Prolog
Kiedy wychodzę ze schowka z plikiem zdjęć w ręce, słyszę dobiegające z parteru ciche kliknięcie, po którym łuna światła sącząca się z dołu nagle znika. Zapada tam ciemność.
- Co się dzieje? - pytam samą siebie szeptem.
Zatrzymuję się w pół kroku. Przez moment próbuję wmówić sobie, że to bezpieczniki, ale przecież jeszcze nigdy taka sytuacja nie miała tu miejsca. Wszystkie sprzęty AGD, oprócz lodówki, są powyłączane. Nic nie powinno przeciążyć instalacji.
Ściskam mocniej zdjęcia. Błyszczący papier wygina się pod naciskiem moich palców. W domu panuje cisza, która teraz wydaje się nienaturalna. Nagle przerywa ją ciche skrzypnięcie, jakby ktoś zrobił krok na drewnianym stopniu.
Patrzę na schody, choć są teraz pogrążone w mroku. Przełykam ślinę.
- Halo? - rzucam niepewnie.
Nikt mi nie odpowiada.
Powinnam się ruszyć. Zamknąć w schowku albo w sypialni. Macam się po kieszeniach i dociera do mnie, że nie mam przy sobie telefonu. Musiał zostać na parterze. Rozglądam się w poszukiwaniu bezpiecznej kryjówki, a jednocześnie wciąż stoję w tym samym miejscu, bo jakaś część mnie desperacko trzyma się myśli, że na dole nikogo nie ma. Że to tylko moja wyobraźnia.
Potem jednak słyszę kolejne skrzypnięcie i jeszcze jedno. Ktoś wspina się po schodach, potwierdzając upiorny scenariusz.
- Halo? - powtarzam drżącym głosem.
Nie reaguje, a ja traktuję to jako najgorszą z możliwych odpowiedzi.
Nogi zaczynają mi się telepać, z ust wydobywa się głuchy jęk. Wpadam do schowka, ale nie mogę się tam zamknąć na klucz, bo Konrad go zabrał, choć drzwi zostawił otwarte, żebym mogła nadal tam zaglądać. Jedyne, co mi pozostaje, to dosunięcie do drzwi komody stojącej przy ścianie. Robię to z wielkim trudem. Udaje mi się je zablokować w chwili, gdy ktoś naciska klamkę. Chcę krzyczeć, ale gardło mam ściśnięte ze strachu. Ktoś napiera na drzwi, wali w nie pięścią, a ja osuwam się na ziemię z plecami dociśniętymi do komody. Patrzę na szklane drzwi, za którymi rozciąga się balkon. Nie mogę z niego skoczyć. Jest zbyt wysoko.
Komoda nie jest aż tak ciężka. Od początku wiem, że to tylko mizerna przeszkoda, kilka drewnianych desek oddzielających mnie od kogoś po drugiej stronie drzwi. Mimo to zapieram się o nią całym ciałem, bo czuję, że od tego zależy moje życie.
W uszach narasta zagłuszający myśli szum. Pokój zaczyna wirować, ściany zdają się zbliżać do mnie z każdym oddechem. Na czole zbierają mi się krople lodowatego potu. Czuję, jak spływają po skórze i kłują niczym igły, ale nie mam siły ich otrzeć. Całą energię zużywam na walkę z kimś, kto uparcie napiera z drugiej strony, próbując się do mnie przedostać.
Najgorsze jest to, że tamten człowiek milczy. Nie grozi. Nie każe mi otworzyć. Nie próbuje mnie uspokoić. Słychać tylko ciche skrzypienie drewna. Komoda, centymetr po centymetrze, przesuwa się po podłodze mimo mojego rozpaczliwego wysiłku. Ta cisza przeraża najbardziej, bo tchnie pewnością, że intruz zaraz mnie dopadnie. Przeszywa mnie potworne przeczucie, że już nie ucieknę. Mój los będzie dokładnie taki sam jak jej.
ROZDZIAŁ | 1
Aurelia, teraz
Siedzę przy biurku przed otwartym laptopem. Chłodne światło bijące z ekranu rozlewa się po blacie. Wiktoria stoi nade mną, opierając ciepłe dłonie na moich ramionach. W pokoju panuje półmrok, sama nie wiem, kiedy za oknami zrobiło się ciemno. Nie zdążyłam nawet zapalić światła. Pokazuję Wiktorii oferty sprzedaży domów i mieszkań w internecie.
- "Sprzedam połowę przestronnego domu bliźniaka. Cisza, prywatność, pełna własność. Na parterze możliwość urządzenia biura lub innej przestrzeni do pracy. Na piętrze trzy pokoje" - Wiktoria odczytuje fragment ogłoszenia, które właśnie wyświetliłam.
- Brzmi ciekawie - mówię.
- Tak. Poczekaj, zapalę światło, ciemno się tu zrobiło.
Podchodzi do włącznika obok drzwi i po chwili pokój zalewa ciepła, łagodna łuna. Zerkam na żyrandol. Świeci się tylko jedna żarówka z trzech. Lepsze to niż nic. Przyjaciółka poprawia swoje rude loki i wraca do mnie, a potem znowu patrzy zmrużonymi oczami w ekran laptopa, który teraz wydaje się ciemniejszy.
Nie ma żadnych ujęć wnętrza, tylko dwa z zewnątrz. Elewacja obu części ma kolor écru, a dach jest czarny i lśniący. Ściany częściowo pokrywają pnącza. Cienkie, sprężyste pędy przywierają do tynku, kończąc się mniej więcej w połowie okien parteru. Zarówno do jednego, jak i drugiego wejścia prowadzą długie betonowe schody.
- Tylko nie wiadomo, jaka cena - mówi, kucając obok mnie.
- Patrz. - Przesuwam kursorem myszy po ogłoszeniu.
Zatrzymuję go na zdaniu, które znajduje się nieco niżej: "Ten dom wybiera swoich właścicieli".
- Wiem, trochę dziwnie brzmi. - Uśmiecha się niepewnie.
Odchylam się lekko do tyłu.
- Nawet bardzo.
- Wygląda na to, że obecny właściciel chce wybrać sobie tego, kto tam zamieszka - dodaje, a potem jeszcze raz odczytuje słowa na głos, lekko patetycznym tonem: - "Ten dom wybiera swoich właścicieli".
- Są podane imię, nazwisko i numer telefonu - mówię, zjeżdżając kursorem jeszcze niżej.
- Tak, Konrad Zalewski - odczytuje Wiktoria, wpatrując się uważnie w ekran.
- I dobra lokalizacja, niedaleko centrum.
- Ostatnio też była dobra lokalizacja - mówi z przekąsem.
- Nawet mi nie przypominaj. - Wzdrygam się. - Ten odór wilgoci. Aż dziwne, że z framug nie wyrastały grzyby.
Wiktoria się uśmiecha.
- Albo ten przy przejeździe kolejowym. Wszystko się trzęsło, jak jechał InterCity. Kobieta dziwnym trafem zapomniała o tym wspomnieć w ogłoszeniu.
- Tak to już jest, gdy ma się ograniczone fundusze. Nie ma co liczyć na wytworną willę z pięknym widokiem.
- Dzwoń do niego. Nie ma sensu, żebyś w dalszym ciągu wynajmowała i mieszkanie, i studio. Koszty cię wykończą, a to mogłoby wszystko załatwić. Oczywiście jeśli dom nie okaże się kolejną katastrofą.
Rozglądam się po pokoju, z którego ścian odchodzi farba. Wynajęłam ten lokal na chwilę, zaraz po sprzedaży rodzinnego domu, który raptem okazał się dla mnie za duży. Wcześniej mieszkałam w nim z Władkiem, moim narzeczonym. Poznaliśmy się pięć lat temu na imprezie u wspólnych znajomych i dość szybko między nami zaiskrzyło. Wkrótce staliśmy się nierozłączni, a po roku, gdy jedliśmy lody na wschowskim rynku, Władek mi się oświadczył. Bez wahania powiedziałam "tak". Zamieszkaliśmy w moim domu, bo on wynajmował tylko pokój w małym mieszkaniu. Pochodził z patologicznej rodziny i większość dzieciństwa spędził w domu dziecka. Nie mogłam się nadziwić, że taki pogodny i pełen poczucia humoru człowiek ma tak trudną przeszłość. Myślałam, że jest silny, ale wkrótce po tym, jak razem zamieszkaliśmy, przekonałam się, że sprawy wyglądają inaczej.
W swojej szafce na lekarstwa zauważyłam antydepresanty. Gdy go o to zapytałam, przyznał, że czasem ma problemy ze spadkami nastroju. Pojawiają się u niego w postaci epizodów, które trwają po kilka tygodni lub miesięcy. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej. Gdy jest gorzej, wspomaga się lekami. Nie powiedział mi wtedy wprost, że choruje na depresję. Do tego doszłam sama. Choroba niestety się pogłębiała i Władek na moich oczach znikał. Pół roku przed śmiercią jakby odżył. Odstawił leki, wszystko było mniej więcej w porządku. Później jednak choroba wróciła ze zdwojoną siłą i zabrała go z tego świata. Dużo osób uznało - i właściwie do dziś podejrzewa - że popełnił samobójstwo, ale to nieprawda. Dostał rozległego udaru mózgu. Miał dopiero trzydzieści cztery lata, choć w istocie stało się to w okresie nasilenia choroby. Dopiero po jego śmierci dowiedziałam się, że depresja wiąże się ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia udaru mózgu. Zdawałam sobie sprawę, że oddziałuje zarówno na układ nerwowy, jak i hormonalny. Może wywoływać długotrwałe stany zapalne organizmu i sprzyjać rozwojowi nadciśnienia tętniczego, ale nie sądziłam, że jest aż tak niebezpieczna. Wierzyłam, że prowadzi do śmierci tylko wtedy, gdy chory sam odbiera sobie życie. Nie miałam racji.
Zostałam sama w starym domu odziedziczonym po matce. Wcześniej pełnił funkcję schronienia, ale po śmierci Władka zaczął przypominać pustą skorupę. Wszyscy, z którymi w nim kiedykolwiek mieszkałam, już nie żyli: tato, który zginął w wypadku, gdy byłam mała, mama, która zmarła na zawał serca niedługo po moich dwudziestych ósmych urodzinach, i Władek. Czułam się oszukana przez życie i przez swojego narzeczonego. Parę dni po jego pogrzebie byłam w totalnej rozsypce, zżerana przez wyrzuty sumienia, lęk i wstyd. Nie miałam siły wstawać z łóżka. Bałam się, że to dopiero początek, że teraz kolej na mnie i że pewnego dnia obudzę się w tej samej ciemności, która pochłonęła Władka.
Wiktoria przyszła wtedy do mnie bez zapowiedzi. W rękach trzymała niewielką tablicę w jasnej drewnianej ramie. Litery były czarne, lekko nierówne, jakby ktoś napisał je ręcznie drżącą dłonią. Tło miało kolor przybrudzonej bieli.
Na środku widniał cytat z Eckharta Tollego:
Głęboko sobie uświadom, że obecna chwila jest wszystkim, co kiedykolwiek będzie Ci dane. Nic nigdy nie zdarzyło się w przeszłości; wszystko zdarzyło się teraz. Nic nigdy nie zdarzy się w przyszłości; wszystko zdarzać się będzie Teraz.
Powiedziała, że była w markecie na zakupach, a kiedy zobaczyła w jednym z koszy tę tablicę, natychmiast pomyślała, że te słowa są mi obecnie potrzebne.
Wyczuła mnie, choć przecież nie była na moim miejscu. W przeciwieństwie do mnie zawsze lubiła otaczać się tego typu hasłami. Chodziła na jogę, próbowała medytacji, wieczorami włączała sobie cytaty filozofów odnalezione na YouTubie. Ja byłam z innej gliny, ale może właśnie dlatego, że nie byłam oswojona z tego typu treściami, akurat do tej myśli przylgnęłam. Czasem tak jest, że odpowiednie słowa, podane człowiekowi we właściwym momencie, potrafią coś mu przebudować w głowie. Tak było z tamtym cytatem. Nie uzdrowił mnie natychmiast, ale na pewno mi pomógł. Skup się na tym, co tu i teraz. Staraj się żyć chwilą obecną. Zawiesiłam tę tablicę naprzeciwko łóżka i każdej nocy, zanim zgasiłam światło, patrzyłam na nią tak długo, aż litery zaczynały rozmywać mi się przed oczami.
Teraz też na nią patrzę. W tym mieszkaniu wisi na ścianie w dużym pokoju.
Parę miesięcy po śmierci Władka sprzedałam dom. Pierwszym powodem były wspomnienia, a drugim, bardziej przyziemnym, brak pieniędzy.
- O czym myślisz? - pyta Wiktoria.
- O moim rodzinnym domu.
- Żałujesz, że go sprzedałaś, tak?
- Trochę tak, bo zobacz, jak wygląda teraz moje życie. - Rozglądam się sugestywnie po starym, brzydkim mieszkaniu.
- Przecież nie miałaś wyboru. Sama mówiłaś, że wszystkie oszczędności po mamie się rozeszły i niełatwo ci było wiązać koniec z końcem. Ty tego nie pamiętasz, ale ja tak. Byłaś w totalnej rozsypce.
- To prawda - odpowiadam, wpatrując się w ekran laptopa.
Biorę do ręki smartfon, czując dziwne mrowienie w klatce piersiowej. Wybieram numer, a potem liczę sygnały, patrząc w szmaragdowe oczy przyjaciółki, która przygląda mi się z lekko uniesionymi brwiami. Za oknami zaczyna padać, a może pada już od jakiegoś czasu, tylko dopiero teraz zwróciłam na to uwagę. Deszcz bębni o szyby; ciche, rytmiczne uderzenia jedno po drugim. Mamy wyjątkowo deszczowy lipiec.
- Daj na głośnomówiący - mówi Wiktoria.
Odsuwam od siebie telefon i włączam na ekranie ikonkę głośnika.
Piąty sygnał nagle się urywa.
- Słucham - odzywa się spokojny męski głos.
Przełykam ślinę.
- Dzień dobry, dzwonię w sprawie ogłoszenia. Pan chce sprzedać połowę bliźniaka, tak?
Chwila ciszy. W tle nie słychać nic. Żadnego radia, ruchu ulicznego, nawet oddechu.
- Tak, zgadza się - odpowiada wreszcie. - Z kim mam przyjemność?
- Przepraszam, nie przedstawiłam się.
Wiktoria przewraca oczami. Nie wiem, co to ma oznaczać. Jest zniesmaczona moimi manierami czy jego pytaniem?
- Aurelia Milewska.
- Aurelia Milewska - powtarza niemal szeptem. - W porządku. Dom jest na sprzedaż, wszystko się zgadza.
- A jaka jest cena?
- Cenę ustalimy na spotkaniu. Mam nadzieję, że tak będzie w porządku. Proszę się nie obawiać. Jeśli dobrze pójdzie, zrobimy tak, żeby dla wszystkich było okej.
Wiktoria mruga, jakby nie dowierzała w to, co słyszy. Ja też jestem zaskoczona jego słowami, ale raczej pozytywnie.
- Jest tam pani jeszcze? - pyta mężczyzna, gdy dłuższą chwilę milczę.
- Tak, tak, oczywiście - odpowiadam. - Gdzie dokładnie znajduje się dom?
- Na ulicy Ogrodowej osiemdziesiąt, we Wschowie. Kojarzy pani?
- Tak, kojarzę. Też jestem ze Wschowy, tylko że mieszkam bliżej centrum. Kiedy mogę przyjechać, żeby obejrzeć dom?
- Może jutro? W sobotę nie pracuję, jest spokojniej.
- W porządku, o której godzinie?
- Dwunasta?
- Dobrze, będę o dwunastej.
Rozłączam się i dopiero teraz czuję, jak stopniowo ulatuje ze mnie napięcie.
- Kojarzę ulicę Ogrodową. Całkiem fajna okolica - mówi Wiktoria.
- Mam tylko nadzieję, że ten koleś nie okaże się jakimś psychopatą. - Wzdycham.
- Nie no, daj spokój - odpowiada, lekko unosząc kąciki ust. - Widziałaś kiedyś jakiegoś psychopatę w naszej okolicy?
- Masz rację. - Kiwam głową. - Tu jest do znudzenia bezpiecznie.
ROZDZIAŁ | 2
dyktafon Agnieszki, wcześniej
Nie wiem, czy ktokolwiek tego kiedyś posłucha. Może powinnam to wszystko zapisać, ale kiedy mówię na głos, wszystko wydaje się prawdziwsze. Nigdy nie byłam dobra w pisaniu dziennika. Zaczynałam pełna motywacji i obiecywałam sobie, że będę to robić systematycznie, a potem zawsze rezygnowałam. Brakowało mi silnej woli. Ponoć z dyktafonem jest inaczej. Wystarczy zawsze mieć go przy sobie, w wolnej chwili wyciągnąć i powiedzieć, co się czuje.
A jak ja się czuję? Niecały miesiąc temu kupiłam dom i to jest dla mnie coś wow, naprawdę. Połowa bliźniaka w spokojnej okolicy. Do dziś nie mogę uwierzyć, że udało się to zrobić w tak dobrej cenie. Sprzedałam mieszkanie odziedziczone po babci i w zamian dostałam niemal dwa razy większy metraż! Co prawda babcia mieszkała w pobliżu centrum, w Zielonej Górze, ale ja nie przepadam za dużymi miastami. Wolę ciszę i spokój, choć wiem, że to ma swoje dobre i złe strony. Sytuacja wygląda tak, że właścicielem budynku jest Konrad Zalewski, który mieszka w drugiej jego połowie. Ponoć dom wybudował jeszcze jego ojciec, ale potem zmarł, więc całość przeszła na Konrada, a teraz on sprzedał mi prawą połowę. Muszę przyznać, że ten mężczyzna ma w sobie to mityczne "coś". Jak to było w piosence Ani Dąbrowskiej? "Gdy patrzysz mi w oczy, znów tracę grunt"1. Mniej więcej tak się czuję za każdym razem, gdy rozmawiamy, a kiedy widzę go za ogrodzeniem lub przed domem, zawsze przeszywa mnie delikatny dreszcz. Już dawno tak się nie czułam przy żadnym mężczyźnie, choć przecież do niczego istotnego między nami nie doszło. Najpierw byłam jego klientką, a teraz powoli staję się sąsiadką. Wczoraj zaproponował, że pomoże mi w rozpakowywaniu rzeczy ze starego mieszkania i biura, ale powiedziałam mu, żeby lepiej tego nie robił, bo zmieni o mnie zdanie. Ależ się ładnie uśmiechnął w odpowiedzi... W jego błękitnych oczach zamigotały łobuzerskie iskry. Na końcu języka miałam propozycję wspólnego drinka wieczorem, ale muszę pamiętać, że on mieszka za ścianą. Jest tuż obok i jeśli coś nie wyjdzie, będę skazana na krępujące powitania i pożegnania. Właściwie tylko to mnie blokuje. Z reguły nie mam problemów z umawianiem się z facetami. Daleko mi też do cnotki. Wielu mężczyzn przewinęło się przez moje życie, czasem były to jednonocne przygody, czasem tygodniowe lub kilkumiesięczne. W każdym razie przystojny sąsiad to dla mnie coś nowego i intrygującego. Wolę zachować czujność. Wydaje mi się, że robię to też z innego powodu. On naprawdę mi się podoba. Jest w nim coś, co sprawia, że przemieniam się w te wszystkie kobiety z ckliwych komedii romantycznych, które po jednym spotkaniu z facetem snują plany o ślubie i dzieciach. Nie poznaję siebie!
Teraz zrobiłam sobie przerwę w rozkładaniu rzeczy, bo końca nie widać. Na dole urządzę biuro, w którym dalej będę pracować nad portalem Halowschowa. Na górze są garderoba i dwa duże pokoje: sypialnia i coś w rodzaju przestronnego schowka z balkonem. Właśnie na niego wychodzę. Barierka jest dość niska, ale za bardzo mi to nie przeszkadza. Mam dzięki temu lepszy widok na piękny ogród.
Wciąż obiecuję sobie, że rzucę palenie, ale prawda jest taka, że to jedna z moich największych przyjemności. Odskocznia od rzeczywistości. Moment, w którym paradoksalnie łapię oddech. Może nie do końca świeży, ha, ha, ale jednak bardzo mnie uspokaja.
Niby tylko pierwsze piętro, ale dom jest usytuowany wysoko. Na parter prowadzą długie zewnętrzne schody. Na taras też. Gdy patrzę teraz w dół z balkonu, kamienie skalniaka znajdującego się pod tarasem wydają się oddalone, jakby to było co najmniej drugie piętro, a nie pierwsze. Ponoć stworzyła go Greta, znajoma Konrada. Nie wiem, jaka jest ich relacja. Ta kobieta wydaje się dziwna, organicznie nieszczęśliwa. Z pewnością pracuje jako jego pomoc domowa, sprząta u niego, chyba czasem też gotuje. Dba o ogród. Pojawia się u niego często. Siedzi długo, właściwie do wieczora. Na początku myślałam, że to jego żona albo partnerka, ale sam wyprowadził mnie z błędu, co przyjęłam z ulgą. Nie ukrywam, że chciałabym poznać go lepiej. Jak już wspominałam, spodobał mi się od pierwszego wejrzenia i być może to myślenie życzeniowe, ale odnoszę wrażenie, że on też ma do mnie słabość.
Chyba usłyszałam dzwonek domofonu. Wydaje mi się, że ktoś przyszedł, a to ciekawe, bo z nikim się nie umawiałam. O cholera, to Konrad. Muszę przeciągnąć usta szminką.
ROZDZIAŁ | 3
Aurelia, teraz
Sobota wita mnie pięknym słońcem. Jego blask odbija się w kałużach, które zalegają w zagłębieniach drogi. W drodze po Wiktorię co rusz w nie wjeżdżam. Na szczęście wczoraj zaproponowała, że pojedzie na spotkanie z Konradem Zalewskim razem ze mną, i jestem jej za to wdzięczna.
Zatrzymuję auto pod domem jej rodziców na przedmieściach Wschowy i puszczam jej sygnał. Niestety moja przyjaciółka na co dzień mieszka w Warszawie. Wyprowadziła się tam półtora roku temu. Dostała świetną ofertę pracy w marketingu. Ma tam taką samą posadę jak we wschowskim oddziale dużej firmy Moldeks, działającej w sektorze tworzyw sztucznych, ale zarabia teraz o wiele lepiej.
Rozmawiamy często na WhatsAppie. Przyzwyczaiłam się już do tego typu kontaktu, a gdy przyjeżdża do Wschowy, zawsze się spotykamy.
Wiktoria wsiada do mojego samochodu i jedziemy na Ogrodową.
- Zdenerwowana? - pyta.
- Nie.
- Przecież wiem, że tak. To już kolejny dom, który będziemy oglądać. Za każdym razem jest tak samo. Wielkie nadzieje, a potem nic z tego nie wychodzi.
- Mam przeczucie, że teraz też tak będzie - odpowiadam smętnie.
- Daj spokój, trzeba myśleć pozytywnie.
Włączam radio, żeby zagłuszyć myśli. Z głośników zaczynają płynąć dźwięki utworu Maryli Rodowicz Łatwopalni, a później słyszę piosenkę Marka Grechuty Dni, których nie znamy. Trasa mija nam szybko, drogi robią się spokojniejsze i coraz bardziej otulone zielenią. Kiedy wjeżdżamy na ulicę Ogrodową, zaczynam się denerwować.
Mój wóz sunie po niej powoli. Słońce maluje złote refleksy na szybie. Wpatruję się w mijane domy, z których każdy zdaje się opowiadać odrębną historię. Niektóre są nowoczesne, o zwartych bryłach i dużych oknach, inne bardziej tradycyjne, z kolumnami i reprezentacyjnymi werandami.
- Czekaj, czekaj, tu jest siedemdziesiąt sześć. - Wiktoria kładzie dłoń na mojej ręce.
- My mamy osiemdziesiąt - przypominam jej - czyli za chwilę.
Bliźniak z ogłoszenia stoi na samym końcu ulicy, na dużej działce, z trzech stron otoczonej wysokim żywopłotem z tuj, które rosną gęsto jedna obok drugiej, tworząc wielki ciemnozielony mur. Tylko przednia część posesji, ta od strony ulicy, jest odsłonięta. Granicę między dwiema połowami działki stanowi jedynie krawężnik, wzdłuż którego rosną pojedyncze krzewy, tak rzadkie, że z łatwością można między nimi przejść.
Wiktoria gwiżdże cicho pod nosem.
- Na żywo prezentuje się dużo lepiej - mówi z uznaniem.
- To prawda - przytakuję, wjeżdżając na podjazd.
Wysiadamy z auta w tym samym momencie.
- Która strona jest na sprzedaż? - pyta Wiktoria, przystając na chodniku i opierając zadbane dłonie na biodrach.
Zatrzymuję się obok niej i tak jak ona patrzę na dom, a dokładnie na dwie identyczne połówki, lustrzane odbicia, z tą samą elewacją w kolorze złamanej bieli i tymi samymi lśniącymi oknami. Nawet pnącza po obydwu stronach przylegają do ścian w podobny sposób. Jedyną większą różnicę między połówkami stanowią drewniane drzwi. Te po prawej są jakby bardziej porysowane, zniszczone, choć w identycznym jasnobrązowym kolorze jak te po lewej. Prowadzą do nich długie schody. Faktycznie, trudno ocenić, która strona jest na sprzedaż. Nie ma baneru z ogłoszeniem, tabliczki czy czegoś takiego.
- Która godzina? - pyta Wiktoria, wyciągając telefon z kieszeni dżinsowej spódnicy ozdobionej ćwiekami. - Za pięć dwunasta - odpowiada sama sobie. - Chyba nie ma na co czekać.
Kiedy już chcę podejść do furtki po lewej stronie i zadzwonić domofonem, drzwi wejściowe tej połówki się otwierają. Wyłania się zza nich blondynka o idealnie prostych włosach kończących się na wysokości ramion.
- Tak?
- Dzień dobry, byłyśmy umówione na oglądanie domu - mówię. - Na dwunastą.
- Dzisiaj? - Przykłada dłoń do czoła, chcąc osłonić oczy od słońca i móc się nam lepiej przyjrzeć.
- Tak, na dwunastą, wpuści nas pani? - pyta Wiktoria lekko rozdrażnionym tonem.
Kobieta milczy dłuższą chwilę, a potem mówi:
- Ja nie mogę wam pomóc. Mam tu zajęcie. Konrad nic mi nie mówił o tym, że ktoś ma oglądać dzisiaj dom. Pojechał do centrum i nie wiem, kiedy wróci.
Kim w ogóle jesteś? - zadaję w duchu pytanie.
Z pewnością ta kobieta nie jest do nas pozytywnie nastawiona. Robi wrażenie, jakbyśmy jej przeszkadzały. Mierzy mnie teraz wzrokiem od stóp do głów. Wiktorię zdaje się ignorować, choć to ona skierowała do niej ostatnie słowa.
Nagle słyszę za sobą cichy pomruk silnika. Gdy się odwracam, widzę czarnego opływowego Mercedesa, który parkuje za moją Skodą. Wysiada z niego wysoki brunet w okularach przeciwsłonecznych. Ma na sobie szarą koszulę i ciemne spodnie. Zamyka wóz, a potem zerka na zegarek.
- Dzień dobry - wita się niskim, przyjemnym głosem, który zapamiętałam z wczorajszej rozmowy telefonicznej.
- Dzień dobry - odpowiada mu natychmiast Wiktoria, a ja robię to chwilę po niej.
- Konrad, ty się umawiałeś z tymi kobietami na pokazywanie domu? - woła do niego blondynka, która teraz ma skrzyżowane ręce na piersiach i wygląda tak, jakby miała do niego o coś pretensje.
- Tak, dzięki, Greta, już sobie poradzimy - odpowiada jej mężczyzna.
Kobieta rzuca mi ostatnie wrogie spojrzenie, po czym chowa się za drzwiami domu. Mężczyzna podchodzi do nas i ściąga okulary przeciwsłoneczne, ukazując chłodne niebieskie oczy otoczone gęstymi ciemnymi rzęsami.
- Z którą z pań wczoraj rozmawiałem? - pyta.
Wiktoria rzuca mi porozumiewawcze spojrzenie. Najwyraźniej nie zorientował się, że był na głośnomówiącym i właściwie rozmawiałyśmy z nim obydwie. Choć mam trzydzieści pięć lat, czuję się teraz jak nastolatka, która razem z przyjaciółką wykręciła numer przystojniakowi.
- Ze mną - mówię z lekkim uśmiechem.
- Pani Aurelia, tak?
- Zgadza się.
- Miło mi, Konrad Zalewski.
Ściskamy sobie dłonie. Przygląda mi się nieco uważniej, niż nakazują dobre maniery. Nie mam pojęcia, jak to interpretować, ale nie to jest teraz najważniejsze. Potem wita się z Wiktorią i zaprasza nas do prawej połówki bliźniaka.
- Czyli dobrze odgadłyśmy, że to jest część na sprzedaż - mówi Wiktoria.
- Tak, w przyszłym tygodniu zamierzam wymienić drzwi - tłumaczy, jakby się domyślił, dlaczego wyciągnęłyśmy taki wniosek.
Wyciąga z kieszeni niewielki pęk kluczy. Zauważam brelok ze złotą trupią czaszką. Jednym z kluczy otwiera furtkę z kutego żelaza i puszcza nas przodem.
- Zapraszam.
Powoli wchodzimy na ścieżkę z kamiennych płyt rozcinającą trawnik, na którym widać kilka bledszych miejsc, i choć to niedorzeczne, już zastanawiam się nad tym, jaki nawóz do trawy mógłby im zaradzić.
Zanim wchodzę na betonowe schody, w oknie parteru lewej połowy zauważam kobietę, z którą chwilę temu rozmawiałyśmy. Zerka na nas z kamiennym wyrazem twarzy, jedną dłonią podtrzymując uniesioną firanę. Wmawiam sobie, że jest po prostu ciekawa potencjalnych klientek, ale trudno nie zauważyć, że patrzy wprost na mnie, zupełnie ignorując Wiktorię, choć to moja piękna rudowłosa przyjaciółka z reguły przykuwa uwagę otoczenia. Moje proste czarne włosy nie są tak efektowne. Podobnie jak spory nos i małe brązowe oczy w kształcie migdałów.
Wnętrze domu emanuje światłem i spokojem, w powietrzu unosi się lekka woń jaśminu. Po drewnianych bielonych meblach widać upływ czasu, ale ma to swój osobliwy urok. Jestem zaskoczona przytulnością tego miejsca. Od razu zastanawiam się, jak dużą rolę w tym efekcie odgrywa światło wlewające się przez wielkie okna z tyłu. Czy nocą też jest tu tak urokliwie? Zamiast sieni jest hol, który płynnie przechodzi w duże biuro w głębi domu. Widzę modułowe biurko, płaski monitor, dalej tablicę korkową, kilka dużych kwiatów w donicach ustawionych przy imponujących oknach. Stojąc przy drzwiach, po lewej stronie można też zauważyć otwartą kuchnię z długim blatem, chyba marmurowym.
- Ładnie tu - komentuje cicho Wiktoria, rozglądając się po wnętrzu. - I zobacz, ile światła.
- Tak, światło jest bardzo ważne.
- Dlaczego? - pyta Konrad.
- Jestem fotografką.
- Ciekawe. - Drapie się w skroń i zerka w głąb domu. - Będzie pani chciała urządzić tu studio fotograficzne?
- Taki mam zamiar. Na górze chciałabym mieszkać, a na dole robić zdjęcia.
- Fotografuje pani ludzi?
- Tak, przede wszystkim. Specjalizuję się w portretach.
- Nie ma sprawy. Zabiorę biurko, regały z segregatorami.
- Pracował tu pan?
Marszczy brwi i spuszcza wzrok.
- Moja żona tu pracowała.
- Rozumiem. Wszystko jest w tak dobrym stanie... - odpowiadam, patrząc jeszcze raz w stronę pięknych monster i juk.
- Greta sprząta tu raz w tygodniu, podlewa kwiaty i tak dalej.
- To pana żona? - wtrąca Wiktoria.
- Nie, koleżanka. Ma firmę sprzątającą i dba tu o wszystko.
- A pan mieszka po drugiej stronie, z żoną? - Wiktoria ciągnie swoje przesłuchanie.
- Aktualnie nie mam żony, ale tak, mieszkam za ścianą - tłumaczy Zalewski niechętnie. - Może pokażę paniom piętro?
- W porządku - odpowiadam trochę zbyt pospiesznie, a potem wchodzimy na górę po drewnianych schodach. Przedostatni stopień nieprzyjemnie skrzypi.
Tym razem to Konrad prowadzi, a my podążamy za nim. Wyczuwam delikatną woń jego piżmowych perfum.
- Schody mają swoje lata - zauważa - ale są solidne.
Pokazuje nam wąską garderobę, potem sypialnię z podwójnym łóżkiem, wiekową komodą i balkonem, na który nas prowadzi.
- Dużo zieleni - mówi, opierając się o solidną barierkę i patrząc na ogród.
- Tak - potwierdzam, stając obok niego.
W przedpokoju pierwszego piętra są jeszcze dwie pary drzwi. Za pierwszymi kryje się duża, skąpana w bieli łazienka z wolno stojącą wanną. Przy drugich Zalewski się zatrzymuje.
- Tu jest trochę moich prywatnych rzeczy, straszny bałagan - tłumaczy, a potem uchyla drzwi.
Widzę kartony z jakimiś dokumentami, do ścian dosunięte są regały pełne książek, płyt, kaset wideo.
- Metraż jest taki sam jak w sypialni. - Wskazuje dłonią na przeszklone drzwi. - Stąd też można wyjść na balkon. Jest wspólny dla obu pomieszczeń, co pewnie panie już zauważyły.
- Przepraszam, chciałabym coś wyjaśnić - odzywa się Wiktoria. - Pan wybudował cały bliźniak, a teraz chce pan sprzedać połowę, tak? Dobrze rozumiem?
- Tak właściwie budowę rozpoczął jeszcze mój ojciec. Połowa miała być dla mnie, a połowa dla mojej siostry, ale potem życie napisało swój scenariusz. Ojciec umarł, zanim budowa została ukończona, a siostra wyprowadziła się do Stanów. Spłaciłem ją i teraz cały dom należy do mnie.
- Został jeszcze ogród - dodaje po chwili niezręcznej ciszy - i to będzie wszystko.
- W porządku, zobaczmy - odpowiadam.
Na tarasie wyłożonym dużymi jasnymi płytkami stoją ciężkie kobaltowe donice z dorodnymi bananowcami. Kiedy schodzę po długich schodach, zauważam, że z tej strony domu ciągnie się niski drewniany parkan dzielący ogród na pół. Po prawej stronie widzę skalniak. Ciemne, niemal czarne kamienie wyglądają naturalnie, jakby same wynurzyły się z ziemi, choć ich rozmieszczenie jest bardzo precyzyjne, więc raczej zaplanowane. Liście roślin mają głęboką, nasyconą barwę: purpury przechodzące w czerń i zielenie tak ciemne, że niemal granatowe. Jedna z kęp ma liście gładkie i lśniące, jakby były polakierowane. Inna przypomina splątane cienkie pasma włosów. Ciarki mnie przechodzą, gdy na nie patrzę.
W głębi ogrodu stoi długa huśtawka z wyblakłymi poduszkami. Wtedy dzwoni telefon Wiktorii. Przyjaciółka przeprasza i odchodzi na bok, a ja podchodzę do huśtawki, słysząc za sobą kroki mężczyzny.
Zatrzymujemy się przy niej i nagle czuję rosnące między nami napięcie. Patrzę w stronę przyjaciółki, która rozmawia teraz przez telefon na tarasie, dużo gestykulując, zupełnie tak, jakby osoba po drugiej stronie linii mogła ją zobaczyć. Dociera do mnie, że jej obecność była pewnego rodzaju katalizatorem, który teraz raptownie zniknął.
Światło pada na twarz Konrada, podkreślając linię jego szczęki i chłód spojrzenia. Patrzy na mnie otwarcie, jakby coś w głębi duszy analizował. Pamiętam to tajemnicze zdanie z ogłoszenia: "Ten dom sam wybiera sobie właścicieli".
Siadam na huśtawce, która wita mnie cichym skrzypnięciem.
- Świetnie się tu czyta książki, szczególnie rano, gdy taras jest skąpany w słońcu - mówi Zalewski. - Tutaj zawsze jest cień dzięki tujom. - Wskazuje ręką na wielki żywopłot rozciągający się za nami.
- Lubię czytać - odpowiadam - i najczęściej robię to właśnie rano.
Wyczuwam lekki, drażniący nozdrza zapach pleśni, pochodzący zapewne od tych starych, wyblakłych poduszek z lekko pociemniałymi brzegami, ale staram się nie pokazywać tego po sobie.
Dołącza do nas Wiktoria, a ja powoli wstaję. Kiedy to robię, jedna z poduszek spada na trawę. Na cienkim jasnym materacu znajdującym się pod nią zauważam wyblakłą czerwoną plamę. Na moment zastygam ze wzrokiem wbitym w zabrudzenie. Zalewski szybko podnosi poduszkę z ziemi i odkłada ją na miejsce, zasłaniając nieciekawy widok.
- Poduszki są oczywiście do wymiany, mają już swoje lata - mówi. - Planowałem w końcu się do tego zabrać, ale ciągle nie było czasu.
Spoglądam na przyjaciółkę i mam wrażenie, że zaskoczenie malujące się na jej twarzy jest lustrzanym odbiciem mojego. Ona też musiała zauważyć to zabrudzenie i zapewne jej, tak jak mnie, skojarzyło się ono z krwią. W milczeniu wracamy do skalniaka, oddalając się od nieprzyjemnego widoku, który zastałyśmy na huśtawce. Wiktoria pyta, czy w drugiej części ogrodu też jest taka kompozycja. Jej, w przeciwieństwie do mnie, najwyraźniej spodobał się skalniak.
- Tak, po drugiej stronie jest dokładnie taki sam - mówi Zalewski.
- Pan go stworzył? - pyta.
- Nie, zrobiła to Greta.
- Zajmuje się też ogrodami?
- Tak.
Rozglądam się wokół, podziwiając otaczające nas rośliny. Rozpoznaję hortensje, bambusy i cyprysy. Reszta jest dla mnie zagadką.
- Od kiedy dom byłby ewentualnie do dyspozycji? - pytam.
- Może porozmawiamy w środku - proponuje mężczyzna, wskazując dłonią na drzwi tarasowe.
Wracamy do budynku i siadamy przy okrągłym stole znajdującym się między kuchnią a przestrzenią biurową. W standardowym układzie zamiast dużego biurka znajdowałyby się tu zapewne wygodna kanapa, szafka RTV i płaski telewizor.
Wiktoria zajmuje miejsce obok mnie, a Zalewski siada naprzeciwko, kładzie dłonie na blacie i splata długie palce. Wypytuję go o stan instalacji elektrycznej, rodzaj ogrzewania. Odhaczam wszystkie punkty z checklisty, którą stworzyłam sobie już jakiś czas temu. Potem kolej na pytania gospodarza. Zadaje mi ich mnóstwo i w pewnym momencie zaczynam czuć się tak, jakby to był jakiś egzamin ustny albo casting. Tak, zamierzam tu mieszkać sama, nie mam dzieci ani żadnych zwierząt, potrzebuję jednego miejsca parkingowego, nie lubię puszczać głośno muzyki, nie palę papierosów.
Fragment
Prolog
Rozdział | 1
Rozdział | 2
Rozdział | 3
Rozdział | 4
Rozdział | 5
Rozdział | 6
Rozdział | 7
Rozdział | 8
Rozdział | 9
Rozdział | 10
Rozdział | 11
Rozdział | 12
Rozdział | 13
Rozdział | 14
Rozdział | 15
Rozdział | 16
Rozdział | 17
Rozdział | 18
Rozdział | 19
Rozdział | 20
Rozdział | 21
Rozdział | 22
Rozdział | 23
Rozdział | 24
Rozdział | 25
Rozdział | 26
Rozdział | 27
Rozdział | 28
Rozdział | 29
Rozdział | 30
Rozdział | 31
Rozdział | 32
Rozdział | 33
Rozdział | 34
Rozdział | 35
Rozdział | 36
Rozdział | 37
Rozdział | 38
Rozdział | 39
Rozdział | 40
Rozdział | 41
Rozdział | 42
Rozdział | 43
Rozdział | 44
Rozdział | 45
Rozdział | 46
Rozdział | 47
Rozdział | 48
Rozdział | 49
Rozdział | 50
Rozdział | 51
Rozdział | 52
Rozdział | 53
Rozdział | 54
Rozdział | 55
Rozdział | 56
Epilog
Posłowie
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.