Za punktem K. Rozmowy nie tylko o tym, co widać na skoczni - Natalia Żaczek, Jakub Radomski

Kup ebooka

34.90 zł
27.92 zł (26,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Ode­pchnię­cie się od belki, roz­bieg, wyj­ście z progu, lot i lądo­wa­nie. Jeden skok trwa zale­d­wie kilka sekund, a na to, czy będzie udany, czy nie, wpływa sze­reg czyn­ni­ków. O tym skocz­ko­wie opo­wia­dali już miliony razy. My chcie­li­śmy jed­nak zapy­tać o coś wię­cej. "Za punk­tem K" to zbiór wywia­dów, w któ­rych ludzie ze świata pol­skich, ale też zagra­nicz­nych sko­ków opo­wia­dają o swoim życiu. Nie tylko tym, które znamy ze skoczni.

Z zawod­ni­kami wciąż aktyw­nymi, jak i tymi, któ­rzy od lat są na eme­ry­tu­rze, tre­ne­rami, pre­ze­sem Pol­skiego Związku Nar­ciar­skiego Ada­mem Mały­szem czy hono­ro­wym pre­ze­sem Apo­lo­niu­szem Taj­ne­rem, roz­ma­wiamy o tym, co dzieje się już po prze­kro­cze­niu punktu K. Czy to po zna­ko­mi­tym skoku, zakoń­czo­nym daleko za nim, czy też tym dużo gor­szym, który swój finisz miał jesz­cze na buli. Nasi roz­mówcy opo­wia­dają o odczu­ciach, które towa­rzy­szyły im przy oka­zji naj­więk­szych suk­ce­sów, ale rów­nież gdy dozna­wali naj­bar­dziej roz­cza­ro­wu­ją­cych pora­żek. W końcu te emo­cje się­gają dużo dalej niż tytu­łowa czer­wona linia.

Każdy z nich znaj­duje się obec­nie na innym eta­pie życia i kariery, ale łączy ich jedno - wszy­scy poko­nali trudną drogę, pro­wa­dzącą przez nie­ła­twe wyzwa­nie, jakim jest sport na naj­wyż­szym pozio­mie. Wszy­scy zaj­mują się też lub zaj­mo­wali dys­cy­pliną, która na początku XXI wieku, kiedy Adam Małysz zaczął osią­gać naj­więk­sze suk­cesy, stała się zbio­rową miło­ścią Pola­ków. A prze­cież jesz­cze przed nim w histo­rii naszego sportu zapi­sali się Woj­ciech For­tuna i Piotr Fijas, któ­rzy rów­nież potra­fili błysz­czeć pod­czas naj­waż­niej­szych imprez.

Dla­czego pokój człon­ków sztabu Mały­sza po jego trium­fie w Tur­nieju Czte­rech Skoczni przy­po­mi­nał rzeź­nię? Jakie zacho­wa­nie dzien­ni­ka­rza zde­ner­wo­wało Dawida Kubac­kiego? Co skocz­ko­wie nar­ciar­scy mogą wynieść ze spo­tka­nia z... osłami? Jakie nie­ła­twe wyda­rze­nia spra­wiły, że Andrzej Stę­kała musiał pra­co­wać jako kel­ner i chciał koń­czyć ze sko­kami? Gdzie był Hannu Lepistö, gdy Małysz po raz ostatni sta­wał na podium? Kiedy Sven Han­na­wald czuł się nie­ro­zu­miany i czy wciąż jest per­fek­cjo­ni­stą? Odpo­wie­dzi na te i wiele innych pytań znaj­dzie­cie w tej książce, zawie­ra­ją­cej 16 roz­mów prze­pro­wa­dzo­nych spe­cjal­nie na jej potrzeby, oraz wywiad z Kami­lem Sto­chem, który w lipcu 2022 roku dla ser­wisu Prze­gląd Spor­towy Onet zro­bił nasz redak­cyjny kolega Kamil Wol­nicki.

Naszym roz­mów­com bar­dzo dzię­ku­jemy za otwar­tość, szcze­rość i czas poświę­cony na opo­wie­dze­nie swo­ich wyjąt­ko­wych histo­rii.

Nie bra­kuje ci roz­po­zna­wal­no­ści i medial­no­ści, jaką mają Kamil Stoch czy Piotr Żyła?

Nie powie­dział­bym, że jestem słabo roz­po­zna­walny. Może nawet tro­chę bar­dziej dzięki mojej fry­zu­rze, bo ludzie mogą łatwiej "wyha­czyć" mnie w tłu­mie. Zda­rza się, że ktoś mnie roz­po­znaje, chce wziąć auto­graf, czy zro­bić sobie ze mną zdję­cie i to jest bar­dzo miłe, bo sta­nowi doce­nie­nie mojej pracy. Bywa też, że jest tego za dużo. Zwłasz­cza gdy prze­by­wam z żoną czy dziec­kiem i dzieje się coś takiego, cza­sami prze­pra­szam, że nie mogę speł­nić tego typu próśb. I ludzie to rozu­mieją.

Pytamy o to, bo mamy w pamięci wyniki Ple­bi­scytu "Prze­glądu Spor­to­wego" i Pol­satu na Naj­lep­szego Spor­towca 2020 roku. Mimo że mia­łeś lep­szy sezon od Kamila, on został skla­sy­fi­ko­wany na trze­cim miej­scu, a ty na dzie­sią­tym.

Też się wtedy zdzi­wi­łem, że tak to się skoń­czyło, ale w tym ple­bi­scy­cie gło­sują kibice i to oni tak posta­no­wili. Choć zro­biło mi się tro­chę przy­kro, że moje osią­gnię­cia nie zostały do końca zauwa­żone. Mia­łem już jed­nak w swo­jej karie­rze kilka takich sytu­acji i może jestem do tego przy­zwy­cza­jony.

Jakie sytu­acje masz na myśli?

W 2006 roku do Pol­ski jako główny tre­ner przy­szedł Hannu Lepistö. We wcze­śniej­szym sezo­nie star­to­wa­łem przede wszyst­kim w Pucha­rze Kon­ty­nen­tal­nym. Tre­ne­rzy wysy­łali mnie tam, żebym mógł się poka­zać, zdo­być doświad­cze­nie. Dla­tego czę­sto opusz­cza­łem mniej ważne zawody kra­jowe - Lotos Cup - bo zda­rzało się, że oba cykle się pokry­wały. Tam­tej zimy wystą­pi­łem w Loto­sie może ze dwa razy. Uzy­ska­łem dobre wyniki, ale przez nie­obec­no­ści w pozo­sta­łych kon­kur­sach byłem nisko w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej. Hannu chciał wtedy dobrać do repre­zen­ta­cji mło­dych zawod­ni­ków i wziął pod uwagę czo­łową trójkę Lotos Cupu. W ten spo­sób całe moje ska­ka­nie w znacz­nie waż­niej­szym Pucha­rze Kon­ty­nen­tal­nym poszło w nie­pa­mięć. Nie mia­łem wpływu na to, że mnie pomi­nęli, ale było mi tro­chę przy­kro. Druga nie­cie­kawa sytu­acja miała miej­sce w Wiśle na zawo­dach Pucharu Świata albo Let­niego Grand Prix. Po dość przy­zwo­itym wystę­pie udzie­la­łem wywiadu pew­nemu dzien­ni­ka­rzowi. Odpo­wia­da­łem mu na pyta­nie, a on nagle prze­rwał roz­mowę sło­wami: "Dobra, koń­czę, bo Kamil mi uciek­nie!". I wyłą­czył dyk­ta­fon w poło­wie zda­nia. Czu­łem się, jak­bym dostał w twarz. Nie będę cyto­wał, co sobie wtedy pomy­śla­łem. Po chwili po pro­stu posze­dłem dalej.

Poroz­ma­wiajmy o two­ich począt­kach. Podobno wybitny Japoń­czyk Kazuy­oshi Funaki spra­wił, że zafa­scy­no­wa­łeś się sko­kami.

Są dwie wer­sje wyda­rzeń: moja i rodzi­ców. Według mnie było tak, że gdy mia­łem pięć lat, zoba­czy­łem w tele­wi­zji Funa­kiego. Teraz nie jestem w sta­nie stwier­dzić, czy to na pewno był on, ale pamię­tam, że oglą­da­łem Let­nie Grand Prix. Tak mi się spodo­bało, że zro­bi­łem aferę w domu. Mówi­łem, że też tak chcę. Rodzice opo­wie­dzieli o tym zna­jo­mym, a ci mieli kon­takt do kogoś innego, kto znał się z tre­ne­rem Zbysz­kiem Kli­mow­skim. Wer­sja rodzi­ców jest nato­miast taka, że na stoku w Nowym Targu spo­tka­li­śmy Zbyszka, który powie­dział, że mógł­bym spró­bo­wać swo­ich sił na skoczni. Nie wiem dziś, która wer­sja jest praw­dziwa. Wolę trzy­mać się swo­jej, ale obie są praw­do­po­dobne. Wydaje mi się jed­nak, że i tak skoń­czył­bym w sko­kach, bo od dziecka cią­gnęło mnie do lata­nia. To była moja pasja i wszystko, co się z nią wią­zało, bar­dzo mnie cie­szyło.

Sły­sze­li­śmy, że gdy zaczy­na­łeś tre­ningi, twoja syl­wetka nie­ko­niecz­nie wska­zy­wała na to, że upra­wiasz aku­rat skoki.

Jako dziecko lubi­łem jeść. Tre­ner Kli­mow­ski do dziś się ze mnie śmieje, że przez pierw­sze lata tre­nin­gów, gdy jecha­łem gdzieś na dwie czy trzy godziny, mia­łem ze sobą trzy kanapki. Byłem tro­chę grub­szy, może nie jakoś bar­dzo, ale na pewno nie była to postura skoczka. Pamię­tam, że kiedy po kilku latach tata Zbyszka zoba­czył mnie na skoczni, nie mógł uwie­rzyć, że ja to ja. Wtedy usły­sza­łem od niego, że zawsze myślał, że prę­dzej pójdę na sumo, niż zostanę skocz­kiem, ale się wyro­bi­łem.

To prawda, że w gim­na­zjum poważ­nie zasta­na­wia­łeś się, czy nie zre­zy­gno­wać z upra­wia­nia sko­ków?

To był moment, gdy mi nie szło i nie było widać postępu. W szkole byłem za to dobrym uczniem, mimo opusz­cza­nych lek­cji mia­łem świa­dec­twa z paskiem. Rodzice chcieli wtedy na mnie wpły­nąć. Uwa­żali, że są w życiu lep­sze opcje niż zabawa w skoki, które tylko zaj­mują czas. Nie obyło się bez kłótni, ale posta­wi­łem na swoim. Pamię­tam śmieszną histo­rię z mło­dzień­czych lat, kiedy tata zawo­ził mnie na tre­ningi. Został, jak to rodzic, by oglą­dać moje próby, ale cały czas miał dla mnie mnó­stwo porad. "Pokaż licen­cję, to będziesz mógł mi udzie­lać wska­zó­wek. Póki co mam tre­nera, który sie­dzi tam wyżej" - odpy­sko­wa­łem mu. Tata się na mnie obra­ził, wsiadł do auta i sam poje­chał do domu. Póź­niej dość długo się do mnie nie odzy­wał.

Jak wró­ci­łeś?

Chyba pocią­giem albo auto­bu­sem. Ojciec pró­bo­wał mnie tymi komen­ta­rzami zmo­ty­wo­wać, a ja zare­ago­wa­łem w taki spo­sób, bo to był wła­śnie ten czas, kiedy mi nie szło.

Miłość do lata­nia, o któ­rej wspo­mnia­łeś, prze­ja­wiała się też pasją do mode­lar­stwa. W pro­gra­mie Kuby Woje­wódz­kiego opo­wia­da­łeś, że razem z kolegą z osie­dla zabie­ra­li­ście ze sklepu pudła, które kle­ili­ście tak, by imi­to­wały skrzy­dła.

Kolega miał na imię Łukasz. Cią­gnęło nas do podob­nych rze­czy - mecha­niki w moto­ryn­kach, węd­kar­stwa i wła­śnie mode­lar­stwa. Na początku modele robiło się z byle czego. Rodzi­ców nie było stać, by kupo­wać nam te pro­fe­sjo­nalne, a jeśli już raz do roku wybła­ga­li­śmy coś na Miko­łaja, to przez pół zimy to kle­ili­śmy, żeby wio­sną odbyć kilka lotów, dopóki model się nie poła­mie. Kom­bi­no­wa­li­śmy na różne spo­soby. Jeżeli udało się zor­ga­ni­zo­wać jakieś listewki, to ukła­da­li­śmy je w kształt samo­lotu, kle­ili­śmy i impre­gno­wa­li­śmy. Pró­bo­wa­li­śmy pusz­czać te modele z górek i patrzy­li­śmy, jak daleko polecą. Poja­wił się też pomysł, żeby­śmy sami pole­cieli. Budo­wa­li­śmy wtedy z kar­tonu skrzy­dła i imi­to­wa­li­śmy lot, bo tylko tak można to nazwać. Kiedy dobrze wiało, a my ska­ka­li­śmy z górki, cza­sami udało się ule­cieć kilka metrów.

Był jakiś model, z któ­rego byłeś szcze­gól­nie dumny?

W moich począt­kach, kiedy stru­gało się z tego, co było, poskle­ja­łem pod­pa­trzone gdzieś skrzy­dła z balsy, kadłub wycią­łem ze sty­ro­pianu i póź­niej to obra­bia­łem. Gdy pierw­szy raz przy­je­cha­łem z nim na lot­ni­sko, żeby spraw­dzić, czy w ogóle będzie latał, starsi mode­la­rze stwier­dzili, że to jest zbyt wiot­kie i nie­pra­wi­dłowo wyko­nane, by pole­ciało. A jed­nak się udało. Czu­łem wtedy dumę, bo udo­wod­ni­łem im, że nawet taka szka­rada ze śmieci może wzbić się w powie­trze.

W 2015 roku w pro­gra­mie "Sek­tor gości" przy­zna­łeś, że dwa razy uczest­ni­czy­łeś w zawo­dach dla mode­la­rzy. Teraz masz na swoim kon­cie wię­cej takich wystę­pów?

Nie, ponie­waż te zawody nie są już orga­ni­zo­wane. To była rywa­li­za­cja ama­tor­ska, można powie­dzieć, że taki pik­nik mode­lar­ski, przy oka­zji któ­rego odby­wały się zawody. Wzią­łem w nich udział bez żad­nego przy­go­to­wa­nia. Jeśli cho­dzi o pierw­szą kon­ku­ren­cję - F3C, czyli lata­nie na dokład­ność - to dwa dni wcze­śniej wydru­ko­wa­łem sobie figury, które trzeba wyko­ny­wać. Druga kon­ku­ren­cja to F3M, lata­nie akro­ba­cyjne do muzyki. Więk­szość uczest­ni­ków miała ją już wybraną. Mieli też dopa­so­wane figury i roz­pla­no­wane, w któ­rym momen­cie je zro­bić, by wszystko skła­dało się w spójną całość. Ja po pro­stu wyją­łem płytę z samo­chodu, zna­łem mniej wię­cej rytm pio­senki i pró­bo­wa­łem coś do niej wymy­ślić. Typowa wolna ame­ry­kanka.

Mia­łeś też oka­zję latać szy­bow­cem i podobno bar­dzo ci się to spodo­bało.

Do mojego pierw­szego lotu w życiu doszło dość późno. Po brą­zo­wym medalu w dru­ży­nie na igrzy­skach olim­pij­skich w Pjong­czangu w 2018 roku dosta­łem od ludzi z Urzędu Mia­sta w Nowym Targu w ramach nagrody voucher na szko­le­nie szy­bow­cowe. Roz­po­czą­łem je w tam­tej­szym aero­klu­bie, a teraz tro­chę bra­kuje mi czasu, żeby je skoń­czyć (roz­ma­wia­li­śmy w sierp­niu 2022 roku - przyp. red.). Muszę zdać teo­rię, żebym póź­niej, gdy już wyla­tam wszyst­kie godziny, mógł przy­stą­pić do egza­minu. Po zda­niu czę­ści teo­re­tycz­nej ma się tylko dwa lata na skoń­cze­nie kursu, więc póki co się na to nie zde­cy­do­wa­łem, ale mam nadzieję, że jesz­cze w tym roku uda mi się pola­tać. Gdy córka pod­ro­śnie, chciał­bym wzno­wić to szko­le­nie już na poważ­nie i uzy­skać licen­cję.

Zor­ga­ni­zo­wana w piw­nicy mode­lar­nia to miej­sce, w któ­rym Kubacki, zwłasz­cza gdy jesz­cze nie miał córeczki, potra­fił spę­dzać wiele godzin.

Przejdźmy do szy­bo­wa­nia na skocz­niach. Iry­to­wało cię, gdy tro­chę iro­nicz­nie byłeś nazy­wany "kró­lem lata"? Przez pewien czas twoje dobre występy w Let­nim Grand Prix nie prze­kła­dały się na odpo­wied­nie rezul­taty w Pucha­rze Świata.

Na początku tak, zwłasz­cza kiedy to się spraw­dzało. Gdy zimą mi nie szło, poja­wiała się iry­ta­cja. Teraz gdy ktoś mnie tak nazywa, podaję mu suche fakty. Poka­za­łem, że potra­fię ska­kać też zimą, dla­tego ta łatka już nie pasuje. Ale nawet wcze­śniej, gdy sobie to wszystko prze­tra­wi­łem, stwier­dzi­łem, że w sumie nie mam powo­dów, by się zło­ścić, bo prze­cież lepiej być dobrym cho­ciaż latem niż prze­cięt­nym i na śniegu, i na ige­li­cie. Wtedy było mi łatwiej to prze­łknąć.

Z czego wyni­kał ten pro­blem?

Myślę, że była to kwe­stia głowy, która w sko­kach odgrywa bar­dzo dużą rolę. Musimy zacho­wać odpo­wiedni poziom moty­wa­cji, kon­cen­tra­cji i jed­no­cze­śnie relaksu. Gdy któ­rejś z tych rze­czy jest za dużo albo za mało, to burzy cały sys­tem. Naj­waż­niej­sza część skoku, czyli odbi­cie, roz­grywa się na zale­d­wie pię­ciu, sze­ściu metrach i trwa kilka dzie­sią­tych sekundy. Jeżeli kon­cen­tra­cja nie jest na odpo­wiednim pozio­mie, bar­dzo nie­wiele potrzeba, żeby zepsuć dal­szą część skoku. W tej kwe­stii bar­dzo dużo dała mi praca z psy­cho­lo­giem. Poukła­da­łem to w gło­wie, nauczy­łem się też tech­nik, które pozwa­lały mi się zre­lak­so­wać i obni­żyć napię­cie. Wcze­śniej zda­rzało się, że moja uwaga roz­pra­szała się przez głu­poty. Gdy poja­wiały się pierw­sze let­nie suk­cesy, z tyłu głowy było, że to lato, czyli mniej ważne zawody. Póź­niej, kiedy zbli­żała się zima, zaczęło poja­wiać się coraz wię­cej pre­sji. Mię­dzy star­tami let­nimi a zimo­wymi była prze­rwa, pod­czas któ­rej kilka słab­szych sko­ków, spo­wo­do­wa­nych choćby cięż­szym tre­nin­giem, potra­fiło spra­wić, że zaczy­na­łem szu­kać pro­blemu, bo nie do końca umia­łem poukła­dać to sobie w gło­wie. Pró­bo­wa­łem napra­wiać błędy, któ­rych tak naprawdę nie było, a w ten spo­sób bar­dzo łatwo wszystko zbu­rzyć.

W sezo­nie 2015/16 zosta­łeś prze­su­nięty do kadry B. Co ci to dało?

Naprawdę sporo. Na pierw­szym zgru­po­wa­niu usie­dli­śmy z tre­ne­rami Mać­kiem Maciu­sia­kiem i Wojt­kiem Topo­rem. Zaczęli mi mówić, co według nich powi­nie­nem zmie­nić w swo­ich sko­kach, żeby dopchać się na szczyt i nie być już prze­cięt­nia­kiem. Przez całe lato bar­dzo ciężko nad tym pra­co­wa­li­śmy. Dużo uwagi poświę­cili wyeli­mi­no­wa­niu mojego błędu, jakim było "szar­pa­nie się z klatką pier­siową" pod­czas wyj­ścia z progu. Latem osią­ga­łem cał­kiem nie­złe wyniki, a i zima oka­zała się przy­zwo­ita. Dzięki temu znów zna­la­złem się w kadrze A pro­wa­dzo­nej przez Ste­fana Horn­ga­chera.

To pod jego wodzą zaczą­łeś naprawdę dobrze ska­kać.

Ste­fan miał duże doświad­cze­nie i wie­dział, co robi, choć tro­chę się z nim kłó­ci­łem. Wiele rze­czy mi nie paso­wało. Bywało, że nie rozu­mia­łem, dla­czego ma być wła­śnie tak, a nie ina­czej. Po pierw­szych tre­nin­gach wyda­wało mi się, że dąży wła­śnie do tego "szar­pa­nia" przy odbi­ciu, które wcze­śniej eli­mi­no­wa­li­śmy z Mać­kiem i Wojt­kiem. Tutaj mie­li­śmy lekki zgrzyt, ale z cza­sem współ­praca stała się płynna i poja­wiły się dobre rezul­taty. Ste­fan potra­fił do nas dotrzeć i miał tro­chę śwież­szy sys­tem niż ten, w któ­rym pra­co­wa­li­śmy do tam­tej pory.

To wła­śnie pod skrzy­dłami Horn­ga­chera odnio­słeś swoje pierw­sze zwy­cię­stwo w Pucha­rze Świata, 13 stycz­nia 2019 roku w Pre­dazzo. Spraw­dzi­li­śmy - dzie­sięć lat, bez trzech dni, po twoim zako­piań­skim debiu­cie w Pucha­rze Świata. Tro­chę się nacze­ka­łeś.

Bar­dziej pasuje słowo "napra­co­wa­łem" niż "nacze­ka­łem". Od zawsze wie­dzia­łem, że stać mnie na takie wyniki, dla­tego się nie pod­da­wa­łem. Gdy­bym w sie­bie nie wie­rzył, pew­nie dużo wcze­śniej zakoń­czył­bym karierę. A dla­czego tak długo to trwało? Widocz­nie potrze­bo­wa­łem czasu i doświad­cze­nia, żeby dojść na szczyt. Tro­chę mi to zajęło, ale mimo że suk­cesy nie przy­cho­dziły i tylko się o nie ocie­ra­łem, zawsze mia­łem moty­wa­cję, by dalej pra­co­wać. Moja upar­tość się opła­ciła.

Pierw­sza trójka kon­kursu o mistrzo­stwo świata na skoczni nor­mal­nej z Seefeld w 2019 roku. Od lewej: drugi Kamil Stoch, pierw­szy Dawid Kubacki i trzeci Ste­fan Kraft.

Który ze swo­ich suk­ce­sów uwa­żasz dziś za naj­cen­niej­szy?

Brą­zowy medal z kon­kursu indy­wi­du­al­nego igrzysk w Peki­nie. Cenię go, zwłasz­cza gdy biorę pod uwagę, jak bar­dzo tam­ten sezon nie ukła­dał się po mojej myśli. Mam świa­do­mość, że kiedy jecha­łem na igrzy­ska, nikt nie posta­wiłby na mnie nawet 50 gro­szy.

Nie szło wam, tobie rów­nież, w dodatku przed igrzy­skami mia­łeś koro­na­wi­rusa.

Mia­łem duże wąt­pli­wo­ści, czy w ogóle znajdę się w kadrze na igrzy­ska. Myślę, że tre­ne­rzy rów­nież je mieli, bo od początku sezonu nie dawa­łem im argu­men­tów, które uczy­ni­łyby ze mnie pew­niaka do wyjazdu. I jesz­cze ten pozy­tywny test na koro­na­wi­rusa przed spraw­dzia­nem poprze­dza­ją­cym zawody Pucharu Świata w Zako­pa­nem. Ska­kało mi się już wtedy lepiej, a tu oka­zuje się, że nie będę miał oka­zji, by poka­zać się z dobrej strony. To było naj­gor­sze. Sie­dzia­łem w domu i nie dało się nic z tym zro­bić. Ludzie z kadry pod­rzu­cili mi sprzęt do garażu, gdzie robi­łem tre­ningi, ale nie mogłem udo­wod­nić tre­ne­rom, że warto na mnie posta­wić. Dopóki nie nastą­piło ofi­cjalne ogło­sze­nie składu, nie wie­dzia­łem, jak to się skoń­czy.

Dowie­dzia­łeś się z mediów?

Tak. Do tego momentu sie­dzia­łem w domu jak na szpil­kach i cze­ka­łem z dużym nie­po­ko­jem na infor­ma­cję. Tre­ner Michal Doležal posta­wił na doświad­cze­nie. Wie­dział, że na takich impre­zach potra­fię zebrać się w sobie i wal­czyć. Dzię­kuję mu za tę szansę. Dziś uwa­żam, że kwa­ran­tanna w jakimś sen­sie mi pomo­gła, bo mia­łem czas, żeby prze­my­śleć to, co działo się do tej pory, zro­bić rachu­nek sumie­nia i zre­se­to­wać myśle­nie. Obej­rza­łem wtedy tro­chę swo­ich sko­ków z lep­szych lat, porów­na­łem je z pró­bami z tam­tego sezonu i wycią­gną­łem wnio­ski. Po powro­cie do tre­no­wa­nia jesz­cze raz prze­ga­da­łem wszystko z tre­ne­rem na zgru­po­wa­niu w Zako­pa­nem i zaczą­łem ska­kać o kilka metrów dalej. Odbu­do­wa­łem się psy­chicz­nie, prze­ko­na­łem się, że cią­gle mogę o coś zawal­czyć. Gdy­bym powie­dział komuś przed igrzy­skami, że jadę do Pekinu po medal, taki czło­wiek kazałby mi stuk­nąć się w głowę. Odzy­ska­łem jed­nak pew­ność sie­bie, a jed­no­cze­śnie nie było we mnie poczu­cia, że muszę coś osią­gnąć. Trak­to­wa­łem Pekin jak szansę, z któ­rej mogę sko­rzy­stać. Udało się.

A jaką lek­cją był dla cie­bie kon­kurs na nor­mal­nej skoczni pod­czas mistrzostw świata w Seefeld w 2019 roku? Po pierw­szej serii zaj­mo­wa­łeś 27. miej­sce. Co działo się w two­jej gło­wie przed drugą kolejką?

Nie wie­rzy­łem, że cokol­wiek się zmieni. Mia­łem świa­do­mość, że stać mnie na dużo lep­szy skok w dru­giej serii i że mogę prze­su­nąć się o kilka miejsc do przodu, ale nie było osoby, która stwier­dzi­łaby, że z tego da się wygrać. Do dru­giej próby pod­sze­dłem na zasa­dzie: "Sko­czę, udo­wod­nię, że umiem i będę miał satys­fak­cję, że wyko­na­łem swoją pracę". Satys­fak­cja wyda­wała mi się jedy­nym, co mogłem ugrać w tym kon­kur­sie. Tym­cza­sem oka­zało się, że w spo­rcie zawsze warto wal­czyć do końca.

Co czu­łeś, gdy kolejni zawod­nicy, ska­czący po tobie w dru­giej serii, nie potra­fili cię wyprze­dzić?

Wie­dzia­łem, że odda­łem fajny skok, ale myśla­łem sobie: "Postoję krótko w miej­scu dla lidera. Za chwilę mnie stąd ścią­gną, trzeba będzie się prze­brać i w kiep­skim humo­rze wró­cić do hotelu". Myśl, że zaraz ktoś mnie tam zastąpi, towa­rzy­szyła mi cały czas. Gdy ska­kał 15. zawod­nik po pierw­szej serii, przy­szedł Pio­trek Żyła i zaczął powta­rzać, że to wystar­czy do medalu. Długo mu nie wie­rzy­łem. Uwie­rzy­łem dopiero wtedy, gdy trzeci zawod­nik po pierw­szej serii oddał swój skok i nie zmie­nił mnie na pozy­cji lidera. Nie spo­dzie­wa­łem się tego, bo czo­łowa trójka miała dużą prze­wagę i wyda­wało mi się nie­moż­liwe, by mnie nie prze­sko­czyli. Sce­na­riusz na tam­ten dzień był jed­nak napi­sany tro­chę ina­czej. Zosta­łem mistrzem świata.

Nie da się ukryć, że pomo­gły ci tro­chę warunki panu­jące na skoczni. Gęsto pada­jący pod­czas dru­giej serii śnieg był utrud­nie­niem dla rywali. Zda­rzały ci się myśli w stylu: "Lepiej zdo­być mistrzo­stwo świata, wygry­wa­jąc kon­kurs w bar­dziej spra­wie­dli­wych warun­kach"?

Zda­rzały się, wiem zresztą, że poja­wiały się takie głosy. Ale prawda jest taka, że bio­rąc pod uwagę wszyst­kie tre­ningi, które miały miej­sce przed tam­tym kon­kur­sem, można było wyty­po­wać wła­śnie takie podium: mnie, Kamila i Ste­fana Kra­fta. Następ­nego dnia wystą­pi­łem w zawo­dach mie­sza­nych. Poszło mi w nich naprawdę dobrze. Poka­za­łem, że złoty medal nie był przy­pad­kiem.

W 2018 roku ceniony pisarz Woj­ciech Kuczok w felie­to­nie dla "Gazety Wybor­czej" odniósł się kry­tycz­nie do two­jej wiary. Zacy­tu­jemy dwa frag­menty, pierw­szy jest dość ogólny: "Spor­towcy mani­fe­stu­jący wiarę pod­czas trans­mi­to­wa­nych zawo­dów obra­żają moje uczu­cia ate­istyczne". Drugi doty­czy już bar­dziej cie­bie: "Wygląda na to, że w przy­padku skoczka z Nowego Targu wiara w Boga jest sil­niej­sza od wiary w sie­bie". Jesteś zawod­ni­kiem, który zawsze przed sko­kiem wyko­nuje znak krzyża. W jaki spo­sób wiara pomaga ci na skoczni?

Nie wsty­dzę się jej, zresztą tak samo jak wyko­ny­wa­nia znaku krzyża na belce. Nie robię tego pod publiczkę. Znak krzyża ma swoje natu­ralne miej­sce w moim rytu­ale przy­go­to­wy­wa­nia się do skoku. Lubię mieć poczu­cie, że ktoś u góry może na mnie spo­glą­dać przy­chyl­nym okiem albo trzy­mać za mnie kciuki. Z psy­cho­lo­gicz­nego punktu widze­nia wydaje mi się, że modli­twa potrafi uspo­koić myśli i wpro­wa­dzić w fajny stan, który przy­daje się pod­czas star­tów.

W sezo­nie 2019/20 wygra­łeś Tur­niej Czte­rech Skoczni. Rok póź­niej, pod­czas trwa­nia tej samej imprezy, uro­dziła ci się córka. Jak w takim momen­cie sku­pić się na zawo­dach?

Sam chciał­bym to wie­dzieć. (śmiech) Wie­dzia­łem, że żona wola­łaby, żebym był przy niej i biłem się z myślami, co robić. Chcia­łem rów­no­cze­śnie być przy naro­dzi­nach dziecka i na tur­nieju. W tam­tym momen­cie tro­chę pomógł mi koro­na­wi­rus. Oddziały były zamknięte, więc jedyne, co mogłem zro­bić, to odwieźć żonę do szpi­tala i tam ją zosta­wić, a póź­niej razem z córką ode­brać po wszyst­kim. To mał­żonka kazała mi jechać na tur­niej. Stwier­dziła, że na miej­scu i tak nie mógł­bym nic zro­bić. Nie wie­dzie­li­śmy do końca, kiedy córka przyj­dzie na świat. Mie­li­śmy nadzieję, że wyda­rzy się to jesz­cze w oko­licy świąt. Osta­tecz­nie o tym, że się uro­dziła, dowie­dzia­łem się po serii prób­nej przed pierw­szymi zawo­dami tur­nieju w Obe­rst­dor­fie. W tam­tym momen­cie trwała ta cała akcja z pseu­do­po­zy­tyw­nym wyni­kiem testu Klimka Murańki. Orga­ni­za­to­rzy mówili przez pewien czas, że nie będziemy mogli star­to­wać, że zamkną nas na kwa­ran­tan­nie, co było dla mnie wyjąt­kowo dobi­ja­jące. Zamiast być w domu z żoną i malut­kim dziec­kiem, mia­łem sie­dzieć dwa tygo­dnie w Niem­czech? Nie potra­fi­łem sobie tego wyobra­zić. Osta­tecz­nie wystar­to­wa­li­śmy, ale gdy dotarła do mnie wia­do­mość, że córeczka jest już na świe­cie i zoba­czy­łem jej zdję­cia, emo­cji było za dużo i patrząc na to wszystko ze spor­to­wej strony, nie do końca sobie z nimi pora­dzi­łem. Kon­kurs w Obe­rst­dor­fie skoń­czy­łem na 15. miej­scu. Na pewno było mnie wtedy stać na wię­cej, ale oko­licz­no­ści spra­wiły, że spor­towy rezul­tat zszedł dla mnie na drugi plan.

Twoja żona wspo­mi­nała w jed­nym z wywia­dów, że jesteś uparty. Czyli upór to cecha, która towa­rzy­szy ci nie tylko na skoczni?

Zde­cy­do­wa­nie tak. Musimy to roz­wi­jać?

Spró­bujmy.

Gdyby żona zaczęła o tym opo­wia­dać, mogli­by­ście napi­sać osobną książkę. Rze­czy­wi­ście taki jestem, cza­sami też nie­ustę­pliwy i róż­nie się to koń­czy. Żona rów­nież ma dość mocny cha­rak­ter, więc cza­sami poja­wiają się na tym polu tar­cia, ale final­nie się doga­du­jemy i to jest naj­waż­niej­sze.

W wywia­dzie udzie­lo­nym Sport.pl nie­długo po swoim ślu­bie powie­dzia­łeś zda­nie, które bar­dzo nam się spodo­bało. Stwier­dzi­łeś, że albo teraz ty zej­dziesz z chmur na zie­mię, albo wcią­gniesz tam swoją żonę. Co się wyda­rzyło?

Takim poetą byłem? Musie­li­śmy spo­tkać się w poło­wie drogi, jak to w mał­żeń­stwie, choć w nim naj­czę­ściej docho­dzi do kom­pro­misu, gdy podzie­lasz zda­nie mał­żonki. (śmiech) Tamte słowa praw­do­po­dob­nie doty­czyły mojej pasji, czyli lata­nia. Poświę­ca­łem jej dużo czasu, a teraz jest go tro­chę mniej i dla­tego musia­łem zejść z tej chmurki na zie­mię. Myślę jed­nak, że przyj­dzie jesz­cze taki czas, kiedy wsiądę z żoną do szy­bowca i zabiorę ją w te chmury.

DAWID KUBACKI

uro­dzony: 12 marca 1990 roku w Nowym Targu; naj­wyż­sze miej­sce w pucha­rze świata: 1. (Pre­dazzo 2019 r., Bischo­fsho­fen, dwa zwy­cię­stwa w Titi­see-Neu­stadt 2020 r., Gar­misch-Par­ten­kir­chen 2021 r.); rekord życiowy: 236,5 m w Pla­nicy; naj­więk­sze suk­cesy: 2 brą­zowe medale IO (indy­wi­du­alny - Pekin 2022 r., dru­ży­nowy - Pjong­czang 2018 r.); 2 złote medale MŚ (indy­wi­du­alny - Seefeld 2019 r., dru­ży­nowy - Lahti 2017 r.); 2 brą­zowe medale MŚ (dru­ży­nowe - Pre­dazzo 2013 r., Obe­rst­dorf 2021 r.); 2 brą­zowe medale MŚ w lotach (dru­ży­nowe - Obe­rst­dorf 2018 r., Pla­nica 2020 r.), triumf w Tur­nieju Czte­rech Skoczni (2019/20).