Smoki Pantali
OSOSKRZYDŁE
Opis: czerwone, żółte i/lub pomarańczowe, lecz zawsze zmieszane z czarnymi łuskami; cztery skrzydła
Zdolności: różnią się między smokami; ich przykłady obejmują
śmiercionośne kolce wysuwające się z nadgarstków, by ugodzić wroga; jad
w zębach lub szponach; toksynę paraliżującą ofiarę lub wrzący kwas
tryskający z żądła na ogonie
Królowa: królowa Osa
GŁADKOSKRZYDŁE
Opis: Gładkoskrzydłe smoczęta rodzą się bez skrzydeł; w wieku sześciu
lat przechodzą metamorfozę i nabywają cztery ogromne skrzydła i umiejętności przędzenia jedwabiu; równie piękne i delikatne jak motyle,
z łuskami mieniącymi się w słońcu wszystkimi kolorami, prócz czarnego
Zdolności: potrafią prząść jedwab z gruczołów w nadgarstkach, służący do
tworzenia sieci lub innych tkanych materiałów; czułkami wychwytują
wibracje i oceniają niebezpieczeństwo
Królowa: królowa Osa (ostatnią Gładkoskrzydłą, przed Wojnami Drzewnymi,
była królowa Monarcha)
LIŚCIOSKRZYDŁE
Opis: unicestwione podczas Wojen Drzewnych z Ososkrzydłymi, lecz kiedy
jeszcze żyły, posiadały zielone i brązowe łuski oraz skrzydła w kształcie liści
Zdolności: potrafiły chłonąć energię słoneczną i były znakomitymi
ogrodnikami; o niektórych mówiono, że mają niezwykłą kontrolę nad
roślinami
Królowa: ostatnią znaną królową Liścioskrzydłych była królowa Sekwoja,
około stu lat temu, w czasie Wojen Drzewnych
Prolog
Około dwóch tysięcy lat wcześniej
Kiedy wlatuje się prosto w huragan, zapewne użytecznym jest być smokiem,
który widzi przyszłość.
Z drugiej strony, skoro jest się smokiem, który widzi przyszłość,
zapewne jest się zbyt mądrym, by wlatywać prosto w huragan.
Mimo to, zgodnie z wizjami Jasnowidzki, właśnie to powinna zrobić.
Potrząsnęła czarnymi skrzydłami, zmęczonymi po długim locie, jaki odbyła
tego ranka oraz poprzedniego dnia. Szponami mocno trzymała się śliskiej
skały, a jej łuski swędziały od rozbryzgów słonej wody. Nad jej głową
słońce wyglądało znużone przez szczeliny w ciężkich, szarych chmurach.
Zamknęła oczy, podążając przyszłymi ścieżkami czekającej ją drogi.
W jednym kierunku - na południe i nieco na wschód - leżała niewielka
wyspa ze słoneczną i piaszczystą plażą. Dwie kokosowe palmy nachylały
się tam ku sobie, a w wodzie leniwie krążyły rekiny tygrysie. W sam raz
do zjedzenia. Huragan całkowicie ją ominie. Jeśli tam poleci, będzie
mogła bezpiecznie odpocząć, zjeść i się przespać. Po dwóch dniach, kiedy
burza się skończy, będzie mogła lecieć dalej.
Wtedy już w innym kierunku - długo na zachód i lekko na północ - czekał
na nią zaginiony kontynent.
Teraz już wiedziała, że jest rzeczywisty. Kiedy opuściła Pyrrię, by go
odnaleźć, na wpół spodziewała się oblecieć świat dookoła i wylądować z powrotem na przeciwnym wybrzeżu Pyrrii. Nikt nie był pewien czy ten
kontynent w ogóle istniał... a jeśli tak było, był zbyt daleko, by do
niego dolecieć. Każdy smok opadłby z sił, spadł do morza i utonął, nim
udałoby mu się dotrzeć do celu.
Ale Jasnowidzka nie była byle jakim smokiem. Miała coś, czego nie
posiadał żaden inny: umiejętność dokładnego zbadania licznych ścieżek
przyszłości. Znajdując się na skraju Pyrrii, była w stanie zobaczyć,
który kierunek zaprowadzi ją do wyspy, na której mogła odpocząć.
Kolejnego dnia: jakiejś innej wyspy. Codziennie zmieniając odrobinę
kurs, kierowana wizjami, znalazła ślad maleńkich wysepek mających
przeprowadzić ją przez ocean.
Silny podmuch wiatru przetoczył się nad nią, spryskując jej głowę
deszczem kropel.
Huragan niemal już do niej dotarł. Jeśli nie wyruszy teraz, smoki na
zaginionym kontynencie zginą. Smoki, które pewnego dnia mogą zostać jej
przyjaciółmi, jeśli tylko zdoła je ocalić. Smoki, które nie miały
pojęcia, co ich czekało, bo nie było nikogo, kto by je ostrzegł.
Jeszcze.
Jasnowidzka odetchnęła głęboko, wzbiła się w powietrze i skierowała na
zachód.
Jej umysł natychmiast wypełniły obrazy tysiąca sposobów, na które mogła
umrzeć w ciągu następnych dwóch dni. Właśnie dlatego nie cierpiała latać
podczas burz. Były zbyt nieprzewidywalne; najmniejszy, przypadkowy
podmuch wiatru mógł sprawić, że runęłaby na leżące pod nią skały, lub
pchnąć samotną gałąź palmy prosto w jej serce.
Nie myśl o tym. Myśl o smokach, które cię potrzebują.
Jej druga wizja już bledła - ta, w której poleciała na południowy wschód
i się ukryła. W wizji tej dotarła na zaginiony kontynent już po
przejściu burzy. Trudno było otrząsnąć się z obrazów zniszczenia i martwych ciał, nawet jeśli w rzeczywistości uda jej się im zapobiec.
Czy mi uwierzą? Czy mnie wysłuchają?
W niektórych wizjach tak było... a w innych nie.
Jedyne, co mogła zrobić, to lecieć dalej i mieć nadzieję.
Huragan walczył z nią przy każdym ruchu skrzydeł, jakby wiedział, że
chce wydrzeć ofiary z jego szponów. Deszcz bił w nią z ogromną siłą.
Czuła, jakby w każdej chwili miała zostać rzucona w bezkresną toń morza.
A może utonie już tutaj, na przesiąkniętym wodą niebie.
To jednak był tylko skraj burzy - najgorsze miało dopiero nadejść.
Jasnowidzka starała się dotrzeć do lądu, zanim zdąży to zrobić furia
szalejąca za jej plecami. Nie mogła się zatrzymać ani nawet na chwilę
zwolnić.
Zerknęła za siebie i dostrzegła strumień wody wyssany w powietrze. W samym jego środku orka rzucała się rozpaczliwie, nim burza rzuciła nią w dal.
Chwilę później, kiedy słońce całkowicie już zniknęło, obok niej nagle
przemknęła cała chata, która w locie rozpadła się na kawałki.
Jasnowidzka musiała zrobić gwałtowny unik i sfrunąć trochę niżej, by
uniknąć odłamków. Skąd nadleciała? Kto w niej mieszkał? Wizja
podpowiedziała jej, że nigdy się tego nie dowie.
Kiedy w końcach skrzydeł zaczęła już tracić czucie, zobaczyła
wyłaniający się zza chmur kształt.
Klif. Ląd. Duży ląd.
Właściwie, to cały kontynent.
Przechyliła skrzydła i pomknęła ku jego szczytowi, na którym widziała
niekończący się las, targany brutalnie porywami wiatru. Huragan podjął
jeszcze jedną próbę, by wrzucić ją do morza, lecz walczyła z nim resztką
sił, dopóki nie poczuła pod szponami twardej ziemi. Opadła na nią
bezwładnie, przez chwilę trzymając się jej kurczowo, wdzięczna, że
jeszcze żyje.
Leć dalej. Jeszcze nie są bezpieczni.
Jasnowidzka dźwignęła się z ziemi i spojrzała w stronę drzew.
Nadchodziły. Pierwsze dwa smoki, jakie spotka w tym dziwnym, obcym
świecie.
Jakie to będzie uczucie, spotkać obce smoki, tak zupełnie inne od tych,
które znała? Tutaj nie będzie żadnych Nocoskrzydłych, takich jak ona.
Żadnych piaskowych smoków, morskich smoków czy tych lodowych.
Przed oczami przemknął jej obraz, jak będą wyglądały nowe smoki, lecz
nic jeszcze nie wiedziała o ich plemionach... ani o tym, czy jej zaufają.
Wyszły zza drzew, przyglądając się jej z ciekawością.
Och, jakie one piękne, pomyślała.
Jeden był ciemnozielony, dokładnie w odcieniu otaczających ich drzew.
Jego skrzydła wyginały się elegancko niczym liście, a mahoniowo-brązowe
łuski połyskiwały mu na piersi.
Jednak to widok drugiego zaparł jej dech w piersi. Jego łuski, migoczące
w deszczu, miały barwę opalizującego złota, pod którego warstwą
metalicznie lśniły błękit i róż. Był wspanialszy nawet od
Deszczoskrzydłych. Okazjonalnie widywała je na dziedzińcu i były
najpiękniejszymi smokami w Pyrrii.
Ale nie tylko to. Jego skrzydła były zaskakująco dziwne. Zamiast jednej
pary, miał dwie - druga, na plecach, nakładała się na te boczne, unosząc
się i opadając pod innym kątem, by zapewnić smokowi dodatkową zwinność w powietrzu.
Jak u ważek, zdała sobie sprawę, wspominając delikatne owady fruwające
nad stawami na górskich łąkach. Albo motyli lub żuków.
Usiadła i rozłożyła szpony, by pokazać im, że jest bezbronna.
- Witajcie - powiedziała, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiała
nawet nuta groźby.
Zielony okrążył ją powoli. Opalizujący usiadł i lekko się do niej uśmiechnął. Odpowiedziała uśmiechem, choć serce biło jak młot. Wiedziała, że musi poczekać. To oni musieli wykonać pierwszy ruch. - Kimtii? - zapytał w końcu zielony spokojnym, głębokim głosem. -
Tamródd?
Oddychaj. Wiedziałaś, że na początku tak będzie.
- Nazywam się Jasnowidzka - powiedziała, dotykając czoła. - Pochodzę z daleka, zza morza. - Wskazała wzburzony ocean, rozciągający się na
zachód za jej plecami. - Mówicie w smoczym?
Dwóch nieznajomych spojrzało po sobie z zaskoczeniem.
- Stary język - odezwał się opalizujący. Mówił dziwnie i powoli, jakby
wyciągając kawałek po kawałku z pamięci poszczególne słowa.
- Znasz go! - rzuciła Jasnowidzka, czując przepełniającą ją nadzieję.
- Trochę - odparł. - Bardzo stary. - Ponownie się uśmiechnął.
Zielony smok powiedział coś w ich własnym języku i kiwnął głową w stronę
oceanu. Jego towarzysz odpowiedział i przez chwilę rozmawiali. Gdyby
byli parą Nocoskrzydłych, Jasnowidzka domyśliłaby się, że się kłócą,
lecz ich ton był tak spokojny, że trudno jej było to stwierdzić.
"Stary język"... Ciekawe, czy między naszymi kontynentami kiedyś był jakiś
kontakt. Być może w przyszłości ponownie go nawiążemy. Mogłabym nauczyć
ich wszystkich smoczego, szczególnie, jeśli już go trochę znają. W ten
sposób, jeśli kiedyś ktokolwiek z Pyrrii zawitałby w te strony, mogliby
się porozumieć.
Mimo to z trudem była w stanie sobie wyobrazić, by inne smoki zdołały
przebyć drogę, którą właśnie pokonała. Odległość była zbyt duża, a sukces zależał od odnalezienia tych wszystkich maleńkich wysepek na
oceanie.
Być może jednak mogłaby w tym pomóc. Ale niezbyt szybko. Nie, dopóki
mogłaby ogarnąć ją pokusa, by przebudzić Mrocznego Prześladowcę.
Nie mogę wrócić do Pyrrii, dopóki o nim nie zapomnę.
Czyli, prawdopodobnie nigdy.
- Tu czemu ty? - zapytał złoto-różowy smok.
- Nadchodzi straszna burza - powiedziała tak wyraźnie, jak tylko
potrafiła. - Naprawdę straszna.
Rozłożył skrzydła i spojrzał w niebo, uśmiechając się, gdy poczuł krople
deszczu.
- Widzę - odparł ze wzruszeniem ramion.
- Nie. - Pokręciła głową. - To ja widzę. - Wskazała swoje czoło. - Widzę
przyszłość. Jutro, pojutrze i kolejny dzień. Widzę wszystkie dni. Ta
burza zabije wiele smoków. - Machnęła szponami w stronę ociekających
wodą drzew. - Zniszczy wiele drzew.
Oba smoki ściągnęły brwi.
- Gaajranny? - warknął zielony smok. - Mrowiepni wyrrwa?
- Ale możecie je ocalić - naciskała Jasnowidzka. Wizje tłoczyły się w jej głowie; kończył jej się czas. Nie mogła już pozwolić sobie na
cierpliwość i łagodność. - Musimy wszystkich przenieść. Wszystkie smoki,
w głąb lądu, tak daleko, jak tylko można. Teraz. I tam poczekać, aż
burza minie. - Odwróciła się do metalicznego smoka i złożyła szpony. -
Proszę, ocalcie je.
Czas zadrżał, gdy ważyły się dwie ścieżki.
W końcu migoczący smok skinął głową.
- Przenieść. Zrobimy tak. - Powiedział coś w swoim języku do zielonego
smoka, który również kiwnął głową.
Ulga, jaka ogarnęła Jasnowidzkę, była tak wielka, że niemal ponownie
osunęła się na ziemię. Wtedy jednak smoki dały jej znać, by za nimi
podążyła. Wzbili się w powietrze, ostrożnie lecąc między rozkołysanymi
na deszczu wierzchołkami drzew.
Gdy z towarzyszami przemykała przez las, między drzewami pojawiły się
smoki. Wszystkie przyglądały się jej z ciekawością. Większość z nich
była zielona, z brązowymi łuskami na piersiach i skrzydłami w kształcie
liści.
Tak się właśnie nazywają w smoczym, uświadomiła sobie, widząc nową
kaskadę wizji. Liścioskrzydłe.
Jednak około jednej czwartej z nich stanowiło inne plemię. Jasnowidzka
nie znała jeszcze jego nazwy, lecz smoki lśniły na gałęziach jak
klejnoty: złotem, błękitem, fioletem, oranżem i każdym innym kolorem
tęczy.
Zobaczyła małe, kurczowo trzymające się gałęzi lawendowe smoczę i przez
chwilę poczuła niepokój, że nie ma ono skrzydeł. Wtedy jednak dostrzegła
niewielkie zalążki na jego plecach i przypomniała sobie - lub
przewidziała, lub przypomniała sobie, że przewidziała - że migoczące
plemię rozwijało skrzydła dopiero kilka lat po wykluciu.
Dorastanie bez skrzydeł... musi być naprawdę dziwne.
Wróciła myślami do tej strasznej wizji, w której smoczę to było jednym z wielu ciał pozostawionych po przejściu katastrofalnej burzy. Zamiast
tego jednak mała smoczyca obudzi się jutro i będzie ganiała w słońcu
motyle, narzekając, że chciała na śniadanie jeżyny.
Ocaliłam ją. Zrobiłam coś dobrego.
Zielony smok zawołał coś dudniącym głosem. Cokolwiek to było, otaczające
ich smoki powtórzyły okrzyk i zaczęły przekazywać go dalej. Jasnowidzka
słyszała echa smoczych głosów niosących się przez las i poczuła za sobą
bicie ich skrzydeł, gdy oba plemiona wzniosły się w powietrze i podążyły
za nimi w bezpieczne miejsce.
- Ocaliłaś nas - powiedział opalizujący smok, zataczając pętlę, by
frunąć obok niej. Znów się do niej uśmiechnął. - Teraz i ty jesteś
bezpieczna.
Może jestem, pomyślała. Powstrzymałam Mrocznego Prześladowcę. Ocaliłam
Sążnia, Nocoskrzydłe i moich rodziców. A teraz znalazłam nowy dom i nowe
smoki do ocalenia. Mogę pomóc im swoimi wizjami. Tym razem mogę zrobić
wszystko właściwie.
W jej głowie pojawiły się nowe wersje przyszłości. Może poślubi tego
miłego i zabawnego smoka, którego imię będzie brzmiało Smuga. Albo
stworzy parę ze smokiem, którego pozna za trzy dni, gdy będzie pomagała
sprzątać po burzy, a którego łagodne, ciemnozielone oczy będą tak różne
od oczu Mrocznego Prześladowcy. Może wprowadzi się do bardzo
sympatycznego smoka o imieniu Klon, który mówił w starym języku, albo
może znajdzie własne wydrążone drzewo, w którym mogłaby zamieszkać. Albo
może najpierw zbada cały stary kontynent, a dopiero potem wróci i zbuduje nowy dom.
I będzie miała Smoczęta, jeśli ich zapragnie. Nagle ogarnęła ją fala
ogromnej miłości do smoczków, które nie były nawet jajami: mała
Klejnotka, niesamowicie bystry Szylkret i przytulaśna Oranż. (Kto nazywa
swoje smoczę Oranż? Najwyraźniej Smuga. Być może będą musieli
przeprowadzić pewne rozmowy na ten temat). I Komodor, król chichotów.
Zawsze będzie tęsknić za smoczętami, które mogłaby mieć z Mrocznym
Prześladowcą, ale całym sercem będzie kochać te, które nadejdą. I nie
stanie im się nic złego. Wszystkie będą miały długie i szczęśliwe życie,
gdyż ona przy nich będzie, obserwując ich przyszłe ścieżki i zapewniając
im bezpieczeństwo.
Tym razem postąpi właściwie.
- Twój dom - powiedział Smuga, łagodnym głosem przerywając jej zadumę. -
Gdzie?
Wskazała w stronę morza.
- Pyrria. - Szponami wskazała ląd. - To? Gdzie?
Ponownie się uśmiechnął.
- Pantala - powiedział powoli i z wyraźną dumą.
- Pantala - powtórzyła.
Zaginiony kontynent istnieje i ma nazwę.
I teraz jest moim domem.
Pantalo, oto jestem.
Rozdział 1
Błękit był smokiem lubiącym rzeczy takimi, jakimi są.
To znaczy, jeśli nawet nie lubił wszystkiego w życiu jako Gładkoskrzydły, musiał przyznać, że przynajmniej był bezpieczny i wszystko szło naprawdę dobrze. Nie było idealnie, ale przynajmniej jego plemię i Ososkrzydłe koegzystowali w pokoju. Ososkrzydłe chroniły ich przed zagrożeniami z zewnątrz. Wszyscy stosowali się do zasad, Roje były piękne i nieskazitelne, i zawsze było dużo batatów i ochry do jedzenia... czy więc nie był to świat, w którym każdy chciałby żyć? Błękit nie był pewien czy właśnie tak się wszyscy czuli, ale on bez przerwy się nad tym zastanawiał. Często próbował sobie wyobrażać, jak to było z innymi smokami - czy były tak samo zadowolone jak on, czy może miał więcej szczęścia od innych? Czy pragnęły tego samego, co on? Co je martwiło, a co napełniało nadzieją? Jeśli były nieszczęśliwe, co było tego powodem? Był pewien, że w większości przypadków jego domysły były błędne, ale i tak nie był w stanie przestać o tym myśleć. Miał wrażenie, że te myśli
nieustannie pobudzają jego wyobraźnię.
O czym myślała wiercąca się obok niego smoczyca na zajęciach z matematyki, rysująca sześcioboki na marginesie swojego testu? Czym
martwił się jej perłoworóżowy sąsiad, usuwający insekty ze swoich sieci?
A co z Ososkrzydłymi? Jak ich życia, nadzieje, lunche, poranne boleści i nocne koszmary różniły się od jego?
Życia innych przyciągały go jak płomień albo zapach nektarynek.
Ostatnią noc przed Metamorfozą swojej siostry spędził jako ona, głęboko
zanurzając się w sen o byciu Luną.
Być może zalążki jej skrzydeł zaczęły się otwierać, kiedy spała. Być
może przez jakiś czas leżała, nie śpiąc i wpatrując się w rozsiane po
niebie gwiazdy, myśląc o chwili, w której będzie mogła rzucić się z najwyższego punktu Roju i zacząć ścigać ze skowronkami w stronę morza.
Pomyślał, że być może nie mogła się też doczekać, aż samodzielnie
uprzędzie szpulę ciemnego księżycowego jedwabiu i na wiele dni zapadnie
w szmaragdowo zabarwiony sen wewnątrz Kokonu. Kiedy tam będzie,
rozwijając skrzydła, nikt nie będzie na nią krzyczał ani nie zada jej
dodatkowej pracy.
Wiedział, że Luna się nie bała, w przeciwieństwie do niego, gdy za sześć
dni nadejdzie czas jego własnej Metamorfozy. Luna zawsze była gotowa na
życie ze skrzydłami. On nie. Co więcej, nie był gotowy na życie z jej
skrzydłami, co oznaczało zmianę dosłownie wszystkiego.
Kiedy Luna już rozwinie skrzydła, zostaną jej przydzielone zadania.
Wkrótce zostanie połączona z partnerem, którego wybierze dla niej
królowa, i dostanie nową komórkę, w której będzie mogła zamieszkać. Być
może nawet przeniesie się do innego Roju.
Coś takiego było zupełnie normalne - życie Gładkoskrzydłych zawsze tak
wyglądało. Każdy przechodził Metamorfozę. Każdemu wybierano nowe życie.
Każdy ruszał dalej. Jednak teraz, kiedy coś takiego miało miejsce w jego
rodzinie, dla Błękita było to niewiarygodnie stresujące.
Kiedy Luna tuż przed świtem przeskoczyła przez sieć i zaczęła potrząsać
go za ramię, już nie spał. Nie był pewien, czy w ogóle zmrużył oczy.
Przez jakiś czas obserwował maleńkie poruszające się światła w leżącym
niżej Roju Cykad, wyobrażając sobie, że jest jednym z tych wcześnie
wstających smoków, jeszcze przed wschodem słońca zmierzającym do pracy.
Po jednej stronie, w oddali, widział Rój Szerszeni, a po drugiej Rój
Modliszek, chociaż sieci, które je ze sobą łączyły, były niemal
niewidoczne w ciemności.
Nigdy nie był w żadnym z tych Rojów, ale wiedział, że są położone w wielkim kręgu dookoła równin Pantali. Ogromne smocze miasta wyrastały z porośniętej trawą ziemi i sięgały nieba, niczym strzeliste, stworzone
przez smoki echa drzew, które niegdyś dominowały na tym terenie. Ich
dachy rozchodziły się łukiem, jak gałęzie, a gęste, srebrzyste pasma
jedwabiu Gładkoskrzydłych tworzyły baldachim, łączący te gałęzie razem
tak, by nawet bezskrzydłe smoczęta mogły wysoko nad ziemią bezpiecznie
podróżować między Rojami, gdyby tylko chciały (i miały pozwolenie).
Ziewnął i leniwie odepchnął szpony Luny, udając, że był pogrążony w głębokim śnie. Na sieci, wokół nich i nad nimi, lśniły krople rosy,
jakby w nocy spadł deszcz maleńkich diamentów. Na skraju ich komórki
widział owiniętą w jedwabistą sieć postać matki Luny, nadal pogrążonej w głębokim śnie. Jego matka ostatnimi dniami pełniła nocną wartę i od
północy nie było jej w domu.
- To dzisiaj, to już dzisiaj! - wyszeptała Luna. Jej bladozielony ogon
poruszał się to w jedną, to w drugą stronę, wywołując falowanie
jedwabnej sieci. Doskoczyła jeszcze bliżej niego, by ponownie trącić go
w ramię, czym wyraźnie rozkołysała hamak.
- Hej, uważaj - rzucił i odepchnął ją lekko. - Niektórzy z nas jeszcze
przez sześć dni nie będą mieli skrzydeł. - Pod siecią jego rodziny
rozpościerało się wiele warstw innych sieci, gotowych złapać każde
spadające smoczę... lecz i tak trudno było zapomnieć, jak daleko w dole
znajdowała się ziemia. Zawsze czuł się bezpieczniej w Rojach niż na
sieciach, które - jak się obawiał - nie były normalną cechą
Gładkoskrzydłych.
- A niektórzy z nas... - zaśpiewała - ...dostaną je już dziiiiiś! - Usiadła
i napięła niewielkie zalążki na łopatkach.
- Cóż, to nie do końca tak - poprawił ją. - Dzisiaj dopiero zaczniesz
prząść swój kokon. Właściwie, to potrwa pięć dni, nim w końcu twoje
skrzydłAAAAAA! - krzyknął, gdy nagle pchnęła hamak, przez co wylądował w leżącej niżej sieci.
- Nie "właściwuj" mnie tu - powiedziała stanowczo Luna. - Jestem twoją starszą siostrą, uczestniczyłam w jakichś, nie wiem, dwunastu dniach Metamorfozy i mam najwyższą ocenę z nauk o jedwabiu w naszej klasie. Mogę więc "zwłaściwieć" cię pod stół. - Dobrze, już w porządku - powiedział Błękit, jedna po drugiej
rozciągając nogi. - Jesteś najmądrzejszym smokiem w rodzinie. Wiem o tym
i przyznaję to. - Ukradkiem zerknął przez ramię na własne zalążki
skrzydeł.
Wyglądały tak samo jak poprzedniego dnia: były małe, ciasno zwinięte i w kolorze opalizującego fioletu, który miał jednak jaśniejszy i bardziej
purpurowy odcień niż jego lazurowe, przypominające klejnot łuski.
Zalążki Luny zaczynały się już powiększać i pod bladozieloną błoną
widział przebłyski kobaltu i złota. Miała już też oznaki gromadzącego
się jedwabiu - jej nadgarstki i wnętrza przednich łap lekko lśniły,
jakby pod ich łuskami zgromadziły się świetliki.
To wkrótce będę ja, pomyślał, dusząc w sobie panikę. Po mojej własnej
Metamorfozie ja również będę miał skrzydła i jedwab.
Być może zmiany w jego życiu będą niewielkie. Być może zostanie tutaj,
by pomóc swojej matce wzmacniać mosty pomiędzy rojami. Może Luna również
zostanie i będzie zwiadowcą Roju, jak jej matka, pracując dla jednej z wysoko urodzonych rodzin Ososkrzydłych.
Tego by jednak nie chciała. Luna pragnęła zostać prządką. Miała
nadzieję, że zostanie połączona z Mieczykiem i zamieszka w komórce
artystów, w pobliżu wyżej położonych i nasłonecznionych sieci. Chciała
stworzyć przędzę tak piękną, że zostanie ona podarowana królowej, która
rządziła oboma plemionami... albo przynajmniej jednej z jej sióstr.
Błękit widział królową tylko raz, gdy niegdyś przybyła z wizytą do Roju
Cykad. Królowa Osa dokonała wtedy inspekcji ich szkoły, wraz z dwudziestoma Ososkrzydłymi żołnierzami, którzy maszerowali równo, idąc
jej śladem. Jej łuski lśniły w doskonałych czarnych i żółtych pasach a oczy były całkowicie czarne, otoczone owalem żółtych łusek.
Wyobrażenie sobie siebie w jej miejscu było niemal niemożliwe - to tak,
jakby chciał sobie wyobrazić, że jest słońcem. Ale nie mógł się
powstrzymać. Pomyślał o tym, jak królowa budzi się każdego ranka i je
śniadanie, jak każdy inny smok. (Chociaż, jeśli plotki były prawdziwe,
jadła tak mało, jak to tylko możliwe i żywiła się jedynie drapieżnikami:
głowa lwicy na obiad jednego dnia, plastry czarnej mamby w zupie z atramentu ośmiornicy na kolację dwanaście dni później). Zastanawiał się,
czy jej skrzydła były silne czy zmęczone po tym, gdy latała od Roju do
Roju, sprawdzając swoich poddanych. Czy czuła ulgę, że ma siostry, z którymi może podzielić się odpowiedzialnością... czy może obawiała się, że
mogą one sięgnąć po jej tron? Jak często czytała Księgę Jasnowidzki?
Gdyby to on, Błękit, był królową, z tysiącami podległych mu smoków,
zapewne czytałby ją dzień w dzień, aż w końcu wyuczyłby się jej na
pamięć.
W pewnej chwili podczas swojej wizyty zauważyła Błękita i Lunę, i wpatrywała się w nich dobre półtora stulecia, jak powiedział mu jego
wewnętrzny zegar. Odniósł wtedy silne wrażenie, że próbowała zdecydować
czy ich adoptować, czy może zjeść.
Królowa Osa była dokładnie tak zachwycająca i wyniosła, jak twierdziły
wszystkie opowieści. Po jej wizycie Lady Cykada, jej siostra i władczyni
jego Roju, już nigdy nie wydawała mu się tak przerażająca.
I być może właśnie taki był cel tych wizyt: przypomnieć wszystkim, w czyich szponach spoczywała prawdziwa władza.
- To jak? - zapytała Luna, łapiąc go za jeden ze szponów. - To mój
ostatni dzień jako smoczę! Co będziemy robić?
- Leżeć na sieci i wygrzewać się w słońcu? - zaproponował z nadzieją.
- Nie, ty bananowy leniu - powiedziała. - Wszystko, co tylko lubię! To
jest właściwa odpowiedź!
- To nieuczciwe - odparł. - Nim nadejdzie mój dzień Metamorfozy, nie
będzie już nikogo, kto mógłby robić ze mną wszystko to, co lubię.
Będziesz zbyt zajęta lataniem na swoich ogromnych skrzydłach i robieniem
tych wszystkich wymyślnych skrzydlatych rzeczy.
Luna próbowała się nie skrzywić, ale Błękit niemal natychmiast poczuł
wyrzuty sumienia. Wiedział, że również chciała, by Mieczyk mógł spędzić
ten dzień razem z nimi. Mieczyk jednak przez cały dzień pełnił swoje
obowiązki na placu budowy w Roju Cykad... zapewne ogarnięty frustracją i ogromną tęsknotą za Luną.
- Przepraszam - powiedział.
- Nie przepraszaj - odparła. - Kiedy już będę miała skrzydła, zostaniemy
parą, a wtedy wystarczająco się na niego napatrzę. - Uśmiechnęła się
szeroko, jakby wystąpienie o sparowanie gwarantowało, że otrzymają na
nie zgodę, lecz Błękit wątpił, by tak się stało. Nie znał ani jednego
dorosłego Gładkoskrzydłego, który zostałby sparowany ze smokiem, którego
sobie wybrał. Jego matka i matka Luny nawet nie znały ich ojca, został
bowiem przeniesiony do innego Roju zaraz po tym, jak złożyły jaja.
Błękit wiedział, jak miał na imię - Admirał - i nic poza tym.
Mimo to tak jest lepiej, pomyślał. Burneta i Srebrnopyła pokochały się
bardziej, niż kiedykolwiek mogłyby kochać Admirała. Ich czwórka tworzyła
bardzo dobrą rodzinę. Wszystko wyszło jak najlepiej. Królowa Osa i jej
siostry doskonale wiedziały, co robią, jeśli chodzi o przydział
partnerów. Jeśli Luna i Mieczyk nie zostaną połączeni, z pewnością
będzie ku temu powód.
- To od czego zaczniemy? - zapytał. - Nie, zaczekaj. Niech zgadnę.
Krople miodu.
- Krople miodu! - zaśpiewała Luna, ponownie podskakując na sieci i poruszając zalążkami skrzydeł. - Rusz ogon, to może uda nam się dotrzeć
do punktu kontrolnego przed kolejką!
Błękit zanurzył pysk w zraszaczu, myjąc swoje czułki i zwilżając suche
łuski pod oczami, a Luna doskoczyła do matki. Srebrnopyła usiadła i otoczyła Lunę skrzydłami - na tyle szybko, że Błękit zaczął się
zastanawiać, czy ona również przez całą noc nie spała.
- Cudownego dnia, kochanie. Postaram się dotrzeć na czas do Kokonu -
powiedziała smoczyca. - Ale...
- Wiem - przerwała jej Luna. - Nic nie szkodzi.
Pani Srebrnopyłej miała wybuchowy charakter i była wiecznie niepewna
swojej pozycji w hierarchii Roju, przez co miała brzydki zwyczaj
wyładowywać swój niepokój na podwładnej w postaci tysiąca drobnych
okrucieństw. Powstrzymanie Srebrnopyłej przed uczestnictwem w Metamorfozie córki będzie w tym roku zapewne wisienką na jej torcie.
- Tylko pomyśl! - powiedziała wesoło Luna. - Następnym razem, kiedy cię
zobaczę, będę miała skrzydła! Będziemy mogły latać razem!
- Nie mogę się doczekać - odpowiedziała Srebrnopyła. Lecz kiedy ponownie
uściskała Lunę, na jej pysku pojawił się dziwny wyraz.
Niepokój? Strach?
Błękit poczuł, jak po łuskach przebiega mu zimny dreszcz. Srebrnopyła
wyglądała, jakby wiedziała o czymś, o czym oni nie mieli pojęcia.
Jakby z jakiegoś powodu podejrzewała, że nigdy więcej nie zobaczy córki.
Rozdział 2
Złe przeczucia nie opuszczały Błękita, kiedy za Luną wspinał się po
sieciach. Słońce już wzeszło, a jego stłumione jeszcze światło
przebijało się przez jedwabiste pasma wokół nich. Pod nimi, z wysokich i kołyszących się traw sawanny, dochodził cichy szelest owadzich skrzydeł.
Luna wspinała się lekkomyślnie, przeskakując z jednego poziomu na drugi
jak małpa... albo jak smok, który już miał skrzydła. Błękit był
ostrożniejszy, polegając na nieznacznej lepkości pasm zapewniających mu
przyczepność. Mimo to dzisiaj czuł swoją chorobę powietrzną intensywniej
niż zwykle. Każde drżenie jedwabiu wibrowało w jego kościach,
sprawiając, że czułki drgały niespokojnie i bolały go zęby.
Ulżyło mu, gdy dotarli do wejścia do Roju, gdzie sieci łączyły się na
najwyższym poziomie miasta. Już stała przy nim kolejka około dwudziestu
smoków, lecz przynajmniej tutaj mogli poczekać na twardym gruncie przy
wejściu do tunelu. Zszedł z sieci na suchą, przypominającą papier
powierzchnię i rozluźnił szpony.
Na ścianach tunelu widniał mural, na którym Gładkoskrzydłe i Ososkrzydłe
lecą razem po niebie, wszystkie szczęśliwe, jak Luna w miodowym szale.
Jednak większą jego część zasłaniały wywieszone na ścianach plakaty.
bądź czujny!
niebezpieczeństwo zawsze nam grozi!
strzeż się liścioskrzydłych!
natychmiast zgłaszaj o nielojalności gładkoskrzydłych
ososkrzydłym władzom!
królowa osa widzi wszystko. królowa osa chroni nas
wszystkich. chwała królowej osie!
liścioskrzydłe: wyginęły... czy tylko się
przyczaiły?
natychmiast zgłaszaj przypadki możliwej obecności
liścioskrzydłych ososkrzydłym władzom!
Na tym ostatnim widniał wizerunek warczącego zielonego smoka o zębach i szponach pokrytych krwią. Błękit miał wrażenie, jakby każdego dnia
wieszano tu nowy plakat, a połowa ich wszystkich straszyła
Liścioskrzydłymi.
Luna przyłapała go na przyglądaniu się plakatowi i prychnęła.
- Co? - zapytał.
- Daj spokój - powiedziała. - Chyba nie boisz się Liścioskrzydłych, co?
- Czemu nie? - zapytał. - Pół wieku temu omal nas nie wykończyły. Czy
może moja genialna siostra zapomniała już o lekcjach historii?
- Ale im się to nie udało - podkreśliła. - A teraz już wyginęły. Dlatego
nie ma się czym martwić. Przecież nas nie zaatakują, skoro są martwe.
- Nie wiemy, czy naprawdę tak jest - spierał się. - Pęk powiedział, że
kilka lat temu jego wujek widział, jak jeden z nich leciał tuż nad nim.
A co z tą częścią Roju Modliszek, która zapadła się w zeszłym roku?
Wszyscy mówili, że to sabotaż ze strony Liścioskrzydłych.
- Pffft - prychnęła lekceważąco Luna. - To, co widział wujek Pęka, to
zielony Gładkoskrzydły. Po prostu histeryzuje. A zapadnięcie się Roju
spowodowało kiepskie wykonanie. Historia o sabotażu wyraźnie miała to
ukryć.
- Ciiiiiiii - rzucił Błękit, zerkając na stojących z przodu
Ososkrzydłych żołnierzy.
Wyglądali na zajętych sprawdzaniem identyfikatorów, ale i tak mogli
podsłuchać zdradzieckie słowa Luny.
- Słuchaj - powiedziała, zniżając głos i przewracając oczami. - Tak
naprawdę od ponad pięćdziesięciu lat nikt nie widział Liścioskrzydłego.
A skoro ścięliśmy wszystkie ich drzewa, niby gdzie by mieszkali, gdyby
nadal żyli? Prześlizgiwaliby się w wysokich trawach sawanny? Nie. Dzięki
królowej Osie wyginęły, dlatego wszystko to jest całkowicie
niepotrzebne. - Machnęła szponami w stronę ostrzegawczych plakatów.
- Roje nie obejmują całego kontynentu - zauważył, lecz Luna już weszła
mu w słowo.
- Królowa po prostu chce, żebyśmy mieli... jak to się mówi... wspólnego
wroga? Żeby Gładkoskrzydłe nie zaczęły się skarżyć ani zabiegać o własną
królową, czy takie tam.
- Naszą własną królową? - zapytał Błękit zaskoczony. Nigdy wcześniej nie
myślał o Gładkoskrzydłych pragnących mieć własną królową. Nieco
alarmujące było to, że ona o tym pomyślała. Brzmiało to jak jeden z tych
niebezpiecznych pomysłów, jakie Mieczyk mógł wbić jej do głowy.
- To znaczy... nie, że powinniśmy - powiedziała pośpiesznie Luna i tym
razem to ona spojrzała na żołnierzy. - Ale wiesz, ktoś mógłby rzucić
takie hasło, gdyby był niezadowolony z tego, jak się rzeczy mają.
Błękit pokręcił głową.
- Nie sądzę. Nie znam żadnego niezadowolonego Gładkoskrzydłego. - Plakat
za plecami Luny głosił lojalność ponad wszystko
na tle ogromnych, czarnych oczu królowej Osy. Czasami ich widok był
pokrzepiający, lecz w samym środku tej rozmowy przyprawiały go one o niepokój. - Wszystko w Rojach jest świetnie. Jesteśmy bezpieczni i wszyscy razem pracujemy, więc nie widzę, na co ktokolwiek mógłby
narzekać.
Kolejka przesunęła się i znaleźli się w zasięgu słuchu żołnierzy. W jednej chwili zamilkli. Błękit zerknął na długie, bladoniebieskie
skrzydła stojącej przed nim smoczycy i zaczął sobie wyobrażać, dokąd
zmierzała. W końcu nadeszła ich kolej.
- Imiona? - zapytał jeden z żołnierzy znudzonym głosem.
Każdy Ososkrzydły miał przynajmniej kilka czarnych łusek, które
odziedziczyli po ich wspólnej przodkini, Jasnowidzce, lecz ten smok był
niemal całkiem czarny, z zaledwie kilkoma pomarańczowymi plamkami tu i tam. Błękit i Luna widywali go w punkcie kontrolnym każdego dnia od
niemal trzech lat, a mimo to żołnierz ani razu nie pokazał, że ich
poznaje ani że poza ich identyfikatorami w ogóle obchodzi go ich
istnienie. Miał na imię Sokolnik - nie żeby sam im o tym powiedział.
Błękit wychwycił to, przysłuchując się cichym rozmowom innych
strażników.
- Błękit - powiedział, wyciągając łapę.
Żołnierz przyjrzał się literom, które wyryto na jego skórze tuż po tym,
jak wykluł się z jaja: B jako początek jego imienia, tworzące trójkąt z mniejszym B i A, oznaczającymi jego rodziców. Luna zawsze powtarzała, że
cieszy się, iż znakowanie miało miejsce, gdy byli zbyt młodzi, by to
pamiętać, ale Błękit był pewien, że posiada wspomnienia z tamtego dnia -
jasne światło, przeszywający ból i przede wszystkim poczucie zdrady.
Sokolnik mruknął coś i przesunął się, by przyjrzeć się opasce na jego
drugim nadgarstku. Miała matowy brązowy kolor i była irytująco ciężka,
chociaż Błękit już do niej przywykł. Wskazywała, że był uczniem jednej
ze szkół w Roju, dlatego wolno mu było przechodzić przez ten punkt
kontrolny. Na metalowej powierzchni widniała nazwa jego szkoły: Jedwabny
Dwór.
- A ja jestem Luna - powiedziała jego siostra.
- Ach - odparł żołnierz i odwrócił się, by sprawdzić listę na
niewielkiej kartce papieru. - Dziś masz Metamorfozę.
- Zgadza się - przytaknęła.
Błękit widział, że bardzo starała się nie uśmiechnąć. Uśmiechanie się do
żołnierzy zawsze było ryzykowne. Nigdy nie było wiadomo czy w odpowiedzi
otrzyma się rzadki z ich strony uśmiech, czy może spędzi się popołudnie
na Drodze Nieposłusznych za "prowokowanie jednostki władzy".
Błękit domyślał się, że strażnicy musieli być tak czujni i podejrzliwi -
gdyby smoki ich nie szanowały, jak mogliby utrzymywać porządek i kontrolować Rój?
Mimo to uważał, że Mieczyk nie zasłużył na żaden z trzech pobytów na
Drodze Nieposłusznych. Mieczyk miał dzikie pomysły i wypowiadał się
nieco zbyt swobodnie, ale nie stanowił zagrożenia dla Roju.
- Następnym razem, kiedy będziesz tędy przechodzić, będziesz miała już
nową - powiedział Sokolnik, stukając szponem w opaskę Luny, identyczną
jak ta Błękita.
- Wiem - odpowiedziała, a Błękit poczuł w sercu ciężar.
Jeszcze jedna zmiana: Luna skończyła już szkołę. Będzie musiał chodzić
tam bez niej.
Ale niezbyt długo. Ja również będę musiał zmienić opaskę. Ciekawe, jak
to będzie, zdjąć tę i zamienić na coś innego? Z pewnością tak, jakby ot
tak wymienić odcięty palec.
- Cóż - powiedział żołnierz, po czym spojrzał na listę i ponownie na
Lunę. - Możecie iść.
Kiedy ruszyli, Sokolnik odchrząknął szorstko.
- Ehm. Powodzenia.
- Och, dziękuję - powiedziała Luna zaskoczona. Pociągnęła Błękita za
sobą, wytrzymując, aż znaleźli się daleko w tunelu, nim w końcu
wybuchnęła chichotem.
- Tak nagle powiedział do nas tyle słów! - zawołała. - Nie wiedziałam,
że zna tyle słów!
- Może cię lubi - zasugerował Błękit z uśmiechem.
To był żart, ale... co, jeśli naprawdę tak było? Poczuł, jak wślizguje się
w wizje możliwego życia Ososkrzydłego. Czy Sokolnik codziennie wracał do
domu i marzył o Gładkoskrzydłej, którą widywał każdego dnia, a z którą
nigdy nie mógł być? Czy przyjaciele wyśmiewali się z niego za oddanie w swojej pracy? Czy lubił być strażnikiem, cały dzień wykonywać rozkazy,
czy może pragnął, by prawo było inne?
- Oooo, może czeka nas zakazana miłość?! - Luna westchnęła i wpadła na
Błękita, przywracając go do rzeczywistości.
- Cóż, nie ja powiem o tym Mieczykowi - powiedział.
Luna roześmiała się i zaczęła opowiadać jakąś zabawną historię o tym, co
Mieczyk powiedział poprzedniego wieczoru. Błękit szedł obok niej,
zadowolony, że porzuciła temat Ososkrzydło-Gładkoskrzydłych związków.
"Zakazane", to łagodne określenie. Jakiekolwiek było najmocniejsze słowo
na nielegalne, to było właśnie to. Zabronione? Niedozwolone? Karane
śmiercią? Wszystko to razy milion.
Dotarli do końca tunelu, do miejsca, w którym stawał się szerszy i rozchodził w kilka innych. Ścieżka po prawej prowadziła do Ogrodu
Mozaiki, ale Błękit był pewien, że tam pójdą później. Było to ulubione
miejsce Luny w całym Roju.
Najpierw jednak zeszli trzy poziomy w dół i minęli dwa kolejne punkty
kontrolne. Było ciepło, jak zawsze w Roju, a słońce przebijało się przez
ściany, nadając wszystkiemu bursztynowy blask. Wszystkie Roje zbudowane
były z drzewiny, będącej charakterystyczną mieszaniną drewnianej miazgi,
jedwabiu, gliny i innych rzeczy, o których Błękit się dowie, jeśli
zostanie przydzielony do załogi budowlanej. Była ona cienka jak papier i swobodnie przepuszczała światło, jednak twarda jak skała. Pod jego
szponami drzewina była sucha i w większości gładka, z wyjątkiem tych
kilku wybrzuszeń, gdzie budowniczy nie byli wystarczająco uważni.
Problem w tym, że Roje zbudowano w czasach, kiedy w całej Pantali rosło
mnóstwo drzew. Teraz, kiedy drzew już nie było (albo w większości nie
było), drzewina pochodziła z niewielkich krzaków, które z trudem
przebiły się przez suchą ziemię sawanny. Dlatego jedynym sposobem na
rozbudowę Roju było zabranie jej z jakiegoś innego miejsca i przekształcenie tam, gdzie się chciało. Była to ciężka i wyczerpująca
praca, zazwyczaj przydzielana Gładkoskrzydłym, które sprawiały w szkole
najwięcej kłopotów.
Takim jak na przykład Mieczyk.
Błękit naprawdę miał nadzieję, że nie zostanie przydzielony do zespołu
budowniczego. Praca z jedwabiem byłaby zupełnie inna - to, co robiła
jego mama na niebie między Rojami, było na wpół architekturą, na wpół
sztuką. Nie miałby nic przeciwko czemuś takiemu. Przez całe życie Błękit
był dobrym, cichym i posłusznym uczniem Jedwabnego Dworu. Z pewnością
zasłużył na lepszy przydział niż odzyskiwanie drzewiny.
W końcu Luna ruszyła ścieżką w prawo, zamiast w lewo i wyszli na otwarty
dziedziniec Roju Cykad. Była to ogromna, sklepiona przestrzeń, w której
buzował ruch. Dookoła zewnętrznej ściany biegł rząd najlepszych sklepów,
umieszczonych w sześciobocznych komórkach; wszyscy pozostali musieli
wydzierać sobie stoiska w przypominającym labirynt środku. Nad ich
głowami żółto-czarne latarnie zwieszały się z jedwabnych włókien,
krzyżując się na suficie niczym naszyjniki z maleńkimi słońcami.
I, jak zawsze, na balkonach nad dziedzińcem siedzieli żołnierze, mając
czujne oko na kłębiące się poniżej smoki. Niektórzy z nich trzymali
długie, ostro zakończone lance, przypominające żądła, które wysuwały się
ze szponów królowej Osy. Nie żeby Błękit kiedykolwiek widział, by ich
używała, lecz były przedstawione na kilku plakatach. Kilka z nich było
nawet tutaj - jej oblicze widniało na muralach i transparentach, aż miał
wrażenie, że jego oczy składają się z setek soczewek, z których każda
odbija jej obraz.
Luna szła pewnym krokiem przez tłum, aż Błękit zorientował się, że
zmierza w stronę najlepszego sklepu z miodem w całym Roju: wysokiej i imponującej komórki z witryną pełną delikatnych cukrowych wyrobów.
Przyśpieszył gwałtownie i nadepnął jej na ogon, zatrzymując ją w pół
kroku.
- Ałł! - krzyknęła. - Za co to?
Troje wyniosłych Ososkrzydłych niemal na nich wpadło i Błękit odciągnął
siostrę z ich drogi, mamrocząc przeprosiny. Zmarszczyli nosy i rozpostarli skrzydła, by zdobyć nieco przestrzeni, zmuszając kilkoro
Gładkoskrzydłych do zrobienia uniku i uskoczenia na bok. Potem szybko
zniknęli im z oczu.
- Luna, Gładkoskrzydłe nie chodzą do Cukrowych Marzeń - powiedział. -
Chodźmy do Kropli, jak zawsze.
- Ale to dzień mojej Metamorfozy! - zaprotestowała. - Nigdy tam nie
byliśmy, bo nigdy nie było nas na to stać, ale dzisiaj jest inaczej.
Mama dała mi wystarczająco dużo łusek. Powiedziała, żebym miała
najlepszy ostatni dzień w życiu.
Błękit zadrżał mimowolnie. Zwrot "ostatni dzień" naprawdę nie pomagał
zmniejszyć zaniepokojenia, jakie poczuł na widok dziwnego wyrazu pyska
Srebrnopyłej tego ranka.
- Przestań się tak zamartwiać - powiedziała Luna, trącając go w ramię. -
Wezmą nasze łuski bez względu na to, kim jesteśmy. A to mogą być
najlepsze krople miodu, jakie kiedykolwiek dostaniemy.
Ponownie ruszyła do sklepu. Podążył za nią, nadal nieprzekonany, ale
pewien, że dalsza dyskusja z siostrą zaprowadzi go dokładnie donikąd.
Kiedy weszli do Cukrowych Marzeń, w środku była tylko jedna klientka:
starsza, cytrynowożółta Ososkrzydła z czarnymi pasami na skrzydłach i rubinowymi łuskami wokół nosa i ogona. Zerknęła na nich zza okularów, po
czym wróciła do przyglądania się półkom pełnym bladoróżowych i lawendowych słodyczy.
Jednak Ososkrzydły za ladą zesztywniał i z dezaprobatą machnął ogonem,
unosząc brwi tak wysoko, jak to tylko możliwe.
- Dzień dobry! - powiedziała Luna wesoło, ignorując jego minę. -
Poprosimy dwie miodowe krople. - Mówiąc, dotknęła delikatnej sakiewki z szarego jedwabiu, tak że zgromadzone w niej łuski zabrzęczały.
- Kim jest wasza pani? - zapytał sprzedawca. - Czy jest nowa w tym Roju?
Powinna wiedzieć, że zakupy luksusowych artykułów to nie jest zadanie,
które zazwyczaj powierza się sługom.
- Nie jesteśmy niczyimi sługami - odpowiedziała mu Luna z oburzeniem. -
Chcemy je dla siebie!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki