Z konstytucyjnych dni - Władysław Reymont

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Z KONSTYTUCYJNYCH DNI

Warszawa, 28 października 1905 r. Ogólny strajk. W całym świecie środek tak niebezpieczny już zamknięto do szaf z napisem: - "Medicamenta Heroica". Ale i to prawda, że nietyle lekarstwo, ile wiara w nie zbawia... Tylko czy my potrafimy wierzyć i pragnąć z taką potęgą, że aż się stanie cud?... *** Ulice ogłuchły, sklepy zamknięte, gazety nie wyszły, życie jakby zamarło, a raczej, jakby przytaiło oddech i zbiera w głębiach... *** Mam wrażenie, że niby oślepli i spętani balansujemy na linie, rozpiętej nad przepaścią - chcemy przejść na tamtą, jasną stronę... A wiadomo, że tylko szaleńcom udają się rzeczy zgoła niewykonalne. Więc oszalejmy - i niech się stanie dzień wytęskniony... *** Ten ruch mas wydaje mi się złowrogo ponury. Jest to, jakby tak znana po więzieniach rosyjskich "gołodowka", rozszerzona na cały naród i przyjęta dobrowolnie przez wszystkich. Walka biernym oporem i zwyciężanie bezwładem. Jedyna broń narodu nigdy nierozkuwanego. Walczymy nią tak samo, choć nam jest obca, niewyrosła z naszego organizmu, bo i rewolucja musi mieć twarz rasy, która ją robi... *** Żyjemy w strasznem oczekiwaniu. Może jeszcze dzisiaj przyjdą wiadomości, może jutro, a może nigdy. Niedziela. Przykry i smutny dzień, deszcz mży bezustannie, posępne niebo przygniata niby taflą ołowiu, miasto w grobowej ciszy, sklepy zaparte, ani jednej dorożki, mgły, jak przegniłe łachmany, przysłaniają świat, zimno i jakoś strasznie na ulicach, ale na trotuarach tłumy - ponure, czarne rojowisko mrowi się pod ścianami bez śmiechów, bez zwykłej wrzawy, prawie bez słowa... Nabrzmiałe gniewem milczenie przepływa nieskończoną falą, nieme usta drżą, a rozgorzałe oczy błądzą przyczajone po sznurach patroli, krążących ulicami; bagnety połyskują złowrogo; niekiedy, środkiem pustych ulic przelatują kozacy; niekiedy, jak wicher, niosą się całe szwadrony dragonów, lub bryzga błotem "linijka". I co chwila spotykają się wraże oczy, twarze się kurczą, grzbiety się prężą, serca biją szybciej, i długo tłumiony krzyk wydziera się z piersi, ale po mgnieniu tłum znowu idzie, przewala się falą, płynie, tylko że coraz cichszy i coraz posępniejszy. Godziny wloką się wolno i ciężko jak wieki, jakby ten dzień nie miał się nigdy skończyć. A wiadomości niema żadnych i znikąd! *** Trwożne wieści krążą jak kruki, plotki roją się, niepokój wzrasta. Podobno delegaci rozstrzelani, podobno będzie ogłoszony stan oblężenia, podobno Prusacy gotowi do wkroczenia, podobno idą bezustanne aresztowania. Tysiąc "podobno", a coraz trwożniejszych, rośnie w lawinę i zalewa, że już oddychać nie można. I co najstraszniejsza, że to wszystko możebne. *** Niepodobna wysiedzieć w domu. *** Wszystkie kawiarnie zamknięte. Idziemy znowu na ulicę, mrok już zapadał, tłumy na Krakowskiem, że trzeba się było przepychać, patroli jeszcze przybywało. Jeszcze było ciężej i posępniej niźli w dzień. Wszyscy w gorączce oczekiwania, nowiny latają jak błyskawice, proklamacje idą z rąk do rąk, zdenerwowanie się podnosi, niepokój ogarnia, że jeśli ktoś głośniej krzyknął lub jakaś brama huknęła, tłum przystawał bezwiednie, cisnął się pod domy, rozglądał się z lękiem i nasłuchiwał - bo się zdawało, że z krańców miasta dochodzą głosy armat, że jakiś krzyk, jakby krzyk mordowanych, leci w mrokach, skarży się... Nie, nie, jeszcze spokojnie, śmierć zadrzemała na chwilę... Październikowy dzień konał w błocie i deszczu, bełkotały rynny, ulice dławiła zimna i wilgotna noc, tylko latarnie, jakby linja szyldwachów stróżowały, żółty brzask lśnił w opadających kroplach deszczu i pełzał po rozedrganej, nieskończonej fali parasolów, a całemi ulicami i wzdłuż trotuarów ciągnęły się rozkołysane lasy bagnetów, przysuwały się coraz bliżej i coraz groźniej, aż naraz, na jakiś znak, sto żelaznych sieci przegrodziło chodniki... Co kilka kroków patrol ogarniał jakąś gromadkę, łowił przemykających się pod ścianami, wyciągał z bram, nastawiał więcierz na nadchodzących, zaciskał się kręgiem i jakieś specjalne ręce, z żarłocznością a niesłychaną wprawą, obmacywały kieszenie i dziwnie miłośnie błądziły po ludzkich kształtach, co chwila zrywały się przekleństwa, czasem śmiech urągliwy, czasem tylko pioruny spojrzeń, a niekiedy krzyk zduszony, szamotanie i głuchy, tępy odgłos bijących kolb. Żelazny płot obciskał złowionych i wywodził na środek ulicy. Od hotelu Europejskiego do placu Aleksandra pięć razy musiałem pokazywać pasport. Puszczali mnie jakoś, ale kto nie miał legitymacji, lub kto ją nawet miał, ale nie podobał się z miny, kto szedł w pelerynie, kto miał zbyt wielki kapelusz, lub za długie włosy - podejrzany! Brać go! Tylko cylindry znajdowały łaskę, czyste rękawiczki były prawomyślne, a karety nietykalne. Policja pracowała nad wszelką pochwałę... Ale tłum nie uciekał, odpowiadał na przemoc milczącą, wyniosłą wzgardą. Czułem, widziałem, jakie tam w sercach wzbierają moce, jaki war gniewu zalewa dusze. Poniedziałek. Nic jeszcze. Niema rozwiązania! Walka trwa. Od zmagania się potężnego dwóch sił ziemia drży. Bój wre bez pardonu, bez miłosierdzia, w ponurem milczeniu śmierci, nikt łaski nie żąda, czasem jeno zagrochocą salwy, zerwie się krzyk mordowanych, i znowu cisza zmagań, głuchy odgłos szamotań - polip oplątał rekina i dusi zwolna, dusi na śmierć wieczną. Dzień suchy i jaśniejszy, na ulicach pustki. W kawiarniach tłok, nastrój ponury, zastraszające wieści spadają lodowatym strumieniem. - Rząd zmoże! Strajk już pęka, rozłazi się. - Dusimy się własnemi rękoma - kraczą złowrogie głosy. *** Uciekłem, ale i w domu niepodobna usiedzieć: robota leci z rąk, każdy głos z ulicy przeraża, co chwila ktoś wpada z najnowszą wiadomością, i co chwila jest się w niebie, i spada się również co chwila na samo dno rozpaczy. *** Lepiej na świecie, pomiędzy ludźmi, którzy wierzą i pragną. - Czekać spokojnie, wytrwać! - mówi ulica. Idę na włóczęgę, gdzie oczy poniosą. Aleje Ujazdowskie martwe, nieco trupie, twarze zalęknione, ruchy niepewne, w oknach zasłony; Nowy Świat wzburzony - jakże?... handel przecież ustał; Krakowskie-Przedmieście zdeterminowane, trzeźwiejsze ale bez nadziei; Marszałkowska tłumna, oczy świecą pewnością, prawie gwar, jęczą tylko właściciele; święta własność nie cierpi awantur... - Cały parter przerobiłem na sklepy, a teraz co? kto mi wynajmie? Deskami musiałem pozabijać... - skarżył mi się jeden. Stare Miasto podobne do ula, kipi wrzawą i ruchem. W kościołach pełno zapłakanych twarzy. Dzielnica wzburzona, po bramach kłótnie, lud zdenerwowany nędzą i głodem. - Na śmierć iść każą - pójdę, ale z głodu nie chcę zdychać! - Jeść już niema, węgle po dwa ruble, wszystko w zastawie! - A robić nie pozwalają: mojemu wczoraj porżnęli robotę! - Mnie maszynę rozbili... - skarży się jakiś blady człowiek. - Niech do mnie tylko przyjdą, wrzątkiem będę lała... Na placu Zamkowym natknąłem się na kondukt żałobny. Jednokonny karawanik, prosta trumna, a za nią kobieta zapłakana i kilkoro dzieci, trzymających się za ręce. - W cerkule umarł, panie, no! Nawet go nie dali obejrzeć po śmierci, no... - tłumaczy mi cicho jakaś stara, wynędzniała kobieta. - Jest Bóg sprawiedliwy, jest - szeptała blademi wargami. Nalewki ludne, po bramach pełno, przed domami ruchliwe gromady, niepokój, gwar szeptów i krwawe spojrzenia na gęste posterunki... Idę na krańce miasta. Dzielna, Smocza, Chłodna, Żelazna - sam prawie lud roboczy, spokój zupełny, wiara bezwzględna, twarze zacięte, blade, uśmiechy zdecydowania, nastrój walki, a nędza wstrząsająca. - Wytrzymamy! - mówi mi ktoś o zielonej twarzy głodomora. Straszliwe napięcie nerwów; w przerażającej cichości; bez gestów, bez wrzawy, bez chwalb, wiedzie się ta walka skutych, którzy w najgłębszem milczeniu, smagani nędzą, mocują się z kajdanami. - Zabiją - to i cóż? Stracę tylko te puste kiszki. - A może naszym dzieciom będzie lepiej - mówią mi spokojnie. Dziwni ludzie: oczy jasne, twarze poczciwe, łachmany na grzbietach, głodni, wynędzniali, a królewsko hojni, bo gotowi ceną krwi i życia zapłacić za wspólną sprawę... - Mam dziennie złotówkę na nas sześcioro, ale nie ustąpię! - Żeby była jedność, niktby nas nie przemógł! - szepcą mi cicho. - Ale ci, co brzucha już nie mogą udźwignąć, o naród nie dbają... *** W jakiejś suterenie, na środku stał garnek, pięcioro dzieci cisnęło się, wyjadając z niego zimne kartofle, w kącie na barłogu siedziała matka, ledwie przyodziana w łachmany. - Mojego utopili mi jeszcze w maju a teraz pan widzi... -- rzekła, wskazując nędzę, wyjącą z każdego kąta. Dzieci podniosły na mnie oczy, zrobiło się cicho, że dały się słyszeć krople wilgoci, padającej z sufitu. - Zdychamy z głodu... niezadługo... I co to komu zaszkodzi?... przecież dziura w niebie się nie zrobi! - zaśmiała się strasznie. Naraz porwała jedno z dzieci i, wyłupując je z łachmanów, zaczęła trząść niem, niby workiem zetlałych kości, a krzyczeć: - To człowiek, panie, co? To człowiek! Ażeby was cholera!... *** A potem, przed Europejskim, spotkałem znajomego. - Wiesz?... już od tygodnia niema ostryg - skarżył się żałośnie. Bodaj ci chleba zabrakło, jak tamtym! *** W cukierni, przy sąsiednim stoliku, jakieś dwie panie, dwie strojne, pachnące i cacane papużki o ufryzowanych łebkach piesków pokojowych, żaliły się przed sobą: - Okropność, co wyrabiają ci ludzie! Przecież płacę i od trzech dni nie mogę dostać świeżych bułek. - Straszne czasy... I znowu przepadł cały sezon!... - jęknęła druga. - Bo policja powinna ich zmusić do roboty... *** Głupota i egoizm to kamień węgielny życia. Ktokolwiek kiedy walczył, z tem walczył; ktokolwiek będzie walczył w przyszłości - od tego zginie, bo to siła nieprzemożona... *** Kawiarnia, to wolna trybuna dla wszelkiego cywilizowanego analfabetyzmu. Wszyscy tam stanowią o wszystkiem i bez apelacji. *** Znowu na ulicy! Burza polityczna zmienia zupełnie fizjognomję ulic, bo gdzie się to podziały owe triumfalne korowody gum, pędzących na złamanie karku? gdzie owi cyniczni utrzymankowie, porozwalani w powozach? gdzie owe kokoty strojne i całe to próżniacze hultajstwo, obryzgujące przechodniów? *** Ani jednej wiadomości pewnej. A trwożny nastrój rośnie, szarpie, dławi już, świeci we wszystkich oczach gorączką, przegryza serca. Boże, jak ten czas się wlecze! *** O zmroku znalazłem się znowu w kawiarni w gronie kilku przyjaciół. Nastrój stawał się już nie do wytrzymania, trwogą przesycała się atmosfera, mówiono cicho, jakby przy łożu konającego. Tylko "rozsądni" podnosili żabi, skrzeczący głos: - A nie mówiłem, nie ostrzegałem, że się to psu na budę nie zda!... - Psiakrew, żebyś sobie duszę wypluł pod własne nogi! Naraz gwar się podniósł, jakiś zadyszany pan mówi: - Trepow usunięty! Bułygin dymisja! Ministerjum liberalne! Buchnęło tysiąc komentarzy, tysiąc przypuszczeń zakotłowało i tysiąc wątpliwości zaczęło osnuwać wszystkich, gdy znowu jakiś pan blady, w cylindrze nabakier, wpadł z wiadomością: - Strejk zgnieciony, delegaci uwięzieni, Trepow dyktatura, represje! Grobowe milczenie zaległo, twarze się ukryły za płachty starych gazet, jakaś staruszka ociera łzy, a ów pan już ciszej upewnia o pewnych źródłach swoich wieści przerażających. *** Policja nas wyprosiła: kazali zamykać kawiarnię o szóstej wieczorem. *** Nie mogliśmy się rozejść, bo nikt nie miał odwagi pozostać sam na sam z rozpaczą. Chronimy się więc gdzie indziej, w jakimś zacisznym pokoju. Restauracja posępnie pusta, garsoni drzemią po kątach, gaz syczy sennie i nuda wyje od pustych stołów. Nikt nie mówi. Zmora legła na sercach i szarpie ostremi pazurami. - A jeśli to prawda, to cóż? - budzi czyjś głos złowrogi. Milczenie długie, lękliwie tajone myśli rozpierają czaszki, oczy gasną, każdy zstępuje w najtajniejszą głąb siebie, tam, gdzie leży przyczajony strach i syczą plugawe gadziny zwątpień, aż ktoś, kogo przywykliśmy uważać za samą "obojętność" na wszystkie sprawy świata, porwał się namiętnym ruchem:- "Hej! ramię do ramienia! Wspólnymi łańcuchy opaszmy Ziemskie kolisko!" "Oda do młodości" chlusnęła ognistą strugą. Nieśmiertelny krzyk wstrząsnął do głębi, zapalił krew i uniósł jak huragan. - "Dalej z posad, bryło świata!" - huczał głos, i piorunne słowa biły w struchlałe serca, przekuwały je na jedno pragnienie, na jedną moc walki i zwyciężenia. Łzy lśniły w oczach, krew grała, święty dreszcz wstrząsał i oszalałe uniesienie wołało: - Z ludem! Do walki! Razem! Sceptyczny, drwiący głos padł, jak strzał karabinowy: - Rzewne facecyjki, a potem kolacyjki! Zadeklamuj "Odę do młodości" przed lufami, przemów nią do bagnetów! - drwił złośliwie. Opadły skrzydła, czar prysnął, ohydna twarz rzeczywistości wżarła się w nas lodowatemi ślepiami, przyszło zniechęcenie, a potem bezwład, a potem przemądre, wystrojone w logikę tchórzostwo zaczęło każdemu szeptać swoje nieśmiertelne antyfony, a on, wsparty o stół, zaczął znowu mówić, ale ciężko, jakby każde słowo odrywał z cząstką serca: - Nie czekajcie na nic, bo wszystko napróżno: Powstanie Kościuszkowskie! Protest szlachetnych szaleńców! Ekspiacja za zbrodnie i podłość ojców, szarże, stosy trupów, nadludzkie wysiłki - napróżno! Trzydziesty rok! Idea na przedzie: "za naszą i waszą wolność"... wojska regularne! Genjalni dowódcy, armaty, męstwo niezachwiane, wszystkie szanse w ręku, pół ludności w ofierze - napróżno! Czterdziesty ósmy rok! Kondotjerzy wolności dla całej Europy! Trybuni ludów. Walka za wszystkich! W Badenie, na barykadach Paryża, na Węgrzech, w Niemczech - wszędzie, gdzie były kajdany do zerwania, wszędzie, gdzie przemoc panowała - wszędzie lała się nasza krew i nasze trupy legły na fundamenty wolności, ale dla nas - napróżno! Sześćdziesiąty trzeci! Osiemnaście miesięcy Termopilów! Krwawe poty śmiertelnej gorączki. Rozpaczliwy pojedynek z przeznaczeniem. Cuda poświęceń, hekatomby ofiar, morze cierpień! Dziesiątki tysięcy popędzonych na Sybir. Dziesiątki tysięcy rozwianych po świecie - na wieczną mękę tęsknoty - napróżno! I pospolite ruszenia braci szlachty, i chłopi "z rękami od pługa", i armje regularne, i spiski, i ruchawki - napróżno wszystko, napróżno! Przeklęci jesteśmy, bo przeklęty jest cały ród człowieczy! Tak widać chce On! A wy strajkiem pragniecie zwyciężyć fatum! Szydził, a łzy płynęły mu z oczu, i ból nim miotał, i rozpacz! - Prawdę straszną przypomniałeś, ale i to jest prawdą, że każde pokolenie będzie wstawało do walki o wolność, do ostatniego człowieka, do ostatniego tchu, do ostatniej kropli krwi, aż musi się ugiąć samo przeznaczenie, musi! - wołał "obojętny". *** "Bądźcie jak kamienie ręką Boga rzucane na szaniec" - nakazywał Słowacki, a Kamimura, niedawno, wczoraj prawie, wyprawiał kwiat swojego narodu: - "Idźcie na swoje trumny-brandery, idźcie i zgińcie co do jednego, zgińcie dla ojczyzny". *** Ktoś leciał przez puste pokoje ku nam. - Nadzwyczajny dodatek "Kurjera"! - wrzeszczał posłaniec z płatami mokrej jeszcze bibuły w ręku. "Konstytucja zdecydowana, jeszcze radzą nad nią, ale już wkrótce będzie ogłoszona"! Oto ta wieść wstrząsająca, wieść dopiero zapowiednia! Każdy się czepiał oczyma tych mokrych jeszcze liter, każdy je pił spragnionem sercem, ale każdy jeszcze się bał zawodu. Rozmowa szła bezładna i gorączkowa, wszyscy mówili naraz, gdy w jakąś godzinę potem spadł nowy dodatek: - "Manifest! Konstytucja"! Sprawdzamy w redakcji jasno oświetlonej: gwar tam już radosny, krzyki, ludzie pijani radością, nieprzytomni. - Prawda, prawda! - potwierdzają wszyscy! *** Pozostaliśmy tylko we dwóch, biła czwarta rano, kiedyśmy wyszli na Krakowskie. Miasto spało. Ulice leżały w popielnej przysłonie przedświtu, gwiazdy świeciły mgławo, puste chodniki leżały jak śpiące węże, nigdzie w oknach ani jednego światła, głęboka cisza kamieni śpiących, drzewa obwisłe w sennym bezwładzie, na rogach ulic świeciły bagnety i szare, zmęczone postacie żołnierzy tuliły się do murów. - Najwyższy Manifest! Konstytucja! -- krzyczeli gdzie niegdzie. Ale miasto ani drgnęło. Tak, miasto wciąż spało ciężkim snem katakumb, i głosy, obwołujące manifest, padały w martwą ciszę, jak zwiędłe kwiaty na płyty grobowe, jak poschnięte liście szemrały bez echa... *** Siedemdziesiąt pięć lata temu, w taką samą noc listopadową, temi samemi ulicami, i w godzinie może tej samej, rozlegały się potężne, zwiastujące głosy podchorążych. - Do broni, obywatele! Za wolność! Do broni! Ale nie wszyscy porwali się na ten krzyk orłów, do boju za wolność, za naród, za jasne jutro dla wszystkich. Nie wszyscy uwierzyli, że nadeszła godzina cudu... I nie powstała zmartwychwstająca... kłócili się o panowanie nad nią... I nim zrzuciła kajdany - rwali ją w strzępy, a każdy chciał ją mieć tylko dla siebie i tylko dla swoich. A wróg czyhał u bram! I napróżno bohaterstwa, rzeki krwi, tytaniczne wysiłki, hekatomby cierpień i poświęceń - na wskrzeszaną znowu zwaliła się płyta grobowa i wróg przysiadł na straży żywcem pogrzebanej... Czyżby teraz miało być tak samo? *** Miasto śpi, tylko echa żołdackich kroków rozlegają się w pustych ulicach, a stare, przedwieczne mury, zbryzgane krwią, krwią tylu pokoleń, leżą w sennej ciszy głuche i nieme - a mówią już tylko, marzą o handlu, o przemyśle; może o nowych rynkach zbytu śnią słodko pod opiekuńczem lśnieniem złotych kopuł i strażą bagnetów... - Czyżby i teraz wszystko miało być "napróżno"? *** Wolność! Wstawajcie! Nadchodzą nowe dni! Nuże ospali, nuże leniwi, nuże małego serca! Już dnieje! Ofiarny siew krwi okrywa zieloną runią zdeptane pola - pokryjcie je żarem serc, osłońcie przed mrozami, skrzepcie wątłe źdźbła krwią serdeczną - niechaj dojrzeją, niechaj prędzej nadejdzie żniwny czas wesela i radości! *** Naraz, na rogu Żórawiej i placu Aleksandra, patrol się zjawił, bagnety jadowitemi żądłami zastąpiły nam drogę, i ochrypły głos zaskrzeczał: - Czewo szlajetieś? Poszli won a to w uczastok... i t. d. To była pierwsza sygnaturka "wolności".

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.