Z kronik ziemi halickiej. O bitwie pod Zawichostem śpiew historyczny - Jan Lam

Kup ebooka

5.00 zł
4.29 zł (5,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kniaź Roman Mścisławicz, prawnuk Włodzimierza Monomacha, początkowo Włodzimierski, później Halicki książę, był bez wątpienia jednym z najdzielniejszych władców, których wydała rozrodzona niesłychanie dynastja Ruryka. Za młodu już zgromił wychylającą się podówczas po raz pierwszy na widownię dziejów Litwę i Jadźwingów, ale tylko broniąc dzielnicy swojej od ich najazdów; gdyż ówcześni kniaziowie nie zaczepiali sąsiadów u których nie było skarbów do złupienia. Dlatego też przechowały nam latopisy przypowieść powstałą z powodu wojen Romana z Litwą: "Romane, chudym żywieszy, Łytwu oreszy." Przy pomocy opiekunów małoletniego brata swego ciotecznego Leszka, księcia krakowskiego, Roman opanował Halicz, i tworzył z niego i z dzielnic sąsiednich kniaziów, nowe państwo ruskie; gdy już kijowscy wielcy kniaziowie stali się byli poddanymi Włodzimiersko-Klazmeńskich, protoplastów Iwana Srogiego i poprzedników łagodnego a nader ludzkiego Aleksandra Wtórego. Chociaż wypadek ten ostatni w pośrednim tylko związku zostaje z opowiedzianemi w niniejszej pieśni zdarzeniami, jest on jednak tak wielkiej doniosłości, a oprócz autora Dziejów Litwy i Rusi tak mało polskich pisarzy o nim wspomina, że nim się rozpowszechnią prace nowszych badaczy, mianowicie gorąco badaniem i rozróżnieniem ruskich a moskiewskich dziejów zajmującego się p. Duchyńskiego, krótki pogląd na ówczesne stosunki Rusi, jakkolwiek niewyczerpujacy i niewprawną ręką skreślony, może być pożądanym.

Ze Słowiańszczyzną graniczyły od wschodu ludy uralskiego, fińskiego czyli czuchońskiego jako też turańskiego szczepu, ludy liczne a dzikie, z których wyszli prócz wielu innych, niezbyt w dawnych czasach łagodnością obyczajów wsławieni Madiarowie i Bulgarowie. (O Madiarach patrz Szafarzyło Narodopis Slowansky str. 131, gdzie można oraz znaleść wiadomość o pozostałych dziś plemionach uralskich, czyli sewerańskich (północnych) jak je nazywa Szafarzyk.) Osady tych ludów sięgały niegdyś prawdopodobnie aż niedaleko Karpat, później ustąpiły one słowiańskim, od południa się szerzącym, aż daleko za Dniepr i Dźwinę. Gdy Rusowie zakładali początki swego władania nad Ładogą, Pejpuskiem, Ilmeńskiem i Białem jeziorem, niektóre szczepy nadwołżańskie dostały się pod ich panowanie, a mimo osłabienia potęgi ruskiej wyższość rusko-słowiańskiej oświaty i urządzeń państwowych pokonywała powoli Czuchońców; i Ruś słała panów osadom tym, zwanym zaleskiemi. Z religią chrześcijańską obrządku słowiańskiego, narzucono krainom figurującym na mapach przedstawiających wschód Europy w 9-tym i 10-tym wieku jako Biarmia, Czud, Wes, Murom, Mera i t. d. język słowiański; uralskie plemiona przemieniały się w Słowian, powierzchownie przynajmniej. Prawdziwość tych faktów jest niewątpliwa: lud moskiewski nie jest pochodzenia słowiańskiego, tego można dowieść z Karamzynem w ręku, z Karamzynem, co fałszował dzieje po ukazu, żeby carów petersburskich przedstawić jako prawnych następców wielkich książąt kijowskich, a Moskali jako Rusinów. - Tymczasem sam powiada: Wes, Murom i Mera obratiliś w Sławian, pryniaw ich wieru, jazyk i obyczaj. Mało na tem dziś zależy; nie wytłumaczy żaden Holstein Gottrop potomkowi Włodzimierza Monomacha, którege pogoń na orle swoim umieścił, że są jednego i tego samego rodu; a mimo usłużnej wzmianki Szafarzyka, że Małorusini w piśmienności przyjęli język wielkorosyjski, w całej n. p. Rusi Czerwonej nie ma dwiestu ludzi, coby rozumieli nietylko Karamzyna, ale nawet Denysa Zubryckaho, co przecież wyłącznie dla nas zrobił wyciąg z niego, upstrzony cytatami, które dla nieumiejacych czytać grażdankę wyglądają z daleka jak autentyczne dowody. Z innej zaś strony, lojalni Rusowie zapewne woleli odnieść początek swój do źródła giermańskiego; nie ma więc obawy, żeby bajki nastojaszczych dziejopisów kogo obałamuciły; ale dlaczegoż nie poznać prawdy dziejowej, jeżeli dzieje mają nie być bajką?

Wynarodowienie pierwotnych mieszkańców Moskwy odbyło się na wielkie rozmiary, czegoś podobnego dokazali tylko Rzymianie w Galii i Hiszpanii; rezultat był jednakowy, jak jednakowe było przyczyny dla których dzieło się udało. Naród liczebnie słabszy, ale wyższy oświatą i organizacją państwową, może narzucić swój język licznemu, ale dzikiemu i na drobne plemiona podzielonemu; w przeciwnym razie, to jest, gdyby zdobywcy mniej byli oświeconymi i zorganizowanymi od podbitego narodu, przyjmą jego język, oświatę i wiarę. Tak się stało z Bułgarami, Normanami, Frankami, Gotami, Lombardami etc. Grecy zaś wynarodowili całą prawie zachodnia Azję, Rzymianie zachodnia Europę, Słowianie wschodnią. (Przez "wynarodowienie" można tu jednak tylko rozumieć narzucenie języka i powierzchownych znamion cywilizacji, duch narodu nie da się wcielić w ten sam sposób, i tak Gallowie i Iberowie mimo przyjęcia języka łacińskiego nie zostali Rzymianami, Illirowie, Trakowie i Azjaci nie stali się w niczem podobnymi do dawnych Hellenów - chociaż ich nauczono mowy Peryklesa i Temistokla; Moskale zatrzymali odrębny charakter niesłowiański, mimo przyjęcia języka słowiańskiego - przyp.).

W dwunastym wieku, zaleskie osady, mianowicie księztwo Suzdalskie, dostały się Jerzemu Dołhorukiemu, najmłodszemu z synów Monomacha. Do Kijowa wdzierali się wówczas Olegowicze, od Kijowian znienawidzeni, strącając Monomachowiczów. W końcu jednak, czwarty z tych ostatnich, Dołhoruki opanował Kijów, ale nie zjednał sobie miłości ludu. (Czytaj: Lelewela Dzieje Litwy i Rusi.) Po jego śmierci, potomstwo starszych braci władało w Kijowie; syn Jerzego Andrzej, zapewne na pośmiewisko przezwany Boholubskim, przemyśliwał o zdobyciu lub poniżeniu Kijowa, bo w nim powstała myśl autokratyzmu, myśl przewodnicząca odtąd polityce jego potomków, godna władcy ujarzmionego narodu, ale nie jakiegokolwiek kniazia ruskiego, co mimo zamorskiego pochodzenia zrósł się z narodem i nie targał się na jego swobody. Takimi, mimo wielkiego znikczemnienia, byli ruscy książęta; Andrzej potrafił ich jednak użyć za narzędzie do wykonania swoich zamiarów, z których pierwszym było zupełne zniszczenie Kijowa, podlegającego Mścisławowi, ojcu Romana, upokorzenie jego ludności burzliwej i miłującej odwieczne, od wszystkich kniaziów szanowane swobody, i przeniesienie wszystkich jego blasków, całego uroku którym jaśniała matka grodów ruskich - nad Wołgę i Okę. Wyjąwszy halickiego Ośmomysła i Wołyńskich kniaziów, wszyscy ruscy książęta powodowani chciwością zdobyczy, dali się nakłonić do napadu na Kijów pod przewodnictwem syna Andrzejowego. Prześlicznie, choć w kilku słowach, opisał to zdarzenie Lelewel; nie będę powtarzał słów jego, odsyłając czytelnika do przytoczonego powyżej dzieła, które obok Dziejów polskich potocznie opowiedzianych każden Polak, Rusin i Litwin na pamięć umieć powinien. Żeby jednak dać wyobrażenie, jak zdobywcy gospodarowali w nieszczęsnym Kijowie (działo się to roku 1169), przytoczę dosłownie tekst hipackiej kroniki: 

"I hrabysza za dwa dny weś (cały) hrad, Podole i Horu, i monastyry, i Sofju, i Desiatyńnuju Bohorudyciu: i ne byśt' pomyłowanija nykómuże ni otkudyże, cerkwam horiaszczym, krestjanom ubywajemym, druhym wiażemym, żeny wedomy bysza w plin, razłuczajemy nużeju ot muzyj swoich, mładency rydachu zriaszcze materyj swoich; i wziasza iminija mnożestwó, i cerkwy obnażysza ikonamy i knyhamy i ryzamy (t. j. z obrazów, ksiąg i szat) i kołokoły iznesosza wsi, Smolniane i Suzdalcy i Czernychowcy i Olhowa drużyna, i wsia światynia wziata byśt, zażeżen byśt' i monastyr Peczerskij światyja Bohorudyca ot pohanych, no Boh mołytwamy światyja Bohorodyca soblude i ot takowyja nuża; i byśt' w Kijewi na wsich czełowicich stenanije i tuba, i skorb' neutyszymaja, i słezy neprestannyja."

W 600 lat później doznała Praga tego losu, ale inaczej znosi klęski naród już zupełnie utworzony, inaczej państwo którego rozwój w samym zarodzie zwichnięty, nie ukształtował jeszcze należycie stosunków wewnętrznych i zewnętrznych, nie dał życia silnej i rodzimej oświacie. Ruś uległa ciosowi: rozłożyła się na trzy żywioły składowe, które się nagromadziły na trzech odległych punktach: grodzko-gminowładczy w rzeczach pospolitych północnych, bizantyjsko i warezko-samowładczy w zaleskich osadach, ziemiański w Haliczu. (Lelewel, "Dzieje Litwy i Rusi"). Halicz odosobniony, za daleki żeby go dosięgło ramię rozboju z nad Wołgi, uchylał się z dawna władzy wielkich książąt kijowskich, i mógł się stać teraz po zupełnym upadku ich znaczenia, punktem wychodnim przyszłego państwa ruskiego, jakie powstało za Romana i Daniły. Ale zamieszania po śmierci każdego prawie kniazia następujące, brak oczywisty cnót obywatelskich u przemożnych bojarów a przymiotów monarszych u późniejszych kniaziów, osłabienie państwa w skutek najazdu Mongołów, a więcej niż to wszystko, podobieństwo stosunków społecznych do tych które naówczas istniały w pobratymczej Polsce, przygotowały większe jeszcze dzieło niż utworzenie odrębnego południowo-ruskiego państwa, bo zlanie się zupełne Polaków z Rusinami, przyjęcie oświaty zachodniej i rozwój zupełnie nieznanych gdzie indziej form ziemiańsko-gminowładczych. Fałszywie przypisują upadek odrębności ruskiej wyłącznie osłabieniu państwa przez Mongołów, Ruś mniej cierpiała i mniej była podległa niż Moskwa, mogła się więc była ostać i oswobodzić jak ta ostatnia. Nie można również podzielać zdania tych którzy utrzymują że Polacy Ruś zawojowali; ze wszystkich monarchów polskich Kazimierz Wielki z pewnością najmniej miał zaborczego ducha; opór przeciw przyłączeniu Rusi do Polski był słaby, i pochodził z podszeptów litewskich, nie z poczucia odrębności państwowej. Ruś pragnąca odrębności i niezawisłości, byłaby się mogła oprzeć zamiarom Kazimierza; była na to dość silną: Tatarzy i Litwini, gdyby ich ogromna większość narodu była przyzwała, byliby z łatwością pokonali Polaków. Lecz ta większość skłaniała się ku Polsce, zabezpieczającej wpływ na rządy tym samym bojarom, co już w 12. wieku, na wzór polskich możnowładców, mogli wyprowadzać własne poczty zbrojne w pole, czego nigdzie więcej w Rusi nie było. Bojarowie domagali się udziału w rządzie, zawierali pacta conventa z Węgrami, palili kochanki kniaziów na stosie, gdy te należały do przeciwnego im stronnictwa, i zmuszali kniazia do wierności małżeńskiej. Jeżeli któren z kniaziów ukrócał ich swawolę, okrzyczano jego srogość, tak się rzecz miała z Romanem, co dążąc do samowładzy, powtarzał, że chcąc dobyć plaster miodu, należy wprzód pszczoły wybić, i stosował się do tego prawidła. Dziedziczna łagodność i szlachetność Piastów, którą Haliczanie mieli sposobność poznać w Kazimierzu Sprawiedliwym i Leszku Białym, skłaniała ich serca ku Polakom, tylko duchowieństwo bojąc się żeby Lachy nie wyrugowały obrządku greckiego, stawiało opór tym dążnościom, a kniaź Mścisław i Bolesław Trojdenowicz przepłacili życiem swoje zamiłowanie do łacinników, sprzeczne z interesami świadomego przymiotów niektórych ziół ruskich duchowieństwa prawosławnego. - Dzieje halickiej i całej przeddnieprskiej Rusi od najdawniejszych czasów tak ściśle złączyły się z polskiemi, że jednych bez drugich znać i rozumieć nic podobna. Za czasów Romana, stosunki obu ludów były tak ciągłe i ścisłe, pokrewieństwo książąt tak bliskie, że zdawało się, iż nieprzyjaźń nie powinna była już nigdy wybuchnąć między braćmi, ale Roman zerwał związki, chcąc ujarzmić Lachów i wytępić ich wiarę, a przynajmniej wziąść im jak najwięcej ziemi.

Naruszewicz, chociaż prócz łacińskiego tłumaczenia Nestora wraz z dopełniaczami jego kilkoma nie znał innego źródła ruskiego, a z polskich najwięcej ulał Długoszowi, dość bezstronnie opowiedział te wypadki historyczne, które według niego starałem się powtórzyć w niniejszym śpiewie, nie zmieniając nic ani dodając. Gdybym ze zdolnościami mojemi śmiał stawać obok autora Jana z Tęczyna, podałbym pieśń niniejszą wraz z innemi jako uzupełnienie Śpiewów historycznych publiczności trójjedynej Rzeczypospolitej Polskiej, w której dotąd tylko dwie części znalazły piśmienne powtórzenie dawniejszych podań swoich. Ruś dawna, przedkozacka, czeka dotąd na to co już otrzymały Polska i Litwa. Może nieudolne usiłowanie moje naprowadzi zdolniejszych na myśl zaniedbaną przez tyle wieków, i obok podań o zwycięztwach Chrobrego zabrzmią kiedy w noworuskiej, t. j. polskiej mowie pieśni o pochodach na Greków, Połowców, o krwawych niezgodach kniaziów, o ciężkich bojach z Mongołami, o tylu wielkich sprawach których widownią była ta ziemia ruska.

Zawichost - śpiew historyczny

 

Stań u rozdorożi stepu obidnoho

Tam tia mohyły do sebe zaprosiat;

Ałe uże kostej ne znajdesz z nikoho

Tylko na hrobach worony hołosiat.

 

Tymko Padura

 

 

Kniaź Roman pułki zbiera do wyprawy,

Zewsząd rycerstwo pod znaki się zbiega:

Od trąb i kotłów i wojennej wrzawy

W halickim grodzie odgłos się rozlega,

Dalekie szlaki ćmi tuman kurzawy.

Od granic Lachów do dzierżaw Olega

Ruś zbrojna staje, i posłuszna panu

Trzema szlakami pospiesza do Sanu.

 

Kniaź Roman pułki przesilne oblicza, 

I hołd mu ruskie oddają narody,

Bo odtąd bramy wysokie Halicza

Przewaga Lachów i kniaziów niezgody

Otwarły groźnej władzy Mścisławicza

Od gór węgierskich do Dnieprowej wody

Ruś, w jedno ciało, choć niewolą zlana,

Najwyższym panem uznaje Romana.

 

W pochód Rusini! na północ wam droga!

Kniaź Roman woła, i sprawuje szyki:

Lecz nim przed wami oręż i pożoga

Kurz krwi, dym zagród i trwożne okrzyki

pomiecie w niebo; dobrze jest od Boga

Rozpocząć dzieło. A więc do władyki

posyła Roman, by władyka stary

pobłogosławił książęce sztandary.

 

Przybył władyka ze swemi kapłany,

A kniaź mu rzecze: "Błogosław me woje,

I poświęć sztandar wichrami rozwiany,

Niech mię w szczęśliwe poprowadzi boje.

Gdym połowieckie zwyciężał sałtany,

Miecz mój wspierały święte modły twoje.

Masz moc cudowną: więc do nowej bitwy

Pokrzep mię słowem pobożnej modlitwy.

Pragnę-bo szerszej i głośniejszej sławy,

Niźli z Połowców lub litewskiej dziczy:

W dziedziny Lachów mord poniosę krwawy,

I Ruś zbogacę plonem mych zdobyczy."

Władyka na to: "Zamysł twój nieprawy,

Bo na przyjaciół oręż najezdniczy

Chcesz podnieść kniaziu, niepomny przymierza

Które cię łączy z rodem Kazimierza."

 

Jeden Bóg Rusi i Mazowsza strzeże,

Chociaż niemiłe nam obrządki Lachów,

Nie przeto tobie z Piastami przymierze

Zrywać się godzi, wnuku Monomachów!

Na wschód, o kniaziu! z kąd Chrystusa wierze

I świętej Rusi tysiące zamachów

Grożą od pogan i Klazmeńców dumy,

Na wschód orężne prowadzić ci tłumy!

 

"Nie tobie sądzić o książęcem prawie,"

Z gniewem kniaź Roman władyce odpowie,

"Jam cię do rady nie wezwał! Wyprawie

Mojej błogosław, lub biada twej głowie!"

Władyka odparł: "W świętych modłów słowie

Jest moc cudowna; lecz nie każdej sprawie

Bóg błogosławi, i modły daremne,

Gdzie chęć bezbożna, lub myśli nikczemne."

 

Kniaź Roman gniewem oblicze nasroży,

I drżą bojary przed gniewem Romana:

A kornie głowę chyląc sługa boży,

Rzecze: "Masz władzę, i z nieba ci dana,

Ale mię władza twoja nie zatrwoży,

Bo wiem, co prawdą jest w obliczu Pana,

Lecz ty, o kniaziu, nie wiesz czy z wyprawy

Wrócisz, halickie oglądać dzierżawy."

 

Przebóg! władyka krwią swoją się zbroczy:

Halicki książę przebaczać nie umie!

Lecz cóż-to? Roman w ziemię gniewne oczy

Wlepił, i stanął w głębokiej zadumie...

Czy w głosie starca uczuł duch proroczy,

Czy zemsty szukał obrażonej dumie?

Nie wiem, lecz dziwnie ponure miał lice

I nic nie rzekłszy, dał odejść władyce.

. . . . . . . . . . . . . .

 

Zagrały trąby, powiały sztandary

Kniaź Roman pułki ku granicy wiedzie,

I dzielny rumak przez góry i jary

Unosi księcia, za którym na przedzie

W stalowych zbrojach hasają bojary

I chrobrej Rusi młodź dorodna jedzie.

Wszerz i wzdłuż, kędy tylko dojrzysz okiem

Ciągną się pułki wezbranym potokiem.

. . . . . . . . . . . . . . 

O gdybym pieśni Bojana polotem

Minionych czasów umiał spiewać sławę,

Lub z tobą wiekom słowem dzwonić złotem,

Wieszczu! Igora przetrudną wyprawę

Płaczący starym bujnej myśli zwrotem;

Godniejbym pułki i boje te krwawe

Opiewał, wedle śmiałej mojej chęci 

Ku czci praojców, i wnuków pamięci!

 

Lecz inne czasy, odmienne dziś mowy,

A krwawsze jeszcze i straszniejsze dzieje;

Nie zagrzmieć pieśni w rozgłos Bojanowy,

Nie wieszczyć piersi, co boleścią mdleje!

O! z dawnych podań bogatej osnowy

Już duch rodzinny w inną stronę wieje;

I starym ojcom w grobach się nie śniło,

Co się w boleściach ich wnuków zmieniło.

 

Późniejsze kości spróchniały już w polu

Kędy ich prochy wiatry roznosiły;

Lasem piołunów, ostu i kąkolu

Na ich mogiłach porosły mogiły,

I pokolenia wychowane w bolu

Tych bolejących miejsce zastąpiły.

Zaledwie w tęsknej starych wieszczów dumie

Jęki przeszłości potomność zrozumie.

 

Zaledwie kędyś z pergaminów pleśni,

Co świętych murów wyściela zakątki,

W kilku oddźwiękach starodawnej pieśni

Odżyją wieków zapomniane szczątki,

I chwilkę jaką w dumaniu się prześni

Nad tajemniczym urokiem pamiątki

Gdy z kart pożółkłych zbutwiałego zwoju

Powstanie przeszłość w promiennym ustroju.

 

O! mimowolnie dłoń za gęśl porywa,

Chciałaby echo przerwanej piosenki

W dalszej melodji powiązać ogniwa,

Powtórzyć śpiewu czarodziejskie dźwięki.

Daremna śmiałość! owa struna żywa

Już dziś śmiertelnej nie usłucha ręki,

I tylko duchom w nadziemskiej krainie

Odszukać tonu, co tutaj zaginie!

 

Tam go w błękitów gwieździstem bezbrzeżu

Z tobą promienne strzegą cherubiny

Aniele Boży! ty duchu-rycerzu,

Coś sztandar Rusi ozdabiał w wawrzyny

 

Dopóki z Bogiem i z sobą w przymierzu

Umiały walczyć jej żelazne syny;

Tam duchom ziemską znękanym podróżą

Kiedyś go duchy eteru powtórzą.

. . . . . . . . . . . . . . 

Lecz synom ziemi z przeszłości pomroku

Miło ojczyste wydobywać wieści,

Choć dźwięk niesilny w nowej pieśni toku

Miło ją śpiewać dla rodzinnej treści

Wiejącej smętem takiego uroku

Jak wiatr, co w trawie kurhanów szeleści,

Lub groźno huczy przez wieżyc zwaliska

I falą Dniestru pod stopy im pryska,

 

O szumny Dniestrze, sine twoje wody

Płyną a płyną ku dalekiej ziemi

Przez ziemię naszą, a z niemi w zawody

Czas niepowrotny mknie nurty szybkiemi.

Znikły plemiona, rozpadły się grody,

A ty falami nie przepłyniesz twemi:

Gdybyś te wieki opowiedzieć umiał 

Któreś w kamiennem łożysku przeszumiał!

 

Gdybyś powtórzył, synu połoniny! 

Sławę co niegdyś nad tobą zabłysła; 

Dawniejszych kniaziów przygody i czyny,

I brzmiący rozgłos chwały Ośmomysła

Co ludem władał aż po Dunaj siny,

A po nim burza nad Rusią zawisła,

Aż Roman słynny z męztwa i srogości

Posiadł obszerne Włodymirska włości,

 

I znowu z kniaziów halickich stolicy

Świetniejszy jeszcze blask w okół uderza;

Wskrzeszone stalą w Romana prawicy

Zdają się wracać czasy Włodzimierza:

Roman na złotej kijowskiej stolicy

Kniaziów osadza i władzę rozszerza;

Za krzywdę ojca, za krzywdę Kijowa,

Nad Dnieprem błyska szabla Romanowa.

 

Wielkie to były, chociaż srogie czasy,

Żelazne pułki Ruś do boju słała,

Wrzały dokoła zwycięzkie zapasy,

Brzmiała cześć ziemi, a kniaziowi chwała.

Litwa na północ w nieprzebyte lasy

Uszła z pogromu, i Jaćwież zuchwała

Co z ruskich krain plon znosiła złoty,

Podała karki pod ostre brzeszczoty.

 

Przeglądnij Greków stare latopisy,

Te ci powiedzą o bojach Romana,

Te ci powiedzą przed czyjemi spisy

Pierzchła pohańców tłuszcza rozhukana,

Gdy się zagnały połowieckie bisy

W nędzne dziedzictwo wielkiego Trajana,

I pan najstarszej na świecie korony

W Haliczu szukał wsparcia i obrony.

 

Od czarnej puszczy w Litwinów krainie,

Od Świętej Zofii nad Bosforu falą,

Oddzwania grzmotem, pod niebiosa słynie

Chwała, hartowną wydzwoniona stalą,

Sokolim lotem ponad morza płynie,

Aż kędy Boga w stu kościołach chwalą

Słyszy ją rzymski władyka wyniosły 

I do Halicza szle dary i posły.

 

Przyszli posłowie w książęce podwoje

I rzekli: "Kniaziu: możnyś i wsławiony,

Masz dzielne hufce i hartowne zbroje;

Lecz jak przystało, nie jesteś uczczony:

Wyższe nad książąt dostojeństwo twoje;

Czemuż królewskiej nie masz mieć korony?

Weź ją! Lecz niechaj wprzód z królami świata

Jedna cię wiara i obrządek zbrata.

 

Niechaj Rusinów z ludami zachodu

Na wieki sojusz połączy duchowy;

Niechaj nienawiść siana z Carogrodu

Przestanie dwoić kościół Chrystusowy.

Dla sławy twojej, dla twego narodu

Uczyń to panie! a oręż Piotrowy

Co blasku ziemskim koronom dodaje

Da ci potęgę i rozszerzy kraje!"

 

Posłów czekała odprawa zelżywa, 

Bo gdy o Piotra mieczu wspominali, 

Kniaź Roman głowni błyszczącej dobywa

Ze złotej pochwy - a z hartownej stali

Była to głownia; różne o niej dziwa

Po wszystkiej ziemi ludzie powiadali. -

"Póki mam, rzecze, ten mój kord stalowy,

Nie dbam o inny, choćby i Piotrowy."

 

Bujny Romanie! harde twoje słowa 

Jako ten brzeszczot olśniony od słońca;

Lecz kiedy chmura nadciągnie gromowa,

Czy zawsze błyszczeć będzie twój obrońca,

Czy wierna głownia wierności dochowa?

Długo ten błyszczał, kto błyszczał do końca,

Ale na hardym sąd nieba widomy 

I ciężki koniec niosą boże gromy!

. . . . . . . . . . . . . . 

Roman łacińskiej nienawidził wiary

I klął się w gniewie: "Lachów plemię wraże

Wytnę do szczętu, spustoszę obszary, 

I w proch obrócę grody i ołtarze!"

Więc grają trąby, i wieją sztandary:

Roman Rusinom na Lachy iść każe;

Wszerz i wzdłuż, kędy tylko dojrzysz okiem,

Ciągną się pułki wezbranym potokiem.

 

Wezbrany potok szumi przez doliny,

Burza z gór ciągnie; a wilki stadami

Na żer zlatują w lechickie równiny,

Któż się ostoi przed burzy gromami?

Kto w bystrym pędzie wstrzyma Dniester siny?

Kto bój podejmie z Romana pułkami?

Wilki na północ mkną, a orłów stada

Do gniazd się skryły, lackiej ziemi biada!

 

W modrzewim dworze, nad brzegami Wisły

Wszewołodówna biedzi się i trwoży;

Młodziutkich książąt dziecinne umysły

Nie dospią broni! Światłem krwawej zorzy

Po lackiej ziemi pożogi zabłysły,

Na lackim ludzie ruski miecz się sroży.

Już w ojcowiźnie Leszka i Konrada

Zagościł Roman, lackiej ziemi biada!

O! płoną zamki, płoną ludne sioła, 

Cwałują konie po zasianej roli; 

Zielone niwy zdeptane dokoła: 

Niewczesne żniwo wojennej swawoli!

Próżno lud jęczy, i o litość woła;

Kto uszedł śmierci nie ujdzie niewoli:

Już tłumy jeńców pędzone szlakami

Rodzinne strony żegnają ze łzami. 

 

A tam za nimi dymią zgorzeliska 

I sandomierska boleje kraina; 

A miecz i ogień coraz dalej błyska:

Kniaź Roman staje u murów Lublina, 

Za nim i przed nim czernią się zwaliska,

Za nim i przed nim niedoli godzina!

Warowny Lublin stanął mu na drodze,

Więc kniaź się zżyma i grozi załodze.

 

Broni się Lublin wkoło opasany;

Już czwarty tydzień w ciągłych walkach mija,

Już czwarty tydzień o kamienne ściany

I gniew i męstwo próżno się rozbija.

Wtem do obozu goniec zadyszany

Przybiega z wieścią. Roman obóz zwija,

Porzuca Lublin i do Sandomierza

Szybkim pochodem z całym wojskiem zmierza.

 

Słał bowiem Leszek posły do Romana,

Prosząc o zgodę; i węzeł rodzinny, 

I krew na wspólnych potrzebach przelana

I bratnich książąt słaby wiek dziecinny

O nią błagały. Lecz nieubłagana 

Dusza wskazała księciu zamysł inny; 

I ziem halickich szerokie granice 

Miały braterskie rozszerzyć dzielnice, 

 

I rzekł kniaź Roman: "Któż mi się ostoi,

Helena może, lub ten jej pieszczony

Dzieciuch, co w życiu swem nie dźwigał zbroi

I dał się wyzuć z krakowskiej korony?

Ha, kędy przejdą kopijnicy moi, 

Kędy przeleci koń mój doświadczony, 

Skłonią się grody pod stopy mojemi

I rzymska wiara zniknie z lackiej ziemi!"

 

Leszek i Konrad w sandomierskim grodzie

Zwołują radę, i rzekła im rada: 

"Z halickim kniaziem nie o bratniej zgodzie,

Lecz o obronie pomyśleć wypada."

Mazowieckiemu zatem wojewodzie, 

Który zarządzał dzielnicą Konrada.

I Groworkowi rządcy Sandomierza, 

Książęca rada obronę powierza.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Krystyn Gozdawa w głośny róg uderza,

Goworek wici szle po okolicy;

Ognie znak dają, hasło się rozszerza:

Z krakowskiej ziemi ciągną ochotnicy;

Po wszej krainie synów Kazimierza,

Po brzegach Wisły, po brzegach Pilicy,

W zamkach i dworach szlachta na koń siada

I ostre kosy gotuje gromada.

 

Oto wieść którą u murów Lublina 

Odebrał Roman: Stąd pośpiech pochodu;

Pragnął albowiem, nim obok Krystyna

Liczniej się zbierze zbrojny tłum narodu,

Stanąć, gdzie Wisły ciągnie się dolina

I ubiedz bramy Leszkowego grodu. 

Szybko Ruś zdąża, a sam kniaź na przedzie

Halickie pułki pod Zawichost wiedzie.

 

Tam kędy brzegi gęsty bór okrywa

I z jasną córą zatatrzańskich śniegów 

Powolnym biegiem kręty San się spływa, 

Na czele tłumnych i zbrojnych szeregów

Szeroką Wisłę kniaź Roman przebywa.

Spłoszone ptactwo nieznajomych brzegów 

Z gęstych zarośli zrywa się chmurami,

Z wrzaskiem i z gwarem krąży nad pułkami.

 

Za wodą hufce o wieczornym chłodzie

Stanęły, spocząć przed jutrzejszym znojem

Po całodziennym dzisiejszym pochodzie.

U stóp ich Wisła drzemie w łożu swojem;

Czerwcowe słońce gaśnie na zachodzie: 

Głośno i gwarno pod namiotów rojem,

Lecz spokój całą przyrodę okrywa, 

Milczy bór wkoło, i uśpiona niwa. 

 

Już i w obozie rycerstwo nie gwarzy,

Ucichły śpiewy, i tylko szum wody

Wtórzy wołaniom obozowej straży.

Kniaź Roman patrzy na zbrojne narody,

O sławie swojej, o zwycięztwach marzy,

I dawnych bojów wspomina przygody,

I pewność widzi w losach nowej wojny:

Więc słodko usnął, o jutro spokojny. 

 

Lecz Wisła dziwnym jakoś grała szumem

I nocne ptaki żałośnie kwiliły,

A ciężkie myśli, much nieznośnych tłumem

Natrętnie brzęcząc, ciągle się roiły

Przed rozmarzonym pomyślnością umem,

I sen kniaziowi przyśnił się niemiły. 

Może wiatr szumiał przez ruskie sztandary,

I z wiatrem nocne przesuwały mary?

 

Bo widział Roman o północnej dobie 

Jak niebo w czarne oblekło się chmury,

A w chmurach rozdźwięk zajęczał ponury

I dwa się wojska zbliżały ku sobie;

Dwie rzesze ptaków. Sokół czarnopióry

Hetmanił jednej; i zwarły się obie:

A trzykroć większą sokół wiódł od wschodu;

Mniejsza, bez wodza, przyszła od zachodu.

 

I widział Roman jako rój szalony 

Zwarł się i harce napowietrzne zwodził,

I jak zuchwale od zachodniej strony

Skrzydlaty hufiec na sokoła godził 

I orszak jego pierzchał przerażony,

A on ku Wiśle przed wrogiem uchodził, 

I krwią Romana obryzgał czerwoną,

I czarne pióra ronił mu na łono. 

 

Tak nieraz, kiedy płochym snom wesela

Zwodzić się dajem, ufni w błogiej doli,

Opatrzność sama przestróg nam udziela

I okiem duszy przejrzeć nam dozwoli;

A próżna duma, co nazbyt ośmiela

I szał znikomych uciech i swawoli

Znika przed światów ponurych widokiem,

Dojrzanych sennem, lecz nieziemskiem okiem.

 

Kniaź Roman nie był wolnym od tej trwogi

Co w snów znaczenie złe lub dobre wierzy,

I chętnie wieszczej usłucha przestrogi;

Lecz zbyt pożądał zwycięstw i łupieży,

Zbyt wielkie siły, a słabe miał wrogi,

I zbyt był pewnym, że skoro uderzy

Pokona Lachów, by go sen złowrogi 

Zdołał przerazić i zawrócić z drogi.

. . . . . . . . . . . . . . 

Świta dzień jasny na wschodnim błękicie,

Budzi się ptactwo, wesołemi śpiewy

Witając jutrznię, i gwarliwe życie 

Napełnia Wisły zamglone rozlewy.

 

Wstał kniaź halicki o zarannym świcie,

I snu widziadła i przedsenne gniewy 

Przypomniał sobie: ale gniew przeważa,

Więc kniaź się zbroi, i na sen nie zważa.

Już ruskie pułki stanęły pod znaki

I trąby hasło do pochodu dały, 

Ruszają przodem książęce orszaki

Kniaź i bojarów poczet okazały.

Lecz cóż to? w dali zatętniły szlaki,

I jakieś rogi w powietrzu zagrały...

 

To Lachy! okrzyk szerzy się dokoła;

Kniaź zwraca konia, i na pułki woła. 

To Lachy! oto sztandar sandomierski,

Przy nim Goworek siwy, - od Mozgawy

Znany książęciu stary wódz braterski:

Dalej wśród kopij i kłębów kurzawy

Płockiego grodu wieje znak rycerski;

A tam bez znaków bez dziedzicznej sławy,

Wezwań od książąt do odpornej wojny,

Lud pracowity, w swoje kosy zbrojny.

 

Lachy w bojowym postępują szyku

Żelazne roty jeżą się włóczniami,

A lekkie hufce wśród zgiełku i krzyku

Już się z Rusinów przedniemi strażami

Ścierają, strzały puszczając bez liku

I grożąc jeźdźcom ostremi kosami.

Za nimi tętni ciężki krok konnicy

I brzmi pobożna pieśń Bogarodzicy.

 

Wspiął Roman konia i na wodzów skinął

Wodzowie pułki do boju sprawili,

Lecz nim się całkiem ruski szyk rozwinął

Już nań Lechici pędem uderzyli,

Już świętej pieśni odgłos się rozpłynął

I sroższy rozdźwięk zawrzał w jednej chwili:

Zwarły się pierwsze kopijników roty,

Szczęknęły miecze, i tarcze i groty.

Lachy z kusz celne miotają pociski

Lecz gęściej rażą niskich łuków strzały.

Chrzęszczą pancerze i orężów błyski

Migocą ponad rząd hełmów wspaniały.

Roman z orszakiem na pagórek bliski

Wjechał i stamtąd Lachów poczet mały

I hufce swoje przejrzał i wśród wrzawy

Tak wołał szydząc do Lacha Gozdawy:

 

"A gdzie twój książę, mazurski sotniku, 

Co cię tu wysłał z tą garstką motłochu;

Czy bał się może ruskich rot okrzyku,

Czy skwaru słońca, lub kurzu i prochu?

Czy w Piotra mieczu, lub też w namiestniku

Jego zaufał, w owym dumnym Włochu

Co to odbiera i daje korony,

Jak Bóg od wszystkich Łacinników czczony?

Pójdźcie tu Lachy! nie w rzymskim kościele

Święcony kord mój, a jednak ujrzycie

Ile nim Rzymian wnet trupem pościelę:

Pójdźcie, któremu zbyt obrzydło życie!"

 

Krystyn Gozdawa na Lechitów czele 

Słyszy Romana i woła: "Słyszycie

Bracia, jakiemi wyzywa nas słowy

Pokrewny książę i lennik Leszkowy!

Naprzód Płoczanie, za ciężkie urazy, 

Za krzywdy nasze, za krew i rozboje!"

 

Słyszą Lechici Krystyna wyrazy, 

I lecą naprzód i gruchocą zbroje,

I Ruś się krwawi pod ciężkiemi razy;

Uchodzą z pola Romanowe woje!

Krzyknął kniaź Roman i z koniem się rzucił

I pierzchających do szyku zawrócił.

 

Wre bój zażarty, kwiat ruskiej młodzieży

Walczy o sławę dla kniazia i siebie.

"Boh s namy!" okrzyk Rusinów się szerzy,

"Bóg z nami, Bóg nas wesprze w tej potrzebie"

Brzmi hasło lackich wodzów i rycerzy.

Jedna wam mowa, jeden Bóg na niebie,

Jedna w Nim wiara - czemuż w ciężkiej zwadzie

Brat przeciw bratu w Nim Nadzieję kładzie ?

 

Czemuż o kniaziu, ty kniaziu Romanie,

Powiodłeś pułki w bój ten niegodziwy,

O czemuż w gniewie zamyśliłeś panie

Krwią ruską zrosić sandomierskie niwy!

U granic twoich zasiedli poganie,

A ziemię twoją czeka los straszliwy:

 

Krwawemi łzami zapłaczą po tobie

Dzieci sieroty, cała Ruś w żałobie!

 

Wre bój zażarty; znów Lachów przewaga

Halickie roty łamie i odpiera,

Pierzchają szyki i popłoch się wzmaga,

Gozdawa żwawiej i śmielej naciera

I kopijniki książęce przemaga,

Roman z odwodu posiłki przybiera, 

Zagrzewa mową i zastępy nowe

Wiedzie, gdzie pułki przemogły Leszkowe.

 

O tętni ziemia, złota zbroja świeci, 

Lśni święty Jerzy na czerwonej tarczy,

Jasnego miecza kniaź dobył i leci

Gdzie błyszczą groty, tysiąc łuków warczy

I świszczą strzały w burzliwej zamieci.

Leci kniaź Roman - o słów mi nie starczy

By postać jego opisać wspaniałą 

I męztwo które z ócz jego błyskało.

I słów nie starczy, by oddać misternie

Jasnego miecza piorunne zamachy,

I zapał boju rosnący bezmiernie 

I męztwo jednych, a drugich postrachy.

Ruś przy Romanie wytrzymała wiernie

I krew swą lała, i lały krew Lachy,

A długo, długo wrzała walka krwawa

Aż tak na swoich zawołał Gozdawa: 

 

"Bracia, nie chwały szukamy w tym boju,

O życie nasze i rodzin walczymy,

Za pogwałcone ustawy pokoju,

Za krew bezbronnych, za pożarów dymy!

 

Kniaź Roman sztandar łupieztw i rozboju

Na dom nasz podniósł; czyliż ustąpimy,

Czyli nikogo nie masz w lackiej ziemi,

By za krew ciosy odpłacić krwawemi?"

. . . . . . . . . . . . . 

Ha! na Mazowszu dzielna młódź dorasta

Jak i na Rusi, i z krwią Ukrainy

Równa się tylko krew serdeczna Piasta: 

Wiedzą to Niemcy, wiedzą Moskwiciny!

Komu w tych krajach da życie niewiasta,

Kto dzieckiem Wisłę lub Dniepr widział siny,

Temu daj tylko oręż i swobodę

A sławą w gwiazdy wzleci orlę młode.

. . . . . . . . . . . . . 

Zawołał hetman, zniżyły się groty,

Poskoczył hufiec mazowieckiej młodzi;

Szumią u barków orlich skrzydeł loty:

Skrzydlaty hufiec na Romana godzi,

Ruś pierzcha z pola; mieszają się roty,

Kto żyw ku Wiśle przed śmiercią uchodzi;

Od lackich mieczów, przy kniaziu Romanie,

Polegli wierni słudzy i dworzanie.

 

Padł znak książęcy - a orły Leszkowe

Rozpięły skrzydła do chyżej pogoni;

Na próżno Roman szle rozkazy nowe

I mieczem w miecze sandomierskie dzwoni:

Z trwożnym pośpiechem przez pole bojowe

Pędzi w zamieszce tłum mężów i koni;

Pod kniaziem rumak wspina się i pada,

Grzmią lackie rogi: Ruskiej ziemi biada!

 

Wyskoczył Roman z bogatego siodła,

Cisnął precz wierny miecz swój, miecz stalowy,

Czerwoną tarczę i książęce godła,

I dopadł konia, co go przez parowy

Uniósł, gdzie trwoga Rusinów zawiodła, 

Gdzie Wisła w całun chłonęła grobowy

Tych co się mierzyć ważyli z jej falą,

Uszedłszy z pola przed lechicką stalą.

 

Kniaź Roman z koniem skoczył w nurt spieniony,

Za nim Lechici pędem się rzucili...

O! dzwonią rogi, wieje znak czerwony:

Sandomierzanie Wisłę wpław przebyli

I razem z kniaziem u przeciwnej strony

Dopadli brzegu; a w tej samej chwili

Błysnęły miecze nad głową Romana

I ruska ziemia została bez pana.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Takie-to waśnie przed laty bywały 

I takie siły ścierały się wzajem;

A lepsze czasy później nieba dały 

I pokój boży był nad biednym krajem.

Na wieki w jeden dwa rody się zlały,

Zbratane mową, krwią i obyczajem,

I taką sławą wspólny dom okryły

Że przy jej blaskach dawniejsze się zćmiły.

 

Pięćset lat przeszło, jak halickie grody

Objął w dziedzictwie po wnukach Romana

Jedyny z królów, co mu przez narody

Nazwa Wielkiego w Polsce była dana;

Pięćset lat przeszło, wśród wolności, zgody,

Ziemia ta ruska, z lechicką zbratana

Tak silnym węzłem z nią się kojarzyła

Że go już ludzka nie rozerwie siła. 

 

Któż z was, potomki rycerskiej drużyny,

Co tam walczyła nad Wisły brzegami,

Zdoła powiedzieć, z czyimi pułkami

Szedł pod Zawichost dziad jego rodziny?

Czy skroń z Lachami ozdobił w wawrzyny,

Czyli zwyciężon, uszedł z Rusinami?

Gdy był zwycięzcą, któż się stąd poszczyci,

Gdy poległ, w odwet któż za miecz pochwyci?

 

Zasłona wieków te dzieje pokryła,

Już duch rycerski zawiścią nie pała,

Nie woła zemsty praojców mogiła.

Z tego co pamięć wnukom przechowała,

Czem tarcz herbową przeszłość zaszczyciła,

Wspólna dziś Rusi jak i Laszni chwała;

I wspólnych wrogów mają obie ziemie,

I wspólnych nieszczęść przygniata je brzemię.

 

"Co w śpiewie odżyć ma w potomne lata,

To niechaj w życiu na wieki zaginie;"

Waśń ginie, skoro rycerstwo się zbrata,

Więc powieść o niej niechaj w pieśni słynie;

 

Niechaj ta przeszłość w pamiątki bogata

Przed okiem późnych wnuków się rozwinie,

Niech uczy wszystkie szanować wspomnienia,

I czyny mężów, i Boskie zrządzenia.

 

Bo tu nie koniec, o nie koniec pieśni,

O wielu rzeczach miałbym śpiewać jeszcze,

O wielu dziwach nikt prawie już nie śni,

A gdy zechcecie, tu wam je domieszczę,

O wspólnej matki synowie boleśni!

W książnicy losów drzemią myśli wieszcze,

Tylko sen ciężki uśpił naród chory

A duszę jego trapią senne zmory!

Przedmowa

 

Jan Lam

 

Jan Paweł Ferdynand Lam urodził się 16 stycznia 1838 w Stanisławowie na Ukrainie (zabór austriacki) jako syn Conrada Lamma - austriackiego komisarza skarbowego i Polki - Joanny Ziołeckiej, która będąc zagorzałą patriotką, zaszczepiła synowi miłość do Polski. Młody Lam zdobywał wykształcenie najpierw w prowadzonym przez ojców bazylianów gimnazjum w Buczaczu, a następnie na Uniwersytecie Lwowskim. Patriotyczne wychowanie i wpływ matki zaowocowały udziałem w powstaniu styczniowym. Swoje powstańcze zaangażowanie okupił pobytem w więzieniu.

Jan Lam był powieściopisarzem, satyrykiem i felietonistą, redaktorem "Dziennika Polskiego". Największy rozgłos przyniosły mu publikowane od 1868 do 1886 roku cotygodniowe felietony z cyklu "Kroniki lwowskie". Ukazywały się one najpierw w "Gazecie Narodowej" a potem w "Dzienniku Polskim". Jak pisze badacz twórczości Lama - Stanisław Frybes: "Poruszał w nich ze znajomością realiów i niezwykłą werwą satyryczną codzienne sprawy miasta, problemy obyczajowe, ekonomiczne, kulturalne, w których interesował go przede wszystkim aspekt polityczny. Przedstawiając wydarzenia autentyczne przemieszane z fikcją literacką i wprowadzając fikcyjne postacie symbolizujące określone osoby, obozy i postawy polityczne, tworzył na poły fantastyczny świat, będący konsekwentnym i logicznym upostaciowaniem parodiowanych i doprowadzonych do absurdu założeń i programów przeciwników" (S. Frybes, "Wstęp" [w:] Lam J., "Wybór kronik", Warszawa 1954). Jak podkreśla Stanisław Frybes, Lam "ośmieszał skutecznie najwybitniejsze postaci życia politycznego w Galicji i w Austrii. "Kroniki Lwowskie" entuzjastycznie przyjmowane przez licznych czytelników, zostały potępione za nihilizm i paszkwilanctwo przez krytyków konserwatywnych". Swojego dziennikarskiego mistrza miał w nim widzieć sam Bolesław Prus. 

Talent satyryczny Lama ujawniał się także w powieściach: "Pan komisarz wojenny", "Wielki świat Capowic", "Koroniarz w Galicji", "Głowy do pozłoty", "Idealiści", "Dziwne kariery". Jan Lam jest także autorem tekstu Marsza Sokołów, obranego na hymn przez Towarzystwo Gimnastyczne Sokół.

Zmarł 3 sierpnia 1886 we Lwowie. Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim.

 

Bitwa pod Zawichostem

 

Zaszczepiona przez matkę w młodym Lamie miłość do ojczystej historii znalazła swój wyraz w poetyckiej opowieści o średniowiecznej bitwie między Polakami a Rusinami. 19 czerwca 1205 pod Zawichostem doszło do bitwy między wojskami małopolskimi a oddziałami ruskimi. Kością niezgody były tereny Grodów Czerwieńskich, o które już od X wieku toczył się spór. Zawichost okazał się miejscem sromotnej klęski dla wojsk ruskich, które nie tylko poniosły ogromne szkody ale też utraciły swojego wodza - księcia Romana, który poległ w bitwie. 

A oto, jak okoliczności poprzedzające bitwę i bitewne zmagania opisuje Jan Długosz w swoich "Kronikach":

"Połączywszy zatem liczne wojska konne i piesze, zaraz z wiosną wkroczył Roman - książę ruski w granice Polski, i najpierwej ziemię lubelską jako przyległą sobie nawiedził. Wnet i zamek lubelski, w którym rycerstwo polskie stało załogą, obległ i całymi siłami kusząc się o jego zdobycie, gdy Polacy dzielnie zamku bronili, miesiąc czasu pod nim zmitrężył. Pojmane w niewolę branki, niewiasty poważne, żony i córki rycerskie, w jakimś zamknięciu jak trzodę kazał trzymać i Rusinom sowim pozwolił bezwstydnie sromocić.

Tymczasem z rozkazu książąt Leszka i Konrada pościągały znaczne wojska z ziem: sandomierskiej, mazowieckiej i kujawskiej, które złożyło nie tylko rycerstwo ale i chłopi, a powiększyła jeszcze garść ochotników z krakowskiego księstwa.

Roman, uwiadomiony przez szpiegów, że Leszek i Konrad z połączonymi wojskami stoją pod bronią, porzuciwszy oblężenie Lublina, które widział, iż mu nie szło po myśli, ruszył dalej w głąb kraju, niszcząc wszystko łupiestwem i pożogą. Odgrażał się przy tym: "że nie tylko Polskę całą spustoszy, ale i łacinnikom z ich nabożeństwem koniec położy". Wysłani zatem: Pełka - biskup krakowski wraz z Witem - płockim biskupem i niektórymi panami w celu złagodzenia jego wściekłości jęli namawiać go do zawarcia pokoju, oświadczając, że Polacy gotowi byli dać mu słuszne zadośćuczynienie, jeżeli w czym nadwerężyli wzajemnej przyjaźni sojuszu. Lecz on - w duszy niechętny - pokój wprawdzie obiecał i posłów złudzonych nadzieją odprawił, napady jednak po kraju coraz dalej począł zapuszczać. Pojmawszy niektórych duchownych, kazał miotać na nich strzałami, aby wycisnąć z nich wierne zeznanie, kędy się Leszek z wojskiem swoim ukrywał.

A gdy przybył do rzeki Wisły, przeprawił się przez nią częścią na statkach i czółnach, częścią w bród, znalazłszy w kilku miejscach sposobne przejścia, bowiem w czasie posuszy letniej wody znacznie opadły i pod miasteczkiem Zawichostem położył się obozem. Tam go przez liczne wzwiady doszła wieść, że Polacy się przybliżają. Natrząsał się Roman z tego doniesienia, aczkolwiek potwierdzali je żołnierze wysyłani na czaty. Gdy więc i tym nie wierzył i utrzymywał, że nigdy Polacy nie zechcą przyjść z nim do rozprawy, dnia dziewiętnastego czerwca, w dniu świętych Gerwazego i Protazego - męczenników, o wschodzie słońca książęta Leszek i Konrad z wojskami polskimi, których wodzem był Krystyn - wojewoda mazowiecki nadciągają i stawią w oczach jego szyki gotowe do boju.

Roman - wprzódy tak zarozumiały, teraz przelękły i zmieszany - gdy nacierający zewsząd łucznicy polscy w ciasnych miejscach nie dozwolili mu pierwszych hufców rozwinąć, wojska rozrzucone gromadnie raczej niźli porządnym szykiem wyprowadza i bitwę stacza. Z obu stron wojska huknęły głośnym okrzykiem i z wymierzonymi groty wzajem na siebie natarły. Z początku z równym szczęściem walczono, gdy Polaków gniew słuszny, że ich hołdownik, żadnej nie doznawszy urazy, sam ich wojną zaczepił, Rusinów zaś pamięć dawnej swobody i zachęcające namowy wodza do wytrwałości w boju zapalały. Książęta polscy Leszek i Konrad lubo obecni na wyprawie do walki jednak dla młodocianego wieku nie dopuszczeni nieco opodal od tej rozprawy oczekiwali losu bitwy, chwiejąc się między nadzieją a trwogą i uglądając przejść bezpiecznych, kędy by w razie przegranej z przydaną sobie strażą uskoczyć mogli.

Tymczasem z wzmagającą się walką, gdy pierwsze Rusinów szyki orężem polskim przełamane uległy, poczęli Polacy brać górę. Rusinów sprawa upadała. Ale gdy nieprzyjaciół wielka była mnogość, a Roman w miejsce ubitych lub rannych świeże podstawiał roty, za obrotnością i przemysłem księcia Romana walka w wielu miejscach słabnąca ożywiła się znowu i wzmogła. Polacy nie na Rusinów ale na księcia ich - Romana, jako wiarołomcę i odstępcę, zagniewani, spiknęli się najzawzięciej na jego głowę, i zatoczywszy koło, gdzie go w pierwszym zastępie walczącego po znakach książęcych poznano, natarli i uderzyli nań gwałtownie. 

Widział książę Roman zagrażającą mu ostateczną klęskę. Widział, że wszystek zastęp rycerstwa, który wziął go był do środka i mężnie dotąd bronił, już legł pod orężem polskim, że najwaleczniejsi i najdzielniejsi rycerze przy nim wyginęli, a stosy trupów z obu stron zalegających przeszkadzały i jemu, i innym Rusinom do ucieczki. 

Bacząc zatem na ostateczne niebezpieczeństwo, już bowiem i koń, na którym siedział, mnogimi strzałami przeszyty, jął go podrzucać i zsadzać, przebił się przez sam środek nieprzyjaciół i dotarł do rzeki Wisły, gdzie nareszcie i koń zemdlony pod nim upadł. Ale wtedy cięższą jeszcze ujrzał przed sobą ostateczność, nie wiedząc, w jaki by sposób uniknąć miał bez szkody rąk nie przyjacielskich i dostać się na drugą stronę rzeki. Przecież podstawiono mu, jak mówią, klacz starą, na której przebrnął wpław Wisłę, dziękczyniąc onej szkapie, jakby drugiemu ojcu lub matce, że za jej pomocą rzekę przebył i ocalał. Zmieszany potem w tłumie Rusinów uciekających przed pogonią zwycięzców od Polaków, którzy go wzięli za prostego rycerza, zarąbany został. 

Inni tymczasem rycerze i żołdacy księcia Romana, gdy unosząc życie z niebezpieczeństwa, przepłynęli Wisłę i na przeciwnym brzegu stanęli, a skupieni w gromadę przypatrywali się ucieczce reszty Rusi, ziemia nadbrzeżna kopytami końskimi wzruszona, a ciężaru ich utrzymać niemogąca, oberwała się i zwaliła w Wisłę, w której wiele ludu utonęło.

Chwałę odniesionego nad Rusinami tak znakomitego zwycięstwa przyznawano wszystkę Krystynowi - wojewodzie płockiemu, który był wodzem rycerstwa, a swą przezornością i obrotem tak szczęśliwie zwiódł onę walkę. Rusini wcześniej już skłaniający się do ucieczki, gdyby ich był Roman nie wstrzymywał, pierzchnęli nareszcie, i do rzeki Wisły, od której niezbyt daleko toczyła się walka, pędząc jak kto mógł na oślep, w rozpaczy powskakiwali, kędy chłonieni falami, jeden drugiego popychając w natłoku, potonęli. Wielu także, przepłynąwszy na drugą stronę, z ziemią kopytami końskimi rozrobioną zesunęli się w rzekę i pogrążyli w jej głębi.

Mała tylko liczba ocalała przez zręczność w pływaniu albo sił tęgich i wytrwałych koni, ale i za tymi Polacy, puściwszy się w pogoń, pędzili ich dniem i nocą aż do Włodzimierza. Część rozproszeńców błąkających się po lasach, albo szukających po wsiach przytułku, chłopstwo pobiło lub pobrało w niewolę. A tak z owych ogromnych wojsk Romana niewielu uszło z życiem, aby ponieść do swoich wieść o tak straszliwej klęsce. Na brzegach Wisły leżały stosy trupów. Gdy bowiem Rusini napierani w ucieczce wahali się powierzyć jej nurtom, przyszło tam było do krwawej i liczbę wojska niemal przechodzącej rzezi, tak, iż Wisła rzeka, krwią ludzką zafarbowana, długo z czerwonością mieszając swoją barwę przyrodzoną, świadczyła patrzącym o okropności owej bitwy. Wielu także obciążonych zbroją albo wiekiem podeszłym, a stąd niemogących pływać, pochłonęły fale.

Polacy, opanowawszy ruskie obozy, w których bogate zdobyli łupy, obłowili się i spanoszyli wielce naczyniami od złota i srebra kosztownej rzeźby, szatami, końmi i wojennym rynsztunkiem. Zwycięstwo to stało się tak rozgłośnym i sławnym, że w narodach sąsiednich brzmiało z wielkim podziwem. Sami także Polacy, którym się dostało w korzyści i którzy z niego w sławę, bogactwa i zaszczyty urośli, opiewali to zwycięstwo i jego wydarzenia w rozmaitych pieśniach, jako po dziś dzień jeszcze słyszymy je wdzięcznie na widowiskach publicznych (in theatris) nucone.

Zwłoki kniazia Romana, które już z rozkazu księcia Leszka w Sandomierzu pochowane były, ruscy panowie podnieśli z grobu, wypuściwszy pierwej na wolność wszystkich brańców polskich, których on był pojmał, i wykupione od Leszka za tysiąc grzywien srebra powieźli do Włodzimierza, kędy je pogrzebano.

Leszek i Konrad - książęta polscy, Opatrzności Boskiej i przyczynie Świętych Pańskich, a zwłaszcza tych, w których dniu bitwa stoczoną była, przypisując owo zwycięstwo, wystawili w kościele krakowskim ołtarz Św. Gerwazemu i Protazemu i hojnymi go dochodami uposażyli, które - jak wiemy - w późniejszym czasie tak dalece obcięto, że tylko na ulicy Poselskiej jedna kamienica i to spustoszona, i od zaciekania wody deszczowej zniszczona, z tak wielkich nadań pozostały. Klęska zaś księcia Romana i jego wojska ruskim narodom i panom znacznie przytarła buty, że już odtąd nie śmieli Polski orężem zaczepiać. ("Jana Długosza kanonika krakowskiego dziejów polskich ksiąg dwanaście", przekład Karola Mecherzyńskiego, Kraków 1868).

Lam wrócił do wydarzeń opisanych przez Długosza, ukazując niezłomnego ducha polskiego rycerstwa. Czytając utwór od razu da się zauważyć, iż autor wyraźnie - zarówno stylem, jak i klimatem wierszowanej opowieści - bardzo wyraźnie nawiązał do "Słowa o wyprawie Igora". Wydawnictwo "Armoryka" postanowiło przypomnieć tę niezwykłą opowieść, która uwieczniła jedną z najjaśniejszych kart polskiego oręża. Bitwa pod Zawichostem obecna jest wciąż w pamięci mieszkańców Ziemi Sandomierskiej. Osiemsetlecie bitwy pod Zawichostem uczczono sesją naukową w sandomierskim Zamku. Wśród prelegentów znaleźli się: prof. dr hab. Leszek Słupecki (Zakład Archeologii Średniowiecznej Instytutu Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie), dr Tomisław Giergiel (Wyższa Szkoła Humanistyczno - Przyrodnicza w Sandomierzu), prof. dr hab. Jan Ptak (Wyższa Szkoła Humanistyczno-Przyrodnicza w Sandomierzu) oraz prof. dr hab. Feliks Kiryk. Uroczystościom przewodniczył bp Andrzej Dzięga, który w miejscowym kościele modlił się za bohaterskich rycerzy a potem poświęcił dedykowany im pomnik.

 

Joanna Sarwa