Rozdział 1
W złą godzinę
7 września 2020
- Nie wytrzymam tu. Prędzej zwariuję.
Usiadła na łóżku i zapatrzyła się tępo w pomalowaną na biało ścianę. Podczas poprzedniego pobytu w szpitalu zdążyła serdecznie znienawidzić ten kolor, tutaj także jej go nie oszczędzono. Białe łóżko i stojąca obok niego szafka, biała szafa, stół i dwa krzesła, nawet kosz na śmieci atakował oczy przeraźliwą bielą.
- Wytrzymasz. Wygrałaś ze śmiercią, a teraz chcesz się poddać? No way!
Młody mężczyzna rzucił na podłogę wypchaną torbę podróżną, przysunął sobie jedno z krzeseł i spojrzał surowo na kobietę, w której próżno usiłował odnaleźć swoją energiczną, nigdy niepoddającą się przyjaciółkę.
- Mam dość, Ratio - wyznała cicho. - Niedługo miną trzy miesiące, a ja co? Nawet z podtarciem sobie zadka mam problem, a o strzelaniu nawet nie może być mowy.
Medard Ratier natychmiast zwietrzył okazję do pokonania przeciwniczki jej własną bronią. Podejrzewał, że ona nie zmarnowałaby takiej sposobności nawet wtedy, gdyby wydawał ostatnie tchnienie, dlaczego więc miałby być gorszy?
- Czemu nie może być mowy o strzelaniu? - spytał z niewinną miną. - Dłoń przecież masz sprawną, lewą rękę też. Łapiesz za broń, pociągasz za spust... No, chyba że chcesz w coś trafić, ale o tym nie mówiłaś. - Zauważył, że kąciki jej ust uniosły się w zapowiedzi uśmiechu, i odetchnął z ulgą. - Przestań się zamartwiać. Będzie dobrze, zobaczysz.
Podniosła na niego smutne oczy, a nikły uśmiech zmienił się w pełen goryczy grymas.
- Jak się mam nie martwić? Niesprawna ręka i ciągła zadyszka to mało? Są chwile, kiedy żałuję, że mnie nie dostrzelił.
Ratier przypomniał sobie uczucie dojmującej pustki, które objęło go we władanie, kiedy błędnie odczytał gest chirurga i był pewien, że przyjaciółka nie przeżyła operacji. Miał ochotę wrzasnąć, żeby przestała kusić los podobnymi uwagami, i sam siebie zadziwił, gdy zdołał się opanować i odpowiedział całkiem spokojnie.
- Nie mówię, że jest fajnie, ale chyba trochę przesadzasz. Dionka, przecież to cud, że w ogóle żyjesz! Według operującego cię lekarza powinnaś była nie doczekać nawet przyjazdu karetki, a ty nie dość, że się wywinęłaś śmierci, to nawet ostatnio zdążasz już do kibla.
Ostatnia uwaga wreszcie wywołała oczekiwaną tak długo reakcję i Dioniza roześmiała się serdecznie.
- Okej, wygrałeś. Możesz w nagrodę poukładać w szafie moje rzeczy, a potem zrobić mi herbatę.
Ratio wymownym gestem postukał się zgiętym palcem w czoło.
- Chyba śnisz. Zapomniałaś o przykazaniach lekarza? Masz robić wszystko samodzielnie i prosić o pomoc wyłącznie w sytuacjach kryzysowych. - Zauważył jej minę i złośliwie, nie pozwalając sobie przerwać, dopowiedział: - Nie trzeba było mnie błagać, żebym cię zabrał do domu. Przy mamusi miałabyś jak w raju, pełna obsługa i zdmuchiwanie pyłków sprzed stóp, żebyś się przypadkiem nie potknęła.
Po drugiej nieudanej próbie wejścia Ratierowi w słowo wysłuchała go z ponurą miną. Potem wstała, ukucnęła obok torby i w milczeniu zaczęła ją wypakowywać. Spoglądał na to z niepokojem, tak bardzo zachowanie Remańskiej odstawało od jej zwykłego sposobu bycia, nawet tego z ostatnich dwunastu tygodni.
- Dionka...? - zagaił niepewnie. Nie odpowiedziała, powtórzył więc, a tym razem w jego głosie dał się słyszeć lęk. - Diona? Czemu się nie odzywasz?
Uniosła głowę, odrzucając przy tym opadające na twarz ciemnobrązowe włosy. Wtedy zobaczył w jej oczach przekorne iskierki, tak dawno niewidziane, a goszczące tam często, zanim dwie kule wystrzelone z policyjnego pistoletu przeistoczyły Dionizę w cichą, wycofaną kobietę.
Starannie skrywał swoje uczucia, lecz w głębi serca był przerażony tą przemianą, mijały bowiem tygodnie, a ani jego starania, ani zabiegi narzeczonego Diony nie przynosiły żadnych efektów. Czyżby przyjaciółka miała już na zawsze taka pozostać? Zdawał sobie sprawę, że tylko cudem wymknęła się śmierci, i oczywiście wolał, by była uległa i obojętna na wszystko, ale żywa, mimo to nie mógł się pogodzić ze zmianą jej osobowości.
Chciał odzyskać dawną Dionę, a ujrzane w jej oczach iskry dały mu nadzieję, że ta chwila jednak nadejdzie. Musiał tylko uzbroić się w cierpliwość.
- Ty mnie lepiej nie wkurzaj - odezwała się groźnym tonem, stojącym w jawnej sprzeczności z roześmianymi oczami. - Dobrze wiesz, że gdybym musiała znosić opiekę mamy choćby dzień dłużej, to albo bym ją zamordowała, albo przegryzłabym sobie żyły.
Nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Marta Imielska, matka Dionizy, była pielęgniarką z długoletnim stażem. Kompetentna, empatyczna wobec pacjentów, a jednocześnie stanowcza, w każdej sytuacji umiała zachować spokój i jasność myśli, przez co lekarze bardzo ją cenili. Owo opanowanie nie dotyczyło jednak przypadków, gdy chodziło o jej najbliższych. Marta tak bardzo się o nich troszczyła, że gotowa była zagłaskać ich na śmierć. Nie było więc nic zaskakującego w fakcie, że po dwóch tygodniach Dioniza miała dość; Bogiem a prawdą Medard nie mógł się nadziwić, że wytrzymała tak długo.
- Chyba to wyczuła i dlatego pozwoliła ci wyjechać - odparł, choć dobrze wiedział, że Imielska nie poddałaby się tak łatwo, gdyby nie jej mąż. Grzegorz Imielski pomógł pasierbicy wywalczyć sobie niezależność bez uciekania się do ostrych słów, a tym niechybnie skończyłaby się cała afera, gdyby nie jego wstawiennictwo.
- Na pewno nie dlatego. Mama pod tym względem jest niereformowalna, nie docierają do niej żadne logiczne argumenty. Dobrze wiem, że gdyby nie tatek... - Zauważyła zdumioną minę Ratia i parsknęła śmiechem. - Przecież to moja matka. Przez te wszystkie lata zdążyłam dobrze poznać jej reakcje, a jak na razie nie mam problemów z logicznym myśleniem. Wyobraź sobie, że strzaskany obojczyk i rozwalone bebechy nie mają wpływu na pracę mózgu.
- Obojczyk nie - zgodził się natychmiast. - Co innego bebechy. Jeżeli ktoś ma mózg w dupie, mogą wystąpić problemy.
Remańska szykowała się do ciętej riposty, gdy rozległ się soundtrack filmu Vabank. Ratier zerknął na wyświetlacz i zaklął cicho, potem schował telefon do kieszeni. Diona obserwowała go spod oka.
- Ustawiłeś sobie nową melodyjkę - zauważyła, licząc na jakiś komentarz, a gdy nie odpowiedział, spytała wprost: - Czemu nie odebrałeś? Nie chcesz przy mnie rozmawiać?
Żachnął się niecierpliwie.
- Nie musisz od razu mnie posądzać, że wróciłem do dawnego życia. Umówiłem się na podpisanie umowy. Facet wydzwania i pisze do mnie na Messie, jakbym był jednym z tych zakręconych informatyków z memów, co nie pamiętają o jedzeniu i zapominają własne imię. A ty zaraz podejrzewasz najgorsze!
Rozżalenie słyszane w jego głosie wyraźnie świadczyło, że przesadziła, zresztą doszła do tego wniosku już w chwili, gdy wyartykułowała swoje wątpliwości.
- Sorry. - Spojrzała ze skruchą. - Wszystko przez to, że się o ciebie martwię. Wiem, że przeginam, ale to jest silniejsze ode mnie. Nie patrz tak, Ratio. Przedtem też się zamartwiałam, tylko umiałam to ukryć, a teraz... - Urwała, po czym dokończyła cicho: - To ten czas spędzony pomiędzy mnie odmienił.
- O czym ty mówisz? Pomiędzy czym?
Miał tak zdumioną minę, że nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
- Pomiędzy życiem i śmiercią. A ty co myślałeś? Że pomiędzy miejscem i czasem jak jeźdźcy smoków Anne McCaffrey?
- Ja wcale nie... - zaczął.
Nie pozwoliła mu dokończyć.
- Nieważne. Chodziło mi o to, że stałam się bardziej miękka, podatna na emocje i przez to nie umiem się maskować tak dobrze jak przedtem.
- Gówno prawda - rzucił Medard porywczo. - Zmieniłaś się już wcześniej, tylko tego nie zauważyłaś, bo byłaś zajęta śledztwem i Ogim. Moim zdaniem fakt, że byłaś ciężko ranna, nie ma z tym nic wspólnego. To wina miłości...
Tym razem w dokończeniu wypowiedzi przerwał mu kolejny dzwonek telefonu. Ratier popatrzył na wyświetlacz i puścił barwną wiązankę.
- Za chwilę dostanę pierdolca. Umówiłem się z tym gościem na dziewiątą, a facet już piąty raz mi o tym przypomina. Pewnie myśli, że nie znam się na zegarku albo...
- Medard! - przerwała mu ponownie. Jej ton oscylował pomiędzy śmiechem a przerażeniem. - Chyba naprawdę się nie znasz. Jest dziewiąta dwadzieścia.
Otworzył usta, by odwzajemnić się jakimś żartem, gdy uświadomił sobie, że Remańska mówi poważnie. Zerknął na zegarek i pokręcił głową, lecz nagły impuls kazał mu się upewnić, spojrzał więc ponownie na ekran komórki.
- Ja pierdolę, chyba mi stanął! Sorry, Dionka, muszę lecieć. Kurwa, oni mnie zabiją!
Głasnął w przelocie włosy Dionizy i gwałtownie pchnął drzwi. Zaraz potem rozległ się głośny okrzyk, łomot upadającego ciała i stukot toczących się po podłodze przedmiotów.
Przerażony chłopak stanął nad siedzącą na podłodze postacią w białym fartuchu, wokół której rozsypały się różnych wielkości i kształtów pigułki, tworząc na szarej posadzce kolorową mozaikę. Między nimi walały się plastikowe pojemniki na lekarstwa, przypominające małe kubeczki, pod ścianą leżała taca z naklejonymi karteczkami. Ratier dojrzał na nich nazwiska i aż jęknął, gdy uświadomił sobie skutki własnej nieuwagi.
- Bardzo panią przepraszam. Spieszyłem się i nie pomyślałem, że ktoś może akurat przechodzić za drzwiami. Dołożyłem pani pracy...
Odgarnęła przesłaniające twarz czarne włosy ozdobione niebieskimi pasemkami w odcieniu niemal identycznym z barwą tęczówek. Obmacała czoło, gdzie zdążył już wyrosnąć całkiem spory guz, i skrzywiła usta w bolesnym grymasie.
- "Nie pomyślałem!" - powtórzyła z gniewem. - Nie chodzi o mnie, o leki też nie, chociaż to dla nas duża strata.
- Zapłacę za te pigułki - zadeklarował natychmiast, ale dziewczyna tylko machnęła niecierpliwie ręką.
- Mam gdzieś pana pieniądze! Pan w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby na moim miejscu był jakiś pacjent? Baran!
Podparła się i wstała, zignorowawszy wyciągniętą ku sobie pomocną dłoń. Jeszcze raz obrzuciła go spojrzeniem pełnym wrogości i pogardy, w następnej zaś chwili, zanim zdążył zdobyć się na jakąś reakcję, zniknęła za drzwiami damskiej toalety. Ratio z cichym westchnieniem oparł się o ścianę, zdecydowany poczekać na jej powrót, przeszkodził mu jednak kolejny sygnał telefonu.
- Niech to szlag!
Rozdarty między koniecznością przebywania w dwóch miejscach równocześnie, zastanawiał się gorączkowo, co powinien wybrać. Stracił kilkanaście cennych sekund, nim zdecydował, że przeprosiny będą musiały poczekać. Podpisanie umowy gwarantującej bezpieczną finansowo przyszłość było ważniejsze. Zbyt dobrze pamiętał lata spędzone w skrajnej nędzy, ciągły głód i chodzenie w łachmanach, by zlekceważyć tę szansę.
Jeszcze raz rzucił okiem na drzwi oznaczone wizerunkiem damskiej sylwetki, odgradzające go od młodej pielęgniarki, i pobiegł w stronę schodów.
*
Diona wolno wypakowywała zawartość torby. Starała się posługiwać również prawą ręką, choć ta uparcie stawiała opór, nie chcąc wykonywać poleceń mózgu, co z kolei wywoływało nieustającą frustrację.
- Nie wytrzymam tego dłużej! - wrzasnęła, gdy znów musiała podnieść z podłogi jakiś łaszek upuszczony przez niewładną rękę.
Kopnęła z wściekłością prawie pustą torbę i rzuciła się na łóżko, po czym dla stłumienia szlochu wcisnęła twarz w jaśka. Niepełnosprawność doprowadzała ją do furii; nie umiała pogodzić się z faktem, że ona, zawsze aktywna fizycznie, samowystarczalna, radząca sobie ze wszystkim, naraz stała się nieporadna, wymagająca pomocy nawet przy elementarnych czynnościach. Swój obecny stan odbierała jako poniżający, co wywoływało nieustanne rozdrażnienie.
- Dzień dobry.
Męski głos przerwał jej użalanie się nad sobą. Dioniza gwałtownie poderwała się z łóżka i aż syknęła, gdy przez brzuch przebiegła fala bólu. Znowu zapomniała, że została zraniona nie tylko w pierś, a takie nagłe skręty ciała ciągle jeszcze są niezbyt wskazane. Szybko otarła wierzchem dłoni mokre policzki w nadziei, że przybysz niczego nie zauważył. Okazywanie słabości postrzegała jako równie upokarzające co konieczność proszenia o pomoc.
- Co pan tu robi? - spytała ostro, mrugając powiekami, by pozbyć się łez i odzyskać ostrość widzenia.
Nie próbowała zachować pozorów uprzejmości, wściekła za to wtargnięcie bez pukania do pokoju, w którym powinna czuć się swobodnie i bezpiecznie. Jakim prawem ten palant wszedł tutaj jak do siebie? I po jaką cholerę tak się wyelegantował? Na randkę przylazł czy jak?
Jeszcze raz zerknęła na mężczyznę i dopiero teraz, gdy zniknęła przesłaniająca widoczność wilgotna mgła, zauważyła, że to, co wzięła za białą marynarkę założoną na szarą koszulę, było lekarskim kitlem. Pod nim znajdował się ciemnozielony T-shirt, opinający muskularny tors.
Zagryzła wargi, na policzkach poczuła ciepło rumieńca zawstydzenia. Znowu przez swoją impulsywność zrobiła z siebie idiotkę!
- Przepraszam - bąknęła ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nie miała odwagi spojrzeć mu w twarz. - Myślałam, że to jakiś pacjent.
Nie odniósł się w żaden sposób do jej wyjaśnienia, tylko zaraz przeszedł do konkretów.
- Nazywam się Krzysztof Baumgardt i jestem pani lekarzem prowadzącym. Proszę opowiedzieć o swoich dolegliwościach.
Nadal nie podniosła oczu, widziała więc jedynie nogi w ciemnoniebieskich dżinsach i stopy obute w szpitalne chodaki, zmierzające w stronę stolika. Szurnęło odsuwane krzesło i dopiero ten odgłos wyrwał kobietę ze stanu graniczącego z paraliżem. Oderwała się od kontemplacji obuwia lekarza i spojrzała prosto w skrzące się rozbawieniem oczy.
- Czuję się całkiem dobrze. - Bezwiednie użyła słów, którymi miała w zwyczaju zbywać pytania o samopoczucie. Potem uprzytomniła sobie bezsens swojego zachowania i czym prędzej rozwinęła wypowiedź: - Chodzi mi o to, że odczuwam ból tylko przy gwałtownych ruchach, ale z każdym dniem jest lepiej. Ostatnio zrezygnowałam nawet z tabletek przeciwbólowych. Gdyby nie ręka, byłoby całkiem nieźle. - Poruszyła prawym ramieniem, odchylając je od tułowia pod kątem jakichś trzydziestu stopni. - Wyżej się nie da.
- Boli? - spytał bez większego zainteresowania.
- Nawet nie to - odburknęła, urażona jego lekceważącym podejściem do problemu. - Po prostu nie mogę podnieść tej ręki. Sięgnąć za plecy albo do lewego boku też nie, bo w ogóle mnie nie chce słuchać.
Obojętność lekarza zastąpiło ożywienie i Dioniza doszła do wniosku, że chyba czuł się znudzony powtarzającymi się przypadkami. Za to teraz będziesz miał trochę urozmaicenia - skonkludowała mściwie.
Nieświadomy jej myśli Baumgardt wstał, złapał oporną kończynę i zaczął ją wyginać w różnych kierunkach. Przez cały czas zadawał to samo pytanie, toteż przy kolejnym "czy to boli?" Diona z trudem się powstrzymała, by nie palnąć go w głowę. Na szczęście mężczyzna najwyraźniej poczuł się wreszcie usatysfakcjonowany, bo zwolnił uścisk i wrócił do stolika. Zanotował kilka słów, po czym przeniósł wzrok z kartki na pacjentkę.
- Jak doszło do unieruchomienia stawu?
Odpowiedziała jednym słowem, jej zdaniem wyjaśniającym wszystko:
- Postrzał.
W oczach lekarza błysnęło niedowierzanie.
- Nigdy nie słyszałem, żeby zwykły postrzał skutkował tak wysokim stopniem utraty ruchomości. Musiała pani odnieść jakiś uraz.
Dioniza dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że użyty przez nią termin, zamiast zwięźle wyłuszczyć przyczyny jej stanu, wprowadził jedynie niepotrzebny zamęt.
- Chodziło mi o postrzał z broni palnej.
Baumgardtowi prawdopodobnie na jakiś czas odjęło mowę, gdyż pomimo że otworzył usta, nie wydobył z nich żadnego dźwięku. Dopiero po dość długim czasie odzyskał jasność myśli na tyle, by zapytać:
- W jakich okolicznościach została pani zraniona i jakie odniosła pani obrażenia?
Bezradnie rozłożyła ręce.
- Panie doktorze, mogłabym oczywiście odpowiedzieć, ale obawiam się, że objaśnienia nie byłyby zbyt dokładne. Nie znam znaczenia tych wszystkich medycznych terminów, którymi naszpikowano wypis.
Zanotował coś i zadał następne pytanie:
- Ma pani go przy sobie?
Tymi słowami naprawdę ją zdenerwował, bo ile razy można? Zjadają te papiery czy jak?
- Dołączyłam całą dokumentację medyczną do skierowania, a dodatkowo dzisiaj dałam kserówkę pielęgniarce.
Powiedziała to spokojnie, starając się powściągnąć irytację, chyba jednak nie uzyskała na tym polu oszałamiającego sukcesu, gdyż mężczyzna znów na nią spojrzał, tym razem przepraszająco, a gdy się odezwał, ton głosu znamionował zmieszanie.
- Dopiero co wróciłem z urlopu. Nie miałem czasu zapoznać się z pani dokumentami, ale też nie wydawało mi się to najpilniejsze. Wolę najpierw wysłuchać pacjenta, bo on najlepiej wie, co mu dolega. Dopiero później konfrontuję jego spostrzeżenia z wynikami badań oraz diagnozą. Proszę dać mi chwilę.
Przewertował zawartość skoroszytu, wydobył stosowny dokument i pochylił się nad nim, czytając uważnie. W tym czasie Dioniza podniosła torbę i wypakowała resztę przywiezionego z sobą dobytku, stwierdzając ze zdziwieniem, że teraz poszło jej to dużo sprawniej, jakby sama obecność lekarza wpłynęła korzystnie na mobilność chorej ręki. Ta myśl do tego stopnia ją rozśmieszyła, że zachichotała, na szczęście Baumgardt tak się wczytał w jej szpitalny wypis, że nie zwrócił na to uwagi. W przeciwnym wypadku z pewnością by stwierdził, iż bardziej przydałby jej się pobyt na Olszówce, jak skrótowo określano bielski szpital psychiatryczny.
- Muszę stwierdzić, że jest pani swego rodzaju anomalią - odezwał się naraz, jakby zmuszony do reakcji jej myślami. - Według mojej wiedzy medycznej nie powinna była pani przeżyć. To naprawdę cud boski, że jest pani wśród nas.
- Gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jestem ateistką, cud boski nie wydaje się prawdopodobny - skontrowała Diona. - Stawiałabym raczej na wiedzę i zaangażowanie operujących mnie lekarzy, a nie na interwencję sił nadprzyrodzonych.
Nie próbował polemizować z jej opinią, uśmiechnął się tylko i przeszedł do analizowania treści dokumentu:
- Najpierw postrzał w brzuch... Hmm... Krwotok wewnętrzny, poważne uszkodzenie jelit skutkujące zapaleniem otrzewnej. Samo to wystarczyłoby do wysłania rannego na tamten świat, a jednak po usunięciu całkiem sporego kawałka jelita udało się zahamować zakażenie. Musi mieć pani niebywale silny organizm. Jak wygląda obecnie kwestia przyjmowania pożywienia? Nadal tylko płyny i papki?
- Dwa tygodnie temu zaczęłam przechodzić na pokarm stały. Oczywiście na razie w grę wchodzą tylko potrawy lekkostrawne, ale jestem dobrej myśli, bo zmiana przebiegła całkowicie bezkolizyjnie. Żadnych boleści, wzdęć czy zaparć.
- To świetnie. Proszę zsunąć spodnie, chcę to zobaczyć.
Nie bardzo wiedziała, dlaczego chciał go obejrzeć; została skierowana na oddział rehabilitacji z innego powodu i wgapianie się w przecięty blizną brzuch wydało jej się zbędne. Ale to Baumgardt był lekarzem, toteż bez sarkania spełniła jego polecenie.
Przyjrzał się uważnie długiej szramie z widocznymi jeszcze śladami po szwach, obmacał ciało po obu jej stronach i z satysfakcją pokiwał głową.
- Bardzo ładnie się zagoiło. Nie ma zrostów ani wklęśnięć. Odczuwa pani tutaj jakiś ból?
- Zewnętrznie nie, tylko czasami w środku, gdy za szybko wstaję z łóżka lub gwałtownie się wyprostuję.
Znowu pokiwał głową.
- Włączę pani dodatkowe ćwiczenia dla wzmocnienia mięśni brzucha.
Co prawda Diona już od półtora miesiąca wykonywała takie ćwiczenia, doszła jednak do wniosku, że nadzór fizjoterapeuty na pewno nie zaszkodzi.
- Dziękuję bardzo.
Skwitował jej słowa lekkim uśmiechem i wrócił do omawiania karty wypisowej.
- Wbrew pozorom druga rana wywołała większe komplikacje.
Zawiesił głos, zatem Dioniza postanowiła podjąć temat, choć mogła jedynie powtórzyć słowa lekarza prowadzącego z poprzedniego szpitala.
- Nie wydaje mi się. Kula trafiła w obojczyk i zrykoszetowała, ale ominęła żebra, płuca oraz ważniejsze arterie...
- Tak to wygląda z punktu widzenia lekarza wykonującego operację - przerwał jej Baumgardt. - Ja oceniam pod kątem powrotu do całkowitej sprawności. Pocisk spowodował wieloodłamowe złamanie obojczyka, dodatkowo w ranie znalazły się włókna z ubrania. Jestem pełen podziwu dla kunsztu moich kolegów po fachu, że udało im się poskładać ten obojczyk do kupy i jeszcze zapobiec zakażeniu. Długo leżała pani na oddziale?
- Niespełna miesiąc. Potem chodziłam na kontrolę, najpierw co tydzień, później rzadziej.
Odnotował ten fakt i wrócił do zadawania pytań.
- Widzę, że bardzo szybko włączono pani rehabilitację. Jakie to były ćwiczenia? Może pani pokazać?
Zademonstrowała to, co określała swoim osobistym zestawem tortur, a co mimo tej nazwy robiła systematycznie, choć niejeden raz miała ochotę rzucić ćwiczenia w diabły, nie mogąc dopatrzyć się żadnego postępu. Gdyby nie Szymon i Ratio, pewnie już dawno by się poddała, nie chciała jednak sprawić im zawodu. Tak bardzo w nią wierzyli, że nie mogła odpuścić.
- Chodziłam też na fizykoterapię. Pole magnetyczne, laser, krioterapia ... - wymieniała przepisane jej zabiegi. - Słyszałam, że prądy TENS dają doskonałe efekty, ale lekarz mi ich nie zlecił. Może tutaj...?
- Wykluczone! - Baumgardt pokręcił głową. - Obojczyk zespolono za pomocą metalowej płytki, która jeszcze nie została usunięta, wobec czego TENS-y nie mogą być brane pod uwagę. Zamiast tego proponuję basen. Hydroterapia przynosi jeszcze lepsze...
Głośny sygnał telefonu przerwał mu w połowie wypowiedzi. Lekarz odebrał, słuchał przez jakiś czas, a gdy się rozłączył, spojrzał przepraszająco na Dionę.
- Niestety muszę panią teraz opuścić, ale proszę się nie niepokoić. Postaram się jeszcze dzisiaj wrócić i dokończyć wywiad, a w najgorszym razie zrobię to jutro przed śniadaniem. Życzę miłego pobytu i udanej rehabilitacji.
Wyszedł, a nowo przyjęta pacjentka zagapiła się na drzwi, za którymi zniknął. Potem wyjęła z szuflady paczkę papierosów, wraz z zapalniczką schowała do kieszeni bluzy i również opuściła pokój, doszła bowiem do wniosku, że rehabilitant nie pojawi się tak szybko. Najpierw będzie musiał skonsultować się z lekarzem, a to dawało jej czas na małego dymka.
Przekręciła klucz w zamku i z czystym sumieniem skierowała się w stronę schodów.
Przed budynkiem stało kilka ławek, ale Diona minęła je i poszła dalej, bo wśród drzew zobaczyła następne. Usiadła na jednej z nich, z błogą miną wciągnęła dym w płuca i dopiero wtedy rozejrzała się po otoczeniu. Obiekt był piękny. Zadbany, zachwycał wielobarwnymi rabatami oraz zielenią licznych drzew i krzewów rosnących bez modnej ostatnio symetrii. Całość tchnęła takim spokojem, że wydała się kobiecie niemal nierealna.
- Tu na pewno sobie odpocznę od huku strzelnicy - mruknęła pod nosem. Potem doszła do wniosku, że przy jej charakterze pewnie już po tygodniu zacznie wariować z nudów. - Ale może trafi się jakiś trup lub inna atrakcja?
Parsknęła śmiechem, gdy dotarł do niej sens własnych słów, lecz zaraz spoważniała. Obym nie powiedziała tego w złą godzinę - pomyślała, gdy niepodziewanie przeszedł ją dobrze znany dreszcz. Zwiastował nadchodzące zagrożenie.