Z zakamarków szuflady - Adam Janus

-
Proszę czekać

Wstęp

Pa­mię­tam z dzie­ciń­stwa nie­wiel­ką sa­dzaw­kę, ukry­tą za na­szy­mi za­bu­do­wa­nia­mi. Gdy po­bli­ska rzecz­ka wy­le­wa­ła, na chwi­lę anek­to­wa­ła ją do swo­je­go no­we­go, sze­ro­ko roz­la­ne­go ko­ry­ta. A kie­dy woda się co­fa­ła, sa­dzaw­ka od­zy­ski­wa­ła nie­za­leż­ność i od­ręb­ność. Te okre­so­we wy­le­wy spra­wia­ły za­pew­ne, że - mimo nie­wiel­kich roz­mia­rów zbior­ni­ka - miesz­ka­ły w nim ryb­ki. Dziś nie po­tra­fię już przy­po­mnieć so­bie ich ga­tun­ku, a i za­pa­mię­ta­ny, wy­dłu­żo­ny kształt być może nie miał wie­le wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Gdy nad­cho­dził czas dłuż­szej po­su­chy, woda znacz­nie opa­da­ła, a ryb­ki zbi­ja­ły się w gę­ste, małe gro­mad­ki. Wcho­dzi­łem wte­dy do ba­jor­ka po ko­la­na, a moje sto­py przy­jem­nie za­głę­bia­ły się w cie­płe, tor­fia­ste dno. Małą dzie­cię­cą dło­nią, ufor­mo­wa­ną na kształt pod­bie­ra­ka, pró­bo­wa­łem je zło­wić - by prze­nieść je z po­wro­tem do rze­ki, któ­ra da­wa­ła im ży­cie. Wi­dzia­łem je wy­raź­nie, uno­szą­ce się w kry­sta­licz­nej, lek­ko bursz­ty­no­wej wo­dzie. Opusz­ka­mi pal­ców czu­łem ich zwin­ne, obłe ciał­ka, ale nie po­tra­fi­łem zła­pać choć­by jed­nej. Taka sama iry­ta­cja to­wa­rzy­szy mi rów­nież dziś - gdy my­śli w mo­jej gło­wie zbi­ja­ją się w ła­wi­ce, za­ta­cza­ją krę­gi i na­gle zmie­nia­ją kie­ru­nek. Umy­ka­ją zręcz­nie, nie po­zwa­la­jąc sło­wom po­chwy­cić ich i prze­nieść na pu­stą, bia­łą kart­kę. Boję się, że z cza­sem woda wy­schnie cał­ko­wi­cie, a mar­twe ryb­ki na za­wsze ugrzę­zną w den­nym mule nie­pa­mię­ci. Róż­ni­ca mię­dzy wczo­raj - dzie­ciń­stwem - a dziś, czy­li wie­kiem doj­rza­łym, po­le­ga na tym, że czas na po­łów sta­je się co­raz krót­szy. Żal mi tych ryb, mie­nią­cych się w ta­fli wody - tak samo jak my­śli, skrzą­cych się w gło­wie, pró­bu­ją­cych w cha­osie świa­ta roz­pacz­li­wie od­na­leźć dro­gę do wol­no­ści. Albo cho­ciaż­by wą­ski ka­na­lik - prze­smyk do czy­je­goś umy­słu. Wiem, że będę pró­bo­wał fil­tro­wać tę wodę do sa­me­go koń­ca. Że zim­na i kry­sta­licz­na bę­dzie prze­le­wać się po­mię­dzy mo­imi skost­nia­ły­mi pal­ca­mi. I że może - przy odro­bi­nie szczę­ścia - oca­lę choć jed­ną. Prze­nio­sę ją do wart­kie­go nur­tu. A może na­wet tra­fi w otwar­tą ot­chłań.

Głupia miłość

Wszy­scy mó­wi­li "Ma­ry­ni Wła­dek", albo po pro­stu "głu­pi Wła­dek". Tak szcze­rze - nie wiem, czy ktoś znał jego praw­dzi­we na­zwi­sko. Ja na pew­no nie. Ten przy­do­mek, ta afi­lia­cja sie­ro­ca "Ma­ry­ni" od­no­si­ła się chy­ba do jego mat­ki, któ­rej też nikt nie pa­mię­tał. Bo sam Wła­dek był na tyle sta­ry, że nie było wia­do­mo, ile on wła­ści­wie ma lat. Ja na pew­no nie wie­dzia­łem. Mógł mieć lat sześć­dzie­siąt, ale gdy­by miał sto - też za­pew­ne ni­ko­go by to spe­cjal­nie nie zdzi­wi­ło. Mnie na pew­no nie.

Wła­dek był za­wsze. Cho­dził od wsi do wsi, od domu do domu. Lu­dzie w przy­pły­wie li­to­ści cza­sa­mi czę­sto­wa­li go ka­wał­kiem chle­ba lub mi­ską zupy, a on w za­mian kar­mił ich opo­wie­ścia­mi, któ­re wy­cią­gał zza pa­zu­chy - czę­ściej jed­nak z za­ka­mar­ków swo­je­go cho­re­go umy­słu.

Jak na włó­czę­gę przy­sta­ło, ubra­ny był w zno­szo­ne łach­ma­ny. No­sił przy­dłu­gie spodnie, ob­szer­ną, prze­tar­tą wie­lo­krot­nie ko­szu­lę i ob­wi­słą, sztruk­so­wą ma­ry­nar­kę, po­ce­ro­wa­ną, gdzie się dało, a tam, gdzie się nie dało - dziu­ra­wą. Na gło­wie, bez wzglę­du na porę roku, Wła­dek no­sił heł­mo­fon czoł­gi­sty. Skąd go wziął? Ja na pew­no nie wiem.

Wspo­mnia­łem już, że cała ta jego gar­de­ro­ba była nad­mia­ro­wa. Dziś mam wra­że­nie, że i świat był dla Wład­ka za duży, więc wy­my­ślił so­bie swój wła­sny - dużo mniej­szy. Sku­mu­lo­wał w nim, w jed­nym miej­scu swo­jej jaź­ni, wszyst­ko to, co go in­te­re­so­wa­ło. Resz­ty nie za­uwa­żał i od­gro­dził się od niej do­syć szczel­nie. Opo­wia­dał - słu­cha­ny lub igno­ro­wa­ny - swo­je hi­sto­rie, o afe­rach, mi­ło­ściach wy­ima­gi­no­wa­nych, nie­speł­nio­nych, ale po­żą­da­nych.

Ku ucie­sze in­nych, w opo­wie­ściach tych do­pro­wa­dzał się do ogrom­nej eks­cy­ta­cji. W jej apo­geum cza­sem za­smar­kał się aż po bro­dę, co wy­wo­ły­wa­ło wiel­ką we­so­łość dzia­twy - w tym moją. Skąd się wziął Wła­dek? Po­wta­rzam - nie wiem. Po pro­stu był i tyle. W po­god­ny dzień po­ja­wiał się na któ­rejś z dróg pro­wa­dzą­cych do na­szej wsi. Wspie­rał się na kiju i ma­sze­ro­wał po­wo­li, ko­le­biąc się na boki. Dy­szał przy tym cięż­ko przez wiecz­nie za­tka­ny nos i otwar­te usta.

Lu­dwi­nia to z po­zo­ru inna hi­sto­ria. Jej mat­kę znał u nas każ­dy, oprócz dzie­ci tak ma­łych jak wów­czas ja. Mat­kę mat­ki, czy­li bab­kę, też pa­mię­ta­li co star­si - a to czy­ni­ło Lu­dwi­nię "tu­tej­szą", czy­li taką, o któ­rej wszy­scy wie­dzą wszyst­ko, a na­wet wię­cej. Ja, oczy­wi­ście, wie­dzia­łem nie­wie­le - no ale po cóż w koń­cu jest wy­obraź­nia.

Wra­ca­jąc do po­cząt­ku: Lu­dwi­nia od uro­dze­nia miesz­ka­ła z mat­ką w ma­łej cha­łup­ce, nie­co na ubo­czu są­sied­niej wsi. Cią­gnę­ły ra­zem ten bab­ski wó­zek, a że sił nie za­wsze wy­star­cza­ło, czę­sto jego małe kół­ka wpa­da­ły w głę­bo­kie ko­le­iny i trze­ba się było na­szar­pać, żeby na po­wrót, cho­ciaż­by na krót­ko, tra­fi­ły na bar­dziej rów­ną i twar­dą dro­gę. Ojca Lu­dwi­ni nikt nie znał - tak zresz­tą jak i dziad­ka, oczy­wi­ście poza sa­my­mi za­in­te­re­so­wa­ny­mi. Mo­gło to świad­czyć o tym, że męż­czyź­ni w tej ro­dzi­nie może nie tyle nie ist­nie­li, co rzad­ko by­wa­li. A że by­wa­li - to pew­ne, to wie­dzia­łem na­wet ja.

Ko­bie­ty, ni­czym mrów­ki do­glą­da­ją­ce wy­ko­pa­nych ko­ry­ta­rzy­ków ży­cia, dzień za dniem uwi­ja­ły się we wła­snym obej­ściu. Nie ukry­waj­my - dla po­stron­ne­go ob­ser­wa­to­ra te ich za­bie­gi i ma­ni­pu­la­cje były czę­sto zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łe i, na szczę­ście, nikt ich zro­zu­mieć nie chciał ani nie pró­bo­wał. Coś tam prze­no­si­ły, coś tam uty­ka­ły po ką­tach, w ci­szy kon­su­mo­wa­ły go­to­wa­ne ziem­nia­ki z kwa­śnym mle­kiem, cza­sa­mi śmia­ły się gło­śno, od cza­su do cza­su ci­cho po­pła­ki­wa­ły. Czy się kłó­ci­ły? Nikt ni­g­dy nie sły­szał żad­nej awan­tu­ry. My­ślę jed­nak, że sprzecz­ki były - jak wszę­dzie, gdzie czło­wiek jest ska­za­ny na dru­gie­go czło­wie­ka - i wte­dy krót­ko pcha­ły swój ży­wot od­dziel­nie i w ci­szy. Ale to już moja fan­ta­zja, któ­rej nie do koń­ca do­wie­rzam.

Pew­ne uwią­za­nie do wła­sne­go po­dwór­ka nie wy­ni­ka­ło z ich wy­bo­ru by­cia od­lud­kiem ani z nie­chę­ci do ob­cych. Ko­bie­ty cier­pia­ły na ogrom­ne obrzę­ki nóg, moc­no utrud­nia­ją­ce dal­sze wy­pra­wy. Fakt, że z pro­ble­mem tym bo­ry­ka­ła się rów­nież wcze­śniej bab­ka, świad­czył o ge­ne­tycz­nej etio­lo­gii scho­rze­nia i jesz­cze o tym, że sko­ro Bóg w ten wła­śnie spo­sób je na­zna­czył, to miał w tym ja­kiś za­mysł. Cię­żar ten - do­słow­nie i w prze­no­śni - trze­ba za­tem dźwi­gać przez ży­cie, nie na­rze­ka­jąc i nie bun­tu­jąc się.

Parę razy w dzie­ciń­stwie spo­tka­łem Lu­dwi­nię w na­szej wsi, gdy z rzad­ka od­wie­dza­ła je­dy­ny w naj­bliż­szej oko­li­cy sklep spo­żyw­czy i ku­po­wa­ła tam pę­ka­te bu­tel­ki z naf­tą. Ra­zem z in­ny­mi dzie­cia­ka­mi by­li­śmy wte­dy bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ni nie­na­tu­ral­ną sło­nio­wa­to­ścią jej nóg - i jak każ­da in­ność, elek­try­zo­wa­ła nas ona nie­zdro­wo i przy­cią­ga­ła. Wga­pia­li­śmy się in­ten­syw­nie, pod­eks­cy­to­wa­ni, w te ob­fi­te fał­dy ły­dek, spły­wa­ją­ce aż na sztyw­ne cho­le­wy wy­so­kich, skó­rza­nych trze­wi­ków.

Sło­wa, sło­wa, sło­wa. Ci­ska­my je w świat i nic nie wie­my o ich dal­szym ży­ciu. A one czę­sto nie tyl­ko żyją ży­ciem wła­snym, ale i po­wo­łu­ją do ży­cia inne byty: my­śli, idee, cza­sa­mi czy­ny, two­rząc cza­sem ra­do­ści, in­nym ra­zem dra­ma­ty. Nie­któ­re sło­wa wie­lo­krot­nie prze­ży­wa­ją swo­ich au­to­rów i nie­jed­no­krot­nie, przy­wo­łu­jąc ja­kiś cy­tat, lu­dzie nie mają po­ję­cia, komu pierw­szy raz przy­szło do gło­wy, by w taki wła­śnie spo­sób po­skła­dać je w ca­łość i wy­po­wie­dzieć - albo i na­pi­sać.

No tak, ale to są te wiel­kie sło­wa, któ­re przez lata, cza­sa­mi wie­ki, uro­sły, sta­ły się cięż­kie ni­czym śnież­ne kule, ob­le­pio­ne, oto­czo­ne z każ­dej stro­ny wie­lo­war­stwo­wo czło­wie­czym lo­sem, hi­sto­rią świa­ta. Ta­kie sło­wa po­ja­wia­ją się jed­nak nie­zmier­nie rzad­ko. Cza­sa­mi i tym mą­drzej­szym w ca­łym ży­ciu zda­rzy się jed­no zda­nie, jed­na fra­za za­słu­gu­ją­ca na nie­śmier­tel­ność. Zde­cy­do­wa­na więk­szość lu­dzi przez cały swój nędz­ny ży­wot nic po­dob­ne­go nie wy­po­wie.

Czy to ozna­cza, że te co­dzien­ne, małe, skrom­ne i po­spo­li­te, czę­sto sfor­mu­ło­wa­ne nie­gra­ma­tycz­nie, dia­lek­tem i nie­wy­raź­nie, nie mają siły spraw­czej, wła­sne­go fa­tum, nie sty­mu­lu­ją, nie na­pę­dza­ją koła ży­cia? Nic po­dob­ne­go. Ze sło­wa­mi jest do­kład­nie tak jak i z ludź­mi. Obok nie­licz­nej awan­gar­dy do­mi­nu­je oce­an mier­no­ty - i to ona two­rzy tkan­kę świa­ta. Tak ze sło­wa­mi było i tym ra­zem.

- Ta Lu­dwi­nia to by aku­rat to­bie się nada­ła, Wła­dziu. Pan­na prze­cież, tak jak ty ka­wa­ler. Cha­łu­pę ma. Ży­li­by­ście so­bie ra­zem jak pącz­ki w ma­śle, i spał­byś z babą pod pie­rzy­ną, a nie włó­czył się od cha­łu­py do cha­łu­py.

Kto to po­wie­dział, gdzie i kie­dy - ja na pew­no nie wiem. Fakt jest jed­nak taki, że sło­wa pa­dły, a dru­gi - że głu­pi Wła­dziu je usły­szał. Zwy­kle mó­wił swo­je i nie prze­bi­ja­ło się do jego obłą­ka­nej świa­do­mo­ści, co inni zło­śli­wie do­ga­du­ją w trak­cie. Brnął jak przez zbo­że ze swo­imi baj­da­mi i sama obec­ność dru­gie­go czło­wie­ka wy­star­cza­ła mu zu­peł­nie. Na aten­cję nie li­czył - by­ła­by może na­wet zby­tecz­na i nad­mia­ro­wa w swo­jej ła­ska­wo­ści.

Tym ra­zem sta­ło się ina­czej i Wła­dziu za­re­je­stro­wał wy­po­wiedź w ca­ło­ści - i ze zro­zu­mie­niem.

Oczy­wi­ście, że nie od razu prze­kaz do­tarł do jego świa­do­mo­ści, ale tak to już ze sło­wa­mi bywa, że wy­pusz­czo­ne na wol­ność, rzu­co­ne na ja­ło­wą gle­bę, mogą prze­le­żeć bar­dzo dłu­go i nic się spe­cjal­ne­go z nimi nie dzie­je. Przyj­dzie jed­nak taki mo­ment, gdzie ziar­no za­czy­na kieł­ko­wać. Naj­pierw pęka łu­pi­na, po­ja­wia się ko­rzo­nek, a po­tem ło­dyż­ka. Po­wsta­je ro­śli­na i sta­je się od­ręb­nym ży­wym or­ga­ni­zmem.

Tak jest czę­sto, i po­wta­rzam - tak było tym ra­zem.

Wła­dziu przy­jął do ser­ca na­sion­ko i kie­dy wie­czo­rem za­legł w swo­im bar­ło­gu, uwi­tym w opusz­czo­nej i sa­mot­nej cha­cie pod la­sem, dłu­go nie mógł za­snąć. Prze­wra­cał się z boku na bok, aż w pew­nym mo­men­cie usiadł i ro­zej­rzał się wo­kół. Przez ol­brzy­mią dziu­rę w sło­mia­nym da­chu księ­życ za­glą­dał do środ­ka i oświe­tlał do­syć ja­skra­wo wnę­trze nory, po­tę­gu­jąc każ­dy kształt po­roz­rzu­ca­nych kla­mo­tów i wy­ostrza­jąc ich kon­tu­ry.

W jed­nej chwi­li Wła­dziu zo­ba­czył swo­ją mar­ność, swój zwie­rzę­cy ży­wot, któ­ry pę­dził od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Jak to się sta­ło, że do tej pory tego nie do­strze­gał; że wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się spój­ne i przy­na­leż­ne? Wła­dziu nie wie­dział - i ja rów­nież tej wie­dzy nie mia­łem, do dziś jej nie na­by­łem. Nie za­sta­na­wiaj­my się za­tem, dla­cze­go eg­zy­sten­cja czło­wie­ka czę­sto przy­wie­ra do tej by­dlę­cej, cza­sa­mi prze­ni­ka­jąc się na­wza­jem, sca­la­ją się jed­na z dru­gą i już nic nie wia­do­mo.

Inne py­ta­nie wy­da­je się być bar­dziej za­sad­ne: co lub kto był przy­czy­ną, że Wła­dziu zdał so­bie spra­wę z by­cia isto­tą ludz­ką, że do­strzegł w so­bie wy­rwę zie­ją­cą pust­ką ogrom­ną, go­to­wą wchło­nąć pół świa­ta, że ten świat roz­my­ty, bez­kształt­ny i bla­dy za­czął się kom­po­no­wać w for­my kon­kret­ne, a do tej pory obce, nie­uchwyt­ne i ulot­ne?

I tu wła­śnie pę­kła łu­ska po­kry­wa­ją­ca zia­ren­ko, a przez wą­ską szcze­lin­kę wy­do­był się na świat ra­chi­tycz­ny, zie­lo­ny kie­łek:

- Ta Lu­dwi­nia to by aku­rat to­bie się nada­ła, Wła­dziu.

Ma­rzył od za­wsze. Ma­rze­nia wy­peł­nia­ły każ­dą szcze­li­nę jego ży­cia. Wy­peł­nia­ły i jed­no­cze­śnie skle­ja­ły - bo ina­czej by się roz­sy­pa­ło. Do tej pory jed­nak wszyst­ko to było tyl­ko wy­two­ra­mi jego wy­obraź­ni, ilu­zja­mi. Żad­na z nich nie żyła dłu­go. Szyb­ko umie­ra­ły, ale wcze­śniej wy­da­wa­ły na świat inne. Ten obłęd­ny cykl krę­cił się w kół­ko, roz­my­wa­jąc bru­tal­ną rze­czy­wi­stość, a roz­ma­za­ne ko­lo­ry już tak nie do­skwie­ra­ły, nie kłu­ły w oczy, nie ra­ni­ły ser­ca.

Te­raz jed­nak mi­ra­że o nie­okre­ślo­nych kształ­tach za­czę­ły na­bie­rać form re­al­nych. Wi­dział gdzieś Lu­dwi­nię, raz z da­le­ka, chy­ba na po­lnej dro­dze - ale to nie mia­ło w tym mo­men­cie żad­ne­go zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze było to, że ona na­praw­dę ist­nia­ła. Tak jak on - żyła, pa­trzy­ła na świat, od­dy­cha­ła praw­dzi­wym po­wie­trzem, dep­ta­ła zie­mię, była isto­tą z krwi i ko­ści, a nie tyl­ko z żalu i tę­sk­no­ty, jak to by­wa­ło do tej pory.

No i naj­waż­niej­sza myśl, któ­ra za­pu­ści­ła już głę­bo­kie ko­rze­nie i wy­pusz­cza­jąc co­raz dłuż­sze pną­cza, przy­jem­nie wiła się po za­ka­mar­kach świa­do­mo­ści:

"To­bie by się nada­ła aku­rat, Wła­dziu".

Po­ran­na rosa moc­no i szczel­nie ob­ła­pia­ła sztyw­ne jesz­cze o tej po­rze źdźbła traw. Pta­ki, z gło­wa­mi wtu­lo­ny­mi głę­bo­ko pod skrzy­dła, akro­ba­tycz­nie za­wie­szo­ne w ga­łę­ziach drzew, nie roz­po­czę­ły jesz­cze swo­je­go po­ran­ne­go świer­go­tu. Noc cią­gle nie da­wa­ła za wy­gra­ną, a dzień był do­pie­ro obiet­ni­cą no­we­go ży­cia.

O tej to wła­śnie po­rze soł­tys Kuź­niak, w woj­sko­wej kurt­ce, z du­bel­tów­ką za­wie­szo­ną na ple­cach, opu­ścił swo­je sen­ne do­mo­stwo i furt­ką na ty­łach za­bu­do­wań udał się pro­sto w pola. Po paru kro­kach za­trzy­mał się, na­brał po­wie­trza w ob­szer­ną klat­kę pier­sio­wą, chwi­lę po­stał, sta­ra­jąc się przy­zwy­cza­ić oczy do sza­ro­ści le­ni­wie bu­dzą­ce­go się brza­sku. To był ten mo­ment, kie­dy utwier­dzał się w fał­szy­wym prze­ko­na­niu, że lę­gną­cy się w jego trze­wiach in­stynkt my­śli­we­go upo­dab­nia go po­wo­li do dra­pież­ni­ka.

Po­mi­mo że zbli­żał się już do sześć­dzie­siąt­ki, w tych wła­śnie mo­men­tach ła­pał dru­gi od­dech. Sła­by już wzrok wy­ostrzał się, słuch sta­wał się wraż­li­wy, a węch - głę­bo­ko sen­so­rycz­ny. Za­le­d­wie po kil­ku­na­stu me­trach wy­pa­trzył pierw­sze tro­py, de­ma­sku­ją­ce na sztyw­nej, mo­krej tra­wie har­ce za­ją­ca. Tra­jek­to­ria śla­dów prze­ci­na­ła łąkę uko­śnie i gi­nę­ła w po­bli­skim za­gaj­ni­ku. Kuź­niak nie­mal czuł przy­spie­szo­ny ło­mot ser­ca sza­ra­ka, ukry­te­go w kę­pie chasz­czy, i wi­dział jego sze­ro­ko otwar­te oczy, w któ­rych cza­ił się strach.

Nie­po­trzeb­nie. To nie na nie­go dziś wy­dał wy­rok. Skrę­cił wkrót­ce w stro­nę po­je­dyn­czych sku­pisk gę­stych krza­ków, któ­re po­ro­sły pła­skie ugo­ry łą­czą­ce pola z za­czy­na­ją­cą się da­lej ścia­ną lasu.

Cho­ciaż ktoś mógł­by tak przy­pusz­czać, to Ry­no­la­lia nie była dru­gim imie­niem Lu­dwi­ni. Sło­wo to ozna­cza mó­wie­nie przez nos - i to była na­stęp­na atrak­cja, jaką ko­bie­ci­na spro­wa­dza­ła ze swo­ją oso­bą na ten świat. Coś się tam od uro­dze­nia w gar­dle nie po­ukła­da­ło, jak na­le­ży, i sły­sza­ło się głos nie­kształt­ny, o nie­przy­jem­nym brzmie­niu, jak­by mó­wi­ła z twa­rzą za­to­pio­ną w po­dusz­ce.

Mat­ka na­uczy­ła się ją ro­zu­mieć, a po ja­kimś cza­sie przy­zwy­cza­iła się do tego stop­nia, że prze­sta­ła ułom­ność za­uwa­żać w ogó­le. A że cór­ka od dziec­ka nie była zbyt lot­na, to stwier­dzi­ła, że do tego, co ma do po­wie­dze­nia, ta nie­do­sko­na­ła ar­ty­ku­la­cja musi jej w re­la­cji ze świa­tem w zu­peł­no­ści wy­star­czyć. Ko­bie­ty jak zwy­kle po­go­dzi­ły się z lo­sem - świat nie do koń­ca. I po­mi­mo że lu­dzie byli tu do­bro­tli­wi, za­cni i Bogu du­cha win­ni, to świat jed­nak nie chciał taki być i na­igry­wał się czę­sto kpił z Lu­dwi­ni, prze­drzeź­niał ją.

Lu­dwi­nia nie przej­mo­wa­ła się tym ja­koś szcze­gól­nie, bo cały jej kon­takt wer­bal­ny skie­ro­wa­ny był głów­nie do mat­ki i stad­ka zwie­rząt, któ­re wspól­nie ho­do­wa­ły. Mat­ka ją ro­zu­mia­ła, zwie­rzę­ta rów­nież, więc kło­pot chwi­lo­wo się roz­sma­ro­wał jak świe­że ma­sło na krom­ce cie­płe­go chle­ba.

Kie­dy jed­nak mat­ka ode­szła, jak to bywa z ludź­mi sta­ry­mi, pro­blem wró­cił na nowo. Przez kil­ka ty­go­dni Lu­dwi­nia chcia­ła pójść za mat­ką, ale wszyst­kie dro­gi, ja­kie tam pro­wa­dzi­ły, były dro­ga­mi na skró­ty, a ze skró­ta­mi wia­do­mo - róż­nie bywa i czę­sto pro­wa­dzą na ma­now­ce. Cięż­ko po­wie­dzieć, że była to jej de­cy­zja, ale z miej­sca, w któ­rym się zna­la­zła, po pro­stu nie było in­ne­go wyj­ścia poza tą wła­śnie wą­ską ścież­ką, któ­rą od bie­dy moż­na by na­zwać ży­ciem.

Jak to na wą­skiej ścież­ce bywa - czę­sto robi się tłok i trze­ba się na­wza­jem omi­jać. Sta­ra­ła się za­tem uni­kać lu­dzi, jak tyl­ko moż­na. Z domu wy­cho­dzi­ła rzad­ko i tyl­ko z ko­niecz­no­ści, a jed­ną z nich była wła­śnie naf­ta. Ktoś daw­no temu do­ra­dził im, że na­cie­ra­nie tym wła­śnie pre­pa­ra­tem przy­no­si ulgę dla opuch­nię­tych nóg. Czy tak rze­czy­wi­ście było - nie wiem. Ale to sma­ro­wa­nie prze­szło z bab­ki na mat­kę, a z mat­ki na Lu­dwi­nię i ko­bie­ta była prze­ko­na­na, że bez naf­ty jej nogi sta­ną się jesz­cze więk­sze i uwią­żą ją do łóż­ka na amen.

Aby uni­kać nie­po­trzeb­nych spo­tkań, po za­kup wy­cho­dzi­ła z domu wcze­snym ran­kiem i nad­ra­bia­ła spo­ry ka­wa­łek dro­gi, aby dojść do skle­pu od pól, a nie przez wieś. Każ­dy krok po­wo­li prze­su­wał ją tro­chę do przo­du, ale bar­dziej zbli­żał ją do gro­bu niż do celu. Uno­sze­nie cięż­kich nóg było nie lada wy­sił­kiem i dla­te­go co kil­ka­na­ście me­trów przy­sia­da­ła a to na mie­dzy, a to na ka­mie­niu pod krza­kiem, aby zła­pać w płu­ca tro­chę po­wie­trza.

Wszyst­ki­mi po­przed­ni­mi swo­imi uro­je­nia­mi mi­ło­sny­mi Wła­dziu ob­fi­cie i przy każ­dej oka­zji dzie­lił się z ludź­mi. Jak już wspo­mi­na­łem wcze­śniej - może zbyt czę­sto; mało kto miał jesz­cze czas i ocho­tę słu­chać jego dzi­wacz­nych i wy­du­ma­nych opo­wie­ści. Tym ra­zem jed­nak coś się wy­raź­nie zmie­ni­ło. Lu­dwi­nia prze­cież ist­nia­ła, była czło­wie­kiem praw­dzi­wym, na tyle re­al­nym, iż Wła­dziu po­sta­no­wił nie dzie­lić się nią z ni­kim.

Kie­dy był sam - a roz­glą­da­jąc się ba­daw­czo do­oko­ła, spraw­dzał to wie­lo­krot­nie, na­wet w le­sie - wte­dy mógł so­bie po­zwo­lić na swo­bod­ny mo­no­log, któ­ry z cza­sem prze­cho­dził w dia­log, nie od razu zresz­tą rów­nie swo­bod­ny. Naj­pierw opo­wia­dał, ja­kie to wąt­pli­wo­ści nim tar­ga­ją, że już sta­ry, czy to czas na nowe ży­cie. No, ale jak nie te­raz, to kie­dy? Trze­ba by się wresz­cie ustat­ko­wać, że ta cha­łu­pa, o cie­płej pie­rzy­nie już nie wspo­mi­na­jąc, to może i by­ło­by do­bre.

Dłu­go tak de­li­be­ro­wał, wy­su­wa­jąc ar­gu­men­ty za i prze­ciw, prze­ko­nu­jąc chwi­la­mi sam sie­bie, to znów wpa­da­jąc w dół pe­łen wąt­pli­wo­ści i zwąt­pie­nia. Osta­tecz­nie jed­nak de­cy­zja za­pa­dła i Wła­dzio, wy­da­wa­ło się, iż doj­rzał do trwa­łe­go związ­ku. Wte­dy ja­ki­miś reszt­ka­mi roz­sąd­ku zdał so­bie spra­wę, że on prze­cież tej Lu­dwi­ni na­wet nie zna. Wi­dział ją gdzieś raz czy dwa z da­le­ka - no ale wte­dy nic ich nie łą­czy­ło, więc dla­cze­góż miał­by się jej przy­glą­dać, czy - co wię­cej - za­ga­dy­wać.

Nie zna? To po­zna. Taka jest prze­cież ko­lej rze­czy i po­rzą­dek tego świa­ta. Za­nim to się jed­nak sta­nie, dla wpra­wy po­sta­no­wił po­ćwi­czyć na su­cho. Oka­za­ło się to trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wał. Na po­cząt­ku Wła­dzio, du­ka­jąc coś tam pod no­sem, od­ru­cho­wo pa­trzył w bok i uni­kał abs­trak­cyj­ne­go wzro­ku uro­jo­nej Lu­dwi­ni. Chciał się do­wie­dzieć o zdro­wie jej mat­ki, ale na­gle przy­po­mniał so­bie, że prze­cież zmar­ła. Wy­co­fał się za­tem szyb­ko na ob­sza­ry bar­dziej neu­tral­ne i za­in­te­re­so­wał się tym, czy kury do­brze się nio­są.

Po­tem za­py­tał o drew­no na zimę, ziem­nia­ki w kop­cu, my­szy w są­sie­ku, czy pies czuj­ny, a kot łow­ny. Roz­krę­cał się co­raz bar­dziej, a że Lu­dwi­nia oka­za­ła się cier­pli­wym i bez­kry­tycz­nym słu­cha­czem, Wła­dzio z każ­dym sło­wem na­bie­rał więk­szej pew­no­ści sie­bie. Po­do­ba­ło mu się, że tak go cier­pli­wie słu­cha - i chy­ba ją na­wet za to po­lu­bił, bo ko­chał ją od sa­me­go po­cząt­ku.

Jak już tak do­brze wszyst­ko szło, stwier­dził, że sko­ro mają ra­zem żyć, może do­brze by­ło­by po­wie­dzieć coś wię­cej o so­bie. Nie­me przy­zwo­le­nie do­da­ło mu za­tem od­wa­gi i za­czął nie­śmia­ło wra­cać w od­le­głe i ciem­ne ko­ry­ta­rze swo­je­go ży­cia, któ­re - wy­da­wa­ło się - daw­no już po­za­my­kał. Co tam po­za­my­kał - za­ry­glo­wał tak szczel­nie, żeby ża­den na­wet cie­niut­ki pro­mień świa­tła nie wy­do­stał się stam­tąd na świat i na po­wrót nie za­czął bo­le­śnie kłuć wspo­mnie­nia­mi.

Dziw­na to była opo­wieść, bo po­je­dyn­cze sło­wa czy zda­nia, ja­kie z sie­bie wy­do­by­wał, prze­pla­ta­ły się syn­chro­nicz­nie z ob­ra­za­mi, ja­kie po­ja­wia­ły się w jego gło­wie. Przy­po­mi­na­ło to nie­co wy­wo­ły­wa­nie zdjęć ze zwo­jów ne­ga­ty­wu. Ja­kieś sub­stan­cje che­micz­ne, któ­re na­gle wy­zwo­li­ła ta mi­łość w gło­wie Wła­dzia, za­czę­ły od­dzia­ły­wać na cia­sno po­skrę­ca­ne kli­sze za­mknię­te w bla­sza­nym ko­rek­sie jego mó­zgu.

W czer­wo­nej po­świa­cie ciem­ni, bar­dzo po­wo­li, na pu­stych i bla­dych kart­kach pa­pie­ru naj­pierw po­ja­wia­ły się nie­zbor­ne pla­my, któ­re na­bie­ra­jąc ziar­ni­sto­ści, a na­stęp­nie od­cie­ni, prze­kształ­ca­ły się już w mniej lub bar­dziej wy­raź­ne ob­ra­zy i sce­ny. I była mat­ka, bez twa­rzy, bo ni­g­dy jej nie mia­ła, i Wła­dziu po­czuł zim­no i sku­lił się w so­bie, za­padł do środ­ka, jak­by chciał uciec, ale nie miał do­kąd...

Na szczę­ście do­tar­ło za chwi­lę ja­kieś cie­pło i do­strzegł kłę­by pary uno­szą­ce się z kro­wich py­sków, mia­ro­wo i spo­koj­nie prze­żu­wa­ją­cych po­karm. I przez krót­ką chwi­lę on też był spo­koj­ny, ale za mo­ment wy­sko­czy­ły psy, i za­czę­ły szar­pać go za łach­ma­ny, a on krę­cił się tyl­ko bez­rad­nie i strasz­nie się bał, żeby nie upaść. I były też bar­dzo ciem­ne fo­to­gra­fie, i tyl­ko gdzie­nie­gdzie zło­wro­go błysz­cza­ły pary śle­piów. Cięż­ko jest sfo­to­gra­fo­wać ciem­ność. Trud­niej - spę­dzić ma­łe­mu dziec­ku noc w le­sie.

A po­tem Wła­dziu za­czął wy­pa­try­wać na tych zdję­ciach czło­wie­ka. Może za szyb­ko je prze­su­wał, może prze­świe­tlił, nie utrwa­lił, nie po­więk­szył, a może wszy­scy lu­dzie, któ­rych spo­tkał, byli od­por­ni na świa­tło. Wie­dział, że prze­cież tam byli - sły­szał ich śmiech, re­chot na­wet - ale ich nie wi­dział lub wi­dzieć nie chciał. Otarł łzę z po­licz­ka i zdzi­wił się, że pła­cze, bo nie pła­kał daw­no, bar­dzo daw­no.

Spoj­rzał na Lu­dwi­nię - i ona też mia­ła łzy w oczach. I wte­dy pu­ści­ły lody. Ni­czym gej­zer wul­ka­nu, za dłu­go du­szo­ny w trze­wiach zie­mi przez jej zbyt gru­bą sko­ru­pę, Wła­dzio wy­buchł strasz­li­wym spa­zmem. Ry­czał, cały za­smar­ka­ny, trząsł się jak zwie­rzę w po­trza­sku. To współ­czu­cie, któ­re do­strzegł w uro­jo­nych oczach Lu­dwi­ni, na­pę­dzi­ło jego od­grze­ba­ny żal. Pew­nie by się wte­dy wtu­lił w jej ra­mio­na, tak jak zwy­kle czy­ni to czło­wiek w po­trze­bie, szu­ka­jąc bli­sko­ści dru­gie­go czło­wie­ka - ale jej tam po pro­stu i zwy­czaj­nie nie było.

Jed­nak ener­gia, jaką wy­wo­łał swo­ją opo­wie­ścią, swo­ją roz­pa­czą - a prze­cież ener­gia w przy­ro­dzie nie gi­nie, ona tyl­ko zmie­nia for­mę - tym ra­zem wy­peł­ni­ła prze­strzeń w ser­cu Wła­dzia, a ten po­czuł, że ko­cha na­praw­dę i na za­wsze.

Zmie­nił się. Już nie ła­ził i nie plótł trzy po trzy bez ładu i skła­du. Ga­dał oczy­wi­ście coś, ale tyl­ko do sie­bie i kie­dy był sam. Lu­dzie wi­dzie­li go te­raz czę­sto idą­ce­go przez pola, ge­sty­ku­lu­ją­ce­go, uśmiech­nię­te­go. Ni­ko­go to spe­cjal­nie nie dzi­wi­ło, bo czym­że jest ra­dość głu­pie­go.

W tych wszyst­kich ko­ro­wo­dach Wła­dzio, ży­jąc bło­go, za­ko­cha­ny w Lu­dwi­ni po uszy, za­po­mniał o ca­łym świe­cie - w tym rów­nież o sa­mej Lu­dwi­ni, tej praw­dzi­wej oczy­wi­ście. Wy­star­czał mu w zu­peł­no­ści obec­ny stan du­cha i ni­czym nie­skrę­po­wa­na jego cho­ra wy­obraź­nia. Pew­nie ktoś po­wie, że tak naj­le­piej. Mnie nie py­taj­cie - ja nie wiem. Ja tyl­ko po­dą­żam za Wład­kiem wą­ziut­ką po­lną dróż­ką. Sta­ram się stą­pać ci­cho i uważ­nie sta­wiać sto­py, żeby nie spło­szyć szczę­ścia, któ­re uno­si się nad nim ni­sko i wy­raź­nie.

Bar­dzo uważ­nie i ci­cho po­ru­sza się rów­nież Kuź­niak. Do­strzegł za krza­kiem za­rys zwie­rzę­cia, ale wie, że z tej od­le­gło­ści, nie ma­jąc sztu­ce­ra, tyl­ko du­bel­tów­kę, nie może od­dać sku­tecz­ne­go strza­łu. Gdy­by miał cho­ciaż za­ła­do­wa­ne­go Bre­ne­ka - ale on ma tyl­ko śrut. Musi za­tem po­dejść na­praw­dę bli­sko. Nie wie­rzy swo­je­mu szczę­ściu, bo dzik rze­czy­wi­ście wy­ka­zu­je dużą nie­ostroż­ność, tkwiąc da­lej w tym sa­mym miej­scu.

Męż­czy­zna nie chce nad­uży­wać for­tu­ny, jaka nie­wąt­pli­wie dziś mu sprzy­ja. Skła­da się po­wo­li, przy­ci­ska kol­bę moc­no do sil­ne­go ra­mie­nia, w mię­dzy­cza­sie prze­su­wa bez­piecz­nik i pro­wa­dzi szy­nę lufy na cel. Krza­ki prze­sła­nia­ją czę­ścio­wo syl­wet­kę zwie­rzę­cia i Kuź­niak tyl­ko na wy­czu­cie prze­wi­du­je jego usta­wie­nie. Kie­dy wy­da­je mu się, że jest na ko­mo­rze, po­wo­li na­ci­ska spust. Roz­le­ga się gło­śny huk i przez chwi­lę pie­prz­ny dym wy­strza­łu prze­sła­nia całą per­spek­ty­wę. Jest przy­go­to­wa­ny na dru­gi strzał, ale wy­da­je się, że nie bę­dzie po­trzeb­ny.

Chwi­lo­we za­sko­cze­nie bra­kiem uciecz­ki zra­nio­ne­go zwie­rza już po chwi­li cał­ko­wi­cie tłam­si duma z pre­cy­zyj­ne­go, wręcz mi­strzow­skie­go strza­łu. Za­kła­da strzel­bę na ple­cy i po­spiesz­nie bie­gnie w stro­nę swo­jej nie­ru­cho­mej zdo­by­czy.

Na wsi wia­do­mo­ści roz­cho­dzą się szyb­ko. Te złe mają z re­gu­ły naj­szyb­szy trans­port. Już na­stęp­ne­go dnia pod skle­pem jed­ni ze współ­czu­ciem, inni z cza­ją­cą się w tle drwi­ną opo­wia­da­li, jak to soł­tys Kuź­niak za­miast dzi­ka ustrze­lił pod la­sem bied­ną Lu­dwi­nię.

- Prze­cież on śle­py jest jak kret. Wziął ko­bie­ci­nę za dzi­ka i jed­nym strza­łem po­ło­żył. Po­dob­no z po­cząt­ku uciekł, po­tem wró­cił, po­tem znów przy­biegł do wsi o po­moc pro­sić. Wie­szać się chciał, ale go pil­no­wa­li...

Traf chciał, że i Wła­dzio pod sklep się na­pa­to­czył i - po­dob­nie jak to było po­przed­nio - usły­szał to, co zwy­kle pu­ścił­by mimo uszu.

"Kuź­niak za­strze­lił Lu­dwi­nię". Jego Lu­dwi­nię.

Może gdy­by świat Wład­ka był nie­co więk­szy i nie koń­czył się ra­zem z ho­ry­zon­tem uchwyt­nym wzro­kiem, może gdy­by roz­cią­gał się ciut da­lej, to stwo­rzył­by so­bie prze­strzeń, gdzie mógł­by ze­pchnąć wszyst­kie te rze­czy, któ­re u nor­mal­nych lu­dzi nie miesz­czą się w ich gło­wach i w ser­cach. Jed­nak w jego świe­cie, tak jak i w gło­wie, było cia­sno.

Nikt na­wet nie zwró­cił uwa­gi, kie­dy Wła­dzio wy­szedł ze skle­pu, po­tem ze wsi, a po­tem z rze­czy­wi­sto­ści.

Lu­dzie od­cho­dzą po­wo­li. Naj­pierw do­słow­nie - w ludz­kim ro­zu­mie­niu tego sło­wa - po pro­stu prze­sta­ją żyć, od­dy­chać, czuć. Póź­niej do­pie­ro od­cho­dzą z pa­mię­ci tych, któ­rzy po­zo­sta­ją. Ten wła­śnie pro­ces jest bar­dzo zło­żo­ny i wie­lo­eta­po­wy.

Co gu­bi­my po nich naj­pierw? Czy cha­rak­te­ry­stycz­ny głos, jego wy­so­kość, bar­wę, na­tę­że­nie, wi­bra­cje, czy sto in­nych de­ta­li, któ­rych nie je­ste­śmy w sta­nie okre­ślić, a któ­re bu­du­ją ca­łość dźwię­ku? In­nym ra­zem jest to za­pach, któ­ry po­zo­sta­je w rze­czach wła­ści­cie­la. Ulat­nia się po­tem ra­zem z nimi - nie wia­do­mo gdzie i kie­dy - i tyl­ko cza­sa­mi, w naj­mniej ocze­ki­wa­nych i przy­pad­ko­wych sy­tu­acjach, po­ja­wia się na po­wrót, na krót­ko. Czę­sto nie wie­my, co jest jego źró­dłem, ale on wkrę­ca się w na­sze re­cep­to­ry i bu­dzi uśpio­ne ob­sza­ry pa­mię­ci.

Jed­nak chy­ba ob­raz jest tym no­śni­kiem pa­mię­ci, któ­ry ma naj­dłuż­szy okres przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Oczy­wi­ście obec­nie wspo­ma­ga­ją nas w tym fo­to­gra­fie, któ­re - choć nie za­wsze do­sko­na­le od­ma­lo­wu­ją oso­bę - to po­ma­ga­ją cią­gle ak­tu­ali­zo­wać te ob­sza­ry pa­mię­ci, któ­re nasz prak­tycz­ny mózg mógł­by uznać już za zbęd­ne i wy­ka­so­wać. Fo­to­gra­fie czę­sto żyją na tyle dłu­go, że nie tyl­ko nie ma już osób sfo­to­gra­fo­wa­nych, ale rów­nież tych, któ­re pa­mię­ta­ły je za ży­cia. Wów­czas przy­pad­ko­wy oglą­dacz ma do­wol­ną prze­strzeń do in­ter­pre­ta­cji i czę­sto obu­do­wu­je nie­ży­ją­ce­go już czło­wie­ka ce­cha­mi, o któ­rych tam­ten nie miał na­wet po­ję­cia. Nie­ste­ty - nie­obec­ni nie mają gło­su.

Póź­niej fo­to­gra­fie z wol­na blak­ną i bia­ła prze­strzeń za­czy­na do­mi­no­wać nad nik­ną­cy­mi kon­tu­ra­mi, któ­re nio­sły in­for­ma­cje. Tak się dzie­je na wy­gię­tym kar­to­ni­ku i rów­no­le­gle - w na­szych gło­wach. Czę­sto po­zo­sta­ją opo­wie­ści przy­kle­jo­ne do ich wła­ści­cie­li ni­czym ogo­ny ko­met. Po­wta­rza­ne, prze­ina­cza­ne, do­stro­jo­ne do sy­tu­acji i po­trzeb. Ale one rów­nież się wy­pa­la­ją i giną po­wo­li - niby świa­tło gwiazd, zbyt od­le­głe, by mo­gło do­trzeć do oczu ob­ser­wa­to­ra.

Po­zo­sta­je po nich czar­na cze­luść ko­smo­su i po­mi­mo iż zda­je­my so­bie spra­wę, że ani w po­wie­ści, ani w ot­chła­ni nie­ba coś ta­kie­go jak pust­ka nie ist­nie­je - to cięż­ko jest nam so­bie uzmy­sło­wić, że tam coś było, a może i cią­gle jest, tyl­ko na­sze czło­wie­czeń­stwo nie zo­sta­ło od­po­wied­nio optycz­nie do­po­sa­żo­ne.

Lu­dzie od­cho­dzą po­wo­li. Wła­dzio jed­nak od­szedł na­tych­mia­sto­wo i bez­pow­rot­nie. Nie po­zo­sta­wił po so­bie nic, co mo­gło­by na dłu­żej za­ko­twi­czyć go w pa­mię­ci ludz­kiej. Wiej­ski głu­pek, co to był - i go nie ma.

To, że był, mogę Wam przy­siąc na wszyst­ko. Wi­dzia­łem go i sły­sza­łem. Wie­lo­krot­nie, jako dzie­ciak, bie­głem za nim z in­ny­mi i krzy­cza­łem: "głu­pi Wła­dek, głu­pi Wła­dek!".

Po tym wy­da­rze­niu już ni­g­dy nie po­ja­wił się w na­szej wsi ani w żad­nej są­sied­niej. Nie wi­dzia­no go na po­lach, w la­sach, na jar­mar­kach i od­pu­stach. Każ­dy czło­wiek wy­peł­nia sobą ja­kąś prze­strzeń, za­zę­bia się z całą resz­tą ty­sią­cem rze­czy, wią­że się i wi­kła mniej lub bar­dziej trwa­le. Kie­dy zni­ka - two­rzy się próż­nia, a ta na­tych­miast za­czy­na za­sy­sać oto­cze­nie, wy­peł­niać się nim, na­sią­kać i wzbie­rać.

Wła­dek chy­ba nie zaj­mo­wał sobą żad­nej prze­strze­ni, dla­te­go też - kie­dy znik­nął - nic nie zo­sta­ło wchło­nię­te, nic nie zmie­ni­ło swe­go do­tych­cza­so­we­go miej­sca.

Kie­dy nie wie­my, skąd czło­wiek przy­szedł ani do­kąd od­szedł, to może to wszyst­ko, co było po­mię­dzy, nie jest waż­ne - bądź tego nie było wca­le.

Ale prze­cież było - bo ja pa­mię­tam. Pa­mię­tam, bo źle jest, kie­dy nie ma na­wet kto pa­mię­tać. Przy­po­mnia­łem so­bie o nim do­pie­ro po wie­lu la­tach. Po dzie­się­ciu, dwu­dzie­stu, stu dwu­dzie­stu. Nie­waż­ne. Przy­po­mnia­łem so­bie i Wła­dziu - znów tyl­ko na chwi­lę - po­wró­cił w sfe­rę pa­mię­ta­nia.

Bo tak na­praw­dę o to tu chy­ba cho­dzi.

Czło­wiek fi­zycz­nie zbu­do­wa­ny jest tak samo jak cały wszech­świat. Je­dy­nie przez krót­ką chwi­lę ato­my, łą­cząc się w cząst­ki, struk­tu­ry, związ­ki che­micz­ne, przyj­mu­ją kon­fi­gu­ra­cję isto­ty ludz­kiej i sta­ją się pięk­ną dziew­czy­ną z dłu­gi­mi blond wło­sa­mi, chłop­cem o nie­bie­skich oczach, Wład­kiem o głup­ko­wa­tej twa­rzy.

Kie­dy czło­wiek od­cho­dzi, po ja­kimś cza­sie jego cia­ło wra­ca do uni­wer­sum. Wszyst­kie te ato­my, któ­re go bu­do­wa­ły, od­da­ne ła­sce en­tro­pii, prze­kształ­ca­ją się w inne for­my. Przy tym ża­den z nich nie zni­ka, każ­dy z nich da­lej ist­nie­je - czy­li zbiór jest kom­plet­ny, a je­dy­nie jego po­szcze­gól­ne skład­ni­ki ule­gły trans­po­zy­cji.

Może to jest wła­śnie ta ta­jem­ni­ca ży­cia wiecz­ne­go, o któ­rej już tyle po­wie­dzia­no. Ja nie wiem. Może i tak było z Wład­kiem - tyl­ko że on zro­bił to wszyst­ko szyb­ciej. W koń­cu po­ję­cie cza­su jest prze­cież względ­ne, a na pew­no ta­kie było dla nie­go.

Czy ta mi­łość, jego mi­łość, była głu­pia, głup­sza i gor­sza od ty­sią­ca in­nych?

Mnie nie py­taj­cie - ja nie wiem.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.