Gdy do salonu weszła gospodyni z herbatą i kanapkami, ksiądz proboszcz
nas przedstawił:
- To jest Pan Czesław Niemen, a to redaktor z Radia Białystok -
powiedział.
Gospodyni zrobiła wielkie oczy.
- Z Radia Białystok?! A Basię Ciruk zna?
- Znam - odpowiedziałem, wszyscy bowiem w radiu znali Basię.
Gospodyni zapomniała o całym bożym świecie. Nie liczył się Czesław
Niemen, nie był ważny proboszcz, bo oto miała przed sobą człowieka,
który zna Basię Ciruk!
Kim jest Basia Ciruk? W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
była dziennikarką Radia Białystok. Ba! Była prawdziwą gwiazdą! Ale nie
taką zimną i wyniosłą. O nie! Kiedy Basia Ciruk prowadziła audycję,
można było do niej zadzwonić i zamówić piosenkę. Można się było zwierzyć
na antenie ze swoich problemów. Basia Ciruk, to była gwiazda do rany
przyłóż.
Pamiętam uśmiech Czesława Niemena i uśmiecham się do wspomnień, a tymczasem rower wjeżdża na dzielnicę Starosielce. Ulica Barszczańska. Po
prawej budynki komunalne, po lewej - za torami - widać Las Turczyński.
Są plany, aby wyciąć 27 hektarów tego lasu i zrobić tam cmentarz.
Okoliczni mieszkańcy protestują. Mówią, że miejsc na białostockich
cmentarzach wystarczy na długie lata, a ten las jest dla białostoczan
naturalnym rezerwuarem świeżego powietrza. Przeciwko wycince zebrano już
kilka tysięcy podpisów. Pisma i podpisy krążą po wszelkich instancjach,
od prezydenta miasta, przez wojewodę, marszałka, ministra środowiska, a na biskupie kończąc. Trwa to od lat. Teren należy do Skarbu Państwa.
Jeśli Kościół otrzyma go za darmo, to rachunek jest prosty. Grzechem
byłoby tych milionów nie zarobić. A może grzechem byłoby właśnie kosztem
ludzi i lasu zarobić?
Pociąg złapałem w Łapach. Co prawda, do świętych miejsc postanowiłem
jeździć rowerem, ale tym razem muszę skorzystać z pociągu. Tak jak
skorzystała ikona, do której jadę.
Otóż, obraz Matki Boskiej Hodyszewskiej jest jedną z ikon, które zostały
wywiezione do Rosji w 1915 roku. Był to rok znamienny. Trwa wielka
wojna. Nadciąga armia niemiecka i ludzie uciekają na wschód. Bardzo
często nie chcą wcale uciekać, ale są do ucieczki zmuszani. Całe wsie.
Pozostawiają swoje domy i cały dobytek. Zabierają w pośpiechu to co
najcenniejsze, w tym święte ikony. Wielu podczas tej wędrówki zmarło.
Wiele ikon w Rosji na zawsze zaginęło.
Ikona z Hodyszewa jest jedną z niewielu, którym udało się powrócić. Oto
jeden z mieszkańców wioski nawiązał kontakt z osobą, która ikonę
wywiozła. Znane było więc miejsce pobytu. Staraniem polskich władz ikona
powróciła do Polski. Trafiła do Warszawy i została umieszczona w soborze
św. Marii Magdaleny. Był rok 1926.
W roku 1928 przyjechała pociągiem do Szepietowa, gdzie witało ją 10
tysięcy osób. Dlatego właśnie pojadę pociągiem. Postanowiłem tę scenę
zobaczyć.
Siedzę na peronie dworca w Łapach Osse i czytam historię ikony. Czas jej
powstania określa się na 1630 rok. Ukazała się na gruszy, po czym
przeniesiono ją do kaplicy w Kiewłakach. Po kilku dniach ikona jednak
zniknęła i znów pojawiła się na gruszy. To był znak, że chce być właśnie
tu i nigdzie indziej. Zbudowano więc dla niej kaplicę, a wkrótce obok
wytrysnęło źródło cudownej wody. Wieś obok nazywała się Hodyszewo.
Zamieszkiwana była przez ludność wyznania prawosławnego.
W 1881 roku ukończono budowę murowanej świątyni. Cudowna ikona została
przeniesiona do nowej cerkwi i umieszczona w ikonostasie. Znane są
liczne cuda i uzdrowienia.
Tymczasem wybucha wojna. W 1915 roku ikona zostaje wywieziona w głąb
Rosji. W 1926 roku zostaje sprowadzona z powrotem do Polski i umieszczona w prawosławnym soborze w Warszawie. Dlaczego w Warszawie?
Kiedy w czasie wojny spalił się kościół w pobliskim Pietkowie, katolicki
ksiądz zaczął odprawiać nabożeństwa w opuszczonej hodyszewskiej cerkwi.
I - jak pisze ksiądz Grzegorz Sosna w swojej pięknej książce - "po I wojnie światowej dotychczasowa parafia w Hodyszewie została
zlikwidowana, a cerkiew rewindykowano".
Nadjeżdża pociąg. Wsiadam z rowerem. Patrzę przez okno i zastanawiam
się, co też oznacza, że rewindykowano cerkiew? Rewindykacja, to
odzyskiwanie utraconej własności. Ale czyją utraconą własnością była
cerkiew?
Jest rok 1926. Ikona wróciła do Warszawy, została umieszczona w prawosławnym soborze, ponieważ cerkiew w Hodyszewie rewindykowano. Ale
choć cerkwi już nie ma, to miejscowy proboszcz i biskup łomżyński
dokładają starań, aby ikona do parafii wróciła. Sanktuarium w Hodyszewie
na swojej stronie internetowej zamieszcza taki opis: "Dzięki zabiegom
prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego, obraz po konserwacji,
oprawiony w nowe, piękne ramy, został zwrócony do Hodyszewa w maju 1928
roku. Przybycie obrazu odbyło się przy licznym udziale wiernych z całego
regionu. Na stacji w Szepietowie na wizerunek Matki Boskiej
Hodyszewskiej oczekiwał ponad 10-tysięczny tłum wiernych".
Otóż, działo się to około 450 roku. Gdy pewien anonimowy żołnierz armii
cesarstwa bizantyjskiego przechodził w pobliżu wrót strzegących stolicy,
Konstantynopola, napotkał ślepca, który poprosił go o łyk wody. Żołnierz
nie mógł jednak znaleźć żadnego źródła. Wówczas usłyszał głos, który
nakazał mu udać się do pobliskiego zagajnika, odnaleźć źródło i dać
niewidomemu pić, a następnie przemyć wodą jego oczy. Ten sam głos nazwał
go cesarzem. Żołnierz zrozumiał, że mówi do niego Matka Boża i postąpił
tak, jak nakazała. Wówczas ślepiec odzyskał wzrok. A kiedy w 457 roku
proroctwo się spełniło i żołnierz - Leon I - został cesarzem
bizantyjskim, zbudował cerkiew nad cudownym źródłem, w którym to miejscu
zdarzały się kolejne przypadki uzdrowień.
- Kto pierwszy zauważył, że ikona wydziela mirrę? - pytam.
- Zauważyli to braciszkowie podczas spotkania świątecznego - odparł brat
Jan. - Dokładnie w przeddzień święta tej ikony - 23 kwietnia, w wielkanocny czwartek. Proszę spojrzeć trochę z boku, a zauważy Pan
wyraźne krople. Mirra zbierana jest do specjalnego naczynia. O, tego
tutaj. Podczas nabożeństwa kapłan namaszcza wiernych tym olejem. Kiedy
olej się kończy, znów go zbieramy. Czy to nie wspaniałe, że przydarzyło
się właśnie teraz, w czasie pandemii? Wizerunek Matki Boskiej
Życiodajnego Źródła zawsze pomagał w okresie zaraz i chorób. Tak jakby
Matka Boska chciała nam powiedzieć: "Jestem z Wami".
Drzwi cerkwi otworzyły się i weszła kobieta z mężem.
- Odwiedzają nas wierni nie tylko prawosławni - uśmiecha się brat Jan. -
Także katolicy. Było już chyba ze czterdziestu księży, zakonnice. Nikt
nie patrzy, że cud wydarzył się w cerkwi, a nie w kościele. Matka Boska
jest przecież jedna.
Kobieta kupuje świeczkę, aby zapalić ją przy ołtarzu. W sklepiku obok
świeczek leżą obrazki z wizerunkiem cudownej ikony.
- Cuda zdarzają się cały czas - mówi brat Jan, widząc, że przyglądam się
obrazkom. - Pewna rodzina kupiła taki obrazek i postawiła w domu obok
zeschłych gałązek wierzby. Stały w dzbanku już ze dwa tygodnie, od
Niedzieli Palmowej. Jak Pan myśli, co się stało? Rano patrzą i oczom nie
wierzą - wierzba wypuściła świeże listki! Tak jakby i gałązki poczuły
moc bożą.
Któregoś dnia zadzwoniła do nas kobieta z Gdańska. Ma nowotwór. Trzecie
stadium. Jest katoliczką i pytała, czy może przyjechać do cerkwi, by się
pomodlić przed obrazem? Przyjechała z mężem i dwunastoletnim synem.
Zapytała, czy może się u nas wyspowiadać? Oczywiście, że tak, spowiedzi
nikomu nie odmawiamy, a komunię po spowiedzi można przyjąć u nas lub w kościele. Wyspowiadali się wszyscy troje, a kiedy po dwóch godzinach
wychodzili, kobieta skrzyżowała ręce na piersi i powiedziała: "Ojcze, ja
już wiem, że będzie dobrze".
Inna z kolei dzwoniła z Bielska-Białej. Ma chorego syna i nie może z nim
przyjechać. Błagała, aby wysłać choć odrobinę mirry na waciku.
Wysłaliśmy.
A ile było innych zdarzeń, ile było objawień! Tego nie opowie żadna
literatura... - zamyśla się brat Jan.
***
Przed wyjściem kupuję święty obrazek.
- Proszę przyłożyć do ikony - doradza brat Jan.
Podchodzę do wizerunku Matki Boskiej, przykładam święty obrazek i choć
jestem niepraktykujący, choć przyjechałem tu jedynie z ciekawości, to
jednak i ja wypowiadam szeptem swoją prośbę.
- Za to, co napisałeś o Świętej Wodzie przejdziesz na kolanach wokół
groty przynajmniej dwa razy! - zawołał mężczyzna w jasnej koszuli i koloratce.
- Ja coś napisałem? - otwieram oczy ze zdziwienia.
- Napisałeś! - mówi mężczyzna w koloratce. - W latach
dziewięćdziesiątych! Mam zresztą ten wycinek gdzieś zachowany!
W latach dziewięćdziesiątych? Dwadzieścia albo nawet trzydzieści lat
temu? Ktoś trzymał tyle czasu jakiś wycinek, aby posłać mnie teraz na
kolana? O matko! Co mnie zatem czeka za moje obecne pisanie?
Na wszelki wypadek uciekam do kościoła.
***
Kościół jest pod wezwaniem Matki Boskiej Bolesnej. Nad ołtarzem wisi
obraz "Matka Boska Siedmiu Boleści". Namalowany został w 1947 roku przez
Helenę Rabczyńską, matkę ówczesnego proboszcza.
Proboszcza wyjątkowego, bo to właśnie on zbudował w Świętej Wodzie grotę
nad źródłem i postawił olbrzymie betonowe figury aniołów.
Parafia katolicka w Wasilkowie na swojej stronie internetowej podaje:
"Początkowo w miejscu tym znajdował się jedynie obraz Matki Bożej, nad
którym wzniesiono skromne zadaszenie. Około 1719 r. powstała, jako wotum
za uzdrowienie, drewniana unicka kaplica, którą w 1875 r. przejęła
prawosławna cerkiew. (...) Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości
kaplicę przekazano katolikom".
Można się w tym pogubić. Unicka kaplica, przejęta przez cerkiew,
przekazana katolikom. Kto więc w końcu komu zabrał? Takie pytania nie
prowadzą do niczego dobrego. Ta historia będzie się zresztą powtarzać
jeszcze wielokrotnie.
Przyjrzyjmy się na razie obrazowi. Nad ołtarzem wisi obraz namalowany w 1947 roku. Co się stało z poprzednim?
Cudowna ikona została wywieziona do Rosji w 1915 roku. Na owej ikonie
Matka Boska miała serce przebite sztyletem. "Matka Siedmiu Boleści",
namalowana przez matkę proboszcza, przytula do piersi cierniową koronę.
Kopia obrazu Matki Boskiej ze sztyletem wisi w cerkwi.
Dwa zupełnie różne wizerunki. Jeden nawiązujący do tradycji, drugi
namalowany przez matkę proboszcza.
***
W przedsionku kościoła można przeczytać, że pierwsze udokumentowane
uzdrowienie miało miejsce w 1719 roku. Dzierżawca supraskiej papierni,
Bazyli Lenczewski, za sprawą wody z cudownego źródła został uzdrowiony
ze ślepoty. W akcie wdzięczności szlachcic ufundował nad źródłem
drewnianą kaplicę.
Ale skąd papiernik Bazyli wiedział, że woda ze źródła uzdrawia? Wychodzę
z kościoła i kieruję się do kamiennej groty. Z otworu w kamieniu płynie
woda.
Ksiądz Grzegorz Sosna w swojej książce Święte miejsca i cudowne ikony.
Prawosławne sanktuaria na Białostocczyźnie przytacza inną wersję o Bazylim Papierniku. Różnica na pierwszy rzut oka wydaje się niewielka,
ale zmienia wszystko. Otóż, według tej wersji, kiedy Bazyli Papiernik na
starość zniedołężniał i oślepł, syn wywiózł go do lasu. I zostawił.
- No i cóż w tym dziwnego? - zapytał mój ojciec. - To dość powszechny
zwyczaj był. Zniedołężniałych rodziców wywożono do lasu.
To naprawdę takie proste? Wywieźć rodziców do lasu? Ale jak ten wyjazd
wyglądał? Czy stary ojciec coś podejrzewał? Czy syn wyjaśnił powód
wyjazdu? Jak? "Chodźże tatko, pojedziemy z wizytą do krewnych? Do
znachora?". Może od razu powiedział: "Zbieraj się, już czas tobie do
lasu"?
Co było dalej? Wsiadają na furmankę, jadą, koń idzie powoli. O czym
rozmawiają? Wjeżdżają do lasu, w którym syn zostawi niewidomego ojca. I znów rodzą się w głowie pytania. Zostawił przy drodze, czy odprowadził
bardziej w głąb lasu? Przy drodze chyba nie, ojciec mógłby przecież
zatrzymać innych podróżnych. Być może sąsiadów z tej samej miejscowości.
Mógłby poskarżyć się na syna i poprosić, by do domu odwieźli. Czy
odwoziło się starych z powrotem do domu? Czy też powszechną wiedzą było
to, że jak stary w lesie, to lepiej już nigdzie nie odwozić? A we wsi?
Nikt we wsi nie zapytał, co się z ojcem stało? Jestem wobec tych pytań
bezradny. Jak ten ślepiec pozostawiony w lesie.
Ojciec słyszy oddalające się kroki syna. Czy woła go? Czy prosi o zmiłowanie? Czy też może jest spokojny i pogodzony z losem? Tak ma być.
Syn, którego wykarmił i wychował, zostawia ojca w lesie. To normalne.
Taka tradycja.
Siedzi ojciec pod drzewem. Słyszy śpiew ptaków, szum drzew. A wokół
ciemność. Co ma robić? Siedzieć, czekać? Ale na co? Że może syn, pełen
wyrzutów sumienia, jednak wróci? Czy też iść gdzieś, samemu szukać
ratunku?