Rozdział 1 Analitycy na linii frontu
Andrzej Brzeziecki: Właściwie nie ma już tygodnia, by jakaś zachodnia agencja wywiadowcza, generał NATO lub ważny polityk nie ostrzegali przed rosyjskim atakiem na państwa Sojuszu. Najczęściej chodzi o państwa bałtyckie, ale mówi się także o Polsce. Do ataku takiego miałoby dojść już w roku 2027, a najpóźniej w 2031. Tymczasem w połowie września 2026 roku premier Polski poinformował opinię publiczną, że szef CIA John Ratcliffe ostrzegł go przed rychłym nasileniem działań dywersyjnych Rosji w Europie. Mamy już się bać?
Piotr Żochowski: W ostrzeżeniach czy to duńskich, czy niemieckich służb, mowa jest nie tyle o możliwości szybkiego wybuchu wojny, ile o tym, że w przypadku zamrożenia konfliktu na Ukrainie Rosjanie będą mieli czas na przygotowanie się do konfliktu z NATO. Niemniej musiałby być spełniony jeszcze jeden warunek: całkowite wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy. Moim zdaniem dopóki USA będą utrzymywać zaangażowanie na wschodniej flance NATO, dopóty wątpliwe jest, że Rosjanie zdecydowaliby się na otwarty konflikt militarny. Nie zrezygnują oczywiście z działań poniżej progu wojny, jak operacje dezinformacyjne czy akty sabotażu - mogą je nawet nasilić i tego, jak się domyślam, dotyczyć mogło ostrzeżenie Ratcliffe'a. Oni mają to we krwi i będą to robić, żeby generować dodatkowe koszty i szarpać nam nerwy.
Ale też każdy atak czy prowokacja konsolidują Europę i sprawiają, że polepsza ona swoje zdolności obronne. Gdzie tu logika?
To prawda, mija kolejny rok i Rosja wcale nie jest silniejsza, za to sama sobie utrudnia życie. Myślę, że w Moskwie źle oszacowano reakcję Europy. Liczono, że okaże się ona rozlazła, że wieloletnie inwestowanie w "przyjaciół" Rosji czy działania służb specjalnych będą oddziaływać na elity polityczne krajów Europy. Do tej pory to się nie udało. Nie nastąpił wyraźny podział w zachodniej Europie co do konieczności obrony przed potencjalną rosyjską agresją.
Rosjanie jednak ciągle marzą, że do takiego podziału dojdzie. Są znani z cierpliwości i umiejętności prowadzenia działań długofalowych. Mogą więc czekać na zmianę koniunktury politycznej na świecie, która pozwoli im odseparować jakieś państwa "od stada" i je zaatakować.
Czy może to być Polska?
W rosyjskiej propagandzie Polska jest już na linii frontu. Jesteśmy traktowani przez Rosję jako główny jej przeciwnik w naszym regionie Europy. Taki mały przykład: w 2025 roku w Moskwie otwarto uliczną wystawę na temat dziesięciu wieków polskiej rusofobii. Polska oraz państwa bałtyckie są pokazywane jako państwa nieprzyjazne, a nawet agresywne. Celem tych działań jest, aby konsekwentne wskazywanie na kilka wybranych krajów jako nieodpowiedzialnych podżegaczy wojennych sprawiło, że reszta Europy pójdzie po rozum do głowy i w momencie kryzysu nie pomoże zaatakowanym państwom. Rosjanie lubią uderzać w słabych przeciwników, którzy mogą nie otrzymać wsparcia na czas.
Polityczne elity Rosji nie zrezygnowały z myślenia o ziemiach, które kiedyś należały do Związku Sowieckiego lub były mu podległe, jako o należnym im dziedzictwie historycznym. Chcą to wszystko odzyskać albo przynajmniej odzyskać wpływ na tyle silny, by ograniczył suwerenność tych państw.
Dlatego Polska konsekwentnie przygotowuje się do obrony. Chce stworzyć sytuację, w której ewentualny atak wiązałby się z tak dużymi kosztami dla Rosji, że stałby się skrajnie utrudniony.
Na jakiej podstawie zachodnie agencje wywiadowcze szacują prawdopodobieństwo ataku Rosji na któreś z państw NATO?
Raczej szacują ryzyko rosyjskiego ataku na całe NATO i rysują ewentualne scenariusze agresji. A na jakiej podstawie i jakimi metodami? Powiem przekornie, że robią to w podobny sposób jak ośrodki analityczne. Oczywiście służby mają przewagę nad "białym wywiadem", pozyskując informacje niejawne, na przykład z nasłuchu łączności wojskowej. Żeby przedstawić całościowy obraz poczynań i potencjalnych planów przeciwnika, trzeba wykonać bardzo żmudną pracę. Zaczynamy od zbierania i analizowania podstawowych informacji, takich jak: liczba i potencjał jednostek wojskowych, ich skład i logistyka, transport sprzętu i ludzi lub przedsięwzięcia logistyczne, które należy wykonać przed rozpoczęciem działań zbrojnych. Przydatne jest obserwowanie ćwiczeń wojskowych, choć w tym wypadku ich scenariusze są w dużej mierze operacją psychologiczną. Przecież osławione ćwiczenia "Zapad" od początku zakładają konflikt w regionie Morza Bałtyckiego i użycie taktycznej broni jądrowej. Ale od scenariuszy ważniejsze jest to, co realnie ćwiczą, czy szkolenia obejmują na przykład plany rozwinięcia dużego zgrupowania wojskowego i na przykład budowę infrastruktury zaopatrywania w paliwo. Kolejnym źródłem - choć tutaj OSINT, czyli Open Source Intelligence, ma ograniczone możliwości - jest ocena zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego, intensywności produkcji, zgromadzonych rezerw materiałowych i ludzkich. Ważne jest analizowanie oficjalnej propagandy mającej przygotować własne społeczeństwo do sytuacji kryzysowej, a także obserwacja skierowanych kampanii dezinformacyjnych, których obiektem są państwa zachodnie. Często fragmentaryczna informacja pozwala wskazać, że coś jest na rzeczy. Dam taki przykład. W latach 2010-2011 brygady specnazu GRU, jak wciąż nazywa się Główny Zarząd Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, bo skrót GU jakoś po zmianach dokonanych w 2010 roku się nie przyjął, weszły w skład okręgów wojskowych, flot i wojsk powietrznodesantowych. Media interpretowały to jako osłabienie pozycji szefa służby. Natomiast w ocenie OSW ta zmiana organizacyjna świadczyła o przechodzeniu rosyjskich struktur wojskowych na tory wojenne. A szef GRU, bo i my dla wygody pozostańmy przy tym skrócie, nadal może wykorzystywać żołnierzy tych jednostek do wykonywania zadań specjalnych.
Jednym z elementów polskiego systemu bezpieczeństwa jest Ośrodek Studiów Wschodnich imienia Marka Karpia, który zadaje sobie pytanie także o intencje Rosji i działania jej służb specjalnych. Myślę oczywiście o zajmowaniu się służbami specjalnymi metodą OSINT, co oznacza wywiad z wykorzystaniem jawnych źródeł albo po prostu biały wywiad. Może na początku sprecyzujmy, co oznacza pojęcie "biały wywiad".
Tak jak wskazałeś, jest to metoda pozyskiwania informacji, która polega na zdobywaniu i analizowaniu danych z ogólnodostępnych źródeł. W odróżnieniu od wywiadu tajnego, na przykład szpiegostwa, biały wywiad nie korzysta z niejawnych materiałów. Nie ogranicza się jednak wyłącznie do problematyki wojskowej czy służb specjalnych, ale pozwala również wskazywać zagrożenia, jakie mogą się pojawić ze strony państwowych graczy, służy do analizy gospodarczej, a także walki z dezinformacją. Trzeba przy tym podkreślić, że jest metodą wymagającą mozolnej pracy ze względu na filtrowanie i weryfikację dużej ilości informacji czy danych, których wiarygodność może być wątpliwa.
W lutym 2022 roku próbowaliśmy ustalić, kto bezpośrednio zaangażowany był w podejmowanie decyzji o wojnie i kto wiedział, że akurat 24 lutego dojdzie do agresji Rosji na Ukrainę. Śledziliśmy na przykład publiczne wypowiedzi polityków z najbliższego otoczenia Władimira Putina i próbowaliśmy dedukować. Doszliśmy do wniosku, że o dniu i godzinie rozpoczęcia wojny zadecydowali najbliżsi współpracownicy Putina: sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew, minister obrony Siergiej Szojgu, szef Sztabu Generalnego Walerij Gierasimow, dyrektor FSB Aleksandr Bortnikow i dowódca Gwardii Narodowej Wiktor Zołotow. Pozostali, na przykład szef cywilnego wywiadu rosyjskiego Siergiej Naryszkin, zostali poinformowani, ale bezpośrednio nie byli zaangażowani w przygotowanie planu operacji wojskowej.
Stosowane metody zależą także od tego, czego szukamy i co nas interesuje. Gdy w drugiej połowie lat 90. XX wieku Ośrodek Studiów Wschodnich zaczął uważnie i kompleksowo obserwować rosyjskie służby, szukaliśmy odpowiedzi na pytania: czy, jak i w jakim tempie przejmują one kontrolę nad państwem.
Konkretnie, jak chcieliście się dowiedzieć, czy służby takie jak FSB przejmują Rosję? Jak za pomocą jawnych źródeł badać to, co z samego założenia jest tajne? Mówimy o czasach Borysa Jelcyna i pierwszych latach jego następcy - jak wówczas wyglądał warsztat analityka OSW i jakie mieliście narzędzia?
W tamtych czasach dysponowaliśmy sporą ilością materiału do analizy, bo było zupełnie inne podejście do obiegu informacji. Nie było internetu lub dopiero raczkował, a media rosyjskie nie były tak cenzurowane jak dziś. Istniały niezależne redakcje, a sytuacja polityczna była dynamiczna.
Szukaliśmy na przykład ludzi służb w organach administracji centralnej i lokalnej, w których zastępca gubernatora najczęściej wywodził się z bezpieki. Patrzyliśmy na otoczenie ówczesnego prezydenta Borysa Jelcyna - kto tam jest ze służb, kto awansuje, co kontroluje i co mówi. W Rosji od wielu lat doświadczenie pracy w resortach siłowych jest przepustką do kariery w administracji państwowej, więc patrząc na działania konkretnych ludzi, widzimy przejawy aktywności służb.
Poza wszystkim uważnie zapoznawaliśmy się z dokumentami określającymi ustrojowe usytuowanie służb w państwie. Czytaliśmy kolejne ustawy kompetencyjne, dostępne regulaminy i ich nowelizacje, szukaliśmy informacji, która instytucja zyskuje większe uprawnienia i kosztem której, jakie są założenia budżetowe tych instytucji, gdzie są obszary potencjalnych konfliktów między służbami.
Czytanie ustaw brzmi trochę mało pasjonująco... Choć z drugiej strony diabeł tkwi w szczegółach.
Właśnie dlatego musieliśmy je czytać. Gdy na przykład likwidowano którąś ze służb, jak w 2003 roku FAPSI, czyli Federalną Agencję Łączności Rządowej i Informacji, zajmującą się wywiadem elektronicznym i komunikacją specjalną, sprawdzaliśmy, które instytucje były beneficjentami tej zmiany i przejmowały jej zadania, struktury, ludzi, sprzęt czy nieruchomości.
Czytaliśmy oficjalne dokumenty, takie jak doktryna wojenna, doktryna bezpieczeństwa narodowego czy bezpieczeństwa informacyjnego, ale także wywiady z szefami służb.
W takich autoryzowanych wywiadach kierownicy bezpieki chyba jedynie nawijają makaron na uszy...
Jeśli szef Służby Wywiadu Zagranicznego przekonuje w wywiadzie prasowym, że Zachód jest zły i tylko dybie na Rosję, możemy z tego wywnioskować, w jakim kierunku idą działania wywiadu. Przypomnę, że mówimy o latach 90. XX wieku, kiedy wierzono, że Rosja może być państwem demokratycznym i przyjaznym Zachodowi. Dziś, po wojnie w Gruzji i po ataku na Ukrainę, to są oczywiste rzeczy, ale wtedy dla wielu mówienie, że Rosjanie są nastawieni konfrontacyjnie, było niepotrzebnym straszeniem Rosją.
Poza czytaniem ustaw i dokumentów monitorowaliśmy aktywność informacyjną, propagandową i kulturalną służb. Filmy, seriale i książki poświęcone czekistom pozwalały nam dowiedzieć się, jak żywa jest tradycja służb w życiu społecznym, czy budowany kult czekistów staje się ideologią państwową, czy służby kreują się na gwaranta systemu i państwa.
Łatwo było uchwycić przy tym, jakie środki były wykorzystywane do budowania obrazu służb jako jedynej siły, która może uratować państwo w momencie zagrożenia.
Nawet śledząc dowcipy o służbach czy memy w sieciach społecznościowych, próbowaliśmy dowiedzieć się, jak silny jest autorytet służb. Jolanta Darczewska w pracy FSB w zwierciadle rosyjskiego dowcipu sieciowego, cytując wiele anegdot, pokazała, że służą one podkreślaniu, często w wisielczym tonie, wszechobecności "smutnych panów" w życiu społecznym. Zacytujmy. "Komunikat operatora: Outlook Express nie może wysłać poczty, ponieważ pracownik FSB kontrolujący pańskie konto jest chwilowo nieobecny". Albo: "FSB wystąpiła o zakaz rozpowszechniania na terytorium Federacji Rosyjskiej filmu Geneza planety małp jako zawierającego znamiona ekstremizmu".
Ta mozolnie prowadzona analiza wszelkich rozproszonych informacji na temat służb specjalnych, w tym kadrowych, obecności siłowików w instytucjach cywilnych, władzach lokalnych i w biznesie pozwoliła pod koniec lat 90. XX wieku postawić tezę o przejmowaniu państwa przez "ludzi z pagonami". Po dojściu Putina do władzy wszystko stało się jasne. Ludzie z cienia stali się elitą państwową, a ideologia czekistowska stała się fundamentem rosyjskiej państwowości.
W przypadku Rosji, obserwując konsolidację sektora siłowego i czytając różne oficjalne dokumenty, potrafiliśmy wskazać cele rosyjskiej polityki bezpieczeństwa. Były nimi: przeciwdziałanie emancypacji regionów i przeciwdziałanie separatyzmowi, walka z terroryzmem i wykorzystywanie jej do celów politycznych, zwalczanie przestępczości narkotykowej, doskonalenie metodologii analizy sytuacyjnej, pozwalającej na szybkie informowanie Kremla o sytuacji w regionach, a także prowadzenie przez Federalną Służbę Ochrony badań socjologicznych. Pojawiły się nowe wyzwania związane z prognozowaniem zagrożeń dla NATO i UE ze strony rosyjskich służb - intensyfikacja działań wywiadowczych, wojny informacyjne, cyberbezpieczeństwo, wsparcie działań militarnych, sabotaż i dywersja, zabójstwa polityczne, wspieranie zorganizowanej przestępczości.
Powiedziałeś, że czytałeś książki o czekistach, a także ich wspomnienia. Czy wspomnienia ludzi z KGB i następców tej instytucji bywają przydatne? Co daje lektura książek, które najczęściej pisane są ku chwale służb?
Takie książki są przydatne, choć trzeba mieć świadomość, że literatura czekistowska zawiera spory ładunek dezinformacji czy też zwykłej propagandy. W Rosji służby specjalne dbają o własną historię i wychodzą ze swoją narracją na zewnątrz. W Polsce tego nie ma. Jeśli nad Wisłą dawni ludzie służb piszą książki, to na własny rachunek albo po prostu walczą o przeżycie i pieniądze, bo im w służbach z jakiegoś powodu podziękowano lub rozczarowani sami odeszli. Ale i tak najczęściej informacje zawarte w tych książkach urywają się po 1991 roku.
Natomiast kanon literatury czekistowskiej można znaleźć na oficjalnej stronie FSB w zakładce "Wykaz książek". Jeśli czyta się je uważnie, to można sporo się dowiedzieć o metodach pracy, które przez lata tak bardzo się nie zmieniają. Na przykład były pułkownik sowieckiego wywiadu Nikołaj Szwarjow popełnił dzieło zatytułowane Rozwiedcziki-nielegaly SSSR i Rossii (Wywiadowcy-nielegałowie w ZSRS i Rosji). Opisuje wiele ciekawych historii związanych z instalowaniem na Zachodzie oficerów wywiadu posługujących się obcą tożsamością. Przywołuje między innymi postać Aleksieja Kozłowa. Podając się za obywatela RFN, wraz z żoną przybył do Brukseli. Postawiono mu zadanie zbierania informacji o NATO. Został kierownikiem lokalnej pralni chemicznej. Wkrótce został mianowany kierownikiem sieci pralni. To stanowisko pozwoliło mu na swobodne poruszanie się po Europie Zachodniej, nawiązywanie niezbędnych kontaktów i zdobywanie cennych informacji. Jego żona Tatiana pracowała jako nauczycielka języka niemieckiego w jednej ze szkół akredytowanych przy NATO, ucząc dzieci pracowników Kwatery Głównej sojuszu. Po misji w Brukseli został skierowany do RPA. Wpadł, kiedy zbytnio zainteresował się tym, czy miejscowe władze realizują program jądrowy. Był jednak dla Rosjan na tyle cenny, że po dwóch latach pobytu w więzieniu został wymieniony na kilkunastu szpiegów zatrzymanych w ZSRS i jednego oficera armii południowoafrykańskiej, który został schwytany przez Kubańczyków w Angoli.
Kiedy doszukujemy się przykładów ciągłości w myśleniu czekistów, warto zapoznać się z książką Filippa Bobkowa: KGB i władza. Autor opisuje w niej powstanie w czasach rządów Jurija Andropowa Zarządu ds. walki z dywersją ideologiczną. Kiedy patrzymy na to, co współcześnie wyrabia FSB, poszukując ekstremistów politycznych, pamiętajmy, że jest to tradycyjne podejście do pilnowania nastrojów społecznych. Kolejna anegdota. Nie pomnę już dokładnie, który to z weteranów kontrwywiadu KGB opisał sprawę pewnego zachodnioniemieckiego dziennikarza, który miał bliskie kontakty ze środowiskiem CDU/CSU. Ów Niemiec po wojnie spędził kilka lat w niewoli, a gdy wrócił do kraju, jako dziennikarz zajmował się Rosją. Może uznał, że zdobył odpowiednią wiedzę, może dopadł go syndrom sztokholmski. Dość, że całkiem często jeździł do Związku Sowieckiego, który go fascynował. Oczywiście w końcu znalazł się na celowniku KGB. Funkcjonariusze zaczęli się kręcić wokół Niemca, przyjaźnić się z nim. Gdy ostatecznie uznano, że nastąpił już dobry moment na werbunek, Jurij Andropow, ówczesny szef KGB, powiedział: "Nie". Był zdania, że werbunek nic nie da, bo Niemiec już i tak dobrze pracuje dla Moskwy, nawet nieświadomie. Funkcjonował jako dobry kanał przekazywania do Bonn pewnych sugestii.
Ale Andropow od wielu lat nie żyje, nie ma już KGB ani dawnej RFN ze stolicą w Bonn...
Kiedy zdemaskowano oficera wywiadu wojskowego występującego pod nazwiskiem Pablo González, który przez wiele lat prowadził działalność szpiegowską pod przykrywką dziennikarza, skojarzyłem, że znana z czasów KGB metoda wysyłania "przyjaznych korespondentów" nadal jest stosowana. Pozwalało mu to na zbieranie informacji nie tylko o infrastrukturze krytycznej; próbował również dotrzeć do środowisk opiniotwórczych. Nie ma informacji, że dokonywał werbunku agentury, raczej, roztaczając swój osobisty urok, budował atmosferę otwartości i szczerości ze swoimi rozmówcami i liczył na to, jak to z pogardą mówią czekiści, że pożyteczni idioci będą promować jego opinie.
W powyższych przypadkach widać, że rosyjskie służby próbują zaprzyjaźnić się z ludźmi, na których im zależy, że budują w nich nie tyle sympatię do Rosji, ile raczej rozumienie polityki Kremla. Okazują pozorną troskę i szczerość, skłaniają do przyjacielskich rozmów przy kielichu. Dziś takie zachowanie wzbudziłoby podejrzenia, ale w latach 90. XX wieku, kiedy powszechnie wierzono, że Rosjanie chcą demokracji, przyjacielski i jowialny Rosjanin nikogo by nie zdziwił, a wręcz budziłby sympatię, ciekawość i życzliwość.
Twórczynią Zespołu Bezpieczeństwo i Obronność przy OSW była zmarła w czerwcu 2025 roku Jolanta Darczewska; przez kilka lat była redaktorką biuletynu poświęconego rosyjskim służbom specjalnym, a w latach 2007-2011 także dyrektorką OSW. Jak ją zapamiętałeś, czego cię nauczyła?
Gdy w 2001 roku pojawiłem się w OSW, spotkałem jedyną w swoim rodzaju szefową o unikatowej wiedzy i umiejętności budowania "rodzinnej" atmosfery. Pani Jola otworzyła mi oczy na Rosję. Okazało się, że moja ówczesna wiedza, wyniesiona z dyplomacji, była zawężona do obserwacji polityki zagranicznej Rosji.
To dzięki Jolancie Darczewskiej przez lata poszerzałem kontekstowe myślenie o państwie rosyjskim. Dzięki dogłębnej znajomości rosyjskiej kultury pani Jola świetnie pojmowała rosyjską politykę. Wiedziała, że to jeden z kluczy do zrozumienia tego ogromnego kraju. I to właśnie ona uświadomiła mi, że bez poznania specyfiki kulturowej, społecznej, politycznej oraz gospodarczej nie można dobrze opisać, a przede wszystkim zrozumieć założeń i praktyki funkcjonowania instytucji wiernych koszmarnemu dziedzictwu Feliksa Dzierżyńskiego czy Jurija Andropowa.
Znajomość historii i kontekstu kulturowego z pewnością pomoże w zrozumieniu specyfiki służb danego kraju i ich filozofii działania, ale czy na podstawie jawnych danych można określić na przykład liczebność personelu służb i tożsamość funkcjonariuszy? Szefowie są znani z założenia, ale służby czasem same ujawniają swoich bohaterów i wrogów, nazwiska także padają w książkach pisanych przez ich kolegów albo wyciekają przy okazji afer.
Jakiś procent personelu można ustalić, ale to syzyfowa praca. Kiedyś było łatwiej, bo nie pilnowano tak informacji i dziennikarze mogli w miarę dobrze poznać biografię ludzi służb, jeśli się już "zaświecili" w przestrzeni publicznej. Czasem jednak bywa tak, że pojawia się w mediach nazwisko, na przykład szefa jednej z komórek organizacyjnych FSB, a potem znika i nie wiadomo, co się z nim dzieje, co i gdzie robi. Jego nazwisko można jedynie odnotować i czekać, czy gdzieś znowu się pojawi, by można było pogłębić informację.
Nie miejmy jednak złudzeń - wykorzystując źródła otwarte, nie da się opisać tajnych operacji ofensywnych służb podporządkowanych realizacji celu politycznego, w których biorą udział konkretni ludzie. W takich operacjach zaangażowani są oficerowie służb poza granicami, działają oni pod obcą flagą, wykorzystują agentów, wykonują przelewy bankowe na konta, o których nie mamy pojęcia, stosują przemoc i skrytobójstwa. O tym wszystkim dowiadujemy się dopiero post factum, nieraz po wielu latach, a i to nie zawsze.
To co można zrobić?
Dla zrozumienia istoty rosyjskiego systemu najważniejsze jest nie tyle ustalenie dokładnych danych ludzi służb i ich konkretnych działań, ile uświadomienie sobie, że ludzie pracujący w służbach specjalnych stanowią żelazny - wielomilionowy - elektorat Władimira Putina, zawsze lojalny, bo sam zainteresowany trwaniem systemu. Szacunki mówią o liczbie bliskiej pół miliona ludzi - plus armia, czyli ok. 1,3 miliona. Do tego jeszcze dochodzą: resort spraw wewnętrznych, gdzie pracuje ponad 900 tysięcy, Gwardia Narodowa, licząca około 400 tysięcy ludzi, Komitet Śledczy, sądy i prokuratura oraz rodziny ich wszystkich.
Mając za sobą takie poparcie, Kreml może rządzić Rosją, kreując się na gwaranta jej bezpieczeństwa. To jest o tyle łatwe, że nawet przeciętni Rosjanie widzą rzeczywistość poprzez pryzmat zagrożenia państwa, więc Rosją można rządzić, odwołując się do konieczności zapewnienia/obrony bezpieczeństwa.
Padł już wcześniej termin "siłowicy" - co rozumiemy pod tym określeniem?
To rusycyzm, który, tak jak słowo "czekista", już na trwałe zagościł w naszym języku. Niektórzy co prawda błędnie stosują określenie "siłownicy" - nie wiem, skąd to się wzięło. A kim są siłowicy? W OSW przyjęliśmy definicję wykluczającą siły zbrojne, zaliczając do siłowików ludzi ze służb specjalnych, ale też ze struktur policyjnych. W Rosji wyżsi wojskowi nie odgrywają dużej roli w rządzeniu państwem, a ich pozycję osłabia fakt, że sytuację w armii czy resorcie obrony nadzoruje kontrwywiad wojskowy FSB.
Czy rosyjskie służby rzeczywiście działają wedle metody refleksyjnego zarządzania, którą w połowie lat 60. XX wieku opisał sowiecki matematyk profesor Władimir Lefewr? To koncepcja technologii społecznej pozwalająca wpływać na zbiorowe myślenie społeczeństw. Początkowo władze partii miały być przeciwne jej stosowaniu. Zielone światło dał Jurij Andropow. Czy znajomość tego typu teorii pomaga w badaniu służb i przewidywaniu ich ruchów?
Teorie tego typu są potrzebne przede wszystkim samym służbom, bo uzasadniają ich działania, a zatem budżet. Szefowie służb mogą pokazać rządzącym, że wszystko mają opisane i uporządkowane. Teoria refleksyjnego zarządzania to podbudówka teoretyczna, która uzasadnia konieczność działania. Służby rosyjskie mogą wskazywać na wszystko, co im się udało zrobić, albo co zaszło bez ich udziału i dowodzić, że realizują plan wedle wzoru. Piszą, biorą pieniądze, dla nich to argument do podkreślania własnej roli.
W rzeczywistości cała teoria nie jest zbyt skomplikowana. Zakłada ona generowanie w społeczeństwie konfliktu, zdemoralizowanie go do tego stopnia, że nie będzie stawiać oporu. Wszelka dezinformacja, sianie paniki, popieranie skrajności i głoszenie teorii spiskowych świetnie pasują do tej teorii.
Dlatego Rosjanie mogą jednocześnie lansować w internecie hasła ksenofobiczne, antygejowskie, konserwatywne czy lewicowe. Im już nie zależy na popieraniu konkretnej opcji, ale na wzmacnianiu polaryzacji społecznej. Znajomość tego typu teorii pomaga w zrozumieniu mentalności służb. Koncepcja "zarządzania refleksyjnego" wyklucza bezpośrednie sterowanie działaniami. Polega na uzyskiwaniu pośredniego wpływu na procesy decyzyjne poprzez manipulację oczekiwaniami czy motywacjami. Przedmiot takich działań w rezultacie zmasowanej dezinformacji "samodzielnie" dochodzi do wniosku, że warto podjąć próbę dialogu z Rosją.
Jedno zastrzeżenie: gorzej jest natomiast, gdy analitycy sami zaczynają wierzyć, że te teorie są stosowane na bieżąco, a rosyjskie służby są wszechobecne i wszechmocne. Może to spowodować niewłaściwą zmianę optyki. Zaczynamy na siłę szukać dowodów, aby określić, na którym etapie realizacji planu jesteśmy, czy przypadkiem Rosjanie już nie przejęli kontroli nad naszym społeczeństwem.
Założyciel OSW Marek Karp mówił, że Ośrodek ma być strażnicą, z której wyglądać się będzie, czy na horyzoncie nie pojawia się tuman kurzu i pyłu wzbijanego kopytami koni z wrogimi jeźdźcami na grzbietach. Tłumaczył, że jak się zobaczy już samych jeźdźców pędzących w naszą stronę, to może być cokolwiek za późno. Jak tę metaforę można przełożyć na badanie służb?
Możemy obserwować choćby wydarzenia i działania w państwach sąsiadujących z Rosją. Jeśli coś było możliwe w państwie X, to zastanawiamy się, czy to samo może się wydarzyć w Polsce. Na przykład w Finlandii, gdzie konieczność obrony państwa wdrukowana jest w głowę każdego obywatela, istnieją podobne wyzwania. Gdy fińskie media informują o pracy nad prawem ograniczającym dostępność Rosjan do nieruchomości, to znaczy, że zaistniał tam problem z obecnością obywateli Federacji Rosyjskiej. Trzeba zatem zwrócić uwagę, czy taki problem może się pojawić u nas, czy może już istnieje, na przykład w miejscowościach, w których znajdują się obiekty infrastruktury krytycznej.
Gdy z kolei dowiadujemy się, że Kazachstan nagle zaczął zamawiać w Europie łożyska kulkowe, to trzeba sprawdzić, czy Rosja nie próbuje w ten sposób obejść sankcji.
Problem w tym, że dziś Rosja ograniczyła dostęp do danych statystycznych. Budżet właściwie także jest tajny. Jeśli Rosjanie jeszcze bardziej utrudnią dostęp do oficjalnych danych, to nie wiem, skąd będziemy brać informacje o tym państwie. Już dziś na przykład strony internetowe rosyjskich instytucji nie zawsze prawidłowo się otwierają. Często to sprawa czysto techniczna, bo rosyjskie strony nie opłacają certyfikatów bezpieczeństwa, ale nam to utrudnia pracę.
Czy służby specjalne Białorusi i Ukrainy Koszykowa też tak uważnie obserwowała i nadal obserwuje jak rosyjskie?
Wtedy, dwie dekady temu, nie. W tych przypadkach interesował nas system polityczny i miejsce siłowików w tym systemie. Nie analizowaliśmy działalności na przykład SBU, czyli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, bo ona nigdy nie była samodzielnym aktorem. SBU, jak wszystkie służby, coś robiła, coś tam schrzaniła, coś osiągnęła, ale nigdy ludzie z niej się wywodzący nie rządzili Ukrainą. W warunkach wojny działalność służb, zwłaszcza wywiadu ukraińskiego, wymaga jednak opisu i komentarza.
Choć Polska wspiera Ukrainę, to nieufność wobec oficjalnych informacji tamtejszych służb jest chyba wskazana? Weźmy na przykład informację ukraińskiego wywiadu o tym, że Rosjanie rozstrzeliwują dezerterów. Czy od razu włącza się myślenie, że służby ukraińskie dezinformują, by przekonać świat i samych Rosjan, jakimi okrutnikami są przywódcy Rosji?
Tak, choć ta informacja akurat okazała się prawdziwa. Ale oczywiście codziennie dyskutujemy, co jest prawdą, a co dezinformacją wysyłaną przez obie strony.
Mam na przykład wątpliwości odnośnie do informacji wywiadu ukraińskiego, jeśli idzie o skuteczność ataków. Gdy w lutym 2022 roku wprowadziliśmy Notatkę Wojenną, czyli codzienną, kilkustronicową analizę sytuacji na froncie, po kilku tygodniach zorientowaliśmy się, że Ukraińcy zawyżają straty wojsk rosyjskich, a Rosjanie wyolbrzymiają swoje sukcesy na froncie.
Analityk OSW ds. wojskowych Andrzej Wilk zawsze szuka nieścisłości w ukraińskich informacjach. Zwłaszcza że na różnych szczeblach są one sprzeczne. Co innego mówią lokalne władze, co innego podaje Kijów. Czasem rakieta spada na cel cywilny, bo została strącona - ale tego w komunikacie już nie ma.
Kłopot polega także na tym, że gdy media podchwycą dezinformację, to już trudno ją zakwestionować.
Trudno także weryfikować informacje o ukraińskich cyberatakach na niektóre instytucje, jeśli sami Rosjanie ich nie potwierdzą. Możemy jedynie przyjąć, że Ukraińcy podjęli próbę cyberataku, ale szczegółów jego efektu nie poznamy. Widoczne są ataki, które uderzają w funkcjonowanie społeczeństwa. Gdy w marcu 2025 roku Rosja zaatakowała system komputerowy kolei na Ukrainie, to jego skutki widać było od razu: nie można było na przykład kupić biletu kolejowego, nie były dostępne rozkłady jazdy.
Do dziś chyba także nie wyjaśniono, co w 2020 roku na Białorusi robili wagnerowcy i co z ich pobytem mieli wspólnego Ukraińcy. Ponownie się tam pojawili w 2023 roku, po śmierci ich przywódcy Jewgienija Prigożyna.
Sprawa ich pierwszego pobytu chyba umarła śmiercią naturalną. Wagnerowcy rzeczywiście pojawili się pod Mińskiem i robili wrażenie, że na coś czekają. Były różne teorie - łącznie z tą, że mieli obalić Łukaszenkę. Prawdopodobnie mieli lecieć do Afryki. W każdym razie wcale się nie konspirowali.
Okazało się, że była to operacja służb ukraińskich symulujących zdalny werbunek dla chętnych do wyjazdu do Afryki. To nie było takie trudne. Wielu z nich było poszukiwanych przez Ukraińców za to, że dopuszczali się zbrodni podczas walk w Donbasie. SBU chciała ich "wkręcić", a potem zmusić samolot do lądowania na Ukrainie. Ostatecznie Alaksandr Łukaszenka kazał KGB ich aresztować, a potem oddał Rosji.
W czerwcu 2023 roku wagnerowcy po nieudanym buncie Jewgienija Prigożyna pojawili się na Białorusi. Kreml, chcąc szybko zneutralizować rosnące napięcie wewnętrzne w Rosji, w porozumieniu z Łukaszenką skierował kilka tysięcy najemników na terytorium wschodniej Białorusi. W obwodzie mohylewskim, w miejscowości Cel, szybko zorganizowano obóz polowy, w którym mogło przebywać około 8 tysięcy wagnerowców. Po 23 sierpnia 2023 roku, czyli po śmierci Prigożyna, liczba wagnerowców na Białorusi zaczęła gwałtownie spadać. Powrócili na terytorium Rosji. Kontrolę nad ich oddziałami przejęła rosyjska armia; część poleciała do Afryki. Łukaszenka wykorzystał ich obecność na Białorusi - groził, że pozwoli im na wtargnięcie na terytorium Polski. Klasyczny przykład dezinformacji mającej zwiększyć napięcie w regionie i zaniepokoić polskie społeczeństwo. Niewielka grupa byłych wagnerowców szkoli białoruską armię i wojska wewnętrzne MSW.
Jak te informacje, a czasem plotki weryfikować? O działalności, zwłaszcza o represjach ze strony bezpieki, w krajach takich jak Rosja i Białoruś często informują opozycja i emigracja. Czy naturalna sympatia dla opozycji demokratycznej kłóci się z krytycznym podejściem do jej informacji?
Każdą informację należy traktować z ostrożnością. Weźmy BYPOL, czyli organizację skupiającą byłych siłowików, głównie z MSW. Ludzie ci w 2023 roku uzyskali dostęp do części informacji, takich jak dane personalne pracowników i współpracowników służb. Posiadają unikatową wiedzę o białoruskim sektorze siłowym, o morale funkcjonariuszy czy porachunkach kadrowych. Ale podobnie jak inne źródła - stanowią jedynie punkt wyjścia do dalszej interpretacji.
Na przykład?
W styczniu 2025 roku BYPOL poinformował, że większość migrantów z zachodniej części Białorusi, którzy zamierzali szturmować polską granicę, została przetransportowana do Rosji. Sugerował, że decyzja ta była związana z zaplanowanymi na 26 stycznia 2025 roku wyborami prezydenckimi na Białorusi. Miała na celu uniknięcie destabilizacji sytuacji w kraju podczas głosowania. Informacji tej nie można było zweryfikować, porównać z informacjami z innego źródła. Rzeczywiście liczba prób nielegalnego przekroczenia granicy na początku roku spadła, ale jest to typowe dla każdej zimy, kiedy warunki atmosferyczne utrudniają pobyt w lesie. Nie oznaczało to jednak, moim zdaniem, że z powodów wewnętrznych Łukaszenka zawrócił tych ludzi do Rosji. Zresztą wiosną sytuacja szybko wróciła do "normy" - od 50 do ponad 300 prób dziennie. I choć z biegiem czasu sytuacja na granicy z Polską uspokoiła się, to reżim w Mińsku nie zrezygnował z nękania sąsiadów "bronią migracyjną". Aktualnie na celowniku znalazła się Łotwa, od stycznia do końca lipca 2026 roku na jej terytorium usiłowało przedostać się 9 tysięcy osób.
Wróćmy do pytania o znaczenie białego wywiadu. Szefowie agencji wywiadowczych sami twierdzą, że znaczną większość swojej wiedzy ich podwładni pozyskują z materiałów jawnych. Dość dobitnie, i w swoim stylu, wyraził to Steve Bannon, bliski współpracownik Donalda Trumpa na początku jego pierwszej kadencji, który znalazł się w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Otóż Bannon, gdy dostał raporty CIA, stwierdził w rozmowie z Chrisem Whipplem, dziennikarzem specjalizującym się w tematyce służb, że był zawiedziony: "Czytając londyński "Financial Times", "The Economist", trzy albo cztery blogi o obronie narodowej oraz "Aviation Week & Space Technology" człowiek dowie się 90 procent tego, co znajdowało się w raporcie. [Pozostałe] 5 procent to plotki o tym, jak ludzie są popierdoleni albo zboczeni, a drugie 5 procent to świetne zdjęcia lotnicze chowających się wyrzutni rakietowych. Poza tym nic. Serio! Płacimy miliardy za takie gówno?".
Teoretycznie 90 procent tego, co jest poufne, można poskładać z informacji jawnych. O ile są jakieś jawne informacje, a od 2022 roku w przypadku nas interesującym z tym jest krucho. Rosja i Białoruś konsekwentnie ograniczają przestrzeń informacyjną. Na przykład na komunikatorze Telegram od początku inwazji na Ukrainę działał kanał "Biełaruski Hajun" - w miarę wiarygodne źródło wiedzy o wojsku białoruskim i rosyjskim. Ale w lutym 2025 roku po ataku hakerskim, który doprowadził do identyfikacji osób przekazujących wrażliwe informacje, musiał on zawiesić działalność. "Biełaruski Hajun" podawał bardzo szczegółowe informacje, wykorzystując także zdjęcia satelitarne dostępne na Maxarze, na temat ćwiczeń wojskowych, rozlokowania jednostek, transportów kolejowych i lotniczych z Rosji. Mieli źródła wewnątrz armii - ludzi, którzy dużo ryzykowali.
Łatwiej jest badać służby specjalne państw demokratycznych czy totalitarnych?
Łatwiej - to chyba niezbyt precyzyjne określenie. Przyznać jednak trzeba, że dostęp do informacji na temat służb w państwie demokratycznym i praworządnym jest relatywnie trudniejszy... W takim bowiem państwie służby rzadko są bohaterami mediów. Gdybym na przykład miał za zadanie opisać służby Norwegii, to miałbym do dyspozycji dokumenty ustawowe, dane personalne najważniejszych funkcjonariuszy opublikowane przy okazji nominacji oraz doroczne raporty o działalności - jeśli takie są publikowane. Gdy takie służby odnoszą sukces, łapiąc szpiega, terrorystę czy przemytników narkotyków, oczywiście też o tym informują. Trudno byłoby mi wyjść poza oficjalną informację, zadania określone w ustawach i wypowiedzi publiczne, ewentualnie ujawnione dane o wykrytych nieprawidłowościach.
Tymczasem służby państw niedemokratycznych i agresywnych opisywane są przez wewnętrzną opozycję, którą one zwalczają, przez emigrację polityczną oraz przez dziennikarzy. Za każdym razem, gdy resorty siłowe są używane przez władze - a wykorzystywane są nagminnie - piszą o tym media. Materiału nie brakuje. Służby państw niedemokratycznych angażują się w różne brudne interesy, więc są w polu zainteresowania dziennikarzy śledczych oraz organizacji obrony praw człowieka. Odrębnym źródłem informacji są dezerterzy przechodzący na drugą stronę, którzy potem w mediach odsłaniają ich tajemnice.
Po co właściwie służby w różnych krajach drukują raporty roczne albo ogólnie dostępne biuletyny? Przecież wiele informacji jest tam podawanych na tacy - a kto umie czytać, ten wyczyta więcej.
Publikacje takich raportów to część polityki bezpieczeństwa danego państwa. Z reguły raporty te są wysyłanymi poza kraj sygnałami politycznymi. Określeni odbiorcy mają zrozumieć, że to jest dla nich ostrzeżenie, bo są obserwowani. Materiały upubliczniane przez instytucje bezpieczeństwa to część komunikacji władz z własnym społeczeństwem. Jeśli służby podają, że ataki cybernetyczne idą już w tysiące i liczby te obrazuje się przykładami, to jest to dowód, iż mówienie o zagrożeniu rosyjskim nie jest bezzasadne.
No dobrze. Nie zapytam więc o kondycję wspomnianych służb norweskich, ale o kondycję służb rosyjskich.
Po 2022 roku mamy bardzo mało informacji na ten temat. Generalnie jednak widać stagnację. Od chwili wybuchu wojny służbami kierują ci sami ludzie. W kierownictwie tych instytucji nie ma rzutkich trzydziestolatków czy czterdziestolatków. Najmłodsi wysoko postawieni ludzie są już sporo po pięćdziesiątce. To wada systemu rosyjskiego i wada samego Putina. Bo to on nie chce zmian. Jego najbliższe otoczenie to ludzie, którzy zaczęli kariery pół wieku temu.
Pojawiły się też publiczne informacje o kryzysie kadrowym w MSW. Występuje tam niedobór ludzi. To od lat najsłabszy resort siłowy, bo zawsze był traktowany po macoszemu. Przez lata degradowano ten resort, odbierając mu choćby oddziały specjalne. Ostał się więc resortem słabym, jeśli idzie o potencjał uderzeniowy.
Ludzie tam się nie garną, bo prestiż pracy jest niewielki. Męty i krawężniki nigdy nie były traktowane z szacunkiem.
Dlaczego?
Nieraz się nad tym zastanawiałem. Sprawa ma zresztą dłuższą historię. W roku 1992 premierę miał oparty na faktach film Morderstwo na Żdanowskiej - sprawę ujawniono jeszcze w 1987 roku, za Michaiła Gorbaczowa. Oto 26 grudnia 1980 roku zastępca szefa sekretariatu KGB Wiaczesław Afanasjew wracał do domu podmiejską kolejką. Miał przy sobie świąteczną paczkę żywnościową, w skład której wchodziły koniak, wódka, puszka bułgarskich pomidorów i deficytowa wędzona kiełbasa. Ale czekista do domu nigdy nie dotarł. Jego zwłoki wkrótce znaleziono i choć podejrzewano obce służby, okazało się, że zabili go zdemoralizowani milicjanci. Właśnie dla tej paczki i paru rubli. Film ukazywał zwyrodnienie MSW oraz czystość i patriotyzm KGB.