Rozdział 1. Cynamonki Heleny, czyli piekarnia pachnąca przytulnością
Helena pomyślała, że ciepłe cynamonki, które układała na ladzie w piekarni, pachniały domowym szczęściem. Wprost czuła, że otula ją maślany aromat ciasta z tą charakterystyczną, korzenno-waniliową nutą, która nie uszła jej uwadze, gdy przymknęła na moment oczy, by choć przez chwilę pomarzyć o kęsie słodkich przekąsek. Ten zapach kojarzył się z czymś dobrym, bezpiecznym i otulającym. Tak trudno było jej się powstrzymać przed sięgnięciem po jeden z kawałków, że musiała cofnąć się gwałtownie i zamknąć szybkę witrynki, by kolejny raz nie ulec pokusie.
- Ja bym się nie zastanawiał! - ze śmiechem stwierdził mężczyzna, który niespodziewanie wszedł do piekarni od zaplecza i postawił na podłodze kosz z równie nęcąco pachnącym i jeszcze ciepłym pieczywem.
Helena podparła się pod boki. Już cisnęła jej się na usta zmyślna riposta, już chciała się odgryźć, że przecież nieraz widziała, jak Boguś wybierał potajemnie eklerki, ale umorusany mąką mężczyzna ubiegł ją:
- Ja już sobie zachomikowałem ciacho do kawy.
- A potem sprawdzasz, ile przytyłeś, która fałdka większa i czy guziki się jeszcze dopinają - prychnęła, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Helcia, gdybyś w domu piekła, to bym nie musiał podkradać. - Kobieta dostrzegła szeroki uśmiech wyłaniający się spod gęstego siwego wąsa.
- Ty już lepiej nie wymyślaj za dużo - odparła tylko, wycierając dłonie w fartuszek, którym przepasała się godzinę wcześniej, gdy zaczynała pracę. Następnie sięgnęła do białego czepka, pod którym ukrywała swoje liche włosy, i poprawiła go nieznacznie.
Nie należała do kobiet, które przesadnie o siebie dbały. Wolała poleżeć dziesięć minut dłużej w łóżku, niż wystawać przed lustrem i malować jakieś arcydzieła na powiekach. Zresztą im mniej kosmetyków potrzebowała, tym więcej pieniędzy zostawało w portfelu. Raz się pokusiła o krem nawilżający, to ze trzy razy go użyła i zapomniała o nim aż do chwili, gdy Boguś zapytał, czy to może mydło jakieś.
- Trzeba rozłożyć chleb na półkach - zarządziła, kręcąc się w wąskim przejściu między ladą a regałami.
Tańczyła. Wirowała z bochenkami w dłoniach. Wrzucała do koszy bułeczki i bagietki, nucąc swoje ulubione melodie, a Boguś milcząco przyglądał jej się zza przyprószonych mąką okularów, czekając, aż powie mu, że może przynieść ciasta, które upiekła wczesnym rankiem. Drożdżowe z truskawkami, biszkoptowe z kremem malinowym i sernik czekoladowy.
- No i co tak stoisz? A ciasta?! - Oburzyła się, gdy na moment zatrzymała się w swoich pląsach i rzuciła okiem na puste dłonie mężczyzny. - Szybko, szybko... - ponagliła go.
Wszystko musiało być gotowe, nim pierwsi klienci będą chcieli przekroczyć próg piekarni, a miało to nastąpić za... niecałe piętnaście minut. Najpierw pojawi się stary Rysiek ze swoim Kapslem. Tuż za nimi Werka albo Jadźka, to zależy od tego, która szybciej wstała do kur. Przyjdzie też Bronka z wnuczką, po słodkie cynamonki, bo Anulka je uwielbia. Być może pojawi się Janek, jak go matka wyśle, pyskata mała Julka, co to na wszystko ma swoją odpowiedź... Właściwie to Helena mogła śmiało wymienić połowę mieszkańców Wierzbówki, którzy wracali do nich z sentymentem, czasami tylko po to, by porozmawiać, wymienić się plotkami i życzyć dobrego dnia.
Gdy ostatnia blacha znalazła się na półce lady chłodniczej, Boguś otworzył drzwi piekarni i wycofał się na zaplecze. Helena odprowadziła go wzrokiem. Przygarbiony, wyjątkowo szczupły, stawiający nieco pokraczne kroki, nieświadomie zdawał się tańczyć do najpiękniejszej melodii świata. Melodii niedostępnej dla uszu innych, takiej, która grała tylko w jego sercu. Nigdy nie obsługiwał klientów, twierdząc, że Helcia zdecydowanie lepiej radzi sobie podczas rozmów. Brakowało mu czasami słów, momentami nie wiedział, jak pocieszyć czy zażartować, czuł się pewniej, gdy mógł się milcząco uśmiechać zza ramienia swojej siostry i przytakiwać jej z pokorą. Kiedyś to się z niego śmiali, że słaby jest, że zdania swojego nie ma, ale teraz... teraz było mu obojętne, co gadają za jego plecami. Jednak ona słyszała te szyderstwa, podszepty i śmiechy i za każdym razem piorunowała wzrokiem, uciszając śmiałków. Może nie wiedzieli, a może i znali prawdę, ale czasy były, jakie były, i niepełnosprawności innych stawały się idealnym powodem do żartów.
- Dzień dobry! - Wesoły głos klienta, którego wyczekiwała jako pierwszego, wybrzmiał w maleńkim pomieszczeniu i jej myśli znów wróciły na właściwe tory.
- Jak tam, Ryśku? To co zawsze? - zapytała szybko.
Praca w piekarni sprawiała jej przyjemność, od kiedy tylko pamiętała. Właściwie już jako kilkuletnia dziewczynka uwielbiała pomagać rodzicom. Układała pieczywo, pakowała produkty, zagadywała klientów... to był jej mały świat, bez którego nie wyobrażała sobie swojej przyszłości.
- A Kapsel gdzie się zapodział?
- W domu został. Ledwo łapę za próg wystawił i się cofnął. On pogodę nosem wyczuwa! - Mężczyzna uniósł ostrzegawczo palec, po czym przeczesał dłonią włosy.
- Przecież pięknie nam słonko świeci, co ty opowiadasz? - Roześmiała się, kładąc na ladzie ciepłą bagietkę i cztery bułki. Nie mniej, nie więcej.
- Sama zobaczysz. Jeszcze rację mi przyznasz... - mruknął i wygrzebał z wysłużonego portfela odpowiednią kwotę. - Ale muszę ci, Helcia, powiedzieć, że cynamonem to pachnie już na zakręcie.
- I bardzo dobrze! Może klientów skusi? - Połechtało ją, że pochwalił cynamonki. Nie mogła tego ukryć, a nawet nie chciała. Niech patrzy Rysiek, jakie rumieńce wywołał.
- Na twoje wypieki w Wierzbówce nikogo namawiać nie trzeba - powiedział jeszcze, puszczając jej oczko, i wyszedł, kulejąc lekko.
Nie odzyskał pełnej sprawności po wypadku sprzed kilku lat, gdy spadł z konia. Ludzie myśleli, że nigdy chodzić już nie będzie, ale im pokazał, jak silny może być człowiek walczący o marzenia. Helena odprowadziła go wzrokiem aż do zakrętu. Obserwowała w milczeniu, jak wciąż czarne, gęste włosy unoszą się w rytmie niespiesznych kroków i aż wargę przygryzła na myśl, że miałaby przy nim kiedyś czepek ściągnąć. Lichą tę czuprynę swoją miała. Ledwo się układać chciała, to na krótko się ścinała, by roboty za dużo nie było, a że tu i tam trochę nadprogramowych kilogramów przez lata zebrała, to teraz już w ogóle nie wiedziała, jak się czesać powinna przy tej swojej pyzatej twarzy, by choć trochę lepiej wyglądać. I właściwie czasu na to nie miała. Przy Bogusiu wszystko stawało się nieistotne.
- Pochwalony! - Do piekarni wkroczyła Jadźka. Z obwiązaną wokół głowy pstrokatą chustą, przypominała Helenie jej babcię, a przecież stara wcale nie była, ledwo ta dziewucha od ziemi odrosła.
- Kościół z drugiej strony, dziecko... - upomniała ją.
- A bo ja ze mszy! - Roześmiała się. - Mama mi pobiec kazała, bo chmury ciągną ciemne... to jestem. To co zawsze, pani Helenko. Duży, mocno wypieczony.
- Wszyscy tu jakieś okropne prognozy przynoszą. A szkoda, bo dzień piękny... - Skórka chleba aż chrupnęła jej pod palcami, gdy pakowała go w ciemny papier.
- I jeszcze wezmę dla pani Broni, bo dzwoniła do mamy, że wnuczka chora. Cynamonki ze cztery i bułki, takie najpyszniejsze.
- Anulka chora? - Helena aż się za pierś złapała. Jej harmonogram odwiedzin w piekarni właśnie runął jak domek z kart. - Zdrowia życz. I jedna cynamonka więcej ode mnie będzie - zaznaczyła, odliczając do torebki pięć drożdżówek. Znów jej ślinka pociekła.
- Pięknie pachną - przyznała Jadzia, wciągając mocno powietrze. - Chyba i ja się skuszę!
Nim wszystko popakowała, dostrzegła przez okno te ciemne chmury, o których wspominała dziewczyna, i już wiedziała, że ciasta się nie sprzedadzą, bo kto w deszczu się na zakupy wybierze.
- Dobrego dnia, pani Helenko! - życzyła jej jeszcze Jadwiga, nim wybiegła z piekarni do Weroniki, bo już czekała na nią za drogą.
- Dobry to byłby, jakby słonko świeciło - mruknęła kobieta i podparła się pod boki. Och, gdyby mogła, to zaraz by te okropne chmury przegnała!
Z braku klientów zaczęła ogarniać zaplecze. Dokumenty uporządkowała, kwiatki podlała i tylko co chwilę zerkała za okno, czy aby może pogoda zdania nie zmieniła i deszczu w inne rejony Polski nie przeniosła, ale nie... jak na złość tylko się ciemniej i ciemniej robiło.
- Pani Helenko kochana! Migiem proszę pakować, bo zaraz zmoknę cała! - Usłyszała nagle, podnosząc głowę znad starej komórki.
- No tego jeszcze nie grali! - Aż się zerwała z krzesła, gdy głos rozpoznała, i wybiegła do piekarni. - Ciebie to już z miesiąc nie widziałam! - Ucieszona jak dziecko w Gwiazdkę, obeszła ladę, by wyściskać obładowaną siatkami kobietę.
- Pani Helenko, ja muszę szybko, bo zaraz naprawdę fryzurę mi deszcz zrujnuje, a pół godziny przed lustrem stałam.
- A nie widać! - Zachichotała, wracając na swoje miejsce za ladą. - Moniczko, gdzieś ty bywała?
Rzeczona Monika tajemniczo się uśmiechnęła i odłożyła zakupy. Najwyraźniej nadchodząca ulewa przestała być problemem, bo aż jej się oczy zaświeciły, gdy nabierała powietrza.
- Bo ja, pani Helenko, to w sanatorium byłam! - Odgarnęła przy tym włosy z czoła, pokazując, że były świeżo ufarbowane, i mówiła dalej: - Na kręgosłup.
- Ty?! Młoda dziewczyna?! - Hela aż na moment zaniemówiła.
- A kto tam komu lata liczy?! Ważne, że się wybawiłam i odpoczęłam. Trzy tygodnie spokoju, wyobraża to pani sobie?
- Tylko przyjechałaś i od razu siaty dźwigasz?! - Kobieta z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Zakupy się same nie zrobią, a nikt inny w dworku tego nie ogarnie.
- Tylko mi nie mów, że tam wróciłaś...
- Serce nie sługa, a pieniądz nie śmierdzi, pani Helenko. Żyć za coś trzeba, a nie wiem, czy ktoś tam tyle miłości oddał, co ja.
- Święci Pańscy... - Helena przeżegnała się szybko. - To co mam pakować?
- Po trochu wszystkiego. Jak zawsze...
Jak zawsze to by było, gdyby odwiedzali ich jeszcze Józek z Bożenką. Ale oboje już świętej pamięci, na wieczny odpoczynek się udali i teraz to ich dzieci z wnukami na cmentarzach odwiedzały. Podobnie jak Jerzyk i Alicja, Robercik zza płotu i jeszcze wielu innych, co zniknęli z Wierzbówki, a czas nieubłaganie płynął, zachowując ich jedynie we wspomnieniach bliskich i sąsiadów.
- Lecę, bo jak zacznie padać, to chyba do jutra nie przestanie! - Monika zapakowała wszystko do jednej z lżejszych reklamówek i uciekła z piekarni, nim Helena zdążyła wytrzeć ręce w fartuszek.
Może powinna zamknąć dzisiaj szybciej? Mogłaby wykorzystać ten czas i posprzątać w zakamarkach domu, do których normalnie się nie zagląda, albo przygotować nowe zasłonki. Może uda się okna umyć, gdy tylko się rozpogodzi?
Pierwsze krople rozpoczęły bębniący taniec na szybie, a Helena odwróciła się do półek z pieczywem, by sprawdzić, jak bardzo może być stratna tego dnia. Kilka bułek, dwa duże chleby, praktycznie pełne blachy ciast. Bagietki, eklerki, cynamonki...
- Dzień dobry... - Niepewny głos, którego nie mogła do nikogo dopasować, przerwał jej obliczenia. Kobieta zwróciła się ku otwartym drzwiom.
- Nie za dobry... - mruknęła, marszcząc lekko brwi na widok przemoczonej dziewczyny, która nagle zjawiła się w progach piekarni. - Psia pogoda...
- No tak - przyznała nieznajoma, spoglądając przez ramię na podwórko.
Deszczowa zasłona przysłoniła szarością ulicę.
- Czy... mogłabym tu przeczekać? - zapytała, poprawiając nerwowo plecak na ramieniu.
Hela zmierzyła ją wzrokiem. Była pewna, że nigdy wcześniej nie widziała w Wierzbówce dziewczyny, której włosy kręciły się jak sprężynki, nawet będąc całkowicie mokre. Bagaż miała nie za duży, mógł zmieścić butelkę wody, kilka kanapek i zapas ubrań na dwa, może trzy dni. A więc jakaś turystka...
- Mogę coś kupić - dodała nieznajoma, podchodząc bliżej lady.
- Możesz postać po prostu. - Helena wzruszyła ramionami. - Ja nikogo nie zmuszam, żeby pieniądze wydawał.
- O nie... nie, nie... źle mnie pani zrozumiała. Skończyły mi się kanapki i miałam ciężką noc. - Dziewczyna nagle się rozpromieniła. - Jechałam w pociągu z takim małżeństwem i dwójką ich dzieci. To było straszne. Ci chłopcy się ewidentnie nudzili i cały czas marudzili. Jeden chciał oglądać krajobrazy, drugi grać na komórce, w końcu się zamienili, ale najgorsze było to, że mąż tej kobiety...
- Pociągiem? - przerwała jej Hela, czując, że jeszcze chwila, a dorobi się bólu głowy.
- No tak. To był najszybszy sposób, żeby się tu dostać.
- Do Wierzbówki? A czego ty tu szukasz?
- No... - Zawahała się i by zyskać na czasie, otaksowała wzrokiem całą piekarnię. - Prywatnie przyjechałam - odparła w końcu, znów przywołując na twarz szeroki uśmiech. - Ale tu pięknie pachnie od progu. Cynamonem, słodkością i... przytulnością.
- Przytulnością? - powtórzyła Helena, nieznacznie się rozpromieniając. - Może i tak... - Westchnęła w duchu, bo deszcz przybrał na sile, co oznaczało, że zbyt szybko nie pozbędzie się niespodziewanego gościa. - To może zrobię nam herbaty i zjemy po jednej... cynamonce? - zaproponowała, czując, że jej serce zaczęło niebezpiecznie przyspieszać.
Już dawno nie miała okazji usiąść z kimś przy kubku herbaty i po prostu porozmawiać. Bez Bogusia.
- W sumie czemu nie? I tak pewnie będę jeszcze błądzić po okolicy przez dłuższy czas.
- Tu raczej niczego ciekawego nie zobaczysz. - Hela gestem zaprosiła dziewczynę na zaplecze, gdzie czekały na nie dwa stare fotele, niewielki stolik, półka z książkami i szafeczka, na której stały czajnik, kilka kubków, słoik z kawą i drugi z torebkami herbaty. - Wierzbówka słynie jedynie z...
- Wierzb. Mnóstwa wierzb - dokończyła za nią nieznajoma. - Ale ja przyjechałam do dworku.
- Do dworku?! - Z wrażenia aż się zatrzymała w pół kroku. - To stara ruina, czego będziesz tam szukać?
- Ruina?! - Dziewczyna zamrugała gwałtownie.
- No zabytkiem na miarę krajową bym tego nie nazwała. - Roześmiała się nagle, wstawiając wodę do gotowania.
Spojrzała na dziewczynę, która, nieco skołowana, przysiadła w jednym z foteli. Wciąż mokre loczki okalały jej policzki, a pojedyncze krople spływały po włosach, by ostatecznie spaść na kolano lub podłogę.
- A po co ty tam chcesz iść? - zapytała Helena raz jeszcze, krzyżując ramiona na piersi.
Dworek w Wierzbówce nie cieszył się dobrą sławą, a co poniektórzy rozsiewali o nim wiele opowieści. Prawdziwych i mniej, jak to bywa w plotkach, ale żeby dla niego pół Polski zjechać?
Nieznajoma podniosła wzrok i roześmiała się cierpko.
- Miałam nadzieję, że los się do mnie uśmiechnął.
- Los to ci się może jedynie w twarz zaśmiać. Jak wszystkim tutaj...
Woda zaczęła wrzeć. Helena nerwowymi ruchami napełniła dwa kubki i wrzuciła do nich torebki owocowej herbaty. Malinowo-cytrynowy aromat rozniósł się po niewielkim pomieszczeniu.
- Mówiłaś już, jak się nazywasz? - zagadnęła, gdy przysiadła na drugim z foteli.
- Nie... - Dziewczyna zatarła dłonie i objęła nimi ciepły kubek. - Okropna pogoda. Myśli pani, że się poprawi? Szkoda by było, żeby tak lało przez najbliższe dni.
- Mam nadzieję, bo będą straty. Ludzie wtedy rzadziej zaglądają do piekarni... - odparła Helena, podpierając podbródek dłonią.
Straszliwie zaintrygowała ją ta przyjezdna. Niby taka rozgadana, otwarta, ale podejść się nie dała i imienia zdradzić nie chciała.
- Mogę cię zaprowadzić później - zaproponowała, bo dotarło do niej, że być może to jedyny sposób, by się dowiedzieć, jakie były powody przyjazdu do Wierzbówki dziewczyny z niewielkim plecakiem.
- O, chętnie! - Ucieszyła się, odstawiając kubek. Zerknęła przy tym z błyskiem w oku na cynamonki, które Helena przyniosła z piekarni, i przełknęła ślinę. - Naprawdę pachną domowo. Moja babcia kiedyś takie piekła.
- Częstuj się - uprzejmie zachęciła Helena, w duchu dodając: "Przyda ci się trochę słodyczy, gdy przyjdzie gorycz rozczarowania".
Teraz naprawdę zaczęła mieć nadzieję, że deszcz minie tak szybko, jak się pojawił, bo aż ją ściskało w żołądku na samą myśl o tajemnicach, które mogła przywieźć ze sobą nieznajoma.
Ożyw obraz