Z zakamarków szuflady - Adam Janus

Reflow text when sidebars are open.
Pamiętam z dzieciństwa niewielką sadzawkę, ukrytą za naszymi zabudowaniami. Gdy pobliska rzeczka wylewała, na chwilę anektowała ją do swojego nowego, szeroko rozlanego koryta. A kiedy woda się cofała, sadzawka odzyskiwała niezależność i odrębność. Te okresowe wylewy sprawiały zapewne, że - mimo niewielkich rozmiarów zbiornika - mieszkały w nim rybki. Dziś nie potrafię już przypomnieć sobie ich gatunku, a i zapamiętany, wydłużony kształt być może nie miał wiele wspólnego z rzeczywistością. Gdy nadchodził czas dłuższej posuchy, woda znacznie opadała, a rybki zbijały się w gęste, małe gromadki. Wchodziłem wtedy do bajorka po kolana, a moje stopy przyjemnie zagłębiały się w ciepłe, torfiaste dno. Małą dziecięcą dłonią, uformowaną na kształt podbieraka, próbowałem je złowić - by przenieść je z powrotem do rzeki, która dawała im życie. Widziałem je wyraźnie, unoszące się w krystalicznej, lekko bursztynowej wodzie. Opuszkami palców czułem ich zwinne, obłe ciałka, ale nie potrafiłem złapać choćby jednej. Taka sama irytacja towarzyszy mi również dziś - gdy myśli w mojej głowie zbijają się w ławice, zataczają kręgi i nagle zmieniają kierunek. Umykają zręcznie, nie pozwalając słowom pochwycić ich i przenieść na pustą, białą kartkę. Boję się, że z czasem woda wyschnie całkowicie, a martwe rybki na zawsze ugrzęzną w dennym mule niepamięci. Różnica między wczoraj - dzieciństwem - a dziś, czyli wiekiem dojrzałym, polega na tym, że czas na połów staje się coraz krótszy. Żal mi tych ryb, mieniących się w tafli wody - tak samo jak myśli, skrzących się w głowie, próbujących w chaosie świata rozpaczliwie odnaleźć drogę do wolności. Albo chociażby wąski kanalik - przesmyk do czyjegoś umysłu. Wiem, że będę próbował filtrować tę wodę do samego końca. Że zimna i krystaliczna będzie przelewać się pomiędzy moimi skostniałymi palcami. I że może - przy odrobinie szczęścia - ocalę choć jedną. Przeniosę ją do wartkiego nurtu. A może nawet trafi w otwartą otchłań.
Wszyscy mówili "Maryni Władek", albo po prostu "głupi Władek". Tak szczerze - nie wiem, czy ktoś znał jego prawdziwe nazwisko. Ja na pewno nie. Ten przydomek, ta afiliacja sieroca "Maryni" odnosiła się chyba do jego matki, której też nikt nie pamiętał. Bo sam Władek był na tyle stary, że nie było wiadomo, ile on właściwie ma lat. Ja na pewno nie wiedziałem. Mógł mieć lat sześćdziesiąt, ale gdyby miał sto - też zapewne nikogo by to specjalnie nie zdziwiło. Mnie na pewno nie.
Władek był zawsze. Chodził od wsi do wsi, od domu do domu. Ludzie w przypływie litości czasami częstowali go kawałkiem chleba lub miską zupy, a on w zamian karmił ich opowieściami, które wyciągał zza pazuchy - częściej jednak z zakamarków swojego chorego umysłu.
Jak na włóczęgę przystało, ubrany był w znoszone łachmany. Nosił przydługie spodnie, obszerną, przetartą wielokrotnie koszulę i obwisłą, sztruksową marynarkę, pocerowaną, gdzie się dało, a tam, gdzie się nie dało - dziurawą. Na głowie, bez względu na porę roku, Władek nosił hełmofon czołgisty. Skąd go wziął? Ja na pewno nie wiem.
Wspomniałem już, że cała ta jego garderoba była nadmiarowa. Dziś mam wrażenie, że i świat był dla Władka za duży, więc wymyślił sobie swój własny - dużo mniejszy. Skumulował w nim, w jednym miejscu swojej jaźni, wszystko to, co go interesowało. Reszty nie zauważał i odgrodził się od niej dosyć szczelnie. Opowiadał - słuchany lub ignorowany - swoje historie, o aferach, miłościach wyimaginowanych, niespełnionych, ale pożądanych.
Ku uciesze innych, w opowieściach tych doprowadzał się do ogromnej ekscytacji. W jej apogeum czasem zasmarkał się aż po brodę, co wywoływało wielką wesołość dziatwy - w tym moją. Skąd się wziął Władek? Powtarzam - nie wiem. Po prostu był i tyle. W pogodny dzień pojawiał się na którejś z dróg prowadzących do naszej wsi. Wspierał się na kiju i maszerował powoli, kolebiąc się na boki. Dyszał przy tym ciężko przez wiecznie zatkany nos i otwarte usta.
Ludwinia to z pozoru inna historia. Jej matkę znał u nas każdy, oprócz dzieci tak małych jak wówczas ja. Matkę matki, czyli babkę, też pamiętali co starsi - a to czyniło Ludwinię "tutejszą", czyli taką, o której wszyscy wiedzą wszystko, a nawet więcej. Ja, oczywiście, wiedziałem niewiele - no ale po cóż w końcu jest wyobraźnia.
Wracając do początku: Ludwinia od urodzenia mieszkała z matką w małej chałupce, nieco na uboczu sąsiedniej wsi. Ciągnęły razem ten babski wózek, a że sił nie zawsze wystarczało, często jego małe kółka wpadały w głębokie koleiny i trzeba się było naszarpać, żeby na powrót, chociażby na krótko, trafiły na bardziej równą i twardą drogę. Ojca Ludwini nikt nie znał - tak zresztą jak i dziadka, oczywiście poza samymi zainteresowanymi. Mogło to świadczyć o tym, że mężczyźni w tej rodzinie może nie tyle nie istnieli, co rzadko bywali. A że bywali - to pewne, to wiedziałem nawet ja.
Kobiety, niczym mrówki doglądające wykopanych korytarzyków życia, dzień za dniem uwijały się we własnym obejściu. Nie ukrywajmy - dla postronnego obserwatora te ich zabiegi i manipulacje były często zupełnie niezrozumiałe i, na szczęście, nikt ich zrozumieć nie chciał ani nie próbował. Coś tam przenosiły, coś tam utykały po kątach, w ciszy konsumowały gotowane ziemniaki z kwaśnym mlekiem, czasami śmiały się głośno, od czasu do czasu cicho popłakiwały. Czy się kłóciły? Nikt nigdy nie słyszał żadnej awantury. Myślę jednak, że sprzeczki były - jak wszędzie, gdzie człowiek jest skazany na drugiego człowieka - i wtedy krótko pchały swój żywot oddzielnie i w ciszy. Ale to już moja fantazja, której nie do końca dowierzam.
Pewne uwiązanie do własnego podwórka nie wynikało z ich wyboru bycia odludkiem ani z niechęci do obcych. Kobiety cierpiały na ogromne obrzęki nóg, mocno utrudniające dalsze wyprawy. Fakt, że z problemem tym borykała się również wcześniej babka, świadczył o genetycznej etiologii schorzenia i jeszcze o tym, że skoro Bóg w ten właśnie sposób je naznaczył, to miał w tym jakiś zamysł. Ciężar ten - dosłownie i w przenośni - trzeba zatem dźwigać przez życie, nie narzekając i nie buntując się.
Parę razy w dzieciństwie spotkałem Ludwinię w naszej wsi, gdy z rzadka odwiedzała jedyny w najbliższej okolicy sklep spożywczy i kupowała tam pękate butelki z naftą. Razem z innymi dzieciakami byliśmy wtedy bardzo zainteresowani nienaturalną słoniowatością jej nóg - i jak każda inność, elektryzowała nas ona niezdrowo i przyciągała. Wgapialiśmy się intensywnie, podekscytowani, w te obfite fałdy łydek, spływające aż na sztywne cholewy wysokich, skórzanych trzewików.
Słowa, słowa, słowa. Ciskamy je w świat i nic nie wiemy o ich dalszym życiu. A one często nie tylko żyją życiem własnym, ale i powołują do życia inne byty: myśli, idee, czasami czyny, tworząc czasem radości, innym razem dramaty. Niektóre słowa wielokrotnie przeżywają swoich autorów i niejednokrotnie, przywołując jakiś cytat, ludzie nie mają pojęcia, komu pierwszy raz przyszło do głowy, by w taki właśnie sposób poskładać je w całość i wypowiedzieć - albo i napisać.
No tak, ale to są te wielkie słowa, które przez lata, czasami wieki, urosły, stały się ciężkie niczym śnieżne kule, oblepione, otoczone z każdej strony wielowarstwowo człowieczym losem, historią świata. Takie słowa pojawiają się jednak niezmiernie rzadko. Czasami i tym mądrzejszym w całym życiu zdarzy się jedno zdanie, jedna fraza zasługująca na nieśmiertelność. Zdecydowana większość ludzi przez cały swój nędzny żywot nic podobnego nie wypowie.
Czy to oznacza, że te codzienne, małe, skromne i pospolite, często sformułowane niegramatycznie, dialektem i niewyraźnie, nie mają siły sprawczej, własnego fatum, nie stymulują, nie napędzają koła życia? Nic podobnego. Ze słowami jest dokładnie tak jak i z ludźmi. Obok nielicznej awangardy dominuje ocean miernoty - i to ona tworzy tkankę świata. Tak ze słowami było i tym razem.
- Ta Ludwinia to by akurat tobie się nadała, Władziu. Panna przecież, tak jak ty kawaler. Chałupę ma. Żylibyście sobie razem jak pączki w maśle, i spałbyś z babą pod pierzyną, a nie włóczył się od chałupy do chałupy.
Kto to powiedział, gdzie i kiedy - ja na pewno nie wiem. Fakt jest jednak taki, że słowa padły, a drugi - że głupi Władziu je usłyszał. Zwykle mówił swoje i nie przebijało się do jego obłąkanej świadomości, co inni złośliwie dogadują w trakcie. Brnął jak przez zboże ze swoimi bajdami i sama obecność drugiego człowieka wystarczała mu zupełnie. Na atencję nie liczył - byłaby może nawet zbyteczna i nadmiarowa w swojej łaskawości.
Tym razem stało się inaczej i Władziu zarejestrował wypowiedź w całości - i ze zrozumieniem.
Oczywiście, że nie od razu przekaz dotarł do jego świadomości, ale tak to już ze słowami bywa, że wypuszczone na wolność, rzucone na jałową glebę, mogą przeleżeć bardzo długo i nic się specjalnego z nimi nie dzieje. Przyjdzie jednak taki moment, gdzie ziarno zaczyna kiełkować. Najpierw pęka łupina, pojawia się korzonek, a potem łodyżka. Powstaje roślina i staje się odrębnym żywym organizmem.
Tak jest często, i powtarzam - tak było tym razem.
Władziu przyjął do serca nasionko i kiedy wieczorem zaległ w swoim barłogu, uwitym w opuszczonej i samotnej chacie pod lasem, długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok, aż w pewnym momencie usiadł i rozejrzał się wokół. Przez olbrzymią dziurę w słomianym dachu księżyc zaglądał do środka i oświetlał dosyć jaskrawo wnętrze nory, potęgując każdy kształt porozrzucanych klamotów i wyostrzając ich kontury.
W jednej chwili Władziu zobaczył swoją marność, swój zwierzęcy żywot, który pędził od niepamiętnych czasów. Jak to się stało, że do tej pory tego nie dostrzegał; że wszystko wydawało mu się spójne i przynależne? Władziu nie wiedział - i ja również tej wiedzy nie miałem, do dziś jej nie nabyłem. Nie zastanawiajmy się zatem, dlaczego egzystencja człowieka często przywiera do tej bydlęcej, czasami przenikając się nawzajem, scalają się jedna z drugą i już nic nie wiadomo.
Inne pytanie wydaje się być bardziej zasadne: co lub kto był przyczyną, że Władziu zdał sobie sprawę z bycia istotą ludzką, że dostrzegł w sobie wyrwę ziejącą pustką ogromną, gotową wchłonąć pół świata, że ten świat rozmyty, bezkształtny i blady zaczął się komponować w formy konkretne, a do tej pory obce, nieuchwytne i ulotne?
I tu właśnie pękła łuska pokrywająca ziarenko, a przez wąską szczelinkę wydobył się na świat rachityczny, zielony kiełek:
- Ta Ludwinia to by akurat tobie się nadała, Władziu.
Marzył od zawsze. Marzenia wypełniały każdą szczelinę jego życia. Wypełniały i jednocześnie sklejały - bo inaczej by się rozsypało. Do tej pory jednak wszystko to było tylko wytworami jego wyobraźni, iluzjami. Żadna z nich nie żyła długo. Szybko umierały, ale wcześniej wydawały na świat inne. Ten obłędny cykl kręcił się w kółko, rozmywając brutalną rzeczywistość, a rozmazane kolory już tak nie doskwierały, nie kłuły w oczy, nie raniły serca.
Teraz jednak miraże o nieokreślonych kształtach zaczęły nabierać form realnych. Widział gdzieś Ludwinię, raz z daleka, chyba na polnej drodze - ale to nie miało w tym momencie żadnego znaczenia. Najważniejsze było to, że ona naprawdę istniała. Tak jak on - żyła, patrzyła na świat, oddychała prawdziwym powietrzem, deptała ziemię, była istotą z krwi i kości, a nie tylko z żalu i tęsknoty, jak to bywało do tej pory.
No i najważniejsza myśl, która zapuściła już głębokie korzenie i wypuszczając coraz dłuższe pnącza, przyjemnie wiła się po zakamarkach świadomości:
"Tobie by się nadała akurat, Władziu".
Poranna rosa mocno i szczelnie obłapiała sztywne jeszcze o tej porze źdźbła traw. Ptaki, z głowami wtulonymi głęboko pod skrzydła, akrobatycznie zawieszone w gałęziach drzew, nie rozpoczęły jeszcze swojego porannego świergotu. Noc ciągle nie dawała za wygraną, a dzień był dopiero obietnicą nowego życia.
O tej to właśnie porze sołtys Kuźniak, w wojskowej kurtce, z dubeltówką zawieszoną na plecach, opuścił swoje senne domostwo i furtką na tyłach zabudowań udał się prosto w pola. Po paru krokach zatrzymał się, nabrał powietrza w obszerną klatkę piersiową, chwilę postał, starając się przyzwyczaić oczy do szarości leniwie budzącego się brzasku. To był ten moment, kiedy utwierdzał się w fałszywym przekonaniu, że lęgnący się w jego trzewiach instynkt myśliwego upodabnia go powoli do drapieżnika.
Pomimo że zbliżał się już do sześćdziesiątki, w tych właśnie momentach łapał drugi oddech. Słaby już wzrok wyostrzał się, słuch stawał się wrażliwy, a węch - głęboko sensoryczny. Zaledwie po kilkunastu metrach wypatrzył pierwsze tropy, demaskujące na sztywnej, mokrej trawie harce zająca. Trajektoria śladów przecinała łąkę ukośnie i ginęła w pobliskim zagajniku. Kuźniak niemal czuł przyspieszony łomot serca szaraka, ukrytego w kępie chaszczy, i widział jego szeroko otwarte oczy, w których czaił się strach.
Niepotrzebnie. To nie na niego dziś wydał wyrok. Skręcił wkrótce w stronę pojedynczych skupisk gęstych krzaków, które porosły płaskie ugory łączące pola z zaczynającą się dalej ścianą lasu.
Chociaż ktoś mógłby tak przypuszczać, to Rynolalia nie była drugim imieniem Ludwini. Słowo to oznacza mówienie przez nos - i to była następna atrakcja, jaką kobiecina sprowadzała ze swoją osobą na ten świat. Coś się tam od urodzenia w gardle nie poukładało, jak należy, i słyszało się głos niekształtny, o nieprzyjemnym brzmieniu, jakby mówiła z twarzą zatopioną w poduszce.
Matka nauczyła się ją rozumieć, a po jakimś czasie przyzwyczaiła się do tego stopnia, że przestała ułomność zauważać w ogóle. A że córka od dziecka nie była zbyt lotna, to stwierdziła, że do tego, co ma do powiedzenia, ta niedoskonała artykulacja musi jej w relacji ze światem w zupełności wystarczyć. Kobiety jak zwykle pogodziły się z losem - świat nie do końca. I pomimo że ludzie byli tu dobrotliwi, zacni i Bogu ducha winni, to świat jednak nie chciał taki być i naigrywał się często kpił z Ludwini, przedrzeźniał ją.
Ludwinia nie przejmowała się tym jakoś szczególnie, bo cały jej kontakt werbalny skierowany był głównie do matki i stadka zwierząt, które wspólnie hodowały. Matka ją rozumiała, zwierzęta również, więc kłopot chwilowo się rozsmarował jak świeże masło na kromce ciepłego chleba.
Kiedy jednak matka odeszła, jak to bywa z ludźmi starymi, problem wrócił na nowo. Przez kilka tygodni Ludwinia chciała pójść za matką, ale wszystkie drogi, jakie tam prowadziły, były drogami na skróty, a ze skrótami wiadomo - różnie bywa i często prowadzą na manowce. Ciężko powiedzieć, że była to jej decyzja, ale z miejsca, w którym się znalazła, po prostu nie było innego wyjścia poza tą właśnie wąską ścieżką, którą od biedy można by nazwać życiem.
Jak to na wąskiej ścieżce bywa - często robi się tłok i trzeba się nawzajem omijać. Starała się zatem unikać ludzi, jak tylko można. Z domu wychodziła rzadko i tylko z konieczności, a jedną z nich była właśnie nafta. Ktoś dawno temu doradził im, że nacieranie tym właśnie preparatem przynosi ulgę dla opuchniętych nóg. Czy tak rzeczywiście było - nie wiem. Ale to smarowanie przeszło z babki na matkę, a z matki na Ludwinię i kobieta była przekonana, że bez nafty jej nogi staną się jeszcze większe i uwiążą ją do łóżka na amen.
Aby unikać niepotrzebnych spotkań, po zakup wychodziła z domu wczesnym rankiem i nadrabiała spory kawałek drogi, aby dojść do sklepu od pól, a nie przez wieś. Każdy krok powoli przesuwał ją trochę do przodu, ale bardziej zbliżał ją do grobu niż do celu. Unoszenie ciężkich nóg było nie lada wysiłkiem i dlatego co kilkanaście metrów przysiadała a to na miedzy, a to na kamieniu pod krzakiem, aby złapać w płuca trochę powietrza.
Wszystkimi poprzednimi swoimi urojeniami miłosnymi Władziu obficie i przy każdej okazji dzielił się z ludźmi. Jak już wspominałem wcześniej - może zbyt często; mało kto miał jeszcze czas i ochotę słuchać jego dziwacznych i wydumanych opowieści. Tym razem jednak coś się wyraźnie zmieniło. Ludwinia przecież istniała, była człowiekiem prawdziwym, na tyle realnym, iż Władziu postanowił nie dzielić się nią z nikim.
Kiedy był sam - a rozglądając się badawczo dookoła, sprawdzał to wielokrotnie, nawet w lesie - wtedy mógł sobie pozwolić na swobodny monolog, który z czasem przechodził w dialog, nie od razu zresztą równie swobodny. Najpierw opowiadał, jakie to wątpliwości nim targają, że już stary, czy to czas na nowe życie. No, ale jak nie teraz, to kiedy? Trzeba by się wreszcie ustatkować, że ta chałupa, o ciepłej pierzynie już nie wspominając, to może i byłoby dobre.
Długo tak deliberował, wysuwając argumenty za i przeciw, przekonując chwilami sam siebie, to znów wpadając w dół pełen wątpliwości i zwątpienia. Ostatecznie jednak decyzja zapadła i Władzio, wydawało się, iż dojrzał do trwałego związku. Wtedy jakimiś resztkami rozsądku zdał sobie sprawę, że on przecież tej Ludwini nawet nie zna. Widział ją gdzieś raz czy dwa z daleka - no ale wtedy nic ich nie łączyło, więc dlaczegóż miałby się jej przyglądać, czy - co więcej - zagadywać.
Nie zna? To pozna. Taka jest przecież kolej rzeczy i porządek tego świata. Zanim to się jednak stanie, dla wprawy postanowił poćwiczyć na sucho. Okazało się to trudniejsze, niż się spodziewał. Na początku Władzio, dukając coś tam pod nosem, odruchowo patrzył w bok i unikał abstrakcyjnego wzroku urojonej Ludwini. Chciał się dowiedzieć o zdrowie jej matki, ale nagle przypomniał sobie, że przecież zmarła. Wycofał się zatem szybko na obszary bardziej neutralne i zainteresował się tym, czy kury dobrze się niosą.
Potem zapytał o drewno na zimę, ziemniaki w kopcu, myszy w sąsieku, czy pies czujny, a kot łowny. Rozkręcał się coraz bardziej, a że Ludwinia okazała się cierpliwym i bezkrytycznym słuchaczem, Władzio z każdym słowem nabierał większej pewności siebie. Podobało mu się, że tak go cierpliwie słucha - i chyba ją nawet za to polubił, bo kochał ją od samego początku.
Jak już tak dobrze wszystko szło, stwierdził, że skoro mają razem żyć, może dobrze byłoby powiedzieć coś więcej o sobie. Nieme przyzwolenie dodało mu zatem odwagi i zaczął nieśmiało wracać w odległe i ciemne korytarze swojego życia, które - wydawało się - dawno już pozamykał. Co tam pozamykał - zaryglował tak szczelnie, żeby żaden nawet cieniutki promień światła nie wydostał się stamtąd na świat i na powrót nie zaczął boleśnie kłuć wspomnieniami.
Dziwna to była opowieść, bo pojedyncze słowa czy zdania, jakie z siebie wydobywał, przeplatały się synchronicznie z obrazami, jakie pojawiały się w jego głowie. Przypominało to nieco wywoływanie zdjęć ze zwojów negatywu. Jakieś substancje chemiczne, które nagle wyzwoliła ta miłość w głowie Władzia, zaczęły oddziaływać na ciasno poskręcane klisze zamknięte w blaszanym koreksie jego mózgu.
W czerwonej poświacie ciemni, bardzo powoli, na pustych i bladych kartkach papieru najpierw pojawiały się niezborne plamy, które nabierając ziarnistości, a następnie odcieni, przekształcały się już w mniej lub bardziej wyraźne obrazy i sceny. I była matka, bez twarzy, bo nigdy jej nie miała, i Władziu poczuł zimno i skulił się w sobie, zapadł do środka, jakby chciał uciec, ale nie miał dokąd...
Na szczęście dotarło za chwilę jakieś ciepło i dostrzegł kłęby pary unoszące się z krowich pysków, miarowo i spokojnie przeżuwających pokarm. I przez krótką chwilę on też był spokojny, ale za moment wyskoczyły psy, i zaczęły szarpać go za łachmany, a on kręcił się tylko bezradnie i strasznie się bał, żeby nie upaść. I były też bardzo ciemne fotografie, i tylko gdzieniegdzie złowrogo błyszczały pary ślepiów. Ciężko jest sfotografować ciemność. Trudniej - spędzić małemu dziecku noc w lesie.
A potem Władziu zaczął wypatrywać na tych zdjęciach człowieka. Może za szybko je przesuwał, może prześwietlił, nie utrwalił, nie powiększył, a może wszyscy ludzie, których spotkał, byli odporni na światło. Wiedział, że przecież tam byli - słyszał ich śmiech, rechot nawet - ale ich nie widział lub widzieć nie chciał. Otarł łzę z policzka i zdziwił się, że płacze, bo nie płakał dawno, bardzo dawno.
Spojrzał na Ludwinię - i ona też miała łzy w oczach. I wtedy puściły lody. Niczym gejzer wulkanu, za długo duszony w trzewiach ziemi przez jej zbyt grubą skorupę, Władzio wybuchł straszliwym spazmem. Ryczał, cały zasmarkany, trząsł się jak zwierzę w potrzasku. To współczucie, które dostrzegł w urojonych oczach Ludwini, napędziło jego odgrzebany żal. Pewnie by się wtedy wtulił w jej ramiona, tak jak zwykle czyni to człowiek w potrzebie, szukając bliskości drugiego człowieka - ale jej tam po prostu i zwyczajnie nie było.
Jednak energia, jaką wywołał swoją opowieścią, swoją rozpaczą - a przecież energia w przyrodzie nie ginie, ona tylko zmienia formę - tym razem wypełniła przestrzeń w sercu Władzia, a ten poczuł, że kocha naprawdę i na zawsze.
Zmienił się. Już nie łaził i nie plótł trzy po trzy bez ładu i składu. Gadał oczywiście coś, ale tylko do siebie i kiedy był sam. Ludzie widzieli go teraz często idącego przez pola, gestykulującego, uśmiechniętego. Nikogo to specjalnie nie dziwiło, bo czymże jest radość głupiego.
W tych wszystkich korowodach Władzio, żyjąc błogo, zakochany w Ludwini po uszy, zapomniał o całym świecie - w tym również o samej Ludwini, tej prawdziwej oczywiście. Wystarczał mu w zupełności obecny stan ducha i niczym nieskrępowana jego chora wyobraźnia. Pewnie ktoś powie, że tak najlepiej. Mnie nie pytajcie - ja nie wiem. Ja tylko podążam za Władkiem wąziutką polną dróżką. Staram się stąpać cicho i uważnie stawiać stopy, żeby nie spłoszyć szczęścia, które unosi się nad nim nisko i wyraźnie.
Bardzo uważnie i cicho porusza się również Kuźniak. Dostrzegł za krzakiem zarys zwierzęcia, ale wie, że z tej odległości, nie mając sztucera, tylko dubeltówkę, nie może oddać skutecznego strzału. Gdyby miał chociaż załadowanego Breneka - ale on ma tylko śrut. Musi zatem podejść naprawdę blisko. Nie wierzy swojemu szczęściu, bo dzik rzeczywiście wykazuje dużą nieostrożność, tkwiąc dalej w tym samym miejscu.
Mężczyzna nie chce nadużywać fortuny, jaka niewątpliwie dziś mu sprzyja. Składa się powoli, przyciska kolbę mocno do silnego ramienia, w międzyczasie przesuwa bezpiecznik i prowadzi szynę lufy na cel. Krzaki przesłaniają częściowo sylwetkę zwierzęcia i Kuźniak tylko na wyczucie przewiduje jego ustawienie. Kiedy wydaje mu się, że jest na komorze, powoli naciska spust. Rozlega się głośny huk i przez chwilę pieprzny dym wystrzału przesłania całą perspektywę. Jest przygotowany na drugi strzał, ale wydaje się, że nie będzie potrzebny.
Chwilowe zaskoczenie brakiem ucieczki zranionego zwierza już po chwili całkowicie tłamsi duma z precyzyjnego, wręcz mistrzowskiego strzału. Zakłada strzelbę na plecy i pospiesznie biegnie w stronę swojej nieruchomej zdobyczy.
Na wsi wiadomości rozchodzą się szybko. Te złe mają z reguły najszybszy transport. Już następnego dnia pod sklepem jedni ze współczuciem, inni z czającą się w tle drwiną opowiadali, jak to sołtys Kuźniak zamiast dzika ustrzelił pod lasem biedną Ludwinię.
- Przecież on ślepy jest jak kret. Wziął kobiecinę za dzika i jednym strzałem położył. Podobno z początku uciekł, potem wrócił, potem znów przybiegł do wsi o pomoc prosić. Wieszać się chciał, ale go pilnowali...
Traf chciał, że i Władzio pod sklep się napatoczył i - podobnie jak to było poprzednio - usłyszał to, co zwykle puściłby mimo uszu.
"Kuźniak zastrzelił Ludwinię". Jego Ludwinię.
Może gdyby świat Władka był nieco większy i nie kończył się razem z horyzontem uchwytnym wzrokiem, może gdyby rozciągał się ciut dalej, to stworzyłby sobie przestrzeń, gdzie mógłby zepchnąć wszystkie te rzeczy, które u normalnych ludzi nie mieszczą się w ich głowach i w sercach. Jednak w jego świecie, tak jak i w głowie, było ciasno.
Nikt nawet nie zwrócił uwagi, kiedy Władzio wyszedł ze sklepu, potem ze wsi, a potem z rzeczywistości.
Ludzie odchodzą powoli. Najpierw dosłownie - w ludzkim rozumieniu tego słowa - po prostu przestają żyć, oddychać, czuć. Później dopiero odchodzą z pamięci tych, którzy pozostają. Ten właśnie proces jest bardzo złożony i wieloetapowy.
Co gubimy po nich najpierw? Czy charakterystyczny głos, jego wysokość, barwę, natężenie, wibracje, czy sto innych detali, których nie jesteśmy w stanie określić, a które budują całość dźwięku? Innym razem jest to zapach, który pozostaje w rzeczach właściciela. Ulatnia się potem razem z nimi - nie wiadomo gdzie i kiedy - i tylko czasami, w najmniej oczekiwanych i przypadkowych sytuacjach, pojawia się na powrót, na krótko. Często nie wiemy, co jest jego źródłem, ale on wkręca się w nasze receptory i budzi uśpione obszary pamięci.
Jednak chyba obraz jest tym nośnikiem pamięci, który ma najdłuższy okres przydatności do spożycia. Oczywiście obecnie wspomagają nas w tym fotografie, które - choć nie zawsze doskonale odmalowują osobę - to pomagają ciągle aktualizować te obszary pamięci, które nasz praktyczny mózg mógłby uznać już za zbędne i wykasować. Fotografie często żyją na tyle długo, że nie tylko nie ma już osób sfotografowanych, ale również tych, które pamiętały je za życia. Wówczas przypadkowy oglądacz ma dowolną przestrzeń do interpretacji i często obudowuje nieżyjącego już człowieka cechami, o których tamten nie miał nawet pojęcia. Niestety - nieobecni nie mają głosu.
Później fotografie z wolna blakną i biała przestrzeń zaczyna dominować nad niknącymi konturami, które niosły informacje. Tak się dzieje na wygiętym kartoniku i równolegle - w naszych głowach. Często pozostają opowieści przyklejone do ich właścicieli niczym ogony komet. Powtarzane, przeinaczane, dostrojone do sytuacji i potrzeb. Ale one również się wypalają i giną powoli - niby światło gwiazd, zbyt odległe, by mogło dotrzeć do oczu obserwatora.
Pozostaje po nich czarna czeluść kosmosu i pomimo iż zdajemy sobie sprawę, że ani w powieści, ani w otchłani nieba coś takiego jak pustka nie istnieje - to ciężko jest nam sobie uzmysłowić, że tam coś było, a może i ciągle jest, tylko nasze człowieczeństwo nie zostało odpowiednio optycznie doposażone.
Ludzie odchodzą powoli. Władzio jednak odszedł natychmiastowo i bezpowrotnie. Nie pozostawił po sobie nic, co mogłoby na dłużej zakotwiczyć go w pamięci ludzkiej. Wiejski głupek, co to był - i go nie ma.
To, że był, mogę Wam przysiąc na wszystko. Widziałem go i słyszałem. Wielokrotnie, jako dzieciak, biegłem za nim z innymi i krzyczałem: "głupi Władek, głupi Władek!".
Po tym wydarzeniu już nigdy nie pojawił się w naszej wsi ani w żadnej sąsiedniej. Nie widziano go na polach, w lasach, na jarmarkach i odpustach. Każdy człowiek wypełnia sobą jakąś przestrzeń, zazębia się z całą resztą tysiącem rzeczy, wiąże się i wikła mniej lub bardziej trwale. Kiedy znika - tworzy się próżnia, a ta natychmiast zaczyna zasysać otoczenie, wypełniać się nim, nasiąkać i wzbierać.
Władek chyba nie zajmował sobą żadnej przestrzeni, dlatego też - kiedy zniknął - nic nie zostało wchłonięte, nic nie zmieniło swego dotychczasowego miejsca.
Kiedy nie wiemy, skąd człowiek przyszedł ani dokąd odszedł, to może to wszystko, co było pomiędzy, nie jest ważne - bądź tego nie było wcale.
Ale przecież było - bo ja pamiętam. Pamiętam, bo źle jest, kiedy nie ma nawet kto pamiętać. Przypomniałem sobie o nim dopiero po wielu latach. Po dziesięciu, dwudziestu, stu dwudziestu. Nieważne. Przypomniałem sobie i Władziu - znów tylko na chwilę - powrócił w sferę pamiętania.
Bo tak naprawdę o to tu chyba chodzi.
Człowiek fizycznie zbudowany jest tak samo jak cały wszechświat. Jedynie przez krótką chwilę atomy, łącząc się w cząstki, struktury, związki chemiczne, przyjmują konfigurację istoty ludzkiej i stają się piękną dziewczyną z długimi blond włosami, chłopcem o niebieskich oczach, Władkiem o głupkowatej twarzy.
Kiedy człowiek odchodzi, po jakimś czasie jego ciało wraca do uniwersum. Wszystkie te atomy, które go budowały, oddane łasce entropii, przekształcają się w inne formy. Przy tym żaden z nich nie znika, każdy z nich dalej istnieje - czyli zbiór jest kompletny, a jedynie jego poszczególne składniki uległy transpozycji.
Może to jest właśnie ta tajemnica życia wiecznego, o której już tyle powiedziano. Ja nie wiem. Może i tak było z Władkiem - tylko że on zrobił to wszystko szybciej. W końcu pojęcie czasu jest przecież względne, a na pewno takie było dla niego.
Czy ta miłość, jego miłość, była głupia, głupsza i gorsza od tysiąca innych?
Mnie nie pytajcie - ja nie wiem.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.