Wstęp
O przedstawionych w tej książce osobliwych doświadczeniach mój stryjeczny stryj, sędziwy, starszy ode mnie o ponad czterdzieści lat kapłan opowiadał mi w ciągu trzech lat, które spędziłem w jego posiadłości, zanim zmarł.
Wcześniej nie miałem z nim kontaktu z powodu wrogości między nim a moim ojcem, będącej efektem kłótni, która ich poróżniła na wiele lat przed moimi narodzinami. Zawsze uważałem, że winnym tej sprzeczki był mój ojciec, do czego zresztą sam mi się przyznał na krótko przed śmiercią. O dziwo, to jednak nie sprawca najbardziej ucierpiał, gdyż od owego czasu stryj coraz bardziej stawał się odludkiem, żyjąc samotnie w Stanton Rivers, gdzie towarzyszyła mu tylko nieliczna służba, w większości związana z rodziną od czasu jego dzieciństwa. Od okazji do okazji widywał tylko kilku najbliższych przyjaciół, głównie księży, którzy co kilka dni odwiedzali go w jego posiadłości.
Niedługo po wspomnianej kłótni ów kuzyn przyjął święcenia kapłańskie. Przez cały czas prześladowań moja rodzina trzymała się katolicyzmu, chociaż w tym czasie właściciel posiadłości przeszedł na anglikanizm. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by głowa rodu była zarazem księdzem, chociaż niektórzy z młodszych synów odnajdowali w sobie powołanie kapłańskie, a jeden z nich, benedyktyn, zawisł za to na Drzewie Tyburn.
Trudno się dziwić, że pośród służby i dzierżawców zapanował niepokój, gdy wielmoża obwieścił, iż chce się udać do Rzymu, aby podjąć tam studia w Papieskiej Akademii Kościelnej dla Szlachetnie Urodzonych1. Kiedy jednak wrócił, nic się nie zmieniło z wyjątkiem tego, że nosił sutannę i odprawiał mszę, zamiast paradować w getrach i polować na bażanty, zatem w małym światku Stanton Rivers życie toczyło się jak dawniej. Wolno jednak, bardzo wolno zaczęły się zmieniać relacje pomiędzy właścicielem a dzierżawcami. Duchowość ojca Philipa robiła coraz silniejsze wrażenie na tych ostatnich, a ich lojalność i szacunek płynące z osobistej, umacniającej się wraz z upływem czasu miłości do niego sprawiały, że ktoś, kto jak ja, zjawił się tam znienacka, miał wrażenie, iż trafił do jakiegoś odmiennego świata.
Kiedy obchodziłem posiadłość, którą aż nazbyt szybko miałem odziedziczyć, zewsząd zaś słyszałem o wielkoduszności i roztropności obecnego właściciela, nie mogłem oprzeć się podejrzeniu, że jednym z powodów dobroci, jaką okazywał dzierżawcom, była próba jakiejś rekompensaty za tak długą rozłąkę z mym ojcem, który był jedynym z jego najbliższych krewnych. Podczas krótkiego okresu, który spędziłem z ojcem Philipem w ostatnich latach jego życia, pokochałem go miłością, jaką uczniowie świętego darzą swego mistrza. Z dziecięcą prostotą mówił o kwestiach duchowych tak, że miało się wrażenie, iż świat doczesny jest dla niego mniej rzeczywisty niż kraina duszy. Mówię szczerze, mam wrażenie, że tak właśnie sprawa się z nim miała i że na śmierć czekał tak, jak dziecko oczekuje powrotu do domu po długiej nieobecności.
Niemniej jednak do zebrania opowieści prezentowanych w tej książce doszło za sprawą pewnej wypowiedzi, której wówczas nie zrozumiałem, gdyby zaś nie moja ciekawość i moje nalegania, przypuszczam, że mój kuzyn nie wracałby już do tej sprawy. Nie wykluczam, iż płynęło to ze strachu przed wyśmianiem czy - co byłoby jeszcze gorsze - ugrzecznioną akceptacją, która maskuje jedynie całkowitą niewiarę słuchaczy. Atoli główną przyczyną milczenia ojca Philipa o tych kwestiach był, jak mniemam, fakt, że takie zmysłowe przejawy sfery ponadnaturalnej przestały go interesować, gdyż w czasie, kiedy się poznaliśmy, wstąpił już był na wyższy poziom życia duchowego, gdzie mistyczna jedność z Bogiem jest tak rzeczywista i bezpośrednia, że owe wcześniejsze doświadczenia tracą na wartości.
Opowieści te spisywałem w swego rodzaju notatniku i zwykle czyniłem to tego samego dnia, kiedy je usłyszałem, bywało jednak, że wahałem się, czy wolno mi je upublicznić. Czytelnicy, którzy zapoznali się z moim rękopisem, nalegali, abym niczego nie pomijał, a i ja z czasem doszedłem do wniosku, że taka publikacja nie może nikomu ani niczemu zaszkodzić. Jeśli zaś stronice te okażą się dla kogoś pomocą, z pewnością mój krewny nie boczyłby się na upowszechnienie jego doświadczeń. Tam, gdzie ujawnienie tożsamości mogłoby komuś zaszkodzić, zmieniałem nazwiska, daty itd., także dokonywałem poprawek pozwalających zachować anonimowość postaci, poza tym jednak przekazuję te historie dokładnie tak, jak je usłyszałem. W większości przypadków kreślone zdarzenia rozegrały się na długo wcześniej, niż mi o nich opowiedziano, ilekroć jednak miałem możliwość spytać żyjących jeszcze bohaterów tych historii, okazywało się, że pamięć mojego kuzyna potrafiła zachować najdrobniejsze nawet szczegóły. Na tej podstawie nie wątpię, że przedstawione dalej relacje są całkowicie wiarygodne.
Roger Pater
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Akademia dyplomatyczna założona w 1701 roku. W 1930 papież Pius XI przemianował ją na Papieską Akademię Kościelną (wszystkie przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza).
Ostrzeżenia
Biblioteka w Stanton Rivers jest ulokowanym na parterze domostwa długim pomieszczeniem wychodzącym na zachód. Przy letnim zmierzchu ostatnie promienie słońca wpadają przez szerokie, wielodzielne okna, swymi złotymi smugami omiatając grzbiety całych rzędów książek.
Sędziwy właściciel, będący też duchownym, siedział w wykuszowym oknie, kolana otuliwszy kocem, a blask padający na jego siwe włosy i szlachetne rysy upodabniał go do portretów wiszących w galerii na piętrze. Przez jakiś czas rozwodził się nad tym, jak opatrzność Boża zajęła się nim, jak wspaniałomyślnie Najwyższy odpowiada na prośby swych sług, przy czym Jego łaska sięga dalej niż najśmielsze nawet modły. Wielkie wrażenie robiły na mnie spokój i przekonanie, którymi tchnęły jego słowa. Gdy w zamyśleniu je rozważałem, starzec umilkł na kilka chwil, a potem znienacka odezwał się znowu.
- Rozumiesz, co chcę powiedzieć? - spytał, zatrzymując na mnie łagodne spojrzenie.
- Tak mi się wydaje - odrzekłem - może tylko z jednym wyjątkiem. Przed chwilą użył ojciec sformułowania, które było dla mnie zupełnie nowe. Mówił ojciec o prowadzonych w duchu modlitwach i świetle, które jest Bożą odpowiedzią. O prośbach, aby ojcem pokierował w szczególnie trudnych sprawach, a wtedy wszystko się rozjaśnia i nie ma żadnych wątpliwości, jak postąpić, jak gdyby chodziło o posłuszeństwo wobec boskiego nakazu. Potem zaś nieoczekiwanie dodał ojciec: "Ale to coś zupełnie innego od bezpośredniej przemowy, która czasami do mnie dociera". Czy mógłbyś, ojcze, jakoś dokładniej wyjaśnić, co masz na myśli, mówiąc "bezpośrednia przemowa"?
Sędziwy ksiądz z uśmiechem wysłuchał mego pytania, potem jednak milczał tak długo, że poczuwszy się nieswojo, chciałem już przepraszać za swoją ciekawość w obawie, iż jakoś go uraziłem. Ledwie jednak zacząłem, natychmiast mi przerwał:
- Nie, nie, nic mnie to nie dotknęło. Bardzo chciałbym odpowiedzieć na to pytanie, trudność natomiast polega na tym, aby uczynić to w zrozumiały sposób. - Tu nastąpiła kolejna pauza, po której usłyszałem: - Sformułowanie, które cię skonfundowało, należy do tych, których używam, aby opisać doświadczenie nawiedzające mnie od czasu do czasu. Niekiedy jest to zdanie, niekiedy tylko słowo lub dwa, zdarza się też, iż jest to bardziej rozbudowana wypowiedź, zawsze jednak przeznaczona dla mojego zmysłu słuchu. - Mówiący musiał się zorientować po wyrazie mej twarzy, iż nie bardzo mi to pomogło, gdyż ciągnął: - Jeśli pozwolisz, podam ci kilka przykładów tego, o czym myślę, najpierw jednak muszę ostrzec, że chociaż wiele lat upłynęło od pierwszego z takich wydarzeń, to w ogóle nie znajduję dla nich żadnego satysfakcjonującego wyjaśnienia. Co więcej, jestem zupełnie przekonany, iż słyszany przeze mnie dźwięk czy głos nie ma naturalnych przyczyn. Nie jest to więc na przykład coś na wzór sytuacji, gdy ktoś usłyszawszy niespodziewany głos, przypisałby go jakiejś innej osobie. Jest jeszcze jedna kwestia, która czyni takie moje doświadczenie czymś zupełnie niezwykłym. Bez wątpienia słyszałeś o zdarzeniach, gdy w chwili czyjejś śmierci postać umierającej czy umierającego pojawia się przed oczyma osoby, która nie tylko znajduje się w innym miejscu, ale na dodatek w ogóle nawet nie wiedziała o poważnej chorobie delikwentki czy delikwenta. W kilku przypadkach głosy informowały mnie o śmierci kogoś z przyjaciół lub krewnych, nie zdarzało się to jednak w momencie śmierci, lecz znacznie później i ledwie na krótko przed tym, gdy niemiłe wiadomości docierały do mnie normalnymi drogami.
- Pozwolę sobie przerwać ojcu - powiedziałem. - Dobrze będzie, zanim przystąpisz, ojcze, do prezentacji tych przykładów, wyjaśnić sobie jedno. Czy owe głosy, które słyszysz, rozbrzmiewają w twoich uszach, czy też słyszysz je tak jak wtedy, gdy coś przepowiadamy sobie w głowie?
- Niekiedy mają one niewątpliwie tak subiektywny charakter, jak przed chwilą określiłeś - brzmiała odpowiedź. - Częściej jednak wydają mi się zewnętrzne względem mnie, chociaż muszę dodać, że kilka razy usłyszałem mój własny głos, bo też moje usta i wargi wypowiadały wyraźnie słowa w sposób zupełnie przeze mnie niekontrolowany.
Podziękowałem za to wyjaśnienie i obiecałem, że nie będę już więcej przerywał, bardzo bowiem chciałem usłyszeć owe przykłady osobliwych doświadczeń. Znowu zapadła krótka cisza, potem zaś ksiądz rzekł:
- Nie jestem do końca pewien, ile mogłem mieć lat, gdy po raz pierwszy coś takiego mi się przydarzyło, niemniej jednak przypuszczam, iż byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Moja opiekunka, która przez wiele lat zarządzała całym tym domem, opowiadała mi, że ledwie zacząłem mówić, a już nękałem ją pytaniami, co znaczy takie czy inne słowo. Kiedy pytała, skąd je znam, odpowiadałem tylko: "Słyszałem je", nie potrafiłem jednak wyjaśnić, kto je wypowiedział. Nie jestem zupełnie pewien, czy chodziło dokładnie o to samo, niemniej na jakiś czas opuściła mnie owa zdolność słyszenia jakichś niespodziewanych słów, a wyraźnie jej doświadczyłem, jak dobrze pamiętam, kiedy skończyłem szkołę. Miałem wtedy osiemnaście lat, kwestie Boga i religii odgrywały wówczas niewielką rolę w moim życiu, a mówiąc szczerze, kwestia, czy dany czyn jest moralny, mniej mnie obchodziła od tego, czy jest on "odpowiedni" dla młodzieńca o mojej pozycji.
Jak wiesz, miałem starszego o cztery lata brata, którego zawsze bardzo lubiłem. Ojciec dużo wcześniej wykupił dla niego patent oficerski, więc w czasie, gdy rozgrywa się ta historia, był wraz ze swoim pułkiem w prowincjonalnym garnizonie.
Jeśli o mnie chodzi, nie miałem żadnych konkretnych pomysłów, jaki zawód chciałbym uprawiać, chociaż jako chłopiec skłaniałem się ku kapłaństwu. Z czasem jednak ta chęć wygasła, a gdy miałem jakieś piętnaście lat, nie widziałem powodu, dla którego nie miałbym zgodnie z życzeniem ojca studiować prawa. Skończyłem szkołę wkrótce po siedemnastych urodzinach, potem zaś po okresie przygotowawczym zostałem zatrudniony w londyńskiej firmie adwokackiej, która nie tylko obsługiwała naszą rodzinę, ale miała też znakomite koneksje ze starymi familiami katolickimi. Życie w stolicy było dla mnie prawdziwą nowością, ogromnie się więc z niego radowałem, godziny służbowe kończyły się jednak późno, rzadko więc się zdarzało, aby czas prywatny zaczynał się wcześniej niż o szóstej wieczorem. Nie przeszkadzało mi to jednak odwiedzać teatru i - jak sobie przypominam - co tydzień widziałem jakąś z odgrywanych na scenie sztuk.
Któregoś wieczoru był to Hamlet z Macreadym występującym w głównej roli. Był to wprawdzie jeden z moich ulubionych dramatów Shakespeare'a, nigdy jednak jeszcze nie widziałem go wystawianego na scenie. Podniecony zjawiłem się w teatrze przed otwarciem drzwi, musiałem więc trochę czekać, ale potem znalazłem dobre miejsce, na którym się rozsiadłszy, czekałem, aż uniesie się kurtyna. Mogę chyba z przekonaniem stwierdzić, że nic nie było mi wtedy dalsze od myśli o bracie Oswaldzie, bo też niecierpliwie czekałem na rozpoczęcie się sztuki. Wtedy znienacka, zupełnie jakby ktoś szepnął mi do ucha, usłyszałem wyraźnie: "Oswald nie żyje". Z wrażenia aż podskoczyłem, spojrzałem podejrzliwie na siedzącego po prawej sąsiada, bo po lewej miałem już tylko przejście. Tymczasem ów sąsiad nachylał się właśnie do swego towarzysza, prowadząc z nim rozmowę, w sposób oczywisty więc nie mógł wygłosić tych słów. Gdy tak zaskoczony wpatrywałem się w niego, ponownie usłyszałem: "Oswald nie żyje". Ponieważ jedynym znanym mi Oswaldem był mój brat, zaszokowany pomyślałem, że jeśli te słowa były skierowane do mnie, musiały dotyczyć jego. Kiedy po raz trzeci rozległo się: "Oswald nie żyje", zaniepokoiło mnie to w takim stopniu, że chociaż przypuszczałem, iż musi chodzić o jakieś złudzenie, gotów już byłem wyjść z teatru. Wtedy jednak rozbrzmiał dzwonek, kurtyna się uniosła i niemal natychmiast zapomniałem o całym tym zdarzeniu, gdyż pochłonęła mnie akcja dramatu.
Przedstawienie skończyło się koło północy, a ja wróciłem do swego mieszkania pełen emocji wzbudzonych przez spektakl i nawet przez chwilę nie pomyślałem o dziwnym zdarzeniu, które rozegrało się przed jego początkiem. Kluczem otworzyłem drzwi, po cichu wszedłem na piętro, na podeście jednak ze zdziwieniem zobaczyłem smugę światła pod drzwiami mego salonu, a także usłyszałem, że ktoś się w środku porusza. Gdy wszedłem, ku swej konsternacji zastałem przechadzającego się z kąta w kąt pokoju szefa kancelarii, w której pracowałem. Usłyszawszy, jak wchodzę, odwrócił się w kierunku drzwi, a wtedy zobaczyłem, iż w ręku trzyma telegram. Wtedy stanowiły one jeszcze prawdziwą nowinkę, natychmiast więc pomyślałem, iż musiało się stać coś poważnego. "Drogi chłopcze", powiedział przybysz, "czekam na pana już drugą godzinę. Dostałem depeszę od pańskiego ojca, który błagał, abym dostarczył panu tę wiadomość". Natychmiast przypomniały mi się słowa, które usłyszałem w teatrze, milczałem jednak, on zaś ciągnął: "Z najwyższą przykrością muszę oznajmić, że pański brat Oswald zmarł nagle dziś przed południem". Ustaliłem potem, iż śmierć spowodowana była przez wypadek, do którego doszło tuż przed południem, a zatem całe siedem godzin przed tym, jak usłyszałem owe złowróżbne słowa.
- No cóż, rzeczywiście bardzo to dziwna sprawa - przyznałem, gdy szacowny kapłan zamilkł. - I do tego wszystko się ograniczyło?
- Skoro używałem liczby mnogiej, to z łatwością zgadniesz, że było jeszcze więcej tego typu zdarzeń. Do następnego doszło co do dnia rok później. Z racji tej precyzji zastanawiam się niekiedy, czy coś nie łączyło dwóch tych przypadków. Czekał mnie wtedy mój pierwszy egzamin z prawa, uzgodniłem więc z szefem, że przez kilka wcześniejszych tygodni nie będę się zjawiał w biurze, aby cały czas poświęcić na lektury. Byłem już wtedy dość przekonany, iż popełniłem błąd, wybierając prawo jako swą profesję, co wcale nie ułatwiło mi brnięcia przez podręczniki. Co więcej, w istocie niesłychanie trudno było mi skupić się na czytaniu, tak iż niekiedy robiłem to na głos, gdyż wtedy prawda wydawała się łatwiejsza.
Wspomniałem już, iż ów dzień stanowił rocznicę śmierci mego brata, co jednak zupełnie mi umknęło, więc w ogóle nie pomyślałem o tej koincydencji, na którą dopiero później zwrócono mi uwagę. Tak czy owak, tego ranka albo umysł miałem niesłychanie gnuśny, albo może zgłębiany przez mnie traktat prawniczy był szczególnie zawiły, w każdym razie doszło do tego, iż zacząłem zasypiać w trakcie lektury. Dlatego też zacząłem czytać na głos, a ponieważ i to niewiele pomagało, więc w końcu położyłem książkę na wysokiej sekreterze i czytałem na stojąco. Wtem do drzwi na dole dwukrotnie zapukano, co oznaczało przybycie telegramu, ja zaś na głos powiedziałem: "To musi być depesza o śmierci mego ojca", a zaraz potem wygłosiłem zdanie z książki, jak gdyby owe słowa były wydrukowane.
Chwilę wcześniej z trudem byłem w stanie utrzymać powieki otwarte, teraz jednak byłem już zupełnie rozbudzony, nerwy mając napięte jak postronki. Słyszałem, jak służąca schodzi do frontowych drzwi, otwiera je, zamyka, a potem wchodzi na górę. Już po chwili miałem w ręku telegram, który bezzwłocznie otwarłem, aby przeczytać: "Ojciec bardzo poważnie chory. Przyjeżdżaj natychmiast", a podpis pod tą wiadomością złożyła moja siostra. Pierwszym pociągiem pognałem do domu, po przyjeździe zaś dowiedziałem się, iż ojciec zmarł tego ranka o godzinie ósmej, a więc trzy godziny przedtem, zanim otrzymałem telegram, który celowo został sformułowany kłamliwie, aby przygotować mnie na czekający szok.
Starzec po raz kolejny umilkł i przez kilka chwil wpatrywał się w gęstniejącą ciemność, jak gdyby pogrążył się we wspomnieniach, które ta opowieść wywołała. Po chwili jednak zwrócił się do mnie z przepraszającym uśmiechem.
- Takie więc były dwa pierwsze przypadki tego, co nazywam "bezpośrednią przemową". I co o tym sądzisz?
Niełatwo było odpowiedzieć na to pytanie, bo też mówiąc prawdę, nie bardzo wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. W końcu jednak odezwałem się:
- To istotnie bardzo dziwne doświadczenie - wycedziłem - które na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie bezsensowne. Niemniej jednak muszę cię prosić, ojcze, o cierpliwość, gdyż zanim wyrażę swój sąd, chciałbym się dokładnie zastanowić. A czy jutro opowiesz mi jeszcze o innych tego typu przypadkach?
Starszy mężczyzna wstał powoli z fotela i rzekł:
- Zrobię to z przyjemnością, jeśli tylko nie nudzi cię słuchanie takich starczych bajdurzeń.
- Zapewniam... - zacząłem, ale rozmówca z uśmiechem wziął mnie pod ramię i wolno poprowadził ku drzwiom biblioteki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki