Rozdział 1
1
Co począć z taką ilością mięsa i tymi wszystkimi kośćmi? Było to
pytanie, którego, rzecz jasna, nikt nie wziął pod uwagę.
W końcu ludzie to nie zwykłe worki z krwią. Kiedy więc Trupie Wojny
dobiegły końca, pola bitew usłane były ciałami -?stosami trupów, które
piętrzyły się tak wysoko, że tamowały rzeki, powodując powodzie. Niebo
zrobiło się czarne od wron, kruków i innych padlinożernych ptaków. Ach,
cóż to był za widok! Sporządziłem wiele rysunków i namalowałem liczne
obrazy.
Oczywiście, kiedy wzięliśmy, co chcieliśmy, zostawiliśmy ich tam -?los
tych bezkrwistych ciał nie był problemem Ebory, zaś mieszkańcy równin -
co zresztą zrozumiałe -?nie kwapili się, żeby je zabrać, tak więc trupy
ludzi zostały tam, gdzie były, i gnijąc, użyźniały ziemię. Żerowały na
nich zwierzęta, a kości bieliły się na polach bitew niczym ziarna ryżu
rozsypane po podłodze. Czasami, kiedy w moich pokojach panuje cisza,
nadstawiam uszu i wydaje mi się, że słyszę wołające mnie duchy, setki,
tysiące głosów. Pragnę wstać i je naszkicować, jednak siedzę z kawałkiem
węgla w dłoni i nic nie robię. Nie sposób wyobrazić sobie, jak jest ich
wiele, tak jak nie sposób oddać tego na płótnie.
Nie walczyłem w Trupich Wojnach, jednak widziałem ich grozę. Arnia
wydyma wargi i milczy, ale to oczywiste, co o tym sądzi. Sądzę, że to
ważne, że ktoś jest tutaj, by być świadkiem tych wydarzeń, a przynajmniej kiedyś tak uważałem. Może gdybym nie widział rzezi i nie
nosił w głowie tych potwornych obrazów, podjąłbym inne decyzje i nie
byłoby nas teraz tu, gdzie jesteśmy, z brzemieniem, które tak bardzo nam
ciąży.
Czasami nadal słyszę te duchy. Wzywają do śmierci, tam, gdzie moje
miejsce.
Te słowa Micanala Oświeconego pochodzą z jego najbardziej osobistego
dziennika. Micanal był posępnym człowiekiem, jednak nie można
zaprzeczyć, że w jego zapiskach jest prawdziwa poezja, co nie powinno
dziwić, zważywszy na to, że był najsłynniejszym artystą Ebory: geniuszem
pośród mistrzów. I niezależnie od tego, co sądzę na temat jego
skłonności do dramatyzowania, niektóre ze wskazówek -?dotyczące realiów
Trupich Wojen i spustoszenia, jakie szkarłatnica poczyniła wśród Eboran
-?są bez wątpienia cudownym darem dla moich własnych badań.
Fragment dzienników
Lady Vincenzy "Vintage" de Grazon
-?Co ja zrobiłam?
Hestillion przylgnęła do srebrnego strąka, tuląc go do piersi, jak gdyby
na całym świecie nie istniało nic bardziej rzeczywistego. Czuła ucisk w żołądku.
-?Co się stało, Hestillion Eskt, urodzona w roku zielonego ptaka?
Hestillion podniosła wzrok. Klęczała na podłodze pokoju niepodobnego do
niczego, co kiedykolwiek widziała. Miękkie, szare ściany tu i ówdzie
upstrzone były dziwnymi włóknistymi naroślami, z których końców zwisały
drobne światełka. Sufit nad jej głową tworzyła pozostająca w ciągłym
ruchu czarna ciecz, taka sama jak ta, która sięgnęła po nie z trupiego
księżyca. Wciąż czuła na skórze dziwne mrowienie, nieprzyzwoicie gorące,
jakby dłoń, która ją dotknęła, była trawiona gorączką. Nagle
przypomniała sobie, gdzie się znajduje.
-?Jestem we wnętrzu trupiego księżyca.
Królowa stanęła w zasięgu jej wzroku. Poruszała się ospale na nogach z ruchomej czarnej cieczy. Jej twarz, biała maska zatknięta na ramiona,
zdawała się bardziej rzeczywista, gdy spojrzała na Hestillion; rysy
twarzy miała ostrzejsze, bardziej wyraziste. Uśmiechnęła się albo raczej
rozciągnęła usta w czymś, co przypominało uśmiech.
-?Trupi księżyc? Tak je nazywacie?
Hestillion nabrała tchu.
-?Nie, niezupełnie. To ludzie je tak nazwali. W końcu nigdy nie widzieli
ich żywych. Przynajmniej tych, które nadal tu są.
Królowa przechyliła głowę.
-?Podoba nam się. Trupi księżyc.
Rozległo się brzęczenie i pokój zadrżał leciutko. Hestillion poczuła
drobne wibracje, które rozbiegły się od podeszew jej pantofelków aż do
kości. Widząc zaskoczenie na jej twarzy, królowa dziwnym, pociągłym
ruchem podeszła jeszcze bliżej i pochyliwszy się, szczupłym palcem
dotknęła podłogi. Szara, miękka tkanka natychmiast stała się
półprzezroczysta i rozlała się na boki niczym plama tłuszczu na cienkim
papierze, aż ku swojemu przerażeniu, Hestillion ujrzała widoczny w dole
oddalający się szybko krajobraz. Z jej gardła dobył się stłumiony krzyk,
a ona sama zatoczyła się w tył i omal nie upadła.
-?Widzisz, moja droga, lecimy w górę -?rzekła królowa. -?Jesteśmy
zmęczeni, rozbici i starzy, ale nadal to potrafimy.
Hestillion z trudem przełknęła ślinę. Były teraz tak wysoko, że z ledwo
to mogła pojąć. Jej ukochana Ebora została tam, w dole. Nadal
rozpoznawała jej marmury i szerokie ulice, lecz gdy na nią patrzyła,
jakiś biały kształt przemknął jej przed oczami. Chmura. Znajdowały się
nad chmurami. Pewnie to właśnie czuli ci, którzy dosiadali bitewnych
bestii, pomyślała i jeszcze mocniej przycisnęła do piersi strąk. Był
zimny w dotyku.
-?Czujesz się z tym to nieswojo.
Było to stwierdzenie, nie pytanie, i gdy Hestillion spojrzała znów na
królową, zobaczyła, że ta przygląda się jej z autentyczną ciekawością.
Jednak bardziej niepokojące było to, że sufit nad jej głową poruszał się
i z czarnej cieczy zaczęły wyrastać długie, lśniące wyrostki. Było ich
siedem i wyglądały jak długie palce o licznych stawach. Gdy tak
patrzyła, na końcu każdego z nich pojawiły się blade gałki oczne, które
obracały się przy wtórze cichych mlaśnięć, żeby pozbyć się resztek
czarnego śluzu.
Hestillion wyprostowała się dumnie. Celowo starała się nie patrzeć na
widoczne w suficie oczy.
-?Co to ma być? Po co mnie tu sprowadziłaś? -?spytała i zanim zdążyła
ugryźć się w język, dodała: -?Czym jesteś?
-?Interesujesz nas, Hestillion Eskt, urodzona w roku zielonego ptaka. I pomogłaś nam. Dlatego my pomożemy tobie. -?Przezroczysta plama
powiększyła się nagle i umknęła spod stóp Hestillion. Czuła się teraz,
jakby stała w powietrzu nad ziejącą w dole ogromną przepaścią. Żołądek
podszedł jej do gardła, jednak Hestillion ostatkiem sił zmusiła się,
żeby spojrzeć królowej prosto w oczy.
-?Przestań. To mi nie... pomaga.
Królowa wzruszyła ramionami i podłoga na powrót stała się podłogą. Oczy
w suficie cofnęły się i zniknęły pośród płynnej czerni.
Gdy odzyskała głos na tyle, że była pewna, że jej nie zawiedzie,
Hestillion rzekła cicho:
-?Nie jesteś mi nic winna, Królowo Jure'lia.
-?Królowa... robali. Cóż za ciekawe słowa posiadacie. Należy się nimi
rozkoszować. Ale skoro już o tym mowa, zawdzięczamy ci bardzo wiele.
Mówiłaś do nas, odszukałaś nas i obudziłaś nas z zimnego snu śmierci
pośród korzeni. Gdybyś tego nie zrobiła, spalibyśmy po wsze czasy
uwięzieni, i może nawet nie obudzilibyśmy się, kiedy wasz cuchnący
bóg-drzewo wrócił do życia. Bardzo nas ciekawisz, dlatego nie mogliśmy
cię zostawić. Tak orzekliśmy.
Hestillion zamrugała. Królowa Jure'lia pierwszy raz okazała emocje inne
niż rozbawienie czy ciekawość. Łatwiej i lepiej było skupić się na tym,
niż na poczuciu winy, które obudziły jej słowa. Ostrożnie położyła strąk
na podłodze, tak że opierał się o jej nogi. Nie mogła ani na chwilę
stracić z nim kontaktu, a czuła, że zaczynają jej drżeć ramiona. Strąki,
z których przychodziły na świat wojenne bestie, nie były lekkie.
-?To znaczy, że nie jestem więźniem? -?Hestillion zadarła brodę,
świadoma, że nawet gdy stoi prosto, królowa Jure'lia jest od niej wyższa
o dobre trzy stopy. -?Mogę odejść?
-?Odejść? Ależ naturalnie, że możesz.
Królowa kolejny raz skinęła ręką i tym razem, ku przerażeniu Hestillion,
podłoga zrobiła się nie tylko przezroczysta, ale i miękka. Jej stopa
zapadła się w nią, a zaraz potem druga i dziewczyna poczuła, że się
osuwa.
-?Przestań! Przestań, nie o to mi chodziło!
Podłoga wróciła do swojej poprzedniej postaci, a królowa uśmiechnęła się
chłodno. Zaraz potem wyciągnęła swe długie ramiona w stronę sufitu, skąd
wybiegły jej na spotkanie włókniste, czarne macki, uniosła się znad
podłogi, zanurzyła się w czerni jak w kąpieli i chwilę później już jej
nie było. Za późno Hestillion uświadomiła sobie, że w pomieszczeniu nie
ma żadnych drzwi i nie ma jak się z niego wydostać.
-?Niby dokąd miałabym pójść, gdybym stąd odeszła? -?zwróciła się do
strąka. Uklękła, otoczyła go ramionami i zamknęła oczy. -?Miałabym
wrócić do tych, których pomogłam zniszczyć? Już lepiej, żebym wypadła
przez tę podłogę.
Coś wbijało jej się w pierś. Sięgnęła ręką za stanik sukni i wyciągnęła
prostokątną kartę mniej więcej tak długą, jak jej dłoń. Złożono ją tyle
razy, że cała była pogięta, jednak Hestillion aż za dobrze pamiętała
przedstawiony na niej obrazek: zielone kształty jak powykręcane palce na
ciemnym tle. Korzenie. Aldasair podarował jej tę kartę lata temu, zaś
ona ją zachowała, choć nie potrafiła powiedzieć dlaczego. A gdy
szykowali się, żeby wylać na korzenie Ygserila gęsty, złocisty płyn,
wsunęła ją za gorset. Pewnie na szczęście, pomyślała. Czując, że znów
ogarnia ją złość na swoją głupotę, schowała kartę z powrotem tam, gdzie
ją znalazła i objęła ramionami srebrny strąk. Był zimny w dotyku i Hestillion zaczęła się zastanawiać, po co właściwie wzięła go ze sobą.
Rozdział 2
2
Lód topniał.
Pochylony nad cembrowiną Eri widział rozmazany kształt własnej głowy i ramion spoglądający na niego z czarnego lustra studni. Nie był pewien,
skąd wiedział, że lód topnieje, oprócz tego, że pamiętał setki zim,
kiedy zadawał sobie to samo pytanie. W końcu robił to samo już
wcześniej, wiele, wiele razy. Gdy tak stał, łatwo było wyobrazić sobie,
że utknął między lustrami. Oczami wyobraźni widział setki, tysiące
swoich odbić, powielanych bez końca i na zawsze uwięzionych w tym
czarnym lustrze. Odsunąwszy od siebie tę myśl, położył dłonie na wielkim
kamieniu, który umieścił na cembrowinie, i pchnął go pośpiesznie. Kamień
runął w dół i chwilę później uszu Eriego dobiegł huk, a po nim plusk.
-?Dobrze.
A zatem znów będzie mógł czerpać wodę ze studni. Przez zimę brał wodę z wielkich, stalowych wiader, które wnosił do domu tuż przed tym, jak w Eborze robiło się naprawdę zimno. Bywało też, że znosił garściami śnieg,
choć przez większość czasu nie wyściubiał nosa na zewnątrz, bezpieczny w murach Lonefell. Jednak woda ze studni będzie słodsza i nie będzie miała
tego metalicznego posmaku. Był to jeden z powodów, dla których tak
wypatrywał wiosny. Matka ucieszy się, kiedy usłyszy, że robi się cieplej
i że wkrótce będzie mogła wyjść do ogrodów.
Wiadro było białe od szronu, ale linę Eri przechowywał w domu, żeby nie
zgniła z wilgoci. Chwilę później trzymał w dłoniach wiadro wody czystej
jak niebo nad jego głową, i zanim przelał ją do misy, upił łyk, po czym
uśmiechnął się, gdy z zimna rozbolały go zęby.
-?Brrr.
Z misą w rękach ruszył w drogę powrotną przez oszronione ogrody. Rośliny
nie wypuściły jeszcze pędów, jednak Eri wyobrażał je sobie, jak czekają
pod ziemią niczym małe, zielone obietnice czegoś lepszego. W Lonefell
zaniósł miskę prosto do kuchni i dołożył do pieca. Następnie zszedł
kamiennymi schodami do spiżarni, przyświecając sobie świecą. Spiżarnia
była rozległa i żółty blask świecy nie docierał do najdalszych kątów,
jeśli już to pogłębiał cienie zalegające na pustych półkach.
-?Puste półki.
Eri stał i patrzył na nie, podczas gdy obudzony niepokój wiercił się w jego piersi niczym oślizgły, zimny robak. Zostały mu może dwie półki z jedzeniem. Słoje marynowanych warzyw, które zrobił sam, zużywając
resztki octu, suszone i solone mięso królików złapanych latem we wnyki,
oraz dwa krążki sera zawinięte w grube płótno. Nie chciał ich odwijać w obawie, że zapleśniały. Czas uciekał, jeśli w ogóle jeszcze go miał.
Zdjął z półki paczkę suszonego mięsa i wyszedł. W drodze powrotnej do
kuchni nucił coś fałszywie i od czasu do czasu mruczał jakieś słowo, gdy
mgła zapomnienia na chwilę opuszczała jego umysł.
-?Piątego dnia zatańczymy, ukochana moja... a szóstego zaśpiewasz dla
mnie...
Wstawił niewielką ilość wody i wrzucił do niej kilka kawałków starego
króliczego mięsa, żeby nieco zmiękło. Następnie dodał garść ziół i odrobinę soli. W końcu zjedzą ciepły posiłek.
Zostawiwszy danie na ogniu, wyszedł na korytarz i niewiele myśląc,
skierował się do pokojów matki. Ściany tu pokrywały kolorowe obrazy:
pejzaże krain za górami Tarah-hut, bitewnych bestii w blasku chwały,
dawnych eborańskich bohaterów w lśniących zbrojach. Jego rodzice
rozjaśniali wnętrza Lonefell obrazami i opowieściami, a w każdym pokoju
stały regały pełne książek. Gdy decydowali się na życie w odosobnieniu,
nie chcieli, by ich syn się nudził.
Pokój matki tonął w promieniach porannego słońca -?wcześniej przyszedł
tu, żeby rozsunąć zasłony -?zaś ona sama leżała nieruchomo w łóżku.
Świeża pościel była haftowana w las, ze zwierzętami wyglądającymi zza
pni i gałęzi drzew.
Przy łóżku stało krzesło i siadając na nim, Eri przypomniał sobie, że
kiedy przybyli do Lonefell, było to jego ulubione krzesło, choć wtedy
jeszcze nie sięgał stopami podłogi. Teraz spod cienkiej, wytartej
tapicerki tu i ówdzie wychodziły białe kępki wypełniacza.
-?Jest zimno, ale lód topnieje. -?Mówiąc to, spoglądał ponad łóżkiem w odległy koniec pokoju. Jego matka była bryłą delikatnych krzywizn, na
których starał się nie skupiać uwagi. -?Niedługo wszystko w ogrodzie
zacznie kwitnąć. Chociaż... mam nadzieję, że warzywa będą ładniejsze niż
w zeszłym roku. Nie wiem, dlaczego tak jest... może ziemia jest
wyjałowiona. Wszystko wokół wydaje się jałowe. -?Eri urwał, po chwili
odchylił rąbek koca i nieśmiało wsunął rękę w matczyną dłoń. Nadal na
nią nie patrzył. -?Kiedy tu przyjechaliśmy, myślałem, że czeka nas
wielka przygoda. Że jesteśmy kimś w rodzaju wędrowców, którzy poszukują
swojego miejsca. To wy sprawiliście, że tak to wyglądało, wszystkie te
opowieści ojca i książki, które zabrał. Pamiętam, jak cieszył się, że
będziemy je razem czytać. I nasz ogród. Planowaliśmy uprawiać w nim tyle
rzeczy. Mieliśmy jeść egzotyczne potrawy, a ja miałem swój własny pokój
pełen zabawek. Było ich tyle, że musieliście chyba zatrudnić wszystkich
rzemieślników w Eborze. -?Odchrząknął i uścisnął zimne palce matki. -
Przepraszam. Teraz wiem, że musiało być wam obojgu bardzo smutno.
Zostawiliście wszystko, żeby przebyć taki szmat drogi i zamieszkać tu.
Znalazłem listy... -?Eri urwał i zadrżał gwałtownie. Zaburczało mu w brzuchu, a gdy szczelniej otulił się płaszczem, poczuł pod palcami
wystające żebra. -?To nie tak, że wtykam nos w cudze sprawy, mamo, ale
przeczytałem każdą książkę dwa, czasem nawet trzy razy i ojciec nie miał
nic przeciwko. -?Przygryzł wargę, po czym ciągnął: -?Znalazłem listy od
twojej matki i od rodziców ojca i wydaje mi się, że nie byli zadowoleni
z tego, co zrobiliście. W listach tych pełno jest próśb i gróźb. Nie
wiedziałem, że powiedzieliście im, że nie mogą mnie zobaczyć, ale chyba
nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Do pokoju wpadła mucha. Eri wzdrygnął się, gdy przeleciała tuż przy jego
uchu. Przez chwilę obijała się o szybę, próbując się wydostać, aż w końcu wstał i przegonił ją, wymachując zwojem starego pergaminu. Gdy w końcu wyleciała, stanął przy oknie i spojrzał w bezchmurne niebo.
Przynajmniej dziś niczego nie zauważył.
-?Chyba mam zwidy. -?Zerknął na matkę i równie szybko odwrócił wzrok. -
Rzeczy na niebie. Ale to nie może być prawda. Ebora umarła. Umarła dawno
temu, pewnie wtedy, gdy listy od dziadków przestały przychodzić. Tak? Po
prostu muszę więcej jeść, to wszystko. Ale niedługo będzie łatwiej. Już
niedługo... -?Eri drżącą ręką odgarnął z czoła kosmyk włosów. -?A skoro
o tym mowa...
Wygładził koc, którym przykryta była matka, musnął ustami woskową
czaszkę i wrócił do kuchni. Jego chudy rosół stężał w coś, co
przynajmniej będzie miało więcej smaku niż woda i Eri pośpiesznie
przelał go do miski. Następnie z naczyniem w dłoniach udał się kolejnym
długim korytarzem do gabinetu ojca. Książki tam były czujne, zbyt ciche,
a mapy na ścianie wyglądały jak kłamstwa, dlatego dźwignął ojca i wyniósł go do ogrodu, gdzie nad zamarzniętą sadzawką stały kamienne
ławki. Usiadł na jednej z nich i powoli zaczął jeść gorący kleik,
podczas gdy ojciec siedział na ziemi obok niego.
-?Czujesz, że jest cieplej, prawda? -?Słony smak mięsa na języku
poprawił mu nieco humor. -?Nie powiedziałem mamie, ale spiżarnia jest
prawie pusta. Odwilż przyszła w samą porę. -?Urwał, żeby wyciągnąć
spomiędzy zębów wyjątkowo twardy kawałek mięsa. -?Za kilka tygodni wrócą
króliki, a jeśli pogoda dopisze, będę mógł zapolować nieco dalej. Wiem,
co powiesz, ale Dzicz wciąż jest daleko od Lonefell, a na wschodzie mogą
być jelenie. Cały jeleń wystarczyłby mi... nam...
Padł na nich jakiś cień. Eri zadarł głowę i serce podeszło mu do gardła,
gdy znów to zobaczył. Zerwał się tak gwałtownie, że potrącił butem
wiadro z kośćmi, które zagrzechotały sucho, on jednak nie zwrócił na to
uwagi. Na niebie szybował smok, powolny i majestatyczny w złotych
promieniach poranka. Unosił się na tyle nisko, że Eri widział szerokie,
perłowe łuski na jego brzuchu, wielkie jak jego dłoń, i śnieżnobiałe
pióra na skrzydłach.
-?To nie może być prawda. Takie rzeczy już nie istnieją. Po prostu ich
nie ma. Ojcze? -?Eri zajrzał do wiadra z kośćmi -?robił to bardzo rzadko
-?i naga, pożółkła rzeczywistość wydała mu się również zimna i szokująca
jak woda w studni. Jęknął, oderwał wzrok od wiadra i jeszcze raz
spojrzał na smoka. Bestia zmierzała na zachód, kołowała powoli niczym
orzeł i Eri mógłby przysiąc, że ktoś jej dosiada. Po chwili smok
rozdziawił paszczę, z której buchnął podobny do egzotycznego kwiatu
fioletowy płomień. Gdy się rozproszył, Eri uświadomił sobie, że coś
słyszy, coś jeszcze bardziej niezwykłego -?niesiony wiatrem śmiech.
Minęły dziesiątki lat, odkąd słyszał, jak ktoś się śmieje i przez moment
miał problem, żeby przypomnieć sobie, jak to jest.
Eri stał i patrzył na smoka, aż ten stał się jedynie maleńką kropką na
horyzoncie, zapomniany rosół zdążył wystygnąć. Jego ojciec milczał.
Rozdział 3
3
Najdroższy Marinie, na strzaskane kości Sarnu, mam nadzieję, że list
ten znajdzie cię bezpiecznego i w dobrym zdrowiu. Wysłałam go na twój
ostatni adres i liczę, że wciąż pod nim mieszkasz. Uniwersytet w Reidn
ma grube, solidne mury i jest tam dużo ludzi. Jeśli możesz, Marinie,
zostań tam. Nie rób niczego głupiego (nie żebyś miał skłonność do
robienia głupot, skarbie, ale twoja ciotka martwi się o ciebie).
Wysłałam też list do domu, do lasu winnego, ale jestem w podróży i nie
mam jak otrzymać odpowiedzi. Życie w odosobnieniu zapewnia nieco
bezpieczeństwa, możliwe więc, że mieszkańcy Domu nie widzieli żadnych
okropności, ja jednak nie mogę przestać myśleć o ruinach Behemota
ukrytych w lesie. Co prawda były wiekowym wrakiem, a ze swoich
obserwacji wiem, że tylko pozostałości z ostatnich Deszczów mogą wrócić
do życia, mimo to... Oczywiście, że się martwię.
Podróżuję teraz z Eboranką imieniem Nanthema. Myślę, że wspominałam ci
o niej. Udajemy się do Ebory, często podróżujemy nocą, unikając głównych
dróg, choć nie jestem pewna, czy to pomoże. Cały czas musimy być czujne,
a to bywa męczące. Jeśli nie chowamy się przed Behemotami na niebie,
kryjemy się przed wilkami albo zdziczałymi stworami. Mam nadzieję, że w Eborze znajdziemy pomoc albo chociaż dowiemy się, z czym właściwie mamy
do czynienia. Mam ci tyle do powiedzenia, drogi Marinie, zbyt wiele, bym
mogła napisać o wszystkim w jednym liście. Opowiem ci wszystko, kiedy
następnym razem zobaczę twoją drogą, przystojną twarz.
Ciekawe spostrzeżenie na temat tego listu. Zatrzymałyśmy się w mieścinie o nazwie N?rg, osadzie na północy u podnóża wzgórz Min (A niech mnie! To nie są żadne wzgórza, tylko prawdziwe góry. Moje obolałe
stopy są tego najlepszym dowodem). Mają tu niesamowite ptaki, naprawdę
wielkie ptaszyska, które moim zdaniem muszą być w pewnym stopniu
dotknięte szaleństwem. Wykorzystują je do wysyłania wiadomości, dlatego
liczę, że list ten dotrze do ciebie. Jednak kobieta, z którą rozmawiałam
i która opiekuje się tymi ptakami, wyznała, że ostatnimi czasy przestały
wracać. Zapytałam ją, czy zabijają je stwory z Behemotów, na co odparła,
że nie. Jej zdaniem ptaki odnajdywały drogę powrotną dzięki trupiemu
księżycowi, a gdy ten znikł, zaczęły się gubić. Czy to nie zdumiewające,
Marinie? Wygląda na to, że na świecie zawsze są jakieś nowe cuda.
Fragment prywatnej korespondencji
Mistrza Marina de Grazon
Kiedy nadszedł atak, Esther i jej mały braciszek stali po kostki w błotnistym piasku. Kaptury mieli szczelnie zawiązane, bo dzień był
wietrzny i od czasu do czasu od strony morza nadciągały chmury, z których padał zimny deszcz. Kaptur Corina był jasnoniebieski, ozdobiony
wyszywanymi rybkami. Dostał go od dziadka na imieniny zaledwie tydzień
temu i nie zdejmował go nawet podczas posiłków. Wnętrze ogromnej skorupy
zapewniało schronienie przed niepogodą, ale było zimne i wilgotne.
-?Śmierdzi tu -?zauważył Corin.
-?Mm, cudowny, rybny zapaszek. Zupełnie jak twoje skarpety. -?Weszli
głębiej. Esther szła przodem, a chichoczący cicho Corin tuż za nią.
Gładkie, różowawe ściany upstrzone były plamami soli i nielicznymi
pąklami, jednak Esther widziała to, czego szukali tuż przed sobą. Białe
kopce z czarnymi plamkami przyklejone do ścian muszli. Każdy z nich był
mniej więcej tak duży jak jej stopa. Dziewczynka wyjęła nóż i trzymała
go w gotowości.
-?No to zaczynamy, Corinie. Chcesz otworzyć pierwszy?
Z bliska worki lęgowe krabów brzytwowych były bardziej przezroczyste niż
białe, a zamknięte w środku szare kulki pokrywała gęsta, drżąca
galareta. Corin zmarszczył brwi; te tutaj nie wyglądały jak smaczne
kąski brązowego mięsa, które ojciec podał na kolację, i widać było, że
zastanawia się, czy cała ta wyprawa warta była zachodu.
-?Patrz, pokażę ci. -?Esther odpięła od pasa impregnowaną sakiewkę,
podłożyła ją pod najbliższy worek i wyjęła nóż z pochwy. Wiedziała, że
to właśnie on najbardziej fascynuje Corina, pozwoliła więc, by mętne
światło przez chwilę tańczyło na ostrzu. -?Bierzesz nóż, przytrzymujesz
worek od spodu, o tak, i odcinasz go tuż przy ścianie muszli. Musisz to
zrobić szybko, inaczej wszystko rozleje się na boki.
Wyćwiczonym ruchem odcięła worek, który z nieprzyjemnym dla ucha
chlupotem wpadł do czekającej na niego sakiewki.
-?Och. -?Twarz Corina skryta była we wnętrzu kaptura, tak więc Esther
nie widziała jego miny. -?Co to?
-?Co co?
Z początku usłyszeli coś jak brzęczenie, a zaraz potem przenikliwy
skowyt, który odbijał się echem od ścian muszli. Sama nie wiedząc,
dlaczego to robi, Esther przyłożyła dłoń do ściany. Muszla wibrowała tak
bardzo, że zdrętwiały jej opuszki palców.
-?Ten hałas! Co to? -?Słysząc panikę w głosie Corina, Esther schowała
nóż do pochwy, odłożyła sakwę i wzięła brata za rękę.
-?To pewnie jakiś duży statek -?odparła, choć wiedziała, że to
nieprawda. Żaden statek nie robił takiego hałasu. -?Chodź, sprawdzimy,
dobrze?
Szybkim krokiem ruszyli po spirali do wyjścia, wilgotny piasek mlaskał
im pod stopami. W pierwszej chwili Esther pomyślała, że gdy byli we
wnętrzu muszli, nadciągnęła burza. Co prawda morze nadal miało tę samą
stalową barwę i było spokojne, ale jakiś cień zawisł nad Coldreef.
Otaczająca osadę drewniana palisada była niczym więcej niż rzędem
zaostrzonych palików, a ciasne domy ze ścianami z drewna, które morze
wyrzuciło na brzeg, i pancerzy krabów brzytwowych wydawały się jakieś
małe, jakby skurczyły się podczas ich nieobecności. I wtedy spojrzała w górę.
-?W imię Thomasa. -?Esther chwyciła Corina i wzięła go na ręce. Nie
robiła tego, odkąd chłopiec skończył cztery lata. -?Corinie, musimy
wejść do środka.
Na niebie wisiał potwór. Dla Esther, która całe życie mieszkała w Coldreef, wyglądał trochę jak tłuste żuki morskie, które czasami
widywała martwe nad brzegiem morza, tyle że ten był ogromny, wielki jak
tysiąc dotkniętych szaleństwem krabów brzytwowych. Miał pękate,
zielonkawo-czarne, segmentowane ciało poprzecinane licznymi pęknięciami
i liniami. Tu i ówdzie widać było marszczące się dziury, z których
wylewał się gęsty, czarny szlam i dziwne, zwinne stworzenia. Spadały na
Coldreef niczym nasiona z drzewa, rozkładając szeroko odnóża o wielu
stawach.
-?Co to, Essie? Co to jest?
Esther biegła niezdarnie w stronę bramy palisady, myśląc wyłącznie o tym, że muszą wrócić do ojca, ale teraz potwór opadał i jeśli się nie
zatrzyma, najzwyczajniej w świecie zmiażdży osadę. Stanęła przerażona i poprawiła Corina na rękach. Do głowy jej nie przyszło, żeby postawić go
na ziemi.
-?Nie mam pojęcia. Nie... wiesz co, Corinie? Może się schowamy? Wrócimy
do muszli i poczekamy, aż to coś odleci.
-?Ale tata!
Esther skrzywiła się. Corin nie nazywał tak ojca, odkąd był bardzo mały.
Nagle potwór zadudnił i przechylił się gwałtownie. Ruch nie wyglądał na
kontrolowany i Esther pomyślała, że potwór próbuje zachować równowagę.
Dopiero teraz zauważyła, że w segmentowym ciele brakowało niektórych
części, a inne umieszczone były pod dziwnymi kątami. Zaraz potem rozległ
się inny dźwięk, coś jak przeraźliwy pisk...
-?Essie! Patrz!
Mieszkańcy Coldreef najwyraźniej uświadomili sobie, co wisi nad ich
głowami. Niektórzy w ślepej panice biegli do bram, podczas gdy inni
stali z zadartymi głowami i patrzyli na potwora, jak gdyby próbowali
odgadnąć, czym właściwie jest. Esther zobaczyła, że niektórzy chwytają
za broń, podczas gdy inni tarzali się po ziemi, jak w jakimś amoku.
Najpierw jeden, później kolejnych dwoje, pięcioro i sześcioro. Coś ich
atakowało, coś, czego Esther nie była w stanie zobaczyć. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała, czuła jak lodowata gula strachu podchodzi jej do
gardła.
-?Chodź, Corinie, wracamy do muszli. Tacie nic nie będzie. Spotkamy się
tam. No już, chodź!
Nagle wszystko utonęło w upiornym, fioletowym świetle, jak gdyby w osadę
uderzył piorun. Esther otworzyła usta w bezgłośnym krzyku, a gdy
spojrzała w górę, zobaczyła na niebie nowy kształt -?równie obcy i dziwny jak potwór i pod wieloma względami równie przerażający.
Nisko nad jej głową przeleciał smok. Wokół jego potężnych szczęk
tańczyły fioletowe płomienie, a chwilę później ryknął ogłuszająco i wypluł kolejną kulę ognia. Smok skrzył się w przytłumionym świetle i patrząc na niego, Esther pomyślała o kawałkach masy perłowej, które
znajdowała czasami nad brzegiem morza. Na grzbiecie bestii siedziała
młoda kobieta. Esther nie widziała jej wyraźnie, z wyjątkiem czarnych
lśniących włosów i dziwnej czarnej smugi na czole. Corin, którego
trzymała na rękach, zaczął wyrywać się i kopać.
-?Potwory! Potwory!
-?Ćśś. -?Przytuliła go mocno. Teraz na niebie pojawiały się kolejne
sylwetki, cała menażeria stworzeń rodem z bajek dla dzieci. Nie wiedzieć
czemu, oczy Esther zrobiły się mokre od łez. -?Myślę, że te potwory
przyleciały, żeby nam pomóc.
***
Tor zauważył dziury w bulwowatym boku i choć od przeszło trzystu lat nie
widział z bliska żywego Behemota, wiedział, że patrzy na zepsute
fragmenty, części stwora, które nie zostały jeszcze naprawione. Zerknął
na Noon, ale jej już nie było, dostrzegł jedynie malejący kształt
Vostok, gdy smoczyca zanurkowała gwałtownie w stronę wroga. On sam
pochylił się ponad ramieniem wielkiego kota i krzyknął do ucha Kirune:
-?Ta wielka dziura. Powiększmy ją.
Bestia wojenna warknęła, był to niski, dudniący dźwięk, od którego
Torowi zadrżały nogi, po czym kot złożył swe wielkie, skórzaste skrzydła
i z zawrotną prędkością runęli w dół, ku niewiarygodnie wielkiemu
Behemotowi. Za bulwiastym, oleistym kształtem Tor widział małą, posępną
osadę z marnymi chatynkami z muszli i drewna, które morze wyrzuciło na
brzeg, i biegających w panice ludzi. Poczuł silną woń soli i wodorostów
i na sekundę ogarnęła go dziwna euforia, że ich ocalą. Chwilę później
uderzyli w bok Behemota i zaczęli się zsuwać, aż Kirune zatopił pazury w zielonkawym materiale.
-?Musimy popracować nad lądowaniami.
-?Jakbyś się na tym znał -?warknął Kirune. Bestia wojenna złożyła
skrzydła -?zdaniem Tora wciąż wyglądały niezdarnie, szare i skórzaste
jak skrzydła nietoperza, z krótkimi, czarnymi rogami wyrastającymi ze
stawów -?i dała susa w stronę postrzępionej dziury. Z tak bliska można
było zobaczyć dziwnie mięsiste wnętrze Behemota; szare, niemal
przezroczyste ściany, białe brodawki i skupiska żółtawych świateł.
Kirune natychmiast zaczął drzeć pazurami krawędzie dziury, wyrywając
kawałki księżycowego metalu i odsłaniając blade wnętrze. Tor zerknął na
przelatującą obok Vostok, jej fioletowy ogień wypełniał zachmurzony
dzień niesamowitym blaskiem. Płomienie lizały powierzchnię Behemota i Tor kątem oka złowił jakiś ruch. Stwory podobne do ogromnych,
sześcionogich pająków z pulsującymi workami pośrodku. Trzy albo cztery
skurczyły się w ogniu, jednak po chwili Tor zobaczył, że wcale nie
zginęły, lecz przykucnęły, żeby chronić delikatne worki lęgowe, z których wykluwały się kopacze. Z palców Noon strzelił dziki ogień
wzmocniony przez smoczycę i zaraz potem obie oddaliły się od Behemota,
którego powierzchnia dymiła i pokrywała się pęcherzami.
-?Na ziemi są kopacze! -?Krzyk dobiegał z góry.
Tor zadarł głowę i zobaczył Berna dosiadającego Sharrika. Przypięty
uprzężą do grzbietu wojennej bestii potężny młodzieniec trzymał w dłoniach lśniące topory, podczas gdy Sharrik, gryf, który wyrósł na
największą bitewną bestię, tłukł skrzydłami z taką siłą, że podmuchy
powietrza rozwiewały Torowi włosy. Spoglądając przez ramię, Eboranin
zobaczył ludzi biegających w panice i krzyczących, a zaraz potem
usłyszał ryk Vostok.
-?Nie! Musimy skupić się na tym, żeby zranić Behemota! Zostawcie ludzi!
-?Ty rób swoje dziury -?zagrzmiał Sharrik. -?My mamy życie do
uratowania.
Tor poczuł, jak ramiona Kirune napinają się i wielki kot uniósł głowę.
Podobne do żółtych lamp oczy zmrużyły się, gdy odprowadzał wzrokiem
oddalającego się gryfa. Ostatni raz szarpnął pazurami dziurę, po czym
wzbił się w powietrze. Jego skrzydła rozpostarły się z trzaskiem, jak
żagle, które gwałtownie wypełniają się wiatrem, i chwilę później mknęli
ku ziemi, żeby wylądować przed Sharrikiem. Gdzieś za ich plecami Vostok
wrzasnęła z wściekłości.
-?Nie! Musimy współpracować!
Tor pochylił się, zacisnął dłonie na gęstym futrze na grzbiecie Kirune.
Pęd powietrza sprawiał, że łzawiły mu oczy.
-?Kirune! Kiedy Vostok wydaje ci rozkaz...
-?Żaden wąż nie będzie mi mówił, co mam robić!
Tor syknął przez zęby, ale w miarę jak zbliżali się do osady, stawało
się oczywiste, że sytuacja na dole jest naprawdę bardzo zła. Ubita
ziemia roiła się od kopaczy. Mężczyźni, kobiety i dzieci upadali,
podczas gdy inni ludzie, szukając ucieczki, wdrapywali się na dachy.
Pośród chaosu sztywnym krokiem chodziły "matki", dziwne pająkowate
stwory z pulsującymi, białymi kokonami, z których wysypywały się
mięsożerne żuki.
Kirune opadł na ziemię, wzbijając tuman kurzu, a tuż po nim Sharrik.
Niebiesko-czarne skrzydła gryfa zdawały się jasne na tle chaosu. Bern
pomachał radośnie do Tora, a chwilę później płaska głowa gryfa
wystrzeliła do przodu, potężny dziób zamknął się na pajęczych nogach
jednej z matek i złamał je. Tor miał szczerą nadzieję, że potężny
młodzieniec nie słyszał warknięcia, które dobyło się z gardła Kirune.
-?Gdzie Aldasair?
Bern wskazał obuchem topora domy za plecami Tora. Aldasair dosiadał
wielkiej, czarnej wilczycy o szarych skrzydłach orła i ciepłych
bursztynowych oczach, która stała teraz na dachu jednej z chat i wyraźnie zaniepokojona spoglądała na panujący w dole chaos. Kuzyn Tora,
blady jak płótno, siedział wyprostowany na jej grzbiecie.
-?Zrobimy, co w naszej mocy. -?Tor dobył miecza. Wszędzie dookoła
ludzie, którzy padli pod naporem żarłocznych żuków, dźwigali się z ziemi. Ich wnętrzności zostały wyżarte, z pustych oczodołów wylewała się
czarna, lepka ciecz, a usta rozciągły się w powitalnych uśmiechach, gdy
powolnym krokiem szli w stronę bestii wojennych. -?To kukły. Zabijcie je
i tyle kopaczy, ile zdołacie.
Ryk Kirune przetoczył się nad osadą niczym huk grzmotu. Zaraz potem
wielki kot ruszył do ataku, jego potężne łapy rozgniatały żuki na
miazgę. Obok niego biegł Sharrik, którego czarny jak heban dziób ciął i rozrywał niczym najprzedniejszej roboty ostrze. Kukły padały na ziemię z wydrążonymi ciałami wystawionymi na posępne światło dnia i Tor po raz
pierwszy usłyszał dobiegające zewsząd wrzaski, okrzyki bólu pożeranych
żywcem i zawodzenie tych, którzy musieli na to patrzeć. On sam skrzywił
się i odwrócił wzrok. Nie miał czasu skupiać się na koszmarze, który
rozgrywał się na jego oczach.
Pajęcza matka zbliżyła się do nich i Tor szarpnął Kirune za gęste, szare
futro.
-?Szybko! Zabij ją!
Jednak Kirune powalił właśnie dwie kukły i potężnymi szczękami rozrywał
to, co zostało z ich lepkich wnętrzności. -?Kirune! Rób, co ci każę!
Jednak było już za późno. Pająkopodobny stwór pochwycił długimi odnóżami
uciekającą kobietę, na którą z kokonu wysypały się żarłoczne żuki. Nagle
tuż przy nim pojawiła się wielka, czarna wilczyca, chwyciła matkę zębami
i zaczęła nią potrząsać jak pies królikiem, po czym odrzuciła ją z odrazą. Siedzący na jej grzbiecie Aldasair obserwował wszystko z takim
samym obrzydzeniem.
-?Dobra robota, Jessen. -?Uspokajająco pogłaskał wilczycę między uszami.
-?Świetnie ci idzie.
Wtedy właśnie dzień wypełnił się zielonofioletowym światłem, a wszystkie
cienie stały się kruche i czarne. Tor zadarł głowę i zobaczył Vostok
otoczoną pierścieniem własnych płomieni i Noon, z której wyciągniętych
dłoni wylewała się rzeka zielonego ognia. Spojrzał w kierunku, w którym
strzelały płomienie i poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła -?w boku
Behemota powstało pęknięcie, jednak to nie oni je zrobili. Część istoty
otwierała się, metalowa skóra łuszczyła się i odłaziła płatami, podczas
gdy ze środka przepychało się na zewnątrz coś bladego i lśniącego.
-?To czerw! -?wrzasnęła Noon i gwałtownie zamachała ramionami. -?Nie
możemy pozwolić, żeby się wydostał!
Tor zacisnął palce na uprzęży, gotowy nakazać Kirune, by na powrót wzbił
się w niebo, gdy przy ścianie jednego z domów dostrzegł grupę ludzi.
Matka zmieniła się w kukłę o pustych, czarnych dziurach zamiast oczu,
ale była z nią trójka małych dzieci. Wszystkie tuliły się do niej,
najwyraźniej nie rozumiejąc, co się z nią stało ani dlaczego trzyma je
tak mocno, że nie mogą się ruszyć. Ich rozpaczliwe krzyki sprawiły, że
Tor poczuł ucisk w sercu. Z mieczem w dłoni, rozpiął uprząż i zeskoczył
na ziemię.
-?Pomóż Vostok -?zwrócił się do Kirune, wskazując spód Behemota i coraz
bardziej widocznego czerwia. -?To coś nie może wyjść.
Złociste oczy Kirune błysnęły nienawistnie i wielki kot obnażył kły, a zaraz potem dał susa w stronę gromady kukieł. Tor otworzył usta, żeby
zaprotestować, ale nie miał czasu do stracenia. Zamiast tego rzucił się
biegiem w stronę chatki, po drodze depcząc i odkopując na boki rojące
się wszędzie kopacze. Jedno z dzieci było już stracone. Krzycząc i wierzgając, leżało na ziemi, podczas gdy żuki w jego wnętrzu wyżerały
wszystko, co czyniło je człowiekiem. Nie bacząc na bolesne kłucie w piersi, Tor przeszedł nad nim i płynnym ruchem rozpłatał na pół pierś
matki. W jej wnętrzu zostało tak niewiele, że ostrze miecza praktycznie
nie napotkało żadnego oporu. Pozostała dwójka dzieci krzyknęła z przerażenia i odsunęła się od niego.
-?Zaczekajcie! Jestem po waszej stronie! -?Drzwi do chatki otworzyły się
gwałtownie, tęga kobieta chwyciła dzieci za szyje i z imponującą siłą
wciągnęła je do środka. Spojrzenie, które posłała Torowi, było niczym
siarczysty policzek, niczym maska wyrażająca jednocześnie grozę, strach
i wściekłość.
-?Morderca! -?wrzasnęła kobieta, po czym zatrzasnęła drzwi.
-?Cholera -?mruknął pod nosem Eboranin.
-?Bestie wojenne! Bestie wojenne, do mnie! -?Głos należał do Vostok. Jej
fioletowy ogień i płomienie dzikiego ognia Noon poparzyły czerwia, lecz
stwór nie przestawał przeciskać się przez pęknięcie w ścianie Behemota.
Byli przy nich Jessen i Aldasair, lecz wilczyca krążyła tylko bez celu,
samej nie wiedząc, jak może pomóc. Widoczny w drugim końcu osady Sharrik
niemal uległ pod naporem kukieł, gdy kontrolowani przez Jure'lia
mężczyźni, kobiety i dzieci czepiali się jego skrzydeł i kudłatego zadu.
Krępy mężczyzna z białą brodą wisiał uczepiony szyi gryfa. Siedzący na
grzbiecie wojennej bestii Bern próbował odpierać ich ataki. Jego
bliźniacze topory -?Tor pamiętał, że Bern nazywał je Zaciekłymi
Bliźniętami -?ociekały czarną posoką.
-?Kirune?
Ogromny kot głowę miał spuszczoną i roztrącał nosem rozczłonkowane
kukły. Tor znowu krzyknął, na co bestia machnęła tylko leniwie
czarno-szarym ogonem. Eboranin podbiegł do niej i zerknął z niepokojem
na wiszącego w górze Behemota. Sądząc po jego rozmiarach, czerw był już
niemal w połowie na zewnątrz.
-?Kirune! Musimy wracać na górę. Czy ty mnie w ogóle słuchasz? -
Podszedł do kota i poklepał go po karku. Zanim się obejrzał, leżał na
plecach, a ciężka łapa Kirune przygniatała go do ziemi. Masywna głowa
bestii zawisła tuż nad jego twarzą i Tor zobaczył ogromne, żółte kły.
-?Jestem zajęty! -?Krótkie, grube wąsy Kirune umazane były czarnym
szlamem. Jego gorący oddech cuchnął trupem. -?Nie rozkazuj mi.
Tor poczuł, że ogarnia go wściekłość i z siłą, której się po sobie nie
spodziewał, odepchnął łapę Kirune, po czym dźwignął się z ziemi. Wsunął
miecz do pochwy i stanął przed kotem, który prychnął na niego.
-?Prychamy, tak? Kirune, wielka bestia wojenna, legenda Ebory prycha na
swojego pana, bo ten zabronił jej bawić się zabawkami! -?Czubkiem buta
trącił szczątki kukły. -?Wielki Kirune, płaczliwy kotek.
Kirune warknął gardłowo, złożył skrzydła i przycupnął na tylnych łapach,
jakby szykował się do skoku. Tor wiedział, że gdyby to zrobił, jego
ciężar połamałby mu wszystkie kości, jednak w tej chwili nie mógł się
wycofać. Myślał o oszpeconej połowie swojej twarzy i o tym, że gdyby
bóg-drzewo Ygseril nie wydał na świat wojennych bestii, wystarczyłoby
soku, żeby go uleczyć, żeby uleczyć wszystkich Eboran, którzy nadal
kurczowo trzymali się życia, mimo szkarłatnicy. Ogon Kirune zamiatał
wściekle ziemię, w szeroko otwartych kocich oczach czaiło się
niebezpieczeństwo.
-?Tor! Na krew i ogień, spójrz tam!
Głos Noon był piskliwy z przerażenia. Tor spojrzał w górę, akurat w chwili, gdy ogromny czerw przecisnął się przez pęknięcie i runął na nich
z góry. Eboranin rzucił się w bok i niemal w tym samym momencie czerw
rąbnął o ziemię, niszcząc przy tym kilka chatynek z drewna i skorup
krabów. Z bliska istota była kremowoszara, a jej obłe cielsko tu i ówdzie mieniło się perłowym blaskiem. Jego przednia część, którą z braku
lepszych pomysłów Tor uznał za głowę, była nieco ciemniejsza od reszty,
z garstką lśniących guzków na czubku i widoczną nieco niżej ciemną,
pulsującą paszczą. Stwór przetoczył się po ziemi i Tor dostrzegł
maleńkie, krótkie odnóża. Chwilę później czerw zaczął pożerać zniszczone
domy. Drewno, muszle, szkło, słoma i ziemia -?wszystko zostało wessane i pożarte szybciej niż Tor sądził, że to możliwe. Kilku mężczyzn z osady
uzbrojonych w coś, co wyglądało jak stalowe harpuny i kilka
zardzewiałych mieczy, rzuciło się na stwora i poczęło dźgać jego
śliskie, obłe cielsko. Ich atak nie trwał jednak długo, bo chwilę
później ulegli pod naporem pajęczych matek, które osaczyły ich i krzyczących powlokły w stronę rozdziawionej paszczy czerwia.
Tor wskoczył na grzbiet Kirune. Tym razem -?o dziwo -?wielki kot
odwrócił się od trupów, po czym, obnażywszy kły, rzucił się do ataku.
Odepchnęli na bok jedną z pajęczych matek i Tor gołymi rękami wyrwał z jej objęć mężczyznę, zaraz jednak kątem oka zobaczył, jak drugi znika w paszczy ogromnego czerwia. Dołączył do niego Bern. Szyja i nagie ramiona
człowieka pokrywały liczne zadrapania i ukąszenia, i Tor przypomniał
sobie, że kiedy widział go ostatni raz, Bern omal nie zginął pod naporem
kukieł.
-?Gdzie Sharrik?
Bern wskazał głową niebo i wywijając toporami, zaatakował kolejną
pajęczą matkę. Sharrik był w górze, jego potężny kształt rzucał cień na
nich wszystkich, podczas gdy Vostok zataczała kręgi na niebie.
-?Odsuńcie się! -?zagrzmiała smoczyca. -?Musimy go spalić.
Czerw jak gdyby usłyszał jej słowa, bo nagle jego cielsko zapulsowało
tak gwałtownie, że wszyscy polecieli do tyłu. Jego tylna część uniosła
się i opadła, a zaraz potem znów zadrżała i gęsty zielony płyn począł
wyciekać z czegoś, co z braku lepszych pomysłów Tor uznał za jego odbyt.
Zielona ciecz rozlała się po placu i spłynęła w stronę ruin chatynek,
zalewając rumowisko, ocalałych mieszkańców osady i więżąc zarówno ludzi,
jak i kukły.
-?Żywica. -?Tor nie wiedząc, co robić, ścisnął rękojeść Dziewiątego
Deszczu. -?Jak możemy to powstrzymać?
Cielsko czerwia znowu zapulsowało i jeszcze więcej zielonego płynu
spłynęło na ziemię, grożąc zalaniem całej wioski i uwięzieniem Tora i Berna.
-?Bern! Chodź tu szybko!
Bernowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wskoczył na grzbiet Kirune
za plecami Tora i tłukąc wściekle skrzydłami, bestia wojenna wzbiła się
w powietrze. Nie było to łatwe, bo choć Kirune był silny, Bern swoje
ważył. Zdołali jednak umknąć przed zalewającą wszystko żywicą i dołączyli w powietrzu do Vostok i Sharrika.
-?Ruszcie się! Z drogi! -?ryknęła rozkazująco Vostok, która już
wyciągała długą, wężową szyję, żeby plunąć ogniem na czerwia. Noon
uniosła obie ręce, wokół jej pięści tańczyły szmaragdowe płomienie
wiedźmiego ognia podsycane energią życiową, którą zaczerpnęła od
smoczycy.
-?Czekajcie! -?Tor rozpaczliwie wyglądał czegoś na ziemi. Jak można było
stracić z oczu ogromnego wilka? -?Gdzie jest Jessen? Gdzie są Jessen i Aldasair?
Na chwilę wszyscy zamilkli i Tor miał czas, żeby pomyśleć, co by zrobił,
gdyby jego kuzyn został zabity. Utrata Hestillion i Aldasaira, tak
bardzo sobie bliskich, byłaby ponad jego siły. Nagle Bern postukał go w ramię i wskazał w dół. Jessen stał w odległym końcu placu. Aldasair
nadal siedział na grzbiecie wilczycy i wciągał na siodło kolejne dzieci
-?troje czy czworo tuliło się do niego, podczas gdy Jessen trzymała w zębach małego szkraba, delikatnie chwytając go za kołnierz.
-?Nie ma na to czasu -?syknęła Vostok. -?Zostaw je, Jessen, i wynoś się
stamtąd!
Wilczyca spojrzała na nich i nawet z tej odległości widać było wyzwanie
malujące się w jej bursztynowych oczach. Otoczony dziećmi Aldasair
również patrzył w ten sposób.
-?Głupie szczeniaki! Uciekną, kiedy wszystko stanie w ogniu. -?Vostok
rozwarła szczęki i Tor zobaczył fioletowe płomienie budzące się do
życia.
-?Przestań! -?Pochwycił spojrzenie Noon i odetchnął z ulgą, widząc, że
nie ma w nim wściekłości Vostok. -?Noon, musimy o tym pomyśleć...
Wiszący nad ich głowami Behemot nadal wypluwał z siebie pajęcze matki,
które spadały do osady, gdzie zielona żywica rozlewała się między
zrujnowanymi domami. Tor miał nadzieję, że część ludzi zdołała uciec, że
może choć tyle zdołali dla nich zrobić, dostrzegał jednak ciemniejsze
kształty uwięzione pod warstwą żywicy i leżące wszędzie ciała.
-?Musimy go przenieść -?szepnął mu do ucha Bern, po czym odwrócił się w siodle i krzyknął do Vostok: -?Podnieś go, zabierz na plażę za palisadą
i tam spal.
Smoczyca syknęła przez zęby wyraźnie rozjuszona tym, że kolejny raz
zignorowano jej rozkazy, ale Noon pochyliła się i powiedziała coś do jej
rogatego ucha.
-?Dobrze. Może wspólnymi siłami zdołamy go unieść. Szybko, bierzmy się
do roboty.
Nie było to łatwe zadanie. Bern w powietrzu przesiadł się na grzbiet
Sharrika, choć Tor był prawie pewien, że mężczyzna spadnie i się zabije.
Udało się jednak i niebawem wszystkie trzy bestie wojenne zaczęły
obniżać lot. Vostok i Sharrik podleciały do głowy czerwia, podczas gdy
Kirune chwycił jego drugi koniec. Cielsko stwora było śliskie i wielki
kot nie mógł go uchwycić. W pewnej chwili mruknął coś o tym, jak bardzo
czerw cuchnie, po czym wbił pazury w grubą skórę i wspólnymi siłami
niepewnie poderwali czerwia z ziemi.
Reakcja Behemota była natychmiastowa. Z góry posypały się na nich
pajęcze matki i Tor musiał wywijać mieczem niczym kosą, żeby utrzymać je
z dala od Kirune. Mimo wspólnych wysiłków nie zdołali unieść czerwia
wysoko nad ziemię, a do tego na wpół wlokąc go poza granice osady,
pozostawili po sobie liczne zniszczenia. Przeżyli też chwilę grozy, gdy
brzuch stwora zaczepił o drewnianą palisadę. W końcu jednak uwolnił się
z nieprzyjemnym dla ucha odgłosem i Tor odetchnął, widząc na piasku za
nimi parującą stertę szarych wnętrzności. Gdy tylko opuścili osadę i Vostok wrzasnęła przenikliwie, upuścili czerwia, a Kirune warknął z ulgą.
-?Odsuńcie się, wszyscy się odsuńcie! -?Vostok pochyliła głowę i tym
razem Noon stanęła w siodle otoczona zielonymi płomieniami jak aureolą.
-?Noon, wyceluj swój wiedźmi ogień w ranę.
Obie -?wiedźma i smoczyca -?uwolniły swoje moce. Blask ognia był tak
jasny, że Tor musiał osłonić oczy. Mimo to patrzył, jak skóra czerwia
wybrzusza się i pokrywa pęcherzami. Miejsce, w którym została rozdarta,
kipiało i z rany na plażę wylewała się struga gorących wnętrzności. Sam
czerw zdawał się kurczyć i zapadać w sobie, jakby coś w jego wnętrzu
nieodwracalnie się zepsuło. Bliźniacze płomienie zgasły, pozostawiając
po sobie gęsty obłok cuchnącego dymu i jednego bardzo martwego czerwia.
-?Udało się. -?Tor uśmiechnął się od ucha do ucha i zatopił palce w futrze Kirune, licząc, że on także się ucieszy, jednak wielki kot
odsunął głowę i umknął przed jego dotykiem.
-?Chyba wystarczająco go rozjuszyliśmy. Patrzcie! -?Tor odwrócił się i spojrzał w miejsce wskazane przez Berna. Przechylony na bok Behemot
oddalał się, stopniowo nabierając prędkości. Było w nim więcej dziur niż
Tor pamiętał i kilka ciemnych plam pozostawionych przez ogień Noon i Vostok. Świetnie się spisali. Było warto.
-?Przegnaliśmy go -?powiedział na głos, jednak nikt mu nie odpowiedział.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że z osady zostało niewiele więcej
oprócz kilku zrujnowanych chatynek i zielonej żywicy. To, co przetrwało,
płonęło, podczas gdy garstka ocalałych stała nad brzegiem, trzymając się
w objęciach. Byli przy nich Jessen i Aldasair i na oczach oszołomionej
gromady pomagali zsiąść z siodła małym pasażerom. Tor uświadomił sobie,
że słyszy płacz dziecka.
-?Warto było stoczyć tę bitwę choćby tylko dla nich, prawda?
Rozdział 4
4
-?Vostok jest zła.
Nie trzeba było tego mówić. Oburzona smoczyca oddaliła się kilka godzin
temu i zniknęła w zdziczałym lesie na skraju ponurej polany, jednak Noon
wciąż czuła w sercu jej gniew. Był niczym ogień i pomyślała, że
pozostali powinni o tym wiedzieć. Zrobili postój w drodze powrotnej z odległej osady i wszyscy -?zarówno ludzie, jak i bestie wojenne -
unikali jej wzroku.
Siedzący po drugiej stronie ogniska Tor westchnął.
-?Nie jesteśmy jeszcze tym, kim powinniśmy być. To oczywiste. -?Kirune
leżał nieco dalej za jego plecami -?ciemnoszary kształt odwrócony tyłem
do ludzi. Skwitował słowa Tora prychnięciem, jednak Eboranin puścił je
mimo uszu. -?Choćbyśmy nie wiem, jak się starali, Noon, nie może tego od
nas oczekiwać. Nasza pierwsza potyczka z Jure'lia nie okryła nas chwałą.
Czy kogoś to dziwi?
-?Chwałą? Większość mieszkańców zginęła. -?Noon przygryzła wargę. Trudno
było oddzielić jej własną złość od tej, którą czuła smoczyca. -?Ich
osada jest w ruinie. Daliśmy ciała. Spieprzyliśmy sprawę i zginęli
ludzie.
Pomarańczowy blask ogniska sprawiał, że purpurowe blizny na twarzy Tora
zdawały się szare. Minę miał posępną.
-?To wojna -?powiedział. -?Spodziewaj się częściej takich widoków.
-?Dni chwały Ebory dawno już minęły. -?Łagodny głos Aldasaira zdawał się
dryfować nad nimi w zapadającym zmroku. Leżąca u jego boku wielka
wilczyca przypominała utkany z ciemności kopiec, tylko jej pomarańczowe
oczy płonęły w ciemnościach niczym lampiony. -?Nasze armie z ich
lśniącymi zbrojami i śpiewającymi mieczami to nic więcej niż rdza i zakurzone kości. Jesteśmy jak... echo zamierzchłych czasów.
Siedzący obok niego Bern wyglądał na stroskanego i Noon pomyślała, że ma
ku temu powody. Od bitwy Aldasair nie odezwał się prawie słowem, a gdy
teraz to zrobił, wydawał się zagubiony. Bern zdjął kociołek z ognia,
napełnił cynowy kubek i podał go Eboraninowi.
-?To był długi dzień. Masz, napij się czegoś gorącego. -?Odchrząknął. -
Mieszkańcy Finneral znają trochę tych ludzi. Handlowaliśmy z nimi, a nasze statki zawijały do tej zimnej, małej zatoczki. Mają tu te ogromne
kraby, których mięso jest tak tłuste i pożywne, że wystarcza na wiele
dni. Robią też materiał z wodorostów, nazywają go morską skórą, jest
mocny jak diabli. My przywoziliśmy nasz metal i skóry wielorybów,
chociaż... -?Urwał i zakasłał w zaciśniętą pięść. -?Pewnie przez jakiś
czas będzie mniej tego wszystkiego. -?Za kręgiem ognia Sharrik wyciągnął
się na szczeciniastej trawie, odsłaniając futrzaste podbrzusze. Chwilę
później ciszę przerwało jego donośne chrapanie.
-?Wojna to jedno. Wiem, że będzie znacznie gorzej. -?Noon sięgnęła
umysłem do Vostok i wyczuła jej bliskość; była niczym biały płomień
gniewu. -?Ale my... my wszyscy się mylimy. Musimy się bardziej starać.
-?A ty nagle stałaś się ekspertką, tak? -?Tor wziął kociołek i napełnił
swój kubek. -?Wiedźma z równin, która większość życia spędziła uwięziona
w Cytadeli, chce mnie uczyć, jak powinny walczyć eborańskie bestie
wojenne?
Powiedział to lekkim, żartobliwym tonem, jednak Noon wyczuła w jego
słowach stal. Nic dziwnego, deptała przecież wszystko, co przysługiwało
mu od urodzenia. Mimo to poczuła, jak wzbiera w niej gniew.
-?Wiem o byciu bronią więcej niż ty kiedykolwiek się dowiesz.
-?Dobrze zrobisz, jeśli jej posłuchasz, synu Ebory. -?Vostok wychynęła
spomiędzy drzew; mimo potężnej budowy poruszała się bezgłośnie. Jak
zwykle Noon poczuła radość na widok smoczycy. Nawet w gęstniejącym mroku
wyglądała majestatycznie, jej lśniące łuski odbijały pomarańczowy blask
tysiącem miniaturowych słońc. -?Nasze problemy są liczne i złożone i nie
mamy czasu, żeby je rozwiązać.
Tor odwrócił wzrok od smoczycy. Noon wiedziała, że nie sprzeciwi się jej
otwarcie -?nadal był pełen podziwu dla pierwszej bestii wojennej, która
przyszła na świat po setkach lat oczekiwania, i niejednokrotnie
przyłapywała go, jak patrzył na Vostok z czymś w rodzaju tęsknoty.
-?Zniszczyliśmy czerwia, zabiliśmy dziesiątki kukieł i przepędziliśmy
Behemota. -?Upił łyk z cynowego kubka i skrzywił się. -?Na korzenie,
Bern, co to za pomyje? Zresztą nieważne. -?Pokręcił głową. -?Ja, tak czy
inaczej, nazywam to zwycięstwem. Na wybrzeżu są ludzie, którzy przeżyli
dzięki nam, nie zostali uwięzieni pod żywicą i nikt nie wyżarł im
wnętrzności.
-?Przepędziliście Behemota, który już wcześniej był osłabiony. -?Vostok
podeszła do ognia i na chwilę przylgnęła głową do ramienia Noon. -?Od
wieków leżały w ruinie, więc nie miały kiedy się zregenerować, dlatego
mamy wyjątkową okazję. To również wyjątkowa sytuacja z innego powodu,
ponieważ walczymy chyba najgorszymi bestiami wojennymi w historii Ebory.
Na dźwięk tych słów Kirune poderwał się z ziemi, obnażył kły i zasyczał
wściekle. Nawet Sharrik uniósł głowę, a jego pióra się zjeżyły.
-?Posłuchajcie mnie. Musimy walczyć, jakbyśmy byli jednością. Musimy
poruszać się i atakować jak jeden oddział. Bez jedności jesteśmy
chaosem. -?Vostok prychnęła i Noon dotknęła dłonią łusek na jej szyi.
Były ciepłe. -?To dlatego, że żadne z was nie ma wspomnień zapisanych w korzeniach. Kiedy umarliśmy ostatni raz, nasze dusze powinny były wrócić
do korzeni Ygserila, a zamiast tego zostaliśmy wygnani i zagubiliśmy
się. Staliśmy się upiorami, żerduchami nawiedzającymi pozostałości po
naszych wrogach, a teraz, kiedy nawet te dusze przepadły i obróciły się
w nicość, ja jedna przetrwałam dzięki Noon, żeby na powrót odnaleźć
Eborę. Czy wy w ogóle rozumiecie, co utraciliście? Dzięki wspomnieniom
zapisanym w korzeniach pamiętalibyście wszystkie swoje bitwy, wszystkie
zwycięstwa, i znalibyśmy się tak, jak powinniśmy. Czulibyście, jak
korzenie Ygserila związują nas ze sobą. -?Noon czuła, że złość Vostok
ustępuje pod naporem smutku, jednak głos smoczycy nie zdradzał jej
uczuć. -?Dlatego musimy się nauczyć współpracować bez więzów, które
normalnie nas łączyły. Krótko mówiąc, musicie się nauczyć przyjmować
rozkazy.
-?I to ty będziesz je wydawać, wężu? -?Kirune krążył teraz wokół
ogniska, jego potężne łapy wzbijały obłoczki kurzu. -?Będziesz nami
dowodzić tylko dlatego, że zioniesz ogniem?
-?Spokojnie, Kirune. -?Tor wyciągnął rękę w kierunku wielkiego kota,
jego twarz zdradzała niepokój. -?To nie pomoże...
-?Dowodzę wami, ponieważ jestem jedynym ogniwem, które łączy was z dawną
chwałą! -?zagrzmiała Vostok. W jej paszczy zatańczyły fioletowe
płomienie. -?Skradziono wam imiona i nadano nowe, przypadkowe,
pochodzące z dawnych zwojów, ponieważ nikt nie wie, jak naprawdę brzmią
te prawdziwe. Nie jesteście prawdziwymi bestiami wojennymi. -?Smoczyca
opuściła głowę i Noon zaczęła się zastanawiać, czym zakończy się to całe
szaleństwo: niedorzeczną walką na odludziu, w której wszyscy zginą
spaleni smoczym ogniem? -?Kirune, nie chcesz stworzyć więzi ze swoim
wojownikiem i czerpiesz dziką radość ze sprzeciwiania się wszystkiemu i wszystkim. Twój egoizm sprowadzi na nas nieszczęście. Sharriku, jesteś
dzielny, ale nie myślisz. Twoja siła mogłaby być wykorzystana do wielu
innych rzeczy. Jessen, jesteś płochliwa, a to chyba najgorsza i najbardziej niewybaczalna cecha u bestii wojennych. Do tego twój
wojownik wcale nie jest wojownikiem.
Mimo ciepła, jakim emanował gniew Vostok, Noon skrzywiła się. Tymczasem
Aldasair jak gdyby nie usłyszał słów smoczycy, siedział ze spuszczoną
głową i palcami splecionymi na cynowym kubku.
-?A ty, Tormalinie Lekkoduchu. -?Tor podskoczył jak oparzony. -?Jesteś
próżny, rozkojarzony, arogancki i gorąco wierzysz w to, że jesteś tu
jedynym wojownikiem. Jeśli nie nauczysz się współpracować z Kirune, nie
będzie z ciebie żadnego pożytku i staniesz się dla nas ciężarem.
-?Ćwiczyłem przez dziesięciolecia, podczas gdy ty nawiedzałaś wrak
Esiaha Godwortha, ty niewydarzona relikwio...
-?Hej. -?Noon usiadła. -?Torze, bestie wojenne zginęły z końcem Ósmego
Deszczu, wydarte ze swych ciał, kiedy wasz bóg-drzewo uwięził królową
Jure'lia. To nie tak, że chciały się stać żerduchami. Kto by chciał? -
Wspomnienie smutku Vostok i zakłopotanie tym, czym się stały, nadal było
boleśnie świeże.
Vostok zignorowała ich oboje.
-?Naszym celem był Behemot. Mieliśmy współpracować, żeby przegnać go na
długo przed tym, zanim wypełznie czerw. I gdzie wtedy byliście?
-?Ratowaliśmy ludzi. -?Głos Jessen był łagodny, jednak Noon po raz
pierwszy wyczuła w nim nutę gniewu. -?Pomogliśmy dzieciom uciec.
-?Dzieci -?rzuciła szyderczo Vostok. -?To wojną powinniście się martwić,
nie garstką dzieci. Jeśli pozwolimy wszystkim Behemotom uciec, tak jak
temu dziś, już wkrótce dzieci Sarnu nie będą niczyim problemem.
-?Vostok. -?Noon zacisnęła usta w wąską kreskę. Dotkliwie czuła gniew
smoczycy i świadomość ta sprawiała, że nie mogła zebrać myśli. W zamyśleniu dotknęła palcami koszuli; ukryta pod nią srebrna blizna
wydawała się zbyt gładka. -?Naprawdę myślisz, że mogliśmy dziś zabić tę
rzecz? Mając do dyspozycji tylko cztery bestie wojenne?
Vostok odwróciła głowę i obejrzała się na drzewa, jakby coś usłyszała,
jednak Noon wiedziała, że unika odpowiedzi. Już samo to sprawiło, że
zrobiło jej się zimno.
-?Czy kiedyś już się tak zdarzyło? -?spytał Bern. Na jego szczerej
twarzy malowała się niezwykła powaga. -?Czy wcześniej zdarzyły się
jakieś bitwy, w których szanse były tak... niekorzystne?
-?Nie -?odparła zwięźle Vostok. -?Wcześniej zawsze były nas setki.
-?To bez znaczenia -?odezwał się Sharrik. Podniósł się z ziemi i rozłożył skrzydła -?były ogromne, a w blasku ognia miały najgłębszy
odcień granatu. -?Jesteśmy potężni! Będziemy walczyć!
-?Musicie nauczyć się walczyć -?upomniała go Vostok, tym razem nieco
łagodniej. Z gracją podkuliła nogi i ułożyła się na ziemi. -?Albo
będziemy działać wspólnie, albo zginiemy. Musimy znaleźć sposób, żeby na
powrót stać się jednością.
-?Cóż... -?Tormalin odchylił się do tyłu, na chwilę spojrzał Noon w oczy
i uśmiechnął się półgębkiem. -?Może nam się poszczęści i po powrocie do
pałacu zastaniemy świeżo wyklute bestie wojenne. Nie takie rzeczy się
zdarzały.
Rozdział 5
5
Chyba nigdy w życiu nie odbyłam dziwniejszej podróży.
Razem z Nanthemą zmierzamy powoli do Ebory. Podróżujemy, kiedy jest to
bezpieczne i śpimy na zmianę. Spoglądam w niebo i wypatruję trupiego
księżyca, niczym język, który odruchowo bada dziurę po zębie -?wiem, że
znikł, ale część mnie nadal nie może w to uwierzyć. Odkąd byłyśmy
świadkami, jak szczątki zatopionego Behemota unoszą się z dna morza, nie
widziałyśmy z bliska żadnych Jure'lia. Widujemy je z daleka, ogromne,
wzdęte guzy tkwiące nieruchomo nad czubkami drzew albo -?co bardziej
niepokojące -?nad maleńkimi osadami. Trudno opisać, co czuję, gdy widzę,
jak potwory z naszej historii kolejny raz dźwigają się z kolan.
Dziwnie jest również podróżować z Nanthemą. Niemal boję się na nią
patrzeć, jak gdyby część mojej przeszłości siłą wdarła się do
teraźniejszości. Jest taka cudowna, jak ją zapamiętałam, kiedy śpi, jej
długie rzęsy rzucają cień na policzki i wciąż chodzi tym swoim
zamaszystym, pewnym siebie krokiem. Dotyka mojej ręki i całuje mnie w policzek jakbyśmy nigdy się nie rozstały, wiem jednak, że w jej oczach
musiałam się bardzo zmienić, i choć jest przerażona równie mocno jak ja,
zawsze patrzy na wszystko z ciekawością i zdumieniem. To rzecz, którą
kochałam w niej najbardziej.
Cieszę się, że żyje. I cieszę się, że nie muszę odbywać tej podróży
samotnie.
Fragment dzienników
Lady Vincenzy "Vintage" de Grazon
-?Mówię ci, Vin, że ktoś tam jest.
Vintage zamarła i mrużąc oczy, spojrzała w dal, ale widziała jedynie
drogę dziurawą i zapuszczoną po latach nieużywania. W tym odległym
zakątku Ebory było mniej budynków, za to mnóstwo dróg tu i ówdzie
upstrzonych posągami, które niegdyś musiały wyglądać spektakularnie.
-?Masz lepszy wzrok ode mnie, kochana. Kto to?
W odpowiedzi Nanthema ściągnęła brwi. Podróżowały od tygodni, były
zmęczone, brudne i głodne, bo żywiły się tym, co udało im się znaleźć w dzikich obszarach Ebory, i od czasu do czasu królikiem ustrzelonym z kuszy przez Vintage. Przez większość czasu nie widziały śladów ludzkiej
bytności, większość mieszkańców ukrywała się bowiem w domostwach,
czekając, czy przyjdą po nich Jure'lia. Vintage doszła do budującego
wniosku, że większość ludzi nie jest na tyle głupia, żeby dokądkolwiek
podróżować, to jednak znaczyło, że ona i Nanthema nie należały do
większości.
-?Podejdźmy bliżej i sprawdźmy.
Chociaż w ciągu ostatnich dni lód stopniał, wciąż było przeraźliwie
zimno i odpinając wiszącą u pasa kuszę, Vintage stwierdziła, że palce ma
skostniałe. Po obu stronach drogi ciemne, wysokie sosny wznosiły się
niczym czarna złowroga kurtyna. Patrząc na nie, Vintage zaczęła się
zastanawiać, czy ludzie na powrót zmienili się w bandytów, jak mieli w zwyczaju w czasie wojny.
-?To chłopiec -?powiedziała Nanthema.
-?Dziecko? Na pnącza! Co robi tutaj dziecko...? -?Chwilę później go
zobaczyła, a zaraz potem uświadomiła sobie, kto to taki. -?Nan, to
Eboranin.
Nanthema pokiwała tylko głową.
Chłopiec siedział na pękniętym kamieniu, na chudym ramieniu miał
zawieszone coś, co wyglądało jak łuk z czarnego drewna. Zdaniem Vintage
nie wyglądał na więcej niż dwanaście-trzynaście lat, jednak był
Eboraninem, a to znaczyło, że równie dobrze mógł przeżyć już dwieście
wiosen. Popielate włosy miał długie i potargane i choć twarz miał
delikatną, a rysy ostre, był zdecydowanie za chudy. Podbita futrem
kurtka wisiała na nim i odstawała przy kołnierzu, tak że szyję miał
odkrytą. Chłopiec garbił się, jakby nie miał siły podnieść głowy.
Dopiero po chwili Vintage dostrzegła, że pęknięty kamień to w istocie
powalony posąg. Sądząc po wężowej głowie leżącej teraz u stóp chłopca,
przedstawiał smoka. No tak, bestia wojenna, pomyślała.
-?Dziecko Ebory -?mruknęła Vintage. -?Myślałam... zakładałam...
Nanthema zerknęła na nią i zacisnęła usta z niezadowoleniem.
-?Kiedy Ygseril przestawał wydzielać życiodajny sok, rodziło się bardzo
niewiele dzieci, a te, które przyszły na świat, były słabe i chorowite.
-?Dotknęła palcem oprawek okularów. -?Kiedy odkryliśmy, że ludzka krew
może nas uleczyć, matki i ojcowie karmili nią dzieci. Oczywiście nie
wiedzieliśmy, że spożywanie krwi ludzi sprowadzi na nas szkarłatnicę...
-?Pokręciła głową. -?Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam dziecko
Ebory.
-?Chodź, przekonajmy się, kim jest ten biedak i co robi na tym odludziu.
Kiedy się zbliżyły, chłopiec zadarł głowę i sięgnął po zawieszony na
ramieniu łuk. U jego stóp leżał kołczan pełen strzał -?Vintage
pomyślała, że wyglądają na wiekowe -?i przykryte płótnem stalowe wiadro.
Oczy chłopca tonęły w cieniu, jednak teraz, kiedy podeszły bliżej,
Vintage zobaczyła wokół nich zmarszczki, które nadawały chłopcu wygląd
starca. Zastanawiała się, jak w ogóle mogła wziąć go za ludzkie dziecko
-?była to cecha charakterystyczna Eboran, podobnie jak czerwone oczy i nadnaturalna siła. Podróżując z Torem, a teraz z Nanthemą, zaczęła
zbytnio się do nich przyzwyczajać. Z cichym westchnieniem chłopiec
dźwignął się z kamienia.
-?Skarbie, jest za zimno, żeby siedzieć na starych kamieniach. -?Vintage
uśmiechnęła się do niego. -?Moja babcia zwykła mawiać, że od siedzenia
na zimnym dostaje się wilka. Z pewnością jesteś jeszcze za młody na
takie rzeczy, ale nie zaszkodzi na siebie uważać.
-?Wilka? -?Głos miał głębszy, niż się tego spodziewała. -?Jakiego wilka?
-?No cóż, to dobre pytanie. -?Zatrzymały się przed nim. Jego
rdzawoczerwone oczy zdawały się zbyt jasne jak na tak ponury dzień i bardziej przypominały bliźniacze rubiny niż kałuże czerwonego wina. -
Nic ci nie jest? -?Kiedy nie odpowiedział, Vintage wskazała swoją
towarzyszkę. -?To Nanthema. Jak zapewne widzisz, zna te strony, ja
jednak jestem tu pierwszy raz. Nazywam się lady Vincenza de Grazon, ale
możesz mówić do mnie Vintage.
Usłyszawszy to, chłopiec uniósł brwi, jak gdyby imię zrobiło na nim
wrażenie.
-?Jestem Eri -?powiedział. -?Eri z... Nie pamiętam. Chyba z Lonefell.
-?Tak się nazywa twój dom? -?spytała Nanthema.
-?Chyba tak.
-?Czy oprócz ciebie jest tu ktoś jeszcze? -?dociekała Vintage,
rozglądając się dookoła, jakby liczyła, że zobaczy jeszcze jakichś
Eboran. -?Masz może jakichś krewnych?
Pytanie wyraźnie przygnębiło chłopca, który spojrzał na ciemny las po
drugiej stronie zrujnowanej drogi, po czym sięgnął po kołczan.
-?W tych lasach są małe jelenie, a przynajmniej kiedyś były. Trudno
sobie przypomnieć, ale jestem pewien, że kiedyś je tu widziałem.
Ostatnio jednak słychać tu wilki, które wyją w nocy, a czasami też za
dnia. -?Z trudem przełknął ślinę. -?Myślicie, że wilki zjadły wszystkie
jelenie? -?Urwał, a gdy znów się odezwał, głos miał dziwnie donośny. -
Potrzebuję mięsa.
-?Może właśnie o to chodzi -?powiedziała Vintage. -?Jesteś sam, Eri?
Chłopiec zerknął na wiadro i przez chwilę milczał, jakby zastanawiał
się, co odpowiedzieć.
-?Jedzenie stanowi problem -?odezwał się w końcu. -?Nie mogę wciąż
udawać, że jest inaczej. W spiżarni został jeden słoik, a ziemia jest
zbyt zmarznięta, żeby coś w niej posiać. -?Spojrzał na nie i zakołysał
się na piętach. -?Czy tam, dokąd idziecie, jest jedzenie? I w ogóle
dokąd idziecie?
-?Do serca Ebory, Eri, do pałacu. Mamy nadzieję, że zastaniemy tam
ludzi, albo chociaż coś do jedzenia. -?Vintage posłała chłopcu swój
najcieplejszy uśmiech. -?Warto sprawdzić, nie sądzisz? Chciałbyś pójść z nami?
-?Nie powinienem tam iść -?odparł chłopiec. -?Wiem to. Mieliśmy tam
nigdy więcej nie wracać.
-?Kto tak powiedział? Co wydarzyło się w pałacu? -?Nanthema spojrzała na
chłopca, lecz on tylko wzruszył ramionami.
-?Nie wiem. Nigdy tam nie byłem, a teraz nie pamiętam już nawet
dlaczego... -?Po chwili schylił się i podniósł wiadro. W środku coś
zagrzechotało. -?Pójdę i się rozejrzę. Zawsze przecież mogę wrócić,
prawda?
***
Później, kiedy rozbili obóz i Eri zasnął przy ogniu, Vintage przyłapała
się na tym, że wpatruje się w jego twarz. Była zbyt wymizerowana, a skóra zdawała się dziwnie cienka, jednak Vintage pomyślała, że to nie
dlatego, że chłopiec nie dojadał. Nanthema jak gdyby czytała jej w myślach, bo wskazała głową chłopca i patykiem szturchnęła ognisko.
-?Urodził się po tym, jak Ygseril obumarł. Jest chorowity, bo nie karmił
się życiodajnym sokiem z korzeni boga-drzewa. Wygląda starzej niż
powinien, nie sądzisz?
-?Wiesz, jak trudno określić wiek Eboranina? -?Vintage mówiła ciszej niż
Nanthema, choć zdawało się, że chłopiec śpi w najlepsze. Świadczyło o tym jego donośnie chrapanie. -?Dla mnie wygląda jak chłopiec, który od
dawna choruje.
-?Bo poniekąd tak właśnie jest.
Zapadła cisza. Rozpalili ogień nieopodal kręgu kamieni rzeźbionych
misternie w splątane girlandy bluszczu, choć roztańczone cienie
sprawiały, że gdy zerkała na nie kątem oka, Vintage widziała wycięte w kamieniu patrzące pożądliwie twarze.
-?Powinnyśmy były poprosić go, żeby zabrał nas do swojego domu. Ciekawe,
ilu Eboran tam zostało i dlaczego postanowili zamieszkać tak daleko od
pałacu. -?Nanthema zacisnęła usta w wąską kreskę. -?Zanim odeszłam,
ludzie ściągali do niego, żeby być jak najbliżej siebie. Mieszkanie tak
daleko nie ma sensu. Może zobaczymy, co jest w tym wiadrze?
Vintage wzruszyła ramionami.
-?Pewnie jedzenie, które zabrał ze sobą z domu -?odparła, chociaż sama w to nie wierzyła. Cokolwiek było w wiadrze, nie brzmiało jak jedzenie,
kiedy grzechocząc, obijało się o metal. -?Daj mu spokój, Nan. Zabierzemy
go z sobą do pałacu, znajdziemy jedzenie, żeby trochę go podtuczyć i może znajdziemy kogoś, kto się nim zaopiekuje. Biedak, wygląda, jakby
potrzebował opieki.
Nanthema nie wyglądała na przekonaną. Wyjęła z torby rolkę
zatłuszczonego papieru, odwinęła z niej kawałek suszonej kiełbasy i odgryzła kęs.
-?Jak to jest po tak długim czasie zobaczyć dziecko swoich rodaków? Taki
widok budzi pewnie nadzieję. W końcu tkwiłaś uwięziona w Behemocie przez
ponad dwadzieścia lat.
-?Tak naprawdę czas dla mnie nie płynął, Vin.
-?Wiesz, o czym mówię, Nan.
Nanthema podniosła wzrok znad pęta kiełbasy i uśmiechnęła się szeroko.
-?Jak zawsze jestem ciekawa, Vin. Mam nadzieję, że w pałacu będą jacyś
ludzie i że ktoś inny zajmie się chłopcem. Chcesz gryza?
Vintage przypomniała sobie, jak chłopiec spojrzał na wiadro i jak
powiedział: "Potrzebuję mięsa".
-?Dziękuję, skarbie, ale nie.
Rozdział 6
6
Cela -?bo Hestillion tak myślała o pomieszczeniu -?na swój okropny
sposób była niemal przytulna. Nigdy nie było w niej zimno ani za ciepło,
a bulwiaste brodawki emanowały słabym światłem kilka godzin dziennie,
dzięki czemu pamiętała naturalny cykl nocy i dni. Kilka godzin po tym,
jak królowa po raz pierwszy zostawiła ją samą, ściana pokoju otwarła się
niczym powieki i do środka wsączyła się pękata, bezkształtna istota z naręczem mięsistych, brązowych, larwopodobnych rzeczy. Hestillion
chwyciła strąk z bestią wojenną i uciekła pod przeciwległą ścianę,
jednak istota położyła dar na podłodze między nimi, po czym zaczęła
wykonywać nienaturalne, zachęcające gesty, jak gdyby Hestillion była
nieufnym, dzikim zwierzęciem, a ona próbowała się z nim zaprzyjaźnić.
Kiedy Hestillion się nie ruszyła, istota podeszła bliżej na swoich
krótkich nogach, sięgnęła po jeden z brązowych strąków i go otworzyła. W środku była jakaś biała, ziarnista breja. Istota nabrała ją w coś, co
mogło uchodzić za jej dłoń, i podniosła do miejsca, gdzie znajdowałyby
się jej usta, gdyby miała jakąkolwiek twarz. Gest był aż nadto
zrozumiały. Chwilę później stwór ostrożnie odłożył otwarty strąk z powrotem na podłogę i opuścił pomieszczenie przez otwór w ścianie.
Hestillion potrzebowała kilku godzin, żeby zdobyć się na odwagę, i gdy
uczucie pustki w żołądku stało się nie do wytrzymania, podniosła strąk.
Ku jej zaskoczeniu okazało się, że ziarnista breja przypomina w smaku
mdłą owsiankę. Zjadła ją, a gdy nic się nie wydarzyło, otworzyła kolejny
strąk. Ten zawierał wodę o lekko mineralnym smaku.
Od tej pory powłóczący nogami stwór -?nie potrafiła powiedzieć, czy to
ten sam, czy może za każdym razem inny -?codziennie zostawiał jej paczki
z jedzeniem, a ona jadła i piła bez obaw. A mimo to była przerażona, zła
jak nigdy w życiu, i miała serdecznie dość owsianki.
Świetlne wypustki rozjarzyły się mocniej, naśladując światło poranka,
gdy ostatni bezkształtny stwór prześlizgnął się przez pomarszczony otwór
w ścianie. Hestillion kucała na gąbczastej podłodze, tuląc do piersi
strąk z Ygserila. Zdawało jej się, że zrobił się ciepły, a czasami,
kiedy zamierała w całkowitym bezruchu, miała wrażenie, że zamknięte w środku stworzenie porusza się i próbuje się z nią skontaktować. Wtedy
jednak przypominała sobie, jak wędrując w snach, myślała, że rozmawia z wielkim bogiem Ygserilem, gdy tak naprawdę przymilała się i płaszczyła
się przed ich wrogiem, który podstępem przekonał ją, żeby uwolniła
królową Jure'lia z jej więzienia w korzeniach boga-drzewa. Nadal nie
mogła znieść tej świadomości.
-?Ty. Stworze. Potrafisz mówić?
Istota położyła paczki z jedzeniem na podłodze i zesztywniała. Stwory,
które przychodziły codziennie, były na oko identyczne. Składały się z miękkiego, czarnego materiału, który stanowił chyba istotę wszystkiego,
czym byli Jure'lia, nie miały głów, tylko krępe korpusy, krótkie,
klocowate nogi i długie, elastyczne ramiona. Palce, którymi zakończone
były ich ręce, zmieniały się i przekształcały w to, co akurat było
potrzebne.
-?Wiem, że mnie słyszysz. -?Hestillion niechętnie porzuciła przyjemne
ciepło strąku i wstała. -?Chcę coś innego niż ta papka. Chcę prawdziwego
jedzenia. Skoro mnie tutaj trzymacie, musicie mi dać coś prawdziwego.
Wino, chleb, mięso... -?Myśl o chlebie, świeżo wypieczonym i jeszcze
ciepłym, była niczym cios i przez chwilę Hestillion nie potrafiła dobyć
głosu. -?Gdzie twoja królowa? Przyprowadź ją do mnie!
Stwór, powłócząc nogami, ruszył gwałtownie w stronę wyjścia,
najwyraźniej zamierzając ją zostawić, jednak Hestillion, niewiele
myśląc, dogoniła go, chwyciła za włókniste ramię i szarpnięciem
odciągnęła od wyjścia.
-?Powiedz coś! Wiem, że mnie słyszysz, wiem!
W dotyku ramię istoty było twarde i łykowate, kiedy je jednak ścisnęła,
zmieniło się w gęstą, lepką substancję, która przeciekła jej przez palce
i chwilę później stwór zniknął za ścianą. Rycząc z wściekłości,
Hestillion rzuciła się za nim i jej głowa i tułów z mokrym mlaśnięciem
przeszły przez otwór w ścianie. Dostrzegła zakręcającą, wąską przestrzeń
pełną cieni i galaretowatego stwora, który znikał za rogiem. Chwilę
później ściana zaczęła się zamykać i zaciskać wokół niej niczym żywa
obręcz.
-?Wiem, że mnie słyszysz!
Zaparłszy się stopami o podłogę, spróbowała przepchnąć się na drugą
stronę na wąski korytarz, jednak ściana wepchnęła ją z powrotem do
środka, zupełnie jakby wypluła ją z siebie z wielką siłą. Hestillion
uderzyła o podłogę i choć natychmiast zerwała się na równe nogi, dziura
w ścianie zdążyła się zasklepić, a powierzchnia na powrót stała się
całkowicie gładka.
Przez kilkanaście nierównych uderzeń serca Hestillion stała, trzęsąc
się, i wściekłym wzrokiem patrzyła na ścianę. W końcu z jej ust dobył
się rozdzierający krzyk, od którego rozbolało ją gardło.
-?Słyszysz mnie! Wiem, że mnie słyszysz! Wiem to!
Na drżących nogach wróciła do leżącego na podłodze strąka. Wydawał się
mały i szary -?osobliwy artefakt sprzed setek lat w brzuchu obcego
potwora. Wiedziała jednak, że w środku jest coś, co łączy ją z Eborą i wszystkim, co porzuciła.
Uklękła przy nim, dotknęła dłońmi powierzchni strąka i zmusiła się, żeby
spojrzeć na niego jak należy. Tak naprawdę wcale nie był szary, lecz
miał barwę polerowanego srebra. Był też dłuższy niż szerszy, choć
kształt miał nieregularny, upstrzony delikatnymi wypukłościami. Na
skórce nie było bruzd ani zmarszczek, niczego, pod co mogłaby wsunąć
paznokcie.
-?Wiem, że ty też mnie słyszysz -?powiedziała łagodnie. -?I przepraszam,
jeśli nie jesteś gotowy, ale potrzebuję cię tutaj, maluszku.
Zacisnąwszy zęby, Hestillion zgięła palce tak, że wyglądały jak szpony,
i zatopiła paznokcie w skórce strąka. Napotkała opór i z początku jej
palce ślizgały się na powierzchni, jednak ścisnęła strąk kolanami i wykorzystując własny ciężar, zdołała oderwać kawałek skórki. Była gruba
i włóknista, i wypełniła pomieszczenie czystym, intensywnym zapachem
drzew i liści. Powstrzymując szlochanie -?ach, jakże ten zapach
przypominał jej wczesne dzieciństwo -?zaczęła odrywać kolejne kawałki.
Nie zwracała uwagi na połamane, krwawiące paznokcie. Skórka strąka była
grubsza, niż sądziła, tak gruba, że Hestillion zaczęła się zastanawiać,
czy coś w ogóle jest w środku, jednak odepchnęła od siebie tę okropną
myśl i mrucząc pod nosem, zdwoiła wysiłki. W pewnej chwili staw w małym
palcu lewej ręki pękł z cichym trzaskiem i Hestillion poczuła
przejmujący ból, który sięgał aż do łokcia. Syknęła tylko poirytowana i pracowała dalej. Coś się zmieniło w fakturze skórki, była bardziej
krucha i rozpadała jej się w dłoniach, aż w końcu palce Hestillion
natrafiły na warstwę czegoś, co przypominało grubą, gęstą koronkę.
To wtedy poczuła, jak coś się porusza.
Z jej ust mimowolnie dobył się cichy krzyk. Pod jej palcami drgnęły
purpurowe łuski, maleńkie i zachodzące na siebie. W jej głowie pojawiła
się dziwna myśl, że strąk okaże się pełen węży, które wypełzną i ją
pożrą, a mimo to zakrwawionymi palcami nadal rozrywała grubą, twardą
skórkę. Cokolwiek było w środku poruszało się słabo, nie było w stanie
samo się uwolnić i Hestillion złapała się na tym, że przemawia do niego
szeptem, jak do dziecka.
-?Spokojnie, spokojnie, już niedługo. Zaczekaj jeszcze chwilę, kochanie.
Wsunęła ręce do strąka, objęła dłońmi zamkniętą w nim istotę i poczuła,
jak otaczające ją płyny chlustają jej na pierś, mocząc gorset i tak już
podartej sukni. Stworzenie poruszyło się niemrawo, śliską, łuskowatą
skórę miało dziwnie rozpaloną. Gdy Hestillion pociągnęła z całych sił,
strąk rozpadł się na kilka większych części, a ona sama upadła na
podłogę z bestią wojenną w ramionach.
Przez kilka oddechów była zbyt wyczerpana, żeby cokolwiek zrobić. Leżała
mokra od pachnących drzewami płynów, czując na piersi ciężar stworzenia
i bolesne pulsowanie w palcach. Kiedy w końcu zdołała unieść głowę,
spojrzała w duże, perłowobiałe oko. Bestia wojenna była niewiele większa
od sporych rozmiarów psa i okazała się smokiem o długiej, wężowej
głowie, którą przechylała nieco, żeby lepiej widzieć. Ciemnopurpurowe
łuski na gardle i brzuchu miały kolor fuksji, zaś wyrastające za uszami
małe, ciemne rogi były tak fioletowe, że niemal granatowe. Małe i mokre
skrzydła lepiły się do grzbietu stworzenia. Drżąc z obawy i zmęczenia,
Hestillion wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła pyszczka smoka.
-?Czuję smak twojej krwi.
Łagodny głos należał do samca. Brzmiał bardzo młodo. Hestillion
niepewnie pokiwała głową.
-?Słyszysz mnie.
-?Tak. -?Smok zamrugał jak sowa. Choć w pierwszej chwili pomyślała, że
jego oczy są całkowicie białe, zobaczyła teraz, że pośrodku są srebrne i niemal lustrzane.
-?Widzisz mnie?
Smok prychnął i ześlizgnął się z niej na podłogę. Wydawało się, że ma
problem, żeby ustać na łapach, bo głowę miał zbyt dużą w porównaniu do
reszty ciała. Hestillion pomyślała, że wygląda jak dziecko.
-?Widzę cię i smakuję. Jestem głodny.
-?Tak. -?Hestillion wstała powoli, nie potrafiła oderwać wzroku od
smoczątka. Dobrze wiedziała, że bestie wojenne wykluwały się ze strąków,
kiedy osiągnęły pełne rozmiary, a przynajmniej gdy były na tyle duże, że
nie robiło to zbyt wielkiej różnicy. To stworzenie, zamknięte w niewyrośniętym strąku, spędziło za mało czasu na gałęzi Ygserila, było
za słabe i mogło umrzeć. Ale przynajmniej teraz miało szansę. Pierwsze
bestie wojenne, które przyszły na świat po tak długiej przerwie,
zasługiwały chociaż na to. -?Jak się nazywasz, panie?
Smok postąpił kilka kroków do przodu. Idąc, próbował patrzeć na własne
łapy, przez co omal się nie przewrócił. Ogon miał krótki i gruby, tak że
ledwie dotykał nim podłogi.
-?Nie wiem. Jest tu coś do jedzenia?
To również było coś nowego. Po śmierci dusze bestii wojennych wracały do
korzeni Ygserila, by wieki później odrodzić się w jego gałęziach.
Pamiętały, kim były, jak wyglądały i zachowywały dawne wspomnienia. Był
to jeden z powodów, dla których stanowiły tak potężną siłę -?były bowiem
ucieleśnieniem historii Ebory. Hestillion pomyślała o wszystkich
bestiach, które umarły na końcu Ósmego Deszczu, kiedy obumarł Ygseril.
Pomyślała o ich duszach szukających korzeni wielkiego drzewa, suchych i martwych, i poczuła ciarki pełznące jej po plecach.
-?Co pamiętasz, o jasny? Możesz mi coś powiedzieć? Cokolwiek? -?Smok
obrócił wężową głowę, żeby na nią spojrzeć. -?Później dostaniesz
jedzenie.
Bestia parsknęła oburzona i otrzepała się niczym pies.
-?Ciepło, słońce. Szelest. Spadanie. -?Na próbę rozłożyła jedno
skrzydło, czarne pióra były pozlepiane. -?Przepraszam.
-?Nie przepraszaj, panie. Proszę, oto jedzenie. -?Podeszła do strąków z papką i zaczęła otwierać jeden z nich. Tymczasem idące w jej stronę
smoczątko potknęło się, przewróciło i leżąc na boku, bezradnie machało
łapkami. Hestillion podniosła je i ignorując rozpacz, od której gniotło
ją w piersi, przeniosła z powrotem do strąka. Mam kogoś, z kim mogę
porozmawiać, powiedziała sobie w duchu. Nie jestem sama.
-?Tutaj, zobacz. Tutaj. -?Położyła je sobie na kolanach -?mimo wszystko
stworzenie było za duże, żeby mogła wygodnie siedzieć -?i nakierowała
jego pyszczek w stronę otwartego strąka. Smok zaczął jeść tak łapczywie,
że resztki kleiku ściekały z jej szaty. Kiedy zjadł zawartość pierwszego
strąka, otworzyła drugi i podstawiła mu pod pyszczek.
-?Będziesz potrzebował imienia, panie. -?W odpowiedzi usłyszała jedynie
wilgotne mlaskanie. -?I chyba sama będę musiała ci je nadać. -?Choć było
jej niewygodnie, jego ciężar stanowił dla niej pewne pocieszenie. -?Nie
mam pojęcia, jakie imię nosiłeś wcześniej, i nie jestem pewna, czy
powinnam cię nazwać imieniem innej bestii. To chyba byłoby...
niefortunne. -?Odchrząknęła. -?Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę
trzymała w ramionach bestię wojenną ani że kiedyś znów opuszczę Eborę, a jednak tak się stało. Kiedy byłam bardzo, bardzo mała, w Eborze rósł
pewien kwiat. Był moim ulubionym, miał duży, fioletowy kielich o aksamitnych płatkach. Nazywał się cellaphalious. Był taki delikatny i trudny w uprawie. Wielu naszych ogrodników poświęcało dziesiątki lat,
żeby go wyhodować, a późną wiosną, kiedy nowe rośliny otwierały pąki,
świętowaliśmy. Nazywaliśmy ten dzień Świętem Celaphon i w ten sposób
witaliśmy nowe kwiaty. -?Hestillion uświadomiła sobie, że płacze. Łzy
ciepłymi strużkami spływały po jej brudnej twarzy, jednak nie miało to
znaczenia. -?Celaphon. Może tak cię nazwę. Jak ci się podoba takie imię?
Smoczątko prychnęło z pyszczkiem wciąż zanurzonym w strąku.
-?Celaphon. Celaphon.
-?Właśnie. -?Hestillion uśmiechnęła się przez łzy. -?Doskonale to
wymawiasz.
Właśnie otworzyła trzeci strąk, nie myśląc o tym, co sama będzie jadła,
kiedy ściana otworzyła się i w wejściu stanęła królowa Jure'lia. Gdy
tylko przestąpiła przez próg, otwór w ścianie zasklepił się. Hestillion
przycisnęła Celaphona do piersi i wstała. Starała się nie zwracać uwagi
na to, jaki jest ciężki.
-?Co to jest, lady Hestillion Eskt? Co ty zrobiłaś?
-?Wiedziałaś, że go mam -?odparła. -?Wiedziałaś i nic nie mówiłaś.
-?Myśleliśmy, że to coś nie żyje. -?Królowa przemawiała łagodnym tonem,
jednak Hestillion nie dała się zwieść. -?Żywa bestia wojenna, tutaj,
między nami. Widzieliśmy takie zmiany. Niebezpieczne zmiany.
Pozostający w ciągłym ruchu czarny sufit nagle wyraźnie się ożywił, a podłoga pod pantoflem Hestillion zrobiła się ciepła, jakby Behemot
skupił na niej całą swoją uwagę.
-?Jeśli chcesz go zabić, będziesz musiała zabić mnie -?oświadczyła. -?To
wszystko, co mi pozostało. Nie myśl sobie, że za niego nie umrę.
Było to ryzykowne posunięcie. Hestillion wciąż nie wiedziała, dlaczego
królowa ją oszczędziła ani dlaczego zabrała ją do wnętrza trupiego
księżyca, bo przecież nie dlatego, że była jej wdzięczna.
-?Wszyscy tak bardzo przejmujecie się życiem i umieraniem.
-?A wy nie?
Wydawało się, że królowa wzięła głęboki oddech i Hestillion przez chwilę
zastanawiała się, czy w ogóle ma płuca, czy był to celowy wybieg, żeby
ją rozbroić.
-?Pewnie nie. Nas interesują narodziny, zmiany i ruch. Konsumpcja. -?Bez
względu na to, czy był to podstęp, czy nie, królowa pochyliła głowę,
jakby naprawdę zastanawiała się nad odpowiedziami. -?Jednostka jest
niczym, kiedy całość zmienia się i porusza. Mimo to dałaś nam wiele do
myślenia, Hestillion Eskt. Powiedziałaś, że coś takiego nigdy dotąd się
nie zdarzyło, że w całej historii naszych ras nigdy dotąd ze sobą nie
rozmawialiśmy, i jest to prawda. Nawiązano kontakt. Stała się zmiana.
Może jednak ma to znaczenie.
Celaphon wiercił się jej w ramionach. Hestillion chciała, żeby królowa
przestała używać jej nazwiska rodowego; zdradziła je tylko dlatego, że
myślała, że rozmawia ze swoim bogiem.
-?Nie dbam o to, co dla was ważne. Zamierzam zatrzymać Celaphona. Nie
dostaniecie go.
-?Już nadałaś mu imię? Wy i te wasze imiona. -?Królowa weszła głębiej do
pomieszczenia, jej lśniące oczy zatrzymały się na bestii wojennej i Hestillion pożałowała nagle, że zdradziła jej imię smoka. -?Ale skoro
nie dbasz o to, co dla nas ważne, lady Hestillion, po co tu przyszłaś?
-?Nie przyszłam tu! To wy mnie zabraliście.
W pokoju zapadła cisza. Celaphon umościł się w objęciach Hestillion i oparł głowę na jej ramieniu.
-?Czyżby, Hestillion Eskt? Nie pamiętam, żebyś specjalnie się broniła.
Czuliśmy, że potrzebujesz uciec. -?Kiedy Hestillion nie odpowiedziała,
królowa odwróciła się z powrotem do ściany, która otworzyła się pod jej
dotykiem. -?Ciekawe. Będzie więcej jedzenia dla naszego starego wroga.
Bo i czemu miałby nie jeść? To najsłabsze zwierzę w miocie, więc i tak
niebawem zdechnie.
Po tych słowach wyszła, zostawiając Hestillion i świeżo wyklute smoczę w niezręcznej ciszy.
Rozdział 7
7
Ezionie, wybacz mi ten jakże krótki list, ale jak możesz sobie
wyobrazić, niebezpiecznie jest zatrzymywać się gdzieś na dłużej, a w tej
maleńkiej wiosce mamy okazję spędzić noc pod dachem. Zamierzam
wykorzystać to najlepiej, jak się da.
Mam szczerą nadzieję, że wszyscy jesteście bezpieczni. Jak mają się
Carla i dzieci? Co u Bernharta? Jeśli macie choć trochę rozsądku,
będziecie siedzieć cicho. Gromadźcie jedzenie, które może przetrwać
długi czas, i nie podróżujcie, jeśli nie jest to absolutnie konieczne.
Nie zapominaj też o pracownikach, Ezionie -?pracują u nas od pokoleń i są dla nas jak rodzina. Chcę, żebyś wyobraził sobie moją twarz, kiedy to
piszę, i wiedz, że jeśli dowiem się, że było inaczej, napytasz sobie
biedy. (Zapewne nienawidzisz, kiedy starsza siostra udziela ci rad, ale
wiesz, że mam rację. Chyba zawsze to wiedziałeś).
Zaskoczę cię, kiedy powiem, że podróżuję z Eboranką imieniem Nanthema.
Pamiętasz ją? Pewnie tak. Zmierzamy do Ebory z nadzieją, że znajdziemy
tam odpowiedzi. Napiszę do ciebie znów, kiedy tylko dowiem się czegoś
więcej. Proszę, ucałuj ode mnie Carlę i dzieci i powiedz im, że
cioteczka Vintage bardzo je kocha.
Fragment prywatnej korespondencji
Lorda Eziona de Grazon
Noon pochyliła się do przodu przy wtórze skrzypienia skórzanej uprzęży i przycisnęła dłonie do łusek na szyi Vostok. W dole pod nimi lśniły
oszronione peryferie Ebory: zarośnięte pola niczym skute lodem morze, a tu i ówdzie na końcu pustej drogi ruiny domostwa. Nadchodziła wiosna i dni robiły się coraz cieplejsze, jednak wczesne poranki wciąż jeszcze
należały do zimy. Postanowiono, że będą na zmianę patrolować Eborę i codziennie obserwować jej granice. Od potyczki na wybrzeżu nie mieli
żadnych wieści o Jure'lia, musieli jednak zakładać, że wróg nie śpi.
Noon niemal czuła pod palcami, jak krew Vostok płynie gorąca pod
perłowymi łuskami i piórami koloru kości słoniowej. Na myśl o tym
uśmiechnęła się do siebie. Ona sama była przemarznięta do szpiku kości,
wróg miał nad nimi miażdżącą przewagę liczebną i wszystkim groziło
niebezpieczeństwo, ale przynajmniej siedziała na grzbiecie cholernego
smoka.
-?Ależ wszystko się zmieniło -?powiedziała Vostok. -?Pamiętam, kiedy...
-?Vostok, jeśli zamierzasz opowiadać o tym, że kiedyś były tu pola
złotej pszenicy, lądowisko dla bestii wojennych z różowego marmuru albo
jakaś inna przeklęta rzecz, nie rób tego, proszę.
-?Właściwie tutaj był sad -?zadudniła smoczyca, wyraźnie urażona. -
Wspomnienia są ważne, dziecko. Sama zresztą o tym wiesz.
Noon przygryzła wargę.
-?Tak, wiem. Przepraszam.
Wspomnienia stanowiły drażliwy temat. Inne bestie wojenne Dziewiątego
Deszczu, które podczas długiej zimy narodziły się ze srebrnych strąków,
nie pamiętały Ebory w jej dawnej chwale. W ogóle nie pamiętały nic ze
swoich poprzednich żyć -?nawet własnych imion, nie mówiąc o tym, jak
walczyć z Jure'lia, bronić Eborę czy lecieć w szyku bojowym u boku swych
braci i sióstr.
-?Coś wymyślimy -?powiedziała z udawaną pewnością siebie. -?Tormalin
dokłada wszelkich starań, żeby stworzyć więź z Kirune, a Aldasair... No
cóż, obaj robią, co mogą...
-?Muszą bardziej się starać. Muszą nauczyć się słuchać. Sama nie
powstrzymam inwazji Jure'lia. -?Vostok gwałtownie załopotała skrzydłami,
raz i drugi, tak że wzbiły się wyżej w niebo. Noon zacisnęła dłonie na
wzmocnionym rzemieniu z przodu uprzęży i zmrużyła oczy, czując, jak
lodowaty wiatr smaga jej twarz.
-?Co to?
-?Nie jesteśmy same. Ktoś tu leci. Spójrz tam, w stronę gór.
Noon zamrugała, żeby pozbyć się łez, które pęd powietrza wyciskał jej z oczu i spojrzała w kierunku, w którym niosła je Vostok. Niemal
natychmiast to zobaczyła -?mały, czarny kształt na tle szarego nieba.
Żołądek podszedł jej do gardła, a pierś ścisnęła się z ekscytacji.
-?To pieprzona Cytadela. Co oni tu robią? -?Noon zacisnęła usta.
Jakkolwiek niesamowite mogło się to wydawać, minęło sporo czasu, odkąd
ostatni raz myślała o Cytadeli i nieszczęsnych celach pełnych wiedźm
dzikiego ognia.
-?Nie domyślasz się? -?zachichotała Vostok.
-?Jeśli myślą, że zabiorą mnie z powrotem do tej nory... -?Noon się
roześmiała. Leciała na pieprzonym smoku. -?Podlecimy bliżej i pokażemy
im, co potrafi twój ogień?
Ledwie to powiedziała, krajobraz w dole rozmył się, kiedy wystrzeliły ku
widocznej w oddali czarnej kropce. Noon pochyliła się nad karkiem
Vostok, nawet na chwilę nie spuszczając z oczu czarnej kropki. Gdy się
zbliżyły, zobaczyła, że to rzeczywiście wielki nietoperz, bardzo podobny
do tego, na którym sama uciekła z Cytadeli. Dosiadała go kobieta w niebiesko-szarej pelerynie i podbitym futrem kapeluszu, który miał
chronić ją przed zimnem. Kolejna wiedźma dzikiego ognia i agentka
Cytadeli. Nie wycofała się, kiedy podleciały bliżej, choć Noon
dostrzegła, że cała się spięła, a jej usta poruszyły się, gdy mruknęła
coś, żeby uspokoić spłoszonego nietoperza. Żaden z wielkich nietoperzy,
które przyszły na świat w ciągu ostatniego stulecia, nie widział żywej
bestii wojennej. Vostok podleciała bliżej, po czym zawisła w powietrzu.
Sierść nietoperza falowała od leniwych uderzeń jej skrzydeł.
-?No, no. Zabłądziliśmy, tak?
Kobieta się uśmiechnęła. Była młoda, niewiele starsza od Noon, a jej
skóra miała ciepłą, brązową barwę. Spod podbitego futrem kapelusza
wystawały kręcone pasma lśniących, czarnych włosów. Wyglądała jakby
często się uśmiechała, a jej zuchwale zadarta broda zdradzała pewność
siebie niepasującą do kogoś, kto lada chwila może zginąć upieczony w smoczym ogniu. Kapelusz i włosy częściowo zasłaniały nietoperze skrzydło
wytatuowane na czole.
-?Sroga Noon, jak mniemam.
-?To nigdy nie było moje imię. -?Noon przytknęła palce do szyi Vostok i zaczerpnęła jej energii życiowej, by obudzić w sobie dziki ogień. Chwilę
później poczuła rozlewające się w piersi przyjemne ciepło. -?Nigdy tam
nie wrócę. Chyba już to wiedzą.
Kobieta przechyliła głowę.
-?Wierz mi, że nie przybyłam tu po to, żeby sprowadzić cię do domu.
-?To jest dom Noon -?odezwała się Vostok. -?Nie żadne ludzkie więzienie.
Po raz pierwszy kobieta wyglądała na zdenerwowaną.
-?To potrafi mówić?
-?Oczywiście, że potrafi -?warknęła Noon i zacisnęła usta w wąską
kreskę. Rozbudzony w jej wnętrzu dziki ogień chciał wyrwać się na
zewnątrz. -?Czego chcesz?
-?Jestem Agentka Maritza. Przybyłam, ponieważ Cytadela jest ciekawa. Z Ebory na równiny docierają rozmaite opowieści. -?Nerwowo zerknęła na
Vostok. -?I wygląda na to, że są one prawdziwe.
-?Prawdziwe? Potrzebujecie więcej dowodów? -?Noon wskazała puste niebo
nad ich głowami. Jeszcze do niedawna wisiał na nim trupi księżyc,
nieruchomy od setek lat. Kiedy wrócili Jure'lia, stare Behemoty -?w tym
również ten -?obudziły się do życia. Agentka Maritza pokiwała ze
smutkiem głową.
-?Tak, przyznaję, że znowu widziano na niebie robale.
Noon odchyliła się w siodle i zastanawiała się przez chwilę. Ostatnie,
na co miała ochotę, to miła pogawędka z agentką Cytadeli, jednak sroga
zima sprawiła, że większość nowo otwartych szlaków do Ebory świeciła
pustkami, a oni rozpaczliwie potrzebowali informacji. Spokój Vostok
podpowiadał jej, że smoczyca w pełni się z nią zgadza.
-?Wrócili do swoich dawnych sztuczek, co?
Agentka Maritza pokiwała głową.
-?W kilku miejscach, tak. Najedli się do syta, wyrzygali tę swoją
zieloną żywicę, a nawet zostawili kilka kukieł. -?Kąciki ust kobiety
opadły i Noon skrzywiła się ze współczuciem. -?Ale nie było tak źle, jak
można by przypuszczać. Jest coś dziwnego w ich działaniu. Atakują, po
czym znikają, jakby byli zdezorientowani albo niepewni. A same
Behemoty... -?Kobieta urwała. -?Jak wiele wiecie o tym, co się stało?
-?Więcej niż mamy ochotę ci powiedzieć -?zadudniła Vostok.
Agentka zamrugała, po czym podjęła przerwaną opowieść:
-?Rozsiane po Sarnie stare, uszkodzone Behemoty naprawiły się. Nikt by
nie pomyślał, że będą w stanie znów latać, ale tak właśnie się stało.
Noon niechętnie pomyślała o Behemocie na ziemi Esiaha Godworta. Obsesja
mężczyzny na punkcie wraku okazała się nawet większa niż zamiłowanie
Vintage do artefaktów związanych z Jure'lia. I choć dziki ogień Noon
zniszczył połowę wraku, wcale by się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że
ten również krążył gdzieś po niebie. Przypomniała sobie wyschnięte,
skurczone ciało syna Esiaha, Tyrona Godworta, który został uwięziony w samym sercu tej monstrualnej konstrukcji. Chłopaka także zabiła jego
własna ciekawość.
-?Nadal są słabi -?powiedziała z zadumą Vostok. -?Zwykle ukrywali się i mieli wieki, żeby zbudować i naprawić te swoje stwory. Teraz są
osłabieni i muszą powoli dochodzić do siebie.
Noon kolejny raz położyła dłoń na szyi smoczycy. Uważaj, ostrzegła ją w myślach. Nie możemy zdradzać zbyt wiele. Uczucie ciepła pod palcami
powiedziało jej, że Vostok się z nią zgadza.
-?Ile bestii wojennych przyszło na świat? -?Agentka Maritza uśmiechnęła
się. -?Czy w ogóle tak się mówi? Ile strąków zrzucił wasz bóg? I w jakim
są stanie? -?Poryw lodowatego wiatru szarpnął jej kapeluszem i kobieta
naciągnęła go głębiej na czoło. Jej nietoperz nie okazywał żadnych oznak
zmęczenia.
-?Dlaczego myślisz, że ci powiem? Cytadela może się walić. Przekaż im to
ode mnie.
Maritza prychnęła.
-?Naprawdę myślisz, że Cytadelę obchodzi jedna zbiegła wiedźma? Cały
Sarn ma teraz na głowie ważniejsze problemy. Poza tym, z tego, co
słyszałam, i tak spisali cię na straty jako niebezpieczną wariatkę.
Rozjuszona słowami agentki Noon poczuła, jak w Vostok narasta gniew. Od
tej chwili poruszały się jak jeden organizm. Gdy Noon uniosła ręce, żeby
uderzyć w Maritzę cienkim strumieniem dzikiego ognia, Vostok pochyliła
głowę. Zielone płomienie strzeliły niecałą stopę od agentki, która w pośpiechu szarpała lejce nietoperza. Noon odchyliła się do tyłu, miała
przyjemne wrażenie, że żołądek naciska jej na pierś. Tymczasem Vostok
wzbiła się wyżej ponad głowy agentki i jej wierzchowca. Smoczyca
pochyliła głowę i ryknęła, a spomiędzy jej szczęk wylał się strumień
purpurowego ognia. Przez chwilę Noon myślała, że Vostok ma dość Agentki
Maritzy i postanowiła strącić ją i nietoperza z nieba, ale kiedy
odzyskała ostrość widzenia, kobieta wciąż tam była, choć rozpaczliwie
próbowała odzyskać panowanie nad przerażonym i nieco osmalonym przez
płomienie wierzchowcem. Wielkie nietoperze z Cytadeli były szkolone do
widoku dzikiego ognia, jednak spotkanie ze smokiem było czymś zupełnie
innym.
Wciąż wisząca nad agentką Vostok ryknęła wściekle, a z tyłu jej gardła
zamigotał złowieszczo purpurowy ogień. Agentka Maritza uniosła wolną
rękę, wokół której niczym rękawica zapłonął zielony płomień. Widząc to,
Noon roześmiała się radośnie.
-?Naprawdę chcesz się przekonać, na co nas stać, Agentko Maritzo? -
Vostok niemal wibrowała od zgromadzonej w jej wnętrzu mocy. Smoczyca
chciała walczyć i Noon uświadomiła sobie, że ona również tego chce. -
Płomienie tworzą naprawdę piękną kombinację. Zapewniam cię, że warto ją
zobaczyć, choć niedługo nacieszysz się tym widokiem, bo żar wytopi ci
oczy.
Nietoperz nadal próbował się wyrwać i po chwili płomienie otaczające
dłoń agentki zgasły, gdy kobieta oburącz chwyciła lejce.
-?Jeśli myślicie, że na tym odludziu jesteście bezpieczne, mylicie się.
-?Agentka próbowała tchnąć w swoje słowa szyderczą nutę, lecz twarz
miała mokrą od potu, więc nie zabrzmiały one wiarygodnie. -?Jeśli
upadnie Sarn, to samo czeka Eborę.
Nietoperz wzbił się po łuku w górę i najszybciej jak mógł, zawrócił w stronę góry. Przez chwilę wydawało się naturalne, że polecą za nim i strącą go z nieba jęzorami zielono-purpurowego ognia, jednak Noon
przypomniała sobie głos Vintage mówiący jej, że głupotą jest zabijać
kogoś tylko dlatego, że cię obraził. Tylko dlatego, że chciałaś.
Kobieta i jej nietoperz byli teraz zaledwie małą plamką na niebie, smugą
na tle szarości Bezkrwistych Gór, podczas gdy dookoła nich wstawał,
jeśli nie ciepły, to z pewnością jasny dzień. Noon potarła dłonie. Były
zimne jak lód, choć ona sama wcale nie czuła chłodu, nie kiedy ogrzewała
ją złość Vostok.
-?Wracajmy -?powiedziała, sięgając po uprząż. -?Tor pewnie chciałby o tym wiedzieć.
Rozdział 8
8
Tor stał na dziedzińcu z ramionami splecionymi na piersi i obserwował,
jak rosły mężczyzna próbuje przycisnąć gryfa do ziemi.
A przynajmniej tak to wyglądało. Tak naprawdę Bern Młodszy trzymał w dłoniach długi kawałek cienkiej liny i próbował wziąć miarę, jednak
Sharrik ani myślał ułatwić mu zadanie. Leżał na bruku niczym kot i rozpościerał swe ogromne skrzydła, odpychając od siebie Berna.
-?Na kamienie, Sharrik, możesz przez chwilę się nie wiercić? Gdybyś
leżał spokojnie, uwinąłbym się raz-dwa.
-?Nie chcę tej uprzęży. -?Głos gryfa był niski i chropawy. -?Chcę mieć
zbroję, ozdobioną klejnotami. Jak na obrazach.
-?Tak, cóż. -?Bern Młodszy odsunął się i objął wzrokiem bestię wojenną -
począwszy od głowy, aż po tłukący o ziemię ogon -?jakby szukał jej
słabych punktów. -?W tej chwili nie mamy niczego takiego, dlatego
będziesz musiał zadowolić się tym, co jest. Twoja ostatnia uprząż nie
przetrwała potyczki w Coldreef i jestem pewien, że stało się tak, bo
była źle dopasowana.
-?To najlepsza skóra, jaką mamy -?odezwał się Tor. -?Sam o to zadbałem.
Kiedyś znajdziemy zbroję stosowną do twojego majestatu.
Sharrik łypnął na niego wielkim, obwiedzionym czerwienią okiem, jakby
wyczuł w jego głosie kpinę. Wykorzystując moment nieuwagi, Bern wszedł
pod skrzydło gryfa i w pośpiechu opasał liną jego muskularne ramię. Nie
pierwszy raz Tora zdumiała łatwość, z jaką młody mężczyzna radził sobie
z gryfem. Sharrik był ogromny, większy nawet od Vostok, i mocniej
zbudowany. Jego umięśnione łapy wielkiego kota porastało gęste futro,
zaś grubą szyję niebieskie, białe i szare pióra. Długie skrzydła gryfa -
skrzydła orła, takie jak u Vostok i Jessen -?były jasnoniebieskie z czarnymi lotkami. Jak zawsze, gdy widział Sharrika, Tor nie potrafił
oderwać wzroku od jego wielkiego, zakrzywionego, czarnego dziobu.
Wydawał się ostrzejszy i bardziej zabójczy od jego miecza, Dziewiątego
Deszczu. Bern najwyraźniej czuł się swobodnie w obecności Sharrika.
Między nim a gryfem wytworzyła się więź, jaka zwykle łączyła -?a przynajmniej powinna łączyć -?bestie wojenne i ich jeźdźców.
-?Vostok mówi, że zasługujemy na nie -?powiedział Sharrik, choć jego
głos stracił nieco pewności siebie. -?Na klejnoty i takie tam. Że należy
o nas dbać i okazywać nam szczególne względy.
-?Już prawie koniec. -?Bern wyprostował się, na co Sharrik uniósł
skrzydła. Tor nie wiedział, czy mężczyzna jest odważny czy tylko głupi,
ale był tak wysoki i barczysty, że jeśli ktokolwiek miał szansę zmusić
gryfa do posłuszeństwa, to tym kimś był z pewnością Bern Młodszy.
Przybył ze swoimi ludźmi, żeby pomóc odbudować Eborę, i był obecny w Komnacie Korzeni, gdy Ygseril obrodził srebrnymi strąkami. Po tych
wydarzeniach większość jego ludzi wróciła do Finneral, on jednak został,
pomagał naprawić szkody wyrządzone przez wieki zaniedbań i gdy trzeba
było, podawał swą silną pomocną dłoń. On i Aldasair byli świadkami
narodzin każdej bestii wojennej. -?Gdybyś nie zachowywał się jak
dziecko, już dawno byśmy skończyli.
Tor odwrócił się, podczas gdy Bern nadal próbował nakłonić gryfa do
współpracy. Byli na największym dziedzińcu pałacu, miejscu mieszczącym
niegdyś kilka okrągłych ogrodów z dużą sadzawką pośrodku. Zarośnięte,
martwe ogrody zostały usunięte, by zrobić więcej miejsca, a sadzawkę
wypełniono słodką wodą. Wzdłuż jednej ze ścian Bern wybudował duże,
drewniane pomieszczenie i poszerzył największe wejście z myślą o bestiach wojennych i ich wygodzie. Prawda była taka, że stworzenia były
za duże, żeby mogły zamieszkać w pałacu, a dziedziniec był największą
przestrzenią jaką udało się im znaleźć. Przeciwległą ścianę pokrytą
niegdyś piękną, wiekową mozaiką przedstawiającą ławice czerwonych i żółtych ryb, szpeciły teraz głębokie zadrapania, które uszkodziły płytki
i powyrywały je, odsłaniając widoczną pod spodem szarą glinę. Tor
patrzył na ścianę, marszcząc brwi.
-?Patrzcie, Vostok wraca. Zobacz, Sharrik, jak pięknie prezentuje się
uprząż!
Słysząc słowa Berna, Tor odwrócił się i zadarłszy głowę, obserwował
smoczycę, której masywne ciało rzucało na nich cień, a szponiaste łapy
wyciągały się w stronę ziemi. Opadała z taką gracją, że jej potężne
skrzydła niemal nie poruszały powietrza. Chwilę później Noon zeskoczyła
z grzbietu Vostok.
-?Lady Vostok, jak twoja nowa uprząż? -?Bern podszedł do smoczycy, jedną
ręką szarpiąc w zamyśleniu starannie przystrzyżoną żółtą brodę. -?Nie
była niewygodna? Nie spowodowała żadnych otarć? Nie krępowała ruchów?
-?Spisała się dobrze.
Bern posłał gryfowi triumfalne spojrzenie.
-?Widzisz, Sharrik? Spisała się! Przestaniesz się teraz wiercić?
-?Uwierzycie, że na pogórzach spotkałyśmy agentkę Cytadeli? -?Policzki
Noon były czerwone od zimna, oczy jej lśniły. Jej czarne potargane włosy
częściowo zakrywały wytatuowane na czole skrzydło nietoperza, jednak Tor
nie pamiętał, by kiedykolwiek widział Noon starannie uczesaną. Miała na
sobie miękki, skórzany strój podróżny z ciężkim kapturem, którego
najwyraźniej nie włożyła. Odruchowo podniósł rękę, żeby dotknąć
oszpeconej połowy twarzy, rozmyślił się jednak i zamiast tego poprawił
kołnierz. Dopiero po chwili dotarło do niego znaczenie słów Noon.
-?Jeden z tych szaleńców zapuścił się aż tutaj? Nadal próbują zawlec cię
z powrotem do więzienia? -?Odchrząknął. -?Nic ci nie jest?
Noon prychnęła lekceważąco.
-?Czyżby Kirune znów uderzył cię w głowę? Była sama i nie próbowała nic
zrobić. -?Za jej plecami Vostok skinieniem głowy witała Sharrika. Bern
zapisywał coś w maleńkim, zniszczonym notesiku, który wyjął zza pasa. -
A gdyby spróbowała, Vostok i ja strąciłybyśmy ją z nieba. -?Urwała i przyjrzała mu się, jakby dopiero teraz zobaczyła go wyraźnie. -?Wszystko
w porządku? -?spytała nieco łagodniej.
Przez chwilę chciał odciągnąć ją na bok i porozmawiać z nią na
osobności. Pamiętał, jak bliscy stali się sobie, kiedy wszedł do jej
snów i gdy tuliła go we wraku Behemota. A później, w jaskini... Ebora z jej problemami, sroga zima, a przede wszystkim bestie wojenne, wszystko
to sprawiło, że oddalili się od siebie. Uśmiechnął się więc tylko i rzucił żartobliwie:
-?Myślisz, że wszystko się rozpadnie, kiedy wy dwie opuścicie pałac? Nic
mi nie jest.
-?Hm. Cóż. Według tej agentki robale na razie siedzą cicho. Przypuścili
kilka ataków, ale nie można nazwać tego inwazją. Vostok twierdzi, że są
osłabieni i wciąż liżą dawne rany.
Tor zmarszczył brwi i splótł ramiona na piersi. Było mu zimno, mimo iż
miał na sobie watowaną szatę, którą znalazł w pokojach należących
niegdyś do jego rodziny. Była rdzawoczerwona z potworami morskimi
haftowanymi na mankietach jasnozieloną jedwabną nicią. Widok pokoi
sprawił, że zaczął myśleć o Hestillion. Wszystkie jej rzeczy nadal tam
były -?jej ubrania, szczotki do włosów i całe mnóstwo jedwabnych
pantofelków. Tor nie chciał na nie patrzeć i przeniósł je do pokoju
należącego niegdyś do rodziców.
-?Gdzie Aldasair? -?Noon na próżno próbowała przygładzić włosy.
-?W Wylęgarni.
-?Nadal obserwuje?
-?Nadal obserwuje.
Tym razem to Noon zmarszczyła brwi.
-?Czyli nic się nie zmieniło?
Tor wzruszył ramionami.
-?Pójdziesz tam? Wiem, że Aldasair ucieszy się na twój widok.
Wyszli z dziedzińca i ruszyli labiryntem pustych pałacowych korytarzy.
Tor znał tę drogę na pamięć. Opuścił Eborę ponad pięćdziesiąt lat temu,
chcąc uciec od koszmarów szkarłatnicy, od upadku miasta i zbyt licznych
wspomnień, lecz mimo usilnych starań nadal wszystko pamiętał. Po drodze
minęli kolejny z wewnętrznych ogrodów, gdzie ludzie z równin i mieszkańcy Finneral uwijali się przy stojakach do garbowania skór. Tor
pozdrowił ich machnięciem ręki, podczas gdy Noon szła ze wzrokiem wbitym
przed siebie. Odezwała się dopiero, gdy odeszli dość daleko, by nikt nie
mógł ich usłyszeć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki