1.
Z pogrążonej w ciszy hali odlotów terminala T1 w Dublinie dobiegł nagle
wyraźny stukot obcasów. Wiesław i Mairéad spojrzeli po sobie. O tej
porze było to coś raczej nietypowego.
Rytmiczny dźwięk zbliżał się powoli, odbijając się od pustej
przestrzeni. Na chwilę cichł, by po sekundzie powrócić jeszcze
wyraźniej. Ktoś wszedł po schodach na antresolę i kierował się w stronę
zaułka, gdzie był ich lokal.
Wiesław uniósł wzrok, a Mairéad przesunęła się za ladą, żeby lepiej
widzieć dojście do ich baru.
Po chwili w przejściu pojawiła się młoda kobieta w niebieskim uniformie
stewardesy KLM. Ciemne włosy miała spięte w koczek, ciągnęła za sobą
walizkę. Bez słowa omiotła wnętrze spojrzeniem, skinęła lekko głową i podeszła do jednego ze stolików. Zrzuciła torebkę na blat i ciężko
usiadła.
Wyglądała na wyraźnie zdenerwowaną.
Mairéad odczekała chwilę, po czym podeszła do kobiety.
- Dobry wieczór. Czy mogę coś podać?
Normalnie klienci sami podchodzili do baru z zamówieniem, ale to była
jedyna w tej chwili klientka, a do tego stewardesa. Wiesław z uznaniem
zaakceptował miły gest swojej kelnerki.
- Kawa doppio... to na razie - rzuciła krótko stewardesa.
- Może zje pani jakieś ciasteczko?
- Dziękuję.
- Ona ma znaczek pursera1! - wyszeptała Mairéad kiedy wróciła
za ladę.
- O! Czyli prawdziwa szycha na pokładzie - odparł Wiesław prawie
bezgłośnie. - Ponad setka lokali, a ona aż tutaj dotarła?
- Ale większość jest już zamknięta!
Wiesław tylko przytaknął.
Po chwili stewardesa popijała już gorącą kawę. Przeprowadziła dwie ciche
telefoniczne rozmowy, wystukała na klawiaturze aparatu kilka esemesowych
wiadomości, wreszcie znacząco spojrzała w kierunku baru.
- Teraz ja do niej podejdę - szepnął Wiesław; po chwili stał już przy
dziewczynie.
- A jakaś karta dań? - spytała, spoglądając na niego beznamiętnie.
- O tej porze wielu dań już nie mamy, więc wszystko pamiętam. Na ciepło
czy na zimno? - Spojrzał na jej buzię.
- Miałam umówioną ciepłą kolację w Amsterdamie. - Stewardesa wydęła
dolną wargę.
- Rozumiem, to wielki zawód.
- Idiota taksówkarz zawiózł mnie na drugi terminal i spóźniłam się na
wylot swojego samolotu... pierwszy raz w karierze - podkreśliła po
krótkiej pauzie.
Wiesław ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami.
- Nie wierzy mi pan?! - Młoda kobieta prawie warknęła, marszcząc brwi.
- Nic mi do tego, ale wychodzi na to, że spóźniła się pani przez tego
idiotę... tylko o prawie trzy godziny. Dobrze liczę? Drogę z tamtego
terminala na ten da się pokonać biegiem w trzy-cztery minuty... - Pochylił
głowę i zerknął na ukryte pod stolikiem jej nogi w czółenkach. - No
dobrze, na obcasach w pięć.
- Biega pan na obcasach, że tak się orientuje?!
Wiesław uśmiechnął się bezwiednie. Znał tę drogę dokładnie, w ciągu
ostatnich pięciu lat pokonywał ją wielokrotnie.
Mierzyli się wzrokiem; po chwili stewardesa nagle się uśmiechnęła.
- Pan zawsze taki... bezpośredni?
- Odważyłem się, bo może już nie trafi mi się okazja rozmawiać z purserem z KLM.
Dopiero teraz uważniej przyjrzała się twarzy mężczyzny. To nie był z jego strony jakiś żart, on to powiedział prawie z namaszczeniem. Po
dziwnie refleksyjnym spojrzeniu poznała, że może się za nim kryć nawet
pewna... nieśmiałość. To nie żaden bubek skory do podrywu, jakich na
swoich trasach spotykała bez liku, lecz dziwny, nocny mądrala. Tak go
oceniła.
- Czyli przewiduje pan, że jednak mnie zwolnią, podobnie jak sądzi moja
przyjaciółka? - Wskazała na leżący obok telefon i na moment posmutniała.
Wiesław zrozumiał, że musiała to usłyszeć w trakcie jednej z niedawnych
rozmów.
- Pani ma zbyt wielką klasę. Nie odważą się - odparł, zdecydowanie
kręcąc głową.
Stewardesa skwitowała jego słowa uśmiechem określanym jako "Pan Am".
- Miłe jest to, co pan mówi, ale skoro powiedziała, że jest taka
ewentualność, to oni na pewno z tego skorzystają i mnie zwolnią. Na moje
miejsce jest wiele kandydatek. No dobrze... to mój problem, a co z tym
jedzeniem?
- Czy lubi pani eksperymenty... kulinarne?
- Pan jest naprawdę... - Wzruszyła ramionami. - A więc powiedział pan...
eksperyment kulinarny, tak?
- Od kilku dni mamy w ofercie pyzy z Polski, z regionu o nazwie Kaszuby...
coś jak wasza Fryzja albo Brabancja. - Pochwalił się znajomością
Holandii.
- W Polsce Kaszuby... a w Holandii... Fryzja - powtórzyła po nim wolno,
mrużąc oczy, jakby się nad czymś zastanawiała. - Mieszkam w Amsterdamie,
ale kiedyś byłam z przyjaciółką w Heerenveen, właśnie we Fryzji. To
ośrodek łyżwiarstwa szybkiego, a ona przez wiele lat była niezłą
zawodniczką. No dobrze, to co z tym jedzeniem?
- Jeśli nie lubi pani eksperymentów, to mogę podać coś mięsnego... na
przykład tradycyjny befsztyk, do tego surówka, frytki...
- Lubię eksperymenty... kulinarne! - Przekrzywiła głowę. - A jak pan
zamierza podać te... pyzy?
- Mogą być na słodko albo ze skwarkami.
- Po kawie chyba tylko na słodko. - Delikatnie potarła palcem skroń. - A pan... co mi zaproponuje?
- Zdecydowanie na słodko. Polecam lekko polane gęstą śmietaną, ale podam
też do nich żurawinę i miód wielokwiatowy. One razem się dobrze
uzupełniają, poza tym...
- Irlandczyk, a jaki znawca... - przerwała i przyjrzała się uważniej jego
twarzy. - A długo będę czekała?
- Za siedem minut wracam z daniem, bo pyzy są świeże, dzisiejsze, a wodę
mam zawsze gotową do ich podgrzewania.
- Jestem pod wrażeniem...
- A ile sztuk podać? Zamawiamy mniejsze, takie do sześciu centymetrów
średnicy.
- O! - powiedziała radośnie. - Trzy raczej powinnam zmieścić.
- Da pani radę, tym bardziej że są naprawdę pyszne.
Dokładnie po ośmiu minutach Wiesław i Mairéad podeszli do stolika
stewardesy z niewielkimi tacami. On na swojej niósł pyzy i sztućce,
kelnerka dodatki. Klientka w uniformie KLM z błyskiem w oczach
wpatrywała się w talerz z pyzami i miseczki z kolorową zawartością.
Kiedy po odkrojeniu kawałka pyzy, posmarowaniu odrobiną żurawiny i miodu
podniosła go do ust, przymknęła oczy. Po drugim kęsie spojrzała w stronę
baru i uśmiechnęła się do obsługi. Widać było, że danie jej smakuje.
Jadła wolno, nie tracąc ani na chwilę uśmiechu. Kiedy skończyła, uniosła
rękę z kartą płatniczą. Wiesław wypisał rachunek i wolnym krokiem
podszedł z terminalem. Położył przed elegancką klientką karteczkę z kwotą; skwitowała ją z nieodłącznym uśmiechem.
- To jakaś promocja?
- Nie. U nas takie ceny są zawsze.
- Dobrze wiedzieć.
Kiedy już odchodził od stolika, stewardesa spytała cicho:
- Czy mógłby pan zasugerować jakiś hotel w Dublinie?
- W pobliżu lotniska jest chyba z sześć...
- Koleżanka podpowiedziała mi, żebym z nich raczej nie korzystała -
przerwała mu, wskazując na telefon.
- Coś takiego! - Nie potrafił ukryć zdziwienia.
- Jestem w Dublinie pierwszy raz.
- Przecież Amsterdam jest tak blisko, czyżby więc nigdy...
- Obecnie latam codziennie na Gran Canarię, a wcześniej też gdzie
indziej. - Rozłożyła ręce.
- Do głowy by mi nie przyszło... Jasne, że znam również inne hotele w Dublinie. Poczynając od The Shelbourne poprzez Autograph Collection... aż
do... The Morgan Hotel. - Uśmiechnął się. - Wiem, gdzie one są, ale w żadnym z nich nie nocowałem. Mieszkam nieco dalej od centrum w wolnostojącym domu, nie w żadnym szeregowcu! - podkreślił z naciskiem. -
Tam u nas rankiem można pójść do jednego z pobliskich parków, gdzie nie
poczuje się nawet spalin samochodów. No, prawie.
- Ależ panu zazdroszczę!
- Do bliższego mam ze trzysta metrów, do następnego nieco dalej, ale
zaraz naprzeciw naszej uliczki rozciąga się teren zielony, duży skwer
pełen różnych drzew. Ludzie przychodzą tam z psami, inni się
gimnastykują, a w ciepłe dni nawet wylegują się na kocach.
- Chciałabym mieszkać w takich warunkach - westchnęła stewardesa. - To
co mam zrobić?
- Wybór należy do pani... A może woli pani zatrzymać się, przenocować, nie
w hotelu, a w takim domu?
- A pan ma... taki dom?!
- No nie, ja mam tylko w jednym z nich dwupokojowe mieszkanie.
- Proponuje mi pan noc u siebie?
- Do rana jestem tu. - Wiesław pokręcił głową.
- To w takim razie jak brzmi ta propozycja? - Uniosła zabawnie brew.
- Proszę moment poczekać. - Sięgnął do tylnej kieszeni w spodniach i wyciągnął telefon, chwilę przy nim operował i zaraz przyłożył do ucha.
- Tak, słucham - dał się słyszeć kobiecy głos.
- Dobry wieczór, pani O'Riordan. Tu... - mężczyzna zawahał się - ...tu Nolan
- dodał po chwili przerwy.
- Ach, to ty... Nolanie.
- Czy pani przypadkiem jeszcze nie śpi?
- Teraz już na pewno nie zasnę, póki nie dowiem się, o co ci może
chodzić.
- Rozmawiam właśnie ze stewardesą... z KLM, która nie ma ochoty nocować w żadnym z dublińskich hoteli.
Po tych słowach młoda kobieta siedząca przy stoliku pokręciła głową i otworzyła usta, jakby chciała coś dopowiedzieć.
- Przecież dobrze wiesz, że nie prowadzę działalności hotelarskiej,
prawda?
- Ale może któryś z sąsiadów?
- Hmm... Nolanie! Chyba raczej jest zbyt późno, by z kimś o takich
sprawach rozmawiać, nie sądzisz?
- Tak właśnie myślałem, pani Morwenno, ale mimo to pozwoliłem sobie
zadzwonić.
Stewardesa, słysząc dziwną wymianę zdań, zamachała dłonią w krótkim,
gwałtownym geście.
- A to jest twoja znajoma? Znaczy... dobra znajoma? - dopytała po chwili
rozmówczyni.
- Oczywiście!
Stewardesa z wrażenia przełknęła ślinę.
- A ona do mnie trafi?
- Przecież nie puszczę jej samej do naszej dublińskiej dżungli. Zaraz
znajdę telefonicznie Petera...
- Tego od Finna?
- Tego samego. Mam nadzieję, że jeszcze nie zjechał do domu na noc.
- To daj mi pilnie znać, bo muszę się jakoś przygotować, prawda?
- Mój salonik jest okej.
- Przecież wiem, ale mimo wszystko. Dzwoń do Petera i poinformuj mnie.
- Dziękuję, pani Morwenno.
Kiedy Wiesław skończył rozmowę i przystąpił do przeszukiwania kontaktów,
żeby wybrać połączenie z Peterem, stewardesa odezwała się z zachwytem:
- Morwenna O'Riordan... Ależ to piękne, niecodzienne imię i nazwisko!
Bardzo poetyckie.
- Tu prawie wszyscy mają podobne - wyjaśnił Wiesław. - Imię Morwenna ma
celtycko-kornwalijsko-gaelickie korzenie... Po angielsku tłumaczy się jako
panna morska, dziewczyna z morza. W jej charakterze jest sporo
delikatnego szumu morza, ale też głuchego przyboju fal rozbijających się
o skały. To słowa właścicielki imienia.
Oczy stewardesy stały się ogromne, lecz Wiesław nie zdążył już
zareagować, bo przed momentem nacisnął zieloną słuchawkę.
- Słucham cię, przyjacielu! - Z jego telefonu dał się słyszeć głos
taksówkarza.
- Cześć, Peadar. Nie śpisz jeszcze?
- No co ty! Ale jestem już dość blisko tego wyczekiwanego od rana
momentu. Jadę ostatnim kursem, i to akurat na lotnisko, więc mogę wpaść
do ciebie na drinka! - Taksówkarz się zaśmiał.
- A za ile będziesz, bo mam dla ciebie powrotny kurs do centrum ze
ślicznością z Holandii? Najpierw oniemiejesz, a potem będziesz miał...
piękne sny.
Stewardesa uśmiechnęła się i pogroziła Wiesławowi palcem.
- Za kilkanaście minut będę na miejscu.
- Tylko podjedź po nią pod mój terminal.
- A po czym ją poznam?
- Jest piękna... a do tego w służbowym uniformie stewardesy KLM. To
naprawdę byłaby sztuka jej nie zauważyć - dodał półszeptem.
Przysłuchująca się rozmowie stewardesa pokręciła głową.
- Okej. Jak dojadę, prześlę ci esemesa.
- A potem, gdy dowieziesz ją do pani Morwenny, zadzwonisz do mnie.
- Jasne. Na razie.
- Cześć.
Wiesław schował telefon do kieszeni i zadowolony z siebie spojrzał na
stewardesę. Ona z kolei przypatrywała mu się z nieskrywanym
zaciekawieniem.
- Jak to jest, że najpierw słyszę w telefonie... że taksówkarz ma na imię
Peter, a pan mówi do niego... Właściwie nie zrozumiałam, ale to nie było
imię Peter.
- Mówiłem Peadar. To odpowiednik jego imienia w irlandzkim gaelickim.
- Tyle tutaj dziwności z żeńskimi i męskimi imionami... że nie ogarniam. -
Pokręciła głową. - Niby lokal na końcu antresoli, pan wygląda raczej na
spokojnego... - zatrzymała spojrzenie chwilę dłużej na jego twarzy - ...a ma
tyle ciekawych znajomości. Kogo pan jeszcze zna w Dublinie? -
Niespodziewanie zachichotała.
- Jeśli idzie o kobiety, to znam sympatyczne panie z biura rachunkowego
i urzędu skarbowego. - Nie wiedzieć czemu puścił oko, co mu się prawie
nigdy nie zdarzało; przez moment przeleciała mu przez głowę myśl, czy
nie powinien za to przeprosić.
- Wszystkie potrafi pan tak czarować?
- Nie zdążę teraz odpowiedzieć, bo Peadar będzie czekał, a przecież musi
iść spać. Na pewno lada moment zaparkuje pod T2, a za kilka minut będzie
u nas. - Zerknął w stronę wyjścia z lokalu.
- Aha! Pozbywa się mnie pan?
- Absolutnie! Mogę go przecież zaprosić na drinka i sobie posiedzimy we
trójkę. - Wykonał szeroki gest. - Ja i tak zostaję tu z Mairéad na noc.
- Wskazał głową w kierunku lady. - Taka ta nasza praca.
W tym samym momencie jego telefon pisnął sygnałem przychodzącego
esemesa.
- Przemieszcza się z terminala T2 pod nasz - rzucił, kiedy odczytał
wiadomość.
- W takim razie dziękuję za wszystko i do widzenia. - Stewardesa wstała
i z wdziękiem podała Wiesławowi dłoń.
- Do widzenia. Przepraszam... a z kim rozmawiałam?
- Nazywam się... Roy... Nolan Roy. - Po chwili zawahania powtórzył nazwisko
i dodał imię. - Do widzenia.
Ona tylko lekko się uśmiechnęła, przewiesiła torebkę przez ramię,
pochwyciła rączkę walizki na kółkach i wolnym krokiem ruszyła do
wyjścia. Niedługo później zniknęła z pola widzenia. Z każdą chwilą
słychać było coraz bardziej przycichający stukot obcasów jej pantofli i turkotanie kółek walizki.
- Tak jakby... zaczarowała cię. - Mairéad spojrzała przeciągle na szefa,
po czym zebrała naczynia ze stolika, przy którym jeszcze przed chwilą
spożywała posiłek gwiazda przestworzy.
- Mówisz... zaczarowała? Dziewczyny z taką klasą jak ona... oprócz ciebie -
spojrzał na kelnerkę - dawno tu nie było.
- Niby taki cichy, a rzeczywiście potrafisz czarować. A jak ona ma na
imię, bo nie dosłyszałam?
- Imię?! No właśnie! - Wiesław wykonał ruch, jakby miał zamiar pobiec za
stewardesą; Mairéad skwitowała to chichotem. - Z wrażenia zapomniałem
jej spytać. - Zaśmiał się sam z siebie. - Kiedy zmyjesz naczynia, możesz
iść odpoczywać, nie czekając na północ, a ja już sam zamknę lokal.
Mairéad wzięła się do pracy, a po kilku minutach podchodząc do drzwi od
pomieszczenia za barem, uniosła rękę. Ich wzrok się spotkał. Wiesław
odpowiedział uśmiechem.
Kiedy został w barze sam, szybko dokończył weryfikację zamówienia. Po
chwili do lokalu weszła para skośnookich pasażerów. Gdy wybrali stolik,
a młody mężczyzna chciał już ruszyć do lady, Wiesław zatrzymał go
gestem. Sam do nich podszedł. Prowadził z nimi rozmowę półgłosem, żeby
nie przeszkadzać śpiącej Mairéad. Okazało się, że Japończycy są w podróży poślubnej, cieszy ich wszystko i są bardzo rozmowni.
- Mieliśmy już wczoraj wracać do Tokio. Mężowi, za moją namową, udało
się załatwić zamianę wcześniej kupionych biletów. Dzięki temu jutro
zobaczymy jeszcze Wiedeń. Dopiero stamtąd polecimy do Japonii -
zaszczebiotała młoda kobieta, kalecząc angielski.
- A dlaczego akurat tam? - zainteresował się Wiesław.
- Bo koniecznie chcemy zobaczyć na własne oczy, jak dzisiaj wygląda
miasto, które w siedemnastym wieku zostało ocalone przed Turkami.
- Bardzo interesujący wybór!
- Musi pan wiedzieć, że jestem historykiem i specjalizuję się w dziejach
Europy, a z kolei żona zajmuje się konserwacją zabytków - włączył się do
rozmowy jej mąż. - Ten król, który pod Wiedniem dowodził wojskami
europejskimi, to Jan Trzeci Sobieski. Dla mnie był największym władcą i wodzem ostatniego tysiąca lat na waszym kontynencie. Przecież gdyby nie
on, nie moglibyśmy zwiedzić choćby cudów Paryża czy Rzymu. Tam byłyby
tylko minarety! - dopowiedział szeptem z poważną miną.
- Ale wiecie państwo, że ten król był Polakiem?
- Tak, wiemy. Chcielibyśmy obejrzeć w Wiedniu jakieś upamiętnienia
tamtych wydarzeń.
- Nie byłem tam, nie miałem kiedy, ale z upamiętnieniem odsieczy
wiedeńskiej jest krucho. Wiem o tym doskonale, bo jestem z Polski.
- Ach, to wspaniale trafiliśmy! - ucieszyli się oboje.
Po krótkiej wymianie zdań o królu i Polsce zamówili po kanapce i herbacie. Żeby go dobrze wspominali, dał im w prezencie przewodniki
Krakowa, Warszawy i Gdańska. Wkrótce poczuł wibrowanie telefonu.
Dzwoniła pani O'Riordan. Wyszedł przed lokal.
- Rozumiem, pani Morwenno, że dojechali? - zapytał półgłosem.
- Tak. Peter podprowadził stewardesę pod same drzwi. Zachowywał się
zupełnie jak nie on. Czy na lotnisku też był taki?
- Nie widziałem go tu na oczy, kontaktowaliśmy się tylko telefonicznie.
A jak stewardesa? Spodobał jej się pokój?
- Zdecydowałam się ulokować ją w moim salonie.
- W salonie?!
- Przecież to twoja dobra znajoma. Zresztą powiedziałeś o niej tyle
dobrego, że właściwie nie miałam wyjścia.
- Przecież... aż tyle nie mówiłem. A poszła już spać?
- Jeszcze nie. Na razie się kąpie. Tak jej zaproponowałam po
przywitaniu, ale przed spaniem jeszcze chwilę porozmawiamy, bo wypije
kubek mleka.
- Kubek mleka?!
- A co w tym dziwnego? Miała dzisiaj sporo przeżyć, a po mleku będzie
dobrze spała. Pamiętam to jeszcze z dzieciństwa. Aha! Pasuje do niej
imię Sandra.
- A takie ma imię?
- To ty nie wiedziałeś?!
- Pewnie zapomniałem... - Wiesław, zamiast dokończyć myśl, cicho
zachichotał.
- No dobrze, niech ci dzisiaj praca płynie spokojnie. Muszę wstawić
mleko i dopilnować, żeby się nie przypaliło, bo o tej porze
Aisling2 przecież już nie ma.
- W takim razie dobranoc, pani Morwenno.
- Dobranoc.
Wiesław rozejrzał się wokół, a potem postąpił kilka kroków do miejsca,
skąd widać było schody na mezzanino. Już od dawna nic nie zrobiło na
nim takiego wrażenia, jak kroki stewardesy niosące się przez uśpioną
salę odlotów, a potem jej uroda. Owszem, widuje stewardesy wielu linii,
bywają ładne, czasami docierają nawet do jego lokalu, ale tak pięknej i zgrabnej jak Sandra z KLM... Uśmiechnął się, że nawet w myślach nazwał ją
imieniem. Ma dziewczyna klasę. Sama się z przedstawianiem nie wyrywała.
Chyba dlatego, że ja tego wcześniej nie zrobiłem. Nie dziwię się, że
została purserem.
Ale czy ja przedstawiam się wszystkim klientom? - spytał bezgłośnie sam
siebie. I dlaczego w ogóle o niej myślę? Przyleciała... jak to stewardesa,
a potem wróci do Amsterdamu w składzie załogi innego samolotu. Miała
tylko pecha, że się teraz spóźniła... Właściwie to nie wyjaśniła, dlaczego
tak się stało. A musiała...?! Wzruszył ramionami. Takie życie.
Powiedziała, że jest pierwszy raz w Dublinie... i pewnie ostatni. A weź,
człowieku, zajmij się swoimi sprawami.
Kiedy dochodził do nieopuszczonej jeszcze żaluzji odgradzającej jego
lokal od holu, w kieszeni znowu zawibrował telefon. Tym razem dzwonił
Peadar.
- Już jesteś w domu, przyjacielu?
- Jeszcze nie, ale będę za dziesięć minut. Nie zadzwoniłem do ciebie od
razu spod domu pani Morwenny, żeby nie wyglądało, że zdaję relację.
- Z tej strony cię nie znałem.
- Bo kobiety bywają domyślne... więc sam rozumiesz.
- To skąd do mnie dzwonisz, bo już trochę czasu upłynęło?
- Zatrzymałem się w pobliżu swojego domu, tak żeby mnie z kolei moja
żona nie zobaczyła.
- Zachowujesz się zupełnie jak jakiś agent czy detektyw.
- Nie myślałem, że masz taką piękną znajomą. Nigdy się nie chwaliłeś!
- A ty się chwalisz wszystkimi swoimi dziewczynami?
- Ja...?! Przecież ja mam żonę!
- Dobrze, że sobie o niej przypomniałeś.
- Przed chwilą zadzwoniłem do
Orlaith,
że już wracam. Zauważyła, że mam dobry humor, co mi się ponoć rzadko
zdarza.
- No i jak się wytłumaczyłeś? - Wiesław się roześmiał.
- Powiedziałem zgodnie z prawdą, że miałem dobry kurs i dostałem
ekstrasa.
- A dała ci?
- Nie dość, że zapłaciła gotówką, to jeszcze dodała dwadzieścia euro.
Chyba nie ma pojęcia, ile to jest!
- Przecież w Holandii też mają euro.
- Niby tak, choć czasami zapominam. W każdym razie chciałem ci
pogratulować dobrego gustu... chodzi mi o tę stewardesę. Jestem pod
wrażeniem. Trzymaj się.
- Ale żebyś wiedział, że... No dobra, cześć. - Wiesław zakończył rozmowę,
słysząc, że Peadar śmiechem przerwał mu próbę wyjaśnienia sprawy.
Zamyślony skierował się wolnym krokiem w kierunku lady. Po drodze
zauważył, że młodzi Japończycy, zorientowawszy się, iż minęła północ i lokal zaraz pewnie zostanie zamknięty, zaczynają się zbierać.
- Możecie jeszcze trochę zostać, o ile nie zamierzacie tu spać - rzekł,
podchodząc do stolika.
- Zaczęliśmy studiować przewodniki, które pan nam sprezentował, ale
możemy to robić gdzieś w poczekalni.
- Na razie nie zamknę żaluzji, a wam będzie tu wygodniej.
Podziękowali, usiedli jeszcze bliżej siebie i wspólnie śledzili tekst w jednym z nich, coś szepcząc do siebie. Przeurocza para. Wiesław tym
razem usiadł za ladą w wygodnym fotelu, który służył jako siedzisko do
nocnych drzemek. Jedna osoba ze zmiany mogła spać na leżance w pomieszczeniu za drzwiami, a druga tutaj.
- Sandra, a do tego Holenderka. Czy w Holandii są takie imiona? - W jego
myślach ponownie pojawiła się stewardesa z KLM.
Rozejrzał się wokół, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje jego
myśli, i uśmiechnął się pod nosem. Położył laptop na kolanach i coś
wpisał do wyszukiwarki. Pojawiła się odpowiedź, że ani dzisiaj, ani w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych imienia Sandra nie było w topie dwudziestu imion holenderskich niemowląt. Wstrząsnął nim pusty
śmiech. Czy ja naprawdę nie mam innych problemów? Po chwili przeniósł
spojrzenie na wejście do lokalu. Para kolejnych klientów stała w holu i wpatrywała się w stoliki. Popatrzyli raz jeszcze na tabliczkę z godzinami otwarcia lokalu i przenieśli wzrok na Japończyków. Wiesław
uniósł się za ladą i zachęcił ich do wejścia. Kiedy zajęli stolik,
podszedł do nich. Okazali się portugalskim małżeństwem w średnim wieku.
Późnym wieczorem przylecieli z Islandii na terminal T2, przeszli na T1,
odprawili się, bo stąd rano polecą dalej. Myśleli, że zjedzą coś dopiero
przed odlotem, ale jednak poczuli się głodni. Dowiedzieli się od
sprzątaczy, że tu może być otwarte.
- Mój lokal pracuje elastycznie. Miał być zamknięty, ale jest czynny. -
Wiesław się uśmiechnął. - Życzą sobie państwo jakąś kanapkę czy raczej
danie na ciepło?
- A mięsne, na ciepło, nie będzie zbyt ciężkie na noc? - zawahała się
kobieta, zwracając się do męża.
Ten przeniósł pytające spojrzenie na Wiesława.
- Zaproponuję coś, co będzie dla państwa prawdziwą kulinarną
niespodzianką - oznajmił z nutą dumy. - To kiszka kaszubska, tradycyjne
danie z północnej Polski, z regionu Kaszub. Mało kto poza naszym krajem
o niej słyszał.
Na moment zawiesił głos, jakby pozwalał, by sama nazwa wybrzmiała.
- Choć brzmi jak kiełbasa, w rzeczywistości jest czymś zupełnie innym.
To połączenie kaszy jęczmiennej z boczkiem i przyprawami, zamknięte w naturalnym jelicie i potem podsmażane, aż skórka lekko się zarumieni, a środek pozostanie miękki i aromatyczny. Pachnie dymem i majerankiem.
Uśmiechnął się szerzej.
- Podam ją z zasmażaną kapustą kiszoną i ogórkiem kiszonym - kwaśnymi,
wyrazistymi, idealnie kontrastującymi z delikatnością kaszy. Do tego
wiejski chleb z masłem i odrobina musztardy. Wszystko w duchu polskiej
tradycji. A do popicia polecam czarną herbatę Irish Breakfast - jej moc
i lekka cierpkość pięknie przełamują tłustość potrawy.
Kobieta uniosła brwi.
- Brzmi... intrygująco. Mnie pan przekonał. - Uśmiechnęła się. - Jestem
bardzo ciekawa tego dania.
- A ja myślałem, że jak zwykle będę musiał gdzieś wybrać gyros albo
kebab - zaśmiał się jej mąż - ale skoro mamy okazję spróbować czegoś, o czym w Portugalii nikt nie słyszał, zaryzykuję. A pan jest z tego
regionu?
- Właśnie z Kaszub, z mikroregionu o nazwie Gochy... - zawiesił na moment
głos, bo coś sobie nagle przypomniał. - Muszę wprowadzić plakietki z imionami. - Uśmiechnął się przepraszająco. - Nazywam się Wiesław
Roy-Baczewski - dodał z wyraźną dumą. - A ta... kiszka... to smak mojego
domu rodzinnego. Przygotować państwu?
- Oczywiście! - przytaknęli chórem pasażerowie z Portugalii.
Po niedługim czasie Wiesław z satysfakcją przyglądał się, jak pałaszują
danie. Zgodnie pokazali mu kółeczka z palców. Pochwałę przyjął z uśmiechem.
Kiedy zapłacili i opuścili lokal, młodzi Japończycy uczynili podobnie,
kilkakrotnie się kłaniając. Wiesław ocenił, że teraz jednak zamknie
żaluzję. Po dziesięciu minutach, po uprzątnięciu stolików i pomyciu
naczyń, wygasił światła na sali, zostawiając zwyczajowo za ladą tylko
jeden mały punkcik. Wyciągnął się wygodnie w fotelu i zamknął oczy. Nie
zasnął. Miał różne wizje z Sandrą w tle.
Po trzeciej Mairéad wyszła cicho z zaplecza. Poczuł jej wzrok na sobie.
Otworzył jedno oko i pokręcił głową. Zrozumiała, że teraz już nie
pójdzie spać. Po chwili usłyszał, że sprząta po nim. Uśmiechnął się, bo
zawsze tak robiła. Uważała, że na tym się zna najlepiej. Kiedy
piętnaście minut przed czwartą podniosła żaluzję, wstał i poszedł na
zaplecze opłukać twarz wodą. Chwilę przed czwartą w lokalu pojawili się
pierwsi pasażerowie. Czas do wpół do siódmej - momentu przyjścia
dziennej zmiany - minął mu błyskawicznie.
2.
Po niecałej godzinie był w domu. Wszedł do holu prawie na palcach.
Zobaczył, że drzwi do salonu są zamknięte. Już chciał przemknąć do
siebie, gdy do holu zajrzała Aisling.
- Pani profesor prosi do siebie - oznajmiła szeptem.
Morwenna siedziała przy komputerze. Wskazała mu krzesło naprzeciw.
- Nie myślałam, że masz taką znajomą. Gratuluję! - rzuciła i pokazała mu
kciuk.
Roześmiał się, bo taki gest zobaczył u niej po raz pierwszy.
- W KLM byle kogo nie zatrudniają - odparł, by cokolwiek powiedzieć, i zrobił raczej głupawą minę; Morwenna aż uniosła brew.
- A wiesz, że Sandra to imię pochodzenia starogreckiego, które oznacza
"świecąca nad człowiekiem"?
- Hmm... tego nie wiedziałem.
- To ci jeszcze dopowiem, Wesleyu, że to pieszczotliwe zdrobnienie
imienia Kasandra. W ostatnich latach stało się samodzielnym imieniem.
- Przed jej urodzeniem czy już po? - zadowcipkował.
- Ty sobie żartujesz, ale ja jestem nią oczarowana. A jeszcze co do
imienia... Niektórzy powiadają, że pochodzi od włoskiej Aleksandry, ale do
mnie grecki rodowód bardziej przemawia. To imię symbolizuje także osobę,
która widzi nadchodzące zagrożenie.
- A dlaczego akurat mnie to pani mówi?
- Eee... Idź się zdrzemnąć... - Chyba rozdrażniona nieco Morwenna machnęła
ręką.
Karnie ruszył do siebie. Jak zwykle wziął prysznic, położył się i zamknął oczy. Zamiast szybko zasnąć, jak to zwykle bywało, kręcił się na
kanapie. Przed oczami stanęła mu twarz uśmiechniętej Sandry. Ciekawa
historia z tą stewardesą... Westchnął cicho. Siłą woli jednak odsunął myśl
o niej, a w to miejsce przywołał film z wczorajszego spotkania z irlandzkim przyjacielem, Finnem O'Neillem. Po chwili uśmiechnął się
szeroko do tego wspomnienia.
Kilka minut po dwudziestej drugiej odleciał sprzed terminala T1 ostatni
samolot. Był trzecim z serii, wieczornym czarterowym lotem do Amsterdamu
linii lotniczych KLM, zorganizowanym przez miejscowy piłkarski klub
Shamrock Rovers dla swoich fanów. Finn w ich gronie wybierał się na
dzisiejszy mecz z Ajaxem.
Wcześniej, przy jednym ze stolików jego baru The Emerald Hearth, Wiesław
pił właśnie z Finnem cydr, dyskutując z przymrużeniem oka na temat szans
dublińskich piłkarzy w potyczce z potężnym amsterdamskim klubem. Wiesław
zaprzyjaźnił się z czterdziestoczteroletnim Irlandczykiem, dostawcą
towarów do lotniskowych punktów handlowych, już pięć lat temu. Dzięki
swojej operatywności, ale też pogodnemu charakterowi Finn był przez
wszystkich bardzo lubiany. Wiesław miał od niego dwanaście lat mniej,
ale przy ich wielkiej posturze tego się nie dostrzegało. Finn swoim
charakterystycznym wyglądem w postaci piegów, rudych kędziorów i zielonych oczu przypominał Wiesławowi wielu rodaków z jego własnego
regionu.
- Bo musisz wiedzieć, że prawdziwy kibic, taki jak ja, wierzy, że
jutrzejsza środa, dwudziesty drugi września dwa tysiące szesnastego
roku, zapisze się złotymi zgłoskami w historii mojego klubu. Pokonamy
Ajax Amsterdam - obwieścił z namaszczeniem Finn.
- Ale naprawdę chcesz pojechać tylko po to, żeby obejrzeć, jak wbijają
wam minimum trzy gole? - Wiesław złapał się w dramatycznym geście za
głowę.
- A ty dalej swoje. Czas na mnie - rzucił w odpowiedzi rozbawiony Finn,
machnąwszy ręką, i zerknął na zegarek; ostentacyjnie wytarł usta, wstał
i przewiesił torbę przez ramię. - Już od kilkunastu minut wpuszczają
kibiców do samolotu. Dobrze, że od ciebie mam mniej niż dziesięć minut
na dotarcie do bramki numer jeden - dodał. - I jeszcze jedno ci powiem...
Kibicem jest się na dobre i złe.
- Pewnie masz rację, choć mnie to jest nieznane. Dawniej duchem
kibicowałem drużynie piłkarzy Arki Gdynia, która ma swój stadion prawie
sto kilometrów ode mnie, chociaż na ich mecze nie jeździłem.
- Czyli sporo straciłeś.
- Może w kibicowanie wciągnę się w następnym życiu? - odparł
uśmiechnięty, odprowadzając przyjaciela do wyjścia z baru. - Kiedy los
skojarzy w parze twój zespół i moją Arkę, spotkamy się na gdyńskim
stadionie. A jeśli wywieziecie z Amsterdamu chociaż remis, wstąpię do
klubu kibica Shamrock Rovers.
- O! I tak już lepiej! Trzymam cię za słowo! - Finn pokazał mu kciuk.
Mocno uścisnęli sobie dłonie.
Finn naprawdę jest niepoprawnym optymistą. Wiesław znowu się uśmiechnął.
Po chwili, nie wiedzieć czemu, zaczął mu się wyświetlać w głowie film z 9 września 2011 roku, kiedy poznał panią profesor.
Tego dnia było słonecznie i jak na Dublin wyjątkowo ciepło. Wysiadł z autobusu przy Mount Anville Road, tuż obok Deer Park. Było prawie
południe, kiedy w końcu dotarł do Stillorgan. Po dwóch latach
gnieżdżenia się w dwójce przy lotnisku i oglądania ciasnych,
identycznych szeregowców w innych dzielnicach tutejsza przestrzeń i zieleń wydawały mu się luksusem, na który wreszcie mógł sobie pozwolić.
Trinity mieściło się stosunkowo niedaleko stąd, dojeżdżałby na uczelnię
jednym autobusem, no i miałby wreszcie własny kąt do nauki.
- No nie. Muszę się wreszcie zdrzemnąć! - rzucił półgłosem, trochę zły
na to narzucające się wspomnienie.
Wstał i dokładniej zasunął żaluzje w oknach, ale przez to jeszcze
bardziej się rozbudził. Kiedy ponownie znalazł się na kanapie, mocno
zacisnął powieki. Sen jednak nie przychodził. Zamiast tego ujrzał, jak
idzie wolno w kierunku ulicy Woodthorpe. Nie przeszkadzały mu nawet
podmuchy wiatru od morza.
Zgodnie z zaleceniem nieznajomego mężczyzny z dzielnicy Ballsbridge
dotarł wreszcie do ulicy Coolnevaun. Idąc nią, wkrótce skręcił w prawo,
w pierwszą przecznicę. Po kilkudziesięciu metrach znalazł się w kwartale
w znacznej części zielonym, otoczonym z dwóch stron przez ulicę
Woodthorpe, biegnącą w kształcie litery L.
Stały przy niej duże, dwurodzinne wolnostojące domy, a nie szeregowce.
Wpatrywał się w ich fasady z nieskrywaną przyjemnością. Były piętrowe,
zbudowane z cegły, z dachami pokrytymi ceramiczną dachówką. Na parterach
miały wysokie, ogromne okna - niemal witryny; na piętrach mniejsze, ale
za to trójdzielne. Każdy dom posiadał dwa niezależne wejścia, kryte
daszkiem z dachówek. Od ulicy i między posesjami stały
charakterystyczne, niewysokie ceglane murki, za którymi rozciągały się
zadbane trawniki z kwiatami i niskimi krzewami. Tu i ówdzie pośród
zieleni stały ławeczki. Domyślał się, że z tyłu domów znajdują się
niewielkie ogródki.
W zasięgu wzroku nie było żadnego pieszego, aż wreszcie zauważył
wychodzącą zza zakrętu starszą kobietę o drobnej posturze, idącą mu
naprzeciw. Szła wolno, lekko wspomagając się laseczką. Postanowił się
odezwać.
- Dzień dobry. Nie wie pani przypadkiem, czy ktoś w tych domach nie
zamierza wynająć mieszkania?
- Dzień dobry. A jak pan w ogóle trafił w ten nasz zaułek?
- Od kilku dni kręcę się po Dublinie w poszukiwaniu mieszkania. Moje
pomysły dotyczyły zupełnie innych lokalizacji. Odwiedziłem wiele
dzielnic od Rathmines do Ballsbridge. - Jego palec wskazał kilka
kierunków, jakby widział mapę przed sobą. - Nigdzie mi się nie podobało,
a do Stillorgan trafiłem dzięki rozmowie z pewnym mężczyzną spotkanym w tej ostatniej.
- On gdzieś tu mieszka? - Starsza pani rozejrzała się znacząco wokół.
- Nie dopytywałem, ale wyglądało na to, że zna to miejsce dobrze.
- Wracając do pana pytania... Niestety rzadko rozmawiam z sąsiadami, więc
raczej nie będę mogła pomóc. - Wzruszyła ramionami, chcąc zakończyć
rozmowę.
- Trudno. W takim razie dojdę do końca ulicy za zakrętem i wracając,
będę pukał do każdych drzwi po kolei. Może mi się poszczęści. Dziękuję i do widzenia.
- Do widzenia.
Po kilku krokach doszedł go jej głos:
- Przepraszam! A skąd właściwie pan pochodzi?
Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Taksowała go uważnym spojrzeniem.
- Nie jestem Irlandczykiem. Pochodzę z Polski. Nazywam się Wiesław
Roy-Baczewski. Mieszkam i pracuję na wyspach od drugiej połowy dwa
tysiące siódmego roku, zbierając fundusze na studia magisterskie -
mówił, podchodząc z wolna bliżej. - Zarobiłem tyle, że stać mnie
wreszcie na ich podjęcie, a także na lepsze niż dotąd lokum.
- Przyjechał pan aż z Polski, żeby tu studiować?
- To tylko dwie i pół godziny lotu z Gdańska.
- Niby tak... Zaintrygował mnie pan. - Nieznajoma przymknęła na chwilę
oczy. - Hmm... - mruknęła, po czym spojrzała na niego badawczo. - Jeśli ma
pan czas, zapraszam na herbatę... albo kakao. Może pan wybrać także kawę.
Nazywam się Morwenna O'Riordan. Trzeci z kolei dom należy do mnie. -
Wskazała ręką kierunek, z którego przyszedł.
- Cały dom? - zdziwił się.
Starsza pani potwierdziła lekkim skinieniem głowy.
- Nigdy dotąd nie wynajmowałam mieszkania... tak po prostu. Uważałam, że
nie jest mi to do niczego potrzebne.
- Chce pani zaprosić obcego do siebie?
- Ma pan rację... obcego. - Filuternie machnęła w powietrzu laseczką.
Wiesław odpowiedział uśmiechem.
- Na ogół jestem nieufna, ale pańska historia wzbudziła moje zaufanie.
Nie potrafię tego wytłumaczyć, mam jednak ochotę z panem porozmawiać i być może podjąć... wyzwanie. - Spojrzała mu poważnie w oczy, po czym
delikatnie się uśmiechnęła.
- W takim razie chyba nie potrafię pani odmówić.
Niedługo później znaleźli się we wnętrzu jej domu. W holu ruchem głowy
wskazała mu pobliskie drzwi.
- Proszę umyć ręce. Czego się pan napije?
- Najzwyklejszej herbaty.
- Przekażę to mojej drogiej Aisling, a potem zapraszam... do salonu -
powiedziała, jakby nie była pewna tego, co mówi.
Uniesioną laseczką wskazała na ledwo uchylone drzwi po prawej stronie
holu, a sama ruszyła w przeciwnym kierunku.
Pośrodku salonu dojrzał okrągły stół. Wisiał nad nim żyrandol z frędzlami; podobny miała ciotka w Słupsku, u której pomieszkiwał podczas
studiów. W narożniku stał wysoki zegar, który donośnym tykaniem
przypominał o swojej obecności. Wzdłuż jednej ze ścian ciągnął się długi
bufet z drzwiczkami i szufladami. Przy krótszej ścianie przyciągała
wzrok przeszklona witryna wypełniona porcelaną. We wnęce przy oknie
stały duży głęboki fotel i sofa, ze stolikiem pomiędzy nimi. Odniósł
wrażenie, że trwają w sennym wyczekiwaniu. Wiszący na ścianie duży ekran
telewizora dobrze się komponował z resztą mebli, choć Wiesław od razu
rozpoznał w nim niedawny nabytek.
Na pozostałych ścianach wisiały obrazy i obrazki, w oknach tradycyjne
zasłony i firanki. Rozejrzał się jeszcze raz, bo raptem wydało mu się,
że nie zauważył ani na meblach, ani na podłodze nawet pyłka kurzu.
Doznał wrażenia, że ten salon mógłby z powodzeniem stanowić element
muzeum dublińskiej rodziny. Uśmiechnął się do swoich niedorzecznych
myśli.
Po niedługim czasie zjawiła się starsza pani, drobiąc kroczki. Chodząc
po domu, również wspomagała się laseczką. Ubrana już po domowemu - z gustem, choć staromodnie. Długa ciemna spódnica, jasna bluzka z koronkami, pod szyją oryginalna broszka. Na ramionach miała przewieszoną
dużą chustę. Siwe włosy upięte w koczek, w którym dostrzegł ozdobną
klamrę. Na nosie okrągłe okulary. Tak właśnie wyobrażał sobie brytyjskie
mieszczanki, bohaterki filmów, których sporo naoglądał się w Londynie.
Tutaj nie miał już czasu na telewizję.
Właścicielka domu podeszła do stołu, jednak zatrzymawszy się przy
pierwszym krześle, spojrzała na komplet wypoczynkowy w niszy przy oknie.
Miał wrażenie, że się zastanawia. Po chwili ruszyła wolno do okna i usiadła w fotelu, jego zaś zaprosiła gestem na pobliską sofę.
- To niech pan teraz opowie coś o sobie. Gdzie pan dotąd mieszkał, co
robił?
Zaskoczyła go bezpośredniością pytania, choć po chwili uznał, że pasuje
ono do tego salonu. Już otwierał usta, kiedy do pokoju weszła pomoc
domowa z tacą. Skłonił lekko głowę; odpowiedziała mu podobnym gestem.
Takie postaci również zapamiętał z wyspiarskich filmów. Skromna długa,
ciemna suknia, biały kołnierzyk pod szyją i niewielki biały fartuszek.
Włosy krótkie, starannie podstrzyżone, z przewagą siwych. Nie miała na
sobie żadnych ozdób, z wyjątkiem złotego krzyżyka na łańcuszku. Na jej
twarzy błądził uśmiech. Stawiając filiżanki z herbatą, talerzyki i niewielką paterę z maślanymi ciasteczkami, przyjrzała mu się uważnie.
Wychodząc z salonu, wymieniła z właścicielką dyskretne spojrzenie i uśmiech. Wydało mu się, że ten gest świadczył o ich wzajemnej sympatii.
Kiedy pomoc domowa wyszła, starsza pani popatrzyła na niego z ciekawskim
uśmieszkiem i zachęcającym gestem dała mu znak, by mówił.
- Z Polski wyjechałem cztery lata temu po wakacjach. Miałem wtedy
dwadzieścia trzy lata... z haczykiem. Ukończyłem trzyipółletnie studia
inżynierskie z informatyki w Słupsku w Akademii Pomorskiej. Moim celem
był Londyn, gdzie zamierzałem zrobić magisterkę, ale najpierw chciałem
zarobić na studia. Od początku myślałem o studiach zaocznych. W Polsce
nie miałbym takiego dopingu do nauki i pracy. W Londynie pracowałem u operatora telewizji kablowej jako specjalista sieciowy... no IP, routing,
switching, VLAN... żeby mieć więcej czasu na naukę języka angielskiego i zdobycie certyfikatu. Niedługo później pracowałem już na dwa etaty: w telewizji kablowej oraz w barze sprzedającym jedzenie na wynos. Po
upływie półtora roku... - zmarszczył czoło - ...stwierdziłem jednak, że
Londyn za bardzo mnie przytłacza, i dlatego przyjechałem do Dublina. Ale
to też nie jest prowincja.
Gospodyni słuchała uważnie i tylko od czasu do czasu kiwała głową, jakby
zatwierdzała usłyszaną porcję informacji.
- Co prawda wcześniej myślałem o tańszym życiu i studiach w Glasgow czy
Edynburgu zamiast w drogim Dublinie. Przypadkowo poznany na terminalu w Luton człowiek z Kaszub polecił mi pracę w The Blarney Stone Bar na
tutejszym lotnisku. Miałem być kierownikiem zmiany. Ten gość zadzwonił
przy mnie do właściciela i umówił mnie z nim. Zapaliłem się do tej
pracy, bo tamten stwierdził, że po czterech latach pracy ma z czym
wracać do kraju. W drodze powrotnej z Polski przyleciałem więc do
Dublina załatwić sobie tę pracę. Po rozmowie i szacunkowych wyliczeniach
oceniłem, że już z początkiem roku akademickiego dwa tysiące
dziesięć-jedenaście, będę miał wystarczającą ilość pieniędzy, by móc
podjąć magisterskie studia na jednej z dublińskich uczelni. Jednak po
głębszym zastanowieniu postanowiłem popracować jeszcze rok, by mieć
większą rezerwę. Chwilę bowiem trwało, zanim wpadłem na pomysł
wydzierżawienia lokalu.
- Jest pan niesamowity. Ależ ambitne plany! - wyrwało się pani
O'Riordan.
- Wreszcie po ponad dwóch latach pracy na T1, od marca dwa tysiące
dziewiątego roku do tego lipca, wydzierżawiłem lokal. Wystarczyło mi
pieniędzy na pierwszą ratę, a drugą mam zapłacić za pół roku.
Przeorganizowałem go i zmieniłem nazwę na The Emerald Hearth. Do teraz
mieszkam w dwuosobowym pokoju w pobliżu lotniska, żeby jak najwięcej
zaoszczędzić. Wiosną tego roku, po ocenieniu, że mam już odpowiednią
kwotę pieniędzy do rozpoczęcia studiów, złożyłem dokumenty na uczelnię.
Po długim zastanowieniu wybrałem Trinity College Dublin, bo...
- Chce pan studiować na Trinity...? - Starsza pani przerwała mu w pół
zdania. - A dlaczego akurat tam?
- Bo to prestiżowy uniwersytet oferujący Master of Science w informatyce. W maju złożyłem stosowne dokumenty i zostałem przyjęty.
Zaakceptowali moje świadectwo ukończenia studiów pierwszego stopnia w Polsce, złożyłem też inne niezbędne dokumenty, w tym certyfikat z języka
angielskiego IELTS Academic; na egzaminie w marcu uzyskałem osiem
punktów - powiedział, nie kryjąc dumy.
Gospodyni nie przeszkadzała mu dotąd, ale w tym momencie jej oczy się
powiększyły.
- Mówi pan ze znakomitym akcentem, dlatego spytałam, skąd pan pochodzi,
oczekując nazwy którejś z irlandzkich prowincji - dodała, widząc, że
wychwycił jej zdziwienie.
Wiesław, nie wiedzieć czemu, opowiadał wszystko nader chętnie.
Podświadomie czuł, że trafił w dobre miejsce i że ta rozmowa nie jest
stratą czasu.
- Dlaczego pan mi opowiada takie szczegóły? Mam wrażenie, że niczego pan
nie pominął ze swojego pobytu na Wyspach Brytyjskich.
Na moment się zawahał, ale po chwili wrócił do tematu.
- Może nie wszystko opowiedziałem, za to zgodnie z faktami, z prawdą.
Tylko ona ma w życiu znaczenie. Tak mnie nauczyli rodzice i chociaż
bardzo ciężko gospodarzyli na mało urodzajnych ziemiach naszych Gochów,
wiedzieli o tym i to mi przekazali. To już chyba wszystko, co może pani
pomóc podjąć decyzję.
- Piękna jest ta cała pana historia. Jestem szczególnie pod wielkim
wrażeniem ostatnich cudownych słów o rodzicach. Niektórzy nie potrafią
sobie podobnych rzeczy przypomnieć ani wypowiedzieć na głos... - Pokiwała
głową. - I naprawdę chciałbyś tu zamieszkać, młody człowieku?
- Bardzo podoba mi się okolica. Wysiadłem z autobusu dużo wcześniej, by
dotrzeć spacerem do Woodthorpe. Oceniam, że nieznajomy z Ballsbridge ze
wszystkim miał rację - dodał. - Jeśli zgodzi się pani wynająć mi
mieszkanie, pokażę pani także zdjęcia miejscowości, z której pochodzę.
Nie chcę mieszkać w szeregowcach, a w odwiedzanych miejscach mieszkania
były dostępne przeważnie w takich właśnie domach. Wolę domy
wolnostojące, jak w mojej wsi. Większa swoboda, a nie jak w koszarach.
Mężczyzna z Ballsbridge polecił mi to miejsce właśnie ze względu na te
domy, duży spokój i pobliskie zielone tereny. Wspomniał także, że
jeszcze w latach sześćdziesiątych poprzedniego wieku Stillorgan był wsią
pod Dublinem. To miejsce może nie jest idealnie skomunikowane z lotniskiem, ale dzięki temu mógłbym więcej czasu spędzać na powietrzu, w ruchu - podkreślił. - Bo muszę wyznać, że najważniejsze dla mnie są
studia, bliskość uczelni oraz mieszkanie w spokojnym otoczeniu.
- I jeszcze to. Dla pana ważniejsza jest mniejsza odległość do uczelni
niż do pracy. A proszę mi powiedzieć, w jakim trybie planuje pan
studiować?
- Już mówiłem, w trybie zaocznym. Nie stać mnie na to, by nie pracować.
Jeden dzień nieobecności w pracy w każdym tygodniu sobie załatwię, bo
teraz już jestem szefem baru-sklepiku! Mam to precyzyjnie przemyślane i obliczone.
- Czyli widzę, że wszystko dokładnie pan rozpatrzył.
- Poświęciłem temu ostatnie dwa lata. Jest tylko jedna sprawa: bardzo
zależałoby mi na tym, aby zgodziła się pani na półroczne płatności. -
Spojrzał poważnie na gospodynię. - Mogłoby się zdarzyć, że bym i nazbierał na opłatę za cały rok z góry, ale lepiej zostawić na koncie
jakąś rezerwę. Biznes, wypadki losowe, no... różnie bywa.
- I jeszcze to. Mógł pan to zostawić dla siebie, a jednak powiedział na
głos.
- Jakoś mnie pani ośmieliła, a jak mówiłem wcześniej, zawsze wolę grać w otwarte karty.
- Przyjmuję taki warunek i jeśli spodobają się panu pokoje... bo rozumiem,
że chciałby pan mieć sypialnię i salonik, tak?
- O czymś takim marzę.
- Będzie pan miał jeszcze osobną łazienkę z toaletą.
- To już w ogóle cudownie.
- Zróbmy w takim razie krótką wycieczkę na piętro.
Po chwili odwiedzili pokoje. Pierwszym był salonik... Dwa małe fotele,
stolik, sofa i mniejszy zestaw innych drewnianych mebli niż na dole. Na
komodzie stał telewizor. Potem otworzyła gabinet z biurkiem, rozkładaną
kanapą i regałem z biblioteczką. I tu panowały, podobnie jak na dole i w saloniku obok, ciemne meble z drewna. Powiedziała, że nie będzie mu
wolno w czasie wynajmu niczego zmieniać ani przyjmować głośnych gości.
Meble sprzed lat emanowały ciepłem. Wiesław zauważył na półkach
fotografie, choć nie dopytywał, kogo przedstawiają. Pomyślał, że to
rodzina: ona, mąż i dziecko. W biblioteczce było mnóstwo książek.
Szczególnie spodobało mu się biurko, jakby czekało, by przy nim siąść i pracować. Po chwili zeszli na dół.
- I co pan sądzi o mieszkaniu? - spytała, gdy ponownie umościła się w fotelu.
- Nie mam słów. Jestem zachwycony.
- W takim razie myślę, że jutro lub pojutrze możemy podpisać umowę.
- A nie dzisiaj?!
- Przecież żadnych bagaży i tak pan ze sobą nie ma. W małym plecaczku
wszystkiego by pan nie zmieścił - dodała z uśmiechem.
- Ale czy wynajęcie mieszkania mogę uważać za pewne?! Nie muszę dalej
szukać?
- Daję słowo. Może jeszcze dzisiaj, a najpóźniej jutro, ściągnę swojego
prawnika, by przygotował umowę. A ile pan przewidział na wynajem?
- W swoich rachunkach ujmowałem, że nie powinienem przekroczyć kwoty
tysiąca dwustu euro na miesiąc.
- Tak dużo?! Nie muszę na tym wynajmie aż tak wiele zarobić. - Gospodyni
nieoczekiwanie puściła oko. - Chyba opuszczę panu. - Wiesław wypuścił z płuc powietrze i lekko się uśmiechnął. - Na zakończenie naszej rozmowy
przyznam się panu, że jestem emerytowaną profesor historii. Przez całe
życie pracowałam w Trinity College. - Uśmiechnęła się miło.
- Doprawdy? - Wiesław poczuł nagłe uderzenie adrenaliny. Wpatrywał się w nią z mieszaniną respektu i podziwu.
Dalszy ciąg tej rozmowy jednak się urwał. W tym momencie bowiem zasnął.
Kiedy około jedenastej się obudził, błyskawicznie uświadomił sobie, że
jest już na jawie. Ubrał się nieco staranniej niż zwykle i ruszył na
dół.
3.
Idąc po schodach, był pewien, że za chwilę usłyszy głosy Morwenny,
stewardesy Sandry i może jeszcze Aisling. Na dole panowała jednak niczym
niezmącona cisza. Zajrzał przez próg do salonu. Panował w nim absolutny
porządek, jakby od wczoraj nikt tam nie gościł. Po chwili pchnął lekko
uchylone drzwi do gabinetu pani profesor. Pewnie usłyszała ich cichy
szelest, bo spojrzała na niego uważnie.
- Sandra wyjechała ponad dwie godziny temu. Od około godziny leci do
Amsterdamu - wyjaśniła, nie czekając na pytanie. Zerknęła za to w stronę
okna. - Co to za dziewczyna. - Zdjęła okulary i rozpromieniła się.
- Ale jak to... do Amsterdamu?!
- Normalnie. Umówiła się tam na pilną rozmowę w KLM. A poza tym
ustaliłyśmy, że jeśli kiedyś będzie w Dublinie, zatrzyma się u mnie.
- Ustaliłyśmy...?! - Poderwał się gwałtownie.
Przytaknęła.
- Mnie powiedziała, że nie bywa na Wyspach, bo...
- Wiesz... - weszła mu w słowo Morwenna, jakby naprawdę go nie słyszała. -
Przez wszystkie lata od śmierci męża z nikim nie rozmawiało mi się tak
dobrze. W moim własnym domu.
Zawahała się na ułamek sekundy.
- Oczywiście, prócz ciebie, Nolanie... Wesleyu. Ale z nią mogę mówić o rzeczach, których z tobą nie poruszę. O niespełnionych marzeniach. O pragnieniach. Nawet o rwie kulszowej i innych takich drobiazgach...
Uśmiechnęła się lekko.
- Tobie za to przyznałam się, wprawdzie nie od razu, że mam tu szybkie
akademickie łącze. Dzięki niemu wciąż wykonuję zlecenia specjalne.
Zerknęła w stronę ozdobnych drzwi z mosiężną blachą u dołu, za którymi
ukryte były urządzenia łączące ją poprzez HEAnet z naukowym światem.
Potem spojrzała na niego - z rozbawieniem.
- Prawdziwa... Mata Hari - skwitował, kręcąc zabawnie głową.
- Rozmawiałam wczoraj przez Skype'a z Freyą... no, z tą moją przyjaciółką,
profesor McKenzie z Edynburga, o twoim parserze3... Wiesz,
przypatrzyłam się uważnie jej twarzy... ona chyba wygląda starzej ode
mnie. - Zachichotała. - A ten Graham... uzmysłowiła mi, że to ten kolega,
który podrywał mnie, kiedy Cathal musiał pojechać do Dublina.
- A pani nie pojechała z nim do domu?
- To było jeszcze przed ślubem, ale byliśmy już narzeczeństwem. Czasami
szłam z całym naszym towarzystwem do The Place na tańce. Czy Cathal był
w kampusie, czy nie. Wtedy wszystko było inne. Uwielbiałam wówczas
Bielszy odcień bieli, Gary'ego Brookera... zresztą wszystkie przeboje
Procol Harum.
- Pani lubiła taką muzykę?!
- No wiesz, chłopcze. - Spojrzała na niego z dezaprobatą. - Muzykę
poważną też, ale ich piosenki to były... małe suity. - Pomogła sobie
gestykulacją. - A te teksty...? - Przewróciła oczami. - A znasz ten utwór?
- Machnęła kciukiem za siebie.
- Raczej nie.
- To... niedobrze. Przy nim, w tańcu, prawie się stało.
- Że co?!
- Taka była moda. Tylko stopy przesuwały się minimalnie, więc taniec był
jakby stojący. I on... kiedyś się rozpędził... nie Brooker, tylko Graham... to
znaczy jego ręce. Odchyliłam się, pogroziłam mu... a potem znowu oparłam
głowę na jego ramieniu.
- Niesamowite... - Podniósł wysoko brwi. - A w kwestii parsera... to o czym
panie rozmawiałyście?
- A, bo wciąż mnie zagadujesz. - Przewróciła oczami. - Chciała tylko
przekazać, że wysłała pocztą drobne uwagi do interfejsu; wydyskutowała
je z Alisterem i Grahamem. Widzisz... już też wiem, co to jest interfejs.
Przesłałam ci na pocztę jej maila. Wyszczególniła rzeczywiście tylko
jakieś drobiazgi.
- Czasami te drobiazgi wcale nie są takie łatwe do zaprogramowania. -
Zawiesił się na moment. - Usiądę do nich po obiedzie.
Morwenna nieoczekiwanie wyszła zza biurka i stanęła tak, żeby mógł ją od
góry do dołu obejrzeć.
- Powiedz mi, czy coś widać?
Wpatrzył się w nią zdezorientowany.
- Ale na przykład co?
- No... ortezę.
- Jaką ortezę?
- Tę, którą mam na sobie.
Wstrząsnął nim śmiech.
- Jeśli ma ją pani pod spodem, to na pewno nie widać.
- Chodzi mi o to, czy się nie odznacza - wyjaśniła cierpliwie. -
Nałożyłam domową ortezę kolanową, tę lżejszą. - Poklepała się po
kolanie, gdzie pod materiałem spódnicy dopiero teraz dojrzał niewielkie
zgrubienie. - Do pracy przy biurku stosuję od kilku dni neoprenową
opaskę elastyczną. Trzyma ciepło i poprawia krążenie, więc przy
wstawaniu mniej "trzeszczę". - Uniosła zabawnie brew. - Więc jak?
Odznacza się czy nie?
Wiesław zgodnie z życzeniem profesor wpatrzył się w jej spódnicę.
- Niczego nie widzę. Ale... czy to może kogoś obchodzić? Czy spodziewa się
pani jakiejś wizyty?
- Tego nigdy się nie wie. - Wzruszyła ramionami.
Nie zrobił zdziwionej miny, zapanował nad sobą, bo już wiedział, że była
strasznie wrażliwa na punkcie swojej niezależności. Zmusił się do
uśmiechu.
- Przecież odkąd tu się wprowadziłem... zawsze używa pani laseczki.
- Będę z niej nadal korzystać, chodzi teraz o moją wygodę. W ubiegłym
tygodniu byłam z Aisling u ortopedy. Zaczął kombinować z operacją.
Punktowe znieczulenie, artroskopia i takie tam... - Zrobiła złą minę. -
"Minimum to dobre stabilizatory", zaordynował. Pojechałyśmy więc do
sklepu ze sprzętem medycznym. Mają tam specjalny dział dla takich
juniorów jak ja... z defektami. Kupiłam sobie dwie ortezy domowe... bo jak
szaleć, to szaleć. Tę, którą się chwalę, i drugą, na całe podudzie, gdy
planuję więcej się przemieszczać po domu. Na przykład wchodzić po
schodach. Mam jeszcze jedną wersję dłuższej ortezy, typu hard, na
spacery. Ta to ma już prawdziwy zegar.
Wiesław uniósł brwi, wyraźnie zaciekawiony.
- Zegar? Odmierza pani czas albo kroki podczas spaceru?
- Och, nie bądź niemądry, Wesleyu. To zegar ortopedyczny, w przegubie -
wyjaśniła z wyraźną satysfakcją, widząc jego minę. - Taki mały sterownik
mechaniczny. Ortopeda ustawia na nim zakres zgięcia i wyprostu, żeby
kolano nie "przeprostowało" się w tył. To taka wasza instrukcja
warunkowa if-then, tylko zrealizowana w metalu: jeśli noga osiągnie
kąt dwudziestu stopni, to mechanizm ją blokuje. Moje podudzie ma po
prostu sztywno zaprogramowane parametry brzegowe.
Wiesław uśmiechnął się od ucha do ucha.
- No proszę. Czyli nosi pani na nogach analogowy procesor ruchu.
- Dokładnie. I w przeciwieństwie do twojego Morfeusza***, mój zegar
nigdy się nie zawiesza z powodu błędu w składni. Po prostu klika i trzyma mnie w pionie.
- Że też pani wcześniej o tej sprawie nie pomyślała.
- Nieprawda... myślałam... ale tylko tyle. - Zadowolona, że on już wie i nie
zamierza jej z tego powodu żałować, wróciła za biurko.
Potem aż do obiadu rozmawiali o kronikach. Wiesław jak zwykle zjadł go w kuchni i poszedł pracować do swojego pokoju. Od czasu do czasu zerkał za
okno zwabiony głosami dzieci. Słońce operowało dzisiaj dość mocno, więc
sporo matek z pociechami wyszło na łąkę naprzeciw okien. Gonitwy,
badminton, gra w piłkę. Jego uwagę przykuła żywa jak srebro dziewczynka.
Gdy biegała, na końcach warkoczyków podskakiwały jej czerwone kokardki.
Może Morwenna też tak kiedyś wyglądała? Nie wiedzieć jak, ale wewnętrzny
procesor uruchomił dalszy ciąg "filmu", przy którym zasnął po
przyjeździe z lotniska.
Pochwaliła się kiedyś, że urodziła się w tysiąc dziewięćset
czterdziestym roku, podczas wojny. Kiedy ją poznał, miała siedemdziesiąt
jeden lat. Później się okazało, że pochodzi ze szkockiego klanu
Campbellów. Gdy miała dwadzieścia osiem lat, wyszła za mąż za
irlandzkiego naukowca Cathala O'Riordana, którego poznała kilka lat
wcześniej w Edynburgu w trakcie zdobywania doktoratu. Po dwóch latach
młodzi O'Riordanowie zamieszkali w Dublinie przy ulicy Woodthorpe. Nowy,
okazały dom stanął na miejscu starego wiejskiego domu rodziców Cathala.
Pieniądze na wybudowanie nowej posesji uzyskali od miasta za sprzedaż
swoich okolicznych rodzinnych gruntów. Łąka naprzeciw, która tak się
Wiesławowi spodobała, też należała do nich.
On teraz mieszka w pokoju, który przez cztery lata służył Cathalowi jako
gabinet. Pracował w nim naukowo, a jego Morwenna miała swój gabinet po
drugiej stronie piętra. W pokoju przylegającym do jej gabinetu spali
jako młodzi małżonkowie. Kiedy urodził im się Nolan, spał obok nich w małym łóżeczku. Zdjęcie z jego uśmiechniętą buzią stało w biblioteczce.
Morwenna nie zmieniała tutaj niczego od tamtych czasów. Kiedy Wiesław u niej zamieszkał pięć lat temu, oddała mu do użytkowania dawny pokój męża
i salonik z nim sąsiadujący. Początkowo nie mówiła, czyje były te
pokoje. Dowiedział się o tym z czasem. Dawkowała mu informacje, a pojawiały się one przeważnie w ważnych dla niego momentach.
Pierwszy raz otworzyła się szerzej na początku lutego 2012 roku, kiedy
pochwalił się indeksem z wpisem o zaliczeniu pierwszego semestru. Dla
uczczenia tego osiągnięcia zorganizowała nawet uroczystą kolację, którą
wyprawiła w salonie razem z Aisling. Za oknami było wtedy wyjątkowo
mroźno jak na Irlandię, w nocy temperatura spadała nawet do minus
siedmiu stopni i padał śnieg. Oczywiście to było nic w porównaniu z Big
Freezem z zimy sprzed dwóch lat, gdy mróz bywał sroższy o kolejne
dziesięć stopni.
- Pół roku temu miałam pomysł, że kiedy zamieszkasz w pokojach Cathala,
może choć one zaczną ponownie żyć - zagaiła. - Tego dnia, kiedy
zaprosiłam cię z ulicy na rozmowę, pierwszy raz od bardzo dawna
siedziałam w tamtym fotelu. - Obejrzała się na niszę przy oknie.
- Pamiętam, że wówczas pani nie była zdecydowana, gdzie mamy usiąść:
przy stole czy tam.
- Tak rzeczywiście było - przyznała. - Ale teraz bardzo lubię tam z tobą
siadać i rozmawiać.
- Czuję się nieco dziwnie zarówno z powodu pani słów, jak i z powodu tej
imprezy - wyznał szczerze.
- Rozmawiam prawie codziennie z Cathalem, więc dzisiaj powiem mu, że
zostawił w swoim gabinecie sporo naukowych fluidów. - Uniosła palec i spojrzała na sufit.
- Muszę się pani profesor przyznać, że nigdy i nigdzie dotąd nie
potrafiłem się skupić tak dobrze, jak właśnie tam.
- Powinieneś tylko więcej korzystać z saloniku. Płacisz wszak za oba
pokoje. Ileż cię trzeba do tego namawiać?
- A kiedy mam to robić? - Rozłożył ręce. - Bywam w nim przecież. Kilka
razy gościłem znajomych, a przyjaciel z pracy raz to nawet został na
noc. Wiele razy słuchałem tam również muzyki i oglądałem telewizję. O,
właśnie! Musi mi pani doliczyć do rachunku abonament telewizyjny i internet! Za kilkanaście dni przypada płatność za drugą połowę roku,
więc może wówczas?
- To jest zupełnie nieważne... to naprawdę marginalny koszt. Nie mówmy
zresztą dzisiaj o pieniądzach. Dla mnie jest istotne, że z piętra
dochodzą wreszcie jakiekolwiek dźwięki. Tylko dlaczego nie puszczasz
muzyki głośniej? Może bym cię lepiej wtedy poznała?
- Bo lepiej się skupiam, mając słuchawki na uszach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki