Z życia realisty - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Obrazek

Miałem lat dwadzieścia cztery, gdy wróciłem do ojcowskiego domu z zagranicy, gdzie w sławnym naukowym zakładzie w Li?ges, kształciłem się do zawodu technika.

Ojciec mój, przez prywatne i publiczne nieszczęścia, utracił znaczną część swego majątku i zostało mu tylko tyle, ile mogło starczyć na staranne wychowanie moje i dwóch sióstr moich, i na zapewnienie jemu samemu wygodnego bytu, do końca zacnego, a skołatanego trudami jego żywota. Od dzieciństwa wiedziałem, że sam o własnych siłach będę musiał zdobywać sobie wszystko, co inni z odziedziczoném otrzymują mieniem: byt, położenie towarzyskie, niezależność materyalną, od któréj częstokroć i moralna zależy. Od lat dziecięcych zrosłem się był z tą myślą, ukochałem ją, przywłaszczyłem sobie wprzódy jeszcze, nim-em ją w całéj rozciągłości pojąć był zdolny, a w miarę, jak rozszerzały się moje pojęcia, stawała się ona dumą moją i źródłem niewyczerpanych moich nadziei. Na wskróś nią przejęty, wyjeżdżałem za granicę, i wśród naukowéj pracy, ona była mi nieustannym bodźcem i służyła za hamulec młodości mojéj, rwącéj się nieraz ku rozrywkom i marzeniom. Wzbraniałem sobie wielu duchowych i materyalnych uciech, którym radzi się byli oddawać towarzysze moi, umysł mój całą siłą woli naginałem ku gruntownym studyom, ku realnemu i, że tak powiem, konsekwentnemu kierunkowi, podległy ciągle przekonaniu, że dla przyszłego pracownika, mającego sobie każdą piędź ziemi i każdy kęs chleba wywalczać, marzenia wszelkie i wszelkie wybryki uniesień i zapału, byłyby narkotykiem, osłabiającym w nich moc, tak bardzo mu na pełną trudu przyszłość potrzebną.

Sam rodzaj nauk, jakim się oddawałem, potęgował we mnie ten realny i prozaiczny nastrój, jaki sobie nadać postanowiłem; wszelkie porywy i płomienie młodzieńczego ducha i ciała, zapierał on w najdalszy i najgłębszy zakątek mojéj istoty, w którym zgłuszone i upokorzone milkły i jakby unicestwiały się przed wszechwładnie panującą we mnie myślą.

Nieubłagane w logice i ścisłości swéj matematyczne prawdy, również logiczne i nieledwie dotykalne prawa, rządzące fizyką i chemią, nad któremi studya pochłaniały mi dnie i noce, coraz bardziéj sprowadzały mój umysł do poznawania i miłowania tego tylko, co realne, wypływające z materyi i w niéj niby tonące, aby się z niéj znowu ze świętą i nieskończoną siłą odrodzić do tego, co otacza człowieka i może mu być widzialném lub dotykalném przez wzrok, mikroskop, wagę, albo linią. Wszystko, co mimochodem ujrzałem po-za tém, starannie usuwałem od siebie, myśląc, iż to była pajęczyna, która, jeźli mózg mój dosięgnie, oplącze go i zdrowo myśléć mu przeszkodzi.

A właśnie w porze, kiedym był w Belgii, w sąsiednich Niemczech z całą siłą zakwitła szkoła materyalistów: dzieła Büchnerów, Moleschottów i Darwinów obiegały z rąk do rąk, między uniwersytecką młodzieżą, chciwie chwytane przez spragnione nowych idei umysły młode, a zasady tych dzieł znalazły we mnie grunt dobrze przygotowany do ich przyjęcia.

Tak więc w 24-m roku mego życia, wracałem do kraju zimnym racyonalistą, szydersko uśmiechniętym wewnętrznie ze wszystkiego, co nazywałem idealistyką i mrzonkami. Okiem przedwczesnego stoika, mierzyłem w myśli przyszłość moję i zakreślałem dla niéj drogę równą i prostą, jak cyrklem geometry zarysowaną linią. Żadne gorące uczucie, nic z tego, co się nazywa poezyą, nie wchodziło w rachuby i nadzieje moje. Nauka i praca stawały przedemną, jako jedyne możebne i spodziewane kochanki, jako jedyny cel mego istnienia.

Tak zawsze zarozumiała i ufna we wszechmocność swoję młodość, czerpie z siebie niezbite na pozór wróżby. Człowiek widzi się takim, jakim jest dziś, i dumnie mówi: takim będę zawsze! A nie wié, olśniony blaskiem teraźniejszéj chwili, co tam śpi w jego głębi i co ma być poruszone w nim kiedyś ręką życia. Przyszłość, otaczając go żywiołami, których nie znał, budzi w piersi jego struny, o których istnieniu nie wiedział, a gdy ozwą się one, człowiek pyta zdumiony: co to za głosy? A doświadczenie mu odpowiada, że są to głosy jego samego, to jest instrumentu, na którym zagrało... życie.

Piérwsze już tchnienie powietrza rodzinnego, dziwny wpływ na mnie wywarło. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co czułem, ale byłem wzruszony, broniłem się od wzruszenia tego; zawstydzało moję dumę realisty i człowieka twardego, za jakiego się miałem, a jednak każda wioska, ujrzana po drodze, każdy dwór, strzelający w górę wyniosłemi topolami, lasy sosnowe, krzaki kalin i głogów nad wodami rosnące, siermięga ludowa, chłopski jednokonny wózek, przemawiały do mnie wspomnieniami lat dziecinnych.

Poczucie to niedługo wprawdzie trwało, bo gdym już przybył do ojcowskiego domu, gdy minęło piérwsze powitanie z rodziną, byłem zupełnie panem siebie, a raczéj być nim nie potrzebowałem, bo myśli i czucia moje popłynęły znowu spokojnie, wedle nadanego im oddawna wolą moją kierunku.

Ojciec mój zadowolony był ze mnie. Spostrzegałem nieraz, że duma i radość były w oczach jego, gdym w gronie zebranych sąsiadów rozwijał uczone teorye, albo gdy, oglądając postępowe gospodarstwa, znajdujące się w okolicy naszéj, dawałem rady i wskazówki, względem użycia skomplikowanych często gospodarskich machin, a najstarsi i najdoświadczeńsi pochwalali trafność zdań moich i jasność rozumowania. To, żem się nigdy żadnym nie oddawał marzeniom, żem się nigdy w żadną nie bawił miłość, że poglądy moje na świat i życie realne, były zimnemi, ojciec mój pochwalał we mnie. Sam doświadczywszy wielu nieszczęść przez zbytnią skłonność do zapału i ideologii, rad był, widząc, żem tych samych złych wróżb dla życia nie posiadał, żem na przeciwnéj drodze daléj nawet zaszedł, niż on się tego może spodziewał.

Bojąc się jednak, jak mi to sam potém powiedział, abym wśród bezczynnego na wsi pobytu, nie rozmarzył się i nie zmiękł, a także, pragnąc widziéć mię co najprędzéj na drodze samoistnéj pracy, zaczął z pomocą licznych posiadanych w kraju pokrewnych i przyjaznych stosunków, pilnie dowiadywać się o miejsce, na ktorém mógłbym, stosownie do wieku i zdolności moich, rozwinąć działalność technika. A i mnie samego gnało z domu pragnienie czynu i rozwinięcie tego pracowitego istnienia, do którego z takim mozołem i tylu walkami przygotowywałem się dotąd.

A jednak miły zaprawdę był wówczas dom ten mój rodzinny, miły i uroczy nawet dla każdego, jak ja, prozaika. Wprawdzie nie było już w nim istoty, która jest zarazem podstawą i koroną rodziny, nie było w nim matki; ale za to dwie siostry moje dorosły w owéj porze do tego rozkwitu młodości, w którym wszystko jest blaskiem i pięknością.

Starsza, Felicya, miała wtedy lat 20. Słusznego wzrostu, szczupła i kształtna, o czarnych włosach, ciemnych oczach i ściągłéj bladéj twarzy, poważną miała postawę i zamyślone spojrzenie. Obejście się jéj było jednostajne, łagodne, ale rzadko wesołe; mówiła niewiele, ubierała się ze smakiem i wdziękiem, ale bez żywych barw i błyskotek. Jéj to był powierzony zarząd praktycznéj strony kobiecego gospodarstwa. Przy pasku nosiła zwykle pęk kluczyków i kilka razy dziennie, cicha, spokojna, przechodziła z niemi pokoje domu, idąc spełniać gospodarskie czynności; potém w werendzie, ocienionéj dzikiém winogronem, albo u otwartego okna, siadała z książką lub robotą w ręku, a czasem wchodziła do gabinetu ojca, pomagała mu pisać rachunki, listy, albo czytywała głośno dzienniki, gdy on leżał na ulubionéj sofie, paląc fajkę, z którą nie rozstawał się nigdy prawie.

Młodsza siostra moja, Konstancya, stanowiła z Felicyą zupełną sprzeczność. Ośmnastoletnia, nizka, jasnowłosa, miała błękitne figlarne i zawsze wesołe oczy, a na białéj i świeżéj twarzy, wyraz dziecięcéj prawie szczeroty i otwartości. Szczupła, zgrabna, malutka, dziwnie była żywa, zwinna i giętka, śmiała się często srebrnym głośnym śmiechem, nuciła, szczebiotała bezustannie. Zawsze w lekkiéj jasnéj sukience, z mnóztwem kwiatów we włosach, była ona pieśnią i weselem domu, promieniem, który światło i życie wlewał w każdy jego zakątek. W rodzinie nazywano ją zwykle Kocią, a to imię zdrobniałe, przypominające młodą zwinną koteczkę, wybornie stosowało się do téj ruchliwéj zgrabnéj istotki.

Do Koci należało urządzenie estetycznéj strony domu. Miała ona obowiązek utrzymywać w nim wdzięk i porządek zewnętrzny. Pod jéj dozorem zostawały grządki kwiatowe w ogrodzie, ona doglądała, aby w pokojach były zawsze śnieżne białe firanki, lśniące od czystości posadzki, latem codziennie świeże bukiety na stołach, a zimą rośliny w wazonach zielone i kwitnące. Ona téż grywała ojcu na fortepianie i śpiewała mu ulubione jego pieśni, albo, gdy spostrzegła w nim smutek lub zmęczenie, siadała przy nim, obejmowała jego szyję i dowcipnym szczebiotem rozpogadzała mu czoło.

Oprócz tych dwóch miłych istot, była w domu naszym jeszcze jedna kobieta, daleka krewna mojéj matki, która po śmierci jéj zamieszkała u mego ojca, wyhodowała i wypieściła swoje ukochane dziewczątka, jak nazywała moje siostry. Była to staruszka, przeszło lat sześćdziesięciu, wysoka, zawsze w czarnéj sukni i w białym czepku ubrana, w okularach i z pończoszką w ręku. Szanowna pani Wincentowa od lat kilku już nie żyje, dziś jednak jeszcze wybornie pamiętam twarz jéj ściągłą i bladą, o jasno-niebieskich, zagłębionych przez starość oczach i loki z siwych włosów, które się z pod jéj czepeczka wymykały. Niezmiernie dobra i kochająca, była ona jednak nieco surową dla młodzieży; siostry moje bały się jéj trochę, szczególniéj Kocia, któréj się niekiedy od pani Wincentowéj dostawało lekkie gderanie, za zbytnią żywość, lub dziecinne figle. W ogóle, piękny to był typ kobiecy, z lekka staroświecki i malowniczo odbijający obok świeżych i młodzieńczych postaci moich sióstr.

U pani Wincentowéj popadłem zaraz, od chwili przybycia, w wielkie łaski. Zwała mię "statecznym i porządnym kawalerem". Otóż takich kawalerów to lubię - mawiała niekiedy do mego ojca, robiąc pończoszkę. - Bo to i uczony, że aż miło posłuchać, gdy co mówi i stateczny, regularny, w żadne głupstwa się nie wdaje, jak to zwyczajnie teraźniejsza młodzież, co to: szastu! prastu! nagada, nakręci się za czterech, a w głowie fiu! fiu! nic więcéj!" Ojciec mój uśmiechał się, słuchając i pokręcał wąsa, a gdy skończyła, nachylił się ku niéj i półgłosem odpowiadał:

- Pamiętam ja bodaj owe latka, w których pani Wincentowa, sama to

szastu! prastu! na które tak dziś napadasz, lubiłaś!...

- Uchowaj Boże! - broniła się staruszka i, położywszy obok siebie pończoszkę, dostawała z kieszeni srebrną tabakierkę.

Siostry moje, które, wyjeżdżając za granicę, zostawiłem był dziećmi prawie, wydały mi się od piérwszego spojrzenia ładnemi i miłemi dziewczątkami, zrazu jednak, uważałem je pod względem towarzystwa, jakie mi dać mogły, za niedostatecznie wykształcone dla mnie, piérwszego ucznia uniwersytetu w Li?ges. Pewnego dnia wszakże, w parę tygodni po przybyciu mém do domu, ojciec mój posłał mię z jakiémś poleceniem do Felicyi, która była w swoim pokoju. Wszedłem tam i, powtórzywszy jéj rozkaz ojca, obejrzałem się wkoło. Wzrok mój zatrzymał się na sporéj szafce pełnéj książek. Uśmiechnąłem się i pomyślałem, że musiał to być zbiór samych belletrystycznych utworów, powieści, poematów, których ja nigdy prawie nie czytywałem. Machinalnie zbliżyłem się do szafki, wiedziony mimowolną attrakcyą, jaką zwykle wywierały na mnie książki i jakież było moje zdziwienie, gdy, na grzbietach skromnie oprawnych książek mojéj siostry, wyczytałem tytuły poważnych, o historyi i naukach przyrodzonych traktujących dzieł polskich, francuzkich, a nawet angielskich.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.