2
Kordian Oryński obudził się, gdy tylko zadzwonił telefon. Jego kawalerka przy Emilii Plater była świetnie zlokalizowana - od siedziby kancelarii w Skylight dzieliło ją kilka kroków. Niestety, miała też koszmarną akustykę, przez co każdy najmniejszy dźwięk odbijał się w niej echem.
Kordian podniósł telefon i zobaczył, że dzwoni patronka. Pora była nietypowa, nawet jak na nią.
- Żelazny w końcu nas wywalił? - zapytał na powitanie.
- Jesteś trzeźwy?
- Co to za pytanie o trzeciej w nocy?
- Pytanie, na które muszę znać odpowiedz już.
- Jestem.
- Więc wsiadaj w taksówkę i przyjedź do mnie.
Kordian otworzył usta, ale nie zdobył się na żadną odpowiedź.
- I weź jakieś rzeczy na zmianę - dodała Chyłka.
- Ale... czy ty właśnie zaproponowałaś... no wiesz?
- Nie rób sobie żadnych nadziei, Zordon. Ruszamy w trasę koncertową.
- Co takiego?
- Słyszeli o naszych wyczynach nawet na dalekich północnych rubieżach. Wyjeżdżamy natychmiast, a ja potrzebuję kierowcy, bo chlapnęłam sobie jednego sunrise'a. Albo dwa.
- Ale...
- Albo trzy. Nie pamiętam.
- Tylko że...
- Pojedziesz iks piątką. Zawsze chciałeś to zrobić, nie? - wyterkotała. - Masz prawo jazdy?
- Znamy się od roku, a ty nie wiesz, czy mam prawo jazdy?
- Nie wiem też, jaki masz rozmiar bokserek. I daj Bóg, nigdy się nie dowiem. Zbierasz się, czy nie?
- T-tak, ale...
- Bierz rzeczy na tydzień, potem wrócimy po zapasy.
Oryński nabrał tchu i machinalnie powiódł wzrokiem za paczką papierosów. W zasięgu wzroku żadnej nie było, bo od tygodnia wraz z patronką trwali w mocnym postanowieniu, by wyrwać się ze szponów nałogu. Była to druga próba - pierwszą podjęli po sprawie Langera i wytrwali tylko parę miesięcy. Teraz byli dobrej myśli, bo miała im pomóc namiastka nikotynowej rozkoszy.
Na razie jednak nie sprawdzała się najlepiej. Oboje chodzili źli jak osy.
- Chyłka, mam teraz sprawę - powiedział. - Przestępstwo z przerobieniem dokumentu, na pewno słyszałaś, że...
- To nie przestępstwo, tylko marny występek. Szkoda twojego czasu.
- Szkoda czy nie szkoda, nie mogę ot tak...
- Rozmawiałam już z McVayem. Przydzielił sprawę komuś innemu.
Kordian uśmiechnął się do siebie, kręcąc głową. Mógł się tego spodziewać - kiedy patronka czegoś chciała, zazwyczaj to dostawała. Zasada ta sprawdzała się zarówno w kancelaryjnym świecie, jak i na salach sądowych. Oryński wiedział, że trudno było o lepszą nauczycielkę - przynajmniej jeśli ktoś zamierzał podszkolić się z wyrachowania i bezwzględności.
- Pakuj mandżur i wiśta wio! - dodała, a potem się rozłączyła.
Nie było sensu oddzwaniać i dyskutować. Kordian szybko uwinął się z pakowaniem, a kwadrans później jechał już do mieszkania Joanny. Jeśli w ich osobliwej relacji istniało coś, czego nigdy się nie spodziewał, było to prowadzenie należącego do Chyłki BMW X5. Najwyraźniej sprawa naprawdę była nagląca.
Joanna czekała na niego przed samochodem. Skinął jej głową, wrzucił torbę do przesadnie wielkiego bagażnika, a potem zasiadł za kierownicą. Energicznie zatarł ręce i poczuł na sobie ciężki wzrok Joanny.
- Słuchaj, Zordon - zaczęła. - Oboje wiemy, że to sytuacja niebezpieczna zarówno dla iks piątki, jak i dla ciebie. Dlatego zachowaj najwyższą ostrożność.
- W porządku.
Nacisnął guzik startu i rozległo się przyjemne mruczenie.
- Dokąd? - zapytał.
W odpowiedzi prawniczka wskazała na nawigację. Na wyświetlaczu widniał niepozorny cel podróży: "Droga gruntowa, Sajenek". Nie zadając pytań, Kordian wbił wsteczny, a potem zaczął kierować się zgodnie z podpowiedziami wygłaszanymi przez robotyczny męski bas.
- Gosztyła to to nie jest - zauważył.
- Hm?
- Mogłabyś zmienić głos tego dziadostwa - wyjaśnił.
Spojrzała na niego, jakby ją uraził. Kordian najchętniej dowiedziałby się, w jaką sprawę został wciągnięty, ale przypuszczał, że patronka o wszystkim mu opowie, gdy uzna, że moment jest stosowny.
- To Zygmunt - odparła, jakby nic więcej nie musiała dodawać.
- Nie wiedziałem.
- Nie śledzisz moich wpisów na fejsie? Na bieżąco informuję tam o kolejnych mężczyznach w moim życiu. Zygmunt towarzyszy mi od dobrych dwóch miesięcy.
Może rzeczywiście wiedziałby o tym, gdyby nie to, że po głośnej sprawie Langera współpracowali ze sobą coraz rzadziej. Wprawdzie Chyłka nadal była jego patronką - i będzie nią jeszcze przez dwa lata - ale szefowie przydzielali go do innych prawników z działu procesowego. Czy z litigation, jak sami woleli to określać. Po prawdzie, Oryński przypuszczał, że sytuacja raczej się nie zmieni - tym bardziej zdziwił go telefon od patronki i wyjazd poza Warszawę na wspólną sprawę.
- Nie chcesz wiedzieć, dokąd jedziemy? - zapytała, moszcząc się na siedzeniu pasażera.
- Łudzę się jeszcze, że wszystko mi wytłumaczysz z własnej woli.
- Łudź się, a będzie ci dane - powiedziała, poprawiając pas. - Cholernie niewygodnie jest po tej stronie. Czuję się jak ksiądz w minarecie.
- Obawiam się, że ich tam nie wpuszczają.
- Tak jak mnie nie powinno być na tym siedzeniu - odparła pod nosem i machnęła ręką. - Jedziemy do domku letniskowego Szlezyngierów.
- Kogo?
- Nigdy nie słyszałeś o Awicie Szlezyngierze? Czytasz przecież te "Forbesy" i inne "Managery".
Kordian znał to nazwisko, choć imienia chyba nigdy nie słyszał. Przez moment starał się przypisać je do konkretnego człowieka. W końcu jakaś zapadka w umyśle znalazła się na swoim miejscu i Oryński wyłowił z pamięci informacje na temat przedsiębiorcy.
- Masz na myśli tego magnata logistycznego?
- Brawo, Zordon - pochwaliła go. - Wiedziałam, że orientujesz się co nieco w biznesie.
Raz w miesiącu rzeczywiście kupował "Forbesa", a czasem po drodze do Skylight zaopatrywał się też w "Dziennik Gazetę Prawną". Zazwyczaj to drugie tylko kartkował przy kawie, ale nieraz rzucało mu się w oczy nazwisko, o którym wspomniała Chyłka. Szlezyngier w istocie był magnatem w swojej branży - z tego, co Oryński pamiętał, w tamtym roku obroty jego firmy przekroczyły milion złotych przychodu.
- Gdzie jest ten ich domek? - odezwał się po chwili.
- O to chcesz mnie zapytać?
- Na inne rzeczy przyjdzie pora. Na razie interesuje mnie, dokąd jedziemy.
- Tam, gdzie Zygmunt ci poleci.
- A konkretnie?
- Na Podlasie - odparła, wyciągając elektronicznego papierosa. Kordian zrobił to samo. - Kawałek na wschód od Augustowa.
- To chyba Mazury.
- Formalnie województwo podlaskie. Dla prawnika liczy się to, co w ustawie.
- No tak - mruknął, zaciągając się tak głęboko, że czerwona dioda na końcu papierosa poinformowała, iż na moment urządzenie się zablokowało.
- Domek Szlezyngierów leży przy jakimś niewielkim jeziorze. Sajenko.
- Zaczyna się upiornie.
- I tak też najwyraźniej się kończy - powiedziała Chyłka, ruchem ręki sugerując mu, by wyprzedził jadące przed nimi auto. - Ich dziecko zniknęło w środku nocy.
- Porwanie?
- Tylko jeśli weźmiesz pod uwagę, że mógł to zrobić ktoś ze zdolnością do teleportacji.
- Hę?
- Chata była zamknięta na cztery spusty, a alarm włączony.
Oryński obrócił się do patronki i posłał jej długie spojrzenie.
- Co się gapisz? - zapytała. - Uważaj na drogę.
- Wyciągasz mnie na drugi koniec Polski, żeby bronić winnych ludzi?
- Nie wyjeżdżaj mi z winą. Jakie to ma znaczenie?
Nie odpowiedział, lepiej było rzeczywiście skupić się na jeździe. Joanna miała rację, mówiąc, że to dla niego sytuacja zagrożenia - jeden niewłaściwy ruch kierownicą mógł sprawić, że załatwi sobie wielogodzinne kazanie. To samo stałoby się, gdyby zaczął dyskutować o winie klienta.
- Ten alarm można łatwo sprawdzić - oznajmił.
- Wiem. Z samego rana wybierzemy się do agencji ochrony, z której korzystają Szlezyngierowie.
- Znasz ich?
- A bo co? - odburknęła. - Nie mogę wziąć sprawy z dobroci serca? Albo ze względów finansowych?
- Kasy masz wystarczająco, w przeciwieństwie do tego pierwszego.
Posłała mu wymuszony uśmiech, a potem znów poprawiła się na fotelu. Tym razem szarpnęła pas na tyle mocno, że się zablokował.
- Znam żonę - powiedziała po chwili. - Chodziłam z nią do liceum. Wyjątkowa kokota.
- Kto?
- Fleciara, Zordon. Muszę ci kiedyś dać jakiś słownik.
Potrząsnął głową.
- Podebrała ci chłopaka na studiach?
- Mnie? Proszę cię! - prychnęła Chyłka, w końcu odpinając pas i krzyżując nogi na siedzisku. - Ja podebrałam jej, ale bynajmniej nie przyjęła tego z godnością. I były to czasy licealne. Miałyśmy kilka zatargów, nic, o czym warto wspominać.
- Więc dlaczego wzięłaś tę sprawę?
- Jej dziecko zniknęło. Co miałam zrobić?
- Na przykład odmówić. Będzie z tego niezły syf.
- Niezły syf to też niezły rozgłos.
Kordian uśmiechnął się i pokręcił głową.
- I tym sposobem dotarliśmy do clou problemu - skwitował.
Przez moment dopuszczał możliwość, że patronka zdecydowała się pomóc przez wzgląd na stare czasy, ale powinien od razu się zorientować, w czym rzecz. Sprawa najwyraźniej nie zdążyła jeszcze trafić do mediów, jednak kiedy tylko tak się stanie, będzie miała zasięg ogólnopolski. Wszyscy z zaciekawieniem będą obserwować upadek znanego biznesmena, który najprawdopodobniej jest odpowiedzialny za zniknięcie dziecka.
Oryński zjechał z Armii Krajowej na ósemkę prowadzącą do Marek, a potem dodał gazu.
- Powoli - rzuciła pasażerka. - Za chwilę jest fotoradar, a ja nie będę miała problemu ze wskazaniem organom ściągania danych kierowcy. Sprawa będzie oczywista, krótka i bolesna dla ciebie.
- Tak jak ta ze Szlezyngierami.
- Na razie nic nie wiemy - zaoponowała Joanna, chowając e-papierosa do kieszeni żakietu.
- Wiemy, że pozbyli się własnego dziecka.
- Jak? - zapytała spokojnie. - Zdematerializowali je?
Spojrzał na nią i uniósł brwi. To było dobre pytanie. Poszukiwanie odpowiedzi mogło sprawić, że ta podroż nie okaże się całkowitą stratą czasu.
- Obok jest jezioro, tak? - podsunął Kordian.
- Zapewne już dokładnie przeszukane przez nurków.
- I mazurskie lasy?
- Podlaskie.
- Ustalmy może, że to Suwalszczyzna?
- Niech będzie - zgodziła się Joanna. - W każdym razie okolicę przez dwie doby przetrzepano wzdłuż i wszerz.
- I nie znaleźli kompletnie niczego?
- Null, zero, nada, próżnia absolutna. Ktokolwiek zabrał tę dziewczynkę lub jej ciało z domu, wiedział doskonale, co robi.