Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku - Stefan Sękowski

Kup ebooka

22.00 zł
18.62 zł (18,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

IWALKA NA KIJE

Na tle zachmurzonego nieba stoi naprzeciwko siebie dwóch mężczyzn. Ten z lewej trzyma w ręce kij, ma otwarte usta, jakby krzyczał. Ten z prawej zasłania twarz ramieniem, a jednocześnie prawą ręką zamachnął się na przeciwnika niczym tenisista, który próbuje uderzyć z forehandu. Obraz Francisco Goyi Walka na kije, przedstawiający prawdopodobnie tradycyjny plebejski sposób pojedynkowania się w Hiszpanii, poznałem dzięki poezji Jacka Kaczmarskiego. W jego ostatnim programie znalazła się piosenka Okładający się kijami, która chodzi za mną od dłuższego czasu. Gdy ją usłyszałem po raz pierwszy, była dla autora "metaforą taktyki politycznej polskiej prawicy" lub "dotykała jakichś mrocznych stron naszej społecznej natury, jeśli coś takiego posiadamy jeszcze"[1]. I niestety, o ile to pierwsze było prawdziwe w roku 2000, gdy utwór powstawał, o tyle dziś wyraźnie widać, jak bardzo trafna jest ta druga, bardziej uniwersalna teza.

Żeby to uwidocznić, trzeba by zacytować in extenso całą piosenkę (czy też wiersz śpiewany, bo przecież literacko piosenki Kaczmarskiego są wybitną poezją). Ograniczę się jednak do fragmentów, a zainteresowanych odsyłam do całego programu Mimochodem. Z tekstu dowiadujemy się, że "Pod zmierzchu złocistym obłokiem / Co sił w grzbietach swój swego bije / Pijany wolności wyrokiem". Zakopani po kolana w ziemi "ugrzęźli na dobre w Ojczyźnie" i biją "odbicie swych wstydów i zniewag / Co ciałem oblekły się bliźnim". Nie ma w tym nic produktywnego - "wytłukli do cna żyzne myśli / i światło się od nich oddala". Widok to godny pożałowania, bo "prócz plucia i stania w rozkroku / o niczym nie mają pojęcia / a mimo to wierzą głęboko / że stanie się cud Wniebowzięcia". Słucham tej piosenki i widzę twarze Stefana Niesiołowskiego i Krystyny Pawłowicz, podniesione w górę pięści działaczy Komitetu Obrony Demokracji i Klubów "Gazety Polskiej". Polityków, których debaty są jałowymi monologami i do niczego nie prowadzą, którzy nie potrafią już wykrzesać z siebie żadnych konstruktywnych idei.

Jeśli ktoś uważa, że strywializowałem uniwersalny przekaz, sprowadzając go do roli komentarza do "tu i teraz", to nie ma racji. Po pierwsze, zrobił to sam autor kilkanaście lat temu. Po drugie, polityka nie jest niczym banalnym. Tak może nam się wydawać, jeśli zapomnimy o greckich korzeniach naszej cywilizacji - a trzeba pamiętać, że mieszkańcom starożytnych Aten polityka jawiła się jako najbardziej wzniosła działalność, ukierunkowana na roztropną dbałość o dobro wspólne. Po trzecie, nawet jeśli uznamy, że to były tylko czcze bajania oderwanych od rzeczywistości filozofów, to polityka ma na nas ogromny wpływ. Choć nie aż taki, jak wyobrażają sobie decydenci. Jesteśmy bowiem państwem półperyferyjnym, w dużej mierze zależnym od większych graczy na arenie międzynarodowej. Polityk jest niczym surfer, który może wskoczyć na wysoką falę i na niej pędzić, a gdy pogoda się załamie, może starać się nie utonąć i dopłynąć do brzegu. Na samo pojawienie się fali wpływu jednak nie ma. Dobra fala wynika ze splotu korzystnych okoliczności, które pozwalają nam żyć mrzonkami, że nic złego nie może nas spotkać. Świat w końcu, po 10 latach, wychodzi z recesji. Gospodarki licznych silnych krajów, z którymi łączą nas więzi handlowe, mają się coraz lepiej, a dzięki temu i nasza. Jesteśmy średniej wielkości państwem leżącym nad Bałtykiem, nie mamy bezpośrednio do czynienia z tysiącami uchodźców z obcych nam kulturowo krajów, którzy - bez względu na to, czy traktujemy ich pojawienie się u wybrzeży Grecji lub Włoch jako katastrofę humanitarną, czy jako inwazję złowrogich imigrantów ekonomicznych - destabilizują sytuację w regionie śródziemnomorskim. Udało się nam także ustrzec przed atakami terrorystycznymi, a położenie geopolityczne mamy najlepsze od lat, przynależąc do bloku państw zachodnich (w ramach UE i NATO) i będąc oddzielonymi od drapieżnej Rosji buforem słabych, ale jednak względnie niepodległych państw: Ukrainy i Białorusi.

Polska nie musi trwać wiecznie

To mrzonki, że taka sytuacja może się utrzymać wiecznie. Wystarczy bowiem niewielka zmiana warunków - oficjalne odwrócenie się od nas sojuszników, nasilenie się konfliktu na Ukrainie skutkujące otwartym exodusem uchodźców z tego kraju, przejście Moskwy na ręczne sterowanie w Mińsku czy wjechanie samochodem w tłum osób spacerujących po placu Piłsudskiego w Warszawie przez fundamentalistycznego terrorystę - by to wszystko runęło jak domek z kart. Jednak politycy o tym nie myślą. Nie mając najwyraźniej świadomości, że na świecie dzieją się rzeczy naprawdę niebezpieczne, wolą prowadzić grę o małą stawkę w kraju. Destabilizują instytucje, które w sytuacji kryzysowej mogą okazać się bezradne, i prowokują napięcia rozhuśtujące i tak już niepewnie utrzymującą się na falach naszą narodową deskę, by trzymać się wcześniejszej metafory.

Przykładem, który obrazował to zjawisko, był kryzys parlamentarny z grudnia 2016 roku. Jego przebiegu nikt się nie spodziewał. Coś, co zaczęło się od sporu wokół zasad funkcjonowania dziennikarzy w sejmie, stało się ogólnokrajowym konfliktem paraliżującym działanie najważniejszych organów państwa. Blokowanie przez opozycję sali plenarnej sejmu nie było tylko drobną niedogodnością dla marszałka Marka Kuchcińskiego, ale doprowadziło do chaosu, w wyniku którego nie jesteśmy pewni, czy prawo uchwalane przez parlament jest... zgodne z prawem. W ogóle mało czego możemy być pewni. Po uchwaleniu kolejnych ustaw o Trybunale Konstytucyjnym, po nieopublikowaniu części jego wyroków wydanych przez stare składy, a także po wypowiedziach niektórych nowych sędziów, które wskazują, że przy ocenie konstytucyjności aktów prawnych mogą się oni kierować politycznymi powiązaniami z rządem, trudno w Polsce mówić o niezależnej kontroli zgodności legislacji z ustawą zasadniczą. Takie działanie Prawa i Sprawiedliwości ułatwia jednak opozycja, która od samego początku odmawia tej partii jakiegokolwiek prawa do rządzenia Polską. Upadek praworządności w naszym kraju i psucie kolejnych instytucji mają miejsce, oczywiście, z woli ekipy aktualnie sprawującej władzę, ale też dochodzi do tego na zasadzie samospełniającej się przepowiedni: nie byłoby przecież kompletnie nieodpowiedzialnego wykluczenia posła Michała Szczerby przez marszałka Marka Kuchcińskiego, gdyby opozycja sukcesywne nie doprowadzała marszałka do emocjonalnej ostateczności. Nie byłoby też sławetnego głosowania w Sali Kolumnowej, gdyby nie blokada trybuny sejmowej przez polityków Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej. Obie strony ponoszą odpowiedzialność za zaistniałą sytuację.

Od tamtego czasu sytuacja się nieco uspokoiła - także dzięki odważniejszym wystąpieniom prezydenta Dudy - co nie zmienia faktu, że obie strony znajdują się w ostrym klinczu, na którym ostatecznie tracimy my wszyscy. Pisanie takich słów to jak wkładanie głowy między młot a kowadło, ponieważ zaraz ktoś powie: nie, nieprawda, to oni, ci drudzy są bardziej winni. Co więcej, krytykowanie obu stron sporu kończy się często zarzutami o sławetny symetryzm, dwulicowość, siedzenie okrakiem na barykadzie, cynizm, relatywizowanie zła, a nawet (o zgrozo!) o ubieganie się o pracę w "Newsweeku" czy "Gazecie Wyborczej". W swej niechęci do każdego, kto stara się ważyć racje ("Kto sam, ten nasz najgorszy wróg"), partyjni kibole są do siebie tak podobni, że gdyby zamienili się poglądami i barwami klubowymi, nie dałoby się ich odróżnić. Prawdę mówiąc, mam już tego serdecznie dosyć, stąd pomysł na książkę, która być może zjednoczy oba zwaśnione plemiona w niechęci do autora, co byłoby jednak pewną korzyścią.

Te same buty

Spór nie jest zły dlatego, że jest sporem. Różnice w podejściu do tego, jak ma wyglądać nasza Ojczyzna, były, są i będą - na tym zresztą polega pluralizm w demokracji. Co więcej, temperatura sporu może świadczyć o szczerości intencji jego uczestników. Zresztą daleko nam jeszcze (mam nadzieję) do walk politycznych z okresu II RP, gdy każda partia polityczna miała swoje bojówki, rozbijające wiece konkurencji i ważące racje za pomocą pałek, kastetów i rewolwerów. Dziś zabójstwa polityczne, takie jak zamordowanie działacza Prawa i Sprawiedliwości Marka Rosiaka przez byłego członka Platformy Obywatelskiej Ryszarda Cybę, są, na szczęście, wyjątkami. Chodzi o to, że forma, jaką ta walka przybrała, wyczerpuje nas wewnętrznie i utrudnia reagowanie na dynamicznie rozwijającą się sytuację na świecie. Powtórzę: to, że islamistyczne zamachy terrorystyczne mają miejsce (przynajmniej do momentu, w którym piszę te słowa) za naszą zachodnią granicą, a rosyjska agresja (przebrana w stroje "separatystów") - za wschodnią, nie powoduje, iż jesteśmy samotną wyspą, której te sprawy nie dotyczą. Unia Europejska przeżywa największy kryzys od lat; trwa exodus uchodźców z terenów objętych wojnami i suszą w Afryce i na Bliskim Wschodzie; na Pacyfiku dochodzi do coraz większych tarć między Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Chinami; tymczasem my po swojemu kłócimy się o to, kto ma większe prawo rządzić krajem. Ten spór jest szkodliwy także dlatego, że utrudnia sensowne krytykowanie poczynań rządów Prawa i Sprawiedliwości. Niech to posłuży za odpowiedź na zarzut o "symetryzm": nie uważam, że należy stosować te same standardy oceny wobec rządu i opozycji. Prawo i Sprawiedliwość należy oceniać surowiej z tego samego powodu, z którego w latach 2007-2015 należało surowiej oceniać PO i PSL: PiS obecnie rządzi Polską i ponosi większą odpowiedzialność za to, co się dzieje, niż opozycja. Gdy jest za co chwalić, należy chwalić, a gdy jest za co krytykować, należy krytykować. A jest za co. PiS nie szanuje wartości, jaką jest ciągłość instytucji czy kształtowanie się elit państwowych; zachowuje się nieodpowiedzialnie, jeśli chodzi o politykę gospodarczą, budżetową, zagraniczną czy obronną; uderza swoimi działaniami w fundamenty, na których zbudowane jest demokratyczne państwo prawa, takie jak własność prywatna czy niezależność sądownictwa; parlament zamienia w bezwolną i bezmyślną maszynkę do głosowania; podgryza także swobody obywatelskie i możliwość niezależnego relacjonowania rzeczywistości politycznej przez media, które - w przypadku telewizji publicznej - uczyniło swoją tubą propagandową. Słowem, robi dokładnie to samo, co robiła rządząca przed nim koalicja PO-PSL. O ile jednak Donald Tusk starał się stąpać z gracją, o tyle Jarosław Kaczyński, wchodząc w jego buty, nie patrzy pod nogi. To oznacza jednak, że PO jest w swej krytyce rządów PiS zupełnie niewiarygodna. Gdy dodamy do tego jeszcze histerię i agresję, z jaką zwolennicy Komitetu Obrony Demokracji odnoszą się do swoich przeciwników - by wspomnieć choćby haniebne utrudnianie Kaczyńskiemu wjazdu na Wawel, na grób brata - człowiek woli jednak stanąć z boku. Co znów nie oznacza symetryzmu wedle zasady "Panie, oni wszyscy są tacy sami". Każdy ma swoje sympatie i antypatie, oby jak najczęściej związane ze wspólnotą poglądów lub jej brakiem, a nie z chęcią podwieszenia się pod tę czy inną sitwę. Kiedy jednak obserwuje się działania obu sił, to aż odechciewa się darzyć kogokolwiek polityczną sympatią, o ile oczywiście nie uznaje się zasady, że cel uświęca środki, a nasza racja musi być na górze bez względu na wszystko. Przecież gdy przyglądamy się kolejnym posunięciom PiS, widać, że robią to samo, co PO, tylko bardziej. Najświeższa sprawa (choć - biorąc pod uwagę cykl wydawniczy książki - dla czytelnika pewnie już nie taka świeża): kampania "informacyjna" dotycząca postulowanej reformy sądownictwa prowadzona przez Polską Fundację Narodową. PFN funkcjonuje dzięki pieniądzom uzyskanym od spółek skarbu państwa i ma za zadanie promowanie wizerunku Polski w kraju i za granicą. Tymczasem wydała grube miliony na kampanię, która ma przekonać Polaków, że reforma sądownictwa zaproponowana przez najtwardszy beton pisowski jest jedynie słuszna; w dodatku kampanię tę robi spółka Solvere, którą założyli byli bliscy współpracownicy Beaty Szydło. Abstrahując od tego, że chęć usprawnienia wymiaru sprawiedliwości nie musi jednocześnie oznaczać chęci przekazania ministrowi sprawiedliwości wszechwładzy nad składem Sądu Najwyższego, tego typu kampania mogłaby się odbyć za pieniądze, jakie z dotacji otrzymało PiS. I nie musiałaby wcale zasilać kieszeni osób związanych z tą partią, co przywodzi na myśl niegdysiejsze sute kontrakty zawierane przez rząd PO-PSL z powiązaną z ludźmi Platformy spółką Cam Media.

Podobieństwa można mnożyć - i będę to robić w tej książce - jednak nie chcę się do nich ograniczać. To byłoby zbyt proste i niezbyt konstruktywne. Spróbujmy sięgnąć do trzewi problemu, zbadać, skąd się wziął podział - radykalny a jednocześnie jałowy. Bo choć można wskazać pewne różnice w retoryce czy fundamencie ideowym, na którym swoją działalność opierają politycy obu sił (ci, którzy w ogóle wyznają jakieś idee), to obie ekipy powtarzają nawzajem swoje błędy i w zasadzie są bliźniaczym rodzeństwem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

WSTĘP

Tę książkę powinienem zadedykować marszałkowi sejmu Markowi Kuchcińskiemu z Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowi Michałowi Szczerbie z Platformy Obywatelskiej. Obserwowanie, jak w grudniu 2016 roku koncertowo wspólnie doprowadzają do wybuchu kryzysu parlamentarnego, zachęciło mnie do jej napisania. Wiele intuicji w niej zawartych miałem już wcześniej, ale te wydarzenia ostatecznie uzmysłowiły mi, jak bardzo nieodpowiedzialny stosunek do polityki mają nasze totalna koalicja i totalna opozycja i że tak właściwie niewiele się od siebie różnią.

Rządy PiS czy - jak chcieliby tego jego o wiele mniejsi sojusznicy, którzy walczą o uznanie swej podmiotowości - Zjednoczonej Prawicy, nie są tak naprawdę "dobrą zmianą", tylko żadną zmianą. Politycy tej formacji wchodzą w buty swoich poprzedników, w wielu miejscach pogłębiając patologie naszego państwa. Nie chciałem jednak pisać pamfletu na politykę aktualnego rządu (zwłaszcza, że poprzednicy wcale nie byli lepsi, a konkurencja nie powala na kolana), choć porównywanie tego, co mamy dziś, do tego, co mieliśmy wcześniej, jest istotną częścią tej książki. To, jak wygląda Polska, jest bowiem efektem nie wydarzeń z ostatnich dwóch czy dziesięciu lat, ale o wiele głębszych zjawisk. Przemiany po 1989 roku doprowadziły do jakościowej poprawy życia politycznego czy gospodarczego w stosunku do okresu PRL. Jednak od tamtego czasu naszym elitom politycznym i społecznym nie udało się zbudować republiki - politycznej wspólnoty wolnych obywateli. Naszą ojczyznę traktujemy jako arenę walki o podział łupów lub o wykazanie moralnej wyższości. Co nie pozwala nam się rozwijać i utrudnia wykorzystanie potencjału, jaki w nas drzemie.

W kolejnych rozdziałach staram się pokazać, dlaczego tak się dzieje. Piszę, skąd, moim zdaniem, bierze się zjawisko tak ostrego, a przy tym tak jałowego sporu politycznego w Polsce. Staram się podejść do sprawy możliwie empatycznie, bo choć kusi stwierdzenie, że tak drastyczna polaryzacja zwyczajnie się obu stronom opłaca, to jednak na pewno nie wyczerpuje ono tematu. Pokazuję też, jak przedmiotowo wszystkie strony politycznego sporu traktują demokrację. Opisuję, jak przez prawie 30 lat nie zbudowano - a nawet nie budowano - społeczeństwa właścicieli, które nie tylko niosłoby na barkach polską gospodarkę, ale także mogłoby być podmiotem zdarzeń politycznych: również PO i PiS tego nie robiły i nie robią. Wreszcie - szukam rozwiązania tych dylematów.

Wierzę, że dobra zmiana jest możliwa. Wymaga ona jednak przemiany myślenia, którą można zacząć... na przykład biorąc do ręki tę książkę bez zastanawiania się nad tym, komu ma ona służyć czy też komu na rękę jest taka lub inna argumentacja. Parafrazując słowa Ewy Kopacz, zostawcie Państwo, proszę, swoje sympatie i antypatie przed drzwiami czytelni i skupcie się na sprawach, których dotyczy ta lektura, a nie na ludziach. Pewnie dla wielu jest to oczywiste, ale jednak piszę o tym, ponieważ rzetelna dyskusja zbyt często rozbija się o mur tożsamościowy.

A książkę dedykuję mojej żonie Magdzie - bez której wsparcia pewnie by nie powstała.