Byłam kiedyś słynną morderczynią. Zabiłam bogatą rodzinę, w stylu Mansona, a potem uciekłam i się ukrywałam. Ale nie chodziło mi o rozpętanie wojny rasowej, by uczynić świat krainą mlekiem i miodem płynącą. Nie pragnęłam też skrycie zostać kolejnym Bitelsem. Jak mówili w wiadomościach, byłam tylko kolejnym żądnym sławy mordercą i za wszelką cenę pragnęłam wykuć swoją twarz na Mount Rushmore wielkich amerykańskich psychopatów.
To nieprawda, lecz "była morderczyni" to niezły tekst. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie, żeby umieścić go na moim profilu w aplikacji randkowej. Dwie prawdy i jedno kłamstwo: (1) rzuciłam studia doktoranckie, (2) znam się na giełdzie i zarobiłam miliony!!!, (3) byłam kiedyś słynną morderczynią.
Byłam też kiedyś korepetytorką. Przygotowywałam licealistów do egzaminu SAT1 i właśnie w ten sposób poznałam rodzinę, której na pewno nie zabiłam. Jedna z tych bzdurnych wyjaśnianych przez nas dzieciakom reguł gramatycznych - używam tu zbiorowego "my" korepetytorów przygotowujących do SAT, mojego plemienia, moich ziomków, takich jak ja cwaniaczków wciskających kit, żeby zarobić na czynsz - dotyczy różnicy między stroną czynną a bierną. Robię coś. Coś jest robione. W pierwszym zdaniu mamy stronę czynną, w drugim bierną. Strona bierna pozwala się wymigać. Zostawia miejsce dla legendy. Zbrodnie są popełniane bez sprawców. Podmioty odchodzą w cień i znikają. Strona czynna jest lepsza, ale strona bierna się przydaje. Na przykład, kiedy zdarzy ci się zostać mordercą.
To zostało zrobione przeze mnie. W ten sposób łatwiej opowiadać tę historię. Zaimek "mnie" staje się niemal dopiskiem, zepchniętym na margines, najmniej istotną częścią zdania. Teraz liczy się tylko sam czyn. Victorowie zostali znalezieni martwi. Martwe ciała Victorów zostały znalezione przeze mnie.
Gdy myślę teraz o dniu, w którym przyjechałam na korepetycje z Sereną Victor i odkryłam jej ojca pośród wodorostów w oczku z karpiami koi, sinego, spuchniętego i bez wątpienia martwego, mogę to sobie wyobrazić niemal jako obejrzany kiedyś film. Gdy natykam się na krwawą miazgę w miejscu twarzy jej matki, czuję się jak duch, który przypadkiem trafił na miejsce zbrodni. Nie mam materialnej formy. Niczego nie dotykam, oderwana od świata efektów domina i entropii. Jestem tylko przechodniem.
Ale oczywiście to ja zrobiłam różne rzeczy. Decyzje zostały podjęte - ja je podjęłam. Przemoc się dokonała - ja jej dokonałam. Miejsca zbrodni zostały opuszczone - to ja je opuściłam. Ludzie zostali skrzywdzeni - ja ich skrzywdziłam. Ktoś został pokochany - to ja go pokochałam. Nie wszystko, co zrobiłam, było złe. Tylko większość z tych rzeczy.
Często myślę o opowiadaniu Ogród o rozwidlających się ścieżkach Borgesa. Przeczytałam je jako nastolatka. Jego bohater, chiński profesor, odkrywa dzieło swojego przodka, Ts'ui Pena, który chciał stworzyć zarówno powieść labirynt, jak i prawdziwy nieprzenikniony labirynt. Książka nie została ukończona i nikt nie mógł jej zrozumieć, powszechnie uważano też, że labirynt nigdy nie powstał, choć tak naprawdę powieść i labirynt były jednym i tym samym. Profesor odwiedza badacza twórczości Ts'ui Pena, który wyjaśnia mu, że zamysł polegał na stworzeniu labiryntu nie w przestrzeni - prawdziwego, materialnego - lecz w czasie. Nasze decyzje nie eliminują innych opcji swoją nieodwołalnością, tylko powołują do istnienia równoległe odgałęzienia czasu. Innymi słowy: wszystkie wybory i ich konsekwencje dokonują się równocześnie i nieustannie.
Istnieje świat, w którym już nigdy nie pojechałam do domu Victorów. Poprzedniego wieczoru za dużo wypiliśmy ze współlokatorem. Wysyłam im esemesa: "Bardzo przepraszam. Strasznie się pochorowałam. Czy możemy to przełożyć?". Tego samego dnia dowiem się o morderstwach z wiadomości, podobnie jak inni ludzie. Będę pochłaniała makabryczne spekulacje ekspertów i teorie rozgorączkowanych fanów true crime z Reddita. Będę opowiadała tę historię na imprezach: "Kojarzycie Victorów, tę bogatą rodzinę zamordowaną w LA? Kiedyś uczyłam ich córkę. Sikałam w ich łazience, piłam ich herbatę, tłumaczyłam dziewczynie trygonometrię". Nawet nie byłoby o mnie wzmianki.
A teraz jestem historią. Ja ją napisałam. A ona napisała mnie.