Rozdział 1
Drzwi głośno skrzypnęły. Amelia wstrzymała oddech. Kot? Po chwili do uszu dziewczyny dotarł odgłos, który ją zaniepokoił. Znieruchomiała, nasłuchując. Czasami zdarzało się, że stare kocisko skradało się tuż za nią, ale tym razem z całą pewnością to nie był kot. Rozejrzała się po spiżarni. Przyszła tutaj tylko po konfiturę, ale po krótkim namyśle wzięła spory słoik ogórków i niepewnie wychyliła głowę za drzwi. Jeśli ktoś się za nimi czai, z pewnością łatwiej będzie go walnąć pokaźnym słojem korniszonów niż malutkim słoiczkiem konfitur. Na korytarzu jednak nikogo nie było, a drzwi wejściowe były zamknięte. Amelia odetchnęła z ulgą. "Pewnie mi się tylko zdawało" - pomyślała.
- Dzień dobry! - usłyszała nagle za plecami męski, zdecydowany głos.
Mimowolnie uniosła rękę ze słoikiem w geście obrony. Przy recepcyjnej ladzie, słabo oświetlonej kiczowatym kinkietem imitującym zapaloną świecę, zobaczyła wysokiego mężczyznę. Nie mogła dostrzec jego twarzy, ale poczuła się nagle głupio z tym słoikiem ogórków w ręku. Zawstydzona szybko opuściła dłoń. Poczuła, że się czerwieni.
- Dzień dobry - powiedziała w końcu.
- Przepraszam - odezwał się gość i zrobił kilka kroków w jej stronę. - Nie chciałem pani przestraszyć - dodał. - Czy to pensjonat "Bryza"? Nie zauważyłem szyldu na zewnątrz, ale nawigacja uznała, że jestem u celu.
Amelia kiwnęła głową.
- Chciałbym wynająć pokój.
- Oczywiście. - Dziewczyna odstawiła w końcu słoik na ladę recepcyjną.
Na co dzień to Marta zajmowała się przyjmowaniem gości.
Teraz jednak jej nie było. Jak w każdy piątek oddawała swoją urodę w ręce kosmetyczki. Niewiele jej to, co prawda, pomagało, bo zawsze wracała z tymi samymi zmarszczkami i tym samym podłym charakterem, ale przynajmniej w ten jeden dzień w tygodniu Amelia miała ją z głowy.
Dziewczyna niepewnie otworzyła kalendarz rezerwacji. Czuła, że dłonie jej drżą, kiedy przewracała kartki.
- Pana godność? - zapytała, unosząc wzrok. Mężczyzna był znacznie wyższy od niej. Ciemne, prawie czarne, modnie ostrzyżone włosy podpowiadały, że gość przyjechał z miasta. Tutaj, w małej miejscowości, mężczyźni nie dbali tak bardzo o swój wizerunek jak ci miastowi.
- Aleksander Domański - przedstawił się mężczyzna i lekko uśmiechnął.
Amelia wstrzymała oddech. "Domański? Ten pisarz?" - przebiegło jej przez myśl. Mężczyzna chyba wyczytał nieme pytanie malujące się na jej twarzy, bo prychnął i odpowiedział nieoczekiwanie:
- Tak, ten pisarz. Dziwię się, że nie rozpoznała mnie pani od razu. - Uniósł wyniośle brew. - Chciałbym tu zostać kilka... może kilkanaście dni. Albo jeszcze dłużej. Później zdecyduję.
- Oczywiście. Proszę się rozgościć. Resztę formalności omówi z panem właścicielka pensjonatu, pani Marta. - Amelia, podając mężczyźnie klucz z ciężkim brelokiem, na chwilę uniosła wzrok, ale zaraz go spuściła, zawstydzona.
- Dziękuję. - Sięgając po klucz, celowo musnął palcami jej dłoń, wyraźnie rozbawiony zażenowaniem dziewczyny. - Jak pani ma na imię? - zapytał. Zaintrygowała go ta młoda, niewysoka kobieta. Liczył, że znów spojrzy na niego, by mu się przedstawić. Nie mylił się.
- Amelia. - Dziewczyna usiłowała się uśmiechnąć swobodnie. Intensywnie niebieskie oczy spojrzały na mężczyznę.
- Piękne ma pani oczy, pani Amelio. - Nie czekając na reakcję dziewczyny, odwrócił się w stronę korytarza, z którego wchodziło się do kilku pokoi hotelowych.
Dziewczyna skierowała się do kuchni. Ziemniaki! Musi obrać ziemniaki. Jedną porcję więcej dla niespodziewanego gościa. No i powinna zajrzeć do rosołu. "Aleksander Domański! Kto by pomyślał?" Uśmiechnęła się pod nosem. Przeczytała dwie z kilkunastu jego książek.
Przypomniała sobie, jak kiedyś fabuła gorącego romansu Domańskiego wciągnęła ją tak bardzo, że kiedy dotarła do ostatniej strony, ptaki za oknem budziły się do życia.
- Pani Amelio - usłyszała nagle za plecami męski głos. Wzdrygnęła się, upuszczając nie do końca obrany ziemniak, który potoczył się głucho po podłodze. Szybko poderwała się z niskiego taboretu i wytarła dłonie w mały kuchenny ręcznik.
- Słucham pana - odezwała się nerwowo.
- Przepraszam. Zdaje się, że znowu panią przestraszyłem.
- Domański patrzył na ziemniaka, który w końcu się zatrzymał pod drewnianym stołem. "Co ja takiego w sobie mam, że wszystkie na mój widok tracą głowę?" - przemknęło mu przez myśl.
- Nic nie szkodzi. - Próbowała się wesoło roześmiać, ale wyszedł jej tylko krzywy grymas, a oczy zdradzały zdenerwowanie.
- Nie szkodzi? - Aleksander uniósł lekko brew. - Lubi pani być straszona?
- Nie o to mi chodziło. - Spuściła wzrok, czując, że zaraz spłonie ze wstydu.
Mężczyzna zdążył jednak zauważyć granatowe iskierki w błękitnych tęczówkach Amelii.
- Potrzebuję pani pomocy. - Domański postanowił dłużej nie drążyć tego tematu. Dziewczyna z jednej strony zaciekawiła go, ale z drugiej zaczynało go już irytować jej zażenowanie. - Czy mógłbym dostać dwa ręczniki? Nie znalazłem ich w łazience. Sądziłem, że są standardowym wyposażeniem pokoi w pensjonatach. - Znowu uniósł brew zniecierpliwiony. "Co za dziura. Nawet o ręcznik trzeba się upomnieć. Może chociaż dają tu dobrze zjeść" - pomyślał i jak na zawołanie poczuł burczenie w brzuchu.
W pomieszczeniu unosił się zapach gotującego się rosołu. Rosół musi pyrkać na ogniu powoli przez kilka godzin. Tylko wtedy wszystkie warzywa i mięso stworzą najlepszy związek aromatyczno-smakowy. Zerknął w stronę źródła zapachu.
- Oczywiście. - Amelia wyminęła Aleksandra w drzwiach kuchni i podążyła w kierunku szerokiej starej szafy w końcu korytarza. - Przepraszam, moje niedopatrzenie - dodała, podając gościowi ręczniki.
- Dziękuję. - Mężczyzna wziął je z rąk dziewczyny i znowu mimochodem dotknął jej dłoni. Zaskoczyło go przyjemne ciepło. Spodziewał się raczej zimnych, może nawet lekko spoconych ze zdenerwowania rąk.
Amelia odskoczyła jak oparzona i ruszyła w kierunku kuchni.
- Pani Amelio - zawołał za nią Domański. - Mam jeszcze jedną prośbę. - Ku swojemu zaskoczeniu usiłował zatrzymać dziewczynę jeszcze na chwilę. Miała w sobie coś intrygującego i wkurzającego zarazem. Jeszcze nie potrafił powiedzieć, co przeważało. A może po prostu był głodny i liczył na talerz rosołu przed porą obiadową?
Amelia zatrzymała się, głęboko odetchnęła i powoli odwróciła. "Czego on jeszcze może chcieć?" - pomyślała. - "Strasznie upierdliwy z niego bufon!"
- Słucham? - odezwała się głośniej niż poprzednio. Miała nadzieję, że mężczyzna nie wyczuje zniecierpliwienia w jej głosie. Naprawdę czekało na nią sporo pracy, nie miała czasu na pogawędki z jakimś nadętym pisarskim snobem. Aleksander Domański był niewątpliwie dobrym pisarzem, jego książki nie schodziły z list bestsellerów od wielu miesięcy, ale w bezpośrednim kontakcie sprawiał wrażenie wyniosłego, patrzącego na wszystkich z góry celebryty.
- Nie znam tutejszych okolic. Czy mogłaby mi pani pokazać co ciekawsze miejsca? Słyszałem, że są tu niezwykłe widoki. Nie chciałbym oglądać ich sam. - Nie dowierzał swoim własnym słowom. Gdzieś zniknął wyniosły ton w jego głosie, mający trzymać podfruwajki na dystans. Mało tego, właśnie zaproponował tej dziewczynie zakamuflowaną randkę! On, Aleksander Domański, wieczny kawaler, bynajmniej nie do wzięcia. Nie żeby nie lubił kobiet. Lubił, ale nie znosił, kiedy angażowały się zbyt mocno w te przelotne przecież romanse. Randka! Pokręcił głową z niedowierzaniem. "Dobrze, że nie zaproponowałem jej od razu śniadania do łóżka" - pomyślał.
- Ale... że teraz? - zdziwiła się Amelia. Spodziewała się raczej, że gość będzie narzekał na dywan w pokoju albo widok za oknem, ale nie sądziła, że zaproponuje jej rolę przewodnika po miasteczku. - Nie mogę - oświadczyła zdezorientowana.
- Nie, nie. Nie teraz. W wolnej chwili. - Czyżby poczytny pisarz niespodziewanie dostał kosza? Aleksander przeczesał dłonią ciemne włosy, nie zważając na to, że misternie ułożone na żelu kosmyki właśnie zmieniły swoje położenie i śmiesznie sterczały. Mężczyzna patrzył wyczekująco na dziewczynę, która zdawała się rozważać odpowiedź. Bezwiednie rozchyliła usta, ukazując fragment białych, równych zębów. Po chwili w półotwartych ustach pojawił się na sekundę koniuszek języka, który szybko oblizał spierzchnięte wargi i schował się z powrotem. Aleksander przełknął ślinę. "Cholera - pomyślał - co za dziewczyna!"
Zapadła krępująca cisza. Dało się słyszeć miarowe stukanie gdzieś pod sufitem. Domański zadarł głowę i dostrzegł niewielkie, lekko uchylone okienko. Na jego klamce kołysało się coś w rodzaju breloczka z muszelką na końcu. Wiejący od czasu do czasu wiatr powodował, że muszelka stukała w szybę, odmierzając czas niczym kukułka w zegarze.
- To jak będzie? - zapytał.
- Sama nie wiem - odpowiedziała. Tak naprawdę bardzo chętnie wybrałaby się po pracy na spacer. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio dotykała stopami miałkiego piasku, a morska bryza rozwiewała jej włosy. Propozycja była bardzo kusząca. Ale z obcym facetem? A w dodatku nadętym pisarzem? Poza tym... jest przecież Grzegorz. Jaki jest, taki jest, ale jest. Niestety. A jeśli się dowie? Amelia ważyła w sobie wszystkie za i przeciw. Aleksander patrzył na nią wyczekująco. Lekko zmrużył ciemne oczy, a na jego czole pojawiła się szeroka bruzda. "Czy tak wygląda skupiony na pisaniu powieści autor?" - zastanawiała się, zamiast odpowiedzieć na proste pytanie i przerwać tę męczącą ich już ciszę.
- No dobrze - powiedziała zamyślona i natychmiast przeraziła się tego, co właśnie zrobiła. "Jak się Grzegorz dowie..."
- Świetnie! - wykrzyknął Aleksander, przerywając myśli dziewczyny. Odezwał się na tyle głośno i nieoczekiwanie, że Amelia wzdrygnęła się i nieświadomie oparła o szafkę ze zlewem.
- O! Znowu panią przestraszyłem - powiedział już ciszej, wyraźnie rozbawiony.
- Nic nie... - Urwała w pół zdania.
- Wiem, wiem. "Nic nie szkodzi". - Mężczyzna wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Amelia poczuła, że znów się czerwieni. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Przyjechał taki jeden pisarzyna, a ona nagle zapomina języka w gębie. W dodatku zgodziła się oprowadzić go po okolicy. Jak wytrzyma jego towarzystwo? No i co na to wszystko powie Grzegorz? Myśli o mężu wracały zawsze w nieodpowiednich chwilach. Wówczas jej oddech stawał się płytszy, a szczęka twardniała, uniemożliwiając swobodną rozmowę czy chociażby uśmiech.
A kiedyś było przecież zupełnie inaczej. Poznała Grzegorza na plaży. Grała w siatkówkę z przyjaciółmi i nagle piłka zmieniła tor i poleciała w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Trafiła w głowę mężczyznę leżącego na niewielkim ręczniku. To był Grzegorz. Zerwał się na równe nogi i nerwowo strzepywał piasek z mokrych włosów. Ostatecznie jednak przyłączył się do gry i wywalczył nawet zwycięstwo dla drużyny Amelii. A potem odprowadził ją do domu. Wtedy zaiskrzyło. Zaczęli się spotykać.
Amelia bardzo często wracała myślami do tamtego letniego dnia. Wszystko zapowiadało się tak pięknie. Wysoki, przystojny chłopak zwrócił uwagę właśnie na nią, a nie na jej wymalowane, wdzięczące się do mężczyzn koleżanki. Gdyby tamtego dnia wiedziała, jaki naprawdę jest przystojny Grzegorz, nigdy w życiu nie pozwoliłaby, aby ją odprowadził wtedy do domu.