzenia samej w domu z dziećmi, w czasie gdy Jamie był w trasie, nie do końca ją pociągała, to nie skarżyła się. Robiła, co do niej należało, mając nadzieję, że dzięki temu ich życie stanie się z czasem nieco bezpieczniejsze i spokojniejsze.
Gdy we wrześniu przenieśli się do Sarasoty, Sheila nie miała tam żadnych znajomych, ale powoli nad tym pracowała. Zawsze była otoczona wianuszkiem przyjaciół i smuciło ją, że musiała porzucić ich bez słowa wyjaśnienia. Podejrzewała jednak, że większość wiedziała, co skłoniło ją do ucieczki. Sheila i Jamie należeli do osób głęboko religijnych i uczęszczali na nabożeństwa do kościoła baptystycznego w Sarasocie. Była to ogromna parafia, prowadząca rozbudowaną działalność wolontariacką, oboje zostali więc przywitani z otwartymi ramionami. Zawsze jakiś początek. Powoli odbudowywali swoje życie i Sheila była przekonana, że znajdzie sobie nowych przyjaciół.
I oto nadszedł 7 listopada - kolejny niczym niewyróżniający się dzień. Ale niewyróżniający się jedynie dla Sheili Bellush, dla której coś takiego jak zwyczajny, spokojny dzień po prostu nie istniało. Od dawna żyła w strachu, że coś może jej się stać - strachu, który przeżerał się niczym żrący kwas, zatruwając jej myśli, raz po raz wyrzucając do organizmu adrenalinę i pozbawiając jej jakiejkolwiek szansy na szczęście i spokój. Nie miało znaczenia, jak piękne było świecące za oknem słońce czy jak przyjemny wiatr dolatywał w ich okolice znad zatoki - Sheila czuła się bezpiecznie jedynie w ciasnych czterech ścianach swojego domu, przy szczelnie zamkniętych drzwiach i oknach. Ktoś, kto jej nie znał, mógłby pomyśleć, że miała lekkie zaburzenia paranoidalne. Gdyby ludzie poznali jej prawdziwą historię, od razu zrozumieliby jej zachowanie. Ale ci, którzy wiedzieli, co było przyczyną lęków Sheili, przebywali z dala od jej nowego miejsca zamieszkania, nie wiedząc, jak do niej dotrzeć. Tak było lepiej i bezpieczniej - zarówno dla nich, jak i dla Sheili, Jamiego oraz sześciorga ich dzieci.
Zaledwie dwa miesiące wcześniej Jamie i Sheila mieszkali w Boerne w Teksasie, na wiejskich przedmieściach San Antonio, gdzie byli właścicielami wspaniałego, nowego domu. Teraz czuli się tak, jakby nigdy nie było dane im tam zamieszkać naprawdę. Może ich życie w tym miejscu było po prostu zbyt doskonałe i musiało się to tak skończyć.
Sheila nadal miała jednak Jamiego, który kochał ją i ze wszystkich sił chronił ją oraz jej dzieci. Zabrał się za długi proces adopcji Stevie i Daryl Leigh, córek Sheili z poprzedniego małżeństwa, które ta miała z Allenem. Przechodzili trudniejsze chwile, nie do uniknięcia w sytuacji, gdy pod jednym dachem zamknie się skłonne do buntu nastolatki oraz wieloletniego kawalera, który nagle został ich ojcem. Ale Sheila była przekonana, że wszystko jakoś im się poukłada.
7 listopada 1997 roku Jamie ruszył w trasę, gdzieś na południe od Sarasoty, objeżdżając z produktami Pfizera kilka okolicznych gabinetów. Musiał zapoznać się z nowym otoczeniem i potencjalnymi klientami na zachodniej Florydzie. Ale był to także piątek i obiecał żonie, że wróci, nim zrobi się ciemno. Weekend mieli tylko dla siebie. Sheila bez cienia wątpliwości wierzyła, że spędzą ze sobą resztę życia.
Z pewnego punktu widzenia miała rację.
Trzynastoletnia Stevie Bellush była, podobnie jak jej matka, drobna i szczupła, chociaż rysy twarzy i ciemne włosy zdradzały nieco podobieństwa do ojca. Nie trudno zgadnąć, skąd brała się jej niezwykła inteligencja, bo zarówno Sheila, jak i Allen, jej ojciec, byli bardzo inteligentni. Stevie i Daryl (blondynka, tak jak jej matka) wyróżniały się w szkole i sporcie. Ale jak na tak młode dziewczyny przeszły bardzo wiele, nie miały lekkiego dzieciństwa.
Tego dnia Stevie wyszła z gimnazjum tuż przed szesnastą i wracała do domu w świetnym nastroju.
- Dowiedziałam się, że chłopak, który mi się podobał, zamierzał umówić się ze mną na randkę - wspomina. - Bardzo chciałam podzielić się tym z mamą.
Drzwi frontowe były otwarte, co wydało jej się dziwne. Jej matka surowo przestrzegała zasady, aby zamykać wszystkie drzwi, gdy tylko ktoś wychodził z domu, nawet jeśli było to tylko wyjście na chwilę, żeby wyrzucić śmieci. Nie stawiała ludziom w życiu zbyt wielu zasad, ale co do tej jednej zawsze się upierała. Otwarte drzwi frontowe były więc nietypowym widokiem.
Po czasie Stevie pamiętać miała, że w pierwszej chwili po wejściu do domu w ogóle nie mogła zrozumieć tego, na co patrzy. Dzieci płakały przeraźliwie w korytarzu, jakby za chwilę z żalu miały im pęknąć ich maleńkie serduszka. Matka nigdy nie dopuszczała do tego, aby płakały - brała je delikatnie na ręce i uspokajała. Z jakiegoś powodu były zupełnie nagie - nie miały na sobie nic poza małymi kamizelkami ratunkowymi, które zakładano im, gdy bawiły się w pobliżu basenu. Ich buzie były opuchnięte od płaczu. Stevie doszła do wniosku, że musiały płakać już od bardzo dawna.
Ale najmniej sensu miały zabawne, ciemnoczerwone plamki na ich skórze, włosach i stópkach. Część z nich miała na skórze pręgi w tym samym kolorze, zupełnie jakby ktoś przeciągnął im po skórze zabrudzoną farbą szczotką.
Szok i niedowierzanie często blokują zaakceptowanie przez mózg tego, co widzą oczy. Mimo to przerażenie Stevie było tak wielkie, że słyszała, jak wali jej serce. Bez zastanowienia poklepała uspokajająco niemowlaki i ruszyła na poszukiwania matki, sprawdzając pokój po pokoju.
Jej głos odbijał się echem od ścian. Stevie wyszła na podwórko za domem i nikogo tam nie zastała. Następnie sprawdziła pokój słoneczny i zauważyła, że dziecięce pieluchy leżą na brzegu basenu, nadal mając kształt ich maleńkich ciałek. Nie było to nic nadzwyczajnego - jej przybrane rodzeństwo kąpało się zupełnie nago. Gdy pieluchy wysychały, mama zakładała je im z powrotem. Ale tym razem tego nie zrobiła. Dzieci nie miały na sobie niczego poza kamizelkami ratunkowymi. Stevie nie mogła dojść, co się stało. Nadal wołała mamę, ale nikt jej nie odpowiadał.
W domu dawało się wyczuć dziwny zapach - ciężki, słodki jodowo-metaliczny odór, którego Stevie nie rozpoznawała...
Rozdział 2
Sheila Blackthorne i Jamie Bellush poznali się zupełnym przypadkiem, a mimo to stanowili idealną parę. To samo można powiedzieć jednak o pierwszym spotkaniu Sheili i Allena, lecz w ich małżeństwie nie było niczego idealnego. Możliwe, że od początku ich związek nie miał wielkich szans na przetrwanie i gdyby parze udało się zostać ze sobą razem, to byłoby to wynikiem ciężkiej pracy obojga partnerów. Życie obdarzyło Sheilę Walsh Van Houte Blackthorne Bellush bystrym umysłem, urodą i osobowością, która przyciągała do niej ludzi. Ale po swojej matce odziedziczyła też klątwę, przez którą nieustannie wisiało nad nią widmo nieszczęśliwej miłości.
Sheila była czwartym dzieckiem Vermy Gene. Verma Gene Williams, którą ludzie nazywali po prostu Gene, dorastała w Biloxi w stanie Mississippi w latach wielkiego kryzysu. Podobnie jak większość dzieci ze swojego pokolenia, przyzwyczajona była do życia w skrajnym ubóstwie. Clennis Pearl Underwood Williams oraz Charles A. Williams byli parą bardzo krótko. Ojciec Gene został zadźgany nożem, gdy Gene była jeszcze małą dziewczynką. Nigdy nie poznała szczegółów zbrodni. Po pewnym czasie Clennis Pearl wyszła za Juliusa Pettusa. Gene miała brata, Charlesa Juniora, oraz trzy przyrodnie siostry: Julie, Betty i Teresę. W latach 30. oraz w czasie II wojny światowej Pettusowie mieszkali na polu campingowym. Było to na długo przed tym, nim przyczepy zaczęto nazywać domami na kółkach.
Gene wyrosła na śliczną, niebieskooką nastolatkę o idealnej figurze i skórze tak delikatnej, że niemalże przezroczystej. Pod koniec lat 40., w wieku zaledwie piętnastu lat, wyszła za Duane'a Andersona. Duane był wojskowym i służył w armii w czasie wojny koreańskiej. Gene urodziła mu dwóch chłopców: Danny'ego (miała wówczas siedemnaście lat) oraz Donny'ego. Małżeństwo rozpadło się częściowo z powodu problemów wewnętrznych, a po części dlatego, że w chwili, gdy Gene wychodziła za Duane'a, była zdecydowanie za młoda - żadne z nich nie radziło sobie z obowiązkami prawdziwego życia. Codzienne problemy rozwiały całą magię, jaka wytworzyła się pomiędzy nimi.
Ale Gene była kobietą pracującą i uznała, że sama jest w stanie wychować synów. Dorastała w Biloxi i Gulfport, dwanaście mil na zachód od wybrzeża, i czuła się tam jak w domu. Przez lata pracowała jako kelnerka, a gdy była już na to za stara - jako barmanka.
Drugi mąż Gene wydawał się wspaniały, a ich związek niezwykle romantyczny. Francisa Anthony'ego Walsha Juniora poznała w czasie, gdy ten stacjonował w bazie lotniczej Keesler w Biloxi, a ona była młodą rozwódką z dwójką małych chłopców. Francis ("Frank") należał do mężczyzn bardzo przystojnych, dobrze zbudowanych i niskich, co czyniło go idealnym materiałem na pilota wojskowego. Frank przyszedł na świat w walentynki 1940 roku w Westport w stanie Connecticut - stanie stanowiącym całkowite zaprzeczenie Missisipi, gdzie dorastała Verma Gene. Miał dwadzieścia lat i był nieco młodszy od niej, ale jego wybranka serca była tak piękna, że nie robiło mu to żadnej różnicy, podobnie jak i fakt, że miała dwoje małych dzieci. Frank często przebywał poza domem, a gdy wybuchła wojna w Wietnamie, został przeniesiony za ocean. Gene codziennie modliła się, aby mąż szczęśliwie do niej wrócił. Nadal pracowała jako kelnerka. Praca nie była lekka - z powodu długich zmian nieustannie bolały ją mięśnie i nogi.
Gene urodziła Frankowi Walshowi cztery córki. W lipcu 1961 roku na świat przyszła Mary Catherine. Drugim dzieckiem była Sheila Leigh, która urodziła się 19 października 1962 roku, gdy Frank stacjonował w Topece. Sheila była prawdziwym maleństwem. Gene nieustannie się nad nią krzątała, zamartwiała się o nią i czuwała nad nią w czasie snu, upewniając się, że córeczka oddycha. Ale Sheila już wtedy potrafiła być zadziorna. Gene dziękowała Bogu, że obie jej blond córeczki są zdrowe i silne.
Ale kolejne dziecko, Kelly Anne, która przyszła na świat w listopadzie 1963 roku, urodziła się z poważną wadą zastawki serca i zmarła, mając zaledwie dziewiętnaście dni.
- Pochowaliśmy ją tego samego dnia, w którym zastrzelono prezydenta Kennedy'ego - wspomina Gene.
Gene opłakiwała śmierć córki całymi tygodniami, prosząc Boga o wyjaśnienie, dlaczego postanowił odebrać jej dziecko. Zawsze miała pewną skłonność do histerii i obnoszenia się na zewnątrz ze swoimi emocjami, gdy cierpiała z powodu złamanego serca lub żalu po śmierci bliskiej osoby. Czasami była skłonna uwierzyć, że los doświadcza ją bardziej, niż wszystkie trzy jej przyrodnie siostry razem wzięte. Ale kolejne tragiczne straty, które stawały się udziałem Gene, powstrzymywały innych przed krytykowaniem jej nieco teatralnych zachowań. Taka już po prostu była. Jej syn, Donny, cechował się równą wrażliwością.
Frank piął się w górę w strukturach lotnictwa wojskowego i osiągnął w końcu stopień majora. Nadal pozostawał wspaniałym facetem, lecz zaczął nadużywać alkoholu, a większość czasu spędzał gdzieś daleko, na misjach. Służba wymagała od niego przebywania nieustannie z dala od domu, przez co nigdy nie było go na miejscu, gdy Gene potrzebowała u swojego boku kogoś, kto by ją pocieszył. Gdy już był w pobliżu, zawsze kończyło się to kolejną ciążą, chociaż Gene stosowała zarówno tabletki antykoncepcyjne, jak i wkładki domaciczne. Z czasem musiała pogodzić się z faktem, że Frank jest alkoholikiem. Pracując w barze, widziała wystarczająco dużo pijaków, aby nauczyć się rozpoznawać oznaki uzależnienia, a jednak starała się uniknąć uświadomienia sobie tego tak długo, jak tylko było to możliwe. Mimo to nadal go kochała.
Od czasu do czasu Walshowie byli zmuszeni do przeprowadzki z jednej bazy do drugiej - porzucili Missisipi najpierw dla Kansas, następnie zaś dla Dakoty Południowej. Po przeprowadzce Gene musiała poradzić sobie jakoś z problemami z zakwaterowaniem w bazie lotnictwa strategicznego Forbes w Południowej Dakocie, gdzie stacjonowały bombowce B-52 oraz tankowce powietrzne, a także z wychowaniem czwórki małych dzieci - wszystko to w obliczu kolejnej ciąży. Podjęła wszelkie możliwe kroki zaradcze i wydawało jej się, że nie było szans na to, aby znów zaszła w ciążę, wojskowy ginekolog nie miał jednak co do niej żadnych wątpliwości. Aby zwiększyć szanse na przeżycie dziecka, lekarz usunął wkładkę domaciczną, którą Gene nadal stosowała, przestrzegając ją przy tym, że istnieje ryzyko, iż będzie zmuszona usunąć ciążę - dziecko mogło urodzić się niewidome lub nie w pełni rozwinięte.
Gene wróciła do Missisipi, gdzie wydała na świat szóste dziecko. Kerry Brigit urodziła się w czerwcu 1967 roku - kolejna dziewczynka, mimo nadziei Franka na doczekanie się własnego syna. Okazało się, że urodziła się żywa i bez żadnych wad rozwojowych.
- Była najpiękniejszym dzieckiem, jakie w życiu widziałam - wspomina Gene.
Frank uparł się, aby imię dziewczynki zapisywać po męsku - Kerry, zamiast Carrie. Gene czuła ogromną ulgę, że Kerry była cała i zdrowa. Po miesiącach wreszcie pozwoliła sobie na odrobinę wiary w to, że dziecko jednak przeżyje. Kerry miała płomiennorude włosy i niekiedy równie ognisty temperament. Potrafiła być uparta, jednak nie tak bardzo jak Sheila.
Jej starszy brat, Danny, całymi miesiącami odmawiał brania Kerry na ręce.
- Umrze, tak jak poprzednia - twierdził. - Nie chcę się do niej przywiązywać.
Ale Kerry nie umarła. Nie pamięta zbyt wiele z życia w Dakocie Południowej, ale matka opowiadała jej, że gdy miała zaledwie sześć miesięcy, spadła ze swoim chodzikiem ze schodów.
- Złapałam ją i pognałam do szpitala - opowiada Gene. - Wbiegłam, wydzierając się na całe gardło: "Moje dziecko, moje dziecko!". Jak się okazało, mała nie miała nawet śladu po wypadku.
Chociaż córki Gene dzieliło pięć lat różnicy, bardzo się ze sobą zżyły. Kerry była nieco wyższa od Sheili, obie wyglądały jednak niemal identycznie, chociaż jedna miała włosy blond, a druga rude. Sheila nosiła fryzurę zaczesaną w górę, a jej nos poznaczony był piegami. Patrzyła na świat oczami równie niebieskimi, co matka. Mimo że była najdrobniejsza z rodzeństwa, to była także najbardziej zadziorna.
Dyscyplinowanie Sheili okazało się męczące.
- Któregoś razu Sheila uciekła, urządzając wielkie przedstawienie, że wynosi się z domu. Pobiegła do lasu i ukryła się tam - wspomina Gene. - Miałam za sobą podwójną zmianę w pracy i byłam wykończona. Wiedziałam, gdzie się ukryła i zawołałam ją, obiecując, że jeśli wróci do mnie z własnej woli, to obejdzie się bez bicia i dostanie tylko kazanie. Nie przyszła. Powtórzyłam, że jeśli będę musiała po nią pójść, to skończy się to dla niej jeszcze gorzej - dostanie rózgą i trzy tygodnie szlabanu. Wreszcie przyszła, a ja przez całą drogę biłam ją po nogach ułamaną gałązką. Nie bolało jej to przesadnie, na skórze nie było nawet śladów. Nie płakała. Zadarła tylko głowę do góry i szła naprzód.
Cała Sheila. W sytuacji, gdy większość dziewczyn rozpłakałaby się i rozłożyła bezradnie ręce, ona zadzierała głowę do góry i parła naprzód, nie dając po sobie poznać, że jest smutna lub wystraszona. Nawet jako dorosła kobieta, mając ledwo sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i nieco ponad czterdzieści kilogramów, planowała, marzyła i odmawiała poddania się w okolicznościach, które innych zmuszały do kapitulacji.
Sheila i Kerry zawsze miały w sobie to coś - coś, co niekiedy doprowadzało ich matkę do szału, częściej jednak wywoływało szeroki uśmiech na jej twarzy. Któregoś razu, gdy Kerry miała jakieś trzy lata, Donny przyszedł do niej, zaśmiewając się do rozpuku.
- To było jeszcze, zanim "zachorował" - opowiada Gene. - Oznajmił mi: "Chodź, zobacz, co one wymyśliły". Okazało się, że wypchały sobie staniki od strojów kąpielowych papierem toaletowym, aby wyhodować sobie "piersi".
Gene złapała je, gdy paradowały w ten sposób po ulicy. Mimowolnie wybuchła na ich widok śmiechem. Kerry wepchnęła sobie najwięcej papieru, mimo że była dopiero malutką dziewczynką.
Kerry wprost ubóstwiała Sheilę.
- Była doskonała we wszystkim, za co tylko się wzięła - wspomina. - Obie uczyłyśmy się, co prawda, grać na fortepianie, ale Sheila grała po prostu przepięknie, a ja chowałam się za każdym razem, gdy przychodziła nauczycielka. Lubiła też patrzeć na chłopców trenujących piłkę nożną i powtarzać, że jest od nich szybsza. To prawda - z łatwością mogła ich prześcignąć, nawet dając fory na starcie. Mimo że była tak drobniutka, doskonale też grała w softball.
- Starałam się, aby dziewczynki miały zaspokojone wszystkie najbardziej podstawowe potrzeby - opowiada Gene. - Pamiętam to wspaniałe uczucie, gdy było nas stać, aby pójść do sklepu na rogu i kupić po ciastku i RC coli. Dziewczynki to uwielbiały.
Z pierwszego małżeństwa Gene miała dwóch synów, z drugiego zaś trzy córki. Dopiero po przyjściu dzieci na świat dowiedziała się, że Frank romansował na Okinawie z jakąś Azjatką. Prawdopodobnie ożenił się w zbyt młodym wieku i mając dwadzieścia siedem lat, próbował uciec od obowiązku bycia ojcem pięciorga dzieci. A może po prostu nie był w stanie dochować wierności wyłącznie jednej kobiecie. Gene zostawiała go kilkukrotnie, ale za każdym razem wracała. Dokąd miałaby zresztą pójść? Kochała go.
Gene zostawiła Franka jeszcze dwukrotnie, twierdząc, że nie może być w związku z człowiekiem uzależnionym od alkoholu. Za trzecim razem już do niego nie wróciła. Część niej nadal kochała Franka Walsha, ale w końcu przyjęła do wiadomości, że zawsze już będzie alkoholikiem. Rozwiodła się. Niewiele zmieniło to w ich wzajemnych relacjach. Nadal mieli ze sobą tyle samo kontaktu, co będąc małżeństwem, a dziewczynki kochały go nad życie.
Uznawały ojca za postać niemalże mityczną. Latał gdzieś hen daleko, a po powrocie do domu rozpływał się nad nimi. Zabierał je na ryby, wspinaczki i piesze wycieczki, po czym znowu znikał, zostawiając je z Gene, która zajmowała się dyscyplinowaniem ich oraz innymi prozaicznymi zajęciami. Gene sama dopiero co skończyła trzydziestkę. Ciężko było jej oglądać byłego męża bawiącego się z ich córeczkami i zastanawiać się, czy na pewno podjęła dobry wybór, rozwodząc się z nim.
Gene wróciła do Gulfport i zatrudniła się w zajeździe Ramada w Round-Towner/Down-Towner.
- Do czternastej pracowałam przy śniadaniach i lunchach - wspomina. - Wracałam do domu, gotowałam dzieciom obiad, robiłam pranie i kładłam się spać. Wieczorem wracałam do pracy, tym razem obsługi bankietów.
Gene pracowała w tych warunkach przez całe lata. Po czasie nie wspomina tego okresu jako przesadnie ciężkiego.
- Gliniarze trąbili na mnie i machali na mój widok. - Śmieje się. - Znałam tam wszystkich. My, dziewczyny pracujące w Round-Towner, przezywałyśmy się Gangiem Hanka Schradera, od imienia właściciela restauracji.
W barze przy plaży Broadwater pianista zawsze przestawał grać, gdy wchodziła do środka.
- Na mój widok natychmiast zmieniał melodię i zaczynał śpiewać "Jean, Jean, you're young and alive, come out in the meadow, Jean" - wspomina z uśmiechem.
Dona Smitha poznała w bazie lotniczej Keesler. Gene nigdy nie spotykała się z nikim poza wojskowymi i trzeci mężczyzna w jej życiu nie był wyjątkiem od tej reguły. Podobnie jak Frank Walsh, Don także był pilotem myśliwca. W Wietnamie, latając na skyraiderze, zaliczył 254 misje bojowe. Ale Don Smith stanowił przeciwieństwo Franka Walsha. Jedyne, co łączyło obu mężczyzn, to niski wzrost i kariera wojskowa. Don wychował dwie przybrane córki oraz miał dwójkę własnych dzieci - syna i córkę. Był twardy i pewny niczym skała.
Gdy Gene go potrzebowała, był zawsze obok - a to znaczyło dla niej bardzo wiele. Kochał ją bez granic. Mimo piątki dzieci i problemów z wychowaniem ich Gene nadal była atrakcyjną, młodą kobietą. Miała wspaniałą figurę i była równie piękna, co jej córki.
Don Smith z otwartymi ramionami powitał w swoim życiu Danny'ego, Donny'ego, Cathy, Sheilę oraz Kerry i z radością wszedł w rolę ich przybranego ojca. Jeśli chodzi o dyscyplinę, był nieco surowszy od Franka, ale jego bardziej konserwatywne podejście do wychowania dzieci dobrze na nie wpłynęło.
Gene i Don Smith spotykali się przez dwa i pół roku, przy czym Gene raz po raz powtarzała mu, że po raz trzeci nie wyjdzie za wojskowego. Jeśli chciał się z nią ożenić, to musiał odejść z lotnictwa.
- Don zgodził się na jej warunek - opowiada Kerry. - Był w trakcie odchodzenia ze służby, gdy mama zaczęła planować ślub. Myślę, że przyzwyczaiła się do tego, że ktoś się nią opiekuje i poprawia humor. Nazywałam Dona "tatą", a swojego biologicznego ojca - "ojcem". To Don mnie wychował i to na nim mogłam zawsze polegać.
Don zabrał ze sobą Kerry na wycieczkę do Pascaguola, gdzie udał się po pozwolenie na zawarcie ślubu i 4 lutego pobrał się z Gene w bazie w Keesler.
Frank ożenił się powtórnie, tym razem z kobietą o imieniu Barbara, ale nadal pozostawał w kontakcie z córkami. Ku oburzeniu Gene, bez jej zgody zabrał Kerry do kościoła katolickiego, gdzie została ochrzczona.
Gene i Don Smith (który na dobre odszedł z lotnictwa) przenieśli się wraz ze swoją nową, powiększoną rodziną do Chandler w stanie Arizona, gdzie Don mógł ziścić wreszcie swoje wieloletnie marzenie o sadzie brzoskwiniowym. Don dorastał w Arizonie i miał tam rodziców. Gene nie cierpiała południowego zachodu z powodu potwornych upałów. Jak mawiała często:
- Wiem, że po śmierci na pewno nie trafię do piekła, bo wystarczająco wiele doświadczyłam go za życia w Arizonie!
Na nabożeństwa uczęszczali do kościoła mormońskiego, ale Kerry, ignorując fakt, że została ochrzczona w obrządku katolickim, wymykała się do autobusu wożącego dzieci na całodzienne spotkania w kościele baptystycznym.
- Uwielbiałam te spotkania! - opowiada, śmiejąc się. - Nie cierpiałam kościoła mormońskiego.
Mimo narzekań na pogodę w Arizonie Gene podjęła mądrą decyzję wychodząc za Dona - z wielu powodów. Kochała go, oczywiście, ale nawet gdyby zdecydowała się zostać z Frankiem, to nie czekałoby ich już zbyt wiele wspólnego życia. 21 lipca 1972 roku rozpoczął swoją ostatnią turę w Wietnamie. Pięć miesięcy później jego myśliwiec został zestrzelony. Stało się to dwa dni przed Bożym Narodzeniem.
- Sheila prawdopodobnie pamiętałaby więcej na temat okoliczności, w jakich się o tym dowiedzieliśmy - mówi Kerry. - Ja pamiętam tylko jakichś mężczyzn w mundurach, którzy przyjechali po zmroku do naszego domu i że mama dużo płakała. Tamtej nocy zmoczyłam łóżko, co nie zdarzyło mi się od bardzo dawna.
Nim Frank Walsh został zestrzelony, schodząc nisko nad ziemię i próbując wyeliminować system przeciwlotniczy przeciwnika, jego jednostka zdążyła ponieść ciężkie straty. Jedyne pozostałości po Franku, jakie po czasie udało się znaleźć wojskowym, to dwa zęby i spopielona licencja pilota. Na długo nim zdołano odnaleźć jego resztki, jego numerowi wojskowemu 049303910 nadano status "zabity w walce / zaginiony w akcji". W chwili śmierci miał zaledwie trzydzieści dwa lata.
Sheila i Kerry przeżyły jego śmierć bardzo boleśnie. Gene była zrozpaczona - zawsze się tego bała. W pewnym sensie czuła się raczej wdową po Franku Walshie niż rozwódką. Uczucie to zniknęło, gdy otrzymała list od pewnej Azjatki z Okinawy, która wyjaśniała Gene, że od wielu lat była kochanką Franka - jeszcze na długo przed ich rozwodem. Było to okrutne zachowanie z jej strony - nie tylko nie miało prawa ulżyć jej własnemu poczuciu straty, ale dodatkowo jeszcze raniło Gene.
Mimo to, gdy nadszedł czas pogrzebu Francisa Anthony'ego Walsha, Gene uszyła Cathy, Sheili i Kerry identyczne, długie, różowe suknie, do których dobrała im takie same białe buty. Z zasmuconymi minami zapozowały do aparatu Dona Smitha przed białym domem, który Smithowie wynajmowali w Chandler. Ich suknie ocieniały rosnące wokół drzewa i krzaki róż.
Małżeństwo Gene i Dona kwitło. Był od niej siedem lat starszy i kochał ją całym sercem. Nie miało znaczenia, jak bardzo była przybita lub zmartwiona, Don zawsze potrafił podnieść ją na duchu. Był dla niej dużym wsparciem - jako utalentowany architekt, pracujący dla firmy budowlanej z Arizony, a także jako ogrodnik, uprawiający ich własny sad. Gene znalazła wreszcie czas na szycie i rękodzieło, do których miała ogromny talent i które tak kochała. Kilka lat później Smithowie przenieśli się do Salem w stanie Oregon - szef Dona przeniósł się do Woodburn, gdzie zajął się budową domków leśnych. Biznes rozwijał się świetnie i szef przekonał Dona, aby ten przeniósł się wraz z nim. Biorąc pod uwagę to, jak źle Gene czuła się w Arizonie, Don nie zastanawiał się dwa razy nad nową ofertą pracy.
Chociaż Don i Gene byli przyzwyczajeni do częstych przeprowadzek, to przeniesienie się ze spalonej słońcem Arizony do chłodnego Oregonu, w którym przez większość roku padał deszcz, okazało się dla nich sporym szokiem. Mimo wszystko polubili Oregon, a przyszłość firmy jawiła się w jasnych barwach. Zresztą, poza wypłatą z bieżącej pracy, Don otrzymywał jeszcze wojskową emeryturę, powodziło im się więc całkiem nieźle. W 1997 roku Don otworzył własną firmę - Alpha Bravo Construction.
Salem to stolica Oregonu. Ze szczytu gmachu tamtejszego kapitolu, złoty posąg założyciela miasta dumnie zerka na cały stan. Hrabstwo Marion, w granicach którego znajduje się Salem, położone jest w samym sercu żyznej doliny Willamette i nastawione jest na uprawę wiśni, truskawek, groszku i róż. Róże, kwitnące tam od kwietnia aż do Bożego Narodzenia, zdobią parkingi, rosnąc wokół nich równymi rzędami, mimo tego, że niebo w Oregonie jest przeważnie zasnute chmurami, a okres opadów długi i ciężki.
Cathy, Sheila i Kerry szybko zaaklimatyzowały się w nowym miejscu. Przyjęto je do szkoły w Salem. Nie licząc odwiedzin u rodziny w Missisipi, nie spodziewały się, że kiedykolwiek przyjdzie im wyjechać z Oregonu.
Kilka lat później, późną jesienią 1978 roku, Gene straciła kolejne dziecko. Znów w listopadzie. Gdy Donny osiągnął wiek nastoletni, jego zachowanie zmieniło się nie do poznania. W wieku szesnastu lat udał się samotnie na camping w Arizonie, skąd wrócił do domu śmiertelnie chory. Lekarze, niepewni diagnozy, uznali, że było to "coś podobnego do boreliozy". Być może doprowadziła do tego choroba, a może był to zwykły zbieg okoliczności, ale od tego czasu Donny zaczął się zachowywać zupełnie inaczej: stał się ponury i wycofany. Możliwe, że zawsze miał skłonności do zachowań depresyjnych. Gdy uciekł z domu, Don i jeden z wujków Donny'ego ze strony ojca uznali, że dobrym pomysłem dla chłopaka będzie zaciągnięcie się do armii. Donny zapisał się więc na obóz dla rekrutów w Fort Lewis, położonym na południe od Tacomy w stanie Waszyngton.
Krewni sądzili, że służba zrobi z Donny'ego prawdziwego mężczyznę, ale w rzeczywistości wywołała u niego jedynie traumę. Jeszcze przed obozem Donny był "słaby", a dla Gene szkolenie wojskowe stanowiło punkt graniczny - dzieliła czas na "przed chorobą" i "po zachorowaniu" syna. Rodzina wspomina, że chłopak cierpiał z powodu rozchwianej biochemii mózgu - "zupełnie tak jak jego ojciec".
Ponieważ jeden z oficerów znęcał się fizycznie i psychicznie nad Donnym, chłopak posypał się. Zaczął brać narkotyki i w tajemnicy przed wszystkimi zbudował bombę - chciał popełnić samobójstwo. Odkryto ją zupełnym przypadkiem, gdy policja zatrzymała chłopaka do kontroli z powodu nieprzepisowej jazdy. Jego wujek, Jack Smith, pracujący wówczas dla Boeinga w Seattle, pojechał do Fort Lewis, aby zobaczyć co może zrobić dla przybranego bratanka - dla wszystkich stało się oczywiste, że chłopak nie nadaje się do wojska. Armia zaklasyfikowała go do sekcji ósmej i zwolniła ze służby. Wrócił do Arizony, jeszcze bardziej pokiereszowany psychicznie niż przed obozem szkoleniowym.
- Do tragedii doszło w przeddzień Święta Dziękczynienia 1978 roku - opowiada Kerry. - Donny pojechał na rowerze ponad dwadzieścia mil do najbliższego szpitala wojskowego. Powiedzieli mu, że nie mają tego dnia wystarczająco dużo personelu, aby go przyjąć, i odesłali go gdzie indziej.
Donny Anderson miał dwadzieścia jeden lat, był pogrążony w głębokiej depresji i cierpiał z powodu stanów lękowych. Dzień po Święcie Dziękczynienia, jego brat, Danny, wrócił do mieszkania, które wspólnie wynajmowali, i zastał go martwego - Donny zastrzelił się.
Teraz Gene miała już dwoje dzieci, które odeszło z tego świata w listopadzie. Zaczęła bać się tego miesiąca. Najpierw zmarła jej maleńka córeczka, a teraz jej przystojny syn o kruczoczarnych włosach i brązowych oczach, oboje na progu zimy.
- Po śmierci Donny'ego matka się po prostu wyłączyła - wspomina Kerry.
Sheila Walsh chodziła do liceum Sprague w Salem, uczęszczając jednocześnie na zajęcia przygotowawcze przed college'em. Dorastała widząc matkę pracującą na podwójnych zmianach jako kelnerka i poprzysięgła sobie, że sama zdobędzie odpowiednie wykształcenie, aby mieć w życiu coś, na czym zawsze będzie mogła się oprzeć.
Sheila poprosiła swego czasu pewnego przystojnego ucznia, aby był jej partnerem na zajęciach z biologii, a ten natychmiast się zgodził.
- Biologia była dla mnie koszmarem - wspomina Rick Bladorn - a Sheila należała do bardzo mądrych osób. Czułem wdzięczność, że wybrała akurat mnie.
Sheila miała świetne oceny, co stało się podstawą do zapisania jej w poczet uczniów należących do National Honor Society. Nim Kerry poznała Ricka, Sheila znała go trzy lata. Gdy Kerry i Rick poznali się, Sheila i Rick kończyli akurat liceum. Siostrze nie podobał się chłopak, z którym Sheila spotykała się w tamtym czasie, i postanowiła zabawić się w Kupidyna - rola, do której w ogóle się nie nadawała. Jej grubymi nićmi szyta intryga była oczywista i Sheila natychmiast się na niej poznała.
Rick był wysoki, przystojny, ale przed wszystkim był po prostu miłym gościem. Nie wydawał się świętoszkowaty, ale był zwyczajnie dobry. Gdy Kerry upatrzyła go sobie na chłopaka Sheili, uważała, że przy pomocy odpowiednich wskazówek i zaaranżowanych spotkań zdoła przekonać siostrę, że Rick to idealny facet dla niej. Rick i Sheila byli dobrymi przyjaciółmi, ale nigdy nie doszło między nimi do niczego więcej. Ku rozpaczy Kerry, Sheila nie przejawiała żadnego zainteresowania Rickiem. Wolała facetów, którzy roztaczali wokół siebie nieco niebezpieczną aurę. On także nie czuł do niej niczego specjalnego. Oboje byli rozbawieni determinacją trzynastoletniej Kerry, aby zadbać o starszą siostrę i wybrać jej odpowiedniego męża.
Kilka lat później Kerry udała się na imprezę do domu Ricka wraz z kilkoma chłopakami w swoim wieku. Początkowo w oko wpadli jej jego współlokatorzy - mogłaby postawić diamenty przeciw orzechom, że kto jak kto, ale ona nigdy w życiu nie zakocha się w Ricku.
Gene Smith wyszła za mąż po raz pierwszy, będąc jeszcze nastolatką, i zanim zdążyła się zorientować, sama miała już nastoletnie córki. Niekiedy sprzeczała się z nimi - szczególnie z Kerry. Gene zauważyła już też początkowe objawy cukrzycy, która w przyszłości miała odcisnąć mocne piętno na jej życiu. Na przestrzeni trzydziestu lat wychodziła za mąż trzykrotnie, nim wreszcie znalazła właściwego mężczyznę. Nieustanna opieka nad dziećmi wykończyła ją. Pragnęła czasu, aby móc skupić się na spokojnym życiu z Donem oraz na swoich hobby - produkcji drogich lalek i ceramiki.
Smithowie kupili wielki stary dom przy Liberty N.E. 1515 w Salem - w garażu Gene urządziła własny sklep z lalkami. Sprzedawane zabawki tworzyła od zera (włącznie z ich kształtem) i każda była małym dziełem sztuki. Prowadziła także lekcje produkcji lalek, które cieszyły się dużym zainteresowaniem. Wykonane z solidnych materiałów, ubrane w koronki, malowane i zdobione perukami lalki Gene miały ogromne wzięcie. Gene i Don mieli nadzieję, że w przyszłości znajdą czas także na wspólne podróże.
Gdy Sheila chodziła do ostatniej klasy liceum, Gene była gotowa, aby kazać najstarszym córkom stanąć na własnych nogach. Im większą krnąbrnością się wykazywały (nie różniły się pod tym względem od innych nastolatek), tym bardziej była do tego zdeterminowana. Co do Dona, to ten zawsze chciał tego samego co Gene - to ona zawsze ostro wyrażała swoje zdanie, a on jedynie ją naśladował. Jego spokój był całkowitym zaprzeczeniem jej rozemocjonowania - mimo to (a może właśnie dzięki temu) ich małżeństwo miało się świetnie.
Cathy wyprowadziła się z domu jako pierwsza. Wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci. Sheila po ukończeniu liceum zapisała się do college'u Chemeketa w Salem na kurs ekonomii i znalazła pracę w jednej z najlepszych kancelarii adwokackich w mieście - Brown, Burt, Swanson, Lathan, Alexander i McCann. Kochała swoją pracę, w planach miała jednak zrobienie studiów. Zastanawiała się nad pójściem na prawo.
Firma Sheili uwikłała się w sprawę, która w 1978 roku nabrała ogólnokrajowego rozgłosu: czy mąż może zgwałcić własną żonę? W sprawie Greta Rideout v. John Rideout oskarżenie starało się dowieść, że mężczyzna może być skazany za zmuszenie żony do stosunku seksualnego wbrew jej woli. John Rideout został uniewinniony, ale na podstawie tej historii nakręcono głośny film z Lindą Hamilton w rolach głównych. Gdy Sheila zapoznała się z aktami sprawy, doszła do wniosku, że poruszony w niej problem jest bardzo interesujący.
Jak się okazało, miała prawdziwy talent do wyłapywania szczegółów, co bardzo podobało się jej szefom. Od czasu do czasu odwiedzała ją w pracy Kerry, która tak podziwiała sposób, w jaki siostra odbiera telefon, że nauczyła się podobnie jak ona na jednym wydechu podawać nazwę kancelarii: "BrownBurtSwansonLathanAlexanderiMcCann". Niemal dwadzieścia lat później nadal potrafiła to zrobić, nawet wybudzona ze snu w środku nocy.
Sheila zawsze miała do opowiedzenia jakieś interesujące historie związane z pracą. Pewnie, większość spraw była nudna i nikomu nie zapadała w pamięć na dłużej, niekiedy trafiali się jednak klienci, tacy jak John Rideout, których rodzina Sheili znała z gazet i telewizji.
Któregoś razu do kancelarii trafił umięśniony, przystojny ekssportowiec Randy Woodfield. Kerry do dziś wspomina, jakie przerażenie wywołał w Sheili.
- Randy Woodfield był głośnym wówczas Mordercą z Międzystanowej nr 5, dopiero co aresztowanym za zastrzelenie dwóch kobiet w Salem oraz całą serię gwałtów, których dopuścił się w Kalifornii, Oregonie i Waszyngtonie. Sheila opowiadała, że wyglądał na miłego faceta, ale przyprawiał ją o gęsią skórkę.
Chociaż Sheila chciała pójść na studia, to marzyła także od dawna o znalezieniu sobie, tak jak matka, miłości swojego życia. Prawo fascynowało ją, było jednak jedynie środkiem do spełnienia marzeń. Nie przeszkadzała jej ciężka praca, ale pragnęła romantycznej miłości i męża, który da jej coś więcej niż tylko wygodne życie. Była jednak jeszcze młoda i nie czuła pośpiechu. Na horyzoncie ciągle jeszcze miała studia.
- Sheila uwielbiała przepych - opowiada Kerry. - Ciągnęło ją do niego i pragnęła go, ale nigdy nie była jakoś wybitnie inteligentna. Od czasu do czasu przebierałyśmy się, w co miałyśmy najlepszego, i pozowałyśmy u zawodowego fotografa, bawiąc się w modelki. Ale to nie była prawdziwa Sheila. Trudno to wyrazić słowami, ale zawsze miała w sobie coś, co sprawiało, że ludzie do niej lgnęli. Nie miało żadnego znaczenia, czy była "zrobiona" albo czy jej włosy znajdowały się w kompletnym nieładzie i nie miała na sobie makijażu. Ludzie po prostu zwracali na nią uwagę i chcieli być blisko niej. Była jak ludzki magnes, zawsze radosna i promienna, a przebywanie z nią sprawiało ludziom radość.
- Sheila zawsze pragnęła domu i dzieci. Gdy poznała Allena, miała zaledwie osiemnaście lat, a on wydawał się facetem idealnym.
Na pierwszy rzut oka faktycznie był idealny - jedynie czas, gdy poznała go, nie był najszczęśliwszy. Zakochanie się w Allenie oznaczało dla niej porzucenie (przynajmniej chwilowo) myśli o studiach. Ale Allen Van Houte bardzo starał się sprawić wrażenie mężczyzny, w którym zakochać mogłaby się każda młoda kobieta. Gdy Sheila wpadła na Allena w kancelarii, natychmiast przykuł jej uwagę.
Jesień 1982 roku. Sheila zaledwie rok temu ukończyła liceum. Była niziutka jak dziecko, ale jej figura była idealna. Urodę podkreślały długie blond włosy, piękna twarz, duże błękitne oczy oraz pojedyncze piegi na nosie. Popatrzyła na mężczyznę, którego przedstawił jej jeden z jej szefów, i natychmiast poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.
Allen Van Houte był klientem. Jej szef prowadził jego sprawę rozwodową. Allen nie wspomniał, o który z kolei rozwód chodzi, a Sheila założyła, że o pierwszy. Miał blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu i wyglądał jak prawdziwa gwiazda filmowa - przynajmniej w jej oczach. Miał gęste, niemal czarne włosy i urzekające brązowe oczy. Nosił się nienagannie i Sheila miała przeczucie, że mimo zaledwie dwudziestu siedmiu lat to urodzony biznesmen. Gdy tylko zaprosił ją na randkę, natychmiast się zgodziła.
Allen znał najlepsze miejsca w Salem i co rusz rzucał nazwami drogich klubów country i wykwintnych restauracji, o których nigdy w życiu nie słyszała. Zaprezentował jej swój sklep muzyczny, czym bardzo jej zaimponował. Wyjaśnił, że była żona, Mary, "puściła go w skarpetkach", ale stawał już na nogi, więc Sheila nie musiała mieć żadnych powodów do obaw.
Allen twierdził, że rozwód był dla niego tragiczny. Gdy mówił o swoim nieudanym małżeństwie, na jego twarzy widniał prawdziwy smutek. Opowiedział Sheili, że Mary miała z poprzedniego małżeństwa dwójkę dzieci, dla których starał się być jak najlepszym ojcem, jego wysiłki miały jednak nie być dla niej wystarczające. W wyniku rozwodu miała zabrać mu wszystko - "nawet dom".
Sheila nie wiedziała o Allenie zbyt wiele. Twierdził, że pochodził z Oregonu, ale nie mówił w zasadzie nic o swoim dawnym życiu. Podejrzewała, że zmieni się to, gdy poczuje się przy niej pewniej i nabierze do niej większego zaufania. Rozumiała, że to, co go spotkało, było dla niego bolesne i trudno przychodziło mu ponownie komuś zaufać.
Starał się pozbyć tego bólu - nie chciał mówić o przeszłości i wydawało się, że próbował układać sobie życie na bieżąco. Chciał się bawić i potrafił być przy tym zabawny oraz inteligentny. W Allenie Sheila znalazła przepych, którego tak długo szukała.
Zakochała się po uszy. Mimo ciężkich przeżyć Allen był czarujący, zabawny i czuły. Po trzeciej randce Sheila wiedziała już, że za niego wyjdzie. Nie musiał się nawet oświadczać - byli sobie przeznaczeni. Nie mogła się doczekać, kiedy zostanie panią Van Houte.
Gdy Sheila poznała Allena, Gene była przed pięćdziesiątką, a Don już grubo po. Wywarł na nich doskonałe wrażenie. Miał w sobie wszystko, czego mogli oczekiwać od potencjalnego zięcia. Miał plany i był gotów uwzględnić ich w pomysłach na rozwój swojego biznesu. Tak, mówił otwarcie, rozwód doprowadził go do bankructwa, ale jedyną rzeczą, jaka mu w jego wyniku pozostała, był sklep muzyczny, który świetnie jego zdaniem rokował. Gdy Allen opowiadał o wielkim biznesie i franczyzie, Gene i Don nie mieli żadnych wątpliwości, że chłopak zarobi miliony dolarów.
Allen twierdził, że Capitol Hi-Fi and Video Rental doskonale prosperuje. Sklep miał świetną lokalizację przy Pringle Park Plaza, tuż obok Biblioteki Publicznej w Salem oraz komendy policji. A był to dopiero jego pierwszy sklep. Obiecał Smithom, że jeśli zdoła pójść naprzód i rozwinąć biznes, to dołączy ich jako współudziałowców.
Jako że w wyniku rozwodu Allen stracił swój dom w Ironwood w południowym Salem, Don i Gene zaproponowali mu, aby wprowadził się do nich. I tak planowali już z Sheilą ślub, nie było więc powodu, aby płacił komuś niepotrzebnie pieniądze za wynajem, skoro sami mieli w domu miejsca pod dostatkiem.
Donowi i Gene dobrze się powodziło, a ich zdolność kredytowa była doskonała. Don miał dobrą wypłatę z firmy budowlano-zaopatrzeniowej w Furrows oraz emeryturę z wojska. Bez problemu mogli zainwestować w sklep Allena.
- Opowiedział moim rodzicom, że chciałby mieć mamę i tatę... Coś, czego nigdy tak naprawdę nie miał - opowiada Kerry. - Twierdził, że kochał dziadków ze strony mamy, ale to nie to samo. Chciał zostać synem moich rodziców. Przemianował swój sklep na Stereo World i zaproponował im czterdzieści dziewięć procent udziałów, sobie zostawiając pięćdziesiąt jeden.
Układ miał być dla nich idealny, twierdził Allen, ponieważ tylko on chciał wziąć na siebie całe ryzyko finansowe związane z prowadzeniem firmy. Posiadając większość akcji, miał być wyłącznie odpowiedzialny za potencjalne długi. Gene i Don chętnie zgodzili się zainwestować w Stereo World. Zastawili część rzeczy, aby otworzyć w Commercial Banku w Salem konto kredytowe na siebie i Allena. Każde z nich mogło z niego pobierać pieniądze.
Bum mieszkaniowy uległ pewnemu zmniejszeniu i nowa praca Dona nie przynosiła już takich zysków jak prowadzenie własnej firmy. Mimo to powodziło mu się nieźle. Propozycja udziałów w firmie Allena przyszła mimo wszystko w dobrym momencie.
Allen stał się dla Gene i Dona niemalże synem. Gene patrzyła na niego i dostrzegała podobieństwo do zmarłego syna, Donny'ego. Miał ciemne włosy i był przystojny, podobnie jak Donny. W Gene budziły się na jego widok matczyne uczucia.
- Allen jednak absolutnie nie pozwalał na okazywanie wobec siebie jakichkolwiek emocji - wspomina Gene. - Jeśli ktoś próbował być dla niego czuły, ten od razu zaczynał się denerwować.
Allen powiedział Donowi, że także był żołnierzem, co pozwoliło im łatwiej się ze sobą zaprzyjaźnić.
- Twierdził, że był podporucznikiem - wspomina Don. - Stopień miał uzyskać w czasie szkolenia rezerwy na Stanfordzie, gdzie rzekomo studiował.
Smithowie dali Allenowi wolną rękę, jeśli chodzi o korzystanie z ich samochodów i łodzi Dona. Był już w zasadzie członkiem rodziny, a Sheila chodziła cała w skowronkach, nie mogąc się doczekać, kiedy za niego wyjdzie. Planowała przepiękną ceremonię w kościele metodystycznym w Salem.
Kerry próbowała cieszyć się wraz z Sheilą, była jednak jedyną osobą w rodzinie, która nie uważała Allena za idealną partię dla siostry. Było w nim coś, co napawało ją strachem - coś więcej niż nieuprzejmości, którymi obdarzał ją, gdy przypadkiem go zdenerwowała. Nie odezwała się jednak słowem - wiedziała, że nikt nie będzie słuchał rad nastolatki.
Rozdział 3
To prawda, że Allen nie lubił opowiadać o swojej "trudnej przeszłości" i wolał zostawić ją za sobą. Miał ku temu dobre powody. William Allen Van Houte przyszedł na świat w czerwcu 1955 roku i chociaż od urodzenia był ślicznym dzieckiem, to jego narodziny trudno uznać za radosne wydarzenie. Jego ojciec, Sheldon "Guy" Van Houte, miał wówczas zaledwie dziewiętnaście lat; jego matka, Karen, była o trzy lata młodsza. Inteligencja, którą w późniejszym życiu przejawiał Allen, nikogo specjalnie nie zaskakiwała - rodzina ze strony jego ojca była świetnie wykształcona. Jego prapradziadek przypłynął do Ameryki z Holandii i zarówno on, jak i jego żona byli nauczycielami w Kalifornii.
Ojciec Allena, Guy, urodził się w Kalifornii 28 lutego 1936 roku. Z kolei jego ojciec, Robert Van Houte, kontynuował rodzinną tradycję i był wysoko cenionym nauczycielem. Po wyprowadzce z Berkeley w Kalifornii i zaliczeniu kilku miast w Oregonie i na Alasce, osiadł ostatecznie w malutkim Stanfield w Oregonie. Po drodze Roberta opuściła pierwsza żona, zostawiając go z dwójką dzieci na utrzymaniu. Gdy w 1939 roku matka porzuciła ich rodzinę, Guy miał trzy latka; miał o pięć lat starszą siostrę.
Guy wspomina, że był brzydkim dzieckiem. Nie widział na prawe oko, a mając zaledwie roczek, zachorował na polio, które zostawiła go z jedną stopą wygiętą.
- Lewą stopę miałem wygiętą niemal pod kątem prostym i musiałem chodzić w szynie, przez którą kulałem. Miałem do tego wystające zęby i potrzebowałem całej serii operacji kosmetycznych jamy ustnej. Mnóstwo czasu przebywałem w szpitalu Shriners w Portland, a inne dzieciaki były dla mnie bardzo niemiłe - wręcz okrutne. Byłem takim trochę brzydkim kaczątkiem. Nie miałem mamy i taty tak naprawdę też. Mogłem sobie jeździć na swoim trzykołowym rowerku po osiemdziesiątej drugiej alei w Portland (trzy mile od domu) i nikogo to nie obchodziło. Chciałem, aby ludzie mnie lubili. Chciałem, żeby ktoś mnie kochał. Wystarczyło, żeby ktoś poklepał mnie przyjacielsko po głowie, a ja od razu byłem gotowy zrobić dla tej osoby dosłownie wszystko. To pewnie dlatego gdy dorosłem, skakałem od jednego małżeństwa do drugiego.
Gdy dziadek Allena ze strony ojca, Robert Van Houte, przeprowadził się wraz z rodziną najpierw do Klamath Falls i Coos Bay w stanie Oregon, gdzie uczył w tamtejszych liceach, a na koniec do Stanfield, bardzo oddalił się od swoich rodzinnych korzeni w Berkeley. Stanfield to mała kropka na mapie pomiędzy Hermiston i Pendleton w Oregonie, jakieś osiemnaście mil na południe od stanu Waszyngton. Podobnie jak reszta przygranicznych miast, także i ono było uzależnione od Hanford Energy Site oraz trójmiasta Richland-Pasco-Kennewick, które wyrosło w latach 40. XX wieku wzdłuż rzeki Columbia. Dopiero pięćdziesiąt lat później miano zauważyć, że wśród mieszkańców tamtejszych okolic, narażonych na wdychanie przenoszonych przez wiatr drobinek i piasku, notuje się wyjątkowo dużą zachorowalność na najróżniejsze choroby.
Jak cała reszta mieszkańców, tak i Robert Van Houte pływał ze swoimi dziećmi w rzekach i strumieniach wschodniego Oregonu. Gdy mieszkali w Klamath Falls, a Guy miał jakieś siedem lat, Robert ożenił się z Iris, swoją drugą żoną. Szybko dorobił się jeszcze czterech córek: Lydii, Gladys, Joan i Susan. Gdy urodziła się Susan, jej przybrany brat, Guy, miał już własne dzieci.
Przy rodzeństwie w postaci pięciu sióstr, to na Guya spadł obowiązek przedłużenia rodzinnego nazwiska i wzięcia na swe ramiona ciężaru spuścizny swego ojca.
- Rozpuszczony przez siostry? - pyta zaskoczony Guy. - O nie, absolutnie nie. To cud, że przeżyłem.
Robert Van Houte był osobą, której trudno było dorównać. Swoją karierę zaczął od pracy w szkole - w Stanfield uczył podstaw ekonomii oraz historii. Guy miał pecha był uczniem swojego własnego ojca. Był równie inteligentny co reszta rodziny, ale zawsze czuł się kiepski w relacjach społecznych. Po ojcu odziedziczył wystające zęby, drobny podbródek i gołębią klatę, jednak ani odrobiny jego pewności siebie.
- Tata nie był dla mnie szczególnie miły - wspomina Guy. - Zawsze mówił mi, co mam robić i kim być. Był niczym Jezus Chrystus, a ja byłem nieco nieokrzesanym i bardzo zbuntowanym dzieckiem. Gdy ojciec mówił mi, że czegoś mi nie wolno, to zawsze to robiłem. Gdy mówił mi, że nigdy czegoś nie osiągnę, to wchodził mi na ambicję.
Gdy Robert Van Houte raz postawił sobie w życiu jakiś cel, to dążył do niego tak długo, aż go osiągnął. Był kuratorem szkolnym na Alasce, znał się z rodziną Kennedych i był jednym z założycieli ruchu Szarych Panter, który starał się aktywizować intelektualnie seniorów. Jego największą życiową porażką i zawodem mógł być fakt, że nie zdołał przerobić syna na swój obraz i podobieństwo.
Robert zmarł na białaczkę w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Mimo że w ostatnim roku życia przeprosił Guya słowami: "Nigdy nie potrafiłem pokazać drugiej osobie, że ją kocham. Zawiodłem cię", ten nigdy nie poczuł się kochany, nigdy też nie wybaczył do końca swojemu ojcu swego paskudnego dzieciństwa.
Jedynym, co fascynowało Guya, była elektronika.
- Gdy miałem dziesięć albo jedenaście lat, zaliczyłem kurs korespondencyjny organizowany przez National Radio Institute. Miałem wrodzony talent do elektroniki. Dziadek pomagał mi stawiać pierwsze kroki na tym polu.
To właśnie dziadek był dla Guya prawdziwym rodzicem.
- Dziadek mnie wychowywał - opowiada. - Tata za bardzo był skupiony na swojej karierze i nigdy nie było go w domu. Babcia zmarła na cukrzycę, gdy miałem pięć lat, ale dziadek wziął mnie pod swoje skrzydła. Miał własną przyczepę na tym samym polu, co nasze domki i często u niego spałem. Zawsze mogłem na niego liczyć. Nigdy mnie nie zawiódł.
Siostra Guya, Carol Van Houte, nie miała aż tyle szczęścia. Do czasu, nim jej ojciec i macocha nie zgromadzili wokół siebie całej rodziny, przebywała w katolickim sierocińcu.
- Nie cierpiała tego miejsca - mówi Guy. - I szczerze mnie nienawidziła, bo sam miałem szczęście zostać z dziadkiem.
Gdy dorósł, Guy znacznie wyprzystojniał. Jego ciemnobrązowe oczy były niemalże hipnotyzujące. Jego twarz zdobiły ponadto teatralnie uniesione brwi i nierówna szczecina na ciemnych włosach. Rysy twarzy mu wypiękniały, a koślawa noga wyprostowała się. Zawsze jednak dziwił się, gdy jakaś dziewczyna okazała się nim zainteresowana.
Gdy w 1954 roku poznał Karen, był w ostatniej klasie liceum, ona - dwie klasy niżej. Była niziutką blondynką o niemal srebrnych włosach i szalonym temperamencie. Chociaż wychowała się na farmie, to historia jej rodziny należała do równie poplątanych co dzieje Guya. Karen i jej siostra, Violet, były córkami Elvy i Zachariaha Higleya*. Zachariah był kaznodzieją zielonośwątkowców, który wybrał sobie Elvę na żonę, gdy ta miała dopiero czternaście lub piętnaście lat. Niestety, był mężczyzną o anormalnych skłonnościach seksualnych, który nie pozwalał sobie, aby jego powołanie duchowe przeszkadzało mu w ich realizacji.
- Według własnego widzimisię - opowiada jeden z krewnych - wybierał sobie nieletnich chłopców. Uczył dzieci, "jak się uprawia seks".
Elva rozwiodła się z Zachariahem, który przeniósł się do Oklahomy. Jej drugim mężem został Austin Alford, z którym miała syna Leroya oraz jeszcze jedną córkę - Debbie. Elva, babcia Allena ze strony matki, nie była typem domatorki ani matki. Zachariah zmuszony był uczyć ją gotowania, ona sama znacznie bardziej niż prowadzeniem domu interesowała się jazdą konną.
Ojczym Karen, Austin, wychowywał się w czasach wielkiego kryzysu i poprzysiągł sobie, że dorobi się własnej, samowystarczalnej farmy, która zapewni jego rodzinie jedzenie bez względu na sytuację na świecie. Wraz z żoną kupili jedenaście akrów ziemi w Stanfield i zaczęli hodować tam bydło, założyli półakrowy ogród, a na pastwiskach posiali lucernę. Prowadzenie farmy okazało się zajęciem prostszym niż utrzymanie w ryzach córek pastora Zachariaha Higleya.
Kraen doprowadzała matkę do rozpaczy i terroryzowała swoją przyrodnią siostrę, Debbie.
- W czasach licealnych wymykała się nocami - wspomina Debbie, która chodziła wówczas do podstawówki. - Bałam się mówić o tym matce, bo zawsze groziło to awanturą, poza tym, gdy Karen wracała do domu i odkrywała, że się wygadałam, wpadała w szał. Najczęściej leżałam po prostu w łóżku i modliłam się, żeby wróciła przed świtem, nim ktoś się zorientuje, że jej nie ma.
Ale Karen charakteryzowała się nie tylko trudnym charakterem - cierpiała także na okresowe napady melancholii i gdy coś szło w życiu nie po jej myśli, odgrażała się popełnieniem samobójstwa. Któreś nocy wpadła na pomysł, aby wybrać się na przejażdżkę ze swoim chłopakiem samochodem swoich rodziców.
- Zmusiła mnie, abym pojechała z nimi - opowiada Debbie - bo miała się mną zajmować tego wieczoru. Jechała nieco za szybko i wylądowaliśmy w rowie, a ja uderzyłam się w głowę. Odgrażała się, że zabije mnie, jeśli się wygadam, co się stało.
Debbie nikomu nie powiedziała o wypadku. Była szczerze przekonana, że Karen mogła spełnić swoje groźby. Miała już na swoim koncie agresywne zachowania, które sprawiały, że Debbie miała się na baczności w jej towarzystwie.
- Łapała żaby i rzucała je na ogrodzenie elektryczne, przyglądając się jak podskakują w agonii. Patrzyła tak na nie, aż nie umarły.
To właśnie Karen, nieodpowiedzialna i uparta, przyciągnęła uwagę Guya Van Houte'a. Biorąc pod uwagę piekło, które z nią przeszli, Elva i Austin Alfordowie czuli pewnie lekką ulgę, że ich córka zaczęła spotykać się z synem nauczyciela.
- Nie mieli nic przeciwko temu, że spotykam się z Karen - opowiada Guy - ale dla mnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent tego związku to był po prostu seks.
Robert Van Houte nie pochwalał jednak zauroczenia Guya Karen. Kazał mu trzymać się od niej z daleka, co - rzecz jasna - dało tylko tyle, że jego syn zadurzył się w niej jeszcze bardziej.
- Gdy kończyłem liceum, byliśmy w sobie zakochani po uszy - wspomina Guy. - Tata oznajmił mi, że mam się trzymać z daleka od "tej dziewczyny", po czym wyjechał na wakacje na całe lato, stwierdzając, że policzy się ze mną po powrocie. Wybraliśmy się więc tego lata z Karen do trójmiasta i pobraliśmy pod jego nieobecność. Było to takie "pieprz się, tato, teraz to moja żona".
Ale jak się okazało, to Guy spieprzył swoje życie - swoje oraz Karen. Nie był gotowy na ślub, a tym bardziej na zostanie ojcem. Jego ojcu ulżyło, gdy dowiedział się, że w chwili zawarcia ślubu Karen nie była w ciąży. Guy zatrudnił się w tartaku w Pilot Rock na południe od Pendleton w Oregonie, rozwiewając nadzieje ojca, że syn będzie kontynuował rodzinne tradycje. Nie wiodło mu się jednak ani w tartaku, ani w fabryce konserw, gdzie zatrudnił się po odejściu z pierwszego miejsca pracy. Zgodził się pójść jesienią do college'u.
Robert Van Houte był już wówczas kuratorem szkolnym i coraz bardziej angażował się w politykę. Został przewodniczącym Oregon Educational Association oraz wpływowym członkiem National Education Association.
- Oczywistym było dla niego, że ja też zostanę nauczycielem - wspomina Guy - ale to nie było dla mnie. Poszedłem na Oregon College of Education w Monmouth (dzisiejszy Western Oregon State College) i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie nadaję się do takiej pracy.
Karen zaszła w pierwszą ciążę na początku października 1954 roku, gdy ich pośpieszne, nieprzemyślane małżeństwo zaczęło staczać się po równi pochyłej. Było to absolutnie nieplanowane dziecko. Guy, który przez wiele lat uciekał, gdy tylko coś w małżeństwie szło nie tak, nie pamięta, kiedy dokładnie porzucił Karen.
- Wypieram to - przyznaje. - To mogła być końcówka tego roku (tzn. 1954), może jakoś po Bożym Narodzeniu. Wydaje mi się jednak, że doszło do tego jakoś na początku 1955 roku, wiele miesięcy przed przyjściem dziecka na świat. Byłem dupkiem, zachowałem się jak zwykła świnia.
Guy porzucił Karen z pełną świadomością, że w drodze jest dziecko. Winiła go za to, winiła jednak także dziecko - Allena. Karen zawsze miała poczucie, że swoim przyjściem na świat zniszczył jej życie, o czym mówiła wszem i wobec. Jeśli kiedykolwiek jakaś kobieta weszła na ścieżkę całkowitego zniszczenia, to była nią Karen Van Houte.
Guy uczęszczał do college'u w Monmouth, zapisując się na zajęcia, które w żaden sposób nie przybliżały go do otrzymania dyplomu z pedagogiki.
- Z trudem utrzymywałem średnią ocen na poziomie 2,4. Zajęcia w ogóle mnie nie interesowały. Chciałem pracować w czymś związanym z radio albo elektroniką, ale zamiast tego robiłem to, co kazał mi ojciec.
I w takich właśnie okolicznościach 5 czerwca 1955 roku w Eugene w stanie Oregon na świat przyszedł William Allen Van Houte. Jego matka, Karen, miała szesnaście lat i w czasie porodu nie było nikogo u jej boku. Ojciec Allena miał dziewiętnaście lat i już zniknął z jego życia dla własnej wygody. Gdy Karen przewożono do szpitala, radio w karetce grało "Rock Around the Clock" Billa Haleya i "Maybelline" Chucka Berry'ego. Połowa lat 50. była dla nastolatków czasem beztroskim, niemal niewinnym, ale nie dla Karen Van Houte. Zastanawiała się pewnie dlaczego lata te tak szybko jej przeminęły. Nie przypuszczała nawet, że bóle porodowe, które szarpały jej ciałem, miały być najłatwiejszym etapem wychowywania syna.
Nikt jeszcze nie wiedział, że Hanford Project zatruwało najprawdopodobniej ziemię, powietrze oraz rzekę Columbia. W czerwcu, gdy na świat przyszedł Allen, Komisja Energii Atomowej ogłosiła, że jest w stanie zbudować tanią bombę wodorową dowolnych rozmiarów. Kilka lat wcześniej zakończyła się wojna koreańska, a Wietnam w świadomości Amerykanów był po prostu jakiś odległym krajem, o którym mało kto słyszał. W hrabstwie Orange w Kalifornii otwarto pierwszy na świecie Disneyland, a Jonas Salk udoskonalił szczepionkę przeciwko polio. Allen nie musiał się zatem martwić potencjalnym kalectwem wywołanym przez tę chorobę, ale była to jedyna przewaga w życiu, jaką miał nad swoim ojcem.
Karen Van Houte dalej mieszkała w wielkomiejskim Eugene, nie miała jednak oporów przed powrotem do Stanfield. Potrzebowała pomocy w wychowaniu dziecka i zwróciła się w tym celu do rodziny. Gdy odzyskała dawną figurę, stała się jeszcze atrakcyjniejsza niż w chwili, gdy Guy Van Houte "zakochał się w niej po uszy". Była śliczna, a swoją urodę podkreślała rozjaśnionymi, niemal blond włosami. Nadal była jednak nerwową, porywczą dziewczyną, skłonną do napadów złości oraz sfrustrowaną tym, jak potoczyło się jej życie.
W późniejszym wieku Allen winić będzie swoją matkę za wszystko, co złe w jego życiu, albo wspominając, albo wymyślając opowieści o najbardziej niestworzonych przejawach znęcania się nad nim. Jak na ironię - ona również obwiniała go o wszystko, co złe w jej życiu.
Guy wspomina, że widział swoje dziecko tylko raz. Chociaż Allen Van Houte był do niego tak podobny, że nie można było mieć żadnych wątpliwości co do tego, kto jest jego biologicznym ojcem, to nie było pomiędzy nimi ani miłości, ani zaufania. Tak jak ojciec Guya nie miał dla niego czasu, tak on sam nie miał czasu dla Allena. Zupełnie tak, jakby czegoś Guyowi brakowało - nigdy nie miał okazji nauczyć się, co znaczy być ojcem.
Guy rzucił college i robił kolejne kursy związane z radiem. Miał smykałkę do elektroniki, techniki i inżynierii.
- To było moje życie - wspomina swoją pracę. Naprawiał radia, telewizory i (nieco później) komputery. Komputery wyłącznie naprawiał - nigdy nie nauczył się z nich korzystać.
Guy nie przekazał jednak swojemu pierworodnemu synowi talentu do elektroniki.
- Allen w ogóle nie znał się na elektronice. - Śmieje się. - Nie odróżniał tranzystora od rezystora, ale zawsze potrafił kłamać i wciskać ludziom kit, na który łatwo się nabierali.
Miały minąć jednak lata, nim Guy Van Houte dowie się, co potrafi, a czego nie potrafi Allen. Po tym zobaczeniu go ten jeden, jedyny raz jako niemowlę, warunki życia Allena, jego problemy, zalety i słabości stały się dla niego równie obce co dowolnego innego dziecka w Oregonie. Allena wychowywała Karen oraz jej rodzina.
Gdy Allen przyszedł na świat, jego ciotka, Debbie, była jeszcze dzieckiem - miała zaledwie osiem lat więcej od niego. Natychmiast pokochała go całym sercem. Wspomina malutkiego Allena jako "uroczego, maleńkiego dzieciaka". Lubił tańczyć w rytm swojej ulubionej piosenki Wake Up, Little Susie, nagranej w 1958 roku przez Everly Brothers. Guy nigdy nie miał okazji poznać takiego Allena - był daleko, zajęty własnymi sprawami.
Allen wyglądał na zwyczajne dziecko, może nieco bystrzejsze od większości rówieśników. Na głowie wiecznie sterczał mu uparty kosmyk włosów, a uszy nieco odstawały - spuścizna po ojcu. Karen nadal uciekała przed swoim życiem, Allen równie wiele czasu, co z nią, spędzał z dziadkami: Elvą i Austinem. Chociaż Elva sama nie była nigdy wzorową matką, to wprost oszalała na punkcie wnuka, co niekiedy irytowało Austina. Pozwalała mu robić wszystko, na co tylko miał ochotę. Nieraz sprzeczała się z Austinem, który wyrzucał jej, że rozpuszcza dziecko. Pewnie faktycznie tak było, ale mały Allen opisywał życie z Karen w tak ciemnych barwach, że babka i ciotka Debbie robiły wszystko, aby tylko jakoś mu to zrekompensować.
W bardzo młodym wieku Allen nauczył się rozpychać pomiędzy szczęśliwymi parami. Za każdym razem, gdy babcia pozwalała mu zrobić coś, na co miał ochotę, uśmiechał się pogardliwie do Austina. Lubił poczucie władzy, jakie niosło za sobą niszczenie cudzych związków.
Dziecko o mniejszym poczuciu własnej wartości niż Allen byłoby przytłoczone liczbą przyrodniego rodzeństwa spłodzonego w nowych związkach przez ojca i matkę, którzy okazali się bardzo płodni. Gdy tylko rozwód z Karen stał się faktem, Guy ożenił się po raz kolejny. Wraz z drugą narzeczoną, Jeannette, która w chwili ślubu także miała zaledwie szesnaście lat, pojechał do Walla Walla, gdzie przyjęli sakrament. Nie przejmując się w ogóle problemami pierwszego dziecka, dorastającego bez ojca, szybko zapłodnił Jeannette, która urodziła mu w sumie czwórkę dzieci. Mimo że po latach nienawidził się za tę decyzję, z tego małżeństwa także bardzo szybko się wypisał, nie biorąc - zupełnie tak jak w przypadku Allena - żadnej odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo ekonomiczne. Dzieci zostały adoptowane przez drugiego męża Jeannette.
Samotne dzieciństwo sprawiło, że Guy pragnął miłości, ale jednocześnie uciekał w panice, gdy tylko ktoś wymagał od niego więcej, niż ten był w stanie zaoferować. Nie był godnym podziwu ojcem. Przed skończeniem dwudziestu pięciu lat Guy Van Houte porzucił w sumie piątkę dzieci, uparcie starając się wyprzeć je z pamięci.
- Po sześćdziesiątce ocknąłem się nagle, mając wrażenie, że to wszystko było tylko złym snem - opowiada. - To nie byłem prawdziwy ja. Próbowałem wyprzeć swoją przeszłość.
Zachowanie godne pożałowania. Guy pochodził z dobrej, porządnej rodziny i przekazał swojemu potomstwu w genach wysoką inteligencję, ale pierwsza piątka jego dzieci zmuszona była dorastać w ciężkich emocjonalnie warunkach.
Trzecią żoną Guya była Suzanne. Poznał ją w 1961 roku, gdy przyjechał do niej naprawić telewizor. Zauroczenie było obustronne, a on do tego stopnia się w niej zadurzył i tak bardzo wstydził się swojej przeszłości, że nie wspomniał w ogóle Suzanne o pierwszych dwóch małżeństwach i porzuconych przez siebie dzieciach. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że tajemnice na temat jego przeszłości prędzej czy później ujrzą światło dzienne, postanowił jednak milczeć o dawnym życiu.
Jego trzecie małżeństwo przetrwało o wiele dłużej niż poprzednie (ponad piętnaście lat) i tym razem Guy był na miejscu, wychowując dzieci, które przyszły na świat z jego związku z Suzanne. Byli to wyłącznie chłopcy (Bruce, Randy oraz Nick). Rodzina mieszkała w McMinnville w stanie Oregon. Guy dojrzał na tyle, aby przy okazji trzeciego małżeństwa być w stanie sprostać ojcostwu. Był blisko z Brucem i Randym, ale nie tyle blisko, aby przyznać się im do istnienia ich przyrodniego rodzeństwa. Przez pierwszych osiem-dziewięć lat małżeństwa Guya i Suzanne, rodzinie Van Houte'ów wiodło się bardzo dobrze. Ale oto nadszedł rok 1970, a Guy zmuszony został opowiedzieć Suzanne o swojej przeszłości. Musiał przyznać się do tego, że miał piętnastoletniego syna, który teraz trafi pod ich opiekę.
Karen wychodziła powtórnie za mąż równie często co Guy - mężczyźni raz po raz pojawiali się i znikali z jej życia. Nie licząc Austina Alforda, ojczyma swojej matki, Allen nie miał wzoru porządnego ojca, na którym mógłby się oprzeć. Przez jakiś czas mieszkał ze swoją matką, Karen, po czym trafił do Elvy i Austina. Matka Karen sama była mężatką po raz drugi i wśród jej dzieci było rodzeństwo zarówno biologiczne, jak i przyszywane. Jej biologiczny ojciec był głównym źródłem niewłaściwego prowadzenia się Karen.
W czasie gdy Allen mieszkał z dziadkami, matka wpadała do nich niekiedy w odwiedziny. Czasami mieszkał z nią sam, to nigdy jednak nie był dla niego dobry czas. Najczęściej Karen przebywała jednak gdzieś, a Allen zmuszony był mieszkać u dziadków. Był to najbardziej stabilny dom, jaki znał. Podobnie jak wcześniej jego ojciec, tak i Allen w gruncie rzeczy wychowywany był raczej przez pryncypialnych dziadków niż przez własnych rodziców. No i rzecz jasna przez Debbie, która świata poza nim nie widziała.
Po rozwodzie z Guyem Karen wyszła za mąż jeszcze trzykrotnie. Jej drugim mężem był Melvin Schafer, z którym źle jej się układało. Melvin pracował dorywczo jako mechanik, a w sezonie wraz z Karen jeździł wozem z grochówką. Często dochodziło między nimi do przemocy fizycznej. Karen biła Mela patelnią, w wyniku czego ten trafił do szpitala. Sama miała podbite oczy i nos złamany przy pomocy kija baseballowego. Mimo operacji do końca życia jej nos przypominał nos boksera.
Karen urodziła drugiego syna, Gregory'ego, a później jeszcze dziewczynkę, której dała na imię Peggy.
Pewnego dnia, gdy Peggy była jeszcze niemowlakiem, Karen i Melvin zaparkowali samochód na poboczu, czekając na znajomego, który miał podjechać do nich ciężarówką do przewozu drewna. Peggy była pogrążona w głębokim śnie, zostawili ją więc w środku i wysiedli, aby wypatrywać mającego nadjechać wozu. W przerażeniu, niemalże jak na zwolnionym filmie, zobaczyli, jak psują się hamulce w ciężarówce ich znajomego. Bezradnie patrzyli, jak potężny, rozpędzony wóz uderza w samochód, w którym śpi ich mała córeczka. Peggy zginęła na miejscu, wśród odgłosów miażdżonego metalu.
Karen urodziła jeszcze dwóch chłopców, Briana i Randy'ego, oraz dziewczynkę - Lindę. Linda była bardzo śliczna i zachowywała się trochę jak chłopczyca - bardzo przypominała w tym Elvę. Przez wiele lat Allen był w tym układzie całkowicie pomijany i mieszkał z Alfordami, gdzie zawsze mógł liczyć na babcię, która powita go z otwartymi ramionami.
- Allen od czasu do czasu uciekał - wspomina jego ciocia, Debbie. - Ale nigdy daleko. Któregoś razu schował się w szopie. Wiedziałam, gdzie jest, podeszłam więc, stanęłam kilka metrów od szopy i powiedziałam głośno, niby do siebie: "Och, Allen, gdzie ty jesteś, tak się o ciebie martwię. Znowu uciekłeś, w ogóle nie wiem, co mam robić. Gdzie się podziewasz?". Wyszedł z ukrycia, uśmiechnięty od ucha do ucha, przekonany, że udało mu się mnie wyrolować.
Ale Debbie naprawdę martwiła się o Allena. Gdy miała osiemnaście lat, a Allen jakieś dziewięć lub dziesięć, chłopak mieszkał z Karen w starej przyczepie w Pendleton w Oregonie. Karen była na etapie budowania rusztowania, na którym stanąć miała przyczepa i Debbie, która ich odwiedziła, zobaczyła Allena jak ten piłuje drewno.
- To był potwornie upalny dzień - opowiada Debbie. - A on był przecież jeszcze dzieckiem. Gdy do niego podeszłam, zobaczyłam jego oczy, które były jednak tak ciemnobrązowe, że nie byłam w stanie dostrzec jego źrenic. Nawet białka oczu miał żółte. Zapytałam: "Allen, od jak dawna jesteś chory?". A on słabym głosem odparł: "Od kilku dni".
Debbie natychmiast zrozumiała, że jej bratanek jest ciężko chory i że znalazła się w nielichym kłopocie. Nie miała władzy, aby zabrać go do lekarza, nie miała też na to pieniędzy.
- Zabrałam go do wydziału zdrowia - wspomina. - Próbki moczu, które od niego pobrali, były ciemne jak czekolada. Miał wirusowe zapalenie wątroby. Trafił do szpitala, gdzie przez tydzień aplikowali mu zastrzyki dożylne. Był w stanie jeść jedynie jedzenie dla niemowląt i ssać landrynki Werthera.
Debbie poczuła ulgę, że władze przynajmniej tymczasowo przejęły opiekę nad Allenem. Karen dużo piła i za każdym razem, gdy Debbie ją widziała, była z innym facetem. Jedynymi gośćmi Allena, na których zgodziły się władze stanowe w czasie, gdy chłopak przebywał w szpitalu, była Debbie oraz jej matka, a jego babcia - Elva.
Allen przeżył, ale miał sporo problemów. Do końca życia zmagał się z uszkodzoną wątrobą.
W tym czasie alkohol pogłębił u Karen jej stany depresyjne. Któregoś razu wróciła do domu późno w nocy i udała się prosto do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Debbie, widząc, że siostra długo nie wychodzi, zaniepokoiła się.
- Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Karen, trzymającą żyletkę tuż nad nadgarstkiem.
- Jestem do niczego. Nie nadaję się do wychowywania swoich dzieci - płakała. - Nie chcę żyć.
- Oczywiście, że się nadajesz - odparła Debbie. - Chcesz, aby twoje dzieci obudziły się i zobaczyły jak leżysz w kałuży krwi? Czy myślisz, że to wpłynie na nie pozytywnie?
Debbie podejrzewała, że Karen i prawdopodobnie druga jej przyszywana siostra, Violet, były ofiarami przemocy ze strony swojego biologicznego ojca, kaznodziei zielonośwątkowców. Karen opowiedziała jej swego czasu przerażającą historię o tym, jak w przeszłości, gdy ona i Violet były jeszcze bardzo małe, ich ojcu zdarzyło się zamknąć je w bagażniku samochodu. No i była jeszcze cała ta historia ze "zjazdem rodzinnym", w czasie którego dziewczyny odwiedziły swojego ojca w Oklahomie. Po powrocie były całe blade i nerwowe. Ludzie, którzy znali przeszłość wędrownego pastora i jegoskłonności pedofilskie, podejrzewali, że w czasie wizyty molestował swoje wnuki. Allen przyznał się któregoś razu, że jako mały chłopak był wykorzystywany seksualnie przez "kościelnego diakona".
Trzeci mąż Karen, Bill Cook, był dobrym facetem, chociaż i ten związek obfitował w liczne awantury. Wraz z Billem udało im się jednak zbudować porządną relację. Melvin Schafer, jej były mąż, ożenił się z byłą żoną Billa Cooka. Ale Karen była kobietą niespokojną i pełną problemów - emocjonalnie krucha, z temperamentem zmieniającym się w mgnieniu oka. Mąż Debbie, Tom Oliver, wspomina:
- Karen nigdy nie schodziła poniżej poziomu krzyku. Nieustannie krzyczała na swoje dzieci. Podejrzewam, że w pewnym momencie po prostu do tego przywykły, bo w ogóle nie zwracały na to uwagi.
Nieustanne okrzyki odbijały się prawdopodobnie echem w ich głowach. Czas, który Allen spędził pod opieką Karen, mógł mieć niszczycielski wpływ na inteligencję chłopaka - wpływ, którego nie mógł zrównoważyć względny spokój domu jego babci, Elvy. Wychowanie w rozumieniu Karen opierało się na biciu. Wierząc Allenowi, pewnego razu, gdy zostawił za samochodem Karen swój trójkołowy rowerek, który przypadkowo rozjechała, uderzyła go w głowę deską. Była to zapewne prawda - pozostałe dzieci również często biła wszystkim, co tylko miała obecnie pod ręką, a reszta jej synów także pamięta, jak okładała ich deskami lub kawałkami drewna do pieca.
Mimo to Karen nie była aż tak brutalna i przemocowa w stosunku do swoich dzieci, jak w późniejszych latach utrzymywał Allen. W swoich opowieściach uczynił z niej potwora, który często go bił. Twierdził, że nie raz budził się w szpitalu, do którego trafiać miał z powodu śpiączki, w którą wpadać miał z powodu brutalnego traktowania przez matkę. Nie była to prawda. Jako dziecko do szpitala trafił tylko jeden raz - gdy zdiagnozowano u niego wirusowe zapalenie wątroby.
Twierdził także, że matka pewnego razu go podpaliła.
- Allen często nie wyłączał palników w kuchence - tłumaczy Tom Oliver, starając się nieco naprostować całą opowieść. - Karen nie była dobrą gospodynią, jej dom przypominał wysypisko śmieci: wszędzie walały się jakieś papiery i śmieci. Zawsze bała się, że palniki mogą rozgrzać się za bardzo, podpalić papiery i wywołać pożar. Którego razu wzięła rękę Allena i przytrzymała ją nad palnikiem, żeby nauczył się go wyłączać, nigdy jednak nie podpaliła go.
A przynajmniej nie tak naprawdę - jednego razu Karen wylała jednak na dłoń Allena płyn z zapalniczki i odgrażała się, że przyłoży do niej zapaloną zapałkę. Nie zrobiła tego, ale z całą pewnością nie było to coś, za co dostaje się tytuł matki roku.
- Miała mnóstwo problemów - twierdził Allen, gdy był już po czterdziestce i nauczył się lepiej dobierać słowa do okoliczności. - Wychowywała się w przemocowej rodzinie. Z całych sił próbowała poukładać sobie życie, ale nie potrafiła.
Gwałtowny temperament Karen był powodem, przez który często wpadała w kłopoty, a jej najstarszy syn był katalizatorem doprowadzającym ją do wrzenia. Jej trzeci mąż, Bill Cook, stanowił swego rodzaju bufor bezpieczeństwa pomiędzy nią i Allenem, z reguły stając w obronie chłopaka. Widać to w opowieściach samego Allena, który nawet zmyślając na temat tego, jak to matka miała go podpalić, zawsze podkreślał, że życie uratował mu właśnie Bill, który rzucić miał się z kocem, aby ugasić płomienie.
Lista zawodów, przez które przewinęła się Karen, była bardzo długa. Pracowała jako barmanka w barze w Reith w Oregonie, gdzie cieszyła się wielkim szacunkiem po tym, gdy któregoś razu z rozbitą butelką w ręce przepędziła trzech facetów, którzy urządzali rozróbę. Była drobna, ale gdy wpadała w gniew, ludzie kulili się na jej widok w przerażeniu.
Karen ponownie zaczęła szukać ukojenia religijnego, zwróciła się ku religii i raz jeszcze jej wyborem okazali się zielonoświątkowcy. Ich kościołem była chata w Quonset, a w skład dziesięcioosobowej kongregacji wchodzili Indianie z rezerwatu w Cold Springs.
Z wszystkich osób skupionych wokół Karen, to Bill Cook ucierpiał prawdopodobnie najbardziej z powodu jej wybuchów gniewu. Gdy Karen użyła przeciwko Billowi broni, Allen już od lat nie mieszkał w jej domu. Z zazdrości Karen sześć razy strzeliła Billowi w okolice krocza z pistoletu kaliber .22. Mimo że rany Billa były bolesne, uszkodzenia okazały się nietrwałe.
- Wiedziała, gdzie strzelać - podsumowuje krótko ten temat Tom Oliver. - Trafiła, w co chciała.
Nadal wściekła na Billa pomimo wystrzelenia w niego całego magazynka, Karen odłożyła na bok pistolet i pobiegła po strzelbę, aby dokończyć robotę. Spust zahaczył o coś i strzelba sama wystrzeliła. Karen została ranna w ramię, przedramię, pierś i brzuch. Straciła rękę i przez resztę życia cierpiała z powodu innych obrażeń.
Strzelanina stała się, rzecz jasna, obiektem zainteresowania biura szeryfa hrabstwa Umatilla. Karen twierdziła, że próbowała popełnić samobójstwo. Nigdy nie ustalono, czy faktycznie tak było, czy po prostu postrzeliła się przypadkowo. Po wszystkim dom wyglądał jak rzeźnia, a Karen była znacznie poważniej ranna niż Bill.
- Nie chciała się zastrzelić - wspomina Tom Oliver. - Ale potrzebowała historyjki o próbie samobójczej, żeby nie pójść do więzienia za postrzelenie Billa. Zresztą nie byłaby w stanie zabić się przy użyciu strzelby, bo nie sięgnęłaby palcem do spustu. Broń po prostu w coś uderzyła i wypaliła samoistnie. Mimo mnóstwa operacji nadal ma w ciele resztki śrutu po postrzale.
Allen odwiedził matkę w szpitalu.
- Splunęła na mnie - opowiada - mówiąc: "To przez ciebie moje życie jest zrujnowane".
Życie Karen Van Houte Schafer Cook stanowiło mieszankę nieokiełznanego ducha i życiowego pecha, który porównać można chyba tylko z losem Hioba. Mimo że miała tylko jedną rękę, została spełnioną artystką. Malowała przepiękne pejzaże z bawołami przechadzającymi się po Zachodnich Równinach i rysowała komiksy. Nie było rzeczy, której nie potrafiłaby nauczyć konia, chociaż któregoś razu straciła kilka zębów, gdy trzymała w zębach lejce, a kucyk, z którym ćwiczyła, wyrwał do przodu.
Trzej synowie Karen, Greg, Brian i Allen, skończyli w więzieniu. Gdy Greg wyszedł na wolność, nie był w stanie przystosować się na nowo do świata. Po godzinach zakradł się do sklepu spożywczego, ale nie po to, aby go obrabować, ale żeby ściągnąć na siebie uwagę policji - rozbił od środka szybę sklepową i zaczekał na przyjazd funkcjonariuszy. Dostał to, czego chciał - wylądował w więzieniu stanowym Oregon, gdzie czuł się bezpieczniej niż na wolności.
Spośród wszystkich dzieci Karen to Briana postrzegano jako tego "pechowego". Będąc nastolatkiem, mieszkał ze starszą od niego kobietą z dziećmi. On także wylądował za kratkami, ale za lżejsze przestępstwa niż Gregory. Wyszedł na wolność w 1986 roku.
Córka Karen, Linda, wyrosła na prawdziwą piękność. Gdy była w liceum, zakochał się w niej żonaty, znacznie starszy od niej mężczyzna. Rzuciła liceum, aby być z ukochanym. Jak się okazało, był to udany, choć nieco dziwny związek, który przetrwał kilkadziesiąt lat.
Ostatnie małżeństwo Karen (z Jimem Freemanem) okazało się najspokojniejsze. Troszczył się o nią, a po śmierci zostawił jej swój domek na kółkach. Dobrze się złożyło, ponieważ obrażenia, które odniosła w wyniku postrzału, nieustannie utrzymywały nad nią widmo śmierci i potrzebowała po prostu spokojnego miejsca do życia. Jej przyrodnia siostra Debbie, wraz ze swym mężem, Tomem, starali się zadbać o Karen, ale nie zgodzili się wziąć odpowiedzialności za domek, gdy do przyczepy wprowadził się jeden z jej synów, który dopiero co wyszedł z więzienia.
Po sześćdziesiątce Karen wyglądała na co najmniej siedemdziesiąt pięć lat i sama o sobie mówiła, że jest "bardzo dobrą matką". Nie była to prawda. Nie była dobrą matką, ale nie była też potworem, którego opisywał Allen.