Zaginiona dziewczyna - Kate Angelo

Kup ebooka

49.90 zł
43.81 zł (49,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1 

Luna Rosati mogła zniknąć w każdym tłumie, w każdym mieście, w każdym życiu. Tylko nie w tym. Nie w tym życiu. To miało w sobie coś, co ciągnęło ją wstecz. Niczym prąd morski, który zasysał ją na dno.

Była godzina 10.42, a człowiek, który miał klucz do jej dawnego życia, spóźniał się dwanaście minut. Wmówiła sobie, że jest na to gotowa. Teraz jednak, kiedy nie było już odwrotu, Lunę dopadły wątpliwości. Nie dotyczyły odnalezienia córki - to nie podlegało dyskusji - ale zmierzenia się ze wszystkim, co zostawiła za sobą.

Spojrzała przez szerokie okno restauracji i utkwiła wzrok w pustej ulicy, przygotowując się do chwili, w której jej starannie skonstruowane życie miało ulec zmianie.

Poranne słońce odbiło się od przejeżdżającego samochodu, obok przeszła nieśpiesznie para starszych ludzi. W Millie Beach spotkać można było głównie miejscowych. Trudno się dziwić. Nie był to szczególnie popularny wakacyjny kierunek. To małe nadmorskie miasteczko dorównywało przestępczością Miami, ale było od niego sto razy brzydsze.

Luna wyjechała stąd osiemnaście lat temu i przysięgła sobie, że nigdy więcej tu nie wróci. Ale przysiąg składanych w czasie zawieruchy nie zawsze dotrzymuje się w czasie spokoju. Dlatego też Luna siedziała teraz w kącie, w głębi tej samej obskurnej jadłodajni, w której bywała w dzieciństwie, i wyglądała na ulicę przez przeszkloną frontową ścianę.

Ta paskudna knajpa ani trochę się nie zmieniła. To samo wyblakłe szarawe linoleum. Te same stoły o pożółkłych blatach z formiki. Te same popękane czerwone krzesła obite skajem. Gdzie nie spojrzała, wszędzie to samo, to samo, to samo. Z wyjątkiem twarzy kelnerek, pooranych głębszymi zmarszczkami.

Wiek i nałogowo wypalane dwie paczki dziennie nie przysporzyły Marge urody. Właścicielka łypnęła na Lunę niechętnie ze swojego stanowiska w kuchni. Nigdy nie lubiła nowych przybyszów. Wolała trzymać się stałych bywalców.

Przy stoliku Luny pojawiła się młodsza wersja Marge.

- Co podać?

Na kwadratowej plakietce przyczepionej do jej zatłuszczonej koszuli widniało imię Angie.

O rety, a więc to była córka Marge? Ależ ona się postarzała. Jej ciemne loki przeplatały siwe pasma. Zniszczona twarz upstrzona była ciemnobrązowymi przebarwieniami. Niezatartymi śladami pocałunków bezlitosnego słońca odbijającego się w oceanie w mieście, gdzie kremu z filtrem używali wyłącznie turyści.

Luna sięgnęła po zafoliowane menu, rzuciła na nie okiem, po czym je odłożyła.

- Na razie lemoniadę. Czekam na znajomego.

Angie przyjrzała się jej bacznie.

- Czekasz na Strykera?

- Zna go pani?

- O takiej porze przychodzi tutaj tylko on. Na turystów jeszcze nie czas, zresztą ty nie wyglądasz na turystkę. Zdaje mi się, że gdzieś cię już widziałam.

Luna już miała kłamstwo na końcu języka, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Lata mistyfikacji i ukrywania tożsamości sprawiły, że kłamanie przychodziło jej z większą naturalnością niż mówienie prawdy. Ale tutaj nie potrzebowała przykrywki. Nie w mieście, w którym dorastała. Tutaj mogła być sobą. Tutaj mogła być Luną Rosati.

- Tak, czekam na...

Dzwonek nad wejściem zadźwięczał, gdy jakiś człowiek pchnął przeszklone drzwi.

Luna podniosła wzrok i wtedy coś w niej pękło. Wyraźnie to usłyszała. Zabrzmiało jak uderzenie nogą w szkło. Głośny trzask, który rozbił w drobny mak wszystko, co z takim trudem tłumiła w sobie przez te wszystkie lata.

- A jednak turyści. - Angie popukała spuchniętymi knykciami o stół. - Zaraz przyniosę lemoniadę.

Słowa Angie spłynęły po Lunie niezauważone. Nie mog­ła oderwać oczu od mężczyzny, którego znała z dawnych lat, a który tak bardzo wydoroślał. Był krótko ostrzyżony. W niczym nie przypominał chłopca z niesforną blond czupryną, jakiego pamiętała z przeszłości. Beżowy lniany garnitur opinał jego szerokie ramiona, nadając mu pewność siebie właściwą stróżom prawa.

Zabawne, ostatnio widziała go w garniturze na procesie, na którym jego ojca sądzono za morderstwo.

Corbin King zdjął okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się po pomieszczeniu intensywnie brązowymi oczami. Jego jabłko Adama poruszyło się, gdy napotkał jej wzrok.

Luna ani drgnęła.

Podszedł nonszalanckim krokiem i zajął wolne miejsce naprzeciwko niej. Oparł wygodnie łokcie o stół i splótł palce, nadal trzymając w nich okulary.

Luna przesunęła językiem po spierzchniętych wargach, gotowa odezwać się jako pierwsza, gdy tylko przyjdzie jej coś do głowy. Nie miała nic do powiedzenia. A jednocześ­nie tak wiele.

Corbin King przeszył ją spojrzeniem ciemnych oczu.

- Co ty tu robisz?

Przez myśl przeszło jej całe mnóstwo ciętych ripost, począwszy od "Jak śmiesz!" po "Proszę cię, odejdź, żebym nie musiała cię nigdy więcej oglądać". Odruchowa powściągliwość, nabyta podczas współpracy z CIA, kazała jej przemilczeć słowa, jakie cisnęły jej się na usta. Odparła więc tylko:

- Umówiłam się ze Strykerem.

Zerknął przez ramię na pustą restaurację.

- Tutaj?

Nie odpowiedziała.

Angie z brzękiem postawiła na stole szklankę lemoniady i uśmiechnęła się do Corbina.

- Podać coś, koteczku?

Do Luny nie zwróciła się per "koteczku".

Corbin rzucił okulary na stół, odchylił się na krześle i spojrzał na Angie.

- Wezmę kawę. I panią na słówko, jeśli pani pozwoli.

Sięgnął do kieszeni na piersi i wyjął z niej czarny portfel. Zręcznym ruchem dobył służbowej legitymacji. Departament Egzekwowania Prawa Florydy.

- Mam do pani kilka pytań.

Coś podobnego. Corbinowi udało się dopchać do florydzkiego odpowiednika FBI.

Angie przeniosła wzrok z Luny na Corbina i zaśmiała się flegmatycznie.

- Czyżbym miała kłopoty, panie władzo?

- Nie, proszę pani. Chciałbym tylko zadać parę pytań w sprawie zaginięcia. Czy będziemy mogli zamienić słowo na osobności, gdy skończę rozmawiać ze znajomą?

- Nie ma sprawy. Raczej nigdzie się nie wybieram.

Odeszła nieśpiesznie do kuchni, z wysoko uniesioną głową i nieco bardziej wyprostowana.

- Co ty tu robisz, Luna?

Przymilny ton, jakim zwracał się do kelnerki, zlodowaciał w jednej chwili.

- Od kiedy to Departament Egzekwowania Prawa Florydy zajmuje się zaginięciami?

- Od kiedy to rozmawiasz ze Strykerem? Albo w ogóle z kimkolwiek z nas?

- Dlaczego odpowiadasz pytaniem na pytanie?

Oczywiście zdawała sobie sprawę, że to ona zaczęła.

Na skroni Corbina nabrzmiała niebieska zygzakowata żyłka i Luna uśmiechnęła się w duchu.

- Odkąd oddaliśmy nasze dziecko do adopcji. Odkąd wykreśliłaś mnie ze swojego życia. - Dźgał palcem w stół, akcentując każde zdanie. - Odkąd bez słowa wyjechałaś z miasta, nie oglądając się za siebie.

Na szkle zarysowało się kolejne pęknięcie. Jego słowa ugodziły ją prosto w serce. W głowie pojawił się obraz nastolatki żebrzącej na ulicach Pakistanu. Tej z ciemnymi włosami i o oczach podobnych do oczu Luny. Uderzające podobieństwo do tamtej dziewczyny przywołało wspomnienie z czasów, kiedy trzymała w ramionach maleńkie życie. Córeczkę, którą oddała - nie dlatego, że taką miała ochotę, lecz dlatego, że nie mogła pozwolić, by jej dziecko cierpiało tak samo jak ona.

Dziewczynka, którą wydała na świat, była teraz gdzieś na świecie i tylko od Strykera mogła się dowiedzieć gdzie.

Cios zranił ją do żywego, ale Luna zebrała się w sobie i zamknęła swoją emocjonalną zbroję na klucz. Nie tylko ona odeszła.

- Zerwałeś ze mną, Corbin. Powiedziałeś, że nie chcesz być ojcem. To był twój wybór. Ja tylko zadbałam o to, by zapewnić naszej córce przyszłość.

Na skórę pod jego kołnierzykiem wypełzł purpurowy rumieniec. Luna widziała, jak jego szyja się napina.

- Nie wierzę, jak możesz...

Ostry błysk światła przemknął przez frontowe okna. Cokolwiek mówił Corbin, jego słowa rozpłynęły się w nicości. Luna patrzyła, jak Stryker wyłania się ze swojego starego zardzewiałego jeepa zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Szpakowate włosy związane miał w koczek zwisający nad karkiem. Gdyby nie siwe pasma, wyglądałby jak ten sam wysportowany mężczyzna, którego poznała jako nastolatka.

Wróciła pamięcią lata wstecz. Zobaczyła człowieka, który dostrzegł w niej dobro nawet wtedy, gdy była kłębowiskiem wściekłości i złych decyzji. Człowieka, który wziął zagubioną, zdezorientowaną dziewczynę i przekuł ją w coś silniejszego, w coś więcej. Odciągnął ją od krawędzi, pokazał inną drogę. I wbrew oczekiwaniom, mimo wszystkich przeciwności, młoda buntowniczka, która kiedyś przeklinała na widok każdego przechodzącego gliniarza, została rządową agentką.

Rzucał jej wyzwania, podnosił poprzeczkę, nigdy nie pozwolił jej się poddać. A ona się nie poddała. Czy rozpozna tamtą dziewczynę w kobiecie, jaką się stała?

Przed restaurację zajechał czarny SUV, ostro hamując. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Z samochodu wyskoczyły trzy ciemne postacie o zamaskowanych twarzach, przyobleczone w czarny ekwipunek bojowy.

Broń. Byli uzbrojeni.

Luna zerwała się na równe nogi, zanim jeszcze zdążyła zrozumieć, co się dzieje. Jej mózg błyskawicznie poskładał obrazy w całość. "Biegnij. Pomóż Strykerowi".

Krzesło Corbina zaszurało. Przewróciło się z hukiem. Pobiegł za nią.

Stryker nie podda się bez walki. Miał taki refleks, że mógł rozbroić napastnika i połamać mu kości, zanim Luna mrugnęłaby okiem. Jego opór dałby im te kilka bezcennych sekund, jakich potrzebowali, by wybiec na zewnątrz.

Jeden z ludzi wycelował w Strykera paralizator i nacis­nął spust. Dwie zygzakowate błyskawice przecięły powietrze i wbiły się w jego kark, posyłając przez jego ciało napięcie pięćdziesięciu tysięcy woltów. Zanim upadł bezwładnie na chodnik, dwóch pozostałych mężczyzn chwyciło go pod pachy i wciągnęło na tylne siedzenie.

Luna i Corbin wypadli na zewnątrz. Przechodnie krzyczeli. Jakaś kobieta wrzeszczała wniebogłosy. Ale wzrok Luny wbity był w czarne auto. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Corbin dobył broni.

- Policja! Stój, bo strzelam!

Silnik SUV-a zaryczał. Samochód zerwał się z piskiem opon, tracąc przyczepność. Zarzucił tyłem, ocierając się o dwa zaparkowane obok pojazdy. Potem wrócił na właściwy tor i pomknął ulicą. Zignorował znak stopu i zniknął za rogiem.

Ulica i chodnik usiane były drobinkami czerwonego i żółtego konfetti. Luna przykucnęła i paznokciem zeskrobała kilka małych krążków.

Corbin gnał za samochodem, aż w końcu się zatrzymał. Stopy rozstawił na szerokość ramion. Ugiął kolana. Wyciąg­nął ręce, gotowy do oddania strzału.

Luna podbiegła do niego i położyła dłoń na jego pistolecie, zmuszając go do opuszczenia lufy.

- Schowaj to. Nie wolno strzelać do uciekającego pojazdu na środku ruchliwej ulicy.

Corbin dyszał ciężko.

- Brak tablic rejestracyjnych. Napastnicy byli zamaskowani. Trzeba będzie przejrzeć nagrania z monitoringu i przesłuchać świadków.

Podobnie jak ona, Corbin myślał już o tym, co robić w następnej kolejności. Luna wyjęła telefon, a jej kciuk zawisł nad ekranem. Tajny kod używany do wysyłania chronionych wiadomości do Agencji nie działał na zwykłym smartfonie. Jedyna osoba, której numer był w nim zapisany, właśnie została porwana.

Corbin mruknął pod nosem coś, czego Luna nie usłyszała. Opierał rękę w pasie. Poła jego marynarki była odsunięta, ukazując pistolet schowany w kaburze na biodrze. Podał przez telefon swoje nazwisko, numer odznaki i ich lokalizację.

- Zgłaszam porwanie. Proszę o natychmiastowe przysłanie posiłków i powiadomienie detektywów.

Skoro Stryker zniknął, Luna nie miała powodów, by tu tkwić. Czas zacząć go szukać. Odwróciła się na pięcie i wróciła do restauracji.

Angie, rozhisteryzowana, trajkotała przez telefon. Ciekawe, czy dyspozytorka zrozumiała cokolwiek z jej bełkotu przemieszanego ze szlochem. Luna podeszła do stolika i wzięła torebkę. Została na tyle długo, by dopić lemoniadę i rzucić na stół dwudziestaka, po czym wyszła.

Corbin, nadal z telefonem przy uchu, dorównał jej kroku.

- Dokąd idziesz? - Nawet się nie zatrzymała. - Hej, nie możesz opuszczać miejsca przestępstwa.

Złapał ją za ramię i obrócił. Wtedy ona chwyciła go za nadgarstek i wykręcała mu rękę tak długo, aż ugięły się pod nim kolana.

- Skapcaniałeś na starość.

Posłała mu drwiący uśmieszek, po czym odepchnęła go, zwalniając uścisk. Corbin się zatoczył.

Wyraz jego twarzy prawie wynagrodził Lunie mękę ponownego ujrzenia go.

Odwróciła się i ruszyła do swojego samochodu.

Ostatnią osobą, jaką miała ochotę oglądać, był Corbin King. Nie tutaj. Nie teraz. Nigdy.

- Luna! Nie możesz tak po prostu odejść. Luna!

Stryker był nie tylko jej mentorem, ale również zastępował jej ojca. Nie mogła stać bezczynnie i pozwalać, by ktoś go krzywdził. Zresztą to on zorganizował adopcję. Załatwił wszystko sam, omijając oficjalne procedury, w czasach gdy Luna była za młoda i zbyt rozbita emocjonalnie, by wnikać w szczegóły. Wtedy nie chciała wiedzieć. Sądziła, że tak będzie lepiej. Ale zmieniła zdanie.

Teraz, bez Strykera, nie wiedziała, jak znaleźć jedynego krewnego, jaki jej pozostał. A utraciwszy w Pakistanie wszystko, co miała, nie mogła sobie pozwolić, by znów cokolwiek stracić.

Nieważne, jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić.

Uratuje Strykera.

Odnajdzie swoją córkę.

I zrobi to bez Corbina Kinga.

Rozdział 2 

Co za uparta kobieta! Zawzięta jak zawsze, nawet po tylu latach.

Lekki powiew rozwiał ciemne włosy Luny, a długie pasma załopotały niczym sztandar, gdy odchodziła w dal. Mięśnie na szyi Corbina zadrgały. Dlaczego nie mogła zostać i chociaż raz z nim porozmawiać?

Pokręcił głową. Ta kobieta wzniosła wokół siebie nieprzebyty mur.

Żeby chociaż jeden mur - ona była lepiej obwarowana niż federalna rezerwa złota. Nie powinno go to dziwić. Kiedy trzeba było zmierzyć się z bólem albo zastanowić się nad rozwiązaniem problemów, Luna zawsze brała nogi za pas. Zrobili wszystko źle i drogo za to zapłacili.

On najwyraźniej płacił nadal.

Kiedyś sądził, że łącząca ich więź jest dość silna, by zawsze ściągnąć ją z powrotem. Teraz jednak boleśnie zdał sobie sprawę, że Luna zawsze będzie uciekać.

Nawet przed nim.

Dobiegające z oddali wycie syren natychmiast sprowadziło go na ziemię. Nadciągały posiłki i jeśli chciał zapewnić sobie udział w sprawie, musiał udowodnić, że stawił się tu jako pierwszy.

Wyjął telefon i najpierw w szerokich ujęciach obfotografował miejsce zdarzenia, aby ukazać scenerię. Ulica. Restauracja. Kilka pojazdów zaparkowanych przy chodniku. Potem szczegóły. Jeep Strykera. Ślady opon tam, gdzie SUV wpadł w poślizg. Rysy na bokach samochodów.

Jego wzrok padł na chodnik, na którym leżały porozrzucane papierowe kółeczka. Te charakterystyczne ślady po paralizatorze mogły stanowić kluczowy dowód łączący porwanie z podejrzanymi. Przykucnął i zrobił zdjęcia, upewniając się, że żadnego nie pominął.

Nie mając świadków, zabezpieczywszy dowody najlepiej, jak mógł to zrobić samemu, odwrócił się i wszedł do restauracji. Odniósł wrażenie, że na ułamek sekundy powietrze wokół niego uległo zmianie. To było miejsce Strykera, ale Corbin omijał je szerokim łukiem. Każdy kąt, każda sfatygowana kanapa przypominały mu Lunę i ogromną pustkę, jaka ogarnęła go po jej odejściu.

Odegnał tę myśl, kilkoma długimi krokami przemierzył wypłowiałe linoleum i podszedł do Marge, która tuliła lamentującą Angie.

- Zastrzelili Strykera! Na środku ulicy! Wzięli i go zastrzelili! - Kelnerka wtulała głowę w ramię Marge, które tłumiło jej słowa.

Płaczące kobiety. Nigdy nie wiedział, jak się przy nich zachować. Gdy tylko się odzywał, jedynie pogarszał sytuację.

- Wcale go nie zastrzelili. Nie celowali z broni palnej. - Usiłował przybrać łagodny ton. - To był paralizator. Nie zrobili mu krzywdy.

Przynajmniej na razie, bo kiedy porywacze zawiozą go tam, dokąd zamierzali go zawieźć... Nie, wolał nie oddawać się zbyt daleko posuniętym dywagacjom. Najpierw bieżące sprawy.

Angie uniosła głowę i nabrała powietrza w urywanym szlochu. Ciemne smugi z tuszu do rzęs mieszały się na jej twarzy ze strumieniami łez.

- Czego oni od niego chcieli?

- Nie wiem. - Ale zamierzał się dowiedzieć. - Muszę zadać pani kilka szybkich pytań. Wszystko, co sobie pani przypomni, może mieć kluczowe znaczenie.

Angie uniosła drżącą dłoń i wytarła nos w rękę.

- To... to wszystko stało się tak... szybko. Nie wiem... czy dobrze widziałam.

- To normalne. Może przypomni pani sobie więcej, kiedy opadnie stres.

Pociągnęła nosem.

- Tak, może.

Marge obejmowała córkę jedną ręką. Długie lata palenia papierosów wycisnęły piętno na jej obwisłej skórze i przebarwionych od nikotyny zębach.

Kiedyś chłopaki z dzielnicy podkradały jej papierosy z niepilnowanej paczki leżącej na kontuarze. Corbin też raz spróbował. Chciał w ten nieudolny sposób zaimponować Lunie. Pokazać, że też jest fajny i wyluzowany. Dym uwiązł mu w płucach i wywołał gwałtowny atak kaszlu. Kiedy przejrzał na załzawione oczy, zobaczył nad sobą Strykera, który stał z założonymi rękami i kręcił głową. Ten drobny wyskok kosztował go piętnastokilometrową przebieżkę po plaży ze Strykerem u boku, prawiącym mu przez całą drogę morały.

Spojrzał ponownie na kobiety przy stole, splecione dłońmi, przytulające się kurczowo i pocieszające wzajemnie. To zdarzenie mocno nimi wstrząsnęło. Nie dlatego, że były świadkami przestępstwa; dość naoglądały się przemocy, żyjąc w Millie Beach. Ale dlatego, że znały Strykera. Wszyscy go znali. Te kobiety kochały go, bo dzięki niemu świat stawał się lepszy. Bezpieczniejszy. Teraz jednak, jak się okazało, wcale nie był bezpieczniejszy.

- Czy któraś z was zauważyła podejrzanych ludzi, kręcących się w okolicy? Może parkowały w pobliżu jakieś nietypowe pojazdy?

- Stałam przy kuchni. - Głos Marge brzmiał tak, jakby co rano płukała gardło żwirem. - Zobaczyłam tylko wasze plecy, kiedy biegliście do wyjścia. Myślałam, że wyrośliście już z brzydkiego zwyczaju uciekania bez płacenia.

- Chwila. - Angie się wyprostowała. Wytrzeszczyła na Corbina spuchnięte oczy i wycelowała w niego palcem. - Pamiętam cię. No jasne. Ciebie i... tę dziewczynę, która tu siedziała. Luna i Corbin. To wy, młodzi Wojownicy, prawda?

Małe miasteczka. Kocha się je albo nienawidzi, a w tym momencie Corbin skłaniał się ku drugiej opcji. W tym mieście wszyscy wszystko o każdym wiedzieli. Albo tak im się przynajmniej wydawało. To ułatwiało prowadzenie śledztw. Ale utrudniało życie, kiedy to ciebie wścibscy plotkarze brali na języki.

Nie chciał rozmawiać o Lunie. Nie był pewien, czy może o niej rozmawiać, nie zdradzając, jaka burza emocji kotłowała się w jego wnętrzu. Nie było pytania, które nie nękałoby go przez lata. Na przykład dlaczego na samą myśl o jej imieniu jego ciałem nadal wstrząsał dreszcz.

"Nie myśl o tym. Skup się na bieżących sprawach".

- Zgadza się. Nazywam się Corbin King, jestem agentem specjalnym. Zaraz przyjedzie policja i spisze wasze oficjalne zeznania w sprawie porwania. Tymczasem proszę mi powiedzieć, czy są tu zainstalowane kamery? Jakiś monitoring, na który mógłbym rzucić okiem?

- Tam jest jedna. - Marge wskazała głową okrągłą kamerę umieszczoną nad kasą. - Poza nią mamy jeszcze drugą na zapleczu do pilnowania dostaw.

- Żadnej od frontu?

- Żadnej. - Marge wyjęła ze stojaka serwetkę i wytarła ciemną strugę na policzku Angie. - Nie bawimy się w nowinki technologiczne.

Jasne, że nie. To byłoby zbyt proste. Trzeba będzie przejrzeć monitoring innych sklepów znajdujących się wzdłuż ulicy. Znaleźć świadków.

- Czy kamera nad kasą obejmuje też salę?

- Kawałek. - Marge wzruszyła ramionami. - Ale nie ulicę.

- Dobrze, tak czy siak, chciałbym ją obejrzeć.

Angie przechyliła się w lewo i wyciągnęła szyję, by zobaczyć, co dzieje się za plecami Corbina. Przez wielką przeszkloną fasadę przy wejściu do lokalu widać było policyjne radiowozy. Podjechał biało-zielony Silverado z wymalowanym na boku logo szeryfa hrabstwa Broward, po czym otworzyły się drzwi od strony kierowcy. Z samochodu wysiadł detektyw Blade St. James.

- Zaczekajcie tutaj. Zaraz wracam - powiedział i ruszył przed siebie.

Blade górował nad zgromadzonymi wokół niego funkcjonariuszami. Gestem wskazał kilka miejsc na ulicy, wydając lakoniczne polecenia. Zapewne kazał im zabezpieczyć teren, zdobyć nagrania z monitoringu i przesłuchać świadków.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał i Blade ukazał się w przejściu.

- Toż to najwyższy krasnal ogrodowy na świecie!

Corbin już kiedyś użył tego wyzwiska, ale mężczyzna mimo to się uśmiechnął.

- Witaj, Marna Podróbko Policjantów z Miami. - Blade uścisnął mu dłoń.

Blade był całkowitym przeciwieństwem swojego srogiego imienia1. W dzieciństwie rówieśnicy wyśmiewali go z powodu łagodnego usposobienia i pulchnej sylwetki. Ale czas spędzony na zorganizowanym przez Strykera szkoleniu Wojowników w Klubie Mieszanych Sztuk Walki, dokąd skierował go sąd, całkowicie go odmienił. A właściwie odmienił ich obu. Blade wyrósł jak na drożdżach, jego umięśniona sylwetka przekroczyła metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Dzięki szkoleniu nabrał pewności siebie i zaakceptował swoje wymiary. A Corbin... cóż, Corbin nadal próbował się przyzwyczaić.

- Chciałbyś się tak fajnie ubierać, co? No, ale dzięki, że przyjechałeś.

Miał ostatnio w pracy tyle spraw na głowie, że niewiele czasu mógł poświęcić czemukolwiek - lub komukolwiek - innemu.

- Gdy tylko usłyszałem nazwisko Strykera, zebrałem się i przyjechałem. - Potężna dłoń Blade'a wylądowała na ramieniu Corbina i mocno je ścisnęła. - Jak się masz, stary?

- Jakoś leci.

Ucisk w jego piersi zelżał na widok Blade'a, jedynej osoby, która potrafiła go zrozumieć. Jedynej, która przeżyła to samo piekło co on i wyszła z niego obronną ręką. Nikt inny nie rozumiał, przez co obaj przeszli.

Groził im poprawczak. Corbinowi za serię głupich wybryków napędzanych gniewem i urazą. Blade'owi za szlachetny gest użycia noża w obronie nieznajomej osoby. Ale wtedy wkroczył Stryker. Uratował ich przed systemem, zapewnił schronienie w Klubie i dał im coś, czego nie dał nikt inny. Nadzieję.

Tam, gdzie inni widzieli tylko kłopoty, Stryker dostrzegł coś, co warto było ocalić. Corbinowi, który w rodzinie doświadczył jedynie ciosów ojcowskich pięści i obojętności matki, zbyt pochłoniętej butelkami taniej wódki, by dostrzec siniaki, szkolenie Wojowników przyniosło ocalenie. Lata wylanego potu, poświęceń i bólu współdzielonego na macie tworzyły głębsze więzi niż jakiekolwiek więzy krwi. Przelali razem krew, nauczyli się sobie ufać i stworzyli rodzinę, o której Corbin marzył, choć nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak, byli braćmi. Nie byli spokrewnieni ani nie łączyły ich urzędowe dokumenty, ale wszystko to, co liczy się w życiu.

- Mamy problem. Porwali Strykera. W biały dzień.

- Byłeś przy tym?

- Widziałem to przez okno jak na dłoni. Podjechał ciemny SUV, czarny, może granatowy. Wyskoczyło z niego trzech zamaskowanych facetów ubranych na czarno, porazili Strykera paralizatorem, wciągnęli go na tylne siedzenie i odjechali. Trwało to kilka sekund. Wpadłem tu, żeby przesłuchać personel w sprawie Carlie Tinch.

- Córki naczelnika? Zajmujesz się tym zaginięciem?

- Prawdopodobnie chodzi o ucieczkę. Już wcześniej jej się to zdarzało. Nie mówiąc o kradzieżach w sklepie, narkotykach i takich tam. - Corbin podrapał się po szczeciniastej żuchwie. - Ale uciekinierom czasami przydarzają się nieszczęścia, zwłaszcza młodym dziewczynom. Chciałem jeszcze raz przeprowadzić przesłuchania. Sprawdzić, czy nie pojawią się jakieś nowe tropy.

- Kiedy zaginęła?

- Sześć tygodni temu. Naczelnik wierci mi dziurę w brzuchu. Chce, żebym ją odnalazł i przekonał do udziału w Strykerowym szkoleniu Wojowników.

- Świetny pomysł. To naprawdę mogłoby jej pomóc.

- Daj spokój, stary. Nie jestem niańką. Tropienie uciekinierki to dla mnie kara, a nie misja specjalna.

- Nie zapominaj, przez co sami przeszliśmy. Ta dziewczyna potrzebuje pomocy tak samo, jak my kiedyś.

Blade miał rację, ale to nie sprawiło, że zadanie stało się mniej frustrujące.

- Po prostu nie rozumiem, dlaczego obarczył tą sprawą mnie, skoro może się nią zająć lokalna policja. I bez tego jestem zawalony robotą. To znaczy byłem. Dzisiaj rano Tinch odsunął mnie od pozostałych zadań i powiedział, że to jest priorytet.

- Widocznie chce najlepszego ze swoich ludzi. - Blade zabrzęczał monetami w kieszeni. - Przemyśl to. Znajdziesz Carlie, skierujesz ją na szkolenie... może zmienisz jej życie. Tak jak Stryker zmienił nasze. Kto zrobi to lepiej od ciebie?

- Ty.

- Racja. - Blade zacisnął usta i skinął głową. - Jestem lepszym detektywem. - Potem się uśmiechnął. - Ale to nie mnie poprosił. Tylko ciebie. Najwyraźniej miał swoje powody.

- Cóż, niepokoi mnie to. Sześć tygodni i ani śladu.

- Myślisz, że...

- Nie wiem. Wiem tylko, że muszę znaleźć tę dziewczynę. Żywą. - Powiedzieć szefowi Departamentu Egzekwowania Prawa Florydy, że najbardziej wyspecjalizowane organy ścigania nie znalazły jego córki, to jedno. Powiedzieć ojcu, że jego dziecko zostało ranne lub nie żyje... słowa utknęły mu w gardle. - Tak czy siak, pracuję nad tym. Podejrzewam, że ukrywa się u jakichś znajomych, unikając policji. Ale tutaj mamy świeże przestępstwo. Musimy dowiedzieć się, kto porwał Strykera i dlaczego.

- Jasne. Nie wpuszczamy ludzi na lunch. - Blade wystawił głowę na zewnątrz i przykazał jednemu z funkcjonariuszy pilnować drzwi. Obrócił tabliczkę z napisem "Zamknięte" i skinął. - Prowadź.

Ruszyli w stronę Marge i Angie. Po drodze Corbin postawił przewrócone krzesło i schował do kieszeni okulary przeciwsłoneczne, które zostawił na stole. Łzy Angie wyschły, a ona wytarła serwetką ślad po tuszu do rzęs.

- Zdaje się, że znacie detektywa St. Jamesa.

- Tak - odparła Marge. - Jeszcze jeden młody Wojownik, zgadza się?

- To prawda. - Angie wycelowała w Blade'a zmiętą serwetką. - Teraz sobie przypominam. Byliście pierwszymi uczniami Strykera w tym... jak to się nazywało? Szkoleniu interwencyjnym. Sześcioro was było, co nie?

Początkowo było ich sześcioro. Potem sprawy z Luną się skomplikowały. I ona odeszła. Przez niego.

Corbin zignorował pytanie i odezwał się do Blade'a:

- Mają tu jedną kamerę nad kasą i drugą na tyłach. Żadna nie wychodzi na ulicę.

- Na początek dobre i to.

Blade wyjął notes i nakreślił kilka słów. Stara szkoła. Zawsze z notesem i ołówkiem. Twierdził, że pisanie pomaga mu w myśleniu.

- Czy mogłybyście pojechać na posterunek i obejrzeć kilka zdjęć? Sprawdzimy, czy rozpoznacie kogoś, kto kręcił się tu ostatnimi czasy.

Mówił łagodnym, niskim głosem, który Corbinowi przywodził na myśl psychologa w radiu.

- Już mówiłam agentowi Kingowi, że stałam przy kuchni. Nic nie widziałam.

Marge ścisnęła córkę za ramiona.

- Nie ma sprawy, skarbie. Angie i ja pojedziemy i obejrzymy zdjęcia.

- Dziękuję pani. - Blade uśmiechnął się do niej szeroko. - Bardzo nam pomożecie.

Siedzenie Angie zaskrzypiało. Łypnęła na Marge.

- Nie chce mi się tam jechać i marnować czasu na przeglądanie zdjęć. Ci faceci nosili maski. Zresztą tamtych dwoje widziało więcej niż ja. - Angie machnęła ręką w stronę Corbina. - Wybiegli na ulicę i w ogóle. Może lepiej niech oni pojadą.

Blade uniósł brwi. Wycelował w niego ołówkiem.

- Ty i...?

- Luna. Była tutaj.

- Luna? W sensie Luna... Luna? Nasza Luna?

- Tak. - Dlaczego musiał w kółko powtarzać jej imię? - Powiedziała, że umówiła się ze Strykerem.

- Panie wybaczą na chwilę. - Blade chwycił Corbina za łokieć i poprowadził do stolika przy drzwiach. - Mówisz, że Luna Rosati była tutaj. Dzisiaj. W tej knajpie.

- Tu ją ostatnio widziałem.

Blade schował ołówek i notes do kieszeni na piersi.

- Wiedziałeś o tym...?

- Nie miałem pojęcia.

- Rety, nie mogę uwierzyć, że Stryker nic nam nie powiedział. Nie widziałem jej ze sto lat. - Blade spojrzał Corbinowi prosto w oczy. - Wiem, że za nią tęskniłeś, ale nam też jej brakowało.

- Wiem. Stryker powinien był nas powiadomić.

Przynajmniej on. Ale nie. Corbin musiał wpaść w to... w to gniazdo os, jakim była jego przeszłość, przez zupełny przypadek.

- No więc? - Blade skrzyżował ręce na piersi. - Jak wyglądała?

Obraz Luny pojawił się w jego umyśle bez zapowiedzi. Ten pierwszy raz, kiedy ujrzał ją w Klubie Kingdom MMA, drobną i wojowniczą, z kostkami obolałymi od ciosów w ciężki worek treningowy i oczami, w których odbijał się ten sam upór, jaki i on w sobie czuł. Zagubiona dziewczyna tocząca swoją walkę. Kobieta, którą dzisiaj zobaczył, wydoroślała. Zmieniła się. Ale głęboko w niej wciąż żarzył się ten sam płomień. Widział, jak tli się pod uładzoną powierzchnią. Cała jej młodzieńcza ostrość zniknęła, zastąpiona miękkimi krągłościami i pełnymi ustami. Ustami, w których kiedyś się rozsmakowywał. Poczuł, jak na jego twarzy zakwita uśmiech.

- Cudownie. - Tylko na tyle się zdobył.

- Gdzie ona teraz jest?

- Nie mam pojęcia. Po tym, jak porwali Strykera, ulotniła się tak szybko, że w drzwiach została dziura w jej kształcie.

Na pewno nie tak wyobrażał sobie ich ponowne spotkanie. Właściwie nie przypuszczał, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczą po tylu latach.

Blade wsunął ręce do kieszeni. Zagrzechotały drobniaki.

- Nie chce mi się wierzyć, że tak po prostu się pojawiła i nic nam nie powiedziała.

- Nawet mi nie mów. Próbowałem ją zatrzymać na przesłuchanie, ale... cóż, nie mogłem jej zmusić.

Nadgarstek nadal pulsował mu od jej uścisku. I powiedziała, że jest stary.

- Czyli Luna pojawia się tu nagle po wielu latach i akurat tego samego dnia banda zbirów porywa Strykera. - Blade pokręcił głową. - Wiesz, że nie lubię zbiegów okoliczności.

- Myślisz, że te sprawy mają ze sobą jakiś związek? - spytał Corbin.

Blade wyciągnął ręce z kieszeni.

- Nie wiem, ale się dowiem. Nie spocznę, dopóki nie znajdziemy Strykera.

- Ja też nie, ale to twoje zadanie. Ja muszę odnaleźć Lunę. Muszę z nią porozmawiać.

Odwrócił się i chciał odejść, jednak Blade złapał go za biceps.

- Zaczekaj. Przyjechałeś tu, bo miałeś coś do załatwienia. - Wskazał brodą na Marge i Angie.

Corbin cofnął rękę.

- Słuchaj, dzisiaj pojawiła się tu jedyna kobieta, jaką kiedykolwiek kochałem. Już raz się od niej odwróciłem i to mnie załamało. Nie pozwolę jej znowu odejść. Nie tym razem.

- Rozumiem, ale Stryker cię potrzebuje. - Blade popatrzył na niego wyrozumiale. - A Carlie potrzebuje cię jeszcze bardziej.

Carlie zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Wraz z każdym mijającym dniem jej rodzice coraz bardziej odchodzili od zmysłów ze zmartwienia, zadręczając się myślami, "co by było gdyby".

Och, dobrze znał to uczucie. Rozdzierający lęk, który dręczył go, bo nie wiedział, co się działo z Luną przez te wszystkie lata. Szukał jej. Wykorzystał całą swoją władzę. Jednak potem wstąpiła do piechoty morskiej i zupełnie zniknęła z radarów.

Blade ruszył przed siebie, ale zaraz zatrzymał się w pół drogi i odwrócił.

- Bóg przywrócił ją nam w jakimś celu...

Nie dokończył zdania. Nie musiał. Stryker na całe życie wyrył te słowa w jego sercu. Stryker zawsze powtarzał, że Bóg objawia swój cel we właściwym czasie. Obowiązkiem każdego jest okazać posłuszeństwo, znajdował się więc dokładnie tam, gdzie powinien, gdy nadszedł czas wyznaczony przez Boga.

Blade usiadł przy stole naprzeciwko obu kobiet. Ich zaniepokojone twarze rozjaśniły się niepewnymi, nieśmiałymi uśmiechami. Blade robił to, co do niego należało. Wykorzystywał swój dar. Uspokajał je, używając swojej wrodzonej łagodności.

Jedno było pewne: czas uciekał. Czas Carlie, Strykera, może nawet jego czas na pogodzenie się z Luną.

A więc dobrze. Zrobi to, po co tu przyjechał. Znajdzie odpowiedzi na pytania.

Nawet jeśli miało to oznaczać, że Luna wymknie się z jego życia i ponownie zniknie na zawsze.