Nie brakuje ci rozpoznawalności i medialności, jaką mają Kamil Stoch czy
Piotr Żyła?
Nie powiedziałbym, że jestem słabo rozpoznawalny. Może nawet trochę
bardziej dzięki mojej fryzurze, bo ludzie mogą łatwiej "wyhaczyć" mnie w tłumie. Zdarza się, że ktoś mnie rozpoznaje, chce wziąć autograf, czy
zrobić sobie ze mną zdjęcie i to jest bardzo miłe, bo stanowi docenienie
mojej pracy. Bywa też, że jest tego za dużo. Zwłaszcza gdy przebywam z żoną czy dzieckiem i dzieje się coś takiego, czasami przepraszam, że nie
mogę spełnić tego typu próśb. I ludzie to rozumieją.
Pytamy o to, bo mamy w pamięci wyniki Plebiscytu "Przeglądu Sportowego"
i Polsatu na Najlepszego Sportowca 2020 roku. Mimo że miałeś lepszy
sezon od Kamila, on został sklasyfikowany na trzecim miejscu, a ty na
dziesiątym.
Też się wtedy zdziwiłem, że tak to się skończyło, ale w tym plebiscycie
głosują kibice i to oni tak postanowili. Choć zrobiło mi się trochę
przykro, że moje osiągnięcia nie zostały do końca zauważone. Miałem już
jednak w swojej karierze kilka takich sytuacji i może jestem do tego
przyzwyczajony.
Jakie sytuacje masz na myśli?
W 2006 roku do Polski jako główny trener przyszedł Hannu Lepistö. We
wcześniejszym sezonie startowałem przede wszystkim w Pucharze
Kontynentalnym. Trenerzy wysyłali mnie tam, żebym mógł się pokazać,
zdobyć doświadczenie. Dlatego często opuszczałem mniej ważne zawody
krajowe - Lotos Cup - bo zdarzało się, że oba cykle się pokrywały.
Tamtej zimy wystąpiłem w Lotosie może ze dwa razy. Uzyskałem dobre
wyniki, ale przez nieobecności w pozostałych konkursach byłem nisko w klasyfikacji generalnej. Hannu chciał wtedy dobrać do reprezentacji
młodych zawodników i wziął pod uwagę czołową trójkę Lotos Cupu. W ten
sposób całe moje skakanie w znacznie ważniejszym Pucharze Kontynentalnym
poszło w niepamięć. Nie miałem wpływu na to, że mnie pominęli, ale było
mi trochę przykro. Druga nieciekawa sytuacja miała miejsce w Wiśle na
zawodach Pucharu Świata albo Letniego Grand Prix. Po dość przyzwoitym
występie udzielałem wywiadu pewnemu dziennikarzowi. Odpowiadałem mu na
pytanie, a on nagle przerwał rozmowę słowami: "Dobra, kończę, bo Kamil
mi ucieknie!". I wyłączył dyktafon w połowie zdania. Czułem się, jakbym
dostał w twarz. Nie będę cytował, co sobie wtedy pomyślałem. Po chwili
po prostu poszedłem dalej.
Porozmawiajmy o twoich początkach. Podobno wybitny Japończyk Kazuyoshi
Funaki sprawił, że zafascynowałeś się skokami.
Są dwie wersje wydarzeń: moja i rodziców. Według mnie było tak, że gdy
miałem pięć lat, zobaczyłem w telewizji Funakiego. Teraz nie jestem w stanie stwierdzić, czy to na pewno był on, ale pamiętam, że oglądałem
Letnie Grand Prix. Tak mi się spodobało, że zrobiłem aferę w domu.
Mówiłem, że też tak chcę. Rodzice opowiedzieli o tym znajomym, a ci
mieli kontakt do kogoś innego, kto znał się z trenerem Zbyszkiem
Klimowskim. Wersja rodziców jest natomiast taka, że na stoku w Nowym
Targu spotkaliśmy Zbyszka, który powiedział, że mógłbym spróbować swoich
sił na skoczni. Nie wiem dziś, która wersja jest prawdziwa. Wolę trzymać
się swojej, ale obie są prawdopodobne. Wydaje mi się jednak, że i tak
skończyłbym w skokach, bo od dziecka ciągnęło mnie do latania. To była
moja pasja i wszystko, co się z nią wiązało, bardzo mnie cieszyło.
Słyszeliśmy, że gdy zaczynałeś treningi, twoja sylwetka niekoniecznie
wskazywała na to, że uprawiasz akurat skoki.
Jako dziecko lubiłem jeść. Trener Klimowski do dziś się ze mnie śmieje,
że przez pierwsze lata treningów, gdy jechałem gdzieś na dwie czy trzy
godziny, miałem ze sobą trzy kanapki. Byłem trochę grubszy, może nie
jakoś bardzo, ale na pewno nie była to postura skoczka. Pamiętam, że
kiedy po kilku latach tata Zbyszka zobaczył mnie na skoczni, nie mógł
uwierzyć, że ja to ja. Wtedy usłyszałem od niego, że zawsze myślał, że
prędzej pójdę na sumo, niż zostanę skoczkiem, ale się wyrobiłem.
To prawda, że w gimnazjum poważnie zastanawiałeś się, czy nie
zrezygnować z uprawiania skoków?
To był moment, gdy mi nie szło i nie było widać postępu. W szkole byłem
za to dobrym uczniem, mimo opuszczanych lekcji miałem świadectwa z paskiem. Rodzice chcieli wtedy na mnie wpłynąć. Uważali, że są w życiu
lepsze opcje niż zabawa w skoki, które tylko zajmują czas. Nie obyło się
bez kłótni, ale postawiłem na swoim. Pamiętam śmieszną historię z młodzieńczych lat, kiedy tata zawoził mnie na treningi. Został, jak to
rodzic, by oglądać moje próby, ale cały czas miał dla mnie mnóstwo
porad. "Pokaż licencję, to będziesz mógł mi udzielać wskazówek. Póki co
mam trenera, który siedzi tam wyżej" - odpyskowałem mu. Tata się na mnie
obraził, wsiadł do auta i sam pojechał do domu. Później dość długo się
do mnie nie odzywał.
Jak wróciłeś?
Chyba pociągiem albo autobusem. Ojciec próbował mnie tymi komentarzami
zmotywować, a ja zareagowałem w taki sposób, bo to był właśnie ten czas,
kiedy mi nie szło.
Miłość do latania, o której wspomniałeś, przejawiała się też pasją do
modelarstwa. W programie Kuby Wojewódzkiego opowiadałeś, że razem z kolegą z osiedla zabieraliście ze sklepu pudła, które kleiliście tak, by
imitowały skrzydła.
Kolega miał na imię Łukasz. Ciągnęło nas do podobnych rzeczy - mechaniki
w motorynkach, wędkarstwa i właśnie modelarstwa. Na początku modele
robiło się z byle czego. Rodziców nie było stać, by kupować nam te
profesjonalne, a jeśli już raz do roku wybłagaliśmy coś na Mikołaja, to
przez pół zimy to kleiliśmy, żeby wiosną odbyć kilka lotów, dopóki model
się nie połamie. Kombinowaliśmy na różne sposoby. Jeżeli udało się
zorganizować jakieś listewki, to układaliśmy je w kształt samolotu,
kleiliśmy i impregnowaliśmy. Próbowaliśmy puszczać te modele z górek i patrzyliśmy, jak daleko polecą. Pojawił się też pomysł, żebyśmy sami
polecieli. Budowaliśmy wtedy z kartonu skrzydła i imitowaliśmy lot, bo
tylko tak można to nazwać. Kiedy dobrze wiało, a my skakaliśmy z górki,
czasami udało się ulecieć kilka metrów.
Był jakiś model, z którego byłeś szczególnie dumny?
W moich początkach, kiedy strugało się z tego, co było, posklejałem
podpatrzone gdzieś skrzydła z balsy, kadłub wyciąłem ze styropianu i później to obrabiałem. Gdy pierwszy raz przyjechałem z nim na lotnisko,
żeby sprawdzić, czy w ogóle będzie latał, starsi modelarze stwierdzili,
że to jest zbyt wiotkie i nieprawidłowo wykonane, by poleciało. A jednak
się udało. Czułem wtedy dumę, bo udowodniłem im, że nawet taka szkarada
ze śmieci może wzbić się w powietrze.
W 2015 roku w programie "Sektor gości" przyznałeś, że dwa razy
uczestniczyłeś w zawodach dla modelarzy. Teraz masz na swoim koncie
więcej takich występów?
Nie, ponieważ te zawody nie są już organizowane. To była rywalizacja
amatorska, można powiedzieć, że taki piknik modelarski, przy okazji
którego odbywały się zawody. Wziąłem w nich udział bez żadnego
przygotowania. Jeśli chodzi o pierwszą konkurencję - F3C, czyli latanie
na dokładność - to dwa dni wcześniej wydrukowałem sobie figury, które
trzeba wykonywać. Druga konkurencja to F3M, latanie akrobacyjne do
muzyki. Większość uczestników miała ją już wybraną. Mieli też dopasowane
figury i rozplanowane, w którym momencie je zrobić, by wszystko składało
się w spójną całość. Ja po prostu wyjąłem płytę z samochodu, znałem
mniej więcej rytm piosenki i próbowałem coś do niej wymyślić. Typowa
wolna amerykanka.
Miałeś też okazję latać szybowcem i podobno bardzo ci się to spodobało.
Do mojego pierwszego lotu w życiu doszło dość późno. Po brązowym medalu
w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu w 2018 roku dostałem
od ludzi z Urzędu Miasta w Nowym Targu w ramach nagrody voucher na
szkolenie szybowcowe. Rozpocząłem je w tamtejszym aeroklubie, a teraz
trochę brakuje mi czasu, żeby je skończyć (rozmawialiśmy w sierpniu 2022
roku - przyp. red.). Muszę zdać teorię, żebym później, gdy już wylatam
wszystkie godziny, mógł przystąpić do egzaminu. Po zdaniu części
teoretycznej ma się tylko dwa lata na skończenie kursu, więc póki co się
na to nie zdecydowałem, ale mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi
się polatać. Gdy córka podrośnie, chciałbym wznowić to szkolenie już na
poważnie i uzyskać licencję.
Zorganizowana w piwnicy modelarnia to miejsce, w którym Kubacki,
zwłaszcza gdy jeszcze nie miał córeczki, potrafił spędzać wiele godzin.
Przejdźmy do szybowania na skoczniach. Irytowało cię, gdy trochę
ironicznie byłeś nazywany "królem lata"? Przez pewien czas twoje dobre
występy w Letnim Grand Prix nie przekładały się na odpowiednie rezultaty
w Pucharze Świata.
Na początku tak, zwłaszcza kiedy to się sprawdzało. Gdy zimą mi nie
szło, pojawiała się irytacja. Teraz gdy ktoś mnie tak nazywa, podaję mu
suche fakty. Pokazałem, że potrafię skakać też zimą, dlatego ta łatka
już nie pasuje. Ale nawet wcześniej, gdy sobie to wszystko przetrawiłem,
stwierdziłem, że w sumie nie mam powodów, by się złościć, bo przecież
lepiej być dobrym chociaż latem niż przeciętnym i na śniegu, i na
igelicie. Wtedy było mi łatwiej to przełknąć.
Z czego wynikał ten problem?
Myślę, że była to kwestia głowy, która w skokach odgrywa bardzo dużą
rolę. Musimy zachować odpowiedni poziom motywacji, koncentracji i jednocześnie relaksu. Gdy którejś z tych rzeczy jest za dużo albo za
mało, to burzy cały system. Najważniejsza część skoku, czyli odbicie,
rozgrywa się na zaledwie pięciu, sześciu metrach i trwa kilka
dziesiątych sekundy. Jeżeli koncentracja nie jest na odpowiednim
poziomie, bardzo niewiele potrzeba, żeby zepsuć dalszą część skoku. W tej kwestii bardzo dużo dała mi praca z psychologiem. Poukładałem to w głowie, nauczyłem się też technik, które pozwalały mi się zrelaksować i obniżyć napięcie. Wcześniej zdarzało się, że moja uwaga rozpraszała się
przez głupoty. Gdy pojawiały się pierwsze letnie sukcesy, z tyłu głowy
było, że to lato, czyli mniej ważne zawody. Później, kiedy zbliżała się
zima, zaczęło pojawiać się coraz więcej presji. Między startami letnimi
a zimowymi była przerwa, podczas której kilka słabszych skoków,
spowodowanych choćby cięższym treningiem, potrafiło sprawić, że
zaczynałem szukać problemu, bo nie do końca umiałem poukładać to sobie w głowie. Próbowałem naprawiać błędy, których tak naprawdę nie było, a w ten sposób bardzo łatwo wszystko zburzyć.
W sezonie 2015/16 zostałeś przesunięty do kadry B. Co ci to dało?
Naprawdę sporo. Na pierwszym zgrupowaniu usiedliśmy z trenerami Maćkiem
Maciusiakiem i Wojtkiem Toporem. Zaczęli mi mówić, co według nich
powinienem zmienić w swoich skokach, żeby dopchać się na szczyt i nie
być już przeciętniakiem. Przez całe lato bardzo ciężko nad tym
pracowaliśmy. Dużo uwagi poświęcili wyeliminowaniu mojego błędu, jakim
było "szarpanie się z klatką piersiową" podczas wyjścia z progu. Latem
osiągałem całkiem niezłe wyniki, a i zima okazała się przyzwoita. Dzięki
temu znów znalazłem się w kadrze A prowadzonej przez Stefana
Horngachera.
To pod jego wodzą zacząłeś naprawdę dobrze skakać.
Stefan miał duże doświadczenie i wiedział, co robi, choć trochę się z nim kłóciłem. Wiele rzeczy mi nie pasowało. Bywało, że nie rozumiałem,
dlaczego ma być właśnie tak, a nie inaczej. Po pierwszych treningach
wydawało mi się, że dąży właśnie do tego "szarpania" przy odbiciu, które
wcześniej eliminowaliśmy z Maćkiem i Wojtkiem. Tutaj mieliśmy lekki
zgrzyt, ale z czasem współpraca stała się płynna i pojawiły się dobre
rezultaty. Stefan potrafił do nas dotrzeć i miał trochę świeższy system
niż ten, w którym pracowaliśmy do tamtej pory.
To właśnie pod skrzydłami Horngachera odniosłeś swoje pierwsze
zwycięstwo w Pucharze Świata, 13 stycznia 2019 roku w Predazzo.
Sprawdziliśmy - dziesięć lat, bez trzech dni, po twoim zakopiańskim
debiucie w Pucharze Świata. Trochę się naczekałeś.
Bardziej pasuje słowo "napracowałem" niż "naczekałem". Od zawsze
wiedziałem, że stać mnie na takie wyniki, dlatego się nie poddawałem.
Gdybym w siebie nie wierzył, pewnie dużo wcześniej zakończyłbym karierę.
A dlaczego tak długo to trwało? Widocznie potrzebowałem czasu i doświadczenia, żeby dojść na szczyt. Trochę mi to zajęło, ale mimo że
sukcesy nie przychodziły i tylko się o nie ocierałem, zawsze miałem
motywację, by dalej pracować. Moja upartość się opłaciła.
Pierwsza trójka konkursu o mistrzostwo świata na skoczni normalnej z Seefeld w 2019 roku. Od lewej: drugi Kamil Stoch, pierwszy Dawid Kubacki
i trzeci Stefan Kraft.
Który ze swoich sukcesów uważasz dziś za najcenniejszy?
Brązowy medal z konkursu indywidualnego igrzysk w Pekinie. Cenię go,
zwłaszcza gdy biorę pod uwagę, jak bardzo tamten sezon nie układał się
po mojej myśli. Mam świadomość, że kiedy jechałem na igrzyska, nikt nie
postawiłby na mnie nawet 50 groszy.
Nie szło wam, tobie również, w dodatku przed igrzyskami miałeś
koronawirusa.
Miałem duże wątpliwości, czy w ogóle znajdę się w kadrze na igrzyska.
Myślę, że trenerzy również je mieli, bo od początku sezonu nie dawałem
im argumentów, które uczyniłyby ze mnie pewniaka do wyjazdu. I jeszcze
ten pozytywny test na koronawirusa przed sprawdzianem poprzedzającym
zawody Pucharu Świata w Zakopanem. Skakało mi się już wtedy lepiej, a tu
okazuje się, że nie będę miał okazji, by pokazać się z dobrej strony. To
było najgorsze. Siedziałem w domu i nie dało się nic z tym zrobić.
Ludzie z kadry podrzucili mi sprzęt do garażu, gdzie robiłem treningi,
ale nie mogłem udowodnić trenerom, że warto na mnie postawić. Dopóki nie
nastąpiło oficjalne ogłoszenie składu, nie wiedziałem, jak to się
skończy.
Dowiedziałeś się z mediów?
Tak. Do tego momentu siedziałem w domu jak na szpilkach i czekałem z dużym niepokojem na informację. Trener Michal Doležal postawił na
doświadczenie. Wiedział, że na takich imprezach potrafię zebrać się w sobie i walczyć. Dziękuję mu za tę szansę. Dziś uważam, że kwarantanna w jakimś sensie mi pomogła, bo miałem czas, żeby przemyśleć to, co działo
się do tej pory, zrobić rachunek sumienia i zresetować myślenie.
Obejrzałem wtedy trochę swoich skoków z lepszych lat, porównałem je z próbami z tamtego sezonu i wyciągnąłem wnioski. Po powrocie do
trenowania jeszcze raz przegadałem wszystko z trenerem na zgrupowaniu w Zakopanem i zacząłem skakać o kilka metrów dalej. Odbudowałem się
psychicznie, przekonałem się, że ciągle mogę o coś zawalczyć. Gdybym
powiedział komuś przed igrzyskami, że jadę do Pekinu po medal, taki
człowiek kazałby mi stuknąć się w głowę. Odzyskałem jednak pewność
siebie, a jednocześnie nie było we mnie poczucia, że muszę coś osiągnąć.
Traktowałem Pekin jak szansę, z której mogę skorzystać. Udało się.
A jaką lekcją był dla ciebie konkurs na normalnej skoczni podczas
mistrzostw świata w Seefeld w 2019 roku? Po pierwszej serii zajmowałeś
27. miejsce. Co działo się w twojej głowie przed drugą kolejką?
Nie wierzyłem, że cokolwiek się zmieni. Miałem świadomość, że stać mnie
na dużo lepszy skok w drugiej serii i że mogę przesunąć się o kilka
miejsc do przodu, ale nie było osoby, która stwierdziłaby, że z tego da
się wygrać. Do drugiej próby podszedłem na zasadzie: "Skoczę, udowodnię,
że umiem i będę miał satysfakcję, że wykonałem swoją pracę". Satysfakcja
wydawała mi się jedynym, co mogłem ugrać w tym konkursie. Tymczasem
okazało się, że w sporcie zawsze warto walczyć do końca.
Co czułeś, gdy kolejni zawodnicy, skaczący po tobie w drugiej serii, nie
potrafili cię wyprzedzić?
Wiedziałem, że oddałem fajny skok, ale myślałem sobie: "Postoję krótko w miejscu dla lidera. Za chwilę mnie stąd ściągną, trzeba będzie się
przebrać i w kiepskim humorze wrócić do hotelu". Myśl, że zaraz ktoś
mnie tam zastąpi, towarzyszyła mi cały czas. Gdy skakał 15. zawodnik po
pierwszej serii, przyszedł Piotrek Żyła i zaczął powtarzać, że to
wystarczy do medalu. Długo mu nie wierzyłem. Uwierzyłem dopiero wtedy,
gdy trzeci zawodnik po pierwszej serii oddał swój skok i nie zmienił
mnie na pozycji lidera. Nie spodziewałem się tego, bo czołowa trójka
miała dużą przewagę i wydawało mi się niemożliwe, by mnie nie
przeskoczyli. Scenariusz na tamten dzień był jednak napisany trochę
inaczej. Zostałem mistrzem świata.
Nie da się ukryć, że pomogły ci trochę warunki panujące na skoczni.
Gęsto padający podczas drugiej serii śnieg był utrudnieniem dla rywali.
Zdarzały ci się myśli w stylu: "Lepiej zdobyć mistrzostwo świata,
wygrywając konkurs w bardziej sprawiedliwych warunkach"?
Zdarzały się, wiem zresztą, że pojawiały się takie głosy. Ale prawda
jest taka, że biorąc pod uwagę wszystkie treningi, które miały miejsce
przed tamtym konkursem, można było wytypować właśnie takie podium: mnie,
Kamila i Stefana Krafta. Następnego dnia wystąpiłem w zawodach
mieszanych. Poszło mi w nich naprawdę dobrze. Pokazałem, że złoty medal
nie był przypadkiem.
W 2018 roku ceniony pisarz Wojciech Kuczok w felietonie dla "Gazety
Wyborczej" odniósł się krytycznie do twojej wiary. Zacytujemy dwa
fragmenty, pierwszy jest dość ogólny: "Sportowcy manifestujący wiarę
podczas transmitowanych zawodów obrażają moje uczucia ateistyczne".
Drugi dotyczy już bardziej ciebie: "Wygląda na to, że w przypadku
skoczka z Nowego Targu wiara w Boga jest silniejsza od wiary w siebie".
Jesteś zawodnikiem, który zawsze przed skokiem wykonuje znak krzyża. W jaki sposób wiara pomaga ci na skoczni?
Nie wstydzę się jej, zresztą tak samo jak wykonywania znaku krzyża na
belce. Nie robię tego pod publiczkę. Znak krzyża ma swoje naturalne
miejsce w moim rytuale przygotowywania się do skoku. Lubię mieć
poczucie, że ktoś u góry może na mnie spoglądać przychylnym okiem albo
trzymać za mnie kciuki. Z psychologicznego punktu widzenia wydaje mi
się, że modlitwa potrafi uspokoić myśli i wprowadzić w fajny stan, który
przydaje się podczas startów.
W sezonie 2019/20 wygrałeś Turniej Czterech Skoczni. Rok później,
podczas trwania tej samej imprezy, urodziła ci się córka. Jak w takim
momencie skupić się na zawodach?
Sam chciałbym to wiedzieć. (śmiech) Wiedziałem, że żona wolałaby, żebym
był przy niej i biłem się z myślami, co robić. Chciałem równocześnie być
przy narodzinach dziecka i na turnieju. W tamtym momencie trochę pomógł
mi koronawirus. Oddziały były zamknięte, więc jedyne, co mogłem zrobić,
to odwieźć żonę do szpitala i tam ją zostawić, a później razem z córką
odebrać po wszystkim. To małżonka kazała mi jechać na turniej.
Stwierdziła, że na miejscu i tak nie mógłbym nic zrobić. Nie
wiedzieliśmy do końca, kiedy córka przyjdzie na świat. Mieliśmy
nadzieję, że wydarzy się to jeszcze w okolicy świąt. Ostatecznie o tym,
że się urodziła, dowiedziałem się po serii próbnej przed pierwszymi
zawodami turnieju w Oberstdorfie. W tamtym momencie trwała ta cała akcja
z pseudopozytywnym wynikiem testu Klimka Murańki. Organizatorzy mówili
przez pewien czas, że nie będziemy mogli startować, że zamkną nas na
kwarantannie, co było dla mnie wyjątkowo dobijające. Zamiast być w domu
z żoną i malutkim dzieckiem, miałem siedzieć dwa tygodnie w Niemczech?
Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Ostatecznie wystartowaliśmy, ale
gdy dotarła do mnie wiadomość, że córeczka jest już na świecie i zobaczyłem jej zdjęcia, emocji było za dużo i patrząc na to wszystko ze
sportowej strony, nie do końca sobie z nimi poradziłem. Konkurs w Oberstdorfie skończyłem na 15. miejscu. Na pewno było mnie wtedy stać na
więcej, ale okoliczności sprawiły, że sportowy rezultat zszedł dla mnie
na drugi plan.
Twoja żona wspominała w jednym z wywiadów, że jesteś uparty. Czyli upór
to cecha, która towarzyszy ci nie tylko na skoczni?
Zdecydowanie tak. Musimy to rozwijać?
Spróbujmy.
Gdyby żona zaczęła o tym opowiadać, moglibyście napisać osobną książkę.
Rzeczywiście taki jestem, czasami też nieustępliwy i różnie się to
kończy. Żona również ma dość mocny charakter, więc czasami pojawiają się
na tym polu tarcia, ale finalnie się dogadujemy i to jest najważniejsze.
W wywiadzie udzielonym Sport.pl niedługo po swoim ślubie powiedziałeś
zdanie, które bardzo nam się spodobało. Stwierdziłeś, że albo teraz ty
zejdziesz z chmur na ziemię, albo wciągniesz tam swoją żonę. Co się
wydarzyło?
Takim poetą byłem? Musieliśmy spotkać się w połowie drogi, jak to w małżeństwie, choć w nim najczęściej dochodzi do kompromisu, gdy
podzielasz zdanie małżonki. (śmiech) Tamte słowa prawdopodobnie
dotyczyły mojej pasji, czyli latania. Poświęcałem jej dużo czasu, a teraz jest go trochę mniej i dlatego musiałem zejść z tej chmurki na
ziemię. Myślę jednak, że przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy wsiądę z żoną do szybowca i zabiorę ją w te chmury.
DAWID KUBACKI
urodzony: 12 marca 1990 roku w Nowym
Targu; najwyższe miejsce w pucharze
świata: 1. (Predazzo 2019 r., Bischofshofen, dwa zwycięstwa w Titisee-Neustadt 2020 r., Garmisch-Partenkirchen 2021 r.); rekord życiowy: 236,5 m w Planicy; największe sukcesy: 2 brązowe medale IO
(indywidualny - Pekin 2022 r., drużynowy - Pjongczang 2018 r.); 2 złote
medale MŚ (indywidualny - Seefeld 2019 r., drużynowy - Lahti 2017 r.); 2
brązowe medale MŚ (drużynowe - Predazzo 2013 r., Oberstdorf 2021 r.); 2
brązowe medale MŚ w lotach (drużynowe - Oberstdorf 2018 r., Planica 2020
r.), triumf w Turnieju Czterech Skoczni (2019/20).