Rozdział 1
Rozdział 1
12.01.2014, niedziela
Rano
To nie mógł być zbieg okoliczności.
Redfern od kilku godzin przeglądał życiorys Stevena Wooda w poszukiwaniu
przecięć z własnym życiem. Brat Nathana urodził się w londyńskiej
dzielnicy Kew cztery lata po Redfernie. Ukończył studia na Uniwersytecie
Liverpoolskim o specjalności medycyna sądowa. Od trzech lat spełniał się
w zawodzie, pracując w zespole Teodora Meiklejohna w Guildford. Starszy
medyk zawsze wychwalał pracę swojego asystenta, ale na tym kończyła się
wiedza inspektora. Nawet nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek go
spotkał.
Nie brał pod uwagę tych momentów, kiedy Palacz dawał się zauważyć na
uliczkach Woking. Redfern przypomniał sobie jedną noc, kiedy wychodził z komendy i go zobaczył. Zakapturzoną postać, której twarz ledwie
oświetlał żar papierosa. Żałował, że za nim wtedy nie pobiegł.
Teraz miał przed sobą jedynie stertę papierów wypełnionych suchymi
faktami, które ani o krok nie przybliżyły go do mężczyzny, który od
trzech miesięcy zamieniał jego życie w ruinę. Redfern wciąż nosił w sobie strach, który towarzyszył mu, kiedy - stojąc na parkingu -
patrzył, jak płonie jego mieszkanie. Nie mógł wymazać obrazu Marty
Sokolińskiej, porwanej i torturowanej w bunkrze na terenie pola
golfowego. W uszach wciąż dźwięczały mu słowa, że ktoś dokonał zamachu
na życie komendanta, którego uważał za swojego przyjaciela. I wreszcie
przerażone oczy dziadka, kiedy Palacz odważył się wejść do domu i zaatakować. Cztery sytuacje, za którymi stał zupełnie nieznany mu
człowiek. Tylko czy na pewno?
Zastanawiał się, od czego zacząć. Od katedry, gdzie kilka miesięcy temu
zastrzelił w obronie własnej przyjaciela, od kliniki uzależnień, w której Adrian Bones leczył rany, od Dover, gdzie znaleziono tajemnicze
zwłoki czy może od Szkocji, do której prowadził jeden nikły trop? Która
z tych ścieżek doprowadzi go do rozwiązania? A może przeciwnie, nie może
wybrać jednej, bo tylko na ich przecięciu opadnie mgła niewiedzy.
Siedział w swoim pokoju i rozcierał zmęczone mięśnie. Wczorajszy dzień
spędzili z dziadkiem na wywożeniu rzeczy do schowka, który wynajęli w magazynie na obrzeżach Woking. Sprawa była o tyle skomplikowana, że
każdym kartonem osobiście zawiadywał Siwiaszczyk.
Wpatrywał się w stworzony na nowo schemat poszukiwań Palacza. Po jego
wizycie na Princess Road z notatek na białej tablicy została tylko
brunatna smuga. Redfern korzystał z resztek ciszy, jaką udało mu się
wyrwać z czerni nocy. Spacerujący już po dachach świt i gasnące za
drzwiami chrapanie dziadka zwiastowały nadchodzący rozgardiasz poranka.
Jakby na potwierdzenie tych myśli do pokoju wpakował się Bandit.
Szczeniak merdał ogonem i obdarował Redferna kilkoma ciepłymi
liźnięciami. Z brązowych oczu berneńczyka powoli ustępował sen,
zastępując go iskrami strzelającymi w stronę krzesła, na którym wisiała
smycz.
- Wytrzymasz jeszcze chwilę? - zapytał cicho Redfern, spoglądając
zrezygnowanym wzrokiem na swoje bokserki i wyciągnięty T-shirt.
Odpowiedziało mu porządne machnięcie ogonem i ponaglające mruknięcie.
Inspektor ubrał się pospiesznie, zabrał smycz i możliwie cicho wyszedł z pokoju. Założył buty i kurtkę i złapał za klamkę.
- Zabierz Bambiego na pole golfowe, Dawidek. - Usłyszał z końca
korytarza zaspany głos dziadka. - Ostatnio odkryliśmy, że można tam
chodzić na spacer. Jak wejdziesz w przesmyk między sto siedemnaście i sto dziewiętnaście, to Bambuś sam cię zaprowadzi. Za garażami jest
przejście.
- Jesteś pewien, że można tam wchodzić?
- Jak weźmiesz woreczki na kupy i nie będziesz się za bardzo rzucał w oczy, to nikt cię z widłami nie pogoni. Poza tym lepiej przepraszać, niż
się prosić.
Redfern miał wątpliwości co do logiki dziadka, jednak ciągłe wycieczki
wzdłuż Princess Road i z powrotem już go znudziły, więc perspektywa
odkrycia nowego terenu wydawała się kusząca.
- Kiedyś spotkałem tam Summer Winter, jak pykała w golfa z jakimiś
starymi dziadami. Podobno z twojej firmy. Jeden taki ryży i buraczany na
twarzy, a drugi Szkot jak malowany, tylko mu kiecki brakowało. A potem
do nich dołączył jeszcze jeden staruszek, pomarszczony jak śliwka, ale
oczy bystre jak woda zdrojowa.
Kiltu - poprawił go w myślach Redfern, wyobrażając sobie Teda
Meiklejohna w tradycyjnym stroju. Mimo że patolog zawsze podkreślał
swoją odrębność od narodu angielskiego, inspektor nie potrafił go sobie
zwizualizować. Drugim mężczyzną musiał być McMahon. Inspektor zdziwił
się, że Summer zdecydowała się spędzać czas z ojcem, którego jawnie
nienawidziła. Ostatni zawodnik przywodził na myśl komendanta i Redfern
poczuł się nieco urażony, że nie zaproszono go na partyjkę.
- Dawidek, jesteś jeszcze?
- Jestem, tylko zastanawiam się, jak mogłeś nazwać facetów dużo
młodszych od siebie dziadami.
- Bo ja to przy nich istny Adonis. - Siwiaszczyk stanął w progu wyraźnie
zaspany, a Redfern otaksował wzrokiem adonisową pasiastą piżamę i adonisowy brak sztucznej szczęki.
- Faktycznie - mruknął David z udawanym podziwem.
- Bo wiesz, Dawidek, oni to się starzeją, a mnie już tylko lat przybywa.
Obawiając się kierunku tej rozmowy, Redfern pożegnał się z dziadkiem i wyszedł w przepasającą mrok mgłę.
Dziadek nie pomylił się ani odrobinę, mówiąc, że Bandit doskonale zna
drogę. Gdy szczeniak tylko zrozumiał, że spacer przebiegnie nową trasą,
napiął lekko smycz i poprowadził Redferna wprost na niewielką ścieżkę,
której koniec przylegał do równiusieńkiej trawy pola West Byfleet.
Inspektor przez chwilę się wahał, czy wejść, ale ostatecznie uznał, że
nic się nie stanie, gdy przemkną brzegiem soczystej zieleni. Tym
bardziej że ranek dopiero wstawał.
Przedzielone gęstym pasem drzew pole zachęcało do przechadzki. Zanim
jednak Redfern zrobił krok w tamtą stronę, w jego kieszeni odezwała się
komórka. Wszyscy na komendzie wiedzieli, że cierpi na bezsenność, więc
zupełnie nie zdziwiło go połączenie od kolegi z zespołu.
- No co tam, Puszka?
- Cześć, Dave - odezwał się Chris pozbawionym emocji głosem. - Dam ci
kogoś do telefonu.
Moment przekazywania aparatu sprawił, że Redfern poczuł się nieswojo.
- Dzień dobry, inspektorze. Mówi Jeremy Wall, mąż Lindy.
Przez plecy inspektora przebiegł lodowaty dreszcz. Przyciągnął Bandita
do siebie i czekał na to, co miał mu do powiedzenia mężczyzna.
- Przede wszystkim bardzo panu dziękuję, że zaopiekował się moją żoną,
kiedy najbardziej tego potrzebowała - mówił, jakby miał te słowa
przygotowane na kartce. - Ja nie potrafiłem - urwał nagle i pociągnął
nosem. - A teraz nie będę miał już okazji tego naprawić...
- Panie Wall, wszystko w porządku? - zapytał Redfern, doskonale wiedząc,
co zaraz usłyszy.
- Tak. To znaczy nie. - Mężczyzna nie mógł zapanować nad łamiącym się
głosem. - Po prostu... po prostu dziś w nocy... - Zamiast kolejnych zdań
do uszu inspektora doszły wyłącznie zmieszane szepty oraz szmer
pocierania czymś o mikrofon.
- Dave. - Redfern usłyszał w słuchawce Tinneya. - Linda dziś w nocy
popełniła samobójstwo.
Nie zważając na wilgoć, Redfern oparł się o drzewo i osunął się na
ziemię. Nie był w stanie udźwignąć tej wiadomości. Przez czarną watę
myśli słyszał, że Chris mówi do niego o strasznej tragedii, o tym, że
Jeremy Wall szukał z nim kontaktu i uznał, że najlepiej, gdy przyjedzie
na komendę, bo Linda coś dla niego zostawiła. Złamany niczym gałąź pod
naporem lodowatego śniegu czuł, jak coś w nim samym umiera.
Usiłował sobie przypomnieć, kiedy widział ją po raz ostatni. Jego pamięć
wyświetliła mu blade przeźrocze - patrzył na nią przez okno kliniki, jak
w Boże Narodzenie witała się z mężem i córkami. Odwiedzili ją po raz
pierwszy od trzech miesięcy, więc choć bardzo jej wtedy potrzebował, nie
miał sumienia burzyć tego szczęścia swoją ponurą obecnością.
A co, jeśli mógłby temu wszystkiemu zapobiec? Jeśli jej też brakowało
przyjaciela tego wieczoru? Jeśli mógłby wychwycić choć strzęp sygnału,
że Linda potrzebowała jego pomocy? Nie wiedział, czy to jego wewnętrzny
głos, czy może głos posterunkowego, ale w głowie huczało mu, że to bez
sensu, że to straszne i że po odejściu sierżant Wall nic już nie będzie
takie samo. Wydawało mu się, że powiedział, że zaraz będzie na
komendzie, ale gdy patrzył na czarny ekran komórki, nie był pewien, kto
przerwał połączenie. Tak jak nie był pewien, kto przerwał życie sierżant
Lindy Wall.
***
Nie pamiętał, jak dotarł do domu ani jak potem znalazł się na komendzie.
Mijał rząd kolegów ze spuszczonymi głowami, z których tylko kilku ją
podniosło i przelotnie wlepiło w niego wilgotne oczy. Jakieś usta
ułożyły się w szept: "To straszne".
W gabinecie komendanta zastał cztery cienie. McMahon stał tyłem, patrząc
w upstrzone srebrnymi kroplami okno, Tinney siedział na fotelu wciśnięty
w kąt i opierał czoło o rękę spoczywającą na podłokietniku. Na ustach
Knighta zastygło jakieś słowo, którego Redfern nie dosłyszał, bowiem
całą swoją uwagę skupił na mężczyźnie zajmującym miejsce przed biurkiem.
- Pan Redfern? - spytał cicho i przeciągnął po pokoju zbolałym wzrokiem.
Redfern potwierdził skinieniem głowy i podszedł bliżej. Wychudła twarz
zupełnie nie pasowała do tej, którą inspektor zapamiętał z bożonarodzeniowego poranka. Ścięta bólem przypominała woskowy odlew z zapadniętymi oczami i siną, drżącą kreską zamiast ust. Nie znał Walla na
tyle, by poklepać go po ramieniu ani nawet uścisnąć mu dłoń z nic
nieznaczącymi słowami o tym, jak bardzo mu przykro. Wolał poczekać, aż
mężczyzna sam zacznie mówić.
- Wiem, że się przyjaźniliście - rozpoczął Wall. - Dlatego przyjechałem.
- Dziękuję - odpowiedział Redfern, starając się nie uciec wzrokiem za
okno. - Znaliśmy się krótko...
- A jednak to właśnie pan wyciągnął do niej pomocną dłoń, kiedy
najbardziej tego potrzebowała - przerwał mu Wall.
David nie wiedział, czy to zarzut, czy wyraz wdzięczności. Pamięć
powiodła go natomiast ku wieczorowi, kiedy Linda Wall stanęła w jego
mieszkaniu całkowicie pijana i naćpana, niemal na granicy
przedawkowania. Wraz z obrazami chwiejącej się, agresywnej policjantki
znów napłynął do jego żył strach, który odczuł, czuwając potem przy jej
łóżku. Bał się, że mimo wizyty lekarza, którego do niej wezwał, Linda
nie przeżyje nocy. Ale przeżyła. A potem pozwoliła się odwieźć do
kliniki uzależnień The Priory i obiecała walczyć. Wierzył jej i widział
tę walkę. Tym bardziej nie mógł teraz uwierzyć, że ją przegrała.
Knight i McMahon wymienili spojrzenia. Obaj przełożeni wiedzieli, gdzie
przez cały czas zwolnienia znajdowała się Linda, ale mieli tylko mgliste
pojęcie o tym, jak znalazła się w ośrodku. Niespodziewanie Malcolm
odchrząknął i oznajmił:
- Panowie, trzeba porozmawiać z zespołem.
Chris i Gregory bez zwłoki ruszyli ze swoich miejsc w stronę wyjścia. W milczeniu opuścili gabinet, zamykając za sobą drzwi.
- Pewnie myśli pan - odezwał się Redfern, gdy kroki na korytarzu ucichły
- że coś mnie łączyło z pana żoną.
- Nie ma pan pojęcia, co myślę - odparł cicho Wall. - Natomiast
dokładnie wiem, co się stało, i jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy,
to podziękowanie za to, co pan zrobił dla naszej rodziny.
- Najwyraźniej za mało - wyrzucił z siebie Redfern, po czym ściągnął z ramion plecak i usiadł na miejscu Knighta.
Wall patrzył na niego z mieszaniną współczucia i żalu, jakby to on
składał inspektorowi kondolencje, a nie odwrotnie.
- Samobójstwo - zaczął i urwał, jakby wypowiedział to słowo pierwszy raz
od śmierci żony, a jego ciężar przygniótł go boleśnie. - Samobójstwo
zostawia w nas wyrwę. I to taką, której brzegi wystrzępione są wyrzutami
sumienia. To właśnie przez nie ona nigdy się nie zagoi. Jątrzy się
pytaniami bez odpowiedzi. Im więc mniej w nas poczucia winy, tym lepiej,
inspektorze.
- Powinienem do niej częściej zaglądać, a już z pewnością wpaść w święta
- wyrzucał sobie Redfern, choć na usta cisnęła mu się gorsza prawda.
Z każdą minutą bowiem rosło w nim bolesne przeświadczenie, że za
śmiercią Lindy stał on sam. Za bardzo obciążył ją odkrywaniem tajemnic
kliniki. Niepotrzebnie ją w to wszystko angażował, niepotrzebnie kazał
szukać tropów, które mogłyby go doprowadzić do Adriana Bonesa. W tym
samym momencie klatkę piersiową ścisnęła mu przerażająca myśl, że Linda
podzieliła los Bartosza Wolańskiego, a jej samobójstwo nie było
przypadkowe. Możliwe przecież, że wpadła na coś, co uruchomiło ciąg
wydarzeń, które ściągnęły na nią ramię śmierci. Wall wydawał się
nieświadomy tego, że Linda pomagała inspektorowi, a on sam nie zamierzał
go o tym informować. Myśli Redferna pogalopowały w stronę kliniki.
Uspokoiwszy nieco umysł, powiedział:
- Wszystko wydawało się wracać do normy. Naprawdę nie rozumiem, co
pchnęło ją do... - urwał na chwilę, po czym dodał na głębokim wydechu -
...do tak desperackiego kroku.
- Wie pan, ona chyba musiała się upewnić - oznajmił Wall na granicy
płaczu.
- Upewnić? - zdziwił się inspektor.
- Że z nami wszystko w porządku, że jej wybaczyliśmy i że sobie bez niej
poradzimy - wyrzucał z siebie łamiącym się głosem.
Redfern westchnął. W tym pokrętnym usprawiedliwianiu rzeczywistości była
zaklęta jakaś logika, której nie miał zamiaru odbierać mężczyźnie.
- Linda chyba na pana czekała. - Wall zmienił nagle temat. - Zaraz po
Nowym Roku dała mi to. - Schylił się do leżącej koło krzesła teczki i ją
otworzył.
David zauważył, że w przegródkach na długopisy spoczywały rządkiem te z policyjnym logo. Wall wyciągnął z torby zapakowaną w ozdobny papier
paczkę. Kształtem przypominała nieco spłaszczone pudełko po papierze do
drukarki. Jeremy wręczył je Redfernowi i podniósł się ciężko, jak
człowiek, który nie tylko nie ma siły wstać i wyjść, ale przede
wszystkim nie ma siły zmierzyć się z tym, co za drzwiami.
- Nie zaczeka pan, aż otworzę? - zapytał inspektor.
- Myślę, że to, co jest w środku, może mieć znaczenie wyłącznie dla
pana, panie Redfern. Dla mnie to po prostu przeszłość - odparł bez
cienia emocji. - Tkwiąc w niej, niczego nie zmienię. Panu też radzę się
nad tym zastanowić - dodał i niczym zjawa zniknął za drzwiami.
Redfern został sam. Patrzył przez chwilę na pudełko owinięte w papier w zabawne spychacze, koparki i ludziki. Niektóre z nich miały latarki,
inne megafony. Ze smutkiem wyobraził sobie Lindę proszącą pielęgniarkę o papier, a ta przyniosła jej coś z urodzin syna. Uśmiechnął się na myśl o minie pani sierżant. Zważył w rękach paczkę, zastanawiając się, czy
powinien teraz ją otwierać. Szybką decyzję pomógł mu podjąć dźwięk
kroków na korytarzu. Wstał, schował pudełko do plecaka i zasunął
szczelnie zamek.
Kiedy się prostował, w drzwiach stanął Knight, a za nim McMahon i Puszka, zza którego wychynęła głowa Summer. Każdy automatycznie wrócił
na wcześniej zajmowane miejsce. Tylko Winter została na środku, jakby
bawili się w ciuciubabkę. Wreszcie zajęła krzesło, na którym jeszcze
przed chwilą siedział Wall.
- Co za tragedia - odezwała się.
- Była świetną policjantką - mruknął McMahon, który znał Lindę najdłużej
z nich wszystkich.
- I koleżanką - Knight dodał kolejny frazes.
- Jak to się stało? - Redfern zadał pytanie, które wwiercało mu się w myśli, odkąd się dowiedział o śmierci kobiety.
- Włamała się do gabinetu pielęgniarskiego i wstrzyknęła sobie fenactil
- oświadczyła rzeczowo Summer.
- Ale jak to możliwe, że nikt tego nie widział? - Redfern nie mógł
przyjąć do wiadomości tego, co usłyszał. W głowie mu się nie mieściło,
żeby w takim miejscu jak The Priory było to w ogóle możliwe. Musieli
mieć doskonały system zabezpieczeń.
- Narkomani są sprytni, a Linda dodatkowo była inteligentną babką i policjantką - powiedział McMahon, niespodziewanie odwracając się do nich
przodem. - Procedury bezpieczeństwa w klinice zawiodły, ale to już
problem rodziny Wallów. Prawdopodobnie wytoczą szpitalowi proces.
- A prokurator? Przecież to jest szpital, do jasnej cholery! - Redfern
podniósł głos.
- Nie ma podstaw do wszczęcia postępowania - mówił spokojnie Knight.
- Musiał jej ktoś pomagać - inspektor nie dawał za wygraną.
Wrzała w nim każda komórka ciała. Złość, poczucie winy i niezgoda na to,
co się stało, snuły w jego głowie kolejną teorię spiskową, która ze
wszystkich sił wypierała najbardziej oczywistą prawdę. Chodził po
gabinecie, z trudem panując nad nerwami.
- A wy to kupujecie? - Zaatakował nagle. - Dziewczyna była na prostej
drodze do wyjścia z tego syfu i nagle stwierdziła, że...
- To nigdy nie jest prosta droga - rzucił surowo McMahon, przerywając
mu.
- Dave... - Summer złapała go za rękę. - Nie stwierdzono udziału osób
trzecich. Przejrzałam monitoring i widać na nim tylko Lindę. Sama idzie
korytarzem, sama otwiera drzwi do gabinetu i sama... - nie dokończyła. -
Musisz się z tym pogodzić.
- To była jej decyzja - odezwał się Knight i spojrzał ostro na Redferna.
- Chciałbym, żebyś przez wzgląd na rodzinę Lindy nie grzebał przy tym.
Jeśli nie możesz uszanować mnie, to przynajmniej uszanuj żałobę Wallów.
- Po prostu nie wierzę, że odeszła - odpowiedział pojednawczo i oparł
się rękami o blat biurka.
Zwiesił głowę między ramionami i zastygł na chwilę w tej pozie, szukając
słów, które oddałyby to, co czuł. Nagle zdał sobie sprawę, że niczego
nie czuje. Jakby był szkieletem, w którym hula tylko wiatr totalnej
obojętności. Znał to uczucie, choć nigdy do końca go nie oswoił. To samo
ogarnęło go, gdy zobaczył swoją matkę zwisającą ze schodów, a wiele lat
później - upadającego w katedrze Adriana Bonesa. To samo działo się z nim, kiedy znalazł w garażu Bartosza Wolańskiego i kolejny raz wtedy,
gdy zobaczył w Dover zwłoki nieznanego mężczyzny.
Tak działała na niego śmierć.
Patroszyła bezlitośnie.
***
Wszedł do domu ostatkiem sił. Zdjął buty i rzucił niedbale kurtkę na
wieszak, a plecak zabrał ze sobą. W korytarzu przywitał się z Banditem,
ograniczając się jedynie do lekkiego pogłaskania puchatej głowy. W kuchni zastał dziadka rozwiązującego krzyżówki, które dwa dni temu
przywiózł mu z polskiego sklepu. Bloczek pięciuset łamigłówek otwarty
był daleko za połową. Zza stołu widział stalowoszare końcówki uszu
Armoura, który spał na kolanach Siwiaszczyka. Na dźwięk kroków wtulił
się jeszcze mocniej w materiał spodni. Bohdan spojrzał na Davida z troską.
- Bardzo mi przykro, Dawidku - odezwał się i gestem zachęcił, by wnuk
usiadł przy stole.
- Nie wierzę, że to zrobiła - powiedział przejętym tonem Redfern. Opadł
ciężko na taboret i wpatrywał się w równe, choć kwadratowe, pismo
staruszka. - To do niej niepodobne.
- Linda była chora, synku. - Siwiaszczyk zamknął krzyżówkę i skupił całą
uwagę na wnuku. - Nałóg zmienia człowieka w niewyobrażalny sposób i nawet jeśli wydaje się nam, że to ta sama osoba co kiedyś, najczęściej
to zwykła ułuda. Przebłyski normalności są jak wynurzenia tonącego.
Łapie on oddech i znów idzie pod wodę, aż w końcu nie ma już sił na
ponowne przebicie tafli. Z Lindą mogło być podobnie.
- Nie wierzę, że to zrobiła - powtórzył David. - Nie sama.
- A może jednak? - dopytał ostrożnie dziadek, a Redfern zgromił go
wzrokiem.
- Nie - odparł oschle. - I mam na to dowód. - Schylił się do leżącego na
podłodze plecaka i wyciągnął z niego pudełko, które otrzymał od męża
Lindy. - Ona się bała, dlatego coś mi zostawiła.
Redfern wstał, sięgnął do szuflady po nóż i delikatnie rozciął nim
opakowanie. Jeśli Linda zapakowała to tak starannie, to możliwe, że
miała w tym swój cel. Może umieściła na nim jakąś wskazówkę, nie mógł
więc ryzykować jej utraty.
Nie pomylił się, przyrównując pudełko do tego, w którym kupował papier
do drukarki. Sierżant Wall najwyraźniej poprosiła o takie w recepcji, bo
jego oczom ukazał się znajomy napis Canon i przycięty na wysokość paru
centymetrów karton. Spodziewał sięjednak zupełnie innej zawartości. Ze
zdziwieniem wpatrywał się teraz w ryzę zapisanych ankiet ze szpitala.
Przewertował pierwszych kilkanaście i większość zdawała się należeć do
Lindy. Spojrzał pytająco na Siwiaszczyka, który rzucił okiem na papiery
i wzruszył ramionami.
- Chciała ci pokazać postępy w terapii? - Zaryzykował pytanie staruszek.
- Nic z tego nie rozumiem. - David nerwowo przeglądał kolejne dokumenty.
- Tu są wyłącznie ankiety z terapii, niektóre chyba nawet nie są jej -
podsumował. - Co to ma znaczyć?
- Nie wiem, ale znając Lindę, coś w nich dla ciebie przemyciła. Tak jak
wtedy, gdy prosiła o pomoc, pisząc zaszyfrowaną wiadomość, pamiętasz?
- Pamiętam, ale to tutaj to jakiś labirynt. - Zgarnął kilkanaście kartek
z wierzchu i podał dziadkowi.
Siwiaszczyk wziął od niego plik i rozłożył na stole. Obaj wpatrywali się
w odpowiedzi, szukając jakiegoś wzoru albo nieścisłości, która
naprowadziłaby ich na jakikolwiek ślad. Analizowali litery odbiegające
kształtem od pozostałych, wypatrywali pogrubionych wyrazów, literówek.
Składali papier, zestawiali kartki ze sobą. Były to jednak wyłącznie
zwykłe zapiski Lindy, jak się czuła danego dnia, zapis aktywności,
wskazanie zmian lub ich brak, nowych spostrzeżeń, i tak na każdej
stronie. Czasem pojawiały się ankiety innych pacjentów, ale nawet te nie
przyniosły żadnych odpowiedzi.
W pewnym momencie Redfern wziął jedną z kartek i spojrzał na nią pod
światło, licząc na łut szczęścia, ale nawet prześwietlana promieniami
słońca ankieta nadal pozostawała tylko ankietą. Idąc tym tropem,
Siwiaszczyk z kolei podgrzał zapalarką papier, ale najwyraźniej sierżant
Wall nie skorzystała ze starego sposobu pisania sokiem z cytryny. Po
godzinie mieli dość.
- Dawidku, muszę się położyć - oznajmił zrezygnowany dziadek. - Tobie
też radzę. Oczyścisz umysł odpoczynkiem i sam zobaczysz, że przyjdzie
olśnienie.
- Chyba masz rację - odparł Redfern, czując, jak zmęczenie i stres
serwują jego stawom opuchliznę i ból.
Wstał, wziął paczkę z papierami, po czym zawołał Bandita, który
grzecznie spał pod stołem, i razem poszli do pokoju. Kątem oka zauważył,
że wraz z nimi na drzemkę podążył także Armour.
- Amorek, wracaj - zawołał za nimi Bohdan. - Niech chociaż jeden bęcwał
dotrzyma mi towarzystwa.
Redfern nie miał siły poprawiać dziadka, dla którego Bandit już zawsze
będzie Bambim, a Armour - Amorkiem. Uśmiechnął się do swoich myśli,
które ułożyły się w poczucie, że przynajmniej w jego domu przy Princess
Road sprawy pozostają niezmiennie spokojne. Schylił się do kota, wziął
go na ręce i podał Bohdanowi.
- Masz tego dziada - sapnął, a sfinks z satysfakcją umościł się w ramionach staruszka.
- Może i dziad, ale mój. Takie już z nas dwa dziady. - Kąciki ust
Siwiaszczyka powędrowały lekko ku górze, a ręka z czułością pogłaskała
pomarszczone czółko zwierzaka. - Choć, Amorek, podkręcimy ogrzewanie, bo
mi marzniesz.
Redfern nie mógł się nadziwić przemianie, jaka nastąpiła w nastawieniu
starszego człowieka, który jeszcze parę tygodni temu odgrażał się, że
przemieli brzydala na pasztet.
- Sweter mu kup - zakpił David. - Albo zbroję - dodał, odnosząc się do
imienia kota.
- Twoje skarpety się przerobi. Takie sztywne, że się nadadzą - odciął
się dziadek, udając oburzenie. - Laser już mu kupiłem, więc miej się na
baczności.
- Laser? - Zdziwił się Redfern. Armour zmrużył oczy z satysfakcją i David dałby sobie rękę uciąć, że zaraz pokaże mu język.
- A pewnie, że laser - dodał z dumą Siwiaszczyk i sięgnął do szuflady,
po czym pokazał wnukowi niebieski przedmiot trochę większy od baterii do
pilota. Na kliknięcie przycisku kot zeskoczył z ramion dziadka i zaczął
gorączkowo się rozglądać. Na podłodze pojawiła się czerwona kropeczka,
za którą sfinks rzucił się w pogoń.
- Oprócz laserka to cacko ma różne kolorowe światełka - pochwalił się
Siwiaszczyk i ku rozpaczy kota kliknął kilka razy, zmieniając kolor
światła.
- Zabawa laserem jest niezdrowa dla kociej psychiki - skwitował Redfern.
- Kot nie ma satysfakcji z polowania na widmo, którego nie da się
złapać.
- Nie marudź. Ty też od piętnastu lat latasz za widmami i żyjesz -
bąknął dziadek.
- I co, wyglądam na usatysfakcjonowanego?
Dziadek pokręcił głową z uśmiechem, po czym machnął ręką i dodał z wyraźną troską:
- Idź, Dawidek, odpocznij. Potem jakiegoś schaba się upitoli na obiad,
to wszyscy pojemy, a po południu znów się pomyśli. - Wskazał na karton
trzymany przez wnuka. - Odpocznij, synek.
David wszedł do pokoju, wdzięczny dziadkowi za tę dawkę normalności.
Rzucił ankiety na biurko. Rozsypały się po blacie szerokim wachlarzem,
część spadła na podłogę wraz z kartonem, ale Redfern nie dbał o to. Był
zbyt zły i obolały, by się przejmować. Rozebrał się i wsunął pod
lodowatą kołdrę. Zanim przyłożył głowę do poduszki, połknął dwa
ketonale.
- Chodź, dziadu - zaprosił Bandita na łóżko. Pies wskoczył i natychmiast
wtulił się w pana. - Dziadek musi kupić Armourowi sweter, a ja nam
większe łóżko. Jak to mówią: "małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci -
duży kłopot" - westchnął i spojrzał szczeniakowi w oczy.
Nagle zza głowy psa zobaczył, że w dno przewróconego kartonu jest coś
wsunięte. Zerwał się nagle, odrzucając kołdrę, i podszedł do pudełka.
Wysunął złożoną na cztery kartkę i ją rozłożył. Patrząc na pociągłe
pismo, bezwiednie usiadł z powrotem na łóżku i zaczął czytać.
Kochany Davidzie,
Nie znajdziesz w tym liście wykrzykników ni aktów rozpaczy. Za chwilę
będę wolna. Pierwszy raz od blisko czterdziestu dwóch lat. Wolna od
bólu, wolna od ciężaru wiecznie dopiekającego mi życia. Zanim jednak
wszystko się dopełni, kilka spraw.
Na początek prośba. Choć znamy się niedługo, proszę, a nawet błagam,
zerkaj czasem na moje córki. Na początku może być im ciężko, ale z pewnością łatwiej, niż żyć w wiecznym strachu o uzależnioną matkę. Ja
będę na nie patrzeć stamtąd, dokąd zmierzam. Tak jest dla wszystkich
lepiej. Ale Ty czuwaj, proszę.
Uwierzyłeś we mnie nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, gdy ja sama w siebie
nie wierzyłam. Więc wiem, że i teraz nie odmówisz mi pomocy. Za co z całego serca Ci dziękuję.
Nie mam już siły.
Nie chcę jednak zostawić Cię bez słowa pożegnania, bez wyjaśnienia, bo
wiem, że przy całej tej swojej cholernej dobroci będziesz się obwiniał,
szukał sprawców i powodów. A powód jest jeden i ten sam - nie mam już
siły. Nie chcę już dłużej liczyć na Twoją ani niczyją pomoc. Już dość.
W moim życiu rycerz na białym koniu okazał się jeźdźcem śmierci.
A teraz do sedna. Terapia pozwoliła mi odkryć coś, co już dawno
wyparłam ze swojej pamięci. Wiem, że czytając to, będziesz zaskoczony
tak samo jak ja, ale poznaliśmy się już kiedyś. Na brzegu Harlaw w tamto
upalne czerwcowe popołudnie. Ja uciekłam z domu, ty szukałeś siostry -
zapłakany dziesięcioletni chłopiec i dziewczyna, którą zawiedli
najbliżsi. Oboje kompletnie zagubieni.
Wszystko, czego potrzebujesz się dowiedzieć o sobie, znajdziesz w moich
notatkach.
Nie mam już więcej czasu, nie mam już więcej siły.
Żegnaj, Przyjacielu.
Siedział nieruchomo i czytał to najgorsze z pożegnań, bo
niepozostawiające krztyny nadziei na kolejne spotkanie. A gdy docierał
do ostatniej litery, czytał kolejny raz i znów, aż słowa zaczęły mu się
zlewać w szare pasy, a myśli - w czarną chmurę. Nie wiedział, co byłoby
gorsze - pogoń za mordercą i świadomość, że nigdy się go nie znajdzie,
czy umyślna decyzja Lindy, która ucinała wszelkie domysły. Po raz
pierwszy nie miał za czym gonić, o co walczyć. A przecież pęd gonitwy
zmazałby bezsens tej śmierci, zostawiłby choć iskrę nadziei. Ale nie
było za czym pędzić, kogo szukać, kogo obwiniać.
Redfern był niczym stojący na polu bitwy żołnierz, który widzi, jak jego
generał zatyka na kij białą flagę. Jedyne, co mu pozostało, to znaleźć w sobie zgodę na ten stan rzeczy. I to było najgorsze.
Oderwał wzrok od listu i spojrzał w stronę ankiet. Podszedł do biurka i zebrał kartki w jeden plik, po czym usiadł na krześle, czując przypływ
determinacji.
- Linda, gdzie ukryłaś odpowiedź? - zapytał cicho i zaczął czytać
pierwszy z dokumentów.
Południe
- Obiecałeś odpoczywać - zganił go dziadek, wchodząc dwie godziny
później do pokoju.
- Wiem, ale znalazłem to. - Redfern podał Siwiaszczykowi list, a Bohdan
rozłożył go i, odsuwając ręce możliwie daleko od twarzy, zaczął czytać.
- Tak myślałem - westchnął ciężko, gdy jego wzrok dobiegł do końca
kartki. - Ale widzę, że u ciebie to niczego nie zmienia - dodał z wyrzutem, po czym położył dłoń na ramieniu wnuka. - Dawidku, daj jej
odejść. Nawet jeśli w tych dokumentach zawarta jest, Bóg jeden wie, jaka
wiedza, zastanów się, czy warto się tak spalać.
- Linda uznała, że warto - odparł hardo Redfern.
- Synku, to dla ciebie za dużo - zaczął ostrożnie Siwiaszczyk.
- Myślisz, że nie wiem? - wybuchnął nagle David i skierował wściekły
wzrok na dziadka. - Muszę odkryć, kto zabił Bonesa, muszę znaleźć
cholernego mordercę dzieci, który zmienia moje życie w piekło, muszę
pomóc Marcie dojść do zdrowia, a teraz muszę się dowiedzieć, co odkryła
Linda. I teraz, kiedy, być może, dzięki tej cholernie bezsensownej
śmierci mogę odkryć prawdę, ty mi mówisz, że nie warto?
- Nie to miałem na myśli. Warto, ale nie teraz. Za chwilę Marta wyjdzie
ze szpitala...
- To akurat najmniejszy problem. Poradzę sobie.
- Mam nadzieję - mruknął dziadek i skierował się do drzwi. Zanim
wyszedł, przystanął i dodał: - pamiętaj jednak, że to nie jest Bandit,
którego wystarczy raz na parę godzin wyprowadzić na spacer, a resztą
zajmie się głupi dziadek. Przemyśl to.
Bezszelestne domknięcie drzwi brzmiało w uszach Redferna niczym wybuch
granatu. Kolejny raz emocje wzięły nad nim górę. Przeraziło go, z jaką
łatwością skierował złość na dziadka. Siedział nieruchomo i wpatrywał w notatki Lindy, próbując się uspokoić.
Już kiedyś się nad tym zastanawiał i teraz wiedział. To miłość wręcza
legitymację na traktowanie najbliższych w ten sposób, a my z tego
bezrefleksyjnie korzystamy. Przez to, że ukochani stoją najbliżej nas,
łatwiej nam wyprowadzić ciosy, bo wiemy, że trafimy, i wiemy, że będzie
to precyzyjne uderzenie.
Dziadek miał rację. Nie chodziło wcale o ważność każdej ze spraw, które
się spiętrzyły przed Davidem, ale o kolejność ich rozwiązania. Znów się
do czegoś zapalił, znów gnał, bo pojawiała się nowa rzecz, nowy sprint.
Może dlatego tak bardzo zabolało go samobójstwo Lindy. Nagle poczuł do
siebie obrzydzenie - nie żałował śmierci kobiety, tylko tego, że nie
było w tym tajemnicy, jakiegoś zapalnika, który znów pozwoliłby odstawić
rzeczywistość na boczny tor.
A rzeczywistość to opieka nad dziadkiem, nad psem, to przycięcie krzewów
w ogrodzie, to zupa na stole, którą choć jeden cholerny raz sam powinien
przygotować. I wreszcie Marta, która lada dzień miała opuścić szpital i dla której musiał przygotować przestrzeń nie tylko w domu przy Princess
Road, ale też w swoim życiu. Nie mógł tego zrobić, dopóki zagrażał im
Palacz.
Ponownie tego dnia Redfern spojrzał na tablicę zniszczoną przez
mężczyznę. Jeśli ma się rozprawić z napastnikiem, to musi to zrobić
natychmiast, a zacznie właśnie od najbliższych.
Południe
Kiedy odwiedzał Silver Manor ostatni raz, był tu intruzem. Zakradł się
do domku dla gości, by sprawdzić, co naprawdę się w nim wydarzyło parę
lat temu. Oficjalna wersja, którą raczyła wszystkich rodzina Bonesów,
była taka, że ich syn został ranny w wyniku wybuchu gazu. Adrian Bones
został po tym przetransportowany do szpitala St. Peter, a następnie
zabrany do prywatnej kliniki w Szkocji, gdzie przeszedł wiele operacji,
które uratowały mu życie. Jednak w tej historii wiele elementów zamiast
wskoczyć na swoje miejsce, ścierało się i drażniło świadomość Redferna.
Nie tylko sama opowieść miała w sobie mnóstwo luk, ale też dowody, które
znalazł na miejscu, potwierdzały jego przeczucia. Nocna wizyta w posiadłości przyniosła pewność, że zanim doszło do eksplozji, ktoś
włamał się do domku, wybijając uprzednio małą szybę w drzwiach.
Wciąż mając w pamięci złość, jaka go wtedy ogarnęła, podjechał do
wysokiej na trzy metry kutej bramy ze srebrnymi lwami. Nacisnął przycisk
domofonu i po chwili usłyszał męski, lecz wysoki głos.
- Słucham.
- David Redfern - odparł równie oschle. - Przyjechałem się spotkać z Isabelle.
- Był pan umówiony? - zabrzmiało wyniośle.
- Może pan poprosić Bernarda?
Trzask słuchawki wróżył tylko tyle, że Redfern będzie musiał zadzwonić
do Isabelle, a tego wolał nie robić. Miał nadzieję, że stary majordomus
Bonesów wpuści go bez problemu.
- Pan David? - Usłyszał głęboki głos mężczyzny. - Pani Isabelle nie ma,
ale jest panienka Patricia. Czy mimo to zechciałby pan nas odwiedzić?
- Z największą przyjemnością, Bernardzie.
Brama z metalicznym łoskotem rozwarła się, odsłaniając jeden z piękniejszych parków, jakie widział Redfern. Zimowa aura nie odejmowała
mu uroku. Co więcej, w odcieniach brązu i szarości wyglądał dostojniej
niż w szatach pstrokatej wiosny. David przypomniał sobie słowa dziadka,
który powtarzał, że pięknej kobiecie ładnie nawet w worku po kartoflach.
Park Silver Manor był tego najlepszym przykładem.
Redfern zaparkował na podjeździe, tuż za strzelistą fontanną, składającą
się z nieregularnych tafli szkła i czegoś, co bardziej ogarnięty
budowlaniec nazwałby dwuteownikiem w ocynku. W drzwiach dostrzegł
Bernarda. Ubrany w garnitur majordomus przywitał się z Davidem
serdecznie i zabrał od niego kurtkę. Kiedy jeszcze był w rodzinie,
Redfern mocno zaprzyjaźnił się ze starszym mężczyzną, więc ucieszył się
z wylewnego powitania.
- Co pana sprowadza do Silver Manor? - zapytał uprzejmie majordomus.
- Wspomnienia, Bernardzie. - Redfern uśmiechnął się lekko.
- Mam nadzieję, że te dobre.
- Wyłącznie. - Mrugnął porozumiewawczo, sprawiając, że Bernard zacisnął
usta, by nie wybuchnąć gromkim śmiechem.
- Też jestem ciekawa, co cię przygnało w nasze progi. - Patricia
pojawiła się u szczytu schodów. Przystanęła, patrząc na mężczyzn, po
czym zeszła z gracją.
- Nadal utrzymuję, że wspomnienia - tym razem Redfern nie uśmiechnął
się, patrząc na reakcję byłej narzeczonej.
- W takim razie zapraszam. - Wskazała przejście i ruszyła bez oglądania
się za siebie. - Bernardzie, prosimy herbatę do salonu. - Jej słowa
odbiły się echem w holu.
Usiedli w fotelach. Patricia zajęła ten, który należał do jej ojca. W tym świetle i scenerii bardzo go przypominała.
- No więc jakie wspomnienia cię tutaj przywiodły? Czyżby o mnie? -
zapytała z wyższością w głosie. - Nie przypominam sobie, żebym usłyszała
"dziękuję", gdy wyciągnęłam cię z aresztu.
- Dziękuję, że stawiłaś się w pokoju przesłuchań, ale tak naprawdę
wyciągnęły mnie dowody, a nie twoja interwencja - poprawił ją Redfern,
wciąż mając w pamięci dziką satysfakcję Patricii, kiedy zobaczyła go w sali brudnego i zmęczonego.
- Twoja pewność siebie kiedyś cię zgubi - skomentowała. - No więc
słucham, co tak bardzo chciałeś powspominać? Bo chyba nie nasze ostatnie
spotkanie?
- Nie, chcę pomówić o Adrianie.
Przez twarz Patricii przebiegł dziwny prąd, który napiął mięśnie jej
bladych policzków, zmieniając je w dwie marmurowe skały.
- Nie masz prawa o nim mówić, szczególnie pod tym dachem - wysyczała,
kierując wściekłe spojrzenie na Redferna. Bladość skóry wyparł
rumieniec.
- Myślę, że mam największe prawo o nim mówić pod tym i pod każdym innym
dachem - odparł ze złością, zastanawiając się, czy powinien jej
powiedzieć, że najprawdopodobniej Adrian jest pochowany nie w rodzinnej
krypcie, ale w sosnowej trumnie gdzieś w Dover. Widząc rozpacz w oczach
byłej narzeczonej, uznał, że to nie jest dobry moment. Westchnął i dodał
już spokojniej:
- Chcę wiedzieć, co naprawdę się wydarzyło. Tobie też powinno na tym
zależeć.
Ciszę, która zapadła w salonie, przerwało ciche szuranie butów po
dywanie. Bernard odchrząknął i bez słowa postawił między Davidem a Patricią tacę z dwiema filiżankami, imbrykiem i ciastem czekoladowym.
Kobieta podziękowała, a lokaj oddalił się w milczeniu, zatrzymując na
chwilę wzrok na Redfernie.
- Ty naprawdę wierzysz w tę swoją bajeczkę? - zapytała Patricia,
nalewając obojgu herbaty. Bursztynowy wodospad drżał ledwo zauważalnie.
- Mam na nią dowody. - Redfern rzucił na stolik zdjęcie, które znalazł w posiadłości Ronalda Rudda.
- Jakiś koleś biegnie i ty to uważasz za dowód? - Zerknęła niechętnie,
powstrzymując się od wzięcia fotografii do ręki. Zamiast tego sięgnęła
po filiżankę i upiła niewielki łyk.
- Posłuchaj, to zdjęcie zdobył dziennikarz, który badał sprawę zabójstw
dzieci w Surrey.
- Ten, co popełnił samobójstwo podczas próby zatrzymania?
- Tak, ten sam - potwierdził Redfern zirytowany nagłą obojętnością byłej
narzeczonej. - Jakimś cudem uznał, że będzie dla mnie ono jakąś
wskazówką w poszukiwaniu rozwiązania tej zagadki. Z tyłu jest data -
dzień zabójstwa Adriana. Nie ma mowy o pomyłce. Tak jak uważam, że nie
ma o niej mowy w przypadku wybuchu w waszym domku dla gości.
- To był wypadek - oznajmiła ostro, z hukiem odstawiając filiżankę na
spodeczek.
- Inaczej mówiłaś, kiedy widzieliśmy się w twoim mieszkaniu. -
Inspektor, starając się ukryć irytację, sięgnął po swoją herbatę. Napił
się, uważnie przyglądając się napiętej twarzy byłej narzeczonej, po czym
dodał: - Wtedy wierzyłaś w jego istnienie.
- Wierzyłam i nadal wierzę w jakiegoś popaprańca, któremu moja prawnicza
działalność nie przypadła do gustu - odparła. - Potajemnie obciął mi
kosmyk włosów, wszedł do domu i okradł. To jest jakaś sprawa osobista.
- To był Palacz ze swoimi chorymi wskazówkami. To on zostawił koszulkę
Adriana, wiedząc, że mi ją pokażesz. Dlaczego to zrobił?
- Skąd mam wiedzieć? Może po prostu ktoś chciał się zabawić moim
kosztem? Jakiś wybryk debila, którego kiedyś wsadziłam za kratki, a ty
się uczepiłeś jak... - nie dokończyła.
- A jednak przeprowadziłaś się do rodziców. Boisz się.
Nałożyła sobie kawałek ciasta i zaczęła jeść ze spokojem. Redfern
wiedział, że próbuje zasłonić twarz, by nie dało się z niej niczego
wyczytać.
- Nie, Dave, nie boję się - odparła chłodno. - W moim mieszkaniu jest
remont. Jak mi nie wierzysz, to jedź i upewnij się, tak jak zawsze.
Sprawdzaj, kontroluj, goń cienie, bo może akurat w którymś z nich kryje
się jakaś niesamowita prawda. Tyle że prawda nie jest ani trochę
niesamowita. Mój brat zginął z twoich rąk, a Linda Wall popełniła
samobójstwo - wymieniała beznamiętnie, a widząc zmianę w twarzy
Redferna, dodała: - Tak, wiem, że pani sierżant nie żyje. Pracujemy w tej samej firmie, Dave, a ona, jak każda inna, nie grzeszy dyskrecją. W każdym razie zgoda, ktoś chce ci zaszkodzić. Ale to nie ma nic wspólnego
ze mną i z moją rodziną. Dlatego poproszę cię teraz ostatni raz, zostaw
nas w spokoju - ostatnie słowa wypowiedziała z wyjątkowym naciskiem.
- To groźba? - Redfern odstawił filiżankę i spojrzał na wiszącą nad
kominkiem głowę łosia. Szczerze brzydził się takimi praktykami, tak jak
brzydził się kłamstwem, którym częstowano go w Silver Manor.
- I znów szukasz sensacji. - Patricia pokręciła głową z dezaprobatą. -
Po prostu daj nam święty spokój.
- A czy święty spokój ma matka Nathana Wooda, której syn zaginął w drodze do waszej posiadłości?
- Dość! - rzuciła ostro kobieta i wstała. Jej twarz na powrót przybrała
barwę karminu. - Idź już, Dave. Nie mam siły na twoją rozgrywkę.
Redfern podniósł się z fotela i przeszedł w stronę holu. Nagle
przystanął i odwrócił się. Musiał z siebie wyrzucić podejrzenia,
wiedząc, że może więcej nie mieć ku temu okazji.
- Wybuch w domku dla gości to nie był wypadek. Znalazłem rozbite szkło,
ale nie na zewnątrz, co sugerowałoby wybuch, tylko w środku. Ktoś zbił
szybę w drzwiach kuchennych, by dostać się do środka, a potem do butli z gazem.
- To byłam ja - Patricia westchnęła ciężko, po czym zamyśliła się przez
chwilę, jakby starając się, by zdenerwowanie nie podsunęło jej
nieodpowiednich słów. - Tamtego wieczoru Adrian pokłócił się z ojcem.
Chyba domyślasz się o co.
Redfern kiwnął głową na znak, że wie, że chodziło o orientację Bonesa.
John Bones nigdy nie pogodził się z tym, że jego syn był
homoseksualistą. Mógł znieść to, że Adrian pracował w policji, zamiast w rodzinnym imperium, pogodził się również z tym, że pierworodny nie
mieszkał w posiadłości tak jak jego siostra. Natomiast w jego
arystokratycznym słowniku nie istniało słowo "gej", chociaż w arystokratycznym świecie radziło sobie doskonale.
- Przyniosłam więc Adrianowi kolację, bo za nic nie chciał wrócić do
domu - kontynuowała Patricia. - Próbując otworzyć drzwi, uderzyłam
niechcący w jedną z szybek i ta się stłukła - wyjaśniła spokojnie. -
Kolejna zagadka wyjaśniona, detektywie.
- Tak, to faktycznie wszystko wyjaśnia - podsumował Redfern, kierując
się do wyjścia.
Była narzeczona podążyła za nim. Kiedy stanęli na środku holu,
zamierzając się pożegnać, masywne drzwi uchyliły się i stanęła w nich
Isabelle Bones. Miała zaróżowione od wiatru policzki, które przybladły
lekko na widok Redferna.
- O, David. Jak miło - rzuciła sztucznie ucieszona i zdjęła rękawiczki z typową dla siebie elegancją.
Podała je Bernardowi, który zaraz po odłożeniu ich na stolik pomógł
kobiecie zdjąć płaszcz. Patricia zrobiła krok do przodu i, rzuciwszy
okiem przez okno, zapytała:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki