Zaduszki - Piotr Szewc

-
Proszę czekać

Szczelina

Obudziło mnie szczekanie, znajome, choć dalekie. Przez chwilę nie byłem pewny, gdzie się znajduję; spojrzałem na sufit i uchylone w letnią noc okno. Wtedy dotarło do mnie, że to nie szczekały psy. Mewy - dwie lub trzy, kto je wie - przekrzykiwały się w ustępującej znad Wrzeszcza ciemności; noc bez pośpiechu oddawała miejsce świtowi, wycofywała się nad sam Bałtyk, może jeszcze dalej, aby przeczekać ranek i długi lipcowy dzień. Pora szczególna, większość ludzi jeszcze spała; budzili się, nie wiadomo po co, tacy jak ja. A krzyk mew, trochę inny niż zwykle, przypominał mi psi skowyt, głos rozpaczy, skargę, publiczne - takie, żeby wszyscy słyszeli - obwieszczenie nieszczęścia. Mewy wykrzykiwały je na skraju nocy i nad dachami domów; w czyim imieniu to czyniły? Były wysłanniczkami z tego czy z innego świata? Że jeszcze usnę, nie mogło być mowy, ale nie było to ważne. Wsłuchiwałem się w dochodzące z ciemności inne odgłosy: pociąg przejechał hałaśliwie po pobliskim nasypie, rurami z impetem przeleciała woda. Miasto odliczało ostatnie kwadranse nocnego odpoczynku. I nastała, jak makiem zasiał, cisza.

O Boże, pomyślałem. Tylko Boga mogłem wezwać na świadka i ratunek. Ale ratunek przed czym? Mewa jeszcze raz zaskowyczała w pobliżu i odleciała. Czy mewy można nazwać duchami? Nie wiedziałem. Jedne duchy odlatywały, inne przybywały. Ileż razy widziałem mewy, które nagle na rozpostartych skrzydłach nadciągały znikąd, by zaraz zniknąć, jakby ich nigdy nie było. Kto wierzy we współistnienie zjawisk i rzeczy oraz w to, że wywierają one na siebie wpływ; że i świat obowiązuje ich niejawne prawo, ten nie zdziwi się emocjom i chaotycznym myślom, jakie wzbudzało we mnie nieoczekiwane pojawienie się rozkrzyczanych ptaków. W powietrzu, nad miastem, a zapewne i wszędzie indziej, bez przerwy trwał ruch duchów; przemieszczały się, jakby czegoś lub kogoś szukały, miały różne i chyba pilne sprawy na głowie. Misja czy zadania, niejako rutynowe, przynależne ich stanowi? Duchy z różnych czasów i różnych miejsc - one najlepiej wiedziały, co je łączyło i jaką reprezentowały wspólnotę. A gdzie ja w tym wszystkim i co teraz tutaj robię? Co za splot nie całkiem zależnych ode mnie okoliczności życia sprawił, że nie ma mnie tam, gdzie chciałbym być, a może być powinienem? Chyba sen ponownie, choć się tego nie spodziewałem, wziął mnie we władanie; nie wiemy, kiedy, w którym momencie zasypiamy. Jeszcze raz, trochę się zmuszając, spojrzałem na ledwo szarzejącą ciemność za szparą uchylonego okna.

I zacząłem, pozornie bez ruchu na wąskim łóżku, energicznie rozgarniać mrok, rozpychać się w mroku, jakbym chciał, uwięziony - ale przez kogo uwięziony? - uwolnić się i wrócić tam, gdzie było moje właściwe miejsce. Właściwe miejsce - nawet tak pomyśleć wydało mi się śmiałe... Zapewne gdyby ktoś mnie obserwował, moje ramiona mogły przypominać obracające się skrzydła wiatraka, ale mnie nie było do śmiechu, mój wysiłek i zamiar nie miały nic wspólnego z pokazem dla anonimowego widza. Siła woli i coś, co nazwałbym instynktem albo - mówiąc inaczej - kompasem wewnętrznym, sprawiły, że rozjaśniło się wokół mnie, zobaczyłem budowle, ceglaną bryłę kościoła w Horyszowie, tarczę zegara i kopułę ratusza, jesiony, które rosły przed szkołą na Lwowskiej, ceglane młyny na Listopadowej i Spadku, drogi, zakręty, łąki i strumienie... Niemożliwe okazało się możliwe - zobaczyłem je naraz i każde z osobna, żadnego przy tym pomieszania czy nieładu, jakbym wrócił w miejsce, z którego niedawno odszedłem, zobaczyłem dokładnie, wraz z przynależnym budowlom i miejscom szczegółami. Każdy obraz na krótko, jak w dziecinnym, obracanym w dłoniach kalejdoskopie, jeden ustępował miejsca drugiemu. To się nie kończyło, przeciwnie - to się dopiero zaczynało. No i twarze, tak wiele twarzy, a każda taka, jak ją widziałem po raz ostatni. Z kim najpierw się witać i kogo obejmować? Nie byłem wylewny, ale przecież nie mógłbym się powstrzymać.

Cóż za cudowna chwila, gdy świat, który kochamy i do którego jesteśmy przynależni, jawi się w swej obfitości, niczego nie ukrywa i jest nie mniej prawdziwy niż kiedyś. Wszystko swojskie, czyli i moje. Ponownie moje. Spełniłaby się tak - cząstkowo i najbardziej indywidualnie - idea połączenia, swego rodzaju powrotu, zwana apokatastazą? Była to myśl nader śmiała, wręcz zuchwała, ale nie mogę zaprzeczyć, że zaświtała mi w przebłysku świadomości. Jeśli to sugestia, to jakże niezwykła. Więc przedzierałem się przez kłujące krzaki malin w sitnieńskim lesie - tu z kanką przyjeżdżałem na rowerze - przez porośnięte trzciną i tatarakiem mokradła w Łapiguzie, przez wysoką, ostrą trawę znad Łabuńki, którą pokonywałem tylko po to, by moczyć stopy w zimnym nurcie... Jechałem na rowerze ścieżkami i polnymi drogami przez Kalinowice - pośród zagonów, tam, gdzie nie było aut ani asfaltu - żeby odwiedzić kolegów ze szkoły i hodowców gołębi. Nieważne, że te ścieżki i pyliste wertepy już nie istniały; nie miałem czasu ani ochoty dociekać, jak to możliwe, że jednak miały się w najlepsze, jak kiedyś, i prowadziły mnie do celu. Celu... A cóż było tym celem? Czy znajdę tu coś, co kiedyś przeoczyłem, zagubiłem, uznałem za niewarte uwagi? Wiele wskazuje, że wcale nie o to chodziło. Zastanawiałem się - a dla takich medytacji nie ma niewłaściwej chwili - czy psy, które znałem, szczekały jednocześnie. Mogło tak być, acz wtedy i tam - czyż wtedy i tam nie powinny być pisane dużą literą? - psy szczekały pojedynczo, czyli każdy osobno, jeden za Hrubieszowską, może na Wierzbowej lub na Kmicica, drugi za Lwowską, gdzieś obok Młyńskiej, w pobliżu mieszkania pani Malugowej, trzeci w okolicach Gminnej, za przedszkolem i małymi blokami, w których mieszkali moi rówieśnicy - Ewa, Bogdan i Rysiek.

Naraz - ja w tenisówkach i krótkich spodniach na polnej, prowadzącej wśród zagonów drodze - dwie panie, Suchowierzchowa i Kawowa. Nie znały się i nie sądzę, by kiedykolwiek się widziały. A jednak coś je łączyło - to znajomość i rozmowy ze mną. Czyli ja w roli ogniwa pośredniego, acz niezbędnego. Raczej błahostki i sprawy powszednie; to one, obie panie, mogły mieć mi coś do powiedzenia, a nie ja im. Jedna ze Spadku, z dużego, na biało pomalowanego domu osłoniętego konarami okazałego orzecha, druga z Czołek, z naszego sąsiedztwa, z domu też dużego, drewnianego, z brązowoszarych desek, ukrytego między drzewami owocowymi i ponad okap dachu wyrośniętymi krzewami jaśminu, bzu i wierzby (wiosną przyciągałem wybujałe gałęzie, żeby zerwać witki z baziami). Coś im przyniosłem w papierowej torbie - ale co się znajdowało w torbie i kto mi polecił, bym ją przekazał?

Pani Suchowierzchowa, we wzorzystej sukience, otwiera mi w oszklonym ganku drzwi do kuchni. Na stole żeberka, ziemniaki, marchew i inne warzywa, pewnie miała być gotowana zupa. A pani Kawowa, ubrana na ciemno, bardziej statecznie, bo sporo starsza, w długiej spódnicy, którą, jak u wiejskiej gospodyni przystało, okrywał fartuch, zaprasza mnie w głąb mieszkania, do drugiej, "lepszej" kuchni (w pierwszej, "gorszej", na żelaznym piecu gotowano ziemniaki dla świń i kur). Pani Kawowa trzyma rondelek, przez chwilę waha się, co z nim zrobić, gdzie odstawić. W "lepszej" kuchni jest jedno okno, wychodzi ono na wschodnią stronę, tymczasem kuchnia jest ciemnawa, a wokół upstrzonej, ze słabym i żółtawym światłem żarówki pod sufitem unosi się gromada much - czy wiejskie mieszkanie zna większe utrapienie? Poza tym znajome od najwcześniejszego dzieciństwa przedmioty: duży, ciężki kredens za drzwiami, za nim leżanka posłana narzutą w trudnych do określenia kolorach, wreszcie znajome - czas nie miał na nie wpływu - zapachy. Jak mam przekazać obu paniom papierową torbę, skoro panie są w dwu różnych, odległych od siebie o kilka co najmniej kilometrów miejscach? Nie wiem, co powiedzieć, jak wybrnąć z kłopotu, któremu nie ja jestem winien, bo przecież jeśli oddam torbę pani Suchowierzchowej, to nie będę mógł jej przekazać pani Kawowej.

Czy i takie niespodzianki czekają na tych, którzy po latach spotykają się ponownie? Sytuacja, z której nie ma dobrego wyjścia. Panie przywitały mnie, jakbyśmy się widywali często, może codziennie; zapewne, jak mieszkający blisko siebie znajomi, widzieliśmy się kilka dni temu, w ich i w moim życiu niewiele się od tego czasu zmieniło. Pani Suchowierzchowa zapytała mnie o mamę, a pani Kawowa, czy babcia po coś mnie przysłała. Przyjrzałem się obu: ta sama ciemnoczerwona szminka na ustach pani Suchowierzchowej i tak samo intensywnie zaczernione brwi, a u pani Kawowej te same duże brodawki na brodzie i nosie, kilka pojedynczych, sterczących w różne strony włosów. Gdybym obu pań teraz nie spotkał, to mogłem o nich zapomnieć, i tę myśl uznałem za straszną. - Ja tylko na chwilę - powiedziałem i obu, niejako jednocześnie, przekazałem to, co przyniosłem. - O, dziękuję - odezwała się pani Suchowierzchowa, a pani Kawowa nic nie powiedziała i wzięła ode mnie torbę. Wydało mi się, że na nią czekała, a to, że torbę jak posłaniec czy sługa przyniosłem, było formalnością.

Niedaleko odjechałem na rowerze z ulicy Węgierskiej - cóż szkodziło wysypaną żwirem drogę na przedmieściu nazwać ulicą - gdy na szkolnym korytarzu zobaczyłem pana Hipolita Kozioła ze skrzypcami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki