1
Profesor
Dwadzieścia dni wcześniej w Ferrarze, niewielkim mieście leżącym w północnej części Włoch, za zamkniętymi drzwiami na najwyższym piętrze budynku, w którym mieściła się redakcja lokalnej gazety "Il Giornale Pomeridiano", siedział starszy mężczyzna. Od łysiny na jego czole oraz w szkłach jego prostokątnych okularów odbijało się światło monitora, na który nie patrzył. Zajęty był bowiem pieczołowitym sprawdzaniem postów swojej kochanki na popularnej aplikacji w telefonie. Przewijając palcem kolejne banalne cytaty i wyretuszowane darmowym filtrem tandetne zdjęcia czterdziestoośmioletniej kobiety udającej nastolatkę, wzdrygał się na widok wyszminkowanych i wygiętych w kaczy dzióbek ust. Nie mógł uwierzyć, że regularnie od pięciu lat, podczas każdej sjesty wdrapywał się z zadyszką na drugie piętro w przylegającej do redakcji kamienicy, aby zaspakajać chuć tej próżnej i pozbawionej elementarnej wiedzy o świecie kobiety. Przypomniał sobie jej kostyczne, wyschnięte i pachnące z daleka wszelkimi dostępnymi na rynku kosmetykami ciało i głośno westchnął. Zrobiło mu się niemal głupio, nie tylko z powodu kochanki, ale również dlatego, że oglądanie bzdur na smartfonie nie należało do jego obowiązków szefa redakcji. "Niemal", ponieważ w zasadzie nie miał nic do roboty.
Ferrara była małym miastem, wprawdzie uniwersyteckim i posiadającym znaczący przemysł, ale jednak sennym, otoczonym polami i zamieszkanym przez ludzi, którzy cenili sobie przede wszystkim spokój i dobre jedzenie. Mimo starań władz, aby ożywić to zabytkowe, otoczone starymi murami miasto, jego spokojny charakter od czasów średniowiecza, gdy rządził nim potężny ród d'Este, prawie się nie zmienił. Owszem, miało to też wiele zalet. Ale nie dla dziennikarza, który od czasu studiów na renomowanym uniwersytecie w pobliskiej Bolonii, marzył o prowadzeniu dziennikarskich śledztw, tropieniu gospodarczych afer i skorumpowanych polityków. Tymczasem do Ferrary docierały jedynie dalekie echa skandali z Mediolanu i Rzymu, a skorumpowani politycy, cóż, byli jego kolegami ze szkolnej ławy lub sąsiadami, więc ostatnie, czego potrzebował, to opisywanie ich prymitywnych lewych interesów, opiewających zresztą na kwoty, które wywołałyby co najwyżej szyderczy uśmieszek rzymskich tuzów finansjery.
Życie redakcji toczyło się więc spokojnie, a jego młody zastępca od lat z powodzeniem wykonywał za niego całą żmudną robotę, tropiąc chuligana, który stłukł donicę przed sklepem lub opisując kolejny sukces drużyny piłkarskiej "Spal", chluby miasta.
Mężczyzna przerwał raptownie swoje przemyślenia, a jego palec wodzący po ekranie smartfonu nagle się zatrzymał. Wśród zdjęć kaczych dzióbków swojej kochanki, animowanych gifów z sikającym łosiem i przemądrzałych cytatów ze znanego pisarza zobaczył coś, co przykuło jego uwagę tak wyraźnie, że chcąc gwałtownym ruchem poprawić sobie okulary na nosie, niemal przewrócił kieliszek z niedopitym popołudniowym drinkiem. Post, który zobaczył, wyglądał na kolejny klasyczny fake news, wstawiony przez internetowe trolle. Ile już razy w historii internetu podobne fałszywe posty przedwcześnie uśmierciły słynnych celebrytów, polityków, a nawet samego papieża. Ten jednak dotyczył osoby, którą znał niemal każdy: z telewizji, radia, z internetu oraz z licznych wystąpień i wykładów na uniwersytetach w całym kraju. Chodziło na dodatek o kogoś, kogo znał osobiście.
Na zastawionym papierami i brudnymi naczyniami biurku rozdzwonił się redakcyjny telefon.
Redaktor podniósł słuchawkę do ucha i powiedział ochrypłym od wieloletniego ulegania nałogowi palenia głosem:
- Montanari, słucham.
Młodzieńczy damski głos w słuchawce powiedział coś szybko.
- Tak, czytałem - odpowiedział. - Więc to prawda? Kiedy? Nie, nie oglądałem. Coś więcej mówili? W porządku, przyślij mi tu Dobravskiego. Jak to na rynku? - zirytował się. - Za cholerę nie obchodzi mnie jego machanie flagą! Ma tu przyjść, dzwoń, aż odbierze albo idź po niego i znajdź go w tym cholernym tłumie! - zakończył nerwowo i zamaszystym ruchem upuścił słuchawkę, tym razem skutecznie strącając z biurka kieliszek i wylewając całą jego zawartość na spodnie. Twarz stężała mu w grymasie złości, podczas gdy w jego uśpionym od dawna umyśle, zatlił się wątły płomyk, zaledwie w niewielkim stopniu przypominający jego dawną dziennikarską pasję.
Za oknem gęstniał tłum. Był początek maja i w Ferrarze rozpoczynały się przygotowania do, sięgających tradycją trzynastego wieku, zawodów Palio. W oddali biły rytmicznie bębny, powietrze przeszywał dźwięk trąbek. Wszystkie historyczne dzielnice miasta, zwane kontradami, wystawiały swoje drużyny, które w dniach poprzedzających zawody, poprzebierane w średniowieczne stroje, paradowały z muzyką i kolorowymi sztandarami po starówce.
Podstarzały redaktor naczelny Enrico Montanari, nieoczekiwanie dla niego samego, poczuł się znów jak dwudziestokilkuletni student słuchający finezyjnych wykładów Umberta Eco z semiotyki w bolońskiej Alma Mater.
"Może moje pióro naostrzone przez samego Mistrza, w końcu naprawdę się do czegoś przyda", pomyślał.
Davide Dobravski, trzydziestodwuletni, wyższy od większości Włochów blondyn o błękitnych oczach, siedział w gabinecie swojego szefa, wpatrując się w niego roztargnionym wzrokiem. Ubrany był w żółto-fioletowe rajtuzy, podkreślające jego wysportowane łydki oraz w średniowieczną tunikę. Rytmicznie uderzał o udo trzymanym w dłoni beretem przetykanym srebrną nicią. Słuchając naczelnego, spoglądał tęsknie przez otwarte okno. Na wysokości oczu w rytmie werbli przemaszerowywały właśnie żółto-niebieskie proporce.
"Chłopcy z San Giacomo", pomyślał o swoich głównych rywalach w Palio.
- Davide, do nędzy, jesteś tu czy nie?! - gniewnie gestykulując, Montanari przechylił się przez biurko w jego stronę. - Rozumiesz, że mamy szansę być na miejscu i opisać tę sprawę przed tymi sępami z Rzymu i Mediolanu? To nie są coroczne dyrdymałki o twoich chłopakach w rajtuzach. To jest chyba to, na co czekałeś, tak? Twoja szansa! Nasza szansa - poprawił się.
Młody dziennikarz poprawił się na krześle i oprzytomniał jak ktoś, komu przerwano bardzo miły sen. Nastawił jednak uszu, ponieważ powoli zaczęło do niego dochodzić, że może ten stary piernik, którego traktował dotąd jako nudnego, acz dobrego pracodawcę, rzeczywiście wkładał mu w ręce klucz do czegoś, o czym zdążył już w tym nieruchawym prowincjonalnym mieście zapomnieć: do prawdziwej kariery, o jakiej marzył w odległych, jak mu się teraz wydawało, czasach. Syn emigrantów z Polski, wrósł w to miejsce i zaaklimatyzował się jak bluszcz na rozpadających się murach wokół miasta. Piął się szybko i wysoko i tak zastygł, porzuciwszy po wygodnych i monotonnych latach maksymę ojca: "kto nie idzie do przodu, jest stracony".
- Masz dwadzieścia minut, żeby się przebrać w cokolwiek, co nie będzie wyglądało jak muzealny rekwizyt! - powiedział Montanari. - Jedziemy do Villa Belgusto.
Stanowczy głos naczelnego sprawił, że chłopak stanął na baczność. Energicznym krokiem skierował się do wyjścia.
Trzaśnięciu redakcyjnych drzwi towarzyszyło westchnienie naczelnego. Stary redaktor nie miał ani krzty pewności, czy będzie mógł liczyć na swojego roztrzepanego i ulegającego przelotnym emocjom podwładnego.
"Cholerny Piotruś Pan", pomyślał i uśmiechnął się do odbicia własnej pomarszczonej twarzy, które zobaczył w monitorze. Pół wieku temu był dokładnie taki sam jak Davide.
Mężczyźni w białych kombinezonach z nadrukowanymi na plecach emblematami "RIS Carabinieri" wchodzili i wychodzili szerokimi drzwiami na pierwszym piętrze okazałej willi zbudowanej na wzór renesansowych Delicji - letnich pałaców książęcego rodu d'Este, rozsianych po całej ferraryjskiej prowincji. Wznosząca się pośród kwitnących o tej porze roku łąk willa była niezwykle piękną budowlą, ale to nie architektoniczne walory były źródłem sławy, jaka otaczała to miejsce. Dużo większe znaczenie miał fakt, że budynek mieścił w swoich wnętrzach jedną z największych prywatnych kolekcji obrazów i rzeźb w północnych Włoszech. Jej właściciel, profesor Alessandro Bonardi, były nauczyciel akademicki Davide'a Dobravskiego, słynny z licznych publikacji i występów w mediach krytyk sztuki leżał martwy w urządzonej z przepychem i udekorowanej kwiatami pałacowej sypialni.
Davide stał oparty o wykutą z żelaza balustradę schodów i starał się nie patrzeć przez otwarte drzwi sypialni na goły, siny tyłek swojego dawnego mentora, spoczywającego twarzą ku podłodze tuż przy olbrzymim łożu z baldachimem. Skupił swoją uwagę na obrazach zawieszonych na wysokich ścianach pomieszczenia, wśród których przeważały porywające pięknem detali portrety kobiet z początku dwudziestego wieku autorstwa Giovanniego Boldiniego, malarza, którego Bonardi darzył szczególnym uwielbieniem. Nie tylko zażenowanie spowodowane widokiem nagiego starczego ciała powstrzymywało młodego dziennikarza przed wejściem do komnaty. Nawet w miejscu, gdzie przystanął, w powietrzu unosił się drażniący nozdrza zapach kilkuset kwiatów zgromadzonych w koszach i wazonach stojących w różnych częściach sypialni denata. Funkcjonariusze z jednostki kryminalnej przed dokładnymi oględzinami i szczegółowym obfotografowaniem pomieszczenia nie zdecydowali się jeszcze na otwarcie okien.
Z głębi sali wynurzyła się przygarbiona postać Montanariego w towarzystwie zgrabnej choć drobnej kobiety. Jej kruczoczarne i spięte skromnie do tyłu włosy niemal zlewały się z czernią skrojonego na miarę munduru karabinierów. Gdyby nie okoliczności, oczy wszystkich obecnych wokół mężczyzn z pewnością nie byłyby w stanie oderwać się od niewiarygodnie kształtnych pośladków, które nic sobie nie robiły z powagi urzędu i bezczelnie wypychały jej mundurowe spodnie.
- Davide! - zaczął przedstawiać Montanari, wyciągając jednocześnie papierosa z pogniecionej paczki. - To jest porucznik Diana Leone. Pani porucznik, Davide Dobravski, mój asystent.
Diana przystanęła gwałtownie. Wyglądało to tak, jakby zawahała się na widok papierosa wyciągniętego w miejscu, w którym nie można palić. Jej ciskające iskry spojrzenie nie było jednak utkwione na rękach naczelnego, tylko na przygryzanych właśnie do krwi wargach Davide.
- My się znamy - syknęła krótko. - Nie wiem, czy będę mogła wam pomóc - dodała lodowatym głosem.
Zaskoczony naczelny obrócił się w stronę podwładnego, jednak ten nie wyglądał na skłonnego do udzielania jakichkolwiek wyjaśnień. Ze spuszczoną głową mamrotał coś pod nosem, czerwieniąc się przy tym jak dzieciak przyłapany na kradzieży jabłek. Stary dziennikarz, mimo leniwej ospałości, która od lat niszczyła jego charakter, nie stracił jednak całkiem zawodowej werwy.
- Z całym szacunkiem, pani porucznik - Montanari użył swojego najbardziej perswazyjnego tonu - nie interesują mnie wasze prywatne sprawy. Tak się składa, że profesor Bonardi był bliskim przyjacielem Ministra Obrony Narodowej. A my trzej kompanami ze szkolnej ławki. I tak się również składa, że jeden z pani ludzi w tym gustownym białym ubranku właśnie zdradził mi, że jesteście tu tylko dlatego, że medyk sądowy nie uważa, żeby był to całkiem naturalny zgon, a prokurator już to przyklepał i przydzielił wam sprawę. Oczywiście, może pani czekać na telefon z ministerstwa, ale radziłbym już teraz odłożyć na bok wasze nie wiem jakie spory i ułożyć sobie współpracę, bo i tak będziecie na nią skazani. Słyszałeś, lowelasie? - skończył tyradę, spoglądając złośliwie na Davide'a.
- I pamiętajcie oboje - dodał już bardziej pokojowym tonem - że niezależnie od osobistych animozji wszyscy mamy szansę coś na tym zyskać. Może to źle zabrzmi, ale biedny Alessandro zrobił nam wszystkim coś w rodzaju prezentu. Jeśli wszyscy wykonamy swoją robotę jak należy, ja będę mógł odejść spokojnie na emeryturę, Davide błyśnie porządną historią i zajmie moje miejsce w redakcji, a pani porucznik doszyje sobie gwiazdkę na pagonach. Mnie to wystarczająco motywuje, a was? - spojrzał pytająco na stojącą przed nim parę.
Diana mimo ewidentnego zdenerwowania impertynencjami dziennikarza i niepożądaną obecnością Davide'a w milczeniu kiwnęła głową. Chłopak mimowolnie powtórzył jej gest, po raz pierwszy od początku tego spotkania patrząc jej głęboko w oczy.