***
strasznie lubię stawiać kropki ........
***
Nareszcie jestem już narzeczoną! ......
***
...... ale dosyć tej zabawy! To coś okropnego, jak ja lubię kropki.
Muszę napisać list do
Kuryera i spytać się, co to znaczy? Oni muszą wiedzieć, bo
na wszystko odpowiadają. W przeszłym roku "Ma" się zapytywała o
cudowne miejsca: wymienili wszystkie na całym świecie; a potem "Pa"
zapytywał, czy my jesteśmy szlachtą i jakiego herbu? Zaraz
odpowiedzieli i wymienili z dziesięć herbów! "Pa" chodził potem do
specyalisty radzić się, jaki wybrać na bilety wizytowe!... Naprawdę mam narzeczonego i to już najzupełniej urzędownie, bo z
"Ma" i "Pa", z ciotkami i wujaszkami, z tortem, z piramidą i
błogosławieństwem, i brylantowym pierścionkiem na palcu...
A od cioci Hortensyi dostałam brylantowe kolczyki, zaraz się w nie
ubrałam i siadłam wprost lustra, a trochę z boku lampy, tak się
cudownie skrzyły, aż p. Henryk chciał mnie w ucho po...
To on właśnie jest moim narzeczonym.
"Pa" nie chciał się zgodzić, bo p. Henryk jeszcze nie skończył
uniwersytetu.
Także powód!
Kto może być już na piątym kursie medycyny, ten chyba i mężem być
potrafi!...
Feministką nie jestem i starą panną zostać nie myślę -
powiedziałam to "Pa" wyraźnie.
A on mówi, że mam jeszcze czas... pewnie, ale także mam już dosyć
tych tańcujących herbatek z uczniakami z szóstej klasy!
Chciałabym już bywać na prawdziwych balach i tańczyć z prawdziwymi
mężczyznami!
A nawet mi już wstyd, że rok, jak skończyłam pensyę i nawet ani
razu nie byłam narzeczoną, to coś okropnego!
A tyle moich koleżanek już wyszło za mąż! a jedna to nawet
umarła!...
"Pa" nie chciał się zgodzić na p. Henryka!
Dopiero, jak "Ma" dowiedziała się, że p. Henryk ma trzy bogate
ciotki, to "Pa" trochę zmiękł i powiada:
- Zobaczymy, psiakość nóżki baranie! Hipoteka to zwierciadło! A
ciotki bez hipoteki to - nie tędy droga szanowny panie Henryku!...
Spłakałam się strasznie i tak się modliłam, żeby te ciotki były z
hipoteką!... i zaraz nazajutrz "Pa" sprawdził, że wszystkie trzy
mają domy i prócz pana Henryka żadnych sukcesorów!...
"Ma" dała z radości na mszę, a ja suknię i zimowy kaftanik córce
stróża naszego, jeszcze zupełnie dobrą.
A wieczorem przy kolacyi "Pa" powiada:
- I student kochać się może, ale tylko porządnemu człowiekowi
wolno się żenić, a ten twój świszczypała jest niezłym materyałem na
porządnego człowieka...
I zaraz się zgodził!
Straszni materyaliści ci mężczyźni, jak mówi "Ma".
Ja tam o majątek nie dbam!
Nigdy mnie to nie obchodziło! Dobrze jeszcze pamiętam te mądre
zdania z wzorów do kaligrafii:
"Praca uszlachetnia i zbogaca, a pieniądz gubi", albo to:
"wytrwałością i pracą dobijesz się celu"...
To bardzo mądre... tylko trochę tego nie rozumiem, że praca
zbogaca... zdawało mi się, że to pieniądz zbogaca... mniejsza z
tem.
Nic mnie nie obchodzi, czy p. Henryk biedny, czy bogaty, bo ja go
i tak k....., a że chciałabym ładnie mieszkać, bywać i jeździć
własnym powozem, to chyba zupełnie naturalne, bo mam już dosyć
tramwajów i jednokonek!...
Ciocia także była przeciwną, tłumaczyła ciągle "Ma" i "Pa", że p.
Henryk, to żadna partya!
Doktór, mający trzy ciotki z hipotekami, jest złą partyą!!
Obrzydliwe są te wdowy z pretensyami!...
Oho! mnie oczów nie zamydli, dobrze widziałam, jak przewracała do
niego białkami... a tak się wciąż pudrowała i perfumowała, że aż
Stokrotki uciekały od niej... i... wiem na pewno, że... że staniki
i suknie ma strasznie watowane...
Dano to nigdy nikogo nie wpuszcza do swojego pokoju, ale raz..
naprawdę nienaumyślnie... zobaczyłam ją, jak się ubierała...
Jezus! wyglądała, jak pikowany materac!... to coś okropnego!...
A mizdrzyła się do niego, że aż się słabo robiło!
Myśmy się tylko śmiali z p. Henrykiem!
Nie, ja nie obgaduję nikogo, nie lubię plotek, a przytem to
siostra "Ma"..., ale naprawdę, to zgroza, żeby w tym wieku... i
jeszcze...
***
"Stokrotek" porwał mi pudełko z czekoladkami i uciekł pod
kanapę... zbiłam go jak psa, ale czekoladki już na nic.
***
Późno wieczorem. Aż tutaj słychać beczenie Zdzisia... ale
dobrze mu tak, żeby nie pan Henryk, to sama jeszczebym co
dołożyła... Taki niegodziwy chłopak, że to coś okropnego.
Pan Henryk wieczorem, bo to dzisiaj sobota, i po kolacyi, prosił
mnie, abym co zagrała; poszliśmy do saloniku i, jak zwykle,
przymknęłam drzwi od jadalnego, żeby muzyką nie przeszkadzać "Pa",
bo czytał
Kuryera... i... ledwieśmy zaczęli szukać nut... a tu z pod
kanapy ktoś krzyczy:
***
- "Hala, nie całuj się z panem Henrykiem, bo zaraz powiem
mamie"...
To coś okropnego, żeby nawet nut poszukać nie można bez kontroli!
Dostał porządną frycówkę od "Pa", ale popsuł nam wieczór, bo pan
Henryk był zmieszany, powiedział, że go głowa boli i poszedł z "Pa"
na piwo...
Nie, żeby się tak zdetonować zaraz... tego naprawdę nie rozumiem.
A ta słodziuchna ciotuchna powiada, jak tylko wyszli:
- "Można i tak - ale to rzadko kończy się ślubem".
To jędza dopiero, co?
A sama to miała trzech mężów i pięciu narzeczonych, to pewnie się
z nimi nie całowała nigdy? Aha, może Zdziś w to uwierzy, ale nie
ja.
Ja wiem, to wszystko mówi przez zazdrość i że nie chciałam iść za
jej protegowanego pana Guzikiewicza!...
Także partya!
Podobno jeszcze młody! wolę nie sprawdzać, ale za to łysy i jak
chodzi, to mu się nogi składają w jedenastkę i czasem tak zabawnie
wyskakują! A do tego ma fabrykę drutów! No, żeby chociaż szyn!
Potem toby mnie nazywali druciarką!
Nie chcę, niechaj sobie uszczęśliwia inną swojemi drutami i
nóżkami!
Ale co kwiatów i cukierków miałam od niego!
Naprawdę, ale róże to sprowadzał z Nizzy. "Pa" mówił, że każdy
transport kosztuje kilkanaście rubli!
A na Boże Narodzenie, to mi przysłał brylanty!... jak włoskie
orzechy takie ogromne, a jakie cudne! To coś okropnego - "Ma"
kazała mi je zaraz odesłać z powrotem...
Tak mi było żal... tak żal, że okropnie się zbeczałam, no bo "Ma"
nie pozwoliła mi się w nie ubrać nawet do teatru...
Przecieżby ich nie ubyło!
Przymierzyłam je tylko ukradkiem...
Szkoda że...
Ale ja i tak, chociaż mi nie daje brylantów, kocham pana Henryka!
Co prawda, to te jego bilety do teatru, kwiatki, nuty, książki, to
mi się już porządnie sprzykrzyły.
***
11-go marca. Oho! Zdziś znowu płacze! Co ten chłopak
wyprawia, to coś okropnego! Pan Henryk bywa u nas na obiadach, w czwartki, soboty i niedziele.
"Ma" mówi, że nie wypada zapraszać go częściej, bo i tak codziennie
bywa wieczorem na herbacie.
Dzisiaj po obiedzie wlazł panu Henrykowi na kolana i mówi:
- "Niech pan zawsze przychodzi na obiady, bo jak pan jest, to mama
daje leguminę".
Myślałam, że się spalę ze wstydu, "Ma" też się zmieszała okropnie,
tylko "Pa" się śmiał...
Ja nie wiem, co w tem śmiesznego, nie wiem...
***
Później. Miałyśmy z "Ma" iść do magazynów, bo chociaż ślub
ma być jesienią dopiero, ale już czas szykować wyprawę, a "Ma" mi
mówi: - Kupimy wyprawę w Wiedniu, nic nie mów o tem nikomu.
- Pojedziemy do Wiednia?
- Będziemy tam przejazdem.
- Przejazdem, dokąd?
- Do Włoch! Tylko ani słowa nikomu.
Ubrała się i wyszła.
Pojedziemy do Włoch! ja pojadę do Włoch, będę miała wyprawę z
Wiednia!
Nie, to wprost niemożebne, nie mogę temu uwierzyć. "Pa" stanowczo
się nie zgodzi, chociaż "Ma" zawsze umie go przekonać...
Ale do Włoch!...
Żeby tylko "Pa" nie chciał kosztów odbić na mojej wyprawie.
Oho, nie pozwolę się skrzywdzić!
Ktoś dzwoni i "Stokrotki" nie szczekają, to pewnie p. Henryk!
Jak to dobrze, że "Ma" jeszcze nie przyszła...
***
W nocy. Pan Henryk poszedł trochę wcześniej, bo ma dyżur w
szpitalu... Tak mówił. Wierzę mu, ale bo to wiadomo, co ci mężczyźni robią
poza domem?
Był już w tym nowym płaszczu z peleryną i z bobrowym kołnierzem.
Bardzo mu w nim ładnie, bardzo, a tak nie chciał go kupić.
Ale postawiłam na swojem. Powiedziałam mu ostro, że dopóki będzie
chodził w tym studenckim szynelu, nie pójdę z nim nigdzie...
Siedzieliśmy w saloniku sami i było nam strasznie dobrze...
ogromnie mocny, aż mnie boki bolą i usta tak pieką...
Grałam mu trochę i rozmawialiśmy, jak się urządzimy.
Tak mi jakoś dziwnie duszno i gorąco!...
On chce do salonu ciemne obicia i meble! Także gust! Ciekawam,
gdzie to widział? bo na całym świecie, we wszystkich salonach dają
się jasne meble i obicia - o i od tego nie odstąpię.
Później to muszę mu powiedzieć... że ta jego broda kłuje, teraz
cała twarz mnie pali.
Straszną ochotę miałam, aby mu powiedzieć, że jedziemy do Włoch.
Goś mi jest dziwnego... tak bym całowała i ściskała, że to coś
okropnego.
Nie. "Pa" nie zgodzi się na Włochy, bo trzeba będzie dom na wiosnę
odnowić, już komisarz nie daje o to spokoju.
Tak mi jest smutno, takbym czegoś płakała... a ten niegodziwy
Zdziś wyjadł mi wszystkie czekoladki.
Włochy i wyprawa z Wiednia, nie, popękają z zazdrości.
Pójdę do kuchni do Rozalii, bo już nie mogę sama wysiedzieć.
***
12 marca. Taki śnieg, że nic nie widać przez szyby.
A ja się tak nudzę strasznie, że już wytrzymać nie mogę. Pan
Henryk dzisiaj nie przyjdzie, napisał, że musi siedzieć przy chorej
ciotce.
Ciekawam, co ważniejsze, czy jakaś tam ciotka, czy też narzeczona?
Ale "Pa" powiedział, że skoro ciotka chora, to on nie powinien jej
zostawiać samej ani chwili.
Rozumiem, ale kiedy ja się tak sama nudzę.
***
Wieczorem. Rozalia opowiedziała mi o tych lokatorach z
pierwszego piętra, Bańkowskich! że wczoraj pani odprawiła bonę
Niemkę dla tego, że nosi szlafroczki i fryzuje się tak samo, jak
jej córka najstarsza. Co? także pretensya! stolarze zbogaceni! a ciągle wyprawiają
awantury to o piwnice, to o górę, to im się ciągle piece źle palą!
Jabym dwudziestu czterech godzin nie trzymała takich lokatorów.
Heblowa arystokracya, a ona to się ubiera u Hersego! Fasa
obrzydliwa, a już o wiorstę czuć ich wióra! I to tak się stawia, że
nam się już nie kłaniają, od czasu, jak się z "Ma" pokłócili o
"Stokrotki".
Że ją ugryzł w nogę, czy gdzieś tam, to wielka obraza!
Naprawdę, ale nie warto zajmować się jakiemiś tam lokatorami.
Dostałam list od Józi, to moja koleżanka, która wyszła za mąż na
prowincyę, winszuje mi zaręczyn.
Tak, prawda, ja jestem narzeczoną i mam narzeczonego.
Nie mogę czasem w to uwierzyć, a czasem to mi się zdaje, że to tak
już było zawsze, zawsze.
Muszę napisać, jak się to stało.
Ale ja się małżeństwa nie boję, ocho, przy ślubie nie będę
płakała.
To było jeszcze jesienią, w listopadzie.
Siedziałam w saloniku ze "Stokrotkami" i wyglądałam na ulicę i
strasznie się nudziłam, bo to okropnie nudne być panną na wydaniu.
A do "Ma" przyszła jakaś stara pani i rozmawiały w jadalnym - nie
podsłuchiwałam, nie, zajrzałam tylko cichutko, czy "Ma" nie
przyjmuje jej czekoladą.
Bo ja okropnie lubię czekoladę i usłyszałam, że ta pani mówi o
jakimś młodym mężczyźnie, i czy on może u nas bywać.
Uciekłam od drzwi, bo robiło mi się strasznie gorąco, a potem tak
się zbeczałam, że aż "Stokrotki" skomlały.
A wieczorem "Ma" przyszła do mojego pokoju i mówi.
- Hala, jesteś dorosłą panną!
- Ja wiem, że jestem dorosłą, a długiej sukienki to mi "Ma"
jeszcze nie daje.
- Jesteś dorosłą, dostaniesz długą sukienkę, no i pewnie pójdziesz
kiedyś za mąż.
Rzuciłam się "Ma" na szyję, bo ją bardzo, bardzo kocham i nigdybym
się z nią nie chciała rozstawać, ale i krótkie sukienki, to też
mnie trochę wstydzą.
A wyjście za mąż, to ważna chwila w życiu kobiety-chrześcijanki!
- Ja wiem i... i strasznie jestem ciekawa tej chwili.
- Ale z góry wiedz i pamiętaj, że nawet najlepszy mąż jest jeszcze
najgorszym!
"Pa", który przyszedł później, jak to usłyszał, trzaskał drzwiami
i wyniósł się do resursy.
I długo "Ma" mówiła o świętości małżeństwa, o cnocie, o
obowiązkach i t. p. dyrdymałki, które ja już dawno umiem na pamięć,
bo i ciocia to samo umie mówić, przy każdej sposobności!
Już od tych mądrości uszy mnie bolą!
Ale com się "Ma" naprosiła, żeby mi powiedziała, kto to chce się
starać o mnie; nie powiedziała.
- Dowiesz się w niedzielę.
Naprawdę, ale umierałam z ciekawości, nie mogłam jeść nawet
czekoladek i ciągle mi się chciało płakać.
A to był pan Henryk!
Myślałam, że to będzie ktoś zupełnie obcy!
O, bo ja pana Henryka znałam dawno, jeszcze z czasów
pensyonarskich.
Teraz, kiedy jest już moim narzeczonym, to przecież mogę się
przyznać!
Jeszcze na wiosnę przysłał mi cały pęk róż, ale "Ma" się
rozgniewała i kazała je odnieść do kościoła.
A poznałam go u Naci, bo to kolega jej brata. Prześlicznie tańczy,
tylko włosy nosił za długie i tak się źle ubierał... i strasznie
ciągle wymyślał na bogatą burżuazyę.
Nacia powiedziała mi w tajemnicy, że on jest soc... no, nie mogę
więcej napisać...
Bałam się go, bo dobrze pamiętam, co "Ma" i "Pa" mówili nieraz z
księdzem Tolem o tych strasznych ludziach.
Unikałam go, chociaż naprawdę bardzo mi się podobał, a on że
często bywał u brata Naci, to, to... musiałam go spotykać.
Ale od urzędowego poznania, to już u nas bywał w każdą niedzielę,
a czasem, jak "Pa" nie było, "Ma" zapraszała go, aby i w tygodniu
przyszedł na herbatę.
Potem, w karnawale "Ma" urządziła dwa tańcujące wieczory!
Jezus, takeśmy tańczyli mazura, że to coś okropnego, aż ta
Bańkowska, z pierwszego piętra, przysłała służącą, że spać nie
mogą.
Powiedziałam też służącej, że jeśli pani spać nie może, to niech
jedzie na spacer, to jej dobrze zrobi.
Ale "Pa" się rozgniewał na mnie i nie dał już więcej tańczyć!
Ja wiem, bał się o "najlepszego lokatora" - przecież "Pa" się
pierwszy kłania nawet tym z czwartego piętra z oficyny.
To też "Ma" za ten zakaz powiedziała mu taki
pater noster, że długo będzie pamiętał! I "Ma" miała racyę, miała sto racyi...
Bo żeby się tak nie szanować i jeszcze dla kogo? dla jakichś tam
zbogaconych stolarzy, to coś okropnego...
Nawet panu Henrykowi się to nie podobało, widziałam, jaki zły
wychodził...
I pewnie... nie dokończyć mazura ze mną!...
***
Chodziliśmy do teatru, na ślizgawki, na spacery do Saskiego ogrodu
i tak cały karnawał przeszedł.
Aż "Ma" pyta mi się kiedyś:
- Cóż, nie oświadczył ci się jeszcze?
Ciekawam, kiedy się miał oświadczyć? Przecież ani chwili nigdy nie
byliśmy sami. Jak nie ciocia to "Ma", jak nie "Ma" to ciocia, a w
dodatku ten Zdziś nieznośny, że dwóch słów nie można było
powiedzieć swobodnie, ani nic.
- Trzeba z tem skończyć, ja to urządzę, bo szkoda czasu... powiada
"Ma".
- I pieniędzy! - dopowiedziała ciocia.
Jakby te obiady, leguminy, ciastka wieczorem tak dużo kosztowały
- A ja przez to codzienne prawie siedzenie wasze w nocy wyspać się
nie mogę.
- To niech "Ma" nas nie pilnuje i idzie spać!
- Chciałby tego aniołek, ja wiem, nic jej nie obchodzą wydatki, bo
chciałaby się tylko po kątach całować ze studentami.
Ach ta ciocia, ta ciocia!
To pudło, ten materac!
Nie, już jak ja będę miała córkę, to bez żadnej ciotki, to niema
sensu.
Strasznie chciałabym mieć córeczkę... ale taką maciupcią... ot
tycią... z jasnymi włoskami i niebieskiemi oczkami... codziennie
inaczejbym ją ubierała... bo te chłopaczyska to mi się już
sprzykrzyły.
Nawet nie wiem, po co ich przynoszą... bociany! Ha! ha! ha!
Jakże to śmieszna ta bajka!
No i "Ma" urządziła wszystko.
Zaprosiła pana Henryka w moje imieniny na obiad, bo "Pa" już
przedtem upewnił się co do ciotek.
Nigdy tego dnia nie zapomnę, nigdy.
Prawie nie spałam całą noc, tylko myślałam, myślałam, jak to
będzie i strasznie mi się płakać chciało.
A rano bardzo stróż froterował podłogę w saloniku i w jadalnym, a
Rozalia ze stróżką i "Ma" robiły porządki.
Nie, nie mogłam się wziąć do niczego; napisałam tylko dwa
meldunki, bo rewirowy przyszedł i jeden kwit na komorne...
"Ma" kupiła mi na imieniny śliczny fular na suknię, a "Pa" dał mi
po cichu dwadzieścia pięć rubli, żebym sobie co kupiła.
Tak czekałam tego obiadu!
Musiałam z "Ma" iść na mszę do Karmelitów.
Ale nie mogłam się modlić, bo naprawdę, co zaczęłam czytać
modlitwy, to mi się ukazywała twarz pana Henryka, a przytem tak
zmarzłam!
W domu już zastałam listy od koleżanek i ogromny bukiet kwiatów,
ale bez biletu.
Ubrałam się zaraz w tę nową suknię, w której raz tylko byłam w
teatrze; ogromnie mi w niej dobrze.
Taka byłam czerwona, że musiałam się dobrze przypudrować.
A tak mi serce biło że to coś okropnego...
Przyszedł zaraz po dwunastej!
Jak tylko zadzwonił i "Ma" przez dziurkę od zatrzasku zobaczyła,
że to on, zabrała Zdzisia i poszła do kuchni.
Zostaliśmy tylko ze "Stokrotkami".
I zaraz zaczął mi winszować, a potem mówił tak gorąco... tak mnie
po rękach całował... że strasznie się bałam, żeby kto nie wszedł,
no, i nawet jeszcze nie zdążył uklęknąć, ani całować... a "Ma" już
weszła... a potem "Pa", a potem ciocia ze Zdzisiem.
Uciekłam i tak beczałam w swoim pokoju... że aż "Ma" przyszła po
mnie.
I stało się.
Przy obiedzie piliśmy wino szampańskie, upiłam się trochę, a potem
siedzieliśmy już sami w saloniku i... tak mnie cało... Dziwna, ale
te dawniejsze to... nie były takie jakieś straszne.
Wieczorem były jego wszystkie trzy ciotki!
Stare, poważne, ale takie wielkie damy!... Tak mi się wciąż
przyglądały, że ciągle byłam ponsowa, byłyby zostały na kolacyi,
ale "Stokrotki" pogryzły się z mopsem najstarszej ciotki, że ledwie
ich pan Henryk rozdzielił.
Ja wiem, to Zdziś je poszczuł na siebie.
***
W tej chwili była służąca od ciotki Ani, tej z mopsem, pytać się,
czy tutaj niema pana Henryka, bo nie był już u nich od wczoraj!...
Śmieszne te ciotki. I tak od zaręczyn codziennie przychodzi
służąca od którejś z ciotek z narzekaniem, że nie był już cały
dzień.
Mniejsza z tem.
Otóż, jak tylko wtedy ciotki wyszły, "Pa" zabrał pana Henryka do
swojego gabinetu.
Strasznie byłam zmęczona i poszłam do swojego pokoju, położyłam
się na otomance, a przez drzwi wszystko było słychać, co "Pa"
mówił, i - słyszałam.
Długo milczeli, musiała Rozalia przynosić im wino, bo słyszałam
brzęk kieliszków. Już usypiałam, kiedy "Pa" chrząknął i powiada:
- Chciałem z panem pomówić szczerze o różnych różnościach.
Pan Henryk coś mówił, ale tak cicho, że nie słyszałam ani słowa.
- Bo, psiakość, nóżki baranie, jak się jest młodym, to tam różne
rzeczy świtają w głowie, różne mrzonki: swoboda... nędza...
całość... jeszcze kieliszek, co? Wyborne, co? Mówię panu niema, jak
Litewski.
Było się młodym i rozumie się młodość, ale jak się człowiek żeni,
stwarza rodzinę, zostaje obywatelem, to uważa kochany pan,
psiakość, nóżki baranie, powinno być ze wszystkiem basta, na
czysto!
Skończy pan medycynę, weźmie się pan do praktyki, ożeni, a praca,
dobrobyt, porządek, sumienność, oto są nasze ideały, co mówię, oto
ideały wszystkich porządnych ludzi na świecie i lojalność... tak
lojalność, psiakość, nóżki baranie, głową muru nie przebijesz, a
żyć się musi.
Uważa kochany pan, a żyć się musi - jeszcze kieliszek, co? Uważa
pan, zielony tak z 70-go roku. Pyszności wino. Mam tu jeszcze
niezły zapasik, to dam wam połowę na wasze gospodarstwo.
Pan Henryk dziękował, słyszałam nawet, jak się całowali.
Ja bardzo kocham "Pa", ale nie lubię, jak mnie całuje, bo tak
zawsze bucha od niego piwo.
- Więc chciałem ci tak, panie Henryku, po ojcowsku, szczerze
powiedzieć. Pluń na mrzonki i głupstwa, zostaw to tym półgłówkom i
oberwańcom.
Rozsądek, kochany panie, rozsądek, to fundament społeczeństwa, na
tem świat stoi! i tego nam potrzeba, jak najwięcej.
Żona, dzieci, praktyka, to pole do pracy, szerokie pole do zacnej,
poczciwej, obywatelskiej pracy, to ci mówię ja, Jan Gwalbert.
- Rozalia! przynieś nową butelkę...
- Więc jesteś na czysto? - zapytał.
- Ależ najzupełniej, daję panu słowo honoru.
Znowu się całowali.
A ja kiedyś tak się bałam o niego, i nieraz taka byłam zła, że
zajmuje się jakiemiś głupstwami!
Rozalia przyniosła wino, a "Pa" zamknął drzwi na korytarz i cicho
mówił:
- Jeszcze jedna butelka i jedno pytanie.
Nie dosłyszałam wszystkiego, a tylko to:
...grzeszki, no, co to pan wie, a ja rozumiem...
Nie wiem, co odpowiedział pan Henryk, śmiali się tylko bardzo
głośno.
- Bo jak mnie widzisz, ja, Jan Gwalbert, ja mąż, ojciec i
obywatel, mogę ci pomódz, jeślibyś tego, psiakość, nóżki baranie...
potrzebował... Młode winko, panie kochany, musi wyszumieć... no,
co?
Ale pan Henryk energicznie się czegoś wypierał.
A potem "Pa" mówił ciszej.
- Było się młodym i wcale niczego... uważasz, panie kochany... nie
jedna, psiakość, nóżki baranie, nie dwie... ho, ho i ja byłem
Farysem, a jakże, a jakże, a szczególniej ostatnia Frania! Bruneta,
biust, jak materace na sprężynach, wspaniała, frontowa
dziewczyna... mówię ci, tak chudłem, że moja narzeczona bała się,
czy suchot nie mam, Ha! ha! psiakość, nóżki baranie, ale trzeba
było się rozstać i powiedzieć, że się żenię. Uważa pan kochany, to
rzuciła na mnie stołkiem, co?
Smok nie kobieta, widuję ją czasem na ulicy... ale...
Nie słyszałam już więcej, bo zaraz wyszli...
To dopiero ten "Pa", nigdybym nie przypuszczała... a wydaje się
taki, że ja za niego robię meldunki...
Aha! teraz rozumiem dopiero, dlaczego "Ma" odprawiła Joasię, a
"Pa" cały tydzień sypiał w swoim gabinecie.
Naprawdę, ale ci mężczyźni, to coś okropnego.
Już ja pana Henryka będę dobrze pilnowała, mnie nie oszuka, oho!
"Ma" mnie woła.
***
15-go marca. "Ma" i "Pa" się gniewają o podróż naszą do
Włoch. Trzy dni nic nie pisałam, bo w domu takie kwasy, nie mówią ze sobą
i Rozalia ściele "Pa" w gabinecie.
Ale nam za to nikt nie przeszkadza; chociaż taka korzyść.
Dzisiaj przyniósł pan Henryk próbki na całe ubranie wiosenne.
Wybrałam mu sama, bo to, co miał na sobie, strasznie mi się nie
podobało... Musiał się i ostrzydz, teraz wygląda bardzo ładnie, a
jeszcze w tym płaszczu, ani podobny do dawnego.
Bardzo szykowny teraz!
***
Muszę skończyć! Otóż, zaraz w niedzielę po oświadczynach były
urzędowe zaręczyny!
Prawdziwy bal!
Muzyka - skrzypce i fortepian. Na fortepianie grała jakaś daleka
nasza kuzynka, zjadła za to kolacyę i mama jej dała starą salopę.
Bo to takie biedactwo!
I tyle gości, tyle gości!
Był i ksiądz Tolo i radca Malinowski z córkami! Nie cierpię ich,
brzydkie, napuszone, stare i tak nosy do góry zadzierają.
Ja byłam ubrana w białą suknię, ale wysoko zapiętą, bo "Ma" nie
pozwoliła mi nawet małego dekolte zrobić! Pan Henryk przyszedł we
fraku, ale tak mu nie dobrze w tem, że musiał iść i przebrać się w
mundur.
A potem ciotki, wujaszkowie, znajomi, koleżanki moje; zaprosiłam
tylko Cesię i Nacię, bo te jeszcze jako tako się ubierają.
Tyle ludzi, że nie mogli się pomieścić w salonie.
I aż na cztery stoliki grali w karty!
Zdziś dostał nowy garniturek; stróża "Ma" ubrała w stary frak
"Pa", żeby drzwi otwierał, a lokaja wynajęła...
Naprawdę, miał taką minę, jakby gdzie u hrabiów służył.
A jaka kolacya!
Nawet ksiądz mówił do "Ma", że nigdy podobnej nie jadł, a on
przecież znać się musi na tem...
Była sarna, bażanty, ryby, lody, cukry, owoce i tak tego
wszystkiego było dużo, tak "Ma" poczciwa nic nie żałowała, że na
każdą osobę wypadło po całym ananasie - naprawdę, po całym
ananasie.
A przed kolacyą ksiądz Tolo nas pobłogosławił i rodzice też i
ciotki i tak się spłakałam, bo... potem ciotka Hortensya dała mi te
kolczyki brylantowe... pan radca Malinowski miał śliczną mowę, nic
nie słyszałam... patrzyłam w lustro, jak się skrzyły kolczyki...
Panowie tak pili!...
A potem tańce...
"Pa" tak się u..., że tylko chodził i śpiewał i chciał wszystkie
panny całować, aż go "Ma" zabrała... Spał u lokatorów na drugiem
piętrze. A Zdziś, jak się dorwał do tortu, to zjadł pół piramidy z
naszemi cyframi i tak się rozchorował, że aż pan Henryk musiał
chodzić do apteki po lekarstwo.
I bawiliśmy się do dziesiątej rano.
Strasznie byłam szczęśliwa, strasznie!
A rano pon Henryk jak już odchodził... odprowadziłam go do
przedpokoju... to... już nie zważał że "Ma" stoi w drzwiach, tylko
tak mnie ca...
Było ciemno, to może i nie widziała...
Naprawdę, ale zaręczyny, to znacznie przyjemniejsze, niż taki
zwyczajny bal.
***
16-go marca. Taki mróz na dworze, ale pan Henryk mówi, że
i tak ślizgawki nie będzie, że zaraz puści. Szkoda, mam taki
śliczny kostyum! Umyślnie na ślizgawkę "Ma" mi kupiła.
***
Wieczorem. Jakie śmieszne są te ciotki pana Henryka!... Siedzimy dzisiaj z nim przy obiedzie; dzwonią. Kto taki? Służąca
ciotki Sylwi... i weszła do jadalnego z ogromnem futrem, pewnie
jeszcze po dziadku i powiada, że pani przysyła i prosi, żeby się
Henryczek ubrał na ulicę, bo dzisiaj mróz, a Henryczek wyszedł
tylko w palcie.
Służące mówią mu Henryczek!
Muszę ja to wszystko zmienić.
***
Jutro musimy z panem Henrykiem złożyć wizyty tym ciotkom.
***
18-go marca wieczorem. Byliśmy dopiero dzisiaj, bo wczoraj
padał taki deszcz, że wyjrzeć nie można było... Ledwie żyję i tak mi jest niedobrze, tak niedobrze, że...
***
Byliśmy u tych sławnych ciotek!
Boże znowu mi tak... chyba ja nie umrę! a mam tyle sukien nowych,
narzeczonego, kolczyki brylantowe... toby było okropne...
Najpierw pojechaliśmy do ciotki Ani.
Zaraz, muszę sobie przypomnieć; ciotka Ania to ta z mopsami, na
Kruczej; ciotka Jania z papugą, na Hożej; i ciotka Sylwia z
wychowanicą, na Nowym Świecie.
Przyjeżdżamy do ciotki Ani, dom chyba dwa razy większy od naszego,
tylko na schodach czuć psami, że to coś okropnego.
Była w domu, podziękowaliśmy jej, naprawdę, nie wiem za co.
Siedziałam, jak na szpilkach. Poczęstowała nas czekoladą i
biszkoptami, a ten jej okropny mops cały czas warczał na mnie i
wyszczerzał zęby.
A na odchodnem ciotka powiada: Zażyjcie dzieci po pigułce
homeopatycznej - taki czas wilgotny! to zrobi dobrze. Zażyliśmy, co
było robić. Już wychodzimy, a służąca niesie coś dużego w papierze.
- To dla was, moje dzieci, sama haftowałam!
Podziękowaliśmy i wyszli, ja byłam rozczulona wprost, ale pan
Henryk się uśmiechał.
Pojechaliśmy na Kruczą, do ciotki Jani.
Dom drewniany, stary, ale ogromne place pod ogrodem.
To młodsza ciotka, ucałowała nas, ale nie wiele można było mówić,
bo z dziesięć papug i te tak się darły, że pan Henryk musiał się z
niemi witać. Poczęstowała nas czekoladą z biszkoptami!
Ogromnie miła staruszka, tylko znowu kazała nam zjeść po kawałku
cukru z jakiemiś kroplami od reumatyzmu i dała jakąś dużą paczkę.
- Weźcie dzieci, to ja, ciotka wasza, sama robiłam.
Już mi się robiło jakoś gorąco, ale pan Henryk powiada:
- Odwagi, panno Halo. jeszcze jedna, musimy odbyć tę
pańszczyznę...
Ciotka Sylwia! Otworzyła nam drzwi jakaś panienka, która od razu
rzuciła się na szyję panu Henrykowi!...
Tego to nie lubię... żeby...
Siedzieliśmy, a za chwilę znowu wnoszą czekoladę z biszkoptami!...
Jezus, aż mnie zamroczyło! Bo ja bardzo lubię czekoladę... ale raz
dwie filiżanki, drugi raz dwie, tego już za wiele...
Ale musiałam pić, ciotka tak prosiła.
A tak mnie oglądała, że ciągle byłam w ponsach...
- Kto ci robi suknie!
Powiedziałam.
- Fuszerka i brak gustu, będziesz od dzisiaj ubierała się u mojej
magazynierki!
Nie śmiałam się odezwać.
- Kto cię czesze?
- Ja sama, a czasem "Ma" mi pomaga.
- Źle, zupełnie źle. Zdejm-no kapelusz!
Zdjęłam i aż mi się płakać chciało...
A ona zawołała służącej, zawołała też wychowanicę i do spółki mnie
przeczesały, wyglądałam, że to coś okropnego, jak czupiradło!... a
do tego tak mi się zrobiło niedobrze... że prawie uciekłam, ale
ciotka Sylwia dała mi znowu cały pakiet czegoś...
- Weź na nowe gospodarstwo. Ubieraj się, gdzie ci mówię, czesz się
inaczej i niech cię Bóg ma w swojej opiece.
A potem, to pocałowała pana Henryka, i ta wychowanica całowała
pana Henryka, i służąca całowała pana Henryka, i już nie wiem
kto...
Ledwiem przyjechała do domu...
***
Trochę mi przeszło.
"Ma" powiada, że to te lekarstwa ich.
Dostałam trzy poduszki haftowane na kanwie, trzy patarafki pod
lampę, bezy czapeczki włóczkowe na szkło od lampy i trzy abażury.
Żebym mogła, tobym w tej chwili wyrzuciła na śmietnik...
Wprost obrzydliwe!
Ale już ja nigdy do nich nie pójdę.
To rodzinka, co?
Nawet w teatrze takich śmiesznych nie widziałam.
***
19-go marca. Od wczoraj piekło, "Ma" nie daje spokoju...
wciąż idzie szturm o Włochy... Boże, na czem się to skończy! Muszę iść spać, późno.
Do widzenia kwitnące pomarańcze!
A jeśli nie pozwoli?...
Ale... dałaby mu "Ma" nie pozwolić!...
***
Warszawa 20-go marca. Jedziemy do Włoch!
Naprawdę, jak kocham "Pa" i "Ma", jedziemy do Włoch.
Tak się tem cieszę, że wprost szaleję z radości...
Muszę iść powiedzieć o tem Naci i napisać panu Henrykowi, żeby
przyszedł.
Boże, jaka ja jestem szczęśliwa!
A jeszcze przed godziną myślałam, że umrę z rozpaczy... że się
otruję, naprawdę, tak myślałam... Esencya octowa jest w kredensie,
a w
Kuryerku często piszą o takich otruciach... Ciekawam, jakbym wyglądała po śmierci w trumnie?... Ubraliby mnie
w białą suknię, w welon, mnie bardzo dobrze w białym kolorze z
welonem... przymierzałam suknię ślubną Józi... i w kwiatach, całe
masy kwiatów... i pan Henryk w żałobie, zapłakany... "Ma" płacze,
"Pa" płacze - i Zdziś i ciotka Cesia i "Stokrotki"... i księża... i
znajomi... i śpiewy!...
Nie chcę, bo mi się już na płacz zbiera.
A jedziemy do Włoch.
"Pa" długo nie chciał, wykręcał się i tłómaczył, to brakiem
pieniędzy, to znowu, że nie można zostawiać na Boskiej Opatrzności
domu, Zdzisia, "Stokrotek" i cioci... ale, jak się "Ma" zamknęła z
nim w sypialnym...
Co to było! Co to było! Sądny dzień! Piekło, rozpacz... śmierć!
Straszną godzinę przeżyłam! To dziwne, że nie osiwiałam, bo podobno
w takich chwilach ludzie siwieją?
Siedziałam w jadalnym, a tak się wszystko we mnie trzęsło, jak
wtedy, gdy mi się miał oświadczyć pan Henryk...
Jaki on był wtedy śliczny! jak cudownie mówił: Henio Halę kocha,
kocha na śmierć, kocha na całą wieczność!
Tak to lubię, że musi mi to powtarzać codziennie...
Z pewnością, ale żadnej pannie nikt się jeszcze tak cudownie nie
oświadczał!
Siedziałam cichutko! "Stokrotki" wlazły mi na kolana, i tak
czekaliśmy we troje w strasznej niepewności, aż tu słyszę głos
"Ma":
- Chcesz mojej śmierci tyranie, skąpcze, niegodziwcze... Morderco
żony i dzieci!
Jezus! Marya! myślałam że mi serce wyskoczy! Dobrze, że przyszła
ciocia ze Zdzisiem, bo naprawdę byłabym sobie zrobiła co złego.
A potem tak płakałam! tak płakałam, że i ciocia miała łzy w oczach
i Zdziś beczał, i "Stokrotki" tak żałośnie skomlały, aż Rozalia
przyszła z kuchni i zawołała do sypialnego:
- Panienka umiera!
"Ma" przybiegła, a "Pa" popatrzył na mnie i uciekł, trzasnąwszy
drzwiami, przyszedł dopiero na kolacyę.
Przyszedł pan Henryk i siedzieliśmy w saloniku, było trochę
ciemno, to jest nie zupełnie, bo drzwi do jadalnego były
uchylone...
Boże, jaki on gwałtowny!... tak się bałam, żeby "Ma" nie weszła,
tak się bałam... Jeszcze mnie usta palą... a on tak mocno... tak
słodko... Ma śliczne wąsy i bardzo mu dobrze w takim płaszczu do
ziemi i strasznie go ko... co miałam mówić?...
Acha, siedzimy, a "Pa" z przedpokoju już woła:
- Psiakość, nóżki baranie! Człowiekiem jestem, obywatelem jestem,
ojcem jestem, jedziemy do Włoch! Ja, Jan Gwalbert Adamski, z żoną i
córką Halą, jedziemy do Włoch!
- I ze "Stokrotkami" - prosiłam "Pa" - bo coby one bez nas robiły.
- Dobrze, córko, i ze "Stokrotkami", psiakość, nóżki baranie.
Chłopiec od kupca przyniósł za "Pa" wino i bakalie. Wypiliśmy na
szczęśliwą podróż, zjedli kolacyę i "Pa" zabrał pana Henryka i
poszli na piwo.
Myśmy się z "Ma" i z ciocią spłakały z radości, aż "Stokrotki"
szczekały, bo i one jadą z nami... Prawie cały dom.
***
Poleciałam do Naci, jeszcze siedzieli przy herbacie.
Nie rozebrałam się z żakietu, tylko im wołam z progu: Nic nie
wiecie?
- Co takiego? - Zerwali się wszyscy.
- Nic nie widzicie we mnie? Niczego się nie domyślacie?
Milczeli.
- Jadę do Włoch!
Zawołałam głośno i chciałam uciec, ale brat Naci dopędził mnie
przy drzwiach i sprowadził do jadalnego.
Krótko tam siedziałam, może parę minut. Już nigdy nie pójdę do
nich.
Szkaradni ludzie, wystygli, zimni. Ja im raz jeszcze mówię, że do
Włoch jadę, a oni się nie dziwią!
A matka Naci powiedziała, że to nic nadzwyczajnego, że każdy może
tam jechać, byle miał pieniądze.
Jaszczurka! Rozumiem, zazdrości nam! Także figura!
Urzędniczyny! Boże, zmiłuj się. Mieszkają w trzech pokojach, Bóg
tam wie, jak za nie płacą i mówią, że jazda do Włoch, to nic
nadzwyczajnego!
Rzym, Wezuwiusz. Papież, Florencya, morze, góry, Wenecya, to nic
nadzwyczajnego!
Barbarzyńcy!
***
Później w nocy. Nie, nie mogę zasnąć... twardo... dam ja
jutro Rozalii, że mi tak posłała! Tak mi czegoś smutno! tak
smutno... Zjadłam resztę czekoladek, które przyniósł pan Henryk i
zakręciłam papiloty, bo zapomniałam ze wzruszenia... Tak marzę o
Włoszech, o tej boskiej Italii, o kwitnących pomarańczach... o...
zaraz, trzeba się dobrze namyśleć, co wziąć na drogę... i jak
najmniej, bo "Pa" już zapowiadał: - Żadnych fatalaszków, brać rzeczy najpotrzebniejsze.
"Pa" suknie nazywa fatałaszkami! Ach ci mężczyźni, niby tacy
mądrzy, a najprostszych rzeczy nie mogą zrozumieć.
Niedobrze mi jakoś... to ze wzruszenia... Na siebie wezmę ten
szary angielski kostyum... trzeba zabrać: wizytową, tę jedwabną,
potem trzeba wziąć strojniejszą, fularową, może się zdarzyć jaka
herbatka tańcująca; potem kostyum wiosenny... prawda, przecie tam
już wiosna i kwitną pomarańcze... Podobno Włosi są bardzo
przystojni i bardzo zuchwali... ciekawam! Trzeba wziąć i białą nad
morze, pan Henryk mówił, że mi w niej ślicznie...
Tak mi się oczy kleją...
***
Później. Już usypiałam, ale "Pa" przyszedł z piwa taki wesoły, że pocałował
mnie, wywrócił fotel i chciał wejść w lustrzaną bieliźniarkę, a
"Ma" tak się rozgniewała, tak krzyczała, aż "Stokrotki" uciekły do
kuchni i zaczęły strasznie szczekać. A ta niegodziwa, bez serca
Rozalia, oblała je zimną wodą! "Ma" ją wybiła, bo pieski mogły
dostać zapalenia płuc, a "Pa" obiecał jej dodatkową frycówkę na
jutro, jak się wyśpi. Za karę musiała iść aż na Nowy Świat do
apteki, po wodę sodową dla "Pa" i po lniane siemię na okłady dla
"Stokrotek"! Dobrze jej tak, bardzo dobrze!
No, ja mu powiem przed ślubem, ja nie chcę, żeby pan Henryk
chodził na piwo i powracał tak późno... nad ranem... ja się tak
boję spać sama...
Do widzenia, boska Italio, do widzenia!
***
Za cztery dni jedziemy!
Ach, co mamy bieganiny, co pracy z przygotowaniami!
W domu pranie jeneralne... w saloniku dwie szwaczki szyją i
reperują, pomaga im ciocia, bo "Ma" nie ma czasu, odprawia
rekolekcye na intencyę szczęśliwej podróży.
Zdziś wybił szybę u lokatora z pierwszego piętra i powiesił na
schodach kota tych tam handlarzy z oficyny!
"Pa" chciał go wybić, ale ciocia obroniła, i tak mu za to
tyranizowanie dziecka nagadała, że zaraz wyszedł.
Ciocia ma racyę, żeby bić chłopca za stłuczenie głupiej szyby i za
powieszenie kota, to trzeba być tyranem.
Oho! już ja się nie dam tyranizować panu Henrykowi! Jeszcze czego!
Wczoraj kupiłam dwie bluzki i kapelusz letni... nic już więcej, bo
w Wiedniu podobno wszystko tańsze i ładniejsze. O, ja jestem bardzo
oszczędną.
Pan Henryk chciał, żebyśmy dzisiaj poszli na odczyt prywatny...
ale to takie nudne... bo już wiem z góry, że będą mówili o tych
biedakach robotnikach...
- Trzeba coś dla nich robić - mówi zawsze pan Henryk.
A my przecież bardzo dużo robimy dla nich: "Pa" kupił tabliczkę
Towarzystwa przeciwżebraczego, jest przybita na drzwiach, a ja z
"Ma" i z ciocią kwestowałyśmy na Wielkanoc u Bernardynów, to mi
moją, nowiusieńką, śliczną suknię tak pokapali woskiem, że już na
nic.
Cały wieczór studyowałam z panem Henrykiem Włochy.
O, ja znam dobrze Italię... Czytałam kiedyś, jeszcze na pensyi,
powieść Ouidy, działo się we Florencyi i Rzymie...
Jakiś młodszy syn lorda kochał się w nauczycielce sióstr!
Boże, jaka to bolesna historya! Ona była chora na suchoty, a jemu
nie pozwalał żenić się ojciec! Okropnie się spłakałam!
Wszyscy ojcowie są tyrani. Wszyscy.
A gdyby "Pa" nie pozwolił mi iść za pana Henryka?...
Jezus, jakbym była nieszczęśliwa... Ale nie, bo dałaby mu to
niepozwolenie "Ma"! Oho, nic się nie boję.
Zaraz, Włochy to półwysep, oblewany przez dwa morza: Adryatyckie
i... i... jakieś tam - mniejsza o jakieś głupie morze. Stolica Rzym
ma mieszkańców, co mnie to obchodzi, a Neapol jest położony nad
zatoką tegoż nazwiska, najpiękniejszą w świecie. W Neapolu jest
Wezuwiusz i śpiewają:
"O mia Napoli, o santa cita". Aha, muszę sobie kupić sznur korali, bo to teraz modne, no i tam
są bardzo tanie.
"Ma" powiada, że musimy być dłużej w Rzymie i widzieć Papieża!...
Naturalnie, jak to być w Rzymie i nie widzieć Papieża!...
Pan Henryk twierdzi, że to będzie bardzo trudno, bo on zna takich,
którzy byli w Rzymie i nie widzieli Papieża, ale "Pa" powiedział
stanowczo, że to się da zrobić.
- Psiakość, baranie nóżki, łapówkę wsunie się komu należy,
trach... i wszystkie drzwi otwarte, jak wrota...
Cóż to, pierwszy raz będę miał z urzędami do czynienia, czy co?
Zęby się na tem zjadło i grzeczną eksperyencyę się ma, a przytem,
wszędzie na całym świecie szanuje się porządnych ludzi, zwłaszcza,
jeśli są posiadaczami z czystą hipoteką, bez grosza długów.
"Pa" ma racyę... "Pa" ma sto dwadzieścia razy racyę, wołałam, bo
pan Henryk uśmiechał się tak dziwnie.
Nie cierpię go za te miny i zaraz po ślubie stanowczo mu tego
zabronię, stanowczo, a jeśli nie zechce posłuchać, to pójdziemy do
rozwodu, będę nieszczęśliwą i umrę...
On zawsze musi się sprzeczać z "Ma" i "Pa".
I o co? o głupiego stróża, że mieszka w mokrej piwnicy!
Mój Boże, a iluż to biedaków byłoby szczęśliwych, żeby mogło mieć
chociaż takie mieszkanie!
"Pa" kiedyś powiedział o nim: Filantrop, altruista z cudzej
kieszeni.
Ale ja jestem pewna, że jego nic nie obchodzą ci stróże, a tylko
umyślnie tak mówi, żebym się pogniewała i żeby mnie mógł
przepraszać... a ja strasznie lubię, jak mnie tak gorąco, tak
mocno... przeprasza...
Tylko żeby już raz skończył tę medycynę i wziął się do praktyki...
no i żeby się już nie kryć ze wszystkiem... bo ja zaraz mam takie
głupie rumieńce... że... że... "Ma" poznaje i krzyczy:
- Hala! ja ci dam całować się ze studentami!
No to czemu u nas nie bywa jaki hrabia, albo literat, przecież
jabym wolała... nie, nie, napisałam niegodziwość, ale przy
przepisywaniu na czysto wykreślę z pewnością, bo ja kocham pana
Henryka ogromnie, strasznie, nadzwyczajnie go kocham...
Mój dzióbek słodki, mój piesek kochany,
ma petite cochon droga... Ktoś dzwoni!
On ogromnie lubi, jak mu tak mówię, tylko chce, żeby go po każdem
słowie c.... ja to strasznie lubię, ale boję się, bo "Ma" mówi, że
całowanie przed ślubem, to miłość na kredyt i rzecz bardzo
grzeszna... "Ma" to wie bardzo dobrze, bo, jak się ciocia wygadała,
"Ma" miała dwóch narzeczonych... i nie umarli, tylko, tylko się nie
ożenili z "Ma". A Obrzydliwi ci mężczyźni!
Ktoś dzwoni!
Dlaczego Rozalia nie otwiera?
Aha, musi być w bramie z tym lokajem z pierwszego piętra...
Widziałam raz, jak się całowali na schodach...
Te służące, to istoty bez czci i bez wstydu - żeby się całować po
schodach! i do tego z lokajami!
To wprost obrzydliwe!...
***
Była u mnie Cesia, moja najserdeczniejsza przyjaciółka i
najdawniejsza, bo jeszcze na pensyi przysięgłyśmy sobie przyjaźń i
podpisałyśmy to krwią z serdecznego palca.
Naprawdę, jak kocham "Ma" i "Pa" prawdziwą krwią.
Nagadałyśmy się, nagadały.
Ach, ona jest bardzo nieszczęśliwa w miłości, bardzo! kocha się w
Przybyszewskim! Ja to rozumiem, bo sama kochałam się bardzo
nieszczęśliwie... cały miesiąc w jakimś cudnym chłopcu...;
fotografia jego była wystawiona na Krakowskiem Przedmieściu! To
codziennie umyślnie przechodziłam, żeby się na niego popatrzeć! A
tak się bałam, żeby kto nie zauważył!
Pan Henryk mówi, że Cesia jest ładna i bardzo inteligentna.
Tak, twarz ma niczego, ujdzie, ale nieprawda, że inteligentna,
jeszcze na pensyi, to z francuskiego miewała same dwójki, a czasem
i "konia". Co prawda, to i twarz ma za chudą, bez cery, nos za
długi, a oczy, jak pudełka szuwaksu.
Tym mężczyznom, to nawet pokojówki mogą się podobać!
Gdzie jej do mnie! A przytem biedactwo już drugi rok chodzi w tym
samym żakiecie!
Ogromnie mnie namawiała, żebym koniecznie, jak będę w Krakowie,
poznała Przybyszewskiego... Kuzynek Jaś przywiózł mi jego książki!
Śliczne, ale takie jakieś, takie... oho, znowu te głupie rumieńce.
Skaranie boskie z temi rumieńcami, już i cytryny jem i pudruję
się, nic nie pomaga, zawsze mnie zdradzają.
Dała mi paczkę do niego i przyznała się, że sama także pisuje!
Ceśka pisuje do druku! Ha! ha! to paradne, miała dwójki z języków
i pisuje do druku!
Przecież nawet "Pa", jak daje ogłoszenia do
Kuryerka o lokalach do wynajęcia, to musi mu pomagać pan
Henryk. A ona pisuje sama i do druku!
Muszę o tem powiedzieć Naci, uśmiejemy się wybornie.
Ale Przybyszewskiego muszę poznać koniecznie, bo, bo ja strasznie
lubię dekadentów.
Pan Henryk śmieje się ze mnie, ale cóż bo pan Henryk?... zaledwie
student! i każe mi tylko czytywać naszych wielkich poetów -
kiedy... kiedy ten Mickiewicz taki nudny, że już wolę się gonić po
jadalnym ze "Stokrotkami".
Czytałam przecież "Pana Tadeusza", ta Zosia to głupia gęś, źle
wychowana i nieprzyzwoita panna, żeby w papilotach i boso przełazić
przez płoty! Może to dobre tam, gdzieś na prowincyi, ale nie u nas
w Warszawie. Gęsiarka!
A i wiersze Słowackiego! Czytałam kiedyś głośno po kolacyi, to
"Pa" powiedział:
- Klituś, Bajduś, módl się za nami, a komorne już ja sam odbiorę.
I poszedł z panem Henrykiem na piwo.
Kuzynek Jaś przywiózł mi Altenberga, przeczytałam całego.
Boże, jakie to śliczne, a szczególniej ten ustęp, któryśmy z Nacią
wyhaftowały na kanwie:
"Paliła "Princessy" i patrzała na ratuszową wieżę, a on palił
"Sułtany" i patrzył na ratuszową wieżę, a oczy się ich spotkały na
wieży ratuszowej".
To nowy dreszcz, jak powiedział kuzynek Jaś.
Dlaczego pan Henryk nie napisze jakiej książki?... przecież
skończył gimnazyum, jest na piątym kursie i taki uczony...
chciałabym, żeby mój mąż był sławnym... bywalibyśmy wtedy wszędzie,
a może i u arystokracyi!
Powiedziałam o tem przy kolacyi.
"Pa" wyśmiał się ze mnie i powiedział, że porządny doktor zarabia
więcej niż dziesięciu głupich literatów, którzy przeważnie chodzą
bez butów i nie płacą komornego!
Pewnie, że "Pa" ma racyę, ale ja strasznie lubię dekadentów.
Idę już spać, bo "Ma" się gniewa, że tak dużo nafty wypalam.
Dobranoc Włochy, do widzenia.
..."a oczy się ich spotkały na wieży ratuszowej "...
***
24-go marca. Sobota. Jedziemy we wtorek. Boże, czy ja się
doczekam. Tak się boję, żebym nie umarła, albo nie zachorowała przed
wyjazdem! P. Henryk przysłał mi kwiaty i lożę na operę. Śpiewa
Battistini! Strasznie jestem ciekawa go zobaczyć, bo wszystkie
panny się w nim kochają...
***
Wieczorem, po teatrze. Jakie toalety, jakie brylanty,
jakie kwiaty! Jestem jeszcze nieprzytomna z wrażenia! Boże,
jakżebym chciała mieć suknię balową, głęboko dekoltowaną i sznury
brylantów we włosach! Przecież mam już ośmnaście lat, jestem dorosła, a "Ma" obiecuje mi
dopiero na przyszły karnawał sprawić suknię dekolte, a ja mam
przecież śliczny biust. Zdjęłam szlafroczek i przejrzałam się
teraz, naprawdę, ale mam ładne ramiona... a jeszcze, jakbym do
balowej sukni wzięła wysoki gorset, to... to... nie wyglądałabym w
piersiach tak szczupło.
Jaki on śliczny, a jak śpiewa! aż mrówki czułam w plecach i tak mi
się zrobiło gorąco i niedobrze, że myślałam, iż zemdleję... aż mi
"Ma" rozpuściła trochę gorset. Nie, on nie jest za ciasny, tylko
Rozalia za mocno ściągnęła. Teatr był pełny, panowie we frakach i
taki entuzyazm, że aż panie płakały, a jedna, w loży naprzeciwko,
dostała spazmów i wszystkie tak krzyczały, tak rzucały kwiaty, tak
bisowały, że... aż nie wiem, czy to wypada... tak przy
wszystkich...
Pan Henryk powiedział, że to damy z finansów i arystokracyi.
W wielkim świecie widać to wypada, ale jabym się trochę
wstydziła...
Wyszliśmy przed skończeniem, bo "Ma" dostała migreny i niepokoiła
się, żeby czasem Rozalia na złość nie dała "Stokrotkom" gulaszu z
obiadu, mogłoby im to zaszkodzić.
Ach te służące, nigdy nie można na nich polegać!
Zdziś już spał, i ciocia, i "Stokrotki", ale Rozalii nie było.
Pan Henryk musiał zawołać stróżki, żeby nam zrobiła herbaty i
odgrzała co z obiadu.
Wszyscy byli bez humoru, "Ma" zabrała "Stokrotki" i poszła spać, a
"Pa" pił piwo z panem Henrykiem i wkońcu powiedział:
- Psiakość, nóżki baranie, to blaga ta muzyka dzisiejsza! Cóż mi
to za opera, z której nic wygwizdać nie można. Moniuszko, ten ma
kawałki ładne, Verdi to jest muzyka, można ją nawet wygrać nożem na
pustej butelce... ale Wagner i jak się tam wabią... to zawracanie
głowy porządnym ludziom i nic więcej...
Tak, "Pa" jest muzykalny, bo ile razy ja gram nowego walca, albo
na podwórzu zagra katarynka, to on wszystko zaraz wygwiżdże...
***
Niedziela. "Pa" przy śniadaniu się irytował, że za wiele
bierzemy walizek. A wszystkiego jest cztery, mały koszyk i kufer! Same
najniezbędniejsze rzeczy. Prócz tego "Ma" zapakowała dwa funty
herbaty, szynkę i parę funtów cukru, bo tam podobno wszystko bardzo
drogo.
"Pa" zabiera dwa tysiące papierosów.
Idziemy zaraz na sumę, czekamy tylko na pana Henryka.
***
Wieczorem. Już wieczór! Boże, jak ten czas prędko leci!
Nie, właściwie tak wolno się wlecze, że już nie wiem, czy się
doczekam tego wtorku! Żeby to prędzej, bo suchot dostanę i umrę,
albo co. Poszliśmy sami do kościoła, bo pan Heryk nie przyszedł, tłómaczył
się później, że musiał za kolegę dyżurować w szpitalu, że było tylu
chorych nowych... ale "Ma" mu powiedziała:
- Obowiązki względem Boga są ważniejsze; ten jest tylko
człowiekiem, kto je wypełnia sumiennie i nie zna wyższych ponad
nie!
O, "Ma" umie mówić. Mnie się żal zrobiło pana Henryka.
Co prawda, chorzy mogli poczekać, przecież i tak od razu nie
wyzdrowieją! a ja musiałam iść tylko z "Ma" i "Pa" do kościoła.
Nie lubię w niedzielę chodzić do kościoła, bo taki tłok, taki
zaduch i tyle pospólstwa, że wytrzymać nie można. A tak się to
wszystko tłoczy i rozpycha, jak u siebie w domu, całą falbanę
oberwali mi dzisiaj!
Naprawdę nie powinni tak wszystkich wpuszczać do kościoła.
Dopiero po kazaniu przyniósł nam kościelny krzesła.
Takie długie to nabożeństwo. Ja się modliłam, ale cóż ja zrobię,
kiedy już na
ofertorium tak mi ciężyły powieki, że musiałam je podnosić
palcami, a i to nie pomogło. Pan Henryk czekał już na nas przed kościołem i poszliśmy razem
przejść się po Krakowskiem Przedmieściu.
Pogoda była okropna, kapało z dachów i takie błoto!
Ale tak przyjemnie patrzeć na ludzi, na dorożki, na tramwaje...
szkoda tylko, że w niedzielę pozamykane są wystawy sklepowe.
Spotkaliśmy Ceśkę z matką, ukłoniłam się im, ale... ale była tak
ubraną, że doprawdy trochę mi było wstyd... nie miała nawet kaloszy
i szedł z niemi ich lokator.
Okropny, nieuczesany i w takiem oberwanem palcie! Jak ona się nie
wstydzi chodzić z nim po ulicach.
A potem szły panny Malinowskie z ojcem. Wcale nie ładne i tak
pretensyonalnie ubrane... ale "Pa" powiedział, że każda z nich,
sztuka w sztukę, warta po sto tysięcy i jedną ciotkę bogatą.
Wcale mi to nie imponuje. Tylko to jest niesprawiedliwe, żeby
takie brzydkie były tak bogate.
Jakichś dwóch panów przechodziło koło nas i jeden powiedział
cicho: patrz, jaka śliczna dziewczyna! Czułam, że się rumienię. Ale
naprawdę to było do mnie, bo tak mi zajrzał w oczy.
"Ma" powiedziała, że wkrótce porządni ludzie nie będą mieli gdzie
spacerować, bo już wszystkie szwaczki i wszystkie sklepiczarki
spacerują po Krakowskiem. "Ma" mówi prawdę, bo spotkaliśmy naszych
lokatorów z drugiego, którzy mają sklep z papierem! Jakie
kapelusze, jakie okrywki, jakie miny, naprawdę, ale lepiej się
ubierają, niż my, a o komorne to "Pa" nie może się doprosić i już
im raz robił zajęcie.
Byliśmy także na wystawie sztuk pięknych bo deszcz zaczął padać...
i ani jednej dorożki nie było... Chodzimy tam często, bo "Pa" jest
członkiem. Ogromnie dużo ludzi było! Boże! jaki ja tam widziałam
kapelusz! filcowe czarne rondo, główka ubrana czarną jedwabną
krepą, otoczona ogromnemi piórami strusiemi czarnemi i nad czołem
spięcie z brylantów! Cudny po prostu! Żebym ja to mogła mieć taki!
a brylanty prawdziwe, widziałam, umyślnie zaszłam z boku pod
światło, błyszczały, jak gwiazdy!
Ale na wystawie niema nic szczególnego, same wody, lasy, zachody
słońca, młyny, lepsze widziałam na letniem mieszkaniu.
"Pa" powiedział, że na drugi rok już nie kupi biletu, bo szkoda
pieniędzy i mamy już dosyć tych landszaftów, jakie Towarzystwo daje
członkom, chyba, że będą dawali w porządnych ramach!
Pan Henryk zaprowadził nas do osobnej sali na "Szał"
Podkowińskiego. Ciągle o tem piszą w
Kuryerach i cała Warszawa chodzi oglądać. Tak się zmieszałam, tak mi było wstyd, że udawałam, iż patrzę na
inny obraz, bo ona na tym obrazie jest zupełnie... no zupełnie bez
ubrania... ale śliczna, tylko, że włosy to ma z pewnością
farbowane.
Wyszliśmy zaraz, bo "Ma" się oburzyła na pana Henryka, że na takie
bezecne rzeczy nas zaprowadził.
"Pa" się też rozgniewał i powiedział takie
pater noster panu Henrykowi, że aż mi żal go było... że...
Powiada "Pa": "Psiakość, nóżki baranie, gdzie tu jest sztuka? - Goła pannica na
koniu - to ma być sztuka? - sztuka dla porządnych ludzi, dla rodzin
polskich! nasza, polska sztuka? - Albo ja, Jan Gwalbert, ja mąż, ja
ojciec, ja obywatel się nie rozumiem na sztuce, albo świat idzie na
psy, albo na socyalisty. I ma tu być polska sztuka! malują gołe
panny, jakieś nastroje, jakichś oberwańców, chłopów, żydów i inne
tałałajstwo i ma tu kraj się podnieść! Mają nas za to szanować!
Nie, musimy zginąć! I do tego każą nam płacić za oglądanie takich
paskudztw, każą chodzić, każą popierać polską sztukę, bo inaczej,
to gazety wymyślają nam zaraz od Bóg wie jakich. Cóż to, psia kość,
nóżki baranie, to ja płacę pięć rubli rocznie gotowemi pieniędzmi i
nie mogę zaprowadzić córki, ani żony na wystawę, żeby się nie
zgorszyły! Pokazują nam za nasze własne, ciężko zapracowane
pieniądze gołe lafiryndy, porozbieranych parobasów i jakieś tam
głupie ni w pięć ni w dziewięć figlasy! To są kpiny z porządnych
ludzi! Trzebaby o tem napisać do
Kuryera. Co oni sobie myślą... ci... ci... pacykarze...
Jak sufitu, to niema kto porządnie namalować, bo wszyscy są panowie
artyści-malarze! Tfu! psiakość, nóżki baranie"... Dawno nie widziałam, żeby się "Pa" tak mocno rozgniewał.
Poszedł do swojego pokoju i mówił, że zaraz musi o tem napisać do
Kuryera, żeby mu nie przeszkadzać... Rozalia zaniosła mu kawę i powiedziała, że "Pa" się położył i
prosił, żeby Zdziś nie hałasował, bo odpocznie i zaraz się weźmie
do pisania.
Myśmy z panem Henrykiem poszli do saloniku, żeby nie przeszkadzać
i zaledwie zaczął mnie przepraszać... weszła ciocia.
Że też te ciotki to nigdy nie wiedzą, kiedy wejść... Jakby nie
miała swojego pokoju...
Pan Henryk tłómaczył, że "Pa" niesprawiedliwie sądzi sztukę
dzisiejszą. Może ma racyę, ale "Pa" od tylu lat jest członkiem
Towarzystwa zachęty sztuk pięknych, to także musi się znać na
sztuce...
***
Wieczorem. Jutro poniedziałek, a we wtorek rano jedziemy! Boże, to jeszcze całe dwie noce i jeden dzień!
Przed wieczorem przyszła Nacia i prosiła nas, abyśmy do nich
poszli na herbatę, że będzie parę osób znajomych i jeden malarz i
jeden młody literat!
Nie byliśmy!
"Pa" powiedział, że ma już dosyć polędwicy z groszkiem, kiepskiego
piwa i preferansa po groszu. Woli iść do resursy na winta i poszedł
na cały wieczór. "Ma" z ciocią poszły na rekolekcye do Pijarów, a
pan Henryk miał iść zaraz na dyżur do szpitala.
Ale czy poszedł? Czy to można wierzyć mężczyznom?
Przecież my kobiety zawsze jesteśmy ofiarami i męczennicami, jak
"Ma" mówi.
"Stokrotki" już śpią, a ja jestem taka sama, taka najsamsza...
***
Poniedziałek. To już jutro! Nie, nie chce mi się wierzyć, że to już naprawdę jutro.
Umieram z niecierpliwości.
A "Stokrotki" tak skomlą radośnie i tak się cisną do mnie, aż mi
się chce płakać czegoś...
"Pa" musiał znowu przyjść późno, bo "Ma", kiedy przyszedł na
śniadanie, nie dała się pocałować i wyszła z pokoju.
O, jabym już całe życie się gniewała. I właśnie na złość, kiedy
mąż przychodzi późno, to i jabym przychodziła jeszcze później,
jeździłabym na bale, tańczyła, chodziła na maskarady, do teatrów.
Oho! znalazłabym zawsze kogoś, ktoby mnie odprowadzał. To nie takie
trudne.
Przecież tej doktorowej z pierwszego piętra to zawsze towarzyszy
ten wysoki blondyn... Już się "Ma" nawet tem gorszy.
A jakby mi mąż robił wymówki, to powiedziałabym zimno, nie patrząc
na niego: "Co, mój mężu? Dobrze, mój mężu? Jak chcesz, mój mężu!"
Ciekawą miałby minę i napewno oduczyłby się przychodzenia nad
ranem.
Teraz dopiero rozumiem, co ciocia zawsze mówi "Ma":
- Kobieta, jeśli chce być szczęśliwą, musi sobie męża wychowywać i
urabiać. Od pierwszego dnia nie pozwalać na żadne wybryki i trzymać
go żelazną ręką... Obietnicą pieszczoty można mężczyzn zaprowadzić
chociażby do zbrodni!...
Ciocia miała trzech mężów, no i tak ich urabiała... że pomarli!
Ale swoją drogą ma racyę, bo jak się gniewam na pana Henryka i nie
dam się c.... to taki pokorny, tak mi w oczy patrzy prosząco i
zawsze później robi to wszystko, czego chciałam...
A "Ma", jak się gniewa z "Pa", to zawsze dysponuje Rozalii przy
kolacyi:
- Pościelesz panu w gabinecie!
***
Już ja nie będę nieszczęśliwą - niema głupich!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.