Dzieciństwo – do piętnastego roku życia
Dlaczego mam na pierwsze imię Zbigniew? Ojcem chrzestnym został mój wuj Seweryn – brat matki. Matka chciała, by nadać mi imiona Michał Zbigniew. Dla człowieka ze wsi w tym czasie przyjazd do dużego miasta to było wydarzenie nie lada, a tu jeszcze trzeba było pojechać do kościoła i uporać się z chrztem. Dla dodania sobie animuszu mój chrzestny wypił kilka kieliszków i pojechał z kumą, i oczywiście ze mną, do kościoła. Po powrocie z kościoła oświadczył mojej mamie, że ksiądz nie chciał dać jako pierwszego imienia – Zbigniew, bo to imię pogańskie, i upierał się, aby pierwszym imieniem był Michał.
– Jednak ja nie zgodziłem się i masz, jak chciałaś, swojego Zbysia – opowiadał dalej zadowolony ojciec chrzestny.
I tak zostałem Zbigniewem zamiast Michałem, za co do dnia dzisiejszego jestem swojemu wujowi wdzięczny. Matka co prawda nazywała mnie Michasiem, ale tylko ona. Była to niejedyna pomyłka mojego wuja Seweryna, który w metryce urodzenia wpisał jako miejsce urodzenia Horodniany. Nikt nigdy nie umiał mi wyjaśnić dlaczego. Domyślam się, że to z powodu braku znajomości miasta Białegostoku. Ulica Kawaleryjska, gdzie mieszkaliśmy i gdzie się urodziłem, prowadziła do pierwszej miejscowości za Białymstokiem – Horodniany – a dzielnica miasta – Nowe Miasto – była wtedy chyba mało znana. Ta druga pomyłka była dla mnie przykra: według metryki urodzony zostałem na wsi, co w tym czasie nie było zaszczytem.
Pierwsze pięć lat mojego życia upłynęło bez większych wydarzeń, nic z tego okresu nie pamiętam i z opowiadań też niewiele do mnie dotarło. Może tylko jedno warto wspomnieć, bo w późniejszym okresie może do tego wrócę. Miałem kilka miesięcy, mama zostawiła mnie pod opieką starszej siostry Julii-Julianny. W tym czasie przyszedł do niej jej ówczesny chłopak (późniejszy mąż), Józek. Ja, leżąc w kołysce, zacząłem płakać; im głośniej płakałem, tym moja siostra mocniej mnie kołysała. W pewnym momencie Józek poprosił moją siostrę, aby zostawiła nas samych, co oczywiście bardzo szybko zrobiła. Po jej wyjściu zmienił pieluchę. Kiedy moja siostra wróciła, ja już spałem spokojnie, a Julia stwierdziła wtedy, że ma on dobrą rękę do dzieci. Ten fakt podtarcia pupy późniejszy mój szwagier nieraz mi przypominał w sytuacjach dla siebie potrzebnych.
Jak miałem pięć lat, mieszkaliśmy już przy ulicy Południowej na Nowym Mieście w Białymstoku. Pewnego dnia rano, przed śniadaniem, zobaczyłem olbrzymi ogień – był to pożar w Starosielcach oddalonych o trzy kilometry od Białegostoku[1]. Ponieważ ogień był bardzo duży, ludzie z Nowego Miasta zaczęli biec w jego kierunku. Moja matka oraz dwie siostry: Jadzia, Halina i ja również pobiegliśmy do pożaru. Paliły się magazyny kolejowe. Kiedy dotarliśmy na miejsce, straż pożarna już dogaszała ogień. Zmęczeni długim biegiem, powoli wracaliśmy do domu. Dotarliśmy do mieszkania około godziny jedenastej, byliśmy głodni. Matka postanowiła zrobić szybko zupę mleczną – z zacierek[2]; wyszła ta zupa wyjątkowo gęsta. Stół, przy którym jedliśmy śniadania, stał w rogu kuchni. Moje siostry już siedziały przy stole i jadły, i żadna z nich nie chciała wstać, aby mnie przepuścić. Postanowiłem przejść pod stołem, ale pech chciał, że kiedy wychodziłem spod niego, talerz z gorącą zacierką wylał się na moją głowę. Poczułem potężny ból, zacząłem płakać. Matka złapała mnie za rękę i pobiegliśmy w kierunku domu wojskowego felczera, który na moje szczęście był w domu. Zacierka na mojej głowie zlepiła włosy jak nie najgorszy klej. Felczer bez namysłu obciął moje długie włosy. Wówczas miałem włosy bardzo jasnego odcienia koloru blond, prawie jak mleko, i długie do ramion. Nie lubiłem swojej fryzury ze względu na kolegów, którzy śmiali się, że wyglądam jak dziewczyna. Wszyscy koledzy w moim otoczeniu nosili włosy krótkie lub w ogóle ścięte "na zero", tak jak obecnie jest moda na łyse głowy u młodzieży. Niestety mojej mamie podobało się właśnie takie uczesanie, a znajomi zachwycali się ówczesną moją urodą, bo miałem do tych białych włosów chabrowo-niebieskie oczy, długie, zakręcone rzęsy i mały nosek. Do mojej mamy mówili: "On jest jak piękna dziewczynka", co mnie doprowadzało do rozpaczy. Teraz jednak moje długie włosy okazały się dobrą ochroną przed poważniejszymi poparzeniami skóry. Po obcięciu włosów i założeniu opatrunku ból prawie całkowicie ustąpił. Dzisiaj myślę, że wtedy płakałem bardziej ze strachu niż z bólu. Po kilku dniach opatrunek został zdjęty, a po kilku tygodniach prawie nie było śladu po oparzeniach. Włosy zostały ponownie ścięte na zero, poczułem się teraz prawdziwym chłopcem i nie musiałem już wysłuchiwać od starszych osób uwag typu: "ten chłopczyk wygląda jak piękna dziewczynka". Włosy po dwukrotnym ścięciu na zero zaczęły ciemnieć, z czego również byłem bardzo zadowolony. Nawet myślałem wtedy: dobrze, że się tak stało, bo w przeciwnym wypadku byłbym jeszcze dosyć długo "trochę dziewczynką". Moje siostry i matka chyba też zaczęły mnie traktować bardziej jak chłopca, ku mojej radości.
Trochę później znalazłem się w szpitalu, chory na chorobę nie bardzo wiem jaką. Starałem się później dowiedzieć, co to była za choroba, ale moja rodzina nie potrafiła mi na to pytanie odpowiedzieć. Wszyscy mówili tylko: byłeś bardzo chory. Wiem, że miałem być operowany i że miano wyciąć mi dwa żebra i coś usunąć. Na szczęście w szpitalu znalazł się młody lekarz, który zaproponował mojej matce postawienie tak zwanych "ciętych baniek"[3], była to wówczas nowa metoda leczenia (rok 1935). Konsylium lekarskie zgodziło się, aby wypróbować na mnie tę metodę, przyjmując, że jeżeli nie pomoże, to na operacje nie będzie za późno. Bańki pomogły i po około dziesięciu dniach zostałem wypisany do domu.
W tym miejscu chciałem napisać nie o swojej chorobie, a o przyjaźni, jaka została zawarta w czasie pobytu w szpitalu. Było to nowe doświadczenie – koleżeństwa pomiędzy mną a dziewczynką, która leżała obok mojego łóżka. Dotychczas moje kontakty z dziewczynkami były sporadyczne i nie przywiązywałem do nich większej wagi. Bawiłem się najczęściej z chłopcami mniej więcej w moim wieku. Teraz, po kilku dniach pobytu w szpitalu, stwierdziłem, że dziewczyny również mogą być zupełnie do rzeczy i z nimi też można się zaprzyjaźnić. Leżąca obok mojego łóżka dziewczynka miała na imię Kasia i była ciemnowłosą, ładną Żydówką, chyba z dosyć bogatej rodziny. Rodzice znacznie częściej odwiedzali ją niż moja mama mnie. Kasia przy każdej wizycie otrzymywała mnóstwo smakołyków i różnych zabawek. Kiedy się z nią bliżej poznałem, mogłem bez pytania bawić się jej zabawkami. Ja niestety własnych zabawek nie miałem w ogóle. Podpowiadałem Kasi, jakie nowe zabawki nam by się przydały. Ona powtarzała to swoim rodzicom i następnego dnia zabawka znajdowała się w naszym posiadaniu. Byliśmy w szpitalu razem około dwóch tygodni, potem Kasia wyjechała do Warszawy na dalsze leczenie; dużo zabawek zostało dla mnie. Miałem je jeszcze przez parę lat i zawsze przypominały mi o bolesnych, ale miłych chwilach spędzonych razem z Kasią w szpitalu. Była to pierwsza prawdziwa przyjaźń nawiązana w moim życiu. Od tej pory zmienił się znacznie mój stosunek do dziewczynek, chętnie bawiłem się z nimi i nie pozwalałem, aby inni chłopcy w mojej obecności im dokuczali.
W tym czasie przeprowadziliśmy się z ulicy Południowej na Szpitalną. Tam właśnie wróciłem ze szpitala. W domu mieszkaliśmy my (jeden pokój z kuchnią) oraz właściciele z córką Zosią w moim wieku. Moja matka w tym czasie pracowała w szpitalu jako salowa, siostry Jadzia i Halina chodziły do szkoły, a ja, ponieważ byłem jeszcze chory, pozostawałem przez większość dnia sam w domu. Wizyty mojej sąsiadki Zosi bardzo mi odpowiadały, miałem z kim się bawić. Każde dłuższe przebywanie sam na sam z dziewczyną, jak się okazało, nawet w tak młodym wieku kończy się podobnie. Któregoś dnia, kiedy już nie leżałem w łóżku, zaczęliśmy z Zosią zastanawiać się, jak to jest. Zarówno Zosia jak i ja podejrzeliśmy naszych rodziców, co oni robią w łóżku. Nie było to trudne, bo ona i ja spaliśmy w tym samym pokoju co rodzice. Korzystając z tego, że nie ma nikogo w domu, postanowiliśmy z Zosią spróbować, jak to jest być mamą i tatą. Nie poszliśmy jednak do łóżka, a wybraliśmy na ten cel stół stojący koło okna w kuchni. Weszliśmy na stół i zaczęliśmy się rozbierać od pasa w dół. Nie zwracaliśmy zupełnie uwagi na okno, które było całkowicie odsłonięte i wychodziło na ulicę. Nasza zabawa w mamę i tatę trwała ładnych parę minut. Ilu ludzi obejrzało nasze przedstawienie w oknie – tego nie wiem... Musieliśmy wyprowadzić się, właściciel powiedział, że nie życzy sobie takich lokatorów. Na tym moja znajomość z Zosią się skończyła, a doświadczenia z intymnym pożyciem zostały przerwane na bardzo długi czas.
Przeprowadziliśmy się z ulicy Szpitalnej na Strzelecką, też na Nowym Mieście, gdzie szybko znalazłem nowych kolegów. Szczególnie zaprzyjaźniłem się z Mańkiem, który mieszkał na tej samej ulicy kilka domów dalej. Okazało się, że Marian miewał często spore pieniądze jak na tamte czasy. W jego posiadaniu najczęściej znajdowało się 50 groszy, czasem złotówka, a nieraz nawet 2 złote. Moje pieniądze, które czasami dostawałem od mamy, było to 5, 10, a najwyżej 20 groszy, i to w odstępach tygodniowych. Posiadanie takiego kolegi z taką forsą w tamtych czasach było bardzo ponętne, a trzeba powiedzieć, że za 50 groszy można było kupić dziesięć lodów lub cukierków – irysów, dropsów, landrynek – około pół kilograma. Ponieważ Maniek miał kieszonkowe prawie codziennie, nasze kieszenie nigdy nie były puste. Nie chodziliśmy do przedszkola, rodzina nie bardzo się nami zajmowała, czas spędzany poza domem upływał nam w miłej atmosferze zakupów i spożywania. Trochę dziwnym wydawał mi się fakt, że nigdy nie kupowaliśmy słodyczy u ciotki Mariana, której kiosk spożywczy z cukierkami i ciastkami znajdował się najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Maniek twierdził, że towar u jego ciotki nie jest tak dobry jak w sklepie oddalonym o dwa kilometry, gdzie wydawaliśmy najczęściej jego, a czasami i moje kieszonkowe.
Wołaliśmy się nawzajem, gwiżdżąc w odpowiedni sposób pod domem. Któregoś dnia, kiedy poszedłem pod dom Mańka i zagwizdałem, wyszedł jego ojciec i powiedział:
– Marian jest chory i nie wyjdzie ani dziś, ani przez najbliższe parę dni. Jak wyzdrowieje, to on sam przyjdzie do ciebie.
Nie chodziłem więc pod jego dom, czekałem z niecierpliwością na przyjście Mariana do mnie. Minęło sporo dni, kiedy usłyszałem znajomy sygnał – gwizd, był to Maniek. Szybko wybiegłem, muszę tutaj przyznać, że brakowało mi nie tylko kolegi, ale też słodyczy, do których zdążyłem się przyzwyczaić przez trzy miesiące. Maniek był po tej chorobie jakiś inny, bardziej smutny, zmizerniał i nie bardzo chciał powiedzieć, na co chorował. Po jakimś czasie zapytałem, czy ma jakieś pieniądze, aby pójść do sklepu po cukierki. Ze smutkiem w oczach odpowiedział:
– Pieniędzy nie mam i nie będę już nigdy miał. Jeśli nie chcesz, to możesz się ze mną nie kolegować.
Zacząłem go wypytywać, co naprawdę się stało, kiedy był chory. Maniek w czasie mojego wypytywania zdjął majtki i pokazał swój tyłek – był żółty, jakby ktoś go dokładnie pomalował; był to rezultat lania, jakie otrzymał od ojca. Rodzice Mariana oszczędzali, zbierając pieniądze do skarbonki, którą ukryli za świętym obrazem, i do niej co kilka dni wrzucali zaoszczędzone pieniądze: 50 groszy, 1 a czasami 2 złote. Maniek podpatrzył, jak matka wrzuca pieniądze do skarbonki. Nauczył się wyjmować z niej pieniądze przy pomocy noża. Wyjmował zawsze tylko jedną monetę, taką, jaką się udało wyciągnąć, stąd dość długi okres, który upłynął do wykrycia sprawcy. Rodzice Mariana przypuszczali, że mają w skarbonce ponad 100 złotych, kiedy jednak ją otworzyli, okazało się, że jej zawartość wynosi niewiele ponad 30 złotych. Ojciec Mańka jeszcze przed otwarciem zauważył, że skarbonka jest za lekka jak na tyle pieniędzy. Nie trzeba było długiego dochodzenia, aby Maniek przyznał się do winy. Teraz nasze zakupy ograniczyły się do zasobów finansowych mojej kieszeni, a jak wcześniej wspominałem, były one niewielkie.
Ku mojemu zdziwieniu, po kilkunastu chudych dniach Maniek przyszedł na spotkanie ze mną z dużą ilością cukierków w kieszeniach. Zapytałem, skąd miał pieniądze na tyle cukierków. Odpowiedział mi:
– Ze skarbonki nic nie brałem.
Kiedy przyparłem Mańka do muru, powiedział:
– Dostałem słodycze od ciotki, tej, która miała kiosk spożywczy.
Od tego czasu kieszenie Mańka były wypełnione różnymi cukierkami. Kiedy jednak ja miałem pieniądze na cukierki, to kupowaliśmy je nie u ciotki, ale w sklepie znacznie oddalonym od naszego miejsca zamieszkania. Zacząłem wypytywać, dlaczego teraz, kiedy ciotka Mańka jest przyjaźnie nastawiona, nie możemy kupować u niej. Następnego dnia około południa Maniek powiedział:
– Idziemy do ciotki po cukierki.
Po przyjściu pod ten kiosk okazało się, że jest zamknięty. Maniek wyjął ze schowka klucz, otworzył kłódkę i weszliśmy do środka. Maniek precyzyjnie wydawał polecenia, co mamy brać i ile. Po napełnieniu kieszeni wyszliśmy i zamknęliśmy kiosk, klucz położyliśmy na swoje miejsce i ze spokojem wytrawnych włamywaczy poszliśmy spożywać nasze łupy.
Pod wieczór Maniek zaprowadził mnie do miejsca, gdzie chował słodycze, które nie zostały zjedzone w danym dniu. Wypróżniliśmy kieszenie do schowka i poszliśmy do domu. Proceder odwiedzania kiosku ciotki Mańka odbywał się dwa, trzy razy w tygodniu przez około miesiąc. Któregoś dnia rodzice Mańka przyszli do mojej matki i powiedzieli jej o naszych wyczynach, o okradaniu kiosku ciotki z cukierków. Stwierdzili:
– To pani syn Zbyszek jest motorem zła: najpierw namawiał naszego Mańka do kradzieży pieniędzy z domu, a jak to się skończyło, namówił Mańka do okradania kiosku. Nie życzymy sobie, aby pani syn kolegował się z Mańkiem.
Oberwałem od matki za nasze wyczyny i otrzymałem kategoryczny zakaz spotykania się z Mańkiem.
W okresie, kiedy przeżywaliśmy z moim przyjacielem dni posuchy na słodkości, miałem w swoim domu drobny incydent finansowy. W tym czasie mój ojciec pracował w terenie, do domu przyjeżdżał razem z moim starszym bratem wieczorem z soboty na niedzielę. Przywozili do domu zarobione pieniądze – tygodniówkę. Wieczorem usłyszałem, jak ojciec powiedział matce:
– Pieniądze położyłem na okapie pieca kuchennego.
Rano, kiedy wstałem, poszedłem zobaczyć, czy pieniądze jeszcze leżą. Okazało się, że na okapie pieca kuchennego leżały spokojnie trzy monety dziesięciozłotowe, pięć monet pięciozłotowych i sześć monet po dwa złote. Po zastanowieniu pomyślałem, że jeśli wezmę jedną pięciozłotówkę i trzy dwuzłotówki, to chyba nikt się nie zorientuje. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Pieniądze schowałem. Myślałem, że na pewno mi się uda. Po powrocie z kościoła i kina matka zapytała, ile jest tych pieniędzy, ojciec bez zastanowienia odpowiedział:
– Sześćdziesiąt siedem złotych.
Matka na to:
– Tu leży pięćdziesiąt sześć złotych.
Na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka, a kiedy tata powiedział:
– Myłem się wczoraj przy studni[4], może mi tam wypadły monety.
Ja zaofiarowałem pomoc, mówiąc:
– Pójdę poszukać.
Zanim rodzice coś powiedzieli, byłem już przy studni. W kieszeni miałem pieniądze. Przy studni szybko znalazłem pięciozłotówkę i dwie dwuzłotówki, pozostałą trzecią dwuzłotówkę zagrzebałem w piasku. Przyszedłem do domu mówiąc:
– Znalazłem trzy monety.
Ojciec obejrzał je, a następnie dodał:
– Jeśli znalazłeś tyle, to na pewno, jeżeli dobrze poszukasz, znajdziesz jeszcze jedną dwuzłotówkę.
Poszedłem jeszcze raz i teraz już po dłuższym czasie znalazłem brakującą monetę. Do dnia dzisiejszego nie wiem, czy rodzice wiedzieli o mojej kradzieży i tylko udawali, czy też ojciec był przekonany o tym, że monety naprawdę wypadły mu z kieszeni podczas mycia. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, ja byłem szczęśliwy z takiego obrotu sprawy. Co prawda funduszu na cukierki nie było, ale nie było też wstydu z powodu kradzieży.
Z Mańkiem potem już nigdy się nie kolegowałem, byłem obrażony na niego o to, że całą winę przed swoimi rodzicami zwalił na mnie. Ja dokładnie wiedziałem, że wszystkie pomysły pochodziły od niego i to on był tym prowadzącym. Był zresztą starszy o przeszło pół roku ode mnie, ja miałem trochę więcej jak sześć, a Maniek prawie siedem lat. To była druga w kolejności moja znajomość przyjacielska, co prawda niezbyt chlubna. Z Mańkiem później spotykałem się w szkole, on był w drugiej, a ja w pierwszej klasie, każdy z nas miał swoich kolegów i nie przyznawaliśmy się do siebie.
Z ulicy Strzeleckiej musieliśmy się wyprowadzić z powodu długów mojego ojca, spowodowanych zaciągniętymi pożyczkami na prowadzenie własnej firmy budowlanej. Komornik przeprowadził licytacyjną wyprzedaż naszych mebli, zostało sprzedane wszystko to, co ludzie na licytacji chcieli kupić. W naszym mieszkaniu nie zostało prawie nic. Matka była załamana, nie mieliśmy żadnych pieniędzy, a ojciec nie pracował. Ponieważ za mieszkanie od kilku miesięcy nie płaciliśmy, groziła nam eksmisja. Rodzice postanowili za zgodą mojego stryja zamieszkać chwilowo u niego. Stryj Wiktor posiadał mały, drewniany domek – dwa pokoje z kuchnią, położony przy ulicy Ułańskiej na Nowym Mieście. Zamieszkiwali go: przewlekle chora matka, która leżała bez przerwy w łóżku, stryj, jego żona i córka w moim wieku. Nasza rodzina składała się z sześciu osób: rodziców i czwórki dzieci. Pokój, który zajmowaliśmy, miał około 20 metrów kwadratowych, powierzchnia całego domu miała około 50 metrów kwadratowych. W tym czasie stałą pracę miała jedynie moja matka, pracowała w szpitalu jako pomoc kuchenna. Praca była o tyle dobra, że oprócz zarobionych, niewielkich pieniędzy, często przynosiła jakieś jedzenie, oczywiście jeżeli w kuchni coś zostało po wydaniu posiłków. Żona mojego stryja pochodziła z dość bogatej rodziny rolniczej, często jeździła na wieś, skąd przywoziła artykuły żywnościowe. Jeśli komitywa pomiędzy nią a moją matką była dobra, to z tych produktów i my korzystaliśmy. Jednak dobre stosunki rodzinne pomiędzy mamą a stryjenką należały do rzadkości. Stryjenka miała naszej rodziny, jak mówiła, po same uszy, a dom, który stryj wybudował za pieniądze swojej żony, był jej własnością.
Ale, jakby tego wszystkiego było mało, to ja, jak zwykle, musiałem narozrabiać. Mojej matce udało się umieścić mnie w przedszkolu, które było prowadzone za fundusze społeczne dla biednych dzieci. Przedszkole mieściło się nieopodal kościoła farnego, w centrum miasta, oddalone około pięć kilometrów od ówczesnego naszego miejsca zamieszkania. Z Nowego Miasta do centrum jeździł autobus miejski, niestety moich rodziców nie stać było na bilet. Chodziłem do przedszkola w obie strony, pokonując około 10 kilometrów drogi. Jak na młode nogi było to sporo, poza tym musiałem wstawać o szóstej, aby zdążyć do przedszkola na ósmą, wracałem około osiemnastej, przedszkole było czynne do 16.30. Chodząc codziennie do przedszkola, obserwowałem jadący do miasta autobus, w którym było prawie zawsze pełno wolnych miejsc. Autobus miał z tyłu drabinkę, którą kierowca wnosił na dach bagaże pasażerów (bagażnik był na dachu). Pomyślałem sobie, że na tej drabince nie będę widoczny dla kierowcy autobusu i mógłbym jechać za darmo przy odrobinie szczęścia i odwagi. Byłem bardzo sprawny fizycznie, więc jazda na drabince mnie nie przerażała. Spróbowałem, udało się. Co prawda nie na całej trasie, ale wtedy, kiedy autobus jechał po przedmieściach, było to ponad 3 kilometry drogi. Zacząłem korzystać z autobusu coraz częściej. Wskakiwałem na drabinkę, kiedy ruszał, aby kierowca i pasażerowie mnie nie widzieli, a kiedy dojeżdżaliśmy do przystanku – zeskakiwałem.
Któregoś dnia, wracając z przedszkola, na przystanku koło plant wsiadłem na drabinkę. Następny przystanek miał być przy szkole nr 13 na Zwierzyńcu i kiedy autobus zaczął zwalniać, chciałem zeskoczyć, ale okazało się, że rękaw mojej kurtki zahaczył o drabinkę; nogi znalazły się na brukowanej drodze, a ręka była zaczepiona o autobus. Ponieważ autobus jechał jeszcze dosyć szybko, nie nadążyłem biec i autobus powlekł moje nogi po kocich łbach. Przejechałem tak około kilkudziesięciu metrów drogi. W pewnym momencie rękaw kurtki nie wytrzymał i urwał się, uwalniając mnie od autobusu, a ja rąbnąłem głową w bruk. Było to kilkanaście metrów przed szkołą, gdzie znajdował się przystanek. Podniosłem się z jezdni i zacząłem biec w kierunku swojego domu. Ogrodzenie szkoły nr 13 od bramy ciągnęło się kilkaset metrów. Kiedy dobiegałem do końca ogrodzenia, usłyszałem sygnał karetki pogotowia. Przez przypadek spojrzałem na swoje nogi: były od palców do miejsca powyżej kolan pokryte krwią. Z wrażenia usiadłem pod płotem i zacząłem płakać, nie z bólu, bo nic mnie nie bolało, ale ze strachu, bo nie wiedziałem, co się stało, dlaczego moje nogi są całe we krwi[5]. Za chwilę sygnał karetki pogotowia umilkł, zobaczyłem, że sanitariusze z noszami szli do mnie. Jak się później okazało, kiedy ja byłem ciągnięty przez autobus, za nim jechał samochód osobowy. Pasażerowie tego auta zatrzymali się przy szkole, pobiegli i zadzwonili na pogotowie ratunkowe, dlatego po moim kilkusetmetrowym biegu karetka pogotowia mnie dopadła. Kiedy lekarz w karetce zakładał mi opatrunki na nogi i na głowę, zajrzała do niej moja matka, która wracała z pracy ze szpitala. Po opatrzeniu karetka odwiozła nas do domu. Za trzy dni mieliśmy zgłosić się do szpitala.
Pierwsza wizyta w szpitalu była straszna. Pani doktor przecięła bandaże na obu nogach i jednym ruchem rąk zerwała opatrunki z całych nóg. Jeśli możecie sobie wyobrazić ból – to dobrze, bo ja nie wiedziałem, co się dzieje i gdzie się znajduję przez ładnych kilkadziesiąt sekund. Pani doktor w odpowiedzi na pretensje mojej mamy powiedziała, że bez znieczulenia nie dałoby się tego zrobić inaczej. Potem poszedłem na stół operacyjny, gdzie już pod znieczuleniem przez dwie godziny czyszczono moje kości z ziarenek piasku, które się powbijały w czasie, kiedy autobus ciągnął po bruku moje nogi. W domu przez prawie trzy tygodnie leżałem w łóżku, a kiedy wstałem, musiałem od nowa uczyć się chodzić. Najpierw przy pomocy krzesła, potem przy stole i dopiero po takiej nauce zacząłem chodzić bez pomocy mebli. Moja choroba wyprowadziła ze skromnego budżetu domowego ładnych parę złotych.
Mieszkanie u stryjów było dla moich rodziców nie do zniesienia. Pomimo braku pieniędzy wyprowadziliśmy się najpierw na ulicę Zwierzyniecką, a potem na ulicę Horodniańską nr 14. Były to domy letniskowe, drewniane, bez ogrzewania. Po przeprowadzeniu się ojciec w pierwszej kolejności postawił piec pomiędzy pokojami, tak aby ogrzewał dwa pokoje, bo była to późna jesień roku 1936. Mieszkanie składało się z kuchni i dwóch pokoi bez żadnych wygód. Ubikacja (wychodek) była na zewnątrz, po wodę trzeba było chodzić kilkaset metrów do sąsiada, a brudną wodę wylewało się po prostu za drzwi. Domów takich na naszym podwórku, wśród drzew sosnowych, było kilka. Jesienią ojciec samodzielnie wykonał łóżka, stół i krzesła oraz materace do łóżek ze słomy w pokrowcach zrobionych z worków, które dostaliśmy z darów dla biednych.
Jesienią 1936 roku rozpocząłem naukę w szkole powszechnej nr 13 na Zwierzyńcu. Chodziła tam już moja siostra Halina, która wówczas uczyła się w klasie szóstej. Nie miałem żadnych problemów w nowym otoczeniu. Chodziłem wcześniej do przedszkola i życie grupowe nie było dla mnie czymś nowym. Byłem wysokiego wzrostu, co dawało mi trochę przewagi nad kolegami z mojej klasy i pozwoliło, abym został prowodyrem grupy chłopców. Jedyną przeszkodą i problemem była moja starsza siostra, która natychmiast opowiadała w domu o wszystkim, co zrobiłem w sensie negatywnym.
Aby być przywódcą, nie wystarczy być trochę wyższym, trzeba też mieć odpowiednie pomysły, które byłyby ciekawe dla grupy. Początkowo podczas przerw graliśmy w berka, w piłkę lub w dwa ognie, potem wymyśliłem zabawę-zawody. Podzieliłem chłopców naszej klasy na dwie grupy, które stawały po dwóch stronach budynku[6]. Kopiąc piłkę z ręki[7], należało ją tak uderzyć, aby przeleciała nad budynkiem na drugą stronę. Jeżeli komuś się to nie udało, musiał zapłacić drugiej stronie 5 groszy. Bardzo szybko kilku kolegów z mojej klasy nauczyło się to robić i zabawa w grę o 5 groszy trwała coraz dłużej. Do czasu, gdy jeden z chłopców tak kopnął piłkę, że z dosyć dużego okna wyleciały wszystkie szyby. W pierwszym momencie wszyscy uciekliśmy, ale pan kierownik szkoły, Stec, szybko znalazł winowajców. Przyznaliśmy się do wybicia szyb w oknie i ponieśliśmy solidarnie karę finansową, płacąc za wstawienie nowych. Kosztowało to moją mamę ponad 2 złote, co stanowiło dla niej dużo pieniędzy. Kara niestety była dla mnie bolesna.
Na przerwach bawiliśmy się w berka, w chowanego, ale te zabawy nie dawały wielkich emocji. Trzeba było znaleźć inną. Wymyśliłem nowe, dosyć trudne zadanie. Na placu szkolnym stał wysoki maszt, na który wciągano z okazji uroczystości flagę państwową. W grupie chłopców zorganizowałem zawody w tym, kto wyżej wejdzie na maszt. Ja jako pierwszy pokazałem wszystkim obecnym chłopcom, że można na niego wejść. Pierwsze próby były różne, ale potem kilku chłopców nieźle sobie radziło. Niestety po kilku dniach tej zabawy jeden z chłopców wszedł prawie na sam szczyt masztu i tam zaczepił się spodenkami o mocowanie linki do flagi i nie mógł zejść na dół. Trzeba było wołać nauczycieli na pomoc. Okazało się jednak, że bez straży pożarnej zdjąć z masztu chłopca się nie dało. Znowu kierownik szkoły rozpoczął dochodzenie, kto taką zabawę wymyślił. Chłopcy z mojej klasy powiedzieli panu kierownikowi, że to ja. Przyznałem się i znowu matka musiała przyjść do szkoły, a w domu była odpowiednia reprymenda.
Potem jednak nasza pani wychowawczyni, nauczyciel od gimnastyki i ksiądz, który uczył nas religii, postanowili wykorzystać moje cechy przywódcze. Zostałem gospodarzem klasy wspólnie z dziewczynką Anielą. I tak teraz miałem już służbowy obowiązek organizowania wolnych chwil dla kolegów i koleżanek. Pełniłem tę funkcję od półrocza pierwszej klasy do końca klasy czwartej. Od chwili, kiedy zostałem gospodarzem klasy, nie pamiętam żadnych wyskoków z mojej strony, nauka też nie sprawiała mi problemów. Mama już nie musiała przychodzić do szkoły z powodu mojego zachowania.
Gdy skończyłem trzecią klasę, we wrześniu 1939 roku do mojego miasta wkroczyli najpierw Niemcy, a po kilku dniach Niemców zamienili Rosjanie – Armia Czerwona. W tym czasie mój brat Antoni był w wojsku, odbywał służbę zasadniczą[8]. Ojciec pracował już od przeszło roku przy rozbudowie lotniska. Siostra Halina ukończyła szkołę-ćwiczeniówkę – było to coś w rodzaju dwuklasowego gimnazjum z zajęciami praktycznymi. Przez pierwsze trzy tygodnie do szkoły nie chodziliśmy, bo była nieczynna. W pierwszych dniach września zorganizowano w niej coś w rodzaju szpitala polowego dla żołnierzy. Po dwudziestym września władza radziecka zorganizowała naukę w szkołach. Można było wybrać klasę z językiem nauczania rosyjskim lub białoruskim, w obu przypadkach był też język polski jako przedmiot. Ja wybrałem rosyjski i rozpocząłem od nowa naukę w klasie trzeciej, ponieważ dla ujednolicenia systemu szkolnictwa z panującym w Rosji wszyscy uczniowie zostali przesunięci o jedną klasę w dół. Poziom nauczania i program były takie jak w klasie czwartej. W dalszym ciągu nie miałem problemów z nauką i ocenami, otrzymywałem czwórki i piątki. Zmieniło się natomiast moje i nie tylko moje otoczenie w miejscu zamieszkania.
Jak wspomniałem wcześniej, mieszkaliśmy przy ulicy Horodniańskiej nr 14. Po przyjściu Rosjan wszystkie wolne mieszkania na naszej ulicy zostały zajęte przez rodziny wojskowych lotników[9]. W późniejszym okresie koło lotniska wybudowano trzypiętrowe domy murowane dla rodzin wojskowych. Teraz do naszej szkoły chodziły dzieci z rodzin rosyjskich, również w dzielnicy, gdzie mieszkałem, było dużo młodzieży rosyjskiej. Był czas okupacji sowieckiej. Rdzenna ludność polska nie przyjęła propagandy sowieckiej, która głosiła, że armia radziecka wyzwoliła nasze tereny spod panowania "polskich panów". Również do młodzieży te wywody nie przemawiały, była ona przekonana o tym, że armia radziecka okupuje ziemie polskie. Wkroczenie Rosjan większość ludności Białegostoku traktowała jak czwarty rozbiór Polski. Co prawda pewna ilość ludzi z przyjścia Rosjan była zadowolona. Byli to komuniści polscy, grupa biedoty żydowskiej i grupa ludności, której Białoruś była bliższa niż Polska.
Młodzież podobnie podzieliła się. Powstało wojsko młodzieżowe[10] polskie i wojsko proradzieckie. Do tego drugiego należały dzieci z rodzin sowieckich wojskowych i młodzież z rodzin, które były za władzą radziecką. W okolicy prawie nie było chłopców, którzy by nie należeli do jednego z dwóch wojsk. Niektórzy rodzice wiedzieli o tym i traktowali to jednak jako zabawę. My, to znaczy uczestnicy, traktowaliśmy nasze oddziały wojskowe bardzo poważnie. Ja oczywiście należałem do wojska polskiego. W życiu codziennym młodzieży – a więc w czasie dojścia do szkoły czy powrotu do domu – nikt nie był przez żadną ze stron napastowany. Były jednak godziny i miejsca, w których pojawienie się przeciwnika mogło skończyć się dla niego niezbyt przyjemnie. Brano takiego osobnika do czasowej niewoli w celu dowiedzenia się, co się dzieje w wojsku przeciwnika, a jeśli delikwent nie chciał mówić, stosowano tortury[11]. Najczęściej złapany, tak zwany "język", powiedział to, o co go pytano. Były wyznaczane potyczki i małe wojenki pomiędzy wojskami, był określony czas i miejsce, gdzie miały być prowadzone walki. Były to walki zgodne z ówczesną taktyką i strategią wojskową.
My, polska młodzież, nie mogliśmy się pogodzić, że polskie wojsko tak szybko zostało pokonane w prawdziwej wojnie i dlatego zorganizowaliśmy swoje własne. Miało ono odpowiednią strukturę – oddziały, pododdziały, plutony i drużyny. Na oddziały i pododdziały składały się różne rodzaje wojsk: były tu wojska pancerne[12], oddziały artylerii[13], łucznicy[14] ze strzałami ostrymi i zapalającymi, oddziały z biczami[15], szermierze z bronią białą, wykonaną z drewna. W skład uzbrojenia wojowników wchodziły: granaty zapalające, proce kieszonkowe do ciskania małych kamieni i broń biała – miecze, piki, kije. Poza oddziałami bojowymi była jeszcze służba sanitarna z karetkami[16] i zapasem środków opatrunkowych i lekarstw. Tak wyposażone było nasze wojsko w liczebności ponad stu pięćdziesięciu osób spomiędzy młodzieży w dzielnicy Nowe Miasto. Wojsko miało swojego dowódcę, który mógł zawierać przymierza z innymi dzielnicami, wypowiadać potyczki i boje oraz wyznaczać uczestników tych wojenek i zawierać rozejmy z przeciwnikiem. Naszym dowódcą był szesnastoletni Bartek – gimnazjalista i były harcerz. Dowódcy mniejszych oddziałów też byli najczęściej harcerzami. Ja byłem w pododdziale Wieśka, w czasie pokoju miałem zadania wywiadowcze, a w trakcie walki byłem łucznikiem.
Raz otrzymałem wspólnie z kolegą Darkiem zadanie przyprowadzenia "języka", to jest wojownika ze strony przeciwnej. Chodziło o to, że przeciwnicy mieli bardzo elastyczną gumę w swoich procach kieszonkowych, która znacznie dalej miotała kamienie. Wieczorem zrobiliśmy zasadzkę w krzakach nieopodal sklepiku spożywczego, do którego przychodzili wszyscy z naszej okolicy. Po krótkim wyczekiwaniu pojawił się wrogi wojownik. Wyszedłem zza krzaków z łukiem gotowym do strzału i zażądałem, aby podszedł do mnie, bo mam go na muszce. On jednak zaczął uciekać, więc przymierzyłem strzałę łuku w jego kierunku, naciągnąłem cięciwę i wystrzeliłem. Ku memu zdziwieniu uciekający padł na ziemię. Kiedy zbliżyliśmy się do niego, zobaczyliśmy całą jego twarz we krwi. W pierwszej chwili nie bardzo wiedzieliśmy, co się stało i co dalej robić. Mój kolega Darek zdecydował, aby rannego przeciwnika zaprowadzić do lekarza, który mieszkał w pobliżu. Tak też zrobiliśmy. Lekarz stwierdził, że mieliśmy wielkie szczęście, bo strzała trafiła w głowę tuż pod okiem, rozcinając skórę – trochę wyżej i byłoby po oku. Przeciwnik, bojąc się swoich rodziców, powiedział im, że idąc, potknął się i upadł na gałąź, i stąd to skaleczenie. Tak się skończył ten incydent, który mógł mieć znacznie groźniejsze dla mnie skutki.
Zadanie schwytania jeńca w dalszym ciągu było do zrealizowania. Tym razem już bez łuków złapałem z Darkiem i przyprowadziłem do naszego dowódcy jeńca, był trochę młodszy i dużo słabszy od nas, tak więc nie było z tym większego kłopotu. W czasie przesłuchania powiedział nam, że gumę do proc mają z przewodów telefonicznych[17]. Należało z przewodu ściągnąć izolację, a następnie wyjąć gumę z izolacji zewnętrznej. Guma ta była bardzo elastyczna i nie rwała się tak często jak guma używana przez nasze wojska, która pochodziła ze starych dętek rowerowych. Dowiedzieliśmy się też, gdzie tę gumę zdobywają. Dostaliśmy z Darkiem nowe zadanie: mieliśmy zdobyć przewody telefoniczne o długości około 1000 metrów, aby można było zastąpić gumę w procach naszych wojowników w całym wojsku. W lesie nieopodal lotniska znaleźliśmy wojskową linię telefoniczną, z której wycięliśmy kilkadziesiąt metrów przewodu. Po sprawdzeniu w naszych warsztatach bojowych okazało się, że jeniec mówił prawdę.
Należało zdobyć jak najwięcej takiego przewodu. W dziesięciu wyprawach razem z Darkiem dostarczyliśmy do naszego magazynu około 500 metrów przewodu telefonicznego. Oddziały przeciwnika także się zbroiły i im guma z przewodu telefonicznego również była potrzebna. Tak więc wojskowe linie telefoniczne były przecinane po kilka razy dziennie. Dla wojska był to ewidentny sabotaż. Zlecono w wojsku specjalne zadanie, mające na celu schwytanie sabotażystów. Nam z kolei wydawało się po tylu udanych akcjach, że nie ma żadnych większych niebezpieczeństw. Zresztą w czasie wycinania linii staraliśmy się zachowywać jak największą ostrożność, mieliśmy odpowiednie nożyce i dokładnie sprawdzaliśmy teren, a potem bardzo szybko wycinaliśmy i zwijaliśmy przewód. Któregoś dnia, idąc ścieżką na skraju lasu, zobaczyliśmy na drzewie duży zwitek przewodu telefonicznego, na oko ponad 50 metrów. Wystarczyło wejść na drzewo i odciąć ten zwój, nie mieliśmy jednak ze sobą nożyc. Ale od czego pomysłowość? Stwierdziłem, że wystarczą dwa kamienie, aby przeciąć przewody. Poszukaliśmy dwa kamienie odpowiedniej wielkości i ja wszedłem na drzewo, aby odciąć przewód, a Darek obserwował teren, czy ktoś się nie zbliża. Przeciąłem jeden przewód, a kiedy Darek dał znać o zbliżających się ludziach, zeskoczyłem z drzewa i dobrych kilka minut musieliśmy odczekać, aby teren znowu był pusty. Wszedłem ponownie na drzewo, ale po kilku uderzeniach kamieni znowu musiałem z niego zeskoczyć, bo ktoś nadchodził w naszą stronę. Wszedłem na drzewo po raz trzeci, aby dokończyć dzieła, gdy tym razem z lasu, z którego biegła linia telefoniczna, wyskoczyło trzech żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału i z krzykiem:
– Stoj, ruki wwierch, budu strielat'!
Nie czekając, co się będzie działo, zeskoczyłem z drzewa z około 4 metrów wysokości, wziąłem nogi za pas – i w las. Goniłem ile sił w nogach, nie patrząc, co się dzieje z Darkiem.
Wystraszony poważnie, nie miałem odwagi iść do domu. Poszedłem więc do stryja, który mieszkał niedaleko nas. Stryjowie mieli córkę Martę w moim wieku, powiedziałem, że przyszedłem do niej. Kiedy tam już byłem kilka godzin, mój stryj zapytał, co się stało, dlaczego nie idę do domu. Odpowiedziałem, że nic się nie stało, że przyszedłem do Marty. Około godziny dwudziestej pierwszej zjawił się mój ojciec, który widząc mnie, powiedział:
– Na razie niebezpieczeństwo minęło, możemy iść do domu.
Od ojca dowiedziałem się, że Darka złapali żołnierze, a on powiedział im wszystko i podał adres mojego miejsca zamieszkania. Policja – NKWD – przyszła do mojego mieszkania i aresztowała mojego ojca. Było to o godzinie szesnastej, trzymali go do dwudziestej. Po częściowym wyjaśnieniu sprawy, że to nie sabotaż, a dziecinne zabawy w wojnę i zyskiwanie materiału na proce, NKWD wypuściło mojego i Darka ojców. Mieli oni przychodzić na policję codziennie, aż do całkowitego wyjaśnienia sprawy. Nie wywieziono naszych rodzin na Sybir, ponieważ w sprawę byli wmieszani chłopcy z rodzin oficerów radzieckich, w tym syn dowódcy lotniska.
Rodzice dosyć jeszcze długo czuli się niepewnie w swoich domach. Ale nasza wojna polsko-rosyjska pomimo to odbyła się w maju 1940 roku. Teren bitwy przez naszych wodzów został wyznaczony pomiędzy ulicą Kawaleryjską a ulicą Południową. Był to dosyć duży teren niezabudowany, z krzakami i kilkoma drzewami. Na tym terenie przed bitwą zostały wykopane okopy i zgromadzone odpowiednie zapasy materiałów potrzebnych do prowadzenia wojny. Okopy od strony przeciwnika były zamaskowane krzakami jałowca i innymi gałązkami. Bitwa rozpoczęła się około godziny dwunastej, wojska z obu stron ruszyły do ataku. Nie wiem, jak ta wojna by się skończyła, gdyby nie autentyczne wojska radzieckie, które wkroczyły na pole walki i rozpędziły młodzież. Tak wiec ponad półroczne przygotowania zakończyły się remisem, bez pokonanych i zwycięzców. Większość rodziców musiała podpisać zobowiązania o odpowiednim pilnowaniu swoich dzieci. Okazało się później, że niektórzy oficerowie musieli pożegnać się z Polską i powrócić do swoich domów w ZSRR, a niektóre rodziny wojowników polskich wywiezione zostały na Sybir. Myślę dziś, że nie był to jednak podstawowy powód wywiezienia. Do końca pobytu władz radzieckich na ziemiach polskich zawsze były antypatie pomiędzy młodzieżą radziecką i polską, ale nie dochodziło już do "wojen" ani w naszej, ani w innych dzielnicach Białegostoku.
W ramach walki ideologicznej część naszego podwórka przy ulicy Horodniańskiej 14 od strony ulicy Zielonej zagrodzono i postawiono dużą wiatę, w której zaczęto wyświetlać różnego rodzaju filmy oraz organizować różnego rodzaju pogadanki i dyskusje. W zasadzie były tu dwie atrakcje: filmy, które oglądaliśmy za darmo, i słuchanie wypowiedzi różnych ludzi, a potem dyskusja. Młodzież przychodziła tam bez żadnych nakazów, bardzo chętnie. Oczywiście propaganda była wybitnie proradziecka. W dyskusjach tych pamiętam takie tematy jak narodziny świata i wszechświata, istnienia Boga, spraw dotyczących religii. Niektóre tematy poruszane w dyskusji były "tabu" zarówno w szkole jak i w domu. Przez całe dwa lata pobytu władz radzieckich ten klub na świeżym powietrzu działał bez przerwy, nawet w bardzo zimne wieczory. W zimie paliły się koksowniki i można było dostać gorącej herbaty. Niektórzy rodzice nie pozwalali swoim dzieciom przychodzić do tego kina dyskusyjnego ze względu na ujęcie tematów religijnych. Moja matka nie broniła mi, a ojca już nie miałem. W maju 1940 roku, kiedy miałem dziesięć lat, ojciec mój przeziębił się i jak się później okazało, na skutek złego rozpoznania choroby przez lekarza rejonowego zmarł w szpitalu. W szpitalu zdiagnozowano "ropę w boku", było już jednak za późno na uratowanie życia. Była to pierwsza choroba mojego ojca, zmarł przeżywszy pięćdziesiąt pięć lat. Humorystycznie można dodać, że jak raz zabolał go ząb, poszedł do dentysty i kazał mu go wyrwać, chociaż dentysta nie widział ku temu powodu. Matka później opowiadała, że dwa lub trzy razy stawiała ojcu bańki i to były wszystkie choroby, jakie mój ojciec w życiu przeszedł.
Moje siostry Jadzia i Halina od 1940 roku pracowały jako kelnerki w restauracji na dworcu głównym w Białymstoku. Tu poznały chłopców: Rudka i Edka, których później poślubiły – Jadzia Rudka na Wielkanoc 1941, a Halka, mając zaledwie siedemnaście lat, poślubiła Edka jesienią 1941 roku. W czasie okupacji radzieckiej (wrzesień 1939 – czerwiec 1941), w tym samym budynku mieszkały moje siostry – najstarsza, Janina, z rodziną i Julia z rodziną.
Nadszedł 20 czerwca 1941 roku, ulicą Kawaleryjską w kierunku Warszawy bez przerwy, dzień i noc, szły i jechały wojska radzieckie, niezliczone oddziały wojska maszerującego piechotą i na samochodach oraz masa różnych typów czołgów. Nikt z sąsiadów, wojskowych lotników, nie wiedział, dlaczego te wojska przemieszczano na zachód. Mówili jedynie, że chyba stosunki radziecko-niemieckie się popsuły, bo samolot linii niemieckich, który przylatywał codziennie do Białegostoku, od kilku dni przestał przylatywać. 22 czerwca w niedzielę około godziny czwartej nad ranem na niebie nad Białymstokiem rozgorzała bitwa powietrzna. Oglądaliśmy ją wspólnie z rodzinami wojskowych lotników. Oficerowie radzieccy twierdzili, że to są manewry. Dopiero około godziny 5.30 ogłoszono alarm i wszyscy wojskowi pogonili do swoich jednostek, a po piętnastu minutach przyleciały już bombowce niemieckie, których pierwszymi celami były: lotnisko, koszary wojskowe i dworzec główny. Podobno niewielu samolotom z lotniska w Białymstoku udało się wystartować.
Ja miałem tego dnia więcej atrakcji, bo był to dzień, w którym przystępowałem do Pierwszej Komunii. Mieszkałem na Nowym Mieście, do kościoła farnego Najświętszej Marii Panny było około 5 kilometrów drogi. Trzeba było pokonać ulice: Horodniańską, część Kawaleryjskiej, całą Swobodę, całą Mazowiecką i całą Suraską oraz rynek. Wyszliśmy z domu o godz. 8.30, do kościoła mieliśmy dotrzeć na mszę i Komunię o dziesiątej. Dotarliśmy dopiero około jedenastej, po drodze kilkanaście razy zmuszeni byliśmy chować się przed bombardującymi samolotami niemieckimi, które latały nisko, bo nie było żadnej obrony, ani artylerii, ani samolotów radzieckich. Niebo było opanowane przez samoloty niemieckie. Tego dnia Komunia odbywała się bez przerwy od dziesiątej do czternastej, ponieważ młodzież z pobliskich wsi nie mogła dotrzeć do kościoła na czas.
I tak w czasie jednego dnia władza radziecka w Białymstoku przestała istnieć. Już w poniedziałek w godzinach popołudniowych zaczęto rozbijać sklepy, które były wówczas wyłącznie państwowe. We wtorek rozbijanie sklepów dotarło do Nowego Miasta, zaczęto również otwierać domy w jednostkach wojskowych byłego 10. Pułku Ułanów oraz budynki na lotnisku, jak również mieszkania w budynkach koło lotniska, zamieszkałych przez rodziny lotników wojskowych. Moja matka i siostry nie wychodziły z domu, mnie też nie pozwalały. Dopiero we wtorek po południu moi koledzy wyciągnęli mnie z domu.
Niedaleko mojego miejsca zamieszkania, na ulicy Kawaleryjskiej był sklep z artykułami tytoniowymi. Kiedy z kolegami dochodziliśmy do tego sklepu, trzech mężczyzn rozbiło jego drzwi i my jako pierwsi weszliśmy do środka. Na zapleczu znaleźliśmy worki, do których zaczęliśmy pakować papierosy najlepszych marek, to znaczy te, które kosztowały najwięcej. Papierosy zapakowane w worki wynosiliśmy do pobliskiego lasu, chowając je w krzakach. Z czasem ludzi szabrujących w sklepie przybywało coraz więcej. Po około dwóch godzinach w sklepie tytoniowym były pustki, jedynie trochę podeptanych papierosów leżało na ziemi. Ja wyniosłem do krzaków sześć worków, cztery z papierosami, a dwa z tytoniem i "koroszkami"[18]. Teraz trzeba było zapakowane worki przetransportować do domu. Papierosy są lekkie, ale już worek pełen papierosów lekki wcale nie był. Kilkaset metrów, jakie dzieliły mój dom od krzaków, musiałem pokonywać z kilkoma odpoczynkami. Po dostarczeniu pierwszego worka do domu wziąłem wózek na czterech kółkach, który mój ojciec używał do wożenia gałęzi z lasu. Zrobiłem nim dwa kursy i papierosy znalazły się w domu.
Okazało się potem, że papierosy i tytoń stały się w pierwszym okresie okupacji niemieckiej pierwszorzędnym towarem wymiennym – wymieniano je na przykład na żywność. Wszystkie sklepy z żywnością zostały rozgrabione, a Niemcy wcale nie mieli zamiaru martwić się o ludność polską ani o to, co ona będzie jadła ani skąd weźmie żywność. Za papierosy i tytoń moja matka kupowała prowiant od ludzi, którzy go posiadali z rozbitych sklepów lub od chłopów z pobliskich wiosek. W środę razem z kolegami poszedłem na szaber do bloków mieszkalnych rodzin lotników. Stworzyłem z moim kolegą Wieśkiem duet szabrowniczy: jeden pilnował wózka, drugi szedł do mieszkania i wyszukiwał przedmioty, które chciał zabrać do domu. Jeden kurs wózkiem był mój, a drugi Wieśka. Do końca dnia przywiozłem do domu: duży, rozsuwany, fornirowany stół pokojowy, do niego cztery krzesła z siedzeniami ze skóry, nowoczesny odbiornik radiowy marki Moskwa i dwa obrazy olejne oraz kanapę. W celu przewiezienia tych rzeczy wykonaliśmy trzy kursy, tyle samo kursów wykonaliśmy z rzeczami dla Wieśka. Dotychczas wszystkie meble w naszym mieszkaniu były wykonane przez mojego ojca. Teraz, po moim szabrze, cały pokój miał ładne, nowoczesne meble.
W czwartek na Nowym Mieście nie było już czego szabrować. Przyjechał wtedy w odwiedziny przyszły mąż mojej siostry Halki, Edek, który powiedział, że w mieście jest jeszcze szereg sklepów, w których znajdują się różne towary. Matka zgodziła się, abym poszedł z Edkiem, ale okazało się, że do szabrowania zostało już niewiele. Dwa sklepy: duży dom towarowy na ulicy Lipowej oraz sklep z porcelaną i naczyniami szklanymi na ulicy Sienkiewicza były w trakcie szabrowania. Ze sklepu z porcelaną wzięliśmy kilka opakowań, nie zaglądając, co tam się znajduje. Po rozpakowaniu, już w domu, okazało się, że w dwóch paczkach były komplety śniadaniowe z ładnej, malowanej ręcznie porcelany, a w pozostałych trzech były komplety: kieliszki i karafka. Z domu towarowego zdobyliśmy z działu zabawek komplety do montażu urządzeń – taki "mały mechanik", poza tym lalki i misie. Ten nasz łup przynieśliśmy aż na Nowe Miasto. Do domu Edka nie mogliśmy go zanieść, bo jego ojciec absolutnie na takie wyskoki nie pozwalał.
Rankiem w piątek pierwsze oddziały wojsk niemieckich weszły do Nowego Miasta. Kiedy po przejściu oddziałów zwiadowczych ulicą Kawaleryjską zaczęły wkraczać zwarte oddziały niemieckie, dwóch żołnierzy sowieckich, ukrytych w krzakach przy drodze, otworzyło ogień z karabinu maszynowego. Zanim ich zabito, zdołali oni zabić ponad stu Niemców. Działo się to w odległości dwóch kilometrów od naszego domu. Po powtórnym sformowaniu w szyk marszowy oddziały te zostały zaatakowane z drzewa obok naszego podwórka, znowu z karabinu maszynowego. Strzelec zabił kilkunastu Niemców. Niemcy, zastrzeliwszy żołnierza sowieckiego, ruszyli na pobliskie domostwa, w tym i nasze, zabierając wszystkich mężczyzn. Wówczas zabrano moich szwagrów, Zygmunta i Józka, oraz Edka, który u nas nocował. Zabrano z okolicy około osiemdziesięciu mężczyzn, zaprowadzono ich do pobliskiego wykopu, z którego wydobywano żwir do budowy lotniska; był on na skraju lasku, na ulicy Kawaleryjskiej. Wykop obstawiono kilkoma karabinami maszynowymi. Wojska niemieckie poszły dalej na wschód, czyli w kierunku miasta. Około godziny dwunastej przyjechał do wykopu motocyklista, coś powiedział Niemcom pilnującym mężczyzn, oni kazali wychodzić z wykopu i iść w kierunku koszar byłego 10. Pułku Ułanów. W koszarach zamknięto ich w budynku pilnowanym przez wartowników. Na szczęście Edka zauważył jego kolega ze szkoły, który był teraz niemieckim oficerem. Przyszedł do niego, kiedy byli już w budynku, i powiedział, aby zgłosił się do roboty murarskiej. Edek wyjaśnił, że jest ich trzech z rodziny. Kiedy Niemcy szukali murarzy, zgłosili się wszyscy trzej, a znajomy oficer doprowadził ich do dziury w płocie koszar i powiedział:
– A teraz zmykajcie, każdy w swoją stronę!
Moi szwagrowie do domu dotarli po północy. Pozostałych mężczyzn wywieziono do Niemiec, wielu z nich nigdy nie powróciło do domu.
Na początku ulicy Mazowieckiej niemieckie oddziały zmotoryzowane, wkraczając do miasta, napotkały grupę ludzi z różami, witającą wkraczające wojska. Oddziały nie zatrzymały się, kilkoro z witających zostało po prostu przejechanych. Jak się później okazało, była to grupa Żydów. Za Rynkiem Siennym, między halą targową a kościołem farnym, wzdłuż ulicy Suraskiej, była dzielnica żydowska (biedoty żydowskiej), w jej centrum stała bóżnica. Pierwszego dnia Niemcy prawie wszystkich mieszkańców tej dzielnicy zagonili do bóżnicy. Obstawili ją karabinami maszynowymi, a następnie podpalili. Jeżeli ktokolwiek chciał uciekać, strzelano z karabinów maszynowych. Kiedy bóżnica dogorywała, podpalono całą dzielnicę, która spłonęła doszczętnie. I tak – prawie bez walki – Rosjan zmienili Niemcy. Białystok włączono do III Rzeszy, szkoły były tylko dla Niemców, młodzież polska została pozbawiona możliwości nauki.
Niedługo po tym, jak weszli Niemcy, moja siostra Halina wyszła za mąż za wcześniej wspominanego Edka. Było to jeszcze na Nowym Mieście, potem się przeprowadziliśmy. Zamieszkaliśmy przy ulicy Mazowieckiej nr 30, budynek przylegał z jednej strony do ulicy Cieszyńskiej, a podwórko do ulicy Bema. Była to dzielnica Piaski w centrum miasta. Mieszkanie składało się z dwóch pokoi i kuchni, miało bieżącą wodę i światło elektryczne. Ubikacja była na podwórku, w drewnianym budyneczku, w którym były też pomieszczenia na drewno, węgiel lub na chowanie zwierzaków. Ubikacja była wielostanowiskowa, za mojej pamięci stanowiska nie były od siebie odgrodzone. Po lewej stronie dla kobiet, po prawej dla mężczyzn. Podłoga tej ubikacji znajdowała się nad dołem kloacznym. Wchodząc do ubikacji, zawsze się bałem, aby podłoga nie zarwała się pode mną. Było to miejsce najbardziej przeze mnie nielubiane, szczególnie zimą, kiedy mróz dochodził do 30 stopni. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, z balkonem wychodzącym na ulicę Mazowiecką.
W tym czasie w Białymstoku ludności katolickiej było około 40%, wyznania mojżeszowego około 50%, a pozostałe 10% stanowili prawosławni i ewangelicy. Stąd i sąsiedzi byli to w dużej mierze Żydzi. Kolegowanie się z Żydami nie było mile widziane przez innych, dlatego grupy młodzieży polskiej i żydowskiej trzymały się osobno.
W moim najbliższym otoczeniu była grupa chłopców pod dowództwem o dwa lata starszego Wieśka, jego zastępcą był o rok starszy Heniek, a cała grupa liczyła ze mną jedenastu chłopców. W grupie tej była hierarchia, ja musiałem odpowiednio się ustawić. Nasz przywódca nakazał, aby ci, którzy chcą być ustawieni wyżej ode mnie, spróbowali się siłowo. Z rywalizacji odpadło sześciu, którzy nie mieli ochoty walczyć, uznając mnie za silniejszego. Pozostało poza wodzem, Wieśkiem, trzech, w tym zastępca – Heniek. Wyznaczono terminy moich spotkań siłowych z dwoma członkami naszej grupy, bez Heńka, ponieważ był zastępcą. Obie wyznaczone walki rozstrzygnąłem na swoją korzyść. Tak więc po niedługim czasie byłem trzecim, po Wieśku i Heńku, w naszej grupie. Miejsca tego trzeba było pilnować, nie wolno było dać się zepchnąć, oczywiście na zasadzie siłowej. Miałem jeszcze jedną przewagę nad swoimi nowymi kolegami, miałem zabawkę "Dużego konstruktora maszyn i urządzeń". Wszyscy moi koledzy bardzo chętnie przychodzili do mnie, aby składać odpowiednie maszyny i urządzenia. Zestawów tych zabawek miałem chyba cztery, toteż starczało ich dla kilku monterów. Któregoś razu przy takiej zabawie doszło do sporów pomiędzy mną a Heńkiem. Ponieważ nie mogliśmy dojść do porozumienia na drodze pokojowej, Heniek wyzwał mnie na pojedynek – bójkę na pięści. Poszliśmy na nasz plac zabaw, gdzie doszło do walki. Walka trwała kilka minut, po jednym z moich dobrze ulokowanych ciosów twarz Heńka zalała się krwią, a on zaczął płakać. Wiesiek, nasz wódz, przerwał walkę, uznając Heńka za pokonanego, potem mianował mnie swoim zastępcą. Heniek, z mocno podbitym okiem i rozbitym nosem, był smutny, ale z czasem stał się jednym z lepszych moich kolegów.
Ponieważ żaden z nas nie chodził do szkoły, to większość czasu spędzaliśmy w naszej grupie. Graliśmy w piłkę nożną, handlowaliśmy, najczęściej papierosami, niektórzy z mojej grupy próbowali szczęścia w drobnych kradzieżach kieszonkowych na Rynku Siennym i halach targowych, gdzie był nasz teren. Tutaj muszę dodać, że wśród młodzieży w naszym wieku miasto było podzielone na dzielnice. Można było się poruszać swobodnie jedynie po swojej dzielnicy, kiedy trzeba było pójść do innej, to trzeba było być przygotowanym na lanie lub pieniężny okup. Z tego obowiązku byli zwolnieni jedynie mieszkańcy dzielnicy Piaski. Było to centrum miasta i wszyscy z różnych dzielnic musieli tu przychodzić. W przypadku łagodnego ich traktowania my mogliśmy chodzić po wszystkich dzielnicach miasta bez okupu, nie obawiając się lania ze strony przeciwników. Wystarczyło powiedzieć: "Jestem z Piasków" i podać swój adres, aby napastnicy odstąpili od złych zamiarów.
Moja rodzina, widząc niezbyt dobre moje wychowanie przez kolegów i ulicę, postanowiła, że pójdę do fabryki, w której, aby wyuczyć się fachu, pracowali moi szwagrowie, Rudek i Edek, oraz ich ojcowie. Rudek i Edek pracowali jako tkacze, Edka ojciec też pracował jako tkacz, ale na specjalnym warsztacie produkującym dywany, a ojciec Rudka był majstrem oddziału tkalni i przędzalni. Tak więc po skończeniu dwunastu lat, w połowie roku 1942 poszedłem do fabryki, w której zostałem zatrudniony jako uczeń tkacki. Zatrudnienie było nieobowiązkowe, ale za zgodą władz fabryki.
Pierwsze wrażenia, jakie odniosłem w hali fabrycznej, były i zostały na zawsze niezatarte. Kilka fabryk włókienniczych z okresu przedwojennego połączono w jeden kombinat włókienniczy, znajdował się on przy ulicy Warszawskiej, na skraju miasta w części północno-zachodniej. Budynek, w którym miałem rozpocząć naukę, był kilkupiętrowy (chyba trzypiętrowy). Na parterze i pierwszym piętrze mieściły się tkalnie, na drugim tkalnia z warsztatami do wykonywania dywanów, na trzecim przędzalnia i wykańczalnia materiałów. Tkalnia, w której miałem rozpocząć naukę, znajdowała się na pierwszym piętrze. Była to olbrzymia hala, w której były ustawione dwa rzędy warsztatów tkackich, zwróconych do siebie przodami. Napędzane były na przemian, jeden z tak zwanej linii transmisyjnej[19]. Pojedynczy warsztat tkacki wymiarowo zajmował około trzy i pół metra długości i dwa i pół metra szerokości. Pomiędzy warsztatem tkackim a ścianą było około półtora metra przestrzeni. Po obu stronach hali ściany boczne były wyposażone w duże okna. Wyglądały jak jedno wielkie okno podzielone na małe okienka. Pomiędzy warsztatami tkackimi były odstępy około jednego metra, odległość taka była potrzebna do poruszania się robotników obsługujących warsztaty. Pośrodku hali był odpowiedni odstęp pomiędzy warsztatami, potrzebny do transportu wielkich szpuli z osnową, które co jakiś czas trzeba było wymieniać w warsztatach tkackich, jak też do przewożenia wytworzonych materiałów. Droga ta miała około trzech metrów szerokości. Tak więc cała szerokość hali miała około piętnaście metrów. Długość hali miała około pięćdziesięciu metrów, było w niej około stu warsztatów tkackich.
Warsztat, pracując, musiał przesunąć czółenko z lewej strony na prawą pomiędzy włóknami osnowy, odległość jaką musiało pokonać czółenko wynosiła około trzech metrów. W tym celu trzeba było nadać mu odpowiednią szybkość. Czółenko było uderzane odpowiednim bijakiem z taką siłą, aby przeleciało trzy metry, pokonało opory szufladki startowej i opory szufladki docelowej. Tak duża siła uderzenia wytwarzała potężny huk. Mnożąc ten huk przez sto warsztatów, można sobie wyobrazić, jak głośno było w takiej hali. Był to szok dla takiego "wielkiego" człowieka, jakim ja wtedy byłem. Wszystko się ruszało! W ciągłym ruchu było: pięćdziesiąt pasów przenoszących napęd z transmisji na koła napędowe warsztatów tkackich, czółenka, śmigające z jednej na drugą stronę warsztatu, szafty[20], poruszające się w dół i w górę. Sterowanie tym ruchem odbywało się przez listwy z odpowiednimi dziurkami (otworami). Listwy te połączone były ze sobą odpowiednio długą, zamkniętą taśmą[21], tworząc ruch powtarzalny.
Pierwsze dni mojego pobytu w fabryce były trudne, byłem przerażony. Ale po tygodniu zacząłem orientować się w skomplikowanej technice, a i hałas zdawał się być mniejszy. Zaczynałem rozumieć, co do mnie mówią inni. Po dwóch tygodniach byłem już na tyle zapoznany z pracą warsztatu tkackiego, że mój nauczyciel, szwagier Edek, mógł mnie zostawić samego, pracującego na dwóch warsztatach. Byłem atrakcją całej hali tkackiej: dwunastoletni chłopak pracujący samodzielnie na dwóch warsztatach. W ciągu tych dwóch tygodni przechodziłem również chrzest robotniczy wśród młodzieży czternasto-, szesnastoletniej. Stopniowo zostałem przyjęty do ich grupy; oczywiście musiałem postępować podobnie jak oni. W miejscu zamieszkania moje kontakty z kolegami ograniczały się do niedziel, bo cały tydzień pracowałem po jedenaście godzin, od szóstej rano do piątej po południu, a kiedy już wróciłem z fabryki, to byłem tak zmęczony, że nic już mnie nie interesowało.
Po kilku miesiącach pracy na warsztacie tkackim zajęcie to stawało się coraz bardziej nudne; czynności powtarzały się, nie było nic nowego. Na naszym piętrze znajdował się niewielki warsztat mechaniczny, który zajmował się drobnymi naprawami warsztatów tkackich i krosien. Pracowało tam trzech dorosłych i dwóch chłopców trochę starszych ode mnie. Bywałem u nich w przerwie śniadaniowej, zaprzyjaźniłem się z jednym z chłopców. Majster tego warsztaciku zaczął mnie namawiać, abym przeszedł na naukę do niego. W warsztacie tym znajdowała się tokarnia, frezarka, szlifierka, wiertarka, piła do metali i warsztaty do obróbki ręcznej. Po rozmowie w domu moja rodzina zgodziła się, abym przeszedł na naukę do warsztatu mechanicznego. Teraz musiałem nauczyć się obsługiwać maszyny do obróbki metali, jak również obróbki przy pomocy narzędzi ręcznych. Po miesiącu byłem już najlepszym robotnikiem z trójki młodzieżowej, chociaż moi koledzy byli ode mnie starsi, jeden o dwa, a drugi o trzy lata. Majster naszego warsztatu twierdził, że mam wrodzone predyspozycje do pracy przy obróbce metali. Być może pracowałbym w tym zawodzie dłużej, gdyby nie kontrola kierownictwa fabryki, która stwierdziła, że absolutnie nie mogę pracować przy maszynach, bo jestem za młody. Brakowało mi półtora roku do czternastu lat, które trzeba było mieć, aby tam pracować.
I tak, po około czterech miesiącach pracy w warsztacie mechanicznym, musiałem odejść, chociaż praca i towarzystwo bardzo mi odpowiadały. Na naradzie moich szwagrów i ich ojców zdecydowano, że przejdę do pracy w wykańczalni materiałów, gdzie będę uczyć się następnego zawodu – "rejgara"[22]. W tym dziale pracowały wyłącznie kobiety, ja jedyny wśród nich byłem mężczyzną. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie moi koledzy, których w fabryce miałem sporo. Ich wypowiedzi nie będę przytaczał, w każdym razie nie były one miłe. Na samym początku mojej pracy jako "rejgar" nie byłem zadowolony, chociaż pani kierowniczka działu starała się zainteresować mnie nowym zajęciem. Bez przerwy myślałem, co tu zrobić, aby tę pracę zmienić. Z pomocą przyszli moi koledzy z miejsca zamieszkania. Dwóch kolegów z naszej paczki w kwietniu 1943 roku kończyło czternaście lat. Władze okupacyjne wymagały, aby zgłosić się w Arbeitsamt[23] i wyrobić odpowiednie dokumenty – paszport i kartę pracy. Moi koledzy namówili mnie, abym zgłosił się z nimi do tego urzędu. Jak pomyśleliśmy, tak i zrobiliśmy. W urzędzie pracy powiedziałem o zaginięciu mojej metryki urodzenia w czasie frontu, urzędnicy nie byli dociekliwi, wypisali dla mnie odpowiednie dokumenty. Przez ten fakt stałem się o rok starszy, miałem ukończone czternaście lat i miałem obowiązek podjęcia pracy. Wszyscy trzej zgłosiliśmy się do kombinatu włókienniczego nr 2, który mieścił się w dzielnicy o nazwie Biały Stoczek.
Cały teren fabryki był położony na terenie getta białostockiego. Były do niego dwa wejścia: od strony getta dla Żydów i od strony miasta dla pozostałych pracowników. Getto w Białymstoku powstało na przełomie lat 1942 i 1943. Zamknięto tam ponad pięćdziesiąt tysięcy Żydów, granicami getta były ulice Lipowa, Sienkiewicza i ulice w Białym Stoczku. Teren ten był w około jednej ósmej częścią miasta. Cała ludność Białegostoku liczyła wówczas około sto tysięcy ludzi. Z okresu powstawania getta przypomniał mi się następujący epizod. Żydzi w bardzo krótkim czasie musieli opuścić swoje mieszkania i przeprowadzić się. Ponieważ w getcie było znacznie mniej miejsca, niewiele swoich rzeczy mogli zabrać ze sobą. W opuszczonych mieszkaniach pozostawało wiele rzeczy, które wywoziły potem specjalne grupy robotników, nadzorowane przez Niemców, w odpowiednie miejsca, gdzie je sortowano. Lepsze rzeczy wywożono chyba do Niemiec, a pozostałe niszczono. Mieszkania i domy zostawały puste, można było je zajmować po uzyskaniu zgody od władz miejskich. Nie było jednak tylu chętnych, większość tych mieszkań stała pusta. Mieszkania i domy po Żydach z czasem były dewastowane przez ludzi; zabierano z nich materiały na różne cele – na budowę komórek, naprawę własnych mieszkań, wreszcie belki i deski na opał.
Ponieważ z opałem było trudno w tym czasie, i ja wybrałem się do opuszczonych domów, aby zdobyć trochę drewna. W czasie odrywania desek z podłogi znalazłem pod nimi trzy paczki zapakowane w papier. Wewnątrz nich były cienkie arkusiki o wymiarach około trzydzieści na trzydzieści centymetrów, w kolorze złotym. Po pokazaniu swego znaleziska kolegom wspólnie z nimi doszedłem do wniosku, że jest to tak zwane "sreberko" koloru złotego do zawijania czekoladowych cukierków. Ponieważ zbliżały się święta Bożego Narodzenia, część tego sreberka rozdałem kolegom, aby mogli pozawijać cukierki, które miały ozdabiać choinkę. Sąsiad, który mieszkał przez ścianę z nami i miał syna w moim wieku, powiedział ojcu, że ja mam ładne złotko i że on chce trochę go ode mnie kupić. Zamieniłem z tym sąsiadem część złotka na cukierki. Cukierki te pozawijałem i obwiesiłem nimi choinkę. W czasie świąt mój starszy brat[24] Tosiek (Antoni) zainteresował się cukierkami zawiniętymi w złotko przypominające złoto. Po otrzymaniu ode mnie wyjaśnień, poprosił, abym pokazał arkusiki znalezione pod podłogą. Po świętach, u znajomego jubilera stwierdził, że arkusiki, których mnóstwo rozdałem swoim kolegom, były ze szczerego dwudziestoczterokaratowego złota. Takiej złotej folii do dnia dzisiejszego używa się do złocenia ołtarzy kościelnych, dzieł sztuki i ram w muzeach. To, co pozostało z tych złotych arkuszy, ważyło prawie sześćset gramów (było to około jednej dziesiątej całości znaleziska). Znalazłem więc około trzy kilogramy szczerego złota, a ponieważ była to specjalna folia, wartość jej była znacznie wyższa niż wartość zwykłego złota. Te trzysta gramów, które starszy brat wziął ode mnie, poszła na jakieś cele, ale nigdy nie dowiedziałem się od brata, na jakie.
Rozpocząłem, wspólnie z kolegami, nową pracę. Ponieważ już pracowałem na warsztatach tkackich, po trzech dniach majster dał mi do obsługiwania dwa warsztaty. Praca na nich była nieco bardziej skomplikowana, bo materiał tu produkowany był lepszej jakości i o bardziej zaawansowanej kolorystyce. Moje poprzednie doświadczenie fabryczne stawiało mnie w komfortowej sytuacji w porównaniu do moich kolegów, z którymi przyszedłem tu do pracy. W fabryce pracowało mniej więcej tylu samo Żydów i pozostałych pracowników. W getcie brakowało wszystkiego, ale przede wszystkim żywności. Żydzi z getta mogli wychodzić jedynie za specjalną przepustką lub grupowo, pod nadzorem policji, do pracy poza gettem. Prawie wszyscy pracownicy niebędący Żydami przynosili żywność (śniadanie) w większej ilości celem dzielenia się pożywieniem, mniejsza część z nich oddawała je za pieniądze. W drugiej połowie 1943 roku getto białostockie miało być zlikwidowane, Żydzi mieli być wywiezieni do Oświęcimia i Treblinki[25]. Nakazu władz, aby zgłaszać się przy bramach, nie wszyscy mieszkańcy getta posłuchali. Wybuchło w nim powstanie, które trwało co prawda tylko kilka dni, niemniej jednak Żydzi stawili opór władzom okupacyjnym na tyle, na ile było ich stać. O powstaniu tym mało kto w Polsce słyszał, tak jak i o spaleniu wielu Żydów w bóżnicy w czasie wkroczenia Niemców do Białegostoku.
Być może pracowałbym w tej fabryce do końca okupacji, gdyby nie następujący fakt. W miejscu zamieszkania na ulicy Mazowieckiej 29 lub 31 działała komórka AK[26], byli to ludzie w wieku osiemnastu – trzydziestu lat. Zlecali nam, młodzieży dwunasto-, piętnastoletniej, pewne zadania, takie jak: przeniesienie przesyłki pod wskazany adres, rozlepianie ogłoszeń i tym podobne. Któregoś dnia pod koniec 1943 roku poproszono mnie i mojego kolegę Heńka, abyśmy rozwiesili plakaty. Dano nam po 50 marek i kazano mówić, gdyby nas złapano, że dwóch panów dało nam 50 marek i za te pieniądze mieliśmy rozwiesić plakaty. Oczywiście tych panów nie znamy. Rozwieszaliśmy plakaty już kilka razy, zawsze kończyło się to szczęśliwie. Tym razem nie miałem szczęścia, patrol niemiecki przyłapał mnie na gorącym uczynku. Kolega stał na czatach, Niemcy wyszli jednak z bocznej ulicy i Heniek nie zdążył mnie ostrzec. Zostałem zaprowadzony na komisariat gestapo, gdzie zaczęto mnie przesłuchiwać, początkowo bardzo grzecznie, ponieważ jednak powtarzałem jak papuga wyuczone zeznanie, Niemcy w czasie przesłuchań zaczęli używać pejcza skórzanego i gumowej pałki. Po trzech takich przesłuchaniach plecy, tyłek, uda i dłonie były znacznie powiększone na skutek spuchnięcia.
Heniek zawiadomił moją matkę o tym, że jestem aresztowany. Mój brat następnego dnia po moim aresztowaniu z samego rana poszedł do znajomego majora SS[27], który zaopatrywał się u mojej matki w mięso, masło, jajka i inne artykuły spożywcze. Brat naświetlił mu moją sprawę, a major obiecał pomoc. SS wystąpiła do gestapo o przekazanie więźnia, to znaczy mnie, w celu dalszego prowadzenia śledztwa. Zostałem przewieziony do SS i tu jeszcze przez dwa dni byłem przesłuchiwany, ale już bez bicia – były to przesłuchania trochę pro forma. Po dwóch dniach pobytu w SS zostałem zwolniony, oczywiście dzięki zaprzyjaźnionemu majorowi.
Przy tym zdarzeniu wydało się moje oszustwo odnośnie wieku, brat musiał trochę pochodzić po urzędach niemieckich, aby odkręcić mój przekręt. W marcu 1944 roku kończyłem faktycznie czternaście lat, procedurę wyrobienia karty pracy i dokumentu osobistego musiałem przejść od nowa. Po otrzymaniu dokumentów zacząłem pracować w stolarni, która mieściła się przy ulicy Cieszyńskiej, teren fabryki mieścił się naprzeciwko mojego domu. Fabryka była przeznaczona do maszynowej produkcji mebli. W chwili, kiedy zacząłem w niej pracę, mebli prawie nie robiono, główną produkcją były drewniane skrzynie na amunicję, robiono też inne produkty dla wojska, między innymi trumny. W fabryce uczyłem się obróbki drewna na maszynach do tego przeznaczonych: heblarkach, piłach taśmowych, piłach tarczowych, sklejarkach i tym podobnych. Praca była dobra z dwóch powodów: po pierwsze zakład był położony bardzo blisko miejsca mojego zamieszkania, a po drugie dyrektor tej fabryki był klientem mojej matki, zaopatrywał się u niej w żywność. Ponieważ dyrektor miał dużą rodzinę i bardzo często kupował u mojej matki, stałem się głównym jego zaopatrzeniowcem. Zostałem zwolniony z odbijania karty pracy i miałem stałą przepustkę na wyjście z fabryki w czasie dnia pracy. Tak więc w zasadzie pracowałem, kiedy chciałem.
Przydawało mi się to, aby odpocząć po nocnych wojażach. Od prawie roku na dworcu w Białymstoku zaostrzono rewizje przywożonych pakunków, żywność też była niedozwolonym towarem. Jeśli zatrzymano kogoś z większą ilością żywności, szczególnie mięsa, to w najlepszym razie zabierano całą, a bardzo często zatrzymywano przewożącego. Handlujący mięsem, w tym i moja matka, aby uniknąć wpadki, przygotowywali w odpowiedni sposób paczki z mięsem i w umówionym miejscu, kilka kilometrów przed dworcem, paczki wyrzucano z pociągu. Ponieważ w okolicach Białegostoku działało kilka różnych partyzantek, Niemcy bardzo rzadko opuszczali miasto w nocy. Można więc było w ten sposób omijać dworzec kolejowy. Wymagało to jednak znacznego wysiłku fizycznego i odwagi, bo w nocy nie wolno było się poruszać po mieście. Nasze miejsce spotkania z paczkami było wyznaczone około 8 kilometrów od dworca, znakiem rozpoznawczym do zrzucenia paczek była budka dróżnika. Po odszukaniu paczek musieliśmy (ja i moi szwagrowie Józek i Zygmunt[28]) pod osłoną nocy przenieść paczki z miejsca zbiórki do domu. Był co prawda zakaz poruszania się, ale w nocy chodziło znacznie mniej patroli policyjnych. Paczki ważyły nieraz około 30 kilogramów na jednego, taką ilość trzeba było przenieść 8 kilometrów. Matka i moje siostry przyjeżdżały na dworzec w Białymstoku z niewielką ilością żywności, o takie ilości Niemcy w zasadzie nie mieli pretensji, a jeśli nawet zabrali ją, nie była to wielka strata. Pociąg przyjeżdżał około drugiej nad ranem, musiały na dworcu odczekać do piątej i dopiero wtedy szły do domu. Najczęściej my z paczkami byliśmy już w domu.
Jak z powyższego wynika, opisane dwa lata okupacji niemieckiej dały mi nie najgorszą życiową naukę. Co prawda do szkoły nie chodziłem, ale nauczyłem się kilku zawodów, w tym handlowania towarami zakazanymi. Z perspektywy czasu myślę, że te dwa lata dały mi więcej doświadczenia życiowego niż niejedna szkoła.
Nadszedł lipiec 1944 roku, front wschodni zbliżał się coraz bardziej. Częściej były słyszalne odgłosy armat i samolotów sowieckich bombardujących miasto. Pod koniec lipca częstotliwość nalotów i ich siła oddziaływania była tak wielka, że ludność Białegostoku zaczęła uciekać z miasta do znajomych i krewnych zamieszkałych na wsi. Również cześć mojej rodziny wyjechała na wieś. Siostry Janina, Julia i brat Antoni z rodzinami wyjechali do miejscowości, z którymi handlowaliśmy, około 60 kilometrów od Białegostoku. Ja z matką wyjechałem na wieś do jej rodziny. Wioska nazywała się Pomygacze, znajdowała się 14 kilometrów od Białegostoku. W mieście zostały siostry Halina i Jadwiga z rodziną. Po kilku dniach pobytu w Pomygaczach moja matka doszła do wniosku, że musi pójść do domu zobaczyć co z Halką i w ogóle, co tam słychać. Obiecała mi, że wieczorem wróci na wieś. Minęły dwa dni, a matka nie wracała.
Niemcy natomiast zarządzili w Pomygaczach zbiórkę mężczyzn od lat czternastu do sześćdziesięciu pięciu. We wsi było bardzo dużo ludności z Białegostoku. Ciotka i wuj stwierdzili, że muszę się zgłosić, ale swojego syna, który również miał ukończone czternaście lat, ukryli w lesie. Ja jednak postanowiłem iść do domu, znalazłem we wsi chętnego chłopca w moim wieku o imieniu Kazik. Rano w dniu, kiedy trzeba było się zgłosić na placu we wsi, my o godzinie czwartej wyruszyliśmy do Białegostoku. Mieliśmy do pokonania drogą około czternastu kilometrów. Iść jednak drogą nie mogliśmy, była ona zajęta przez wojsko niemieckie i nie było mowy, aby ktoś z cywili-Polaków mógł się nią poruszać. Szliśmy lasami i polnymi dróżkami. Jednak i tu droga była utrudniona, bo w lasach była duża ilość wojsk niemieckich, musieliśmy je omijać. Dosyć powiedzieć, że po około dwunastu godzinach marszu zbliżyliśmy się do Białegostoku na odległość około 4 kilometrów, pokonując dużo więcej niż 10 kilometrów. Przed terenami byłego 10. Pułku Ułanów biegł tor kolejowy. Wbiegając na tor, krzyknąłem do Kazika:
– Uważaj, mogą być miny!
W odpowiedzi usłyszałem słowa wypowiedziane gromkim głosem:
– Ruki wwierch, łażys'!
Za torami kolejowymi stacjonowało sowieckie wojsko, oznaczało to, że Białystok już jest wyzwolony spod okupacji niemieckiej. Jeden z żołnierzy sowieckich pod karabinem kazał nam biec chyłkiem do widocznego namiotu, stojącego pod płotem koszar. Na polu, po którym biegliśmy, były ustawione armaty strzelające w kierunku, z którego my niedawno przyszliśmy. W namiocie stał stół i parę stołków, na stole leżały mapy, wewnątrz namiotu było kilku wojskowych, chyba wszyscy byli oficerami. Zaczęli nas przesłuchiwać, na początku trochę podejrzliwie. Kiedy jednak z naszych wypowiedzi zorientowali się, że my po prostu jesteśmy chłopcami, którzy chcą dotrzeć do swojego domu, a jednocześnie dali wiarę naszym wiadomościom, gdzie i jakie oddziały niemieckie się znajdują, poproszono nas, abyśmy z ich zwiadowcami poszli i pokazali rozmieszczenie wojsk niemieckich. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, jakie to było niebezpieczne, więc wyraziliśmy zgodę. Utworzono dwa trzyosobowe oddziały. Ruszyliśmy za tory, do Niemców, każda grupa w nieco innym kierunku. Ja ze swoją dwójką sowieckich wojaków przeszliśmy w poprzek frontu, około 4 – 5 kilometrów, 2 – 3 kilometry za torami. Żołnierze nanosili na mapy różne znaki oznaczające formacje i ilość wojsk niemieckich. Wróciliśmy do namiotu około godziny dziewiątej wieczorem. Oficer sowiecki podziękował za pomoc, wypisał odpowiednie pisemko, aby mnie nie zatrzymywano na dalszej drodze, dał też cukier, chleb, słoninę i dwie puszki swinnoj tuszonki[29].
Do domu dotarłem o dwudziestej drugiej z paczką żywnościową o wadze 10 kilogramów. Nie wiem, na ile i czy pomógł ten epizod atakującym wojskom, nie wiem też, jak zakończyła się wyprawa drugiej grupy zwiadowczej z Kazikiem. Nie znałem go przedtem, a po tym zdarzeniu już nigdy się nie spotkaliśmy.
Był początek sierpnia 1944, kiedy w Białymstoku powstawała nowa władza. Z Armią Czerwoną przyszło wojsko polskie, które było trochę dziwne i nie przypominało oddziałów wojskowych z 1939 roku. Żołnierze mówili z ruskim akcentem, a większość oficerów wyłącznie po rosyjsku. Moja dwuletnia edukacja w szkole rosyjskiej z lat 1939 – 1941 teraz przydawała się w życiu codziennym. Ubranie polskich wojaków było też niezachwycające, ale orzełek na czapkach, chociaż bez korony, był dla nas pewną gwarancją nadejścia lepszych czasów. Moi szwagrowie Zygmunt, starszy sierżant z 1939 roku, podoficer zawodowy, i Józek, kapral zawodowy, który odniósł poważne rany w 1939 roku, zgłosili się do wojska na ochotnika. Obydwaj trafili do pułku zapasowego, który w Białymstoku rozpoczął nabór do wojska polskiego i szkolenia rekrutów, przygotowując ich na front. Po kilkunastu dniach była przysięga i odmarsz na front. Trzeci mój szwagier, Edmund, więziony w obozie w Treblince, wstąpił do wojska polskiego i został skierowany do szkoły oficerskiej w Lublinie. Po ośmiu tygodniach otrzymał awans na podporucznika i też skierowany został do Białegostoku, do pułku zapasowego. Brat mój ze względu na stan zdrowia do wojska nie został wzięty, znał dosyć dobrze język niemiecki, więc zaczął pracować w komendzie wojskowej jako tłumacz.
Po wyzwoleniu Białegostoku przez wojska radziecko-polskie część mojej rodziny, to jest siostry Janina i Julia z rodzinami oraz brat Antoni, przebywała na wsi, 60 kilometrów od miasta. Moja matka bardzo martwiła się, co się z nimi dzieje. Dobry kolega mojego brata, Władek Kulesza, wyraził chęć pójścia do miejsca pobytu mojej rodziny. Poprosiłem matkę, aby zgodziła się na mój udział w tej wędrówce. Po krótkiej naradzie moja rodzina zgodziła się, abyśmy wspólnie z Władkiem poszli zobaczyć, co się dzieje z moją rodziną przebywającą na wsi. Następnego dnia o świcie wzięliśmy coś do jedzenia i ruszyliśmy w drogę. Pierwszy dzień naszej wędrówki upłynął bez przygód. Uszliśmy około 30 km i wówczas usłyszeliśmy strzały armatnie, które były coraz głośniejsze – oznaczało to, że front jest coraz bliżej. Przespaliśmy się w jakiejś stodole, a rano ruszyliśmy dalej w drogę. Ponieważ byliśmy bliżej frontu, Władek doszedł do wniosku, że musimy mieć jakąś broń, na wszelki wypadek, gdybyśmy spotkali Niemców. Nie trzeba było jej długo szukać, ponieważ Niemcy, cofając się, zostawiali broń różnego rodzaju. Uzbroiliśmy się w dwa automaty ręczne, wówczas nazywane MPi, kilka magazynków z nabojami, pistolet Parabellum, pistolet typu Walther i wzięliśmy po kilka granatów bojowych. Tak uzbrojeni, poczuliśmy się znacznie pewniej. Droga jednak była coraz to trudniejsza. Było coraz więcej wojsk radzieckich i nasz marsz na tyle spowolnił, że drugiego dnia przeszliśmy zaledwie kilkanaście kilometrów. Noc upłynęła spokojnie, wcześnie rano ruszyliśmy w dalszą drogę.
Tego dnia w południe natrafiliśmy koło lasu na duże skrzynie drewniane, wykonane z nowych desek. Skrzyń było kilka, wielkość ich wynosiła kilka metrów długości, półtora metra wysokości i około dwóch metrów szerokości. Ponieważ skrzynie były nowe, a do tego były zamknięte, pomyśleliśmy, że w nich mogą znajdować się drogocenne przedmioty zrabowane przez Niemców. Postanowiliśmy jedną ze skrzyń otworzyć. Zadanie okazało się nie takie proste: trzeba było znaleźć jakieś narzędzia, aby tego dokonać. Po dwóch godzinach poszukiwań wróciliśmy zaopatrzeni w łomy i dosyć duży młotek. Po krótkim czasie wieko skrzyni ustąpiło i pierwsza skrzynia została otwarta. Ku naszemu przerażeniu skrzynia była wypełniona ciałami ludzkimi, a nie skarbami. Większość ciał to byli żołnierze radzieccy, oprócz nich ciała cywili i żołnierzy niemieckich. Myślę, że w jednej skrzyni mogło być około pięćdziesięciu zwłok. Skrzynię szybko na powrót zamknęliśmy, dokładnie wbijając gwoździe. Z wrażenia karabin maszynowy pozostawiliśmy przy skrzyniach i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Tego dnia zrobiliśmy może dziesięć kilometrów. W każdym razie wieczorem od docelowej wsi dzieliło nas nie więcej niż dziesięć kilometrów. Wiedzieliśmy jednak, że te kilometry będą najtrudniejsze, znajdowaliśmy się bowiem bardzo blisko pierwszej linii frontu. Przed wejściem do wioski ukryliśmy nasze automaty, granaty, tylko pistolety zachowaliśmy przy sobie. Idąc wsią, zauważyliśmy dużą ilość żołnierzy radzieckich w obejściach gospodarczych. W jednym z gospodarstw nie było widać żołnierzy, tam poszliśmy poprosić o nocleg. Gospodarz powiedział, że w chacie miejsca nie ma, ale w stodole możemy się przespać. Podziękowaliśmy i poszliśmy do stodoły. Po kilku minutach do stodoły weszło dwóch żołnierzy radzieckich z karabinami w rękach, kazali nam wziąć swoje rzeczy i iść z nimi. Przyprowadzili nas do domu gospodarza, w którym, jak się później okazało, był sztab pułku. Trzech oficerów zaczęło nas przepytywać, skąd idziemy, dokąd zmierzamy i po co. Władek bardzo dobrze mówił po rosyjsku, i ja również, ponadto Władek miał oryginalny paszport radziecki. Wydało się to podejrzane oficerom, którzy nas przesłuchiwali; wydali polecenie żołnierzom, aby nas zrewidować. Niestety w naszych kieszeniach i plecakach poza jedzeniem było pełno broni i to niemieckiej. Jeden z oficerów wykrzyknął:
– Bieritie, swołocz, pod stienku! – co znaczyło, aby nas rozstrzelać.
Najstarszy stopniem z oficerów wstał i powiedział do żołnierzy, aby nas zaprowadzili do stodoły i dobrze pilnowali.
Wszystkie nasze rzeczy i broń pozostała w domu. Zamknięto nas w stodole, a przy drzwiach stało dwóch wartowników. Władek stwierdził, że musimy stąd uciekać, bo inaczej nas rozstrzelają. W stodole znaleźliśmy motykę do kopania ziemniaków. Przy pomocy tej motyki i własnych palców wykopaliśmy jeden z kamieni, które tworzyły fundament stodoły, robiliśmy to w miarę szybko i po cichu. Miejsce po kamieniu trochę pogłębiliśmy, nie czekając długo, przecisnęliśmy się na zewnątrz stodoły. Było ciemno, słychać było rozmowę wartowników, chyłkiem czmychnęliśmy do lasu. Idąc całą noc bez przerwy, rankiem byliśmy już na przedmieściach Białegostoku. Drogę, którą pokonywaliśmy przez całe trzy dni, przeszliśmy w sześć godzin: WIELKA JEST SIŁA STRACHU. Władek jeszcze przez kilka tygodni nie spał w domu. Bał się, przecież jego paszport z adresem białostockim posiadały władze radzieckie. Nigdy jednak z tego tytułu nic złego go nie spotkało. Moja rodzina ze wsi, do której zmierzaliśmy, powróciła dopiero po dziesięciu dniach. Przez te wszystkie dni, kiedy my szliśmy do nich, i jeszcze przez cały tydzień, tam właśnie przebiegała pierwsza linia frontu.
Przez pierwsze tygodnie po wyzwoleniu Białegostoku spod okupacji niemieckiej ludność dorosła sprzątała miasto i przygotowywała się do normalnego życia. Były to miesiące wakacyjne 1944 roku; młodzież miała jeszcze trochę swobody. Jeden z moich kolegów znalazł rakietnicę, nie mieliśmy jednak naboi, aby ją wypróbować. Cała nasza grupa młodzieży z ulicy Mazowieckiej zaczęła szukać amunicji do rakietnicy. Po kilku dniach poszukiwań jeden z naszych znalazł amunicję podobną do tej, której szukaliśmy. Po włożeniu do lufy rakietnicy, nabój wystawał, był od niej dłuższy. Rozebraliśmy nabój, w środku którego był włoskowaty, kolorowy proch. Doszliśmy do wniosku, że po wystrzeleniu będzie kolorowy pióropusz. Nie było jednak odważnego, który by wystrzelił. W końcu ja się zdecydowałem. Wieczorem włożyłem nabój do rakietnicy, skierowałem lufę do góry i wypaliłem. Potężny huk, niesamowity błysk i ból głowy. Okazało się, że wybuch oderwał lufę od rakietnicy i nią właśnie oberwałem w głowę. Na szczęście uderzenie nie zrobiło mi wielkiej krzywdy. Naboje, które mój kolega znalazł, były nie do rakietnicy, a do jakiegoś małego działka.
Po nieudanej próbie z rakietnicą jeden z kolegów powiedział nam, że był na lotnisku. Niemcy, odchodząc, zniszczyli pas startowy, burząc go bombami, które podkopywali pod betonowy pas i wysadzali go w powietrze. Kolega twierdził, że niektóre bomby nie zostały zdetonowane. Poszliśmy na lotnisko, którego nikt w tym czasie nie pilnował. Bomby, które znaleźliśmy, były bardzo duże, ważyły 500 kilogramów, a może i więcej. Przy jednej z nich wystawał lont około jednego metra długości. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy go podpalić. Jeden z kolegów pozostał przy bombie, reszta schowała się w sąsiednim leju po wybuchu. Po chwili przybiegł podpalacz, a my czekaliśmy na wybuch. Minęła długa chwila i nic. Poszedł drugi, podpalił i szybko wrócił do nas, i znowu nic. Było nas czterech, teraz była kolej na mnie lub na Wieśka. Wiesiek stwierdził:
– Łamagi, lontu nie potrafią podpalić!
Wziął zapałki i poszedł do bomby. My wystawiliśmy głowy z leja i obserwowaliśmy Wieśka. Kiedy znalazł się w odległości kilkudziesięciu centymetrów od bomby, ona wybuchła. Zobaczyliśmy olbrzymi tuman kurzu i lecące kawałki betonu z pasa startowego. Z Wieśka nic nie zostało. Szybko złożyliśmy wobec siebie zobowiązanie, że nigdy i nikomu o tej sprawie nie powiemy. Wybuch był tak silny, że szyby z okien powypadały w odległości kilku kilometrów od miejsca wybuchu. W naszym mieszkaniu od strony lotniska wypadły wszystkie. To wydarzenie zniechęciło nas do eksperymentowania.
Zbliżał się wrzesień, a wraz z nim konieczność pójścia do szkoły. Ja i większość młodzieży w moim wieku przez ostatnie trzy lata do szkoły nie chodziliśmy i w domu też się nie uczyliśmy. Mając ukończone czternaście lat, mogłem iść co najwyżej do piątej klasy. Ale taki chłop do maluchów? Siostra, z którą mieszkałem, obiecała, że mi pomoże i powiedziała, że mam się zapisać do klasy szóstej. W szkole świadectw nie wymagano, wystarczyła odpowiednia deklaracja. 1 września 1944 roku udałem się do szkoły nr 11 przy ulicy Mazowieckiej, do klasy szóstej. W szkole ławek, krzeseł i innego wyposażenia nie było. Po uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego kierownik szkoły, pan Nowak, zaapelował do uczniów, aby przynieśli do szkoły, co kto może z wyposażenia, i na tym pierwszy dzień szkoły się skończył. Wspólnie z innymi uczniami i nauczycielami zaczęliśmy przygotowywać szkołę do tego, aby można było się w niej uczyć. Nam, uczniom, zwłaszcza starszym, bardziej zależało na organizowaniu szkoły niż na nauce. W miarę upływu czasu szkoła coraz bardziej nas wciągała, byliśmy spragnieni wiedzy.
Szybko nasza klasa podzieliła się na odpowiednie grupki. Znalazłem się w grupie siedmioosobowej, do której weszli: Teresa, Irena, Bogdan – szwagier kierownika szkoły, Marian, Zbyszek, Staszek i ja. W zasadzie była to w klasie grupa liderów, ze względu na wiek i wzrost. Wszystko, co się działo w klasie, było inicjowane przez nas. Mieliśmy też odpowiednie chody u pana kierownika i nauczycieli. Wojna jeszcze trwała, z frontu docierały do nas wiadomości o coraz to nowych wyzwolonych miejscowościach polskich. W styczniu 1945 roku pan kierownik Nowak doszedł do wniosku, że w siódmej klasie jest za mało uczniów, a w klasach szóstych za dużo. Przeniósł dziesięć osób z szóstej do siódmej klasy, w tym całą naszą siedmioosobową grupę. Tak więc stałem się uczniem klasy siódmej.
Decyzja pana kierownika spowodowała następne zmiany. W tym czasie otwierano pierwsze gimnazjum w Białymstoku na ulicy Kościelnej. Zgodnie z ówczesnymi przepisami do gimnazjum można było pójść po skończeniu sześciu klas szkoły podstawowej. Panny z naszej grupy, Teresa i Irena, podjęły decyzję, aby przenieść się do pierwszej klasy tworzonego gimnazjum. Ponieważ Teresa była sympatią Zbyszka, a Irena Bogdana, oni w ślad za swoimi pannami zapisali się do gimnazjum; mieli prawo, bo byli uczniami siódmej klasy szkoły powszechnej. Pozostała trójka, Marian, Staszek i ja, co prawda bez przekonania, podążyliśmy, jak owce za stadem, do gimnazjum. Po kilku dniach uczęszczania na ulicę Kościelną do gimnazjum Staszek, Marian, Bogdan i ja uznaliśmy, że poziom nauki jest nieco za wysoki jak na nasze wiadomości, a szczególnie matematyka, łacina, język angielski i język polski – lektury. Z przykrością dla nas, a z zadowoleniem pana kierownika Nowaka wróciliśmy do naszej siódmej klasy. Pozostała trójka, to jest Teresa, Irena i Zbyszek, została w gimnazjum i uczyła się tam dalej. Na usprawiedliwienie moje i kolegów, którzy nie wytrzymali wymagań gimnazjalnych, żaden z nas w czasie okupacji niemieckiej się nie uczył. Siódma klasa to i tak było bardzo dużo. Moje chodzenie do gimnazjum, które co prawda trwało tylko dwa tygodnie, przydało się w późniejszym okresie mojego życia. Mijał czas, większość siódmoklasistów czuła się w szkole coraz lepiej, wiedza, którą zdobywaliśmy, była jak jedzenie dla bardzo głodnych ludzi.
W dniu 8 lub 9 maja 1945 roku dotarła do nas wiadomość o zakończeniu wojny. W szkole ten fakt nic nie zmienił, ale w moim życiu bardzo wiele. Najstarsza moja siostra, Janina, dostała wiadomość od swego męża, który był w wojsku na froncie, że zostali skierowani do objęcia majątków poniemieckich, których właściciele przeważnie uciekli razem z cofającym się wojskiem niemieckim. Majątki te położone były na ziemiach, które miały się stać "ziemiami odzyskanymi". Te konkretne majątki były położone w okolicach dzisiejszego Świdwina i Białogardu, między innymi były to majątki Langen (Łęgi), Redel (Redło), Damerowo i inne. Wojsko przejęło nad nimi nadzór. Mąż mojej siostry Janiny życzył sobie, aby przyjechała ona wraz z trójką dzieci (mających osiem, sześć i trzy lata). Siostra zwróciła się do mamy, abym ja pomógł jej w tej dalekiej podróży. Mama wyraziła zgodę – miałem oczywiście zaraz wrócić do szkoły.
[1] Pierwsza stacja kolejowa, jadąc z Białegostoku do Warszawy.
[2] Zacierka – kluseczki zrobione z mąki, jajka i wody. W tym czasie wyrobów gotowych na wykonanie zupy mlecznej nie było tyle co dzisiaj, a jeśli były, to drogie.
[3] Bańki stawiało się na miejscach, gdzie wcześniej nacięto skórę. Bańka ściągała odpowiednią ilość krwi. Mnie postawiono trzy takie bańki, znaki na plecach mam do dnia dzisiejszego.
[4] Studnia stała na środku podwórka, dom nie posiadał ani wodociągu, ani kanalizacji.
[5] Byłem boso, nie pamiętam, czy ze sobą miałem buty, często do miasta szło się boso, a w mieście nakładało się buty.
[6] Budynek szkolny był budynkiem parterowym, drewnianym, postawiony w kształcie litery "T".
[7] Tak jak to robi bramkarz w piłce nożnej, wykopując piłkę po jej złapaniu.
[8] W wojnie polsko-niemieckiej został wzięty do niewoli, z obozu jeńców został skierowany do pracy w gospodarstwie rolnym koło Frankfurtu nad Menem.
[9] Niedaleko naszego miejsca zamieszkania, w odległości około półtora kilometra, było lotnisko cywilne. Rosjanie zamienili je na wojskowe, ściągnięto tam odpowiednie oddziały wojskowe i samoloty.
[10] Oczywiście powstałe "oddziały wojskowe" młodzieży miały służyć wyłącznie do zabawy.
[11] W tych torturach najczęściej była stosowana wiotka rózga, wymierzona w tyłek była naprawdę bolesna.
[12] Były to odpowiednio chroniące wojownika dwukołowe wózki, które popychał on do przodu nogami. Wózek taki pozwalał podejść do nieprzyjaciela na dość bliską odległość, aby razić go z niewielkiego dystansu.
[13] Były to duże proce zamocowane na kołach, z pojemnikiem na kamienie. Wielkość kamieni do takich proc miała wagę 20 – 30 dekagramów. Odległość, na jaką można było ciskać kamienie, to około 100 metrów.
[14] Była to piechota z łukami, strzały do łuków były ostre – na końcu strzały był metalowy czubek wykonany z wystrzelonego pocisku karabinowego. Pociski takie były wówczas wykonywane ze stalowego płaszcza wypełnionego ołowiem. Ołów się wytapiało, pozostały płaszcz stalowy doskonale nadawał się na grot strzały. Strzały zapalające koniec miały owinięty drutem z pakułami, przed oddaniem strzału pakuły moczyło się w benzynie lub oleju napędowym i podpalało.
[15] Bicz to drewniane, około półmetrowe drzewce z około dwumetrowym biczyskiem, najczęściej wykonanym z przewodu telefonicznego, elektrycznego lub skóry, z zamocowaną nakrętką metalową na końcu. W czasie akcji wojownik rozkręcał biczysko nad swoją głową i szedł na przeciwnika.
[16] Karetka to czterokołowy wózek oznaczony czerwonym krzyżem.
[17] Przewód telefoniczny linii wojskowych w tym czasie był izolowany warstwą gumy i zewnętrzną warstwą z tkaniny nasączonej jakimś preparatem.
[18] Były to dosyć grubo pokrojone, twarde części liści tytoniowych, skręcano z nich skręty do palenia.
[19] Na ścianie, w górnej części, pod sufitem, biegła wzdłuż całej hali transmisja, to jest metalowy wałek z kołami pasowymi w odpowiedniej odległości od siebie. Z tych kół napęd przy pomocy pasów skórzanych był przenoszony na koło napędowe warsztatu tkackiego. Natomiast co drugi warsztat tkacki zamiast koła napędowego posiadał indywidualny napęd w postaci silnika elektrycznego.
[20] Urządzenia, które miały zadanie podnosić nitki osnowy w celu uzyskania odpowiedniego wzoru materiału. Jeden warsztat tkacki posiadał od czterech do kilkunastu szaftów, w zależności, jaki wzór materiału był wykonywany na danym warsztacie.
[21] Ta taśma sterowała po pierwsze szaftami, a po drugie czółenkami, w jakiej kolejności czółenka mają przelatywać, aby powstał odpowiedni wzór materiału. W materiale o dużej ilości kolorów czółenka były załadowywane wątkiem o odpowiednim kolorze. Sterowanie to zastępowało obecne sterowanie numeryczne w maszynach.
[22] Rejgar – pracownik wykańczalni materiałów, który przygotowuje szpule z osnową, usuwa zbędne nitki, pozostawione w czasie tkania, przygotowuje warsztat tkacki do nowej produkcji, wymienia szpule z osnową na warsztacie tkackim.
[23] Urząd pracy nadzorujący obowiązkowe podjęcie pracy.
[24] Wrócił z niewoli niemieckiej pod koniec 1943 roku. Zwolniony został na skutek choroby, lekarze niemieccy stwierdzili, że nie nadaje się do pracy fizycznej. Po przyjeździe do Białegostoku w dalszym ciągu był zwolniony z obowiązku pracy.
[25] Obozy zagłady.
[26] Armia Krajowa – konspiracyjna organizacja wojskowa.
[27] SS – policja polityczna, ważniejsza niż gestapo.
[28] Ich żony też handlowały żywnością.
[29] Konserwa z mięsa wieprzowego.