Zadwór (#1). Gangster i tarocistka - Magda Puzio

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

GWIAZDA

- Naprawdę mi przykro, ale ja zajmuję się przepowiadaniem przyszłości, a nie analizowaniem tego, co już się wydarzyło. Poproś o komentarz biegłego albo któregoś z policjantów, sporo ich tutaj dzisiaj.

- Róża, zrozum, my nie potrzebujemy opinii biegłych. Chcemy mieć w artykule twoją wypowiedź. Kilka słów od liczącej się w mieście persony. - Konstanty Knopf, dziennikarz "Echa Zadworu", ani myślał odpuścić. - Może nawet uda mi się załatwić wejście do środka, może coś poczujesz i... dowiemy się czegoś więcej.

Róża Brzyska była znaną w całym mieście wróżbitką. Zazwyczaj kilka dni w tygodniu spędzała w małej kawiarni przy Starówce i niezależnie od pory dnia wieść o tym rozchodziła się wśród mieszkańców lotem błyskawicy, a każdy, kto mieszka w niewielkim mieście, wie, że najskuteczniejsza zawsze była, jest i zapewne będzie stara, dobra poczta pantoflowa. Głodni poznania przyszłości i obcowania z magią czasami musieli ustawiać się w kolejce, by móc porozmawiać ze słynną Wróżką z Zadworu. Czasami zainteresowani, których z braku lepszego słowa nazywała klientami, przychodzili do niej tylko jeden raz, ale byli tacy, którzy odbywali regularne sesje nawet kilka razy w miesiącu. Niektórzy pojawiali się tylko przed ważnymi dla siebie wydarzeniami, ale na przykład urzędniczka z pobliskiego ratusza dawała zarobić Róży przed każdą pełnią, nowiem i innymi zmianami na nieboskłonie. Ona sama nigdy nie mogła zrozumieć, skąd u mieszkańców miasteczka położonego daleko na konserwatywnym wschodzie Polski aż taka potrzeba poznania wiedzy, bądź co bądź tajemnej, magicznej, a w związku z tym zakazanej.

Dzisiaj przez kilka godzin i kilka wypitych czarnych kaw udało jej się porozmawiać z pięcioma osobami, które pragnęły się przekonać, co mają do powiedzenia karty tarota. To nienajlepszy wynik, ale biorąc pod uwagę fakt, że był to dzień powszedni, a godziny przedpołudniowe, nie mogła narzekać.

I do tego ta cała sytuacja w ratuszu.

Konstanty wpadł do kawiarni Zamkowa, kiedy ona zbierała się do wyjścia.

Rozmowę zaczęli w progu lokalu.

- Załatwić wejście do środka? - Przechyliła głowę na bok, posyłając mu ironiczny uśmiech. - Nie musisz mi niczego załatwiać. I tak nie skorzystam. - Róża chciała wyjść, ale mężczyzna stanął w drzwiach i wskazał na miejsce, które przed momentem zajmowała.

- Daj mi pięć minut - powiedział błagalnym tonem z miną desperata.

Kobieta znała ten grymas i doskonale wiedziała, że facet będzie nieugięty.

Teatralnie westchnęła, po czym skinęła na dziennikarza i razem wrócili do stolika.

Nie interesowały jej sprawy miasta, nawet tak bardzo niecodzienne. W końcu jednak uznała, że właściwie nie ma powodu, żeby nie wypić kolejnej kawy i nie porozmawiać z dobrym przyjacielem, którego znała jeszcze ze szkoły. Przy okazji mogła zweryfikować miejskie plotki na temat śmierci w ratuszu, który posępnie, a dzisiaj wręcz złowrogo, górował za oknem.

- Ludzie gadają bzdury - zaczął. - Nikt nie dostał ataku serca, Róża, to blef na przeczekanie. - Wychylił się ku rozmówczyni, wspierając łokcie na blacie. - Nie zdziwiły cię te dodatkowe wozy? Prokurator? Technicy?

- Od rana pracowałam. - Wzruszyła ramionami. - Raczej nie przyglądałam się temu, co dzieje się za oknem. Ponoć jakiś mężczyzna miał zawał, słyszałam rozmowę kelnerki z księgarzem z naprzeciwka.

- A ty, jako wróżka, nie mogłaś czegoś takiego przewidzieć? - prychnął Konstanty, zamaszyście zakładając nogę na nogę. - Albo przynajmniej zweryfikować tych plotek?

Zrobiła zdegustowaną minę i głośno chrząknęła, żeby kolega to zauważył. Czego on od niej w ogóle oczekiwał? Nie była jasnowidzką ani żadnym medium. Po prostu potrafiła czytać karty, które nie dawały zresztą pewnej wiedzy, a tylko pewne sygnały i Knopf doskonale o tym wiedział.

Wnet jej ochota na miejskie rewelacje kompletnie wyparowała. Mieszkając w małej miejscowości i mając za przyjaciela lokalnego dziennikarza, Róża przywykła, że większość szokujących newsów to nadmuchane do rangi sensacji błahostki. Gdy samorządowcy się ze sobą nie zgadzali, doszukiwano się osobistych porachunków, kiedy dochodziło do sprzeczek sąsiedzkich, opisywano je jak potyczki na sali sądowej, a jeśli coś przydarzyło się obcokrajowcom, których w mieście było naprawdę sporo, Konstanty w swoich tekstach zawsze wskazywał podłoże rasistowskie i spekulował, że w okolicy działa nacjonalistyczna grupa przestępcza. Ludzie w Zadworze, jak i pewnie w każdym innym mieście i miasteczku, poszukiwali i potrzebowali sensacji. Celebrowali ją, przegadywali po stokroć i spekulowali. Uwielbiali spekulować. Skandale woleli nawet od czystej prawdy, która zwyczajnie ich ograniczała. W końcu musieli mieć o czym plotkować i bajać swoje miejskie legendy.

- Zatem jeszcze raz, redaktorze Kostku, wytłumacz mi, proszę, skąd pomysł, żeby angażować w to akurat mnie? Nic nie wiem. Niczego nie przewidziałam.

Cmoknął z dezaprobatą. Mężczyzna nie znosił, kiedy zwracano się do niego zdrobniale, nie przepadał też za wszelkiego rodzaju tytulaturą. I Róża również to wiedziała, jednak liczyła, że tą uszczypliwą odpowiedzą jakoś rozpręży atmosferę, ale chyba przyniosło to odwrotny efekt. Nie skomentował tego, tylko wymownie spojrzał za okno.

- Konstanty, nie chciałam...

- Chciałaś, chciałaś - odburknął, wciąż odwrócony w kierunku witryny, tym samym eksponując swoją mocno zarysowaną szczękę, w tej chwili zaciśniętą z nerwów. - Zauważyłaś przynajmniej, że zegar na ratuszu nie działa?

Odwróciła się w stronę dziewiętnastowiecznej wieży. Faktycznie, wskazówki zatrzymały się na wpół do czwartej, a dochodziła czternasta.

- Nie bił cały dzień. - Rozłożył ręce. - Nikt tego nie zauważył, nie pisali nawet o tym na Fejsie, a jak forum Zadwór Moje Miasto milczy, to naprawdę nikt się nie połapał. Nawet ty! Przecież siedziałaś tutaj cały dzień! - Rozejrzał się niepewnie po lokalu, czy nie ma wokół nich nikogo, kto mógłby podsłuchać ich rozmowę, bo ostatnie słowa wypowiedział znacznie głośniej. Na szczęście mała sala była pusta. Nawet za barem nikogo nie było.

Odetchnął z ulgą, odchrząknął i przemówił trochę teatralnym szeptem, ale na tyle głośno, by Róża oderwała wzrok od neorenesansowej budowli:

- Trupa znaleźli na wieży. Pod ur-wa-ny-mi - podkreślił, sylabizując - odważnikami zegara. To było morderstwo, Róża. Morderstwo w ratuszu - podsumował zdaniem, które zapewne będzie tytułem do okładkowego artykułu w "Echu Zadworu", do którego wróżbitka regularnie pisywała horoskopy.

- Ale... jak? - Zmarszczyła czoło i pokręciła głową z niedowierzaniem. - Kto mógł się włamać do ratusza w środku nocy i... i popełnić morderstwo?

- Gwoli ścisłości o trzeciej trzydzieści w nocy. - Wskazał na wieżę. - Właśnie o to cię proszę. - Konstanty się wyprostował, wygładził błękitną marynarkę i skierował wskazujący palec w stronę znajomej. - Ty nam to powiedz. Kim jest ofiara i co tam się naprawdę stało. Miasto chce poznać prawdę.

- I ja mam ją im przedstawić? Wróżka z Zadworu? Naprawdę, Kostek? Dalej chcesz prowadzić śledztwo na własną rękę? Nie masz dosyć?

Róża wiedziała, że przyjaciel marzy o innej pracy, a każdy tekst traktuje jak potencjalną przepustkę do poważnych mediów, co niejednokrotnie powodowało, że obrywał po nosie - urząd miasta odmawiał odpowiedzi na jego oficjalne zapytania, w starostwie powiatowym stał się persona non grata do tego stopnia, że ochrona nie chciała wpuszczać go do budynku, nawet jeśli miał do załatwienia swoje prywatne sprawy. Dziennikarz od zawsze, również wtedy, gdy pracował w gazetce szkolnej, angażował się w tematy na sto procent, jakby każdy tekst miał być ostatnim i tym najlepszym w życiu. Choćby miał dotyczyć jedynie sporu o dziurę w płocie.

Teraz wywęszył coś znacznie lepszego. Z podekscytowania świeciły mu się oczy, którymi świdrował wróżbitkę.

- To ty przepowiedziałaś mi karierę, która sama nie nadejdzie...

- ...ale nie oznacza to, że masz się babrać w sprawę jakiegoś morderstwa, a widzę, że chcesz to zrobić, szczególnie jeśli jedynym asem w rękawie jest twoja znajoma wróżka - przerwała mu, chociaż z całą pewnością dziennikarz wzbudził jej ciekawość. - Wróżka, Konstanty, wróżka! Nie prokurator, patomorfolog czy lekarz. Jak zidentyfikują ofiarę, sprawdzimy jej dane i przygotujemy portret, obiecuję, ale teraz...

- Jeśli zidentyfikują - wtrącił. - Z rozpoznaniem ofiary może być pewien problem, dlatego musimy działać natychmiast.

- To znaczy? - Spojrzała na dziennikarza spode łba. Od zawsze irytowało ją jego umiłowanie do przeciągania rozmowy i budowania napięcia.

- Ofiara ma kompletnie roztrzaskaną twarz - wyszeptał, nisko pochylony nad stołem. - Dostała pięćdziesięciokilowym odważnikiem zegarowym. Czyli tym godzinowym, najcięższym.

- Co? - Róża jeszcze raz rzuciła spojrzenie na wieżę zegarową, ale szybko uciekła wzrokiem z powrotem na Kostka, jakby się bała, że zobaczy na niej coś strasznego.

- Godzinowy waży pięćdziesiąt, minutowy dwadzieścia kilo, a sekundowy piętnaście. A facet leżał centralnie pod odważnikami. Zabójca odciął najcięższy. Spadł na ofiarę z kilku metrów. Przynajmniej tak przekazał mi Bartłomiej.

Wiedziała, że kolega ma na myśli Bartka Płaskę, ich wspólnego znajomego, tutejszego policjanta.

Tak właśnie tutaj było - każdy znał każdego, a jeśli nie znał, to znał kogoś, kto go z nim zapozna. Konstanty całą swoją karierę dziennikarza i wiedzę operacyjną opierał na takich "lokalnych" znajomościach. Korzystał z nich na każdym kroku. Pozyskiwał informacje, komentarze, dociekał prawdy i słuchał ludzi. Był w tym mistrzem i właśnie dzięki temu wiedział więcej niż inni. "Im mniej mówię, tym więcej wiem" - to było jego motto i myśl przewodnia życia zawodowego. Prywatnie gadał jak najęty. Mógł godzinami opowiadać o swojej pracy, poznanych ludziach, inicjatywach lokalnych, ale także o własnych ambicjach i marzeniach. Potrafił przegadać każdego, chociaż sam podkreślał, że nie znosi gaduł. Stąd jego sympatia do Róży, która być może przez swoje zajęcie i kreację, którą na co dzień prezentowała, była raczej małomówna, co budowało wokół niej dość intrygującą aurę tajemniczości i magii, jakiej od niej oczekiwano.

- Płaska powiedział, że to na pewno ktoś stąd - kontynuował Konstanty. - Miał na plecach wytatuowany herb miasta i właśnie po tatuażach chcą go identyfikować. Kolorowy rękaw, kilka małych dziar na klacie i skorpion na karku.

Dziewczyna uniosła brwi i mimowolnie odnotowała, że może to być znak zodiaku ofiary.

- Wiesz coś jeszcze? - zapytała, siląc się na obojętność.

- Ponoć rozważają samobójstwo, ale na moje oko nie udałoby się to bez udziału osób trzecich, bo niby dlaczego ktoś z własnej woli miałby czekać na śmierć na materacu, który asekuruje odważniki zegara? I jak odciąć odważnik, a jednocześnie pod nim leżeć? To było morderstwo, mówię ci. Ale samobójstwo mniej popsuje PR ratusza.

Pokiwała głową, już nie tak obojętnie.

- Muszę jako pierwszy napisać artykuł. - Konstanty wrócił do rzeczowego tonu poważnego dziennikarza. - A ja nie mam nic ani o ofierze, ani o mordercy. Artykuł musi mieć twarz, Róża! Nie anonimową i roztrzaskaną. I ty mi tę twarz musisz stworzyć.

- Konstanty, posłuchaj. - Spojrzała na niego, lekko unosząc ręce w geście obronnym. - Ja ci nie wywróżę, kto zamordował tego człowieka ani nawet kim był ten człowiek. Ja tak nie potrafię. To tak nie działa.

- A nie możesz chociaż spróbować? Wezwać jakiegoś wewnętrznego przewodnika czy coś?

Wzięła głęboki oddech. Miała dość.

- Mówię ci ostatni raz i być może zabrzmi to brutalnie. - Róża wstała, zamaszyście poprawiając długą, kwiecistą sukienkę. - Ja wróżę ludziom, a nie trupom. Jak będziesz wiedział coś więcej, to zobaczę, czy coś da się zrobić. Teraz ochłoń, bo nie muszę wróżyć, że w takim amoku narobisz jakichś głupot.

Podeszła do baru, by uregulować rachunek za wypitą kawę. Płaciła gotówką, którą zarobiła przez cały dzień.

Wychodząc na zewnątrz, pomachała do kolegi i pozostawiła go co najmniej skonfundowanego. Chyba nie spodziewał się, że może doprowadzić ją do aż takiego poirytowania.

Tylko głupiec nie zainteresowałby się morderstwem w ratuszu. W tak małym środowisku, zwykłej powiatowej mieścinie, jakim był Zadwór, rzadko kiedy działo się coś wyjątkowego. Typowe waśnie i spory lokalnych polityków, kłótnie mieszkańców w dzielnicach willowych, od czasu do czasu rozboje na osiedlach i drobne przestępstwa w kronikach policyjnych - tylko tyle, nic poza tym. Żadnych morderstw i zagadek kryminalnych. I naraz coś takiego.

Ciekawe, kiedy mieszkańcy Zadworu dowiedzą się, że śmierć w ratuszu nie była wynikiem ataku serca, ale morderstwem. Okrutnym i najwyraźniej szczegółowo przemyślanym. Czy informacja wycieknie szybciej, czy pojawi się dopiero w najnowszym wydaniu "Echa"? A może naczelny powstrzyma pozbawiony kompletu informacji tekst znajomego, bo jedyna twarz, która mogłaby go reprezentować, jest podobno roztrzaskana i nie do zidentyfikowania?

Poprawiła ciemne okulary i obszerną dżinsową kurtkę, którą narzuciła na siebie, wychodząc z Zamkowej. Nie był to sposób na chłód, bo w tym roku trafił się wyjątkowo upalny sierpień, tylko na nierzucanie się w oczy. Okularów też nie musiała wcale mieć, jednak to kolejny atrybut, który miał pozwolić jej na anonimowe przejście przez miasto. W końcu wszyscy ją tu znali. "Młoda, zdolna, która zmarnowała swój potencjał" - taka opinia krążyła o niej, szczególnie wśród starszych osób, którzy pamiętali ją jako prymuskę studiującą na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wcześniej w cuglach wygrywała wszystkie konkursy i olimpiady biologiczne, aby po kilku latach zacząć krążyć po krakowskich kawiarniach i barach, oferując wróżenie z kart. Kłamstwem byłoby niestety powiedzieć, że każdy ją tu szanował - zdarzało się, że wygrażano za nią i nazywano wiedźmą.

To była cena mieszkania w małym mieście, a ona musiała nauczyć się z tym żyć.

Sama starała się wyprzeć z pamięci trudne czasy studiów. Wróżeniem z kart zainteresowała się niemal z przypadku, kiedy kilkukrotnie zaczepiono ją w miejscu publicznym z prośbą o przepowiednię. Powód stanowiły jej uroda i romskie korzenie: ciemne, sięgające pasa loki, brązowe oczy, gęste brwi i ciemna karnacja. Któregoś razu znajomi półżartem podsunęli jej pomysł na taki dodatkowy biznes. Róża miała stare karty tarota i kilka książek z antykwariatu na temat numerologii i astrologii. Jako nastolatka przez chwilę interesowała się wróżbami, a to za sprawą historii jej babci, której ojciec, czyli pradziadek Róży, był Romem i zniknął ze swoim taborem, zanim ona przyszła na świat. Babcia Ruzanna miała w sobie coś magicznego. Na wsi, gdzie mieszkała, wszyscy brali ją za szeptuchę: znała się na zielarstwie, pomagała chorym, odczyniała uroki, a także wróżyła. Nie potrzebowała kart czy innych atrybutów. Wystarczyło jej spojrzeć na kogoś i już wiedziała, kim jest i co może go spotkać.

Z Różą było inaczej. Nie przejawiała żadnych magicznych umiejętności, jednak... babcia Rózia - bo tak mówili na wróżbitkę i to właśnie jej dziewczyna zawdzięczała swoje imię - zawsze powtarzała, że wnuczka ma w sobie wewnętrzny głos, który może obudzić, jeśli tylko zechce. Cieszyła się, kiedy Róża zaczęła "czuć karty". Trudno było to inaczej wytłumaczyć - z każdym przetasowaniem, ułożeniem tarota albo przeglądaniem map nieba odkrywała w sobie tajemniczy i nawet dla niej nie do końca zrozumiały talent.

Sama nie traktowała tego tak naprawdę poważnie i nigdy w pełni nie zaufała kartom, a na pewno nigdy nie powierzyłaby im przyszłości. Nie dlatego, że nie wierzyła w ich przekaz, tylko dlatego, że od zawsze miała wrażenie, że wreszcie przyjdzie dzień, w którym ją oszukają, przechytrzą. Miała wrażenie, że toczą z nią jakąś przedziwną potyczkę.

Od kilku lat utrzymywała się wyłącznie z bycia wróżką, a jednocześnie terapeutą, czasami coachem i spowiednikiem. Jeszcze w Krakowie przekonała się, że ta praca jest na tyle dochodowa, że szkoda z niej zrezygnować. Okazało się, że również w Zadworze ludzie wciąż potrzebują lokalnej szeptuchy. Dopiero tutaj uświadomiła sobie, że dla niektórych jest prawdziwą wyrocznią, a z tymi, którzy odwiedzają ją często, tworzy się swoista więź. Bywało to okrutnym obciążeniem. Terapeuci mieli superwizora, a wróżbitki niestety pozostawały same z bagażem tajemnic i cudzych trosk.

Parę razy zdarzyło się, że nie mówiła całej prawdy swoim klientom, w obawie o ich reakcje. Nie chciała podcinać im skrzydeł, szczególnie kiedy wiedziała, że klient traktuje wróżbę jak wyrok, a nie wskazówkę. Było takich wielu, mimo że zawsze powtarzała, że wróżby nigdy nie będą odpowiedzią na to, jak żyć, i nie można dać im się zmanipulować.

Po jakichś trzydziestu minutach wartkiego spaceru i rozmyślaniach o morderstwie w ratuszu dotarła do domu.

Mieszkała na poddaszu swojego rodzinnego klockowatego budynku z lat siedemdziesiątych, usytuowanym na niewielkiej działce na osiedlu domów jednorodzinnych, jakich było tutaj wiele. Parter i pierwsze piętro zajmowali jej rodzice, siostra i brat. Ona po powrocie z Krakowa zajęła mieszkanie na poddaszu, do którego prowadziły metalowe schody zewnętrzne.

Zamknęła za sobą drzwi do jednoizbowego pomieszczenia, zrzuciła kurtkę i okulary, pozostawiła je na ogromnym łóżku z kraciastą narzutą i przeszła do łazienki. Stanęła przed lustrem i spojrzała w swoje odbicie, przyglądając się sobie, jakby widziała się pierwszy raz. Pora zdjąć z siebie wróżbickie alter ego. Związała długie ciemne włosy w niedbały kok na czubku głowy. Automatycznie zaczęła zmywać makijaż, którym podkreślała swoją egzotyczną urodę. Ludzie bardziej ufali Romce-wróżbitce niż dziewczynie w dżinsach i kolorowej koszulce. Zdjęła z siebie ubranie i naszyjniki z naturalnych kamieni. Nie znała się na gemmologii i nie wiedziała, czy kamienie naprawdę mają swoją moc, ale zwyczajnie lubiła swoje korale. Pasowały do jej image'u. Teraz jednak chciała jak najszybciej pozbyć się swojej kreacji i wrócić do siebie, stać się Różą Brzyską, tak po prostu, bez eterycznej aury.

Weszła pod prysznic. Przez głowę przemknęły jej wszystkie informacje, które przekazał jej dzisiaj Konstanty. Nie pierwszy raz poprosił ją o pomoc, ale nigdy nie robił tego w tak poważnej sprawie. Czasem korzystał z jej wiedzy w celu analizy numerologii samorządowców, po czym na łamach gazety przedstawiał wnioski, które miały być wytłumaczeniem ich zachowań i decyzji. Jak najbardziej zdarzało mu się uzasadniać jakieś drobne wypadki fazami księżyca, ale nic poza tym. Nie chciała, żeby tarot kreował lub chociażby pozornie tłumaczył rzeczywistość. Według Róży nie było na nią żadnego wytłumaczenia.

Otulona szlafrokiem rozsiadła się na wysokim łóżku i sięgnęła po laptopa. Miała odpisać na kilka wiadomości od swoich klientów online. Odsunęła kolorowe poduszki i zaczęła układać karty, zatapiając się w życie innych, zupełnie odpuszczając własne. Ta swoista immersja trwała dobre kilka godzin, o czym zorientowała się dopiero, kiedy spojrzała za okno. Nów. Nów, który podsuwa błędne wnioski i iluzoryczne analizy - powiedziała to dzisiaj każdemu klientowi jako uniwersalną poradę do indywidualnej interpretacji. Sama czytała ją jednoznacznie: Konstanty nie powinien w ferworze hurraoptymizmu ryzykować i zagłębiać się w sprawę dzisiejszego zabójstwa.

I z całą pewnością powinna mu to powiedzieć.

Wybrała numer do przyjaciela. Odebrał po dwóch sygnałach.

- Mamy coś - powiedział zamiast powitania.

- To pytanie czy stwierdzenie? - zapytała.

- A masz coś dla mnie? - W tle dosłyszała szczekanie psa i dźwięk przejeżdżających samochodów potwierdzające, że przyjaciel był na spacerze ze swoim cavalierem, Spacją.

- Tylko tyle, że nie możesz ekscytować się byle czym, bo narobisz sobie kłopotów. Póki nie masz pewności, co tam się wydarzyło, nie podawaj niczego do informacji publicznej. Nawet na KonstansRegulator - odparła stanowczo, wspominając o anonimowym profilu Konstantego, na którym pod pseudonimem komentował i pisał o tym, o czym profil i subtelna cenzura jego czasopisma pisać nie pozwalały.

- Jesteś fascynująca - odpowiedział na przestrogę. - Jakbyś pochodziła z innego wymiaru. Mówiłem ci to kiedyś?

Nie odpowiedziała. Mówił, milion razy.

- Machina już ruszyła, Róża. Wszyscy już wiedzą, że to było morderstwo, a po zabójcy lub zabójcach nie ma śladu. Poza tym - usłyszała wahanie w jego głosie - do netu wyciekło zdjęcie ofiary. Co prawda już je zdjęli ze względu na makabryczne treści, ale kto miał je zobaczyć, ten zobaczył. Najwyraźniej ty nie.

- Jakim sposobem trafiło do sieci? - zapytała podejrzliwie, włączając głośnik.

- Nie pytaj jak, nie pytaj kto, zapytaj lepiej po co. - Słowa Konstantego tylko potwierdziły jej przeczucia, że to on sam opublikował zdjęcie.

- W takim razie po co wrzuciłeś zdjęcia anonimowego trupa do sieci? I skąd je w ogóle wytrzasnąłeś?

- Czy powiedziałem, że to ja? - żachnął się, ale trudno było mu ukryć w głosie dumę. - Wyjdź przed dom za pięć minut. To nie jest rozmowa na telefon.

Konstanty mieszkał po drugiej stronie Zadworu, ale jak każde niewielkie miasto, dało się je obejść wzdłuż i wszerz w maksymalnie parę godzin. Dziewczyna była przyzwyczajona do nocnych spotkań w pobliskim parku przy Grottgera, a także do tego, że przyjaciel często kończył rozmowy telefoniczne właśnie w taki sposób.

Nie pozostawało jej nic innego, jak spotkać się z Kostkiem i wysłuchać nowych rewelacji. Wychodząc z domu, poza zainteresowaniem, zaczęła czuć coś jeszcze. Nieuzasadnione, ale niezwykle natrętne obawy.

?????????? ? ? ? ??????????

- Więc?

Kostek już na nią czekał. Przysiadła obok niego na ławce przy chodniku wiodącym wzdłuż jednej z głównych ulic na Hultajach. Był szeroki, podświetlony dość kiczowatymi, kolorowymi lampami w kostce brukowej, zainstalowanymi w ramach programu inwestycyjnego "Hulaj na Hultajach", który realizowano podczas pierwszej kadencji urzędowania obecnego burmistrza, Jerzego Hulaja.

Dzielnica, w której mieszkała rodzina Róży, zyskała swoją nazwę nie ze względu na oprychów zamieszkujących okolicę, a przez znaczenie historyczne. W szesnastym i siedemnastym wieku Zadwór słynął z cechów rzemieślniczych. Między innymi cechu Hultajów - młodych mężczyzn, których teraz nazywano by raczej freelancerami albo bardziej swojsko: złotymi rączkami, imających się różnych dorywczych prac i zleceń. Najczęściej zdobywali je w karczmach na obrzeżach miast, a w cechu pozostawali, dopóki nie zaczęli posuwać się do drobnych kradzieży, kombinacji i oszustw. Właśnie przez takie występki słowo "hultaj" jest obecnie synonimem łobuza i chuligana.

W Zadworze po hultajskim cechu zostało niewiele, ale wzmianki historyczne wskazywały na to, że na skraju miasta, na terenie współczesnej dzielnicy willowej, hultaje mieli swoją karczmę, do której przybywali gospodarze poszukujący pracowników. Obecnie pozostał po niej niewielki baro-sklep przy ulicy Orkana.

- Konstanty, czy mógłbyś wreszcie... - upomniała się o odpowiedź na zadane chwilę wcześniej pytanie, ale on wszedł jej w słowo:

- Powiedzieć, co mam? - Uniósł kąciki ust i puścił oko. Odchrząknął, przeczesał dłonią włosy do tyłu i przemówił tajemniczo: - Zdjęcie zrobiła moja ciotka Maryla, ta, która pracuje w księgowości w urzędzie miasta. Rano na wieży zebrało się ponoć spore zbiorowisko, jeszcze zanim przybyła policja i zamknęli cały ratusz. Jestem pewien, że nie ona jedna zrobiła tam zdjęcie. W końcu niecodziennie widzi się praktycznie pozbawionego głowy trupa, czy w ogóle jakiegokolwiek trupa, w swoim miejscu pracy. Chociaż szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy gdyby nie mój zawód, miałbym ochotę fotografować coś takiego.

Podał jej telefon. Na ekranie zobaczyła zdjęcie, które pewnie obiegło nie tylko lokalne fora, ale także wszystkie ogólnopolskie media. Przedstawiało mężczyznę leżącego na starym materacu z szeroko rozłożonymi rękoma i nogami, jakby wcześniej ktoś chciał go przywiązać do rogów legowiska. Nie było widać żadnych lin, a nawet lasotaśmy czy trytytek. Może mężczyznę przytrzymywało kilka osób? Wyglądał na dużego i silnego, jego oprawcy musieli mieć nie lada problem, by zmusić go do takiej pozycji. Róża specjalnie nie przyglądała się głowie ofiary, a raczej temu, co było głową przed uderzeniem odważnika zegarowego.

- Wiesz, że już tego nie odzobaczę? - Oddała przyjacielowi telefon z niesmakiem.

- I być może dzięki temu bardziej zainteresujesz się sprawą - odparł typowym dla siebie tonem prymusa z pierwszej ławki. - Wrzucenie tego zdjęcia do sieci było genialnym w swojej prostocie krokiem i nawet policja temu nie zaprzeczy. W gruncie rzeczy pewnie są mi teraz wdzięczni.

Spojrzała na niego ze zniecierpliwieniem.

- Rozpoznali go w dwadzieścia minut. - Kostek nie potrafił ukryć dumy. - To Sebastian Bartman.

- Ten Bartman? - Róża doskonale kojarzyła to nazwisko, a postać ze zdjęcia, które wyrysowało się w jej głowie, wydała się zupełnie znajoma. I ten skorpion na karku...

- Tak, ten słynny Batman z Rynku - uzupełnił dziennikarz z nutą satysfakcji, bo był już prawie pewien odpowiedzi na pytanie, które chciał zadać od początku spotkania: - To co, Róża? Pomożesz mi?

Dziewczyna bez słowa pokiwała głową.

Prawie każdy w mieście kojarzył Sebastiana Bartmana, który raczej nie należał do lubianych i szanowanych, a bardziej do tych budzących strach. Nikt nie chciał mieć w nim wroga. Nie tylko groźnie wyglądał, ale zaiste potrafił być naprawdę groźny. Szczególnie dla ludzi, którzy mu podpadli.

- Był kiedyś u ciebie? - zapytał, już zupełnie nie próbując ukryć podekscytowania. Patrzył na nią z uśmiechem, eksponując idealnie białe zęby. Cieszył się jak ten prymus z dobrej oceny.

Ponownie pokiwała głową, a na całym ciele poczuła dreszcze niepokoju. Sebastian Bartman bywał u niej regularnie. Ostatnio odwiedził ją kilka tygodni temu, a ona doskonale pamiętała, o czym rozmawiali.

ROZDZIAŁ 2

GŁUPIEC

- Teraz ty będziesz grać na czas, zamiast powiedzieć, co wiesz? - zapytał Konstanty, biorąc na kolana Spację, małego, chociaż odrobinę przekarmionego psiaka.

Róża poznała Sebastiana Bartmana, czyli groźnego Batmana z Rynku tuż po powrocie do miasta. Co prawda kojarzyła go z czasów szkolnych, ale ich drogi nie miały okazji się przeciąć. Być może dlatego, że kilka lat starszy mięśniak od zawsze sprawiał wrażenie groźnego i niedostępnego.

Ich pierwsza rozmowa zdecydowanie nie należała do przyjemnych.

Była wtedy w kawiarni na Starówce. Dokładnie tej samej, w której dzisiaj spotkała się z Konstantym. Dopiero zaczynała zdobywać pierwszych klientów, poznawać zadworzańskie zwyczaje i specyficzną miejską strukturę.

Wtedy, gdy parę lat temu Bartman wszedł do lokalu, od razu rozpoznała, że nie ma dobrych zamiarów.

- Ty jesteś tą czarodziejką z Krakowa? - zapytał, gdy tylko ją zobaczył, mierząc ją jednocześnie lodowatym spojrzeniem swoich jasnych, mroźnobłękitnych oczu.

- Nie jestem z Krakowa - odpowiedziała niepewnie, z trudem powstrzymując się od spuszczenia wzroku, a kiedy mężczyzna się do niej zbliżył, instynktownie odsunęła się od kawiarnianego stolika, byle dalej od niego. - Jestem z Zadworu.

Sebastian w kilku prostych słowach, przecinanych wieloma wulgaryzmami, wyjaśnił jej, że podobnie jak inni, którzy prowadzą biznes przy Starym Mieście, dziewczyna ma mu płacić za tak zwaną "opiekę". Mówiąc wprost: przyszedł do niej wymusić haracz. Kiedy później sięgała do tego pamięcią, sama się sobie dziwiła, że podjęła z nim jakąkolwiek dyskusję.

- Nie wolisz wymiany barterowej? - Spojrzała na niego jak poważna bizneswoman na jeszcze poważniejszego biznesmena, który najwyraźniej nie do końca zrozumiał to, co powiedziała.

Lekko w szoku przysiadł naprzeciwko niej na krześle, które mu wskazała.

- Moja wiedza i umiejętności są znacznie więcej warte niż procent od mojego lichego zarobku - przybrała rzeczowy ton, jakby zaczynała autoprezentację na rozmowie o pracę. - I to ci się opłaci. Ja mogę zmienić miejsce pracy i nie być pod twoją jurysdykcją, co dla ciebie oznacza i brak informacji, i brak pieniędzy. Nie zależy mi, żeby pracować właśnie tutaj, ludzie przyjdą do mnie i tak, w absolutnie każde miejsce, gdziekolwiek tylko będą moje wróżby.

Może i nie zdobyłaby się na taką dyskusję, ale już kiedyś zdarzyło się, że zaoferowanie swoich umiejętności uratowało jej skórę.

Bartman popatrzył na Różę z miną, która wskazywała, że nie dowierza, że ktoś posiadający przynajmniej połowę mniejszą masę mięśniową niż on odważył się negocjować jego anegocjonowalne warunki. Pewnie gdyby naprzeciwko nie siedziała kobieta, nie byłby aż tak cierpliwy i jego zaciśnięte pięści wycelowałby w stronę rozmówcy. Prewencyjnie, żeby delikwent wiedział, z kim ma do czynienia. Wobec kobiet Seba nie stosował agresji - nie pozwalał mu na to jego dość specyficzny kodeks honorowy.

- Ty naprawdę, kurwa, myślisz, że ja wierzę w... o, to o? - Wskazał na karty, które leżały na stoliku. Patrzył na nie jak na coś obscenicznego, co miało go sprowokować, ale z miernym skutkiem. Ot, niczym nieudana próba wciągnięcia go w jakiś pastisz mieszczący się w dłoni.

Ją też musiał za taką mieć: za z lekka szaloną, nieobliczalną i pozbawioną wartości moralnych. Ale dało to im - to jest kartom i Róży - iskrę zainteresowania.

Pozostawało tylko ją wskrzesić.

Posłała mu tajemniczy uśmiech, ignorując przytyk, co, zgodnie z zamierzeniem, jeszcze bardziej go skołowało. Nie okazywała wobec niego strachu, a przecież właśnie tego się spodziewał. Po to przyszedł do Zamkowej.

W końcu udało jej się namówić Sebastiana na sesję tarota. Poprosiła, żeby wylosował trzy karty, które miały symbolizować jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dwa kwadranse później nie dość, że kupiła jego zainteresowanie, to z chwili na chwilę wzbudzała w nim coraz większe zaufanie. Finał spotkania był taki, że o dziwo, zamiast steku obelg, przekleństw i obowiązku płacenia, miała w nim stałego klienta, który zwolnił ją z opłaty za opiekę i obiecał pełną ochronę.

?????????? ? ? ? ??????????

Kiedy teraz opowiadała o tym Konstantemu, starała się przypomnieć sobie, co wtedy powiedziały o nim karty. Na próżno. Prawda była taka, że wtedy bardziej myślała o swoim bezpieczeństwie i powiedziałaby mu wszystko, co czyniłoby ją wiarygodną. Dopiero na kolejnych spotkaniach zaczęła czytać Batmana z Rynku tak naprawdę, a on wnet zaczął rozumieć Różę i jej karty. Pytał, interpretował, zagadywał wprost i naokoło. Wiedział, że tarot nie da mu odpowiedzi. Z czasem poznała jego największe tajemnice. Nawet nie chciała myśleć, co zrobiłby Kostek, gdyby poznał choćby połowę z nich.

Ich dywagacje przerwał pisk opon czarnego samochodu, który zatrzymał się tuż przy ławce, na której siedzieli. Pies zaczął miotać się na kolanach Konstantego, który niepewnie spojrzał na Różę.

Ciemne szyby BMW automatycznie się opuściły, jakby w zwolnionym, budującym napięcie, tempie, co już przywodziło na myśl scenę z gangsterskiego filmu. Kiedy pierwsze, co zauważyła, okazało się lufą pistoletu, trudno było o jakiekolwiek inne porównanie.

Zamarła w bezruchu, w ostatniej chwili chowając ręce w kieszeni bluzy. Zamknęła w dłoni pęk kluczy i z jakichś panicznie dalekich odmętów pamięci wypłynęła dość naiwna myśl, że uda jej się obronić, układając je jak ostrza noży między palcami, tworząc tym samym prowizoryczny kastet. Intuicja mówiła jej jednak, choć może było to myślenie intencjonalne, że nie będzie jej potrzebny.

Spojrzała w oczy celującemu w nich mężczyźnie, szybko orientując się, że kojarzy go z twarzy. Był bardzo charakterystyczny, skrzywiony w grymasie czegoś pochodnemu rozbawieniu, skrywał łysinę pod płytką czapką złodziejką, a poza bronią, którą trzymał w ręku, zwróciła uwagę na ogromną, błyszczącą cyrkonię w lewym uchu. Kilka razy widziała go w towarzystwie Sebastiana Bartmana.

- Koniec randki, Knopf. Do auta. - Łysol wychylił się z siedzenia pasażera, pistoletem wskazując na tylne drzwi.

- Panią wróżkę też zapraszamy, tylko niech nie próbuje żadnych sztuczek - usłyszeli drugi męski głos, kierowcy, którego nie dało się dojrzeć. - Nalegam i na razie uprzejmie proszę. Gwarantuję wam, że będzie znacznie gorzej, jeśli nas nie posłuchacie.

Nie mając większego wyboru, na trzęsących się nogach, weszli do czarnego auta. Róża wciąż zaciskała w dłoniach klucze tak mocno, że zaczęły boleć ją palce.

- Jestem Mucha. - Kierowca był dobrze zbudowanym, ściętym na krótko mężczyzną, który na oko mógł być w ich wieku. Wyglądał jak stereotypowy przedstawiciel półświatka, który cieszy się szacunkiem wśród podobnych sobie. Był groźny, ale też całkiem przystojny. - A to mój przyjaciel Cyberia. - Wskazał na towarzysza, który nawet nie myślał o wymianie uprzejmości. Uśmiechnął się za to szyderczo i zwrócił do Kostka:

- To ty - skierował na niego długi palec wskazujący, ozdobiony ciężkim sygnetem z żółtego złota - gnido, szarpipiórze, wrzuciłeś zdjęcie Seby do netu?

- Jak mogłem to zrobić? Przecież nawet nie było mnie na miejscu zbrodni - odpowiedział Konstanty dość spokojnie jak na okoliczności i swój temperament, wpatrując się w trochę dzikie, przekrwione oczy Cyberii. - Skąd mógłbym mieć zdjęcie ofiary? - dodał naiwnie.

Róża czuła, jak przyjacielowi trzęsą się nogi i tylko udaje pewnego siebie. Był bardziej przerażony niż ona. Przysunęła się do niego na ciasnym siedzeniu z czarnej skóry, licząc, że jej dotyk może go uspokoić.

- Jak nie ty, to, kurwa, kto? - Uniósł broń, którą trzymał w ręce, co jeszcze bardziej dodało grozy już i tak przerażającej scenie.

Najspokojniejszy ze wszystkich był pies. Zwykle ruchliwy i hałaśliwy, siedział na kolanach Kostka, wpatrując się jak zaklęty w łysola, przekrzywiając włochatą mordkę to na jeden, to na drugi bok. Patrzył na chudego i przeraźliwie bladego Cyberię jak na interesujący czarno-biały eksponat, a jedynymi kolorowymi elementami były tatuaże i biżuteria. Nie dało się określić, ile ma lat. A jego wybałuszone i lekko przekrwione oczy naprawdę przerażały.

- Ktoś, dzięki komu udało się zidentyfikować ofiarę - odezwała się Róża, wykorzystując zew odwagi i potrzebę wsparcia Konstantego. - Bo to chyba dzięki tym zdjęciom namierzyliście swojego znajomego, czyż nie?

Mężczyźni wymienili się krótkimi spojrzeniami. Przyszło jej do głowy, że ich sekundowe zakłopotanie przypomina jej pierwsze spotkanie z Sebastianem. On też nie dowierzał, że ktoś może nie dać się mu zastraszyć.

- Kiedy zniknął? - zapytał Konstanty.

- A co cię to? - warknął skrzekliwie łysol, wciąż ściskając w ręku broń. - Seba nie musi się nikomu tłumaczyć.

- Ostatnio widzieliśmy go trzy dni temu - przerwał koledze Mucha, który najwyraźniej był gotowy na dialog. - Widzieliśmy, że gadałeś z policjantem, który był na wieży. Co ci powiedział? - zwrócił się do Kostka, po czym natychmiast przeniósł spojrzenie na Różę.

Mimo że nie mierzył do nich z pistoletu, jego spojrzenie było wręcz mordercze. Czarne i nieprzeniknione. Widziała tego faceta pierwszy raz w życiu i miała pewność, że nigdy o nim nie zapomni.

O Cyberii słyszała, zresztą jak każdy w Zadworze. Zasłynął z tego, że na początku lat dwutysięcznych otworzył pierwszą w mieście kafejkę internetową, a jego pseudonim pochodził od nazwy pierwszego takiego lokalu na świecie - otwartego w Londynie w dziewięćdziesiątym czwartym roku. W Zadworze każdy znał otwarty jakieś dziesięć lat później Cyber Pub. Kiedy internet stał się powszechny, przearanżowano go na coś na kształt salonu gier komputerowych, wypożyczalnię sprzętu elektronicznego, a także, jeśli wierzyć miejskim legendom, miejsce do prowadzenia różnych szemranych interesów. Właśnie po to chodziło się do lokalu teraz: sprzedać coś, czego nie można było sprzedać w lombardzie, kupić coś, czego nie sprzedawano w sklepach. Okryty miejską legendą Cyber Pub był trochę jak hultajska karczma - ale we współczesnym rozumieniu tego słowa - do której wieki temu przybywano w interesach balansujących na granicy prawa.

- Co ci powiedział ten pies?! - Podniesiony głos Cyberii wyrwał dziewczynę z krótkiego zawieszenia na ciemnych oczach Muchy.

- Powiedział, że było to morderstwo - odparł spokojnie Konstanty.

- No, kurwa, eureka! Chyba Seba nie położył się sam pod tym jebanym wahadłem! - Facet zaczął zupełnie niekontrolowanie wymachiwać ręką, w której trzymał broń. Róża była pewna, że jeśli miałoby dojść do strzału, to tylko przez jego nieuwagę.

- Pod odważnikami - poprawił dziennikarz wciąż niezachwianym przerażeniem głosem, wręcz przeciwnie: mówił swoim ulubionym tonem najlepszego ucznia. - W Zadworze nie mamy zegara wahadłowego. Sebastian Bartman leżał pod zegarowymi odważnikami. Jego twarz zmasakrowano najcięższym, godzinowym, który waży pięćdziesiąt kilogramów. Trzeba go nakręcać co trzydzieści sześć godzin. Zabójca najpewniej przeciął łańcuch trzymający odważnik, który spadł z kilku lub kilkunastu metrów i wylądował na twarzy waszego znajomego.

- Co jeszcze ustalili śledczy? - zapytał Mucha, zerkając na Różę, chyba wyczuwając, że ilekroć on na nią patrzy, ona szybko odwraca wzrok. Uniósł lekko kącik ust.

- Tego nie wiem. Ale chcę się dowiedzieć - odparł bez ogródek Konstanty.

Wróżbitce przeszło przez głowę, że tak właściwie nie mieli powodów, żeby nie rozmawiać z Muchą i Cyberią, nie licząc tego oczywistego, że obaj byli gangsterami, a jeden, i to niestety ten bardziej porywczy, groził im bronią. Liczyła, że do czasu, kiedy mogą im coś zaoferować, mogą także czuć się bezpieczniej. Poza tym, choć była to dość odważna myśl, mając po swojej stronie ludzi Batmana z Rynku, szybciej rozwiążą zagadkę, która miała takie znaczenie dla Kostka. Zagadkę, która właściwie bez żadnego racjonalnego powodu stała się nawet dla niej pewną pokusą i wyzwaniem.

Ku własnemu zdziwieniu zorientowała się, że wyjęła ręce z kieszeni. W żadnej z nich nie miała kluczy. Już się nie bała.

- Mamy wiedzieć o wszystkim. O każdej poszlace, domniemaniu i fantazji prokuratora, a nawet szeregowego funkcjonariusza. Chcemy mieć informacje od każdego i o każdym, kto może być w to zamieszany. - Mucha na moment spuścił z oka dziewczynę, zwracając się bezpośrednio do dziennikarza. - To my będziemy weryfikować, które informacje są ważne. - Zrobił krótką pauzę. - Nie próbujcie kłamać, bo my naprawdę solidnie weryfikujemy to, co do nas dociera. Zapytam teraz uprzejmie i nieagresywnie: rozumiemy się?

Było to dość ironiczne, bo w tym samym momencie Cyberia ostrzegawczo podniósł broń, lufą do góry i wyszeptał bez cienia ironii, przerażająco i ledwo słyszalnie:

- Pif-paf.

Konstanty krótko skinął głową. Na jego czole i jasnych włosach szklił się pot.

- W takim razie mów, co jeszcze zdradził ci komisarz Płaska - powiedział spokojnie Mucha, najwyraźniej przekonany, że to jeszcze nie wszystkie informacje.

- Nie mają nic. - Redaktor Knopf z coraz większym trudem krył strach. - Naprawdę. Wiedzą jedynie, że było to zabójstwo. Ktoś przeciął łańcuch z odważnikiem. Nie są w stanie stwierdzić, dlaczego ofiara, to znaczy Bartman leżał na tej wersalce pod zegarem. Nie można wykluczyć, że w zabójstwie uczestniczyła więcej niż jedna osoba, ale nie ma żadnego tropu. Żadnego. Jakby zabójca i on teleportowali się na miejsce zbrodni. Przynajmniej tak było jakąś godzinę temu. Gdybym nie opublikował tego zdjęcia, nie mieliby nawet tożsamości.

Mucha badawczo przyglądał się Konstantemu, chcąc określić, czy mówi prawdę. Po kilku wleczących się przez gęstą atmosferę sekundach chyba mu uwierzył, bo przeniósł wzrok z powrotem na Różę.

- A ty, Brzyska, co o tym myślisz? - zapytał, świdrując ją spojrzeniem.

- A co mam o tym myśleć? - Jej głos drżał, co na pewno nie umknęło rozmówcom. Nie wiedziała, czy to strach, czy aura, którą obdarzył ją mężczyzna.

- Przecież znasz Sebę, bywał u ciebie.

Uniosła brwi ze zdziwienia.

- Niczego mu nie przepowiedziałaś? Nie wyczytałaś z gwiazd, że ktoś chce go zajebać? - zaskrzeczał Cyberia, wciąż pobudzony i nieobliczalny, jak kontra, antydefinicja Muchy.

Mimo że broń leżała już na desce rozdzielczej, Róża bardziej niż Muchy obawiała się przerażających oczu Cyberii.

- Jakbym zobaczyła zagrożenie, to na pewno bym mu o tym powiedziała - odparła, ostentacyjnie patrząc za okno, licząc, że łatwiej będzie jej zamaskować emocje.

- Więc te twoje karty są chuja warte, jak nie potrafią przewidzieć tego, że ktoś wywinie kitę! - Łysol wyciągnął w jej stronę palec wskazujący. Tarcza sygnetu była pokryta masą perłową.

- Moje karty nie są... - zaczęła dziewczyna, ale w słowo wszedł jej Mucha:

- Kiedy Seba był u ciebie ostatnio? - zapytał rzeczowo.

Zawahała się.

- Dawno. Nie przychodził, odkąd... - urwała, uznając, że nie może zdradzać szczegółów ich spotkań, a kumple Batmana powinni to uszanować. Nawet jeśli ten już nie żył. Jednak z drugiej strony... - Nie było go u mnie jakieś dwa, może nawet trzy miesiące. - W końcu odpowiedziała zgodnie z prawdą, ale bez ujawniania okoliczności i szczegółów.

W pierwszej chwili chciała powiedzieć, że Sebastian Bartman nie konsultował się z nią, odkąd związał się ze swoją obecną partnerką, o której od zawsze dużo rozmawiali. Róża była świadkiem, jak długo rozważał ten związek.

Nie wiedziała, czy istnieje jakiś kodeks honorowy wróżbitów, ale skoro mieli go nawet współcześni hultaje, to i ona może się na takowy powołać. Sekrety jej klientów były jej sekretami.

Zamykając temat, dopowiedziała:

- Zawsze informowałam Sebastiana, jeśli tylko zauważyłam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, między innymi, współpracowaliśmy.

- Róża, a może był u ciebie morderca? - Ku ogólnemu zdziwieniu, do przesłuchiwania dziewczyny dołączył Konstanty.

Obdarzyła przyjaciela spojrzeniem, jakby to ona miała zaraz dopuścić się mordu.

- Przykro mi, ale nikt z moich klientów nie deklarował, że jest mordercą ani nawet że planuje zabójstwo i czeka na właściwy układ gwiazd.

Cyberia popatrzył na nią, jakby zobaczył kosmitkę, za to Mucha miał na twarzy grymas, który mógłby być uśmiechem i zachętą, by kontynuowała.

- W czasie pełni księżyca, chociażby, z ludzi wychodzą najczarniejsze żądze i demony. Każdy o tym wie i nie potrzeba tutaj astrologa, by stwierdzić, że księżyc działa na człowieka. Wystarczy zwykła obserwacja. Nawet statystyki mówią, że najwięcej przestępstw popełnianych jest podczas pełni.

- Ale teraz nie ma pełni - wtrącił półgębkiem Konstanty.

- No właśnie. Jest nów. On też działa na ludzi - westchnęła zrezygnowana.

- To znaczy, że w każdej fazie księżyca można...

- A teraz jak działa księżyc? - dopytał Cyberia z nutą naiwnego zainteresowania, którą Róża zawsze potrafiła wychwycić u rozmówcy. Podpowiadała jej, że ruch jest po jej stronie.

- Tak, że musimy już iść - powiedziała krótko, ale tak stanowczo, jak tylko potrafiła.

Bandzior odpowiedział na to parsknięciem śmiechem. Nie spodziewał się po niej takiej zuchwałości. Sama się jej po sobie nie spodziewała.

- Jeśli wiecie coś jeszcze, słuchamy, jeśli nie, to pozostajemy w kontakcie - podsumował spotkanie Mucha. - Miło było poznać.

Ostatnie słowa skierował tylko do niej. Była tego absolutnie pewna.

Z ulgą wypuściła powietrze z płuc, kiedy wyszli z samochodu.

Nasunęła na głowę kaptur i włożyła ręce do kieszeni z przodu bluzy. Cichy brzdęk kluczy przypomniał o pierwszym przerażeniu.

- Hej, czarodziejko - zawołał za nią Cyberia, wychylając się z BMW.

Róża odwróciła się szybko i zobaczyła, że mężczyzna zbliża lufę pistoletu do ust, w których ma nieodpalonego skręta i naciska spust.

Przez jej ciało zdążył przejść paraliżujący dreszcz, zanim się zorientowała, że broń, którą przed chwilą im groził, okazała się... stylizowaną zapalniczką.

Mężczyźni odjechali z piskiem opon, głośno się śmiejąc, a oni, ledwo trzymając się na nogach, wstrząśnięci ostatnim kadrem, niemniej jak całym spotkaniem, opadli na ławkę, na której siedzieli wcześniej.

- Teraz zapalniczka, następnym razem broń palna. Co to było to przed chwilą? - Konstanty odezwał się pierwszy.

Był kompletnie roztrzęsiony, a nerwy, które tak skutecznie trzymał na wodzy, właśnie puściły. Świadczyło o tym absolutnie wszystko: głos, wyraz twarzy, trzęsące się dłonie i każdy najmniejszy gest. Był żywym ucieleśnieniem określenia "kłębek nerwów".

- Przepraszam bardzo, ty się mnie o to pytasz? - Róża skryła twarz w dłoniach. - W co ja właśnie zostałam wmanewrowana, Kostek?

Wsparła łokcie na kolanach, dźwigając ciężką od emocji głowę. Na usta cisnęła się jej cała kanonada przekleństw, jednak powstrzymała się, czekając na komentarz kolegi. Nie miała jeszcze siły na wybuch.

- Wygląda na to, że nie tylko ja chcę się dowiedzieć, kto zabił Bartmana - odparł, siląc się na spokój, z dość miernym skutkiem.

Nie odzywali się przez kilka chwil.

- Uważasz, że to niemoralne bratać się z łotrami? Nawet jeżeli robi się to w dobrej wierze? Przecież chcę jedynie odkryć prawdę. Ludzie na nią zasługują. - Zaciągnął się elektronicznym papierosem, który dobył z wewnętrznej kieszeni kurtki. Wypuszczając dym z ust, zmrużył oczy, jakby poszukiwał jakiegokolwiek, choćby najkrótszego wytchnienia.

- Chodzi o to, że chwilowo interesy tych łotrów są podobne do twoich, Kostek - odparła powoli. - Nie mieszaj w to szlachetnej prawdy.

- Zwracasz się do mnie zdrobniale tylko wtedy, kiedy jesteś na mnie zła bądź chcesz mnie zdenerwować. Zdenerwowany jestem wystarczająco, na pewno niemniej niż ty, dlatego domyślam się, że jesteś zła. Rozumiem to. Przepraszam. Przepraszam, Róża.

To szczere wyznanie nie pozwoliło jej nie spojrzeć na Kostka. Konstantego. Wiedziała, że przyjacielowi z trudem przychodzi przyznawanie komuś racji, a tym bardziej przyznawanie się do winy.

- Powiedz mi tylko, co to była za figura z pytaniem o mordercę Bartmana?

Tak naprawdę tylko o to była zła. O to, że to pytanie padło przy tych zbirach.

Nie znosiła, kiedy ludzie traktowali ją jak wyszukiwarkę internetową, gdzie można znaleźć odpowiedź na każde pytanie. Poruszała się w tak tajemniczej i kruchej przestrzeni, że aż niezbadanej przez nią samą. Owszem, czasami wiedziała więcej, ale nie posiadała wiedzy bezgranicznej. Przekazywała tylko to, co zobaczyła, co udało jej się odczytać. Konstanty powinien o tym wiedzieć i pamiętać we wszystkich okolicznościach, a przede wszystkim nie oczekiwać od niej, że ta na przypadkowej sesji tarota może rozpoznać w człowieku mordercę.

Zakłopotany potarł dłonią czoło i unikając spojrzenia dziewczyny, zaczął jąkliwie:

- Myślałem, że cię zaskoczę i coś powiesz...

Róża uniosła brwi. Ani trochę nie wierzyła w słowa znajomego.

- Chciałeś, żebyśmy we dwoje byli dla tych bandytów atrakcyjni. Chciałeś im pokazać, że ja też mogę coś wiedzieć - stwierdziła, nie zapytała.

- To coś złego? Przecież prędzej czy później na pewno coś wyczytasz. Może nawet rozpoznasz zabójcę. Tacy jak ty rozpoznają morderców, miejsca zbrodni i tak dalej.

- Ja tak nie potrafię, nie jestem jasnowidzem Jackowskim ani nikim, za kogo najwyraźniej mnie bierzesz, Kostek! - Jego słowa być może miały ją połechtać, ale osiągnęły odwrotny efekt.

Była na tyle poirytowana, że wiedziała, iż dalsza rozmowa jest zupełnie pozbawiona sensu. Pożegnali się szybko, jak zawsze, gdy ktoś wyczuwał nieprzyjemne napięcie. To był ich wieloletni kod: odpuszczali, nie drążyli, a jak temat ich męczył, wracali do niego, jak ochłonęli. Praktykowali to od początków swojej znajomości, gdy jeszcze trudniej było im panować nad temperamentem. W tym wypadku oboje wiedzieli, że jeszcze nie raz będą rozmawiać o tajemniczej śmierci Sebastiana Bartmana.

?????????? ? ? ? ??????????

Nazajutrz nie tylko Zadwór, ale cały kraj i być może nawet media zagraniczne mówiły o tajemniczym morderstwie. "Zabójstwo w ratuszu", "Ofiara w urzędzie", "Masakra na wieży zegarowej" - to były tylko niektóre tytuły tekstów i materiałów telewizyjnych. Na Starym Mieście roiło się od wozów transmisyjnych, podobnie jak przed komendą policji przy Poniatowskiego. Róża przejeżdżała obok z samego rana swoim wysłużonym Nissanem Micrą. Chciała wyjechać i odpocząć od miasta. Wiedziała, że dzisiaj jest jedyny dzień, który może spędzić w pobliskim Panowie, w domku letniskowym jej rodziców. Za kilka dni Brzyscy mieli wyjechać na wczasy, zostawiając jej pod opieką nastoletnie rodzeństwo. Poza tym w Panowie miała przyjąć swoich, jak to określała, klientów premium, którzy nie chcieli, żeby ktokolwiek dowiedział się, że korzystają z jej usług. Zazwyczaj byli to ludzie znani w mieście z działalności w samorządzie lub innych publicznych instytucjach. Odwiedzały ją również żony bogatych mężów, które nie miały co robić z pieniędzmi, a wizyty u Róży były dla nich sposobem na swoiste oświecenie. Przychodziła do niej także najlepsza w mieście psychoterapeutka, do której czekało się nawet kilka miesięcy na wizytę, a która z jakichś względów wyjątkowo dbała o dyskrecję. Parę razy był u niej zakonnik z klasztoru Dominikanów. Odwiedzał ją mimo roli, którą piastował. Ich sesje zamieniały się w zażarte dysputy filozoficzne i mimo różnic światopoglądowych bardzo polubiła się z ojcem Barnabą.

Doskonale pamiętała, przed kim pierwszy raz otworzyła drzwi domku letniskowego. Może nie do końca drzwi, a furtkę, bo Sebastiana Bartmana nie zaprosiła do środka, tylko na taras za domem. Była jesień, zaciągał chłodny wiatr, który smagał wysokie zarośla wokół działki i nad rzeką.

Wtedy pierwszy raz poznała go jako zwykłego faceta, a nie groźnego Batmana z Rynku. Było to ich drugie spotkanie. Sebastian jeszcze w Zamkowej zastrzegł, że nikt nie powinien dowiedzieć się o ich znajomości i że mogą spotykać się wyłącznie bez świadków.

Zanim rozłożyła mu karty, długo rozmawiali. Było dla niej wręcz niewiarygodne, że ten przerażający facet, łysy, wytatuowany i umięśniony, może być tak sympatyczny i wrażliwy. Jego wygląd absolutnie zaprzeczał usposobieniu. Gdyby nie wiedziała, jak wygląda Batman, uznałaby, że musi to być trochę zawstydzony, może nawet zakompleksiony szary człowiek. Normals mający pracę, której nienawidzi, i prozaiczne, polskie problemy. Pamiętała, jak się zaczerwienił na jej uwagę, że jak na gangstera jest całkiem miły.

Nie lubiła spoufalać się z klientami, ale czuła, że przy nim może sobie na to pozwolić. Sebastian był inteligentnym mężczyzną, ale nie na tyle o tym przekonany, by przekuć to w atut. Chciał, żeby jego głównym orężem była jego siła i groźna postawa. Karty i numerologia imienia wskazywały, że jako Dziewiątka miał w sobie szeroko rozwiniętą duchowość i intuicję. Mimo częstych spotkań nie potrafiła rozgryźć tajemnicy, którą skrywał, a on zbywał ją, gdy o niej wspominała. Miała wrażenie, że Sebastian nie ma nikogo, z kim byłby tak ekshibicjonistycznie szczery jak z nią. Szanowała go za to, a dla własnego komfortu nie zastanawiała się nad tym, czym dokładnie się zajmuje. Chciała widzieć w nim zwykłego człowieka, a nie bezwzględnego gangstera.

Ich ostatnie spotkanie odbyło się również w Panowie. W ogrodzie pachniało piwoniami, a coraz cieplejsze promienie słońca lśniły się na leniwie płynącej rzece, meandrującej między zaroślami obok posesji. Zgodnie z tym, co powiedziała Musze i Cyberii, było to dobrych kilka tygodni temu. Rozmawiali o kobiecie, z którą chciał wejść w głębszą relację. Bywało, że ich spotkania koncentrowały się tylko na niej, i tak też było ostatnim razem. Miał swoje rozterki i niepewności, które najprawdopodobniej konsultował tylko z Różą. Mimo sugestii wróżbitki Bartman nigdy nie wspomniał imienia oraz daty urodzenia wybranki, choć mogłoby to pomóc w stworzeniu jej obrazu. Z tego, co opowiadał jej Sebastian, jego wybranka była z innego środowiska.

- Ona jest od Białych Mesiów, a to taka nasza biznesowa konkurencja - tłumaczył, dość zgrabnie określając to, czym się zajmuje, a raczej nieudolnie to maskując, czyniąc ze swojego fachu tajemnicę poliszynela. - Jesteśmy trochę jak Romeo i Julia, ale nie w Weronie.

Doskonale pamiętała, jak parsknęła śmiechem, kiedy to powiedział. Nie z braku empatii do Bartmana, o nie, a dlatego, że ktoś o tak groźnej aparycji odwołuje się do Szekspira i tworzy analogię do szekspirowskich kochanków. Nie znała szczegółów i nie miała pojęcia, kim są Białe Mesie. Wnioskowała, że nazwa opisuje kierowców białych Mercedesów. Domyślała się także, że to inna niż ta, której przewodził Batman, bandycka szajka działająca w Zadworze i okolicach. Haracze, narkotyki, pewnie nielegalne salony gier i przemyt, jak to przy granicy. Wolała nie myśleć o tym, że jej klient może robić jeszcze coś gorszego. Nigdy też nie próbowała się o tym przekonać na swoje sposoby.

Przybywając do Panowa, nigdy do końca nie wiedziała, kto ją odwiedzi. Kiedy po miejscowości rozchodziła się wieść, że przyjechała Wróżka z Zadworu, zawsze przybywali do niej klienci z przypadku. Byli to kuracjusze miejscowego uzdrowiska albo turyści wypoczywający w spa. Od czasu do czasu mieszkańcy wioski. Dziewczyna nigdy nie ukrywała swojego przyjazdu, ale też nigdzie tego nie ogłaszała. Kiedy chciała zarobić więcej, oznaczała lokalizację, chociaż w Panowie miała jeszcze inny, niezawodny sposób: wizyta w sklepie przy wjeździe do wioski, który stanowił centrum informacyjne dla turystów i mieszkańców. Żeby było zabawniej, nazywał się PAP. I chociaż jego nazwa pochodziła ponoć od imion dzieci właścicieli, to rozwinięcie "Pańska Agencja Prasowa" powszechnie funkcjonowało w lokalnym żargonie.

Kiedy zajechała na mały parking przed sklepem, od razu spostrzegła, że senior stojący przy stojaku na rowery bacznie jej się przygląda. Kiedy upewnił się, że w Nissanie o zadworzańskich numerach rejestracyjnych siedzi Wróżka z Zadworu, wsiadł na wysłużone Wigry trzy i odjechał. Zapewne zadba o to, by wieść o przybyciu Róży rozniosła się jak najszybciej. Wystarczyło, żeby informacja dotarła na główną promenadę lub do któregoś z ośrodków turystycznych, a tego popołudnia przyjmie przynajmniej o kilka osób więcej. A jako że udzielała porad poza standardowym miejscem pracy, mogła odpowiednio podnieść stawkę za spotkanie.

W sklepie kupiła puszkę Coli i chleb. W bagażniku wiozła sałatkę i produkty na grilla. Grilla też miała ze sobą - małego, elektrycznego i dużo łatwiejszego w obsłudze od tych tradycyjnych, z których w letnie wieczory unosił się dym tak gęsty, że aż szczypał w oczy i utrudniał oddychanie tym, o czym marzyli przyjezdni, czyli, o ironio, świeżym powietrzem.

Kiedy zdarzało się, że zostawała za miastem dłużej, odwiedzał ją Konstanty i inni nieliczni znajomi. Wtedy rozpalali ognisko przy rzece. Gdy, tak jak dzisiaj, planowała zostać tylko na jedną noc, wolała, żeby nikt jej nie odwiedzał. Wyłącznie klienci. Jeśli okazałoby się, że będzie ich za mało, wybierze się na kawę na zatłoczony deptak przy zalewie, a tam już na pewno nie będzie narzekać na brak zainteresowania. Miała jednak nadzieję, że tam uda się dopiero po pracy, w pełni incognito, żeby zjeść słodkie gofry i wtopić się w tłum. Wystarczyło, że upnie lub wyprostuje włosy, a powłóczystą spódnicę, chustę i biżuterię z naturalnych kamieni zamieni na kolorowy top, dżinsy i sportowe buty. Róża bardzo lubiła w sobie te dwie twarze i jeszcze nie udało jej się orzec, które z tych oblicz jest bardziej kreacją niż naturą. Była sobą w każdym wydaniu, choć tym eterycznym bardziej się bawiła, niż brała w pełni na serio. Nawet numerologia jej imienia wskazywała na dwie skrajności - chaos, kiedy ściąga z siebie cygańskie przebranie, oraz stałość i skrupulatność, kiedy pracuje z głodnymi wiedzy tajemnej klientami. I był to dla niej fakt, a nie majacząca w tajemniczym nimbie przepowiednia.

Gdy przed południem uruchomiła ekspres do kawy w niewielkiej kuchni nowoczesnego domku wczasowego, wciąż miała w głowie wczorajsze wydarzenia: wieść o morderstwie, grożenie bronią i spojrzenie Muchy. To wszystko nadal przyprawiało ją o dreszcze, ale także - chociaż wcale nie była pewna, czy to dobrze - o jakąś dziwną ekscytację, którą racjonalnie byłoby odsunąć. Miała nadzieję, że całodzienna praca nad cudzym życiem jej to ułatwi i pozwoli uciec od myśli o swoim.

W oczekiwaniu na pierwszego klienta zdecydowała się wybrać kartę dla siebie. Nie robiła tego często, tylko wtedy, gdy czuła, że tego naprawdę potrzebuje. A raczej karty potrzebują przekazać jej jakąś informację. Nie potrafiła dokładnie opisać tej zależności, ale może właśnie w tym tkwiła ta najbardziej niezbadana tajemnica jej relacji z tarotem.

Wybrała piętnastą kartę Wielkich Arkanów, Diabła. O ile na pozór symbolizować powinien czyste zło, w istocie karta wskazywała bardziej na beznadzieję lub beznadziejną sytuację. Mówiła też o kimś charyzmatycznym. Sugerowała zapytać, czy działa się w dobrej wierze. Tylko o jakie działania chodzi? O czyją charyzmę i magnetyzm? W pierwszym odruchu pomyślała o niedawnej rozmowie z Muchą i Cyberią. Może chodzi o nich albo o któregoś z nich, a może o beznadzieję sytuacji, pułapkę, w którą być może wpadła?

- Kim jesteś, diable? - zapytała na głos samą siebie.

Chwilę później pojawił się pierwszy klient. Zapomniała o wylosowanej karcie i Sebastianie Bartmanie. Jeszcze nie wiedziała, że wspomnienie wczorajszych wydarzeń dogoni ją nawet tutaj, a Diabeł za kilka godzin dosłownie zapuka do drzwi jej azylu.

ROZDZIAŁ 3

DIABEŁ

Słońce powoli zachodziło, a świerszcze i wszystkie leśne i nadrzeczne owady swoimi odgłosami wygrywały cowieczorny koncert natury. Zatapiając się w nim, Róża czekała na Karolinę Buksiewicz - jedną z bardziej tajemniczych klientek. Właściwie znała ją tylko dzięki kartom i numerologii. A nawet nie do końca z numerologii, bo młoda kobieta nigdy nie chciała podać dokładnej daty urodzenia. Wróżbitka przypuszczała, że Karolina to zataja, by nie wyszło na jaw, jak niewiele ma lat. Niby ubierała się jak dorosła kobieta sukcesu, nosiła drogie sukienki i torebki drogich marek, miała sztuczne rzęsy, powiększone usta i biust. Nakładała mocny makijaż, którym bez wątpienia chciała zakamuflować wiek. Z całą pewnością podobała się mężczyznom, a w kobietach budziła podziw lub zazdrość. Wyglądała na trzydzieści parę lat, jednak Róża nie miała wątpliwości, że gdyby zdjąć z niej tę całą zbroję, odmłodniałaby przynajmniej o dekadę, zamieniając się z posągowej piękności w śliczną i naturalną młodą kobietę.

W internecie trudno było znaleźć informacje na jej temat. Nawet Konstanty miał z tym problem. Nieraz zdarzało się, że pomagał koleżance, podrzucając ciekawostki na temat klientów, mające pomóc w zdobyciu ich zaufania. Dzięki temu poznawała pewien kontekst, którego nie prezentowali jej wszyscy. Prawda była taka, że większość osób, które do niej przychodziło, skrywało w sobie wielkie tajemnice. Pewnie jak większość ludzi w ogóle. Lata pracy pokazały jej, że prawdy u wróżki poszukują przede wszystkim ci, którzy najbardziej się jej obawiają.

Do grona takich klientów zapewne należała Karolina Buksiewicz. Intrygowała Różę, jednak daleko im było do nawiązania najcieńszej nici sympatii.

Kiedy przed bramę podjechał biały SUV, przez otwarty szyberdach było słychać głośną muzykę pop, naraz przerwaną przez radiowy dżingiel. Zagłuszył dźwięki lasu i szuwarów przy rzece. Róża wzięła głęboki wdech, by uspokoić irytację. Gdy przyjeżdżała do Panowa, wsłuchiwała się w naturę, chodziła boso po trawie i do momentu wyjścia na promenadę i do centrum wioski, chciała przynajmniej wyobrażać sobie, że jest gdzieś w głębi dzikiej głuszy. Jak inni mogą tego nie doceniać i tak bezrefleksyjnie to naruszać?

Muzyka ucichła. Wróżbitka usłyszała trzaśnięcie drzwiami samochodu, stukot obcasów i poczuła woń mocnych, kwiatowych perfum. Zabrzmiał dźwięk przychodzącego połączenia, które Karolina szybko odrzuciła.

- Dzień dobry - przywitała się, a Róża od razu wyczuła nerwowość w jej głosie. Jak nigdy, bo młoda kobieta zawsze skrzętnie ukrywała emocje. Była jak niewzruszony posąg.

Wyglądała jak zwykle olśniewająco, jakby wybierała się na czerwony dywan, a nie wizytę w wiejskim domku lokalnej wróżki. Miała na sobie ultrakrótką sukienkę, w całości pokrytą błyszczącymi kamieniami, na którą narzuciła cienki złoty trencz, ale pozbawiony rękawów. Beżowe czółenka z czerwoną podeszwą na astronomicznie wysokiej szpilce idealnie pasowały do kopertowej torebki, tak małej, że nie mieścił się do niej nawet telefon.

Widząc zdumienie Róży podziwiającej jej stylizację, wyjaśniła krótko:

- W hotelu jest coroczny Bal Przedsiębiorcy. Zaczyna się za godzinę, mam mało czasu.

Karolinie zdarzało się sprawiać wrażenie, że jest władcza i patrzy na innych z góry, ale dzisiaj Róża zauważyła, że młoda kobieta jest przede wszystkim nieobecna i rozkojarzona.

Kiedy usiadła w fotelu naprzeciwko wróżbitki, wciąż się wierciła, nerwowo poprawiała sukienkę, poły płaszcza i gładko zaczesane do tyłu włosy. Raz po raz zerkała na wyciszony telefon. Unikała kontaktu wzrokowego.

Nerwowa wiadomość głosowa, którą pozostawiła Róży rano, zaniepokoiła i ją, a ów niepokój narastał z każdą chwilą obserwacji młodej kobiety.

Próbując rozładować atmosferę, zagadnęła:

- Wygląda pani absolutnie fascynująco.

Wiedziała, że klientka lubi takie komplementy. Zresztą który zodiakalny Lew ich nie lubił?

Buksiewicz uśmiechnęła się pod nosem, ale nie odpowiedziała. Siedziała, niecierpliwie potrząsając nogą w rytm niesłyszalnej muzyki. Wskazała brodą na karty. Wsparła łokcie na stoliku, eksponując błyszczące bransoletki na nadgarstkach, cicho podzwaniające przy każdym najdelikatniejszym ruchu. Na obu przedramionach miała wytatuowane finezyjnie wykaligrafowane napisy, których Róży nigdy nie udało się rozszyfrować.

Największą tajemnicę stanowił nie wiek klientki i znaczenie jej tatuaży. Karolina Buksiewicz cała była bardzo trudna - tak Róża określała osoby, z którymi współpracowało się co najmniej opornie. Niektórych czytała jak otwartą księgę, ale zdarzało się, że trafiała na dziwną blokadę. Sama nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego. Tak właśnie było w przypadku tej młodej kobiety.

- Zależało pani na spotkaniu. - Róża zaczęła tasować karty. - Czy chciałaby pani o coś zapytać?

- Tak - odpowiedziała drżącym, ale zdecydowanym głosem.

- Zatem?

- Chcę, to znaczy chciałabym zapytać, czy - głośno przełknęła ślinę - czy coś mi zagraża?

Takiego pytania wróżbitka się nie spodziewała.

- Hmm... Ma pani na myśli jakąś konkretną sferę życia?

- Nie - odparła szybko Karolina. - Mam na myśli moje życie. Całe moje życie.

Zaintrygowana pytaniem klientki przełożyła karty. Miała nadzieję, że kobieta nie zauważyła zdziwienia, które przemknęło przez jej twarz. Trudno powiedzieć, czy pytanie Karoliny Buksiewicz było racjonalne, ale patrząc na tarota, wszystko wskazywało, że jej obawy mogą być uzasadnione.

- Pani Karolino, widzę, że wydarzyło się coś bardzo przełomowego. - Róża dotknęła palcem karty Wieży.

- Owszem - mruknęła zniecierpliwiona.

Klienci zawsze niecierpliwili się na wzmiankę o przeszłości. Nie tego oczekiwali. Wróżka wzięła głęboki oddech i zapytała:

- Czy może pani pomóc mi w określeniu, czy było to coś związanego z biznesem, rodziną, a może z życiem uczuciowym?

- Tak, tak i tak.

Spojrzała na klientkę pytająco.

- To pani nie powinna tego wiedzieć? - zapytała Buksiewicz, przekładając nogę na nogę.

Z maleńkiej torebki drogiej marki wyciągnęła elektronicznego papierosa w różowym opakowaniu i mocno się zaciągnęła. Dopiero gdy wypuściła z ust gęstą parę, mruknęła:

- Tak jakby we wszystkich tych sferach, ale nie chcę opowiadać szczegółów. Zresztą - zaciągnęła się ponownie - nie o to pytałam. Nie obchodzi mnie przełom, obchodzi mnie moje bezpieczeństwo. - Wykonała gest, jakby strzepywała popiół z papierosa. Jeszcze na ostatnim spotkaniu paliła cienkie Marlboro i nie pozbyła się pewnie długo pielęgnowanych odruchów.

- Patrząc na karty i nie znając szczegółów, przełom przyniósł pani niewątpliwą stratę. Być może miał on na celu panią osłabić i zwalić z nóg, ale jest to też początek jakichś zmian. Każda zmiana może być bolesna, ale niekoniecznie zła. Dla takiej kobiety jak pani... - Róża zawahała się nad Ósemką Mieczy - największym zagrożeniem jest niewątpliwie zamknięcie w klatce. Choćby nawet była to złota klatka.

- Ktoś chce mnie w niej zamknąć? - Karolina nerwowo rozejrzała się wokół, jakby na posesji Brzyskich czyhał na nią porywacz.

- Spokojnie, tutaj pani jest bezpieczna - zażartowała Róża, wodząc wzrokiem po klimatycznym ogrodzie. - Ale jest blisko pani jakiś mężczyzna, którego intencji nie mogę odgadnąć. Być może dlatego, że jeszcze sam ich nie sprecyzował. Nie może pani dać się zwieść.

- Powinnam się go bać?

- Wie pani, kim może być ten człowiek?

Karolina prychnęła bliska wybuchu. Zazwyczaj opanowana, starannie nie okazywała żadnych emocji, jakby jej mocny makijaż był nieprzeniknioną maską. Dziś Róża po raz pierwszy widziała ją w takim stanie.

- Ja mam to wiedzieć? To pani praca, za którą płacę więcej niż za wizytę u fryzjera! Czy jak idę chora do lekarza, to lekarz każe mi dokonywać diagnozy?

- Pani Karolino, ja nie jestem ani fryzjerem, ani tym bardziej lekarzem. - Róża odłożyła stos kart na bok, chociaż z poirytowania chętniej cisnęłaby nimi w klientkę. - Nie wystawię pani diagnozy ani nie dam recepty na to, jak żyć. Na ten moment mogę powiedzieć, że powinna pani na siebie uważać. Kręci się wokół pani ktoś tajemniczy, a może raczej jakaś tajemnica roztacza się wokół pani. Widzę, że może mieć to związek z uzależnieniami od kogoś bądź od czegoś. Jeśli ma pani pierwszą myśl, o kogo może chodzić, pani domniemywania mogłyby nam pomóc sprecyzować pytanie dla kart. W tej chwili mogę powiedzieć jedynie, że powinna pani na siebie uważać bardziej i staranniej niż zwykle. Ktoś zdeterminowany faktycznie może pani zagrażać. Bez pani pomocy nie jestem w stanie doprecyzować...

Buksiewicz zamknęła na moment oczy.

- Nie - wyrzuciła z siebie nerwowo, nie podnosząc powiek. - Nie będziemy dzisiaj nic precyzować. Śpieszę się.

Zapłaciła, pierwszy raz nie pozostawiając napiwku, i pośpiesznie odjechała w stronę centrum wioski, zapewne do ekskluzywnego kompleksu hotelowego.

Czy Róża dała jej to, czego oczekiwała? Raczej nie. Czy pobudziło to zainteresowanie Wróżki z Zadworu? Z całą pewnością.

- Co tam u ciebie, panie redaktorze? - Kurz spod kół samochodu Karoliny Buksiewicz ledwo opadł, a Róża już zdążyła wybrać numer do kolegi, absolutnie ignorując to, jak zakończyło się ich wczorajsze spotkanie na Hultajach.

- A dlaczego pytasz? Masz coś dla mnie?

- A mam do ciebie dzwonić tylko wtedy, kiedy coś dla ciebie mam?

Konstanty parsknął śmiechem. Znajomi byli ze sobą bardzo blisko, a na pewno na tyle blisko, aby ten wiedział, iż telefon z Panowa z całą pewnością musi oznaczać, że coś się wydarzyło. Róża swoje wyjazdy nazywała służbowymi i zawsze zastrzegała, że nie chce, by jej przeszkadzano.

- Wiesz może, kiedy odbywa się letni Bal Przedsiębiorcy? - zagadnęła pewna, że data tej imprezy zawsze pozostawała owiana tajemnicą, przynajmniej dla przedstawicieli mediów.

Była to coroczna, huczna impreza dla lokalnych bogaczy, ale niekoniecznie przedsiębiorców, a także współpracujących i dbających o ich interes samorządowców, polityków, a nawet mundurowych. Niektórzy biznesmeni pracowali bezpośrednio dla zadworzańskiego urzędu - ich firmy sprzątające obsługiwały miejskie instytucje, ogrodnicze zajmowały się miejską zielenią, kwiaciarnie zaopatrywały w wiązanki na ważne uroczystości, a zaprzyjaźniona firma cateringowa, należąca do szwagra burmistrza Hulaja, przygotowywała przekąski na co ważniejsze spotkania. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że przynajmniej do końca kadencji usługodawcy się nie zmienią, niezależnie od ofert przetargowych. Nikogo to kolesiostwo nie dziwiło, a dla małej społeczności Zadworu było to w zasadzie oczywiste.

Bale były o tyle wyjątkowe, że faktycznie organizowano je w tajemnicy. Dzięki temu wśród biesiadników panowało przeświadczenie, że to, co wydarzyło się na balu, na balu pozostaje. Dzięki Konstantemu w tym roku mogło być inaczej.

- Słynny, ściśle tajny i obrzydliwie ekskluzywny Bal Przedsiębiorcy? Przecież nikt nie wie, kiedy się odbywa! - krzyknął do słuchawki. - Nie opowiadaj, że to wywróżyłaś! Gdzie i kiedy?

- Dzisiaj. Zaczyna się za niecałą godzinę. W resorcie Podkarpacie. Klientka mi powiedziała.

Róża miała wrażenie graniczące z pewnością, że Konstanty w sekundę odwołał wszystkie plany na wieczór i już zbiera się do wyjazdu.

- Chcesz wybrać się ze mną na małą misyjkę dziennikarską? - Wydawało jej się, że w tle słyszy szczekanie Spacji, trzaskanie drzwiami i dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza.

Ustalili, że porozmawiają, gdy przybędzie na miejsce. Zadwór od Panowa dzieliło paręnaście kilometrów, więc jeśli na moście przy drodze wyjazdowej nie było korków, podróż trwała maksymalnie dwadzieścia minut. Za to powrót w niedzielę po południu w sznurze samochodów wracających z weekendowego wypoczynku oznaczał nawet dwie godziny podróży.

Sama nie wiedziała, czy chce wyjść z Konstantym. Wiedziała, że zabiłby ją, gdyby nie powiedziała mu o wydarzeniu, ale nie dla niej były takie dziennikarskie śledztwa, nawet te w wersji lokalnej, a przecież już w jedno się uwikłała. Poza tym miała słuchać świerszczy i zasnąć na hamaku, a nie odwiedzać popularny kurort.

Po raz kolejny tego dnia poczuła, że musi sprawdzić, co tarot chce jej przekazać. Wciąż pamiętała o wybranym wcześniej Diable, który swoją drogą powtórzył się także w układzie Karoliny Buksiewicz. Na kilkadziesiąt kart w talii akurat on. W obu przypadkach tak samo niewyraźnie i niezrozumiale.

- I co jeszcze? - zapytała na głos, opierając się o siedzisko w jej ulubionym rattanowym fotelu.

Rzuciła kolejną kartę na stolik. Tym razem Sąd. Nie była to zła karta, ale nadal, przynajmniej w tej chwili, bardzo tajemnicza. Wszystko wskazywało na to, że będzie to dotyczyć sprawy, co do której oceny będzie w pełni przekonana. Więc sprawa Sebastiana Bartmana odpadała. Sąd miał jej powiedzieć coś zupełnie innego, była tego bardziej niż pewna. Może chodziło o to, o czym coraz częściej myślała? Może odrodzenie symbolizowane przez kartę oznaczoną liczbą dwadzieścia jest coraz bliżej? Róża doskonale wiedziała, co przyniosłoby jej największe odrodzenie. Właściwie to liczyła tylko na jedną zmianę w swoim życiu. Na kogoś.

Trudno jej było uwierzyć w takie znaczenie karty, ponieważ uważała - i nie potrzebowała do tego żadnej wiedzy tajemnej - że nie ma w swoim życiu szczęścia do mężczyzn. Była inteligentna, ładna i błyskotliwa. Miała swój styl, charakter i własne zdanie, ale na palcach mogła policzyć swoje romantyczne relacje. Wszystkie skończyły się większą lub mniejszą katastrofą i przynajmniej jednym złamanym sercem.

Kiedyś dawna znajoma, doświadczona astrolożka z Krakowa, swoją drogą profesor astronomii na Uniwersytecie Jagiellońskim, powiedziała jej, że nie powinna potencjalnym drugim połówkom zdradzać zbyt szybko, w jaki sposób zarabia pieniądze, bo to ich najbardziej odstrasza. Katarzyna, znana jako wróżbitka Eufemia, sama dopiero po zaręczynach i paroletnim związku przyznała się swojemu obecnemu partnerowi, czym się zajmuje po opuszczeniu Wydziału Astronomii, Fizyki i Informatyki Stosowanej. Róży nie mieściło się w głowie, że kobieta potrafiła prowadzić dwa równoległe, a jednocześnie tak odległe życia.

- To jest tak jak wtedy, kiedy stereotypowy, lekko homofobiczny facet poznaje geja - tłumaczyła, niczym średnio rozgarniętej studentce. - Od razu wydaje mu się, że będzie dla niego obiektem seksualnym. A jak poznaje kogoś takiego jak ja czy ty, jest pewien, że spotkał czarownicę z piekła rodem, która nie dość, że warzy eliksiry miłosne z własnej krwi i innych płynów ustrojowych, to oczywiście bezbłędnie prześwietla figuranta, zanim jeszcze zdobędzie się na pierwsze zalotne spojrzenie. A prawda jest taka, że jak kobieta chce kogoś sprawdzić, to i bez karcianej wiedzy to zrobi. Nie potrzeba wyższej informatyki. Wystarczy determinacja i social media.

Róża co do tego ostatniego w pełni się z nią zgadzała, ale jednocześnie nigdy nie kłamała w sprawie swojej pracy. Zresztą jak tłumaczyć codzienne wyjścia do popularnych kawiarni, krążenie po krakowskim Kazimierzu czy zadworzańskim Starym Mieście w strojach, którym daleko było do współczesnych trendów? Jeśli chodzi o byłych partnerów i jej fach, największy problem niemal zawsze stanowiło to, że nie brali oni na poważnie zawodu dziewczyny, a kiedy zarabiała więcej niż oni, co wcale nie było trudne, nie mogła liczyć na dłuższą relację. Tak naprawdę i w głębi serca ona sama nie potrafiła poważnie przyznać, że jej zawodem jest wróżenie. Było to jeszcze bardziej niewygodne niż influencer czy streamer. Do tego jej inne... przypadłości. W końcu i one wychodziły na jaw.

Tylko ostatni chłopak, z którym się spotykała, szanował jej pracę. Niestety mimo owego zrozumienia, totalnego dopasowania pod względem numerologicznym, zodiakalnym, a przede wszystkim zupełnie codziennym, ich związek nie przetrwał. Minęły prawie dwa lata, a on wciąż regularnie nawiedzał ją w snach. Nie widziała się z nim od dnia rozstania, nie wiedziała, co się z nim dzieje, gdzie mieszka, czy wyprowadził się już za granicę, jak planował. A ściślej - planowali. Róża też chciała wyjechać. Tak niewiele brakowało, a jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Lawinę wspomnień związanych z jej przeszłością przerwał Konstanty, którego zauważyła dopiero, jak stanął przed nią na tarasie i najwyraźniej od dłuższej chwili starał się wytrącić ją z tuby zamyślenia.

Nawet nie słyszała, kiedy przyjechał. Nie chciała przerywać swojej refleksji, ale młody dziennikarz już gadał jak najęty:

- To jak w końcu? Róża?

- Przepraszam, Konstanty, zamyśliłam się. Mógłbyś powtórzyć pytanie?

- Mówię do ciebie od pięciu minut...

- Co może tylko oznaczać, że nie masz problemów z głoszeniem długich pogadanek niezależnie od uważności audytorium - wtrąciła kąśliwie.

- Idziesz ze mną czy nie? - zapytał, ignorując tę uwagę.

Wiedza o tym, kiedy i gdzie odbywa się to wielkie wydarzenie, była dla Konstantego kolejną szansą na temat, który nie pojawi się w żadnym innym lokalnym medium. Czuła, że zależy mu na jej towarzystwie.

Ku własnemu zdziwieniu zapytała:

- A mam inne wyjście, panie redaktorze?

- Zatem zapraszam szanowną wróżbitkę na kolację do restauracji hotelowej.

?????????? ? ? ? ??????????

Hotel Podkarpacie był jednym z najbardziej znanych i luksusowych ośrodków w regionie. Cały kompleks został wybudowany niedalej niż dekadę temu: hotel, domki wypoczynkowe, osobna kawiarnia, a kilka kilometrów od głównego ośrodka - jurty rozrzucone na zalesionym terenie, mające pełnić funkcję pustelni dla bogaczy, ale z szybkim wi-fi i klimatyzacją.

Kiedy Konstanty odbierał kartę hotelową, przy recepcji poinformowano go, że w sali bankietowej odbywa się impreza zamknięta, stąd część ośrodka jest wyłączona dla gości.

- Życzy pan sobie pokój dla dwojga? - zapytał przystojny recepcjonista, kiedy stali przy stylowym kontuarze.

- Nie, dziękujemy - odpowiedziała stanowczo Róża.

Chociaż dopiero co pojawiła się na terenie kompleksu, już marzyła o powrocie do rodzinnej daczy. Żałowała chwili słabości, zwłaszcza że Konstanty czuł się jak ryba w wodzie i bez niej. Musiała się wyciszyć. Przyjęła dzisiaj kilka osób, każda z nich miała swoje problemy, historie, które mimowolnie ją obciążały. Przecież kompletnie nie interesowały jej bal i dramaty, które sprzedadzą się w gazecie albo przynajmniej na profilu KonstantsRegulator, co czasem dawało nawet lepszą poczytność. Obserwowało go ponad dziesięć tysięcy osób, co - jak na profile lokalne, prowadzone przez Zadworzan - było naprawdę dobrym wynikiem.

Weszli do sali restauracyjnej i wybrali miejsca przy oknie z widokiem na ogromny taras. Zajętych było tylko kilka stolików w środku i na zewnątrz. Dziennikarz wyjrzał przez szybę. Musiał rozpoznać kogoś znajomego, bo z podekscytowania otworzył szeroko usta, po czym teatralnie zasłonił je dłońmi. Róża potrzebowała chwili, aby zidentyfikować osobę, która wzbudziła takie emocje w znajomym. Rozpoznała nie jedną, a dwie. Z pewnością chodziło mu o parę siedzącą na tarasie. Dzięki bujnej roślinności przy tarasowym oknie ona i Konstanty pozostawali niezauważeni. I właśnie tak powinno pozostać. Dziennikarz i wróżka to zdecydowanie nienajlepsze PR-owe połączenie.

- OMG - powiedział, akcentując po angielsku każdą literę. - Ale nam się trafiło. Szanowni państwo burmistrzostwo i maluczcy my w jednym lokalu. Dlaczego nie ma ich jeszcze na sali balowej?

Burmistrz Zadworu, Jerzy Hulaj, zwykł pokazywać się bez swojej małżonki nawet na najbardziej niepolitycznych wydarzeniach. Dbał o swoją prywatność, nie pokazywał w sieci tego, co robił poza pracą. Nigdy nie próbował ocieplać swojego wizerunku, publikując rodzinne fotografie ze świąt czy rocznicy ślubu. Być może ktoś kiedyś widział go z żoną i dziećmi, ale na pewno nie ktoś taki jak Róża, która kompletnie nie interesowała się polityką, nawet tą lokalną, a całą wiedzę o sprawach miasta czerpała wyłącznie od Konstantego, który w tej tematyce czuł się jak ryba w wodzie.

Zerkając na parę za oknem, uświadomiła sobie, że jej brak zainteresowania takimi sprawami wcale nie oznacza, że nigdy nie poznała nikogo z lokalną polityką związanego. Obok włodarza miasta siedziała jej stała klientka. Zupełnie nieświadomie od kilku miesięcy wróżyła żonie samego burmistrza.

- Znasz panieńskie nazwisko żony Hulaja? - zapytała znajomego, pewna, że wnikliwy dziennikarz poda jej odpowiedź.

- Panieńskie nazwisko Helenki Hulajowej? Róża, to mi prawdziwie schlebia, ale teraz mnie przeceniasz. - Konstanty nie spuszczał wzroku z pary na zewnątrz. - Skąd to pytanie?

- Owa Helenka Hulajowa przychodzi do mnie od kilku miesięcy. Nie skojarzyłam, kim jest, bo podała mi inne nazwisko, przypuszczam, że panieńskie.

Dopiero po chwili odwrócił wzrok w stronę swojej towarzyszki i z równie bogatą mimiką, jak przed momentem, otwierając szeroko oczy ze zdumienia, zapytał:

- Że co proszę? I ty mi o tym mówisz dopiero teraz?

- Konstanty, przecież dopiero teraz się o tym dowiedziałam. Wiedziałam, że jej mąż jest na kierowniczym stanowisku, tylko tyle - zamilkła, ponieważ kelner przyniósł menu. - Musimy stąd wyjść przed nimi - dodała, kiedy zostali sami. - Nie chcę jej zrazić do siebie tym, że po pracy nie wyglądam jak eteryczna wróżbitka z cygańskiego taboru.

- I że zadajesz się z jednym z najbardziej natarczywych dziennikarzy w regionie? - zapytał, celując w nią widelcem, nie kryjąc dumy i zadowolenia.

- Kostek, ty nie jesteś "jednym z", ty jesteś tym jedynym. Ratusz zatrząśnie się w posadach, jak przestaniesz pracować w "Echu". Wreszcie będą mogli odetchnąć z ulgą.

- Konstanty... - poprawił, wznosząc ręce i wciąż trzymając w nich sztućce, jakby wołał o pomstę do nieba. - Mam na imię Konstanty. I nigdy nie przestanę pracować w "Echu Zadworu". Kiedyś będą mówić, że ta gazeta to ja. Oczywiście jak wyniosę ją na właściwie wysoki poziom - dodał pośpiesznie.

- Idealny opis na Tindera - skomentowała. - Dodaj do tego hasztag "lokalny patriota" i "natarczywy dziennikarz". Albo lepiej "dziennikarska hiena". Będzie można mówić do ciebie per zwierzak.

Mężczyzna, wstrzymując wybuch śmiechu, omal się nie zakrztusił.

- Dobrze wiesz, że nie mam Tindera, to nie dla mnie - odparł, zerkając gdzieś w bok. Podobnie jak Róża nie przepadał za tym tematem.

- Może najwyższy czas, żeby to zmienić?

- W porządku, ale założę go dopiero wtedy, jak zrobisz to ty.

- Skąd wiesz, że już tego nie zrobiłam?

Ich przekomarzania musiały zostać przerwane, ponieważ zorientowali się, że Hulajowie zbierają się do wyjścia. Róża zerwała się z krzesła i niemal biegiem ruszyła ku toalecie, gdzie chciała przeczekać ich przejście przez salę.

Nie chodziło o niewróżbiarską stylizację. Naprawdę nie mogła pokazać się swojej klientce w towarzystwie Konstantego.

Wszystkie spotkania z klientami poza sesjami były dość krępujące, ponieważ w Zadworze chodzenie do wróżki niekoniecznie stanowiło powód do dumy. Może tylko młode dziewczyny, które przychodziły do niej z prośbą o przepowiednie związane z ich pierwszymi miłościami, w social mediach ochoczo oznaczały jej profil i prosiły o wspólne zdjęcie. Pojawiła się wśród nich niepisana tradycja, aby w osiemnaste urodziny spotkać się w Zamkowej z wróżką, która miała dać młodej dorosłej wskazówkę na przyszłość.

Jako że Helena Rabioł, a raczej Helena Hulaj, ukrywała przed nią, kim jest i jak naprawdę ma na nazwisko, Róża powątpiewała, że chciałaby wpaść na nią podczas kolacji z mężem, tuż przed budzącym od lat kontrowersje Balem Przedsiębiorcy. Nie było wszak wątpliwości, że para wybierała się na imprezę - czerwona maxi z ogromnymi bufami Heleny plus smokingowy garnitur i fular Jerzego Hulaja. pasujący kolorystycznie do kreacji żony, mówiły same za siebie.

A jutro w południe spodziewała się jej na sesji...

- Konstanty, to chyba kiepski pomysł, żebym tutaj była - powiedziała po powrocie do sali restauracyjnej. - Wiem, że na balu jest inna moja klientka, teraz ta burmistrzowa. Nie przemyślałam tego. Przecież do mnie przychodzą ludzie z całego miasta. Będziemy mieć problemy wizerunkowe, jak zostaniemy tutaj razem.

- Wiesz, Róża, czekałem, aż to powiesz. Nie mogę się z tobą nie zgodzić - odpowiedział rezolutnym tonem. Założył nogę na nogę i lekko odchylił się na krześle. - To robota tylko dla mnie. Nawet jeśli nie zrobię z tego poważnego reportażu, to dowiem się więcej niż ktokolwiek o relacjach wszystkich wpływowych z miasta. Skoro Hulaje poszli już hulać, to proponuję deser na tarasie. Może coś stamtąd podejrzymy. Później cię odprowadzę.

Widząc sceptyczną minę towarzyszki, dodał pośpiesznie:

- Daj spokój, przecież nikt nas nie rozpozna. Ty wyglądasz jak nastolatka w koku na głowie, w okularach i dresach, nikt nie zobaczy w tobie wróżki, a tym bardziej wróżki Róży.

Zgodziła się, chociaż niechętnie.

Konstanty gadał jak najęty, jak zwykle, kiedy w obwodzie był temat samorządu. Zdradził jej, że w kuluarach mówi się o prywatnej przyjaźni dwóch największych wrogów w radzie miasta. Spekulował, z kim może układać się burmistrz, zastanawiał się, czy wśród gości są pochodzący stąd parlamentarzyści i jak daleko poza moralne ramy porwie ich impreza.

- "Hulanki burmistrza Hulaja", już widzę ten tytuł. - Klasnął w dłonie, po czym zanotował pomysł w telefonie.

- Jakbyś się nie gapił w ten ekran, to zobaczyłbyś, że ktoś już zaczął hulanki na osobności - powiedziała szeptem Róża, której uwagę zwróciły wysokie cienie malujące się w jednej z alejek między drzewami.

Powiedli za nimi wzrokiem, dopóki postacie nie zniknęły w ciemnych zaroślach.

- Pierwsi wywrotowcy już w godzinę po otwarciu imprezy? Odważnie - skomentował Konstanty. - Jest jeszcze widno.

- Kierowali się w stronę bramy. Może odprowadzając mnie, coś wypatrzysz, dziennikarska hieno? - zaproponowała, wyczekując opuszczenia kompleksu hotelowego.

Wiedziała, że to skusi go bardziej niż torcik migdałowy, z którego słynęła restauracja. Jakby w odpowiedzi na tę myśl, dziennikarz mruknął ni to do niej, ni to do siebie:

- Wezmę rano na wynos, a teraz idziemy. Ku chwale "Echa Zadworu" i moim chorym ambicjom.

Wstali natychmiast, Róża poszła uregulować rachunek, podczas gdy Konstanty wyszedł przez taras, próbując dyskretnie odnaleźć dwóch uczestników imprezy.

Spotkali się w alejce wiodącej do bram Hotelu Podkarpacie.

- Musieli się nieźle ukryć, ale ja i tak ich znajdę - wyszeptał kąśliwie, wzbudzając tym u Róży dziwny niepokój.

Wzruszyła ramionami, próbując domknąć niewielką skórzaną torebkę na suwak, chociaż w porównaniu z tą, którą miała ze sobą Karolina Buksiewicz, jej była całkiem spora. Mogła pomieścić na przykład szklankę z hotelowej zastawy.

Ten konspiracyjny spacer bardzo jej się nie podobał. Czuła na plecach dziwną grozę, jakby ktoś przeniósł ją do horroru, którego akcja toczy się na wielkim balu pełnym przepychu i rozpusty. Antagonista skrywa się pod wytworną maską jednego z biesiadników, a wszyscy poza nim po kolei giną. Najlepiej w niewyjaśnionych i absurdalnych okolicznościach. Dodając do tego hektolitry krwi, mógłby powstać niezły slasher.

Róża pragnęła jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Chciała przyśpieszyć, ale bała się, że jeśli będzie szła szybciej, jej kroki staną się za głośne.

Byli prawie przy bramie. Nie spotkali nikogo. Ani szalonego zabójcy z horroru, ani nawet szeregowego radnego.

- Konstanty, ale ty nie robisz tego tak całkiem na poważnie, prawda? - zapytała, patrząc dziennikarzowi w oczy.

- Róża, proszę cię - odpowiedział, odwzajemniając spojrzenie. - Wiem, że nie kieruję brygadą CBŚ, nie jestem nawet reporterem TVN-owskiej "Uwagi" ani nawet "Sprawy dla reportera", ale daj mi przynajmniej na moment poczuć się kimś więcej niż redaktorem podrzędnego pismaka o tematyce lokalnej, gdzie największym newsem jest załatanie dziur w jezdni przy ulicy Pogodnej.

Po tej wiązance wypowiedzianej na jednym wydechu uśmiechnęła się do niego i odetchnęła ze szczerą ulgą. Gdzieś z tyłu głowy przemknęło jej przez myśl, że skłonny do obsesji Diabeł, który pojawił się w jej kartach po południu, teoretycznie mógł symbolizować Konstantego.

Pożegnali się przy otwartej bramie. Róża zapewniła kolegę, że chce wrócić do domku nad rzeką sama i nie obawia się spaceru po ciemku.

- Przecież sam przed chwilą mówiłeś, że jest jeszcze widno. Za moment będę bezpiecznie bujać się w swoim ulubionym hamaku. A ty nie masz czasu do stracenia i misję do realizacji, panie redaktorze.

- Tak jest. - Konstanty wykonał gest przypominający salutowanie i odszedł w stronę hotelu.

Róża zaś, nie do końca pewnie, uważnie stawiając każdy krok, ruszyła wąską dróżką wśród drzew i innych letnich domków.