Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie - Edmund de Waal

Kup ebooka

24.90 zł
19.17 zł (13,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W roku 1991 jako je­den z sied­miu mło­dych Bry­tyj­czy­ków wy­je­cha­łem do Ja­po­nii na sty­pen­dium fi­nan­so­wa­ne przez pew­ną ja­poń­ską fun­da­cję. Re­pre­zen­to­wa­li­śmy naj­róż­niej­sze bran­że i za­wo­dy - od in­ży­nie­rii i dzien­ni­kar­stwa po prze­mysł i ce­ra­mi­kę. Dwu­let­nie sty­pen­dium za­pew­nia­ło rocz­ny po­byt w To­kio, po­prze­dzo­ny rocz­nym in­ten­syw­nym kur­sem ję­zy­ka ja­poń­skie­go na jed­nym z an­giel­skich uni­wer­sy­te­tów. Na­sze oby­cie z tym ję­zy­kiem mia­ło otwo­rzyć nową epo­kę w sto­sun­kach mię­dzy na­szy­mi kra­ja­mi. By­li­śmy pierw­szą gru­pą sty­pen­dy­stów i wie­le od nas ocze­ki­wa­no.

Pod­czas po­by­tu w Ja­po­nii każ­de­go ran­ka spo­ty­ka­li­śmy się na za­ję­ciach ję­zy­ko­wych w Shi­buyi. Na­sza szko­ła znaj­do­wa­ła się na wzgó­rzach, z dala od zgieł­ku fast fo­odów i dys­kon­to­wych skle­pów z elek­tro­ni­ką. To­kio prze­ży­wa­ło wte­dy naj­więk­szy boom od cza­sów woj­ny. Lu­dzie, któ­rzy sze­ro­ką rze­ką wy­le­wa­li się z dwor­ca ko­le­jo­we­go i zmie­rza­li ku naj­więk­sze­mu na świe­cie przej­ściu dla pie­szych, za­trzy­my­wa­li się, by na wiel­kich świetl­nych ta­bli­cach spraw­dzić pną­ce się wciąż wy­żej i wy­żej no­to­wa­nia in­dek­su Nik­kei.

Aby unik­nąć ści­sku w me­trze, wy­cho­dzi­łem z domu wcze­śniej, niż było to ko­niecz­ne, i po dro­dze na za­ję­cia spo­ty­ka­łem się na po­ran­ną kawę i cy­na­mo­no­we bu­łecz­ki ze star­szym ko­le­gą - ar­che­olo­giem. Po raz pierw­szy od cza­sów szko­ły mu­sia­łem od­ra­biać lek­cje. W cią­gu ty­go­dnia trze­ba było przy­swo­ić sto pięć­dzie­siąt zna­ków kan­ji, a tak­że do­kład­nie prze­ro­bić całą szpal­tę po­pu­lar­nej po­po­łu­dniów­ki, i - jak­by tego było mało - każ­de­go dnia po­wtó­rzyć kil­ka­dzie­siąt no­wych zwro­tów. By­łem tym praw­dzi­wie udrę­czo­ny, a moje fa­tal­ne sa­mo­po­czu­cie po­głę­biał do­dat­ko­wo wi­dok ko­le­gów, któ­rzy bez żad­ne­go wy­sił­ku pa­pla­li z na­uczy­cie­la­mi o tym, co obej­rze­li po­przed­nie­go dnia w te­le­wi­zji albo o ostat­nich skan­da­lach po­li­tycz­nych. Moja fru­stra­cja była tak wiel­ka, że któ­re­goś dnia w bez­sil­nej zło­ści kop­ną­łem z ca­łej siły zie­lo­ną, me­ta­lo­wą bra­mę pro­wa­dzą­cą do na­szej szko­ły. Do­pie­ro ten roz­pacz­li­wy gest zmu­sił mnie do re­flek­sji, skąd u do­ro­słe­go prze­cież fa­ce­ta taka de­spe­ra­cja.

Na szczę­ście czas po obie­dzie na­le­żał wy­łącz­nie do mnie. Dwa razy w ty­go­dniu po­po­łu­dnio­we go­dzi­ny spę­dza­łem w pra­cow­ni ce­ra­micz­nej. Uczęsz­cza­li do niej eme­ry­to­wa­ni biz­nes­me­ni, któ­rzy le­pi­li czar­ki do her­ba­ty, i stu­den­ci, dla któ­rych chro­po­wa­ta czer­wo­na gli­na i siat­ka były two­rzy­wem do wy­ra­że­nia awan­gar­do­wych po­my­słów. Po opła­ce­niu wstę­pu i za­ję­ciu ławy lub koła garn­car­skie­go każ­dy mógł ro­bić, co mu się żyw­nie po­do­ba. W pra­cow­ni pa­no­wał przy­jem­ny gwar. Pierw­szy raz mia­łem do czy­nie­nia z por­ce­la­ną; uczy­łem się, jak po zdję­ciu z koła de­li­kat­nie roz­chy­lać brze­gi mi­sek i cza­rek.

Le­pie­nie z gli­ny ab­sor­bo­wa­ło mnie od dziec­ka; za­mę­cza­łem ojca, by po­zwo­lił mi się za­pi­sać na po­po­łu­dnio­we za­ję­cia. Pierw­szym na­czy­niem, któ­re sa­mo­dziel­nie wy­ko­na­łem, była uto­czo­na na kole mi­ska. Po­kry­łem ją opa­li­zu­ją­cym bia­łym szkli­wem i ozdo­bi­łem ko­bal­to­wy­mi klek­sa­mi. Jako uczeń cały wol­ny czas spę­dza­łem w pra­cow­ni ce­ra­micz­nej. Gdy w wie­ku sie­dem­na­stu lat ukoń­czy­łem szko­łę, po­sta­no­wi­łem od­być prak­ty­kę. Moim na­uczy­cie­lem zo­stał su­ro­wy sta­rzec, kon­ty­nu­ator dzie­ła słyn­ne­go bry­tyj­skie­go ce­ra­mi­ka Ber­nar­da Le­acha. Na­uczył mnie sza­cun­ku dla ma­te­ria­łu oraz cier­pli­wo­ści: w jego pra­cow­ni wy­to­czy­łem z sza­rej gli­ny nie­zli­czo­ne czar­ki i po­jem­ni­ki na miód, za­mia­ta­łem pod­ło­gę, po­ma­ga­łem przy­go­to­wy­wać szkli­wo i łą­czyć pig­men­ty na spo­sób orien­tal­ny. Mój na­uczy­ciel nig­dy nie był w Ja­po­nii, ale re­ga­ły w jego pra­cow­ni ugi­na­ły się od ksią­żek o ja­poń­skiej ce­ra­mi­ce. Spę­dza­li­śmy dłu­gie go­dzi­ny na dys­ku­sjach o wyż­szo­ści ja­poń­skich cza­rek do her­ba­ty nad or­dy­nar­ny­mi an­giel­ski­mi kub­ka­mi, z któ­rych pi­li­śmy lu­ro­wa­tą kawę z mle­kiem. "Strzeż się - po­wia­dał - zbęd­nych ru­chów: im oszczęd­niej, tym le­piej". Pra­co­wa­li­śmy w cał­ko­wi­tej ci­szy, z rzad­ka tyl­ko przy akom­pa­nia­men­cie mu­zy­ki kla­sycz­nej.

Jako na­sto­la­tek po­je­cha­łem na kil­ka let­nich mie­się­cy do Ja­po­nii, by do­sko­na­lić swe umie­jęt­no­ści. W Ma­shi­ko, Bi­zen i Tam­bie, mia­stecz­kach słyn­nych ze swych wy­ro­bów ce­ra­micz­nych, tra­fi­łem do rów­nie po­waż­nych na­uczy­cie­li. Mia­łem wra­że­nie, że je­stem w raju: upa­jał mnie sze­lest opa­da­ją­cej pa­pie­ro­wej ro­le­ty i szmer wody spły­wa­ją­cej po ka­mien­nych pły­tach. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra za­kłó­ca­ła mój pod­nio­sły na­strój, był wi­dok ta­kich przy­byt­ków jak Dun­kin' Do­nuts. Po po­wro­cie z Ja­po­nii spró­bo­wa­łem opi­sać moje prze­ży­cia w ar­ty­ku­le Ja­pan and the Pot­ter's Ethic. Cul­ti­va­ting a Re­ve­ren­ce for Your Ma­te­rials and the Marks of Age [Ja­po­nia i ety­ka garn­car­stwa. Sza­cu­nek dla two­rzy­wa i zna­ków cza­su].

Gdy już opa­no­wa­łem rze­mio­sło, zde­cy­do­wa­łem się stu­dio­wać li­te­ra­tu­rę an­giel­ską i do­pie­ro po ukoń­cze­niu uni­wer­sy­te­tu za­szy­łem się na sie­dem lat w ci­chej, nie­mal ste­ryl­nej pra­cow­ni - naj­pierw na gra­ni­cy Wa­lii, po­tem w po­nu­rym wiel­ko­miej­skim cen­trum. W tym cza­sie skon­cen­tro­wa­łem się wy­łącz­nie na pra­cy - moje na­czy­nia były tego wy­ra­zem.

I oto znów je­stem w Ja­po­nii. W pra­cow­ni, do któ­rej uczęsz­czam, pa­nu­je nie­opi­sa­ny rwe­tes. Mo­je­mu są­sia­do­wi nie za­my­ka­ją się usta; mię­dląc swe por­ce­la­no­we na­czy­nia, snu­je nie­koń­czą­ce się mo­no­lo­gi na te­mat ba­se­bal­lu. O dzi­wo, spra­wia mi to przy­jem­ność. Wszyst­ko zda­je po­su­wać się swo­im to­rem.

Dwa ko­lej­ne wol­ne po­po­łu­dnia po­świę­ca­łem na zbie­ra­nie ma­te­ria­łów do książ­ki o Le­achu.

Spę­dza­łem je w ar­chi­wum Ni­hon Min­ge­ikan - Ja­poń­skie­go Mu­zeum Sztu­ki Lu­do­wej - zre­kon­stru­owa­nym wiej­skim domu miesz­czą­cym za­ło­żo­ną przez Yana­gie­go S?et­su ko­lek­cję sztu­ki ja­poń­skiej i ko­re­ań­skiej. Yana­gi - fi­lo­zof, hi­sto­ryk sztu­ki i po­eta, ocza­ro­wa­ny uro­dą zwy­kłych przed­mio­tów co­dzien­ne­go użyt­ku wy­ko­na­nych przez pro­stych, ano­ni­mo­wych rze­mieśl­ni­ków: na­czyń, ko­szy­ków czy tka­nin - po­sta­wił so­bie za cel do­tar­cie do źró­deł owej do­sko­na­ło­ści. Było to pięk­no wy­zu­te ze świa­do­mo­ści. Przed­mio­ty te wy­ra­bia­no w tak wiel­kich ilo­ściach, że wy­twa­rza­ją­cy je rze­mieśl­ni­cy nie pró­bo­wa­li na­wet wy­ra­zić w nich swe­go ja.

W pierw­szych la­tach XX wie­ku Le­ach i Yana­gi - wów­czas jesz­cze mło­dzi - sta­li się nie­mal nie­roz­łącz­ni. Gdy już mu­sie­li się roz­stać, pro­wa­dzi­li oży­wio­ną ko­re­spon­den­cję. Wy­mie­nia­li uwa­gi na te­mat czy­ta­nych wła­śnie lek­tur, pi­sa­li o Bla­ke'u, Whit­ma­nie i Ru­ski­nie. W pew­nym mo­men­cie na­ro­dzi­ła się myśl, by w nie­wiel­kiej wio­sce po­ło­żo­nej nie­opo­dal To­kio za­ło­żyć ko­lo­nię ar­ty­stów. Le­ach, ko­rzy­sta­jąc z po­mo­cy miej­sco­wych chłop­ców, le­pił tam swo­je na­czy­nia; Yana­gi, oto­czo­ny gro­nem ar­ty­stycz­nych przy­ja­ciół, roz­pra­wiał o Ro­di­nie i idei pięk­na.

Za drzwia­mi pro­wa­dzą­cy­mi do ar­chi­wum, na koń­cu ko­ry­ta­rza, gdzie ka­mien­ne pły­ty ustę­po­wa­ły zwy­kłe­mu li­no­leum, znaj­do­wał się nie­wiel­ki po­ko­ik, trzy i pół na dwa i pół me­tra, za­sta­wio­ny po sam su­fit re­ga­ła­mi peł­ny­mi ksią­żek i kar­to­no­wych pu­deł za­wie­ra­ją­cych no­tat­ki i ko­re­spon­den­cję. Je­dy­nym me­blem w tym po­miesz­cze­niu było biur­ko, nad któ­rym wi­sia­ła goła ża­rów­ka - nic wię­cej. Lu­bię ar­chi­wa. W ar­chi­wum Yana­gie­go pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza i było wy­jąt­ko­wo po­nu­ro.

Czy­ta­łem, ro­bi­łem no­tat­ki i szki­co­wa­łem bio­gra­fię Le­acha, któ­rej za­ło­że­niem było przed­sta­wie­nie tego ar­ty­sty w zu­peł­nie no­wym świe­tle. Przede wszyst­kim jed­nak za­mie­rza­łem roz­pra­wić się z ja­po­ni­zmem, li­czą­cą po­nad sto lat eu­ro­pej­ską fa­scy­na­cją kul­tu­rą Ja­po­nii, któ­ra wy­ra­sta­ła z cał­ko­wi­te­go nie­zro­zu­mie­nia tego kra­ju. To, co u za­chod­nich ar­ty­stów wy­wo­ły­wa­ło na­mięt­ność i en­tu­zjazm, u uczo­nych tro­pią­cych fał­szy­we in­ter­pre­ta­cje ro­dzi­ło iry­ta­cję i złość. Chcia­łem o tym na­pi­sać. Li­czy­łem, że książ­ka ta rów­nież mnie po­zwo­li się wy­zwo­lić z opar­te­go na ste­reo­ty­pach za­uro­cze­nia tym kra­jem.

Ko­lej­ne po­po­łu­dnie było prze­zna­czo­ne na wi­zy­tę u wuja Ig­gie­go.

Po wyj­ściu ze sta­cji me­tra zo­sta­wia­łem za sobą lśnią­ce au­to­ma­ty z pi­wem i za­czy­na­łem piąć się w górę. Mi­ja­łem świą­ty­nię Sen­ga­ku­ji z gro­ba­mi czter­dzie­stu sied­miu sa­mu­ra­jów, dziw­ny, bo­ga­to zdo­bio­ny bu­dy­nek - miej­sce spo­tkań sek­ty shin­t?, oraz pro­wa­dzo­ny przez ru­basz­ne­go pana X bar su­shi; do­szedł­szy do wy­so­kie­go muru ota­cza­ją­ce­go pe­łen wspa­nia­łych so­sen ogród księ­cia Ta­ka­mat­su, skrę­ca­łem w pra­wo. Wła­snym klu­czem otwie­ra­łem drzwi i wjeż­dża­łem na szó­ste pię­tro. Wuja za­zwy­czaj za­sta­wa­łem sie­dzą­ce­go przy oknie, po­grą­żo­ne­go w lek­tu­rze - naj­czę­ściej Joh­na Le Car­ré, El­mo­ra Le­onar­da lub ja­kichś fran­cu­skich pa­mięt­ni­ków.

- Po­myśl, ja­kie to in­te­re­su­ją­ce - po­wia­dał - nie­któ­re ję­zy­ki mają w so­bie wię­cej żaru niż inne.

Po­chy­la­łem się ku nie­mu, by mógł mnie po­ca­ło­wać. Na biur­ku le­ża­ły za­wsze czy­sty ar­kusz bi­bu­ły, opa­trzo­ny na­głów­kiem blok pa­pie­ru li­sto­we­go i pió­ro, któ­rym już wów­czas po­słu­gi­wał się co­raz rza­dziej. Z okna, przy któ­rym sie­dział, roz­cią­gał się wi­dok na las dźwi­gów. Ro­sną­ce czter­dzie­sto­kon­dy­gna­cyj­ne bu­dyn­ki za­sło­ni­ły wi­dok na Za­to­kę To­kij­ską.

Zja­da­li­śmy obiad przy­go­to­wa­ny przez go­spo­dy­nię pa­nią Na­ka­no albo Jir?, przy­ja­cie­la zaj­mu­ją­ce­go są­sied­nie miesz­ka­nie. Omlet z sa­ła­tą, a do tego grzan­ki z wy­śmie­ni­te­go pie­czy­wa ku­po­wa­ne­go w jed­nej z fran­cu­skich pie­kar­ni w Gin­zie i schło­dzo­ne bia­łe wino - San­cer­re albo Po­uil­ly-Fumé. I brzo­skwi­nie. I jesz­cze ser, a po­tem aro­ma­tycz­na czar­na kawa.

Ig­gie miał wów­czas osiem­dzie­siąt czte­ry lata. Był lek­ko zgar­bio­ny, za­wsze nie­na­gan­nie ubra­ny i cza­ru­ją­cy - w ja­snej ko­szu­li, kra­wa­cie i twe­edo­wej ma­ry­nar­ce w jo­deł­kę z wy­sta­ją­cą z kie­szon­ki chu­s­tecz­ką. Twarz zdo­bił mu siwy wą­sik. Po obie­dzie się­gał do prze­szklo­nej ga­blo­ty zaj­mu­ją­cej nie­mal całą ścia­nę sa­lo­nu i sztu­ka po sztu­ce wyj­mo­wał z niej ko­lej­ne net­su­ke: za­ją­ca o oczach z bursz­ty­nu, chłop­ca w heł­mie sa­mu­ra­ja i z mie­czem, ty­gry­sa z ob­na­żo­ny­mi kła­mi - plą­ta­ni­nę łap wy­ra­sta­ją­cych z na­prę­żo­ne­go ciel­ska. Gdy na­cie­szy­li­śmy się już fi­gur­ka­mi, od­kła­da­łem je na miej­sce po­śród tu­zi­nów in­nych i uzu­peł­nia­łem wodę w ma­łych cza­recz­kach, któ­re sta­wia się w ga­blo­cie, by za­po­biec wy­sy­cha­niu i pę­ka­niu ko­ści sło­nio­wej.

- Czy mó­wi­łem ci już - py­tał - że w dzie­ciń­stwie były to na­sze ulu­bio­ne za­baw­ki? Ro­dzi­ce do­sta­li je od pa­ry­skie­go ku­zy­na. A czy opo­wie­dzia­łem ci hi­sto­rię Anny i jej kie­sze­ni?

Ig­gie i jego ko­lek­cja net­su­ke, To­kio, 1960

Tok na­szych roz­mów by­wał nie­prze­wi­dy­wal­ny. Ig­gie po­wra­cał do wie­deń­skich cza­sów. Wspo­mi­nał uro­dzi­ny ojca. Na śnia­da­nie ku­charz po­da­wał Ka­iser­sch­marrn, sma­ko­łyk spo­rzą­dzo­ny ze sma­żo­nych plac­ków po­sy­pa­nych cu­krem pu­drem. Ka­mer­dy­ner Jo­sef wkra­czał do ja­dal­ne­go z ogrom­nym pół­mi­skiem, po czym spe­cjal­nym dłu­gim no­żem z na­masz­cze­niem dzie­lił Ka­iser­sch­marrn na por­cje, a Papa nie­odmien­nie po­wta­rzał, że na­wet ce­sarz nie za­czy­na le­piej dnia swo­ich uro­dzin. Po chwi­li jed­nak Ig­gie prze­rzu­cał się na inny te­mat i za­czy­nał opo­wia­dać o dru­gim mężu Lil­li. Ale kim, na Boga, była Lil­li?

Po­cie­sza­łem się, że choć nie mam po­ję­cia, kim była Lil­li, po­tra­fię umiej­sco­wić więk­szość opo­wia­da­nych przez nie­go hi­sto­rii: Bad Ischl, Kövec­ses, Wie­deń. Gdy o zmierz­chu na dźwi­gach za­pa­la­ły się świa­tła po­zy­cyj­ne, któ­re zda­wa­ły się się­gać hen w głąb za­to­ki, upo­rczy­wie po­wra­ca­ła myśl, że może po­wi­nie­nem utrwa­lić opo­wie­ści o Wied­niu sprzed wiel­kiej woj­ny. Nig­dy jed­nak do tego nie do­szło. Wy­da­wa­ło mi się, że by­ło­by to zbyt ofi­cjal­ne i nie na miej­scu. Ba­łem się wła­snej pa­zer­no­ści: wy­mu­sza­nia wspo­mnień tyl­ko po to, by móc je za­pi­sać. Zresz­tą słu­cha­nie tych hi­sto­rii, któ­re przy­wo­dzi­ły mi na myśl ob­ra­ca­ne przez wodę rzecz­ne ka­mie­nie, spra­wia­ło mi wy­star­cza­ją­cą przy­jem­ność.

Przez okrą­gły rok raz w ty­go­dniu Ig­gie opo­wia­dał mi o swo­im ojcu - dum­nym z ka­rie­ry aka­de­mic­kiej naj­star­szej cór­ki Eli­sa­beth, i o mat­ce - stro­fu­ją­cej ją za zbyt wy­ra­fi­no­wa­ny spo­sób wy­sła­wia­nia się. "Dziec­ko, mów­że bar­dziej do rze­czy", po­wta­rza­ła. Od cza­su do cza­su z pew­nym za­że­no­wa­niem przy­wo­ły­wał za­ba­wę, któ­rą wy­my­śli­li z sio­strą Gi­se­lą. Cho­dzi­ło o to, by wy­kraść z sa­lo­nu ja­kiś dro­biazg, zbiec z nim po scho­dach, spryt­nie wy­mi­nąw­szy stan­gre­tów, prze­mknąć przez dzie­dzi­niec, do­stać się do pod­zie­mi i tam ukryć wy­nie­sio­ny przed­miot. Na­stęp­nie trze­ba było skło­nić dru­gie­go uczest­ni­ka za­ba­wy, by za­kradł się do piw­ni­cy, od­na­lazł go i od­niósł na miej­sce. Kie­dyś w trak­cie ta­kiej za­ba­wy Ig­gie zgu­bił się w ciem­no­ściach... nig­dy jed­nak tej hi­sto­rii nie do­koń­czył. Był to tyl­ko strzęp wy­rwa­ny za­wo­dzą­cej pa­mię­ci.

Wie­le opo­wie­ści do­ty­czy­ło Kövec­ses, ro­dzin­ne­go ma­jąt­ku po­ło­żo­ne­go w wę­gier­skiej czę­ści mo­nar­chii (obec­nie to Štr­ko­vec na Sło­wa­cji). Na przy­kład pierw­sze sa­mo­dziel­ne po­lo­wa­nie: mat­ka bu­dzi Ig­gie­go tuż przed świ­tem. Po­tem marsz do lasu je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie ga­jo­we­go. Po raz pierw­szy sam na sam ze strzel­bą, a gdy wresz­cie w chłod­nym po­wie­trzu zo­ba­czył na ścier­ni­sku parę drżą­cych słu­chów, nie był w sta­nie na­ci­snąć spu­stu. Kie­dy in­dziej pod­czas spa­ce­ru na­tknę­li się z Gi­se­lą na ko­czu­ją­cych nie­opo­dal Cy­ga­nów pro­wa­dzą­cych na łań­cu­chu niedź­wie­dzia. Pa­mię­tał pa­nicz­ną uciecz­kę z roz­bi­te­go na skra­ju ma­jąt­ku obo­zo­wi­ska. Inne wspo­mnie­nie, tym ra­zem ze sta­cji. Bab­cia, cała w bie­li, pod­trzy­my­wa­na przez za­wia­dow­cę, wy­sia­da z Orient Expres­su; Ig­gie i Gi­se­la pę­dzą wzdłuż pe­ro­nu, by się z nią przy­wi­tać i ode­brać z jej rąk owi­nię­tą w zie­lo­ny pa­pier pacz­kę cia­stek od De­me­la. Albo: pod­czas śnia­da­nia mat­ka pro­wa­dzi go do okna, by po­ka­zać mu je­sien­ne drze­wo peł­ne sie­dzą­cych na nim szczy­głów. Ig­gie stu­ka w szy­bę i pta­ki z ło­po­tem wzbi­ja­ją się w nie­bo, po­rzu­ca­jąc pło­ną­ce zło­tem drze­wo.

Po obie­dzie Ig­gie uci­nał so­bie drzem­kę, a ja zmy­wa­łem i zma­ga­łem się z pra­cą do­mo­wą, mo­zol­nie za­czer­nia­jąc ar­ku­sze krat­ko­wa­ne­go pa­pie­ru ko­śla­wy­mi zna­ka­mi. Cze­ka­łem na po­wrót Jir?, któ­ry zja­wiał się ob­ła­do­wa­ny ja­poń­ski­mi i an­giel­ski­mi ga­ze­ta­mi i cro­is­san­ta­mi na ju­trzej­sze śnia­da­nie. Jir? na­sta­wiał Schu­ber­ta albo ja­kiś jazz, wy­pi­ja­li­śmy drin­ka, po czym wra­ca­łem do sie­bie.

Miesz­ka­łem w Me­ji­ro w uro­czym po­ko­ju z wi­do­kiem na ob­sa­dzo­ny aza­lia­mi mi­nia­tu­ro­wy ogró­dek. Mia­łem do dys­po­zy­cji płyt­kę elek­trycz­ną i czaj­nik. Choć ro­bi­łem, co mo­głem, by oży­wić sa­mot­ne wie­czo­ry, moje wy­sił­ki koń­czy­ły się nie­odmien­nie go­to­wa­niem klu­sek. Dwa razy w mie­sią­cu Ig­gie i Jir? za­bie­ra­li mnie na kon­cert. Naj­pierw jed­nak szli­śmy do Im­pe­ria­lu, żeby coś wy­pić i zjeść: cu­dow­ne su­shi albo bef­sztyk ta­tar­ski, albo - w hoł­dzie na­szym przod­kom ban­kie­rom - bo­euf a la fi­nan­ci­?re. Nig­dy nie da­łem się jed­nak sku­sić na foie gras, któ­re było przy­sma­kiem Ig­gie­go.

W le­cie Am­ba­sa­da Bry­tyj­ska wy­da­ła na cześć sty­pen­dy­stów przy­ję­cie. Pod­czas tej uro­czy­sto­ści każ­dy z nas miał po ja­poń­sku zdać re­la­cję ze swo­jej dwu­na­sto­mie­sięcz­nej pra­cy i za­pro­po­no­wać dzia­ła­nia w sfe­rze kul­tu­ry, któ­re mo­gły­by zbli­żyć na­sze dwa wy­spiar­skie na­ro­dy. Szli­fo­wa­łem moje wy­stą­pie­nie dłu­go i z mo­zo­łem. Wśród za­pro­szo­nych zna­leź­li się też Ig­gie i Jir?; wi­dzia­łem, jak znad kie­lisz­ków z szam­pa­nem sła­li mi życz­li­we spoj­rze­nia. Gdy było już po wszyst­kim, Jir? klep­nął mnie w ple­cy, a Ig­gie ser­decz­nie uści­skał i obaj zgod­nie za­pew­ni­li, że mój ja­poń­ski jest ab­so­lut­nie per­fekt - j?zu desu ne.

Jir? i Ig­gie uło­ży­li swe ży­cie naj­le­piej, jak moż­na to so­bie wy­obra­zić. W miesz­ka­niu Jir? je­den po­kój zo­stał na mo­dłę ja­poń­ską wy­ło­żo­ny ma­ta­mi ta­ta­mi, a na ma­łym oł­ta­rzu sta­ły fo­to­gra­fie mat­ki Jir? oraz Emmy, mat­ki Ig­gie­go. Było to miej­sce mo­dli­twy, gdzie ude­rza­ło się w gong. Tuż obok, w są­sied­nim miesz­ka­niu, na biur­ku Ig­gie­go sta­ła ich wspól­na fo­to­gra­fia zro­bio­na pod­czas rej­su po Mo­rzu We­wnętrz­nym - w tle na wy­so­kim brze­gu pię­trzą się so­sny, a wszyst­ko ską­pa­ne jest w od­bi­tej od wody sło­necz­nej po­świa­cie. Jest czer­wiec 1960 roku. Jir?, za­bój­czo przy­stoj­ny z za­cze­sa­ny­mi do tyłu wło­sa­mi, obej­mu­je Ig­gie­go. A oto póź­niej­sze zdję­cie z po­dró­ży mor­skiej na Ha­wa­je: znów obok sie­bie, tym ra­zem w smo­kin­gach.

- Nie­do­brze jest tak dłu­go żyć, mówi Ig­gie le­d­wie sły­szal­nym szep­tem, po czym gło­śniej do­da­je: - Ale do­brze jest sta­rzeć się w Ja­po­nii. Spę­dzi­łem tu wię­cej niż pół ży­cia.

- Nie brak ci Wied­nia? (Dla­cze­go nie spy­tać wprost: Cze­go ci brak na sta­rość w tym ob­cym kra­ju?)

- Nie. Do Wied­nia wró­ci­łem do­pie­ro w 1973. Nie było to mia­sto, w któ­rym da­ło­by się żyć. Moż­na się tam było udu­sić. Wcho­dzi­łeś do księ­gar­ni na Kärnt­ner Stras­se, żeby ku­pić książ­kę, a oni py­ta­li, czy ma­mie już mi­nął ka­tar. Nie było do­kąd uciec. Z ko­lei w domu: całe to zło­to, te mar­mu­ry. I mrok. Wi­dzia­łeś nasz dom na Rin­gu? Czy wiesz - na­gle zmie­nia te­mat - że ja­poń­skie pącz­ki ze śliw­ką są lep­sze od wie­deń­skich? - Po chwi­li kon­ty­nu­uje: - Papa obie­cy­wał, że jak do­ro­snę, za­pi­sze mnie do swo­je­go klu­bu. Spo­ty­ka­li się tam co czwar­tek, gdzieś w oko­li­cach ope­ry, naj­bliż­si przy­ja­cie­le, sami Ży­dzi. W te czwart­ki za­wsze wra­cał do domu roz­pro­mie­nio­ny. Wie­ner Klub. Chcia­łem, żeby wziął mnie ze sobą, ale nig­dy do tego nie do­szło. W koń­cu wy­je­cha­łem do Pa­ry­ża. Po­tem do No­we­go Jor­ku. A jesz­cze póź­niej wy­bu­chła woj­na... Tak, tego mi brak. Tego mi tu bra­ku­je.

Ig­gie umarł w 1994 roku, wkrót­ce po moim po­wro­cie do An­glii. Ode­bra­łem te­le­fon od Jir?: tyl­ko trzy dni w szpi­ta­lu. Do­bre i to. Wra­cam więc do To­kio na po­grzeb. Ze­bra­ło się nas kil­ka­na­ście osób: sta­rzy przy­ja­cie­le, krew­ni Jir?, za­pła­ka­na pani Na­ka­no i jej cór­ka.

Naj­pierw od­by­ła się kre­ma­cja. Na­stęp­nie, gdy przy­nie­sio­no po­pio­ły, ża­łob­ni­cy dłu­gi­mi pa­łecz­ka­mi prze­ło­ży­li ka­wał­ki nie­do­pa­lo­nych ko­ści do urny. Po­tem po­je­cha­li­śmy do świą­ty­ni, przy któ­rej Ig­gie i Jir? mie­li wy­ku­pio­ną kwa­te­rę. Grób zo­stał za­pro­jek­to­wa­ny dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Cmen­tarz roz­cią­gał się na nie­wiel­kim wznie­sie­niu za świą­ty­nią, każ­da kwa­te­ra od­gro­dzo­na była nie­wiel­kim ka­mien­nym mur­kiem. Na sza­rej pły­cie z ka­mie­nia wid­nia­ły daw­no już wy­ry­te na­zwi­ska, obok miej­sce na kwia­ty, wia­der­ka z wodą, szczot­ki i dłu­gie drew­nia­ne tycz­ki z wy­ma­lo­wa­ny­mi zna­ka­mi. Od­wie­dza­ją­cy grób trzy razy klasz­cze w dło­nie - wita swo­ich bli­skich i prze­pra­sza za dłu­gą nie­obec­ność; po­tem sprzą­ta, usu­wa zwię­dłe chry­zan­te­my i wkła­da do wody świe­że.

W świą­ty­ni urna zo­sta­ła usta­wio­na na nie­wiel­kim pod­wyż­sze­niu, przed nią fo­to­gra­fia - zdję­cie w smo­kin­gu zro­bio­ne pod­czas mor­skiej po­dró­ży. Mnich od­śpie­wał su­trę, a my ofia­ro­wa­li­śmy ka­dzi­dło. Ig­gie otrzy­mał nowe bud­dyj­skie imię, swo­je ka­imy?, któ­re po­mo­że mu w no­wym ży­ciu. Po­tem każ­dy zwra­cał się bez­po­śred­nio do zmar­łe­go. Pró­bo­wa­łem wy­ar­ty­ku­ło­wać coś po ja­poń­sku. Chcia­łem po­wie­dzieć, jak wie­le dla mnie zna­czył, ale nie da­łem rady. Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­łem łzy. Oka­za­ło się, że po­mi­mo dwóch lat kosz­tow­nej na­uki w chwi­li pró­by ję­zyk mnie za­wo­dzi. Aby prze­ła­mać tę sła­bość, w bud­dyj­skiej świą­ty­ni na to­kij­skim przed­mie­ściu od­mó­wi­łem ka­dysz: za Igna­za von Eph­rus­sie­go, któ­re­go losy rzu­ci­ły tak da­le­ko od Wied­nia, za jego ojca i mat­kę, za bra­ta i sio­stry ży­ją­ce w dia­spo­rze.

Po po­grze­bie Jir? po­pro­sił mnie, bym po­mógł mu przej­rzeć rze­czy Ig­gie­go. Gdy otwo­rzy­łem sza­fę, moim oczom uka­zał się rząd ko­szul uło­żo­nych we­dług ko­lo­rów. Pa­ku­jąc do tor­by kra­wa­ty, stwier­dzi­łem, że wy­ty­cza­ją one tra­sy za­gra­nicz­nych po­dró­ży Ig­gie­go i Jir?: Lon­dyn, Pa­ryż, Nowy Jork, Ho­no­lu­lu. Gdy mie­li­śmy to za sobą, Jir? na­lał nam wina, wy­jął pę­dzel i atra­ment i skre­ślił kil­ka zna­ków na ar­ku­szu, któ­ry na­stęp­nie wło­żył do ko­per­ty. Wy­ja­śnił, że jest to za­pis po­wie­rza­ją­cy mi ko­lek­cję net­su­ke.

W ten spo­sób za­ją­łem moje miej­sce w sze­re­gu.

Ko­lek­cja net­su­ke skła­da się z dwu­stu sześć­dzie­się­ciu czte­rech fi­gu­rek i jest du­żym zbio­rem nie­wiel­kich przed­mio­tów. Bio­rę do ręki mi­nia­tu­ro­we cac­ko, ob­ra­cam w pal­cach, kła­dę na dło­ni i za­sta­na­wiam się, ile może wa­żyć. Drew­nia­ne - wy­ko­na­ne z drew­na kasz­ta­now­ca lub wią­zu - są lżej­sze od fi­gu­rek wy­rzeź­bio­nych z ko­ści sło­nio­wej. Na drew­nie bar­dziej od­zna­cza się pa­ty­na. Grzbiet bu­re­go wil­ka jest lek­ko wy­świe­co­ny, po­dob­nie jak para za­mknię­tych w uści­sku ko­zioł­ku­ją­cych akro­ba­tów. Net­su­ke wy­ko­na­ne z ko­ści sło­nio­wej są kre­mo­we, mie­nią się wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tej bar­wy, nig­dy jed­nak nie wpa­da­ją w biel. Nie­któ­re fi­gur­ki mają oczy z bursz­ty­nu lub rogu. Tyl­ko na naj­star­szych wi­dać śla­dy zu­ży­cia: po­śla­dek wy­le­gu­ją­ce­go się na li­sto­wiu fau­na jest cał­ko­wi­cie wy­tar­ty. Cy­ka­da ma na grzbie­cie rysę, le­d­wie wi­docz­ne pęk­nię­cie. Czyż­by ktoś ją upu­ścił? Cie­ka­we kto i kie­dy?

Więk­szość fi­gu­rek jest sy­gno­wa­na - pod­pis po­ja­wiał się wte­dy, gdy ukoń­czo­ny przed­miot ru­szał w świat. Jed­no net­su­ke przed­sta­wia męż­czy­znę po­chy­lo­ne­go nad ści­śnię­tą mię­dzy no­ga­mi ty­kwą. W obu dło­niach trzy­ma nóż, któ­rym pró­bu­je prze­kro­ić ty­kwę. Wi­dać, jak bar­dzo się tru­dzi: ra­mio­na, ple­cy i ręce są na­pię­te, wy­si­łek wszyst­kich mię­śni kon­cen­tru­je się na ostrzu. Inna fi­gur­ka przed­sta­wia bed­na­rza, któ­ry to­por­kiem ob­ra­bia na wpół go­to­wą becz­kę. Sie­dząc, na­pie­ra na nią ca­łym cia­łem, wpi­su­jąc się nie­mal w jej kształt. Sku­pio­ny na swo­im za­ję­ciu, marsz­czy brwi. Jest to mi­nia­tu­ro­wa rzeź­ba z ko­ści sło­nio­wej uka­zu­ją­ca isto­tę rzeź­bie­nia w drew­nie. Obie fi­gur­ki ob­ra­zu­ją koń­cze­nie cze­goś, co jesz­cze nie­ukoń­czo­ne. "Pa­trz­cie, ile już zro­bi­łem - zda­je się mó­wić każ­dy z rze­mieśl­ni­ków - ja już koń­czę, a tam­ten do­pie­ro bie­rze się do rze­czy".

Gdy za­czy­na­my ob­ra­cać net­su­ke w pal­cach, ku na­szej ra­do­ści od­kry­wa­my ukry­te sy­gna­tu­ry: na po­de­szwie san­da­ła, na czub­ku ga­łę­zi, na tu­ło­wiu szer­sze­nia. Po­zwa­la­my so­bie na przy­jem­ność po­szu­ki­wa­nia ukry­tych sy­gna­tur, ale też od­ga­dy­wa­nia ru­chu dło­ni. Pró­bu­ję od­two­rzyć ruch pędz­la przy skła­da­niu pod­pi­su: za­nu­rze­nie czub­ka w atra­men­cie, na­stęp­nie, po prze­nie­sie­niu go na pa­pier, wy­ko­na­nie za­ma­szy­ste­go ru­chu i po­wrót do ka­mie­nia do roz­cie­ra­nia tu­szu. Pró­bu­ję so­bie wy­obra­zić, jak ten za­ma­szy­sty ruch pędz­la prze­ło­żyć na ruch de­li­kat­ne­go me­ta­lo­we­go na­rzę­dzia.

Nie­któ­re net­su­ke w ogó­le nie są sy­gno­wa­ne, do in­nych przy­kle­jo­ne są ma­leń­kie kar­tecz­ki ze sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny­mi czer­wo­nym atra­men­tem mi­nia­tu­ro­wy­mi cy­fer­ka­mi.

Naj­wię­cej jest szczu­rów. Być może z po­wo­du ich dłu­gich i gięt­kich ogo­nów, któ­re moż­na było okrę­cić wo­kół cia­ła zwie­rzę­cia lub też owi­nąć wo­kół wia­dra z wodą, zde­chłej ryby, okry­cia że­bra­ka, albo zgrab­nie pod­wi­nąw­szy szczu­rze łapy, scho­wać tak, by zna­lazł się na brzu­chu fi­gur­ki. Nie brak też szczu­ro­ła­pów.

Nie­któ­re net­su­ke to stu­dium ru­chu - pal­ce prze­su­wa­ją się po roz­wi­ja­ją­cej się li­nie albo mu­szą na­dą­żyć za roz­le­wa­ją­cą się wodą. W in­nych ruch jest ogra­ni­czo­ny, skie­ro­wa­ny do we­wnątrz jak w fi­gur­ce dziew­czy­ny ką­pią­cej się w wan­nie czy też splą­ta­nych mał­ży. Nie­któ­re mi­nia­tur­ki łą­czą obie te ten­den­cje. Prze­myśl­nie po­wy­gi­na­ny smok opie­ra się o gład­ką ska­łę. Pal­ce od­ga­du­ją­ce w ko­ści sło­nio­wej zwar­tość i gład­kość ka­mie­nia nie­ocze­ki­wa­nie na­tra­fia­ją na bo­ga­tą fak­tu­rę smo­cze­go ciel­ska.

Z przy­jem­no­ścią od­no­to­wu­ję cał­ko­wi­ty brak sy­me­trii. Po­dob­nie jak z mo­imi uko­cha­ny­mi ja­poń­ski­mi czar­ka­mi do her­ba­ty - je­den eg­zem­plarz nie po­zwa­la wy­ro­bić so­bie zda­nia o in­nych.

Gdy wró­ci­łem do Lon­dy­nu, wsu­ną­łem jed­no net­su­ke do kie­sze­ni i tak no­si­łem je ze sobą przez cały dzień. "No­si­łem" to za dużo po­wie­dzia­ne. Sło­wo to za­kła­da ja­kąś ce­lo­wość i nie od­da­je sa­mej tyl­ko obec­no­ści net­su­ke w kie­sze­ni. Net­su­ke jest lek­kie i tak ma­leń­kie, że nie­ustan­nie zni­ka, gubi się wśród bi­lo­nu i klu­czy. Za­po­mi­na się o jego obec­no­ści. To, któ­re tra­fi­ło do mo­jej kie­sze­ni, zo­sta­ło wy­ko­na­ne pod ko­niec XVIII wie­ku w Edo - sta­rym To­kio - z drew­na kasz­ta­now­ca i przed­sta­wia­ło szcze­gól­nie doj­rza­ły owoc nie­szpuł­ki. Je­sie­nią w Ja­po­nii czę­sto wi­du­je się nie­szpuł­ki, na­wet na uli­cach peł­nych au­to­ma­tów; ga­łąź zwi­sa­ją­ca znad muru świą­ty­ni albo z pry­wat­ne­go ogro­du szcze­gól­nie cie­szy oko. Moja nie­szpuł­ka jest doj­rza­ła, nie­mal przej­rza­ła, miąższ zda­je się wy­pły­wać spod skór­ki. Trzy list­ki u na­sa­dy owo­cu wy­glą­da­ją tak, jak­by pod wpły­wem do­ty­ku mia­ły się roz­pły­nąć. Owoc roz­wi­nął się nie­rów­no­mier­nie - z jed­nej stro­ny jest bar­dziej doj­rza­ły niż z dru­giej. Od spodu wy­czu­wa się dwa otwo­ry, je­den więk­szy od dru­gie­go - po prze­wle­cze­niu przez nie je­dwab­ne­go sznu­ra net­su­ke słu­ży­ło jako za­pin­ka przy nie­wiel­kiej sa­kiew­ce. Pró­bu­ję wy­obra­zić so­bie, kto był wła­ści­cie­lem owo­cu. Zo­stał wy­ko­na­ny na wie­le lat przed 1850 ro­kiem, gdy Ja­po­nia otwo­rzy­ła się na han­del z Za­cho­dem, a za­tem schle­biał wy­łącz­nie ja­poń­skim gu­stom. Być może zo­stał wy­rzeź­bio­ny z my­ślą o kup­cu lub uczo­nym. Ten dys­kret­ny, oszczęd­ny w for­mie przed­miot przy­wo­łu­je na moje usta uśmiech. Ob­rób­ka nie­zwy­kle twar­de­go ma­te­ria­łu, da­ją­ca w do­ty­ku efekt mięk­ko­ści, jest ka­lam­bu­rem w sfe­rze zmy­słów.

No­szę moją nie­szpuł­kę w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, mam ją przy so­bie, gdy idę do mu­ze­al­nej bi­blio­te­ki, do pra­cow­ni i do Lon­don Li­bra­ry. Bez­u­stan­nie ob­ra­cam ją w pal­cach.

W pew­nym mo­men­cie za­czy­nam się za­sta­na­wiać, jak to moż­li­we, że ten ła­twy do zgu­bie­nia, de­li­kat­ny i mięk­ki, a za­ra­zem twar­dy przed­miot prze­trwał do na­szych cza­sów. Co­raz bar­dziej mnie to wcią­ga. Czy da­ło­by się od­two­rzyć dzie­je tej ma­leń­kiej rzeź­by? Wejść w po­sia­da­nie net­su­ke - odzie­dzi­czyć całą ko­lek­cję - ozna­cza­ło wziąć za nie od­po­wie­dzial­ność; rów­nież wo­bec po­przed­nich wła­ści­cie­li. Na ra­zie nie umiem po­wie­dzieć, na czym mia­ło­by to po­le­gać.

Dzię­ki Ig­gie­mu znam po­szcze­gól­ne eta­py wę­drów­ki ko­lek­cji. Wiem, w jaki spo­sób tra­fi­ła ona w moje ręce. Wiem, że zo­sta­ła ku­pio­na w Pa­ry­żu w roku 1870 przez Char­les'a Eph­rus­sie­go, ku­zy­na mo­je­go pra­dziad­ka. Wiem też, że na prze­ło­mie wie­ków ofia­ro­wał on ją w pre­zen­cie ślub­nym mo­je­mu wie­deń­skie­mu pra­dziad­ko­wi - Vik­to­ro­wi von Eph­rus­sie­mu. Znam też hi­sto­rię Anny, słu­żą­cej mo­jej pra­bab­ki. Wiem rów­nież - rzecz ja­sna - że wraz z Ig­giem net­su­ke po­now­nie tra­fi­ły do Ja­po­nii i sta­ły się czę­ścią jego wspól­ne­go ży­cia z Jir?.

Pa­ryż, Wie­deń, To­kio, Lon­dyn.

Hi­sto­ria nie­szpuł­ki za­czy­na się tam, gdzie po­wsta­ła: w Edo - dziel­ni­cy sta­re­go To­kio, nim czar­ne okrę­ty ko­man­do­ra Per­ry'ego zmu­si­ły Ja­po­nię do otwo­rze­nia się na han­del z resz­tą świa­ta. Ale pierw­szym praw­dzi­wym do­mem tych ca­cek był Hôtel Eph­rus­si w Pa­ry­żu, a ści­ślej ga­bi­net Char­les'a, któ­re­go okna wy­cho­dzi­ły na rue de Mon­ce­au.

Mam więc od cze­go się od­bić. Z sa­tys­fak­cją no­tu­ję, że jest też bez­po­śred­nie ogni­wo, któ­re łą­czy mnie z Char­les'em. Jest nim opo­wieść mo­jej bab­ki Eli­sa­beth, któ­ra jako pię­cio­let­nie dziec­ko po­zna­ła Char­les'a w re­zy­den­cji Eph­rus­sich w Meg­gen nad Je­zio­rem Czte­rech Kan­to­nów. Cha­let Eph­rus­si był sze­ścio­kon­dy­gna­cyj­nym bu­dyn­kiem z ru­sty­ko­wa­ne­go ka­mie­nia, zwień­czo­nym wy­jąt­ko­wo szpet­ny­mi neo­ba­ro­ko­wy­mi wie­życz­ka­mi. Zo­stał zbu­do­wa­ny w roku 1880 przez Ju­les'a, ku­zy­na Char­les'a, i jego żonę Fan­ny jako schro­nie­nie przed "udrę­ka­mi Pa­ry­ża". Była to im­po­nu­ją­ca bu­dow­la, mo­gą­ca jed­no­cze­śnie po­mie­ścić cały "klan Eph­rus­sich" z Pa­ry­ża i Wied­nia, a na­wet dal­szych ku­zy­nów z Ber­li­na.

Nie­zli­czo­ne ścież­ki wi­ją­ce się wo­kół re­zy­den­cji ob­sa­dzo­no buksz­pa­nem i wy­sy­pa­no drob­nym, chrzęsz­czą­cym pod sto­pa­mi żwi­rem; obok roz­cią­ga­ły się nie­wiel­kie klom­by. Pie­czę nad par­kiem spra­wo­wał groź­ny ogrod­nik, po­strach dzie­ci. W tych sztyw­nych szwaj­car­skich ogro­dach żwir nie miał pra­wa opusz­czać ście­żek. Ogród scho­dził nad sam brzeg je­zio­ra, aż do po­mo­stu i han­ga­ru na łód­ki. Było to ko­lej­ne miej­sce, gdzie gro­zi­ła re­pry­men­da. Po­nie­waż Ju­les, Char­les i ich środ­ko­wy brat Igna­ce byli oby­wa­te­la­mi ro­syj­ski­mi, nad da­chem han­ga­ru po­wie­wa­ła ro­syj­ska im­pe­rial­na fla­ga. W Cha­le­cie spę­dza­no dłu­gie le­ni­we let­nie mie­sią­ce. Fan­ny i Ju­les byli bez­dziet­ni i spo­dzie­wa­no się, że dzie­dzicz­ką ich ba­jecz­nej for­tu­ny zo­sta­nie moja bab­ka. Opo­wia­da­ła mi ona o ogrom­nym ma­lo­wi­dle w ja­dal­ni, któ­re przed­sta­wia­ło po­chy­lo­ne nad po­to­kiem wierz­by pła­czą­ce. Pa­mię­ta­ła też, że służ­ba skła­da­ła się wy­łącz­nie z męż­czyzn, na­wet ku­charz był męż­czy­zną. O ileż cie­kaw­sze było to od po­rząd­ków pa­nu­ją­cych w wie­deń­skim domu, gdzie oprócz sta­re­go Jo­se­fa, ka­mer­dy­ne­ra, oraz por­tie­ra, któ­ry ro­bił do niej oko, ile­kroć otwie­rał bra­mę pro­wa­dzą­cą na Ring, i stan­gre­tów cała ob­słu­ga domu łącz­nie z kuch­nią była żeń­ska. Tu uwa­ża­no, że męż­czy­znom rza­dziej zda­rza się tłuc por­ce­la­nę. A por­ce­la­na - bab­cia pa­mię­ta­ła to do­brze - była w tym bez­dziet­nym domu do­słow­nie wszę­dzie.

Char­les był męż­czy­zną w śred­nim wie­ku, ale przy swo­ich za­bój­czo przy­stoj­nych i cza­ru­ją­cych bra­ciach spra­wiał wra­że­nie star­sze­go. Eli­sa­beth pa­mię­ta­ła tyl­ko jego wspa­nia­łą bro­dę i fi­li­gra­no­wy ze­ga­rek, któ­ry wyj­mo­wał z kie­szon­ki ka­mi­zel­ki. Ale i to, że zwy­cza­jem star­szych krew­nych po­da­ro­wał jej zło­tą mo­ne­tę.

Pa­mię­ta­ła jesz­cze - bar­dzo wy­raź­nie - jak Char­les po­chy­lił się kie­dyś nad jej sio­strą i zwi­chrzył jej wło­sy. Gi­se­la, młod­sza sio­stra Eli­sa­beth - młod­sza i o wie­le, wie­le ład­niej­sza, za­wsze przy­cią­ga­ła uwa­gę in­nych. Char­les na­zy­wał ją swo­ją Cy­ga­necz­ką, la Bo­hémien­ne.

Ta ust­na re­la­cja jest wła­śnie owym ogni­wem łą­czą­cym mnie bez­po­śred­nio z Char­les'em. Nie­ste­ty, prze­nie­sio­ny na pa­pier prze­kaz nie wy­da­je się zbyt tre­ści­wy.

Szcze­gó­ły - licz­ba słu­żą­cych i dość ba­nal­na hi­sto­ria o zło­tej mo­ne­cie - zda­ją się tkwić w ja­kimś peł­nym me­lan­cho­lii pół­mro­ku, choć mu­szę przy­znać, że pew­ne oży­wie­nie wno­si ro­syj­ska fla­ga. Wiem oczy­wi­ście, że moi krew­ni byli Ży­da­mi, wiem też, że byli nie­praw­do­po­dob­nie bo­ga­ci, ale nie jest moim za­mia­rem pi­sa­nie ro­dzin­nej sagi, a tym bar­dziej utrzy­ma­nej w no­stal­gicz­nym to­nie opo­wie­ści o Mit­te­leu­ro­pie. Nie chcę też, by Ig­gie zo­stał spro­wa­dzo­ny do sie­dzą­ce­go za biur­kiem sę­dzi­we­go wu­jecz­ne­go dziad­ka przy­po­mi­na­ją­ce­go Utza, ty­tu­ło­we­go bo­ha­te­ra po­wie­ści Bru­ce'a Cha­twi­na, któ­ry re­la­cjo­nu­je mi dzie­je na­sze­go rodu, a na­stęp­nie mówi: "A te­raz idź. I miej się na bacz­no­ści".

Ta­kie hi­sto­rie pi­szą się same - tak mi się przy­najm­niej wy­da­je. Kil­ka me­lan­cho­lij­nych aneg­do­tek - oczy­wi­ście coś o Orient Expres­sie, kil­ka słów o wę­drów­kach po Pra­dze lub ja­kimś in­nym, rów­nie fo­to­ge­nicz­nym mie­ście, ja­kieś wy­szu­ka­ne w Go­ogle'u wspo­min­ki o ba­lach za cza­sów bel­le épo­que. By­ła­by to opo­wieść no­stal­gicz­na. I wy­zu­ta z tre­ści.

Nie mam żad­ne­go ty­tu­łu, by roz­pa­mię­ty­wać utra­tę ma­jąt­ku czy splen­do­rów sprzed wie­ku. Nie in­te­re­su­je mnie to, co po­wierz­chow­ne. Chciał­bym po­znać re­la­cje, ja­kie za­szły mię­dzy tym po­cho­dzą­cym z Ja­po­nii drew­nia­nym przed­mio­tem, któ­ry ob­ra­cam w pal­cach - twar­dym i wy­ra­fi­no­wa­nym - a miej­sca­mi, w któ­re rzu­cił go los. Chciał­bym wy­cią­gnąć rękę, do­tknąć klam­ki, na­ci­snąć ją i tra­fić do miejsc, gdzie te przed­mio­ty kie­dyś żyły, zna­leźć się w tam­tej prze­strze­ni, zmie­rzyć ją wzro­kiem, przyj­rzeć się ob­ra­zom, któ­re wi­sia­ły na ścia­nach, prze­ko­nać się, w jaki spo­sób pa­da­ło na nie świa­tło. Do­wie­dzieć się, czy­je ręce do­ty­ka­ły tych ma­leń­kich rzeźb i ja­kie były my­śli lu­dzi, do któ­rych na­le­ża­ły - je­śli w ogó­le je mie­li. Chcę wie­dzieć, cze­go były świad­ka­mi.

Me­lan­cho­lia, wy­da­je mi się, sprzy­ja męt­niac­twu; jest uciecz­ką od kon­kre­tu, du­szą­cym bra­kiem kon­cen­tra­cji. Tym­cza­sem ma­leń­kie net­su­ke to eks­plo­zja pre­cy­zji. Na­le­ży im się taka sama pre­cy­zja.

Są to dla mnie spra­wy waż­ne, po­nie­waż rze­mio­sło, któ­re upra­wiam, po­le­ga na wy­twa­rza­niu przed­mio­tów. W jaki spo­sób lu­dzie ob­cho­dzą się z przed­mio­ta­mi, jak się nimi po­słu­gu­ją, jak prze­ka­zu­ją je in­nym - jest dla mnie spra­wą naj­wyż­szej wagi. Zro­bi­łem wie­le, wie­le ty­się­cy na­czyń. Za­ra­zem zda­rza mi się nie pa­mię­tać imion, mó­wić nie­zbyt wy­raź­nie i pre­cy­zyj­nie. Na te­mat na­czyń mogę roz­pra­wiać bez koń­ca. Pa­mię­tam ich wagę i sta­bil­ność, re­la­cję mię­dzy po­wierzch­nią a roz­mia­rem. Ro­zu­miem, w jaki spo­sób ich kra­wę­dzie two­rzą na­pię­cie lub je wy­tra­ca­ją. Wiem, czy ro­bio­no je w po­śpie­chu, czy wol­no, nie szczę­dząc tru­du. Czy ku­mu­lu­je się w nich cie­pło. Wi­dzę, czy na­czy­nie wcho­dzi w re­la­cję z le­żą­cy­mi obok przed­mio­ta­mi. I w jaki spo­sób zmie­nia tę nie­wiel­ką prze­strzeń świa­ta, w któ­rej się zna­la­zło. Pa­mię­tam, czy ku­si­ło mnie, by je do­tknąć całą dło­nią czy tyl­ko ko­niusz­ka­mi pal­ców; czy też był to przed­miot, któ­ry od sie­bie od­py­chał. Nie cho­dzi o to, że kon­takt fi­zycz­ny z przed­mio­tem jest czymś  l e p s z y m  od bra­ku ta­kiej re­la­cji. Nie­któ­re przed­mio­ty zo­sta­ły stwo­rzo­ne po to, by się im przy­glą­dać, a nie mię­dlić je w dło­niach. Jako garn­carz dzi­wię się, gdy lu­dzie mó­wią o mo­ich na­czy­niach tak, jak­by były one ży­wy­mi isto­ta­mi. Trud­no mi się po­go­dzić z ży­ciem po ży­ciu cze­goś, co wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­łem. Nie­któ­re przed­mio­ty ku­mu­lu­ją w so­bie jed­nak emo­cje to­wa­rzy­szą­ce ich two­rze­niu.

I wła­śnie to mnie in­try­gu­je. Jest taka chwi­la, chwi­la nie­pew­no­ści, któ­ra po­prze­dza do­tyk lub wstrzy­ma­nie się od do­ty­ku. Je­śli we­zmę do ręki tę ma­leń­ką, bia­łą fi­li­żan­kę nie­co ob­tłu­czo­ną przy uszku, czy zmie­ni to coś w moim ży­ciu? Ba­nal­ny przed­miot: fi­li­żan­ka - bar­dziej kre­mo­wa niż bia­ła, za mała na po­ran­ną kawę, nie­zbyt sta­bil­na. Może sta­nie się dla mnie przed­mio­tem zna­czą­cym. Albo do­łą­czy do gru­py przed­mio­tów, któ­rych losy prze­dziw­nie się ze sobą spla­ta­ją. Ale rów­nie do­brze mogę ją od­sta­wić. Albo prze­ka­zać ko­muś in­ne­mu.

To, w jaki spo­sób przed­mio­ty prze­cho­dzą z rąk do rąk, to już do­me­na opo­wie­ści. Daję ci coś, bo je­steś mi bli­ski. Albo dla­te­go, że sam kie­dyś otrzy­ma­łem ten przed­miot od ko­goś bli­skie­go. Albo po­nie­waż ku­pi­łem go w wy­jąt­ko­wym miej­scu. Po­nie­waż bę­dziesz się o nie­go trosz­czył. Bo skom­pli­ku­je two­je ży­cie. Albo wzbu­dzi czy­jąś za­zdrość. Prze­ję­cie spu­ści­zny tyl­ko kom­pli­ku­je te hi­sto­rie. Nie jest oczy­wi­ste, co się pa­mię­ta, a co pusz­cza w nie­pa­mięć. Cza­sa­mi te nie­pa­mię­ci na­kła­da­ją się na sie­bie, za­po­mi­na się o po­przed­nich wła­ści­cie­lach, do­po­wia­da nowe hi­sto­rie. Co otrzy­ma­łem wraz z tymi ma­leń­ki­mi ja­poń­ski­mi przed­mio­ta­mi? Co mi one przy­nio­sły?

Ko­lek­cja net­su­ke jest od wie­lu lat czę­ścią mo­je­go ży­cia. Mo­głem przejść nad tym do po­rząd­ku i do koń­ca ży­cia mno­żyć aneg­dot­ki o nie­co­dzien­nym spad­ku po­zo­sta­wio­nym przez sta­re­go krew­ne­go. Al­ter­na­ty­wą było za­sta­no­wie­nie się, co jest isto­tą tego spad­ku i czym jest on dla mnie oso­bi­ście. Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy pod­czas pro­szo­nej ko­la­cji za­ba­wia­łem to­wa­rzy­stwo, skła­da­ją­ce się głów­nie z na­ukow­ców, aneg­do­ta­mi zwią­za­ny­mi z ko­lek­cją, z przy­kro­ścią uzmy­sło­wi­łem so­bie, że po­wta­rzam je me­cha­nicz­nie. Sły­szę sa­me­go sie­bie, hi­sto­ria wra­ca do mnie po­przez re­ak­cję słu­cha­czy. Moja opo­wieść za­miast roz­wi­nąć się, sta­je się co­raz bar­dziej pu­sta. Czu­ję, że je­śli nie chcę, by wy­mknę­ła mi się na za­wsze, mu­szę się z nią zmie­rzyć.

Brak cza­su nie jest wy­tłu­ma­cze­niem. Wła­śnie skoń­czy­łem przy­go­to­wa­nia do wy­sta­wy mo­ich prac z por­ce­la­ny. Je­że­li wszyst­ko od­po­wied­nio za­pla­nu­ję, mogę od­su­nąć w cza­sie re­ali­za­cję za­mó­wie­nia dla waż­ne­go ko­lek­cjo­ne­ra. Wsz­czy­nam więc ne­go­cja­cje z żoną i prze­glą­dam no­tes. Trzy albo czte­ry mie­sią­ce po­win­ny wy­star­czyć. Bę­dzie dość cza­su, by po­je­chać do To­kio na spo­tka­nie z Jir?, od­wie­dzić Pa­ryż i Wie­deń.

Po­nie­waż moja bab­ka i wu­jecz­ny dzia­dek Ig­gie już nie żyją, pro­szę o po­moc mo­je­go osiem­dzie­się­cio­let­nie­go ojca. Oj­ciec, cho­dzą­ca do­broć, obie­cu­je spraw­dzić ro­dzin­ne do­ku­men­ty. Jest za­chwy­co­ny, że na­resz­cie któ­ryś z jego czte­rech sy­nów za­in­te­re­so­wał się spra­wa­mi ro­dzin­ny­mi. Uprze­dza jed­nak, że ma­te­ria­łu jest nie­wie­le. Pew­ne­go dnia zja­wia się w mo­jej pra­cow­ni z nie­wiel­kim pa­kun­kiem fo­to­gra­fii - jest ich może ze czter­dzie­ści. Przy­no­si też dwie cien­kie tecz­ki z ko­re­spon­den­cją, drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne spo­rzą­dzo­ne przez moją bab­cię jesz­cze w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, kar­tę człon­kow­ską Wie­ner Klu­bu z 1935 roku oraz re­kla­mów­kę wy­pcha­ną książ­ka­mi Tho­ma­sa Man­na, opa­trzo­ny­mi oso­bi­sty­mi de­dy­ka­cja­mi au­to­ra. Skła­da­my to wszyst­ko na dłu­gim sto­le w po­miesz­cze­niu nad pra­cow­nią, gdzie wy­pa­lam swo­je pra­ce.

- Od dziś je­steś straż­ni­kiem ro­dzin­ne­go ar­chi­wum - mówi oj­ciec. Pa­trzę na stos przed­mio­tów i nie wiem, czy się ro­ze­śmiać, czy le­piej nie.

Tro­chę de­spe­rac­ko py­tam, czy nie zna­la­zło­by się coś wię­cej. Wie­czo­rem w swo­im ma­leń­kim miesz­kan­ku w domu dla eme­ry­to­wa­nych du­chow­nych oj­ciec ko­lej­ny raz prze­glą­da swo­je rze­czy i dzwo­ni z wia­do­mo­ścią, że jest jesz­cze jed­na książ­ka Man­na. Wi­dzę, że po­dróż bę­dzie bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż są­dzi­łem. Nie mogę jed­nak na­rze­kać. Choć nie­wie­le mi wia­do­mo o Char­les'u, pa­ry­skim ko­lek­cjo­ne­rze i pierw­szym wła­ści­cie­lu net­su­ke, znam jego pa­ry­ski ad­res. Wsu­wam net­su­ke do kie­sze­ni i ru­szam w dro­gę.

1. West End

W sło­necz­ny kwiet­nio­wy po­ra­nek wy­ru­szam na spo­tka­nie z Char­les'em. Idę wzdłuż pną­cej się nie­znacz­nie w górę rue de Mon­ce­au, dłu­giej pa­ry­skiej uli­cy, któ­ra mniej wię­cej w po­ło­wie prze­ci­na zdą­ża­ją­cy ku bul­wa­ro­wi Pére­ire bul­war Ma­le­sher­bes. Po obu stro­nach uli­cy cią­gną się utrzy­ma­ne w sty­lu neo­kla­sycz­nym bu­dyn­ki wznie­sio­ne ze zło­ta­we­go ka­mie­nia, z któ­rych każ­dy przy­po­mi­na mi­nia­tu­ro­wy flo­renc­ki pa­łac z ru­sty­ko­wa­nym par­te­rem, zdo­bio­ny nie­prze­bra­nym bo­gac­twem ka­ria­tyd, głó­wek i kar­tu­szy. Sto­ją­cy pod nu­me­rem 81 Hôtel Eph­rus­si, gdzie roz­po­czy­na się na­sza po­dróż, znaj­du­je się nie­mal na szczy­cie nie­wiel­kie­go wznie­sie­nia. Mi­nąw­szy sie­dzi­bę domu mody Chri­stia­na La­cro­ix, za­trzy­mu­ję się przed sie­dzi­bą rodu Eph­rus­sich. Je­stem nie­co zszo­ko­wa­ny od­kry­ciem, że obec­nie mie­ści się tu od­dział to­wa­rzy­stwa ubez­pie­czeń zdro­wot­nych.

Pięk­ny bu­dy­nek. Przez całe dzie­ciń­stwo z upodo­ba­niem ry­so­wa­łem ta­kie wła­śnie bu­dow­le. Spę­dza­łem nad ar­ku­szem pa­pie­ru dłu­gie po­po­łu­dnia, do­pra­co­wu­jąc świa­tło­cień, by jak naj­le­piej od­dać fa­lo­wa­nie ele­wa­cji - uwy­pu­klić głę­bię okien i pi­la­strów. Wi­dok ta­kie­go bu­dyn­ku bu­dzi we mnie za­wsze sko­ja­rze­nia mu­zycz­ne. Kil­ka kla­sycz­nych ele­men­tów łą­czy się w ryt­micz­ną ca­łość: czte­ry ko­rync­kie pi­la­stry na całą wy­so­kość fa­sa­dy, czte­ry wiel­kie ka­mien­ne wa­zo­ny wień­czą­ce at­ty­kę, pięć kon­dy­gna­cji, na każ­dej pięć okien. Na wy­so­ko­ści par­te­ru ele­wa­cja wy­koń­czo­na jest wiel­ki­mi ka­mien­ny­mi blo­ka­mi ob­ro­bio­ny­mi w ten spo­sób, by wy­glą­da­ły, jak­by pod­da­ne zo­sta­ły dzia­ła­niu cza­su i ży­wio­łów. Prze­cha­dzam się po uli­cy tam i z po­wro­tem. Do­pie­ro gdy mi­jam dom po raz trze­ci, spo­strze­gam, że we wzór kra­ty wple­cio­ne są dwie wiel­kie, zwró­co­ne ku so­bie ple­ca­mi li­te­ry "E", sym­bol rodu Eph­rus­sich, swy­mi krą­gło­ścia­mi do­pa­so­wa­ne do owal­ne­go kształ­tu okna. Na pierw­szy rzut oka są nie­mal nie­wi­docz­ne. Dzi­wi mnie ta dys­kre­cja, za­sta­na­wiam się, jaka jest jej wy­mo­wa. Nad­mier­na pew­ność sie­bie? Przez otwar­tą bra­mę daję nura na dzie­dzi­niec, a na­stęp­nie prze­szedł­szy pod jesz­cze jed­nym skle­pio­nym łu­kiem, tra­fiam do czę­ści go­spo­dar­czej z bu­dyn­ka­mi z czer­wo­nej ce­gły i staj­nia­mi, nad któ­ry­mi mie­ści­ły się po­ko­je dla służ­by. Miłe dla oka ze­sta­wie­nie ma­te­ria­łów i fak­tur.

Zja­wia się do­staw­ca Spe­edy-Go Piz­za. Drzwi do hal­lu sto­ją otwo­rem. W środ­ku wi­dzę scho­dy, któ­re ni­czym dym wzno­szą się spi­ral­nie w górę przez całą wy­so­kość bu­dyn­ku. Czerń że­liw­nej ba­lu­stra­dy prze­pla­ta­na zło­co­ny­mi or­na­men­ta­mi pnie się aż ku la­tar­ni na sa­mym szczy­cie. W głę­bo­kiej wnę­ce mar­mu­ro­wy wa­zon, na pod­ło­dze sza­chow­ni­ca mar­mu­ro­wych płyt. Sły­chać stu­kot ob­ca­sów - po mar­mu­ro­wych stop­niach zbie­ga­ją ja­cyś waż­ni urzęd­ni­cy. Wy­co­fu­ję się spło­szo­ny. Nie umiał­bym wy­tłu­ma­czyć mo­jej tu obec­no­ści. Wra­cam na uli­cę, roz­glą­dam się, ro­bię zdję­cia, scho­dzę z dro­gi pró­bu­ją­cym mnie wy­mi­nąć pa­ry­ża­nom. Oglą­da­nie bu­dyn­ków to swe­go ro­dza­ju sztu­ka. Trze­ba umieć oce­nić, jak bu­dy­nek współ­gra z oto­cze­niem - wiej­skim lub miej­skim, czy ów świat na­ru­sza. Nu­mer 81, na przy­kład, nie­zau­wa­żal­nie zle­wa się z są­sied­ni­mi bu­dyn­ka­mi: nie­któ­re z nich są bar­dziej oka­za­łe, inne skrom­niej­sze; ża­den nie jest rów­nie dys­kret­ny.

Spo­glą­dam w górę ku oknom dru­gie­go pię­tra, gdzie znaj­do­wał się apar­ta­ment Char­les'a. Kil­ka z nich wy­cho­dzi na utrzy­ma­ny w bar­dziej kla­sycz­nym sty­lu dom po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy, z in­nych - tych wy­cho­dzą­cych na dzie­dzi­niec - roz­po­ście­ra się wi­dok na są­sied­nie da­chy z ich or­na­men­ta­mi, ko­mi­na­mi i spa­dzi­sty­mi płasz­czy­zna­mi man­sard.

Miesz­ka­nie Char­les'a skła­da­ło się z przed­po­ko­ju, dwóch sa­lo­nów, z któ­rych je­den słu­żył mu za ga­bi­net, ja­dal­ni, dwóch sy­pial­ni i "pe­ti­te". Pró­bu­ję to so­bie wy­obra­zić. Char­les i jego star­szy brat Igna­ce praw­do­po­dob­nie zaj­mo­wa­li są­sia­du­ją­ce miesz­ka­nia na tym sa­mym pię­trze. Naj­star­szy brat Ju­les wraz z Miną, ich owdo­wia­łą mat­ką, miesz­ka­li ni­żej, na pię­trze pierw­szym - znacz­nie wyż­szym, o wspa­nial­szych oknach i bal­ko­nach, któ­re w ten kwiet­nio­wy po­ra­nek zdo­bią zwi­sa­ją­ce z pla­sti­ko­wych skrzy­nek pe­lar­go­nie. Je­śli wie­rzyć do­ku­men­tom od­na­le­zio­nym w miej­skim ar­chi­wum, dzie­dzi­niec był nie­gdyś prze­szklo­ny. Dziś po owych szkla­nych ta­flach nie ma już śla­du; znik­nę­ły też ko­nie i trzy po­wo­zy, a staj­nie prze­ro­bio­no na prze­ślicz­ny dom - praw­dzi­wy klej­no­cik. Za­sta­na­wiam się, czy piąt­ka koni wy­star­cza­ła na po­trze­by tej du­żej, pro­wa­dzą­cej bo­ga­te ży­cie to­wa­rzy­skie ro­dzi­ny, któ­ra jak się do­my­ślam, przy­kła­da­ła wagę do od­po­wied­niej pre­zen­cji.

Dom jest ob­szer­ny, ale bra­cia za­pew­ne sta­le się na sie­bie na­ty­ka­li - choć­by na pną­cej się ko­li­ście w górę czar­no-zło­tej klat­ce scho­do­wej. A już na pew­no sły­sze­li od­bi­ja­ją­cy się od szkla­ne­go su­fi­tu tur­kot wta­cza­ją­cych się na dzie­dzi­niec po­wo­zów. Za­pew­ne spo­ty­ka­li też uda­ją­cych się z wi­zy­tą do są­sied­nich apar­ta­men­tów zna­jo­mych. Bra­cia mu­sie­li wy­pra­co­wać so­bie spo­sób, by - gdy trze­ba - wi­dzieć i sły­szeć mniej, niż było to ko­niecz­ne. Moje oso­bi­ste do­świad­cze­nie i do­świad­cze­nia mo­ich bra­ci uczą, że miesz­ka­nie z ro­dzi­ną pod jed­nym da­chem wy­ma­ga pew­ne­go wy­sił­ku. Są­dzę jed­nak, że ży­cie bra­ci Eph­rus­si ukła­da­ło się har­mo­nij­nie, choć praw­dę mó­wiąc, nie mie­li wy­bo­ru - Pa­ryż był miej­scem ich pra­cy.

Hôtel Eph­rus­si był do­mem ro­dzin­nym, a za­ra­zem sie­dzi­bą rodu, któ­ry wciąż roz­sze­rzał swo­je wpły­wy. Jego wie­deń­skim od­po­wied­ni­kiem był sto­ją­cy przy Rin­gu ol­brzy­mi pa­łac Eph­rus­sich. Oba bu­dyn­ki - pa­ry­ski i wie­deń­ski - były uczest­ni­ka­mi spek­ta­klu, ob­li­czem, któ­re po­ka­zy­wa­ło się świa­tu, aby je po­dzi­wiał. Nie było mod­niej­szych ad­re­sów niż rue de Mon­ce­au i Ring­stras­se. W 1871, roku wznie­sie­nia obu re­zy­den­cji, uli­ce te były jesz­cze pla­ca­mi bu­do­wy - roz­ko­pa­ny­mi, peł­ny­mi pyłu i ha­ła­su, a nu­wo­ry­szow­skie prze­strze­nie, któ­re rzu­ci­ły wy­zwa­nie sta­rym dziel­ni­com z ich wą­ski­mi, cia­sny­mi ulicz­ka­mi, pró­bo­wa­ły się do­pie­ro okre­ślić.

Do­my­ślam się, że sko­ro bu­dy­nek ten zda­je się nie­co pre­ten­sjo­nal­ny, jest tak dla­te­go, iż efekt ów za­ło­żo­ny był od sa­me­go po­cząt­ku. Domy w Pa­ry­żu i Wied­niu re­ali­zo­wa­ły ro­dzin­ny pro­jekt: ro­dzi­na Eph­rus­sich ru­szy­ła w śla­dy Ro­th­schil­dów. Tak jak na po­cząt­ku XIX wie­ku frank­furc­cy Ro­th­schil­do­wie ro­ze­sła­li swych sy­nów i cór­ki w świat, by zdo­by­li przy­czół­ki w eu­ro­pej­skich sto­li­cach, tak samo w la­tach pięć­dzie­sią­tych XIX wie­ku miesz­ka­ją­cy w Ode­ssie Ka­rol Jo­achim Eph­rus­si, nasz ro­dzin­ny Abra­ham, za­pla­no­wał eks­pan­sję swo­jej pro­ge­ni­tu­ry. Ten praw­dzi­wy pa­triar­cha miał z pierw­sze­go mał­żeń­stwa dwóch sy­nów: Igna­za i Léo­na. Gdy w wie­ku pięć­dzie­się­ciu lat oże­nił się po­now­nie, na­ro­dzi­ły się ko­lej­ne dzie­ci: dwaj sy­no­wie - Mi­chel i Mau­ri­ce oraz dwie cór­ki - Thér?se i Ma­rie. Cała szóst­ka mia­ła opu­ścić dom, by za­jąć od­po­wied­nią po­zy­cję w świe­cie fi­nan­sów lub przez sta­ran­nie do­bra­ne ko­li­ga­cje zwią­zać się z naj­waż­niej­szy­mi ro­da­mi ży­dow­ski­mi.

Ode­ssa była mia­stem le­żą­cym na za­chod­nich krań­cach car­skiej Ro­sji, w któ­rym do­pusz­czo­ne było osad­nic­two ży­dow­skie. Sły­nę­ła ze swo­ich szkół ra­bi­nac­kich i sy­na­gog, szczy­ci­ła się pi­sa­rza­mi i mu­zy­ka­mi, była ma­gne­sem ścią­ga­ją­cym ubo­gich Ży­dów z ga­li­cyj­skich szte­tli. Była też mia­stem, gdzie w każ­dej de­ka­dzie po­dwa­ja­ła się licz­ba za­lud­nia­ją­cych je Ży­dów, Gre­ków i Ro­sjan; mia­stem po­li­glo­tów, spe­ku­la­cji, han­dlu i nie za­wsze czy­stych in­te­re­sów, w któ­re­go por­to­wych dziel­ni­cach ro­iło się od szpie­gów; mia­stem, któ­re wła­śnie się two­rzy­ło. Zmo­no­po­li­zo­waw­szy skup psze­ni­cy, Ka­rol Jo­achim Eph­rus­si prze­kształ­cił skrom­ny ro­dzin­ny in­te­res w ogrom­ne przed­się­bior­stwo. Zbo­że ku­po­wał u po­śred­ni­ków, któ­rzy wy­bo­isty­mi dro­ga­mi wieź­li je do ode­skie­go por­tu z głę­bi uro­dzaj­nej Ukra­iny, sły­ną­cej ze swe­go czar­no­zie­mu i gi­gan­tycz­nych ma­jąt­ków ziem­skich - naj­więk­sze­go za­głę­bia psze­nicz­ne­go na świe­cie. Nim zbo­że zo­sta­ło wy­eks­pe­dio­wa­ne w świat - przez Mo­rze Czar­ne w górę Du­na­ju lub na Mo­rze Śród­ziem­ne - tra­fia­ło do spi­chle­rzy Eph­rus­sie­go.

W roku 1860 ro­dzi­na sta­ła się naj­więk­szym eks­por­te­rem zbo­ża na świe­cie. Ja­mes de Ro­th­schild zna­ny był w Pa­ry­żu jako Le Roi des Ju­ifs. Ro­dzi­nę Eph­rus­sich moż­na było okre­ślić mia­nem Les Rois du Blé - Kró­lów Psze­ni­cy. Choć byli Ży­da­mi, szczy­ci­li się wła­snym her­bem: psze­nicz­nym kło­sem i he­ral­dycz­nym trój­masz­to­wym okrę­tem pod peł­ny­mi ża­gla­mi. Pod okrę­tem wid­nia­ła ro­dzin­na de­wi­za: Quod ho­ne­stum [to, co szla­chet­ne]. Je­ste­śmy poza wszel­kim po­dej­rze­niem. Mo­że­cie nam za­ufać.

Za­sad­ni­czy plan po­le­gał na tym, by ko­rzy­sta­jąc z ro­dzin­nej siat­ki kon­tak­tów i po­wią­zań, zbu­do­wać i sfi­nan­so­wać gi­gan­tycz­ne przed­się­wzię­cie go­spo­dar­cze: mo­sty na Du­na­ju, ko­le­je że­la­zne w Ro­sji i we Fran­cji, doki i ka­na­ły. Z do­brze roz­wi­ja­ją­ce­go się domu han­dlo­we­go Eph­rus­si i Spół­ka mia­ło się prze­kształ­cić w mię­dzy­na­ro­do­wą po­tę­gę fi­nan­so­wą. Stwo­rzyć wła­sny bank. Od­tąd każ­da uda­na trans­ak­cja rzą­do­wa, każ­de przed­się­wzię­cie pod­ję­te we­spół ze zu­bo­ża­łym ar­cy­księ­ciem, każ­dy klient wcią­gnię­ty po­przez swo­je zo­bo­wią­za­nia w krąg ro­dzi­ny Eph­rus­sich mia­ły bu­do­wać splen­dor tego rodu i stop­nio­wo od­da­lać go od Ukra­iny i ko­le­bią­cych się po jej dro­gach skrzy­pią­cych wo­zów z psze­ni­cą.

W roku 1857 dwaj naj­star­si sy­no­wie wraz z ro­dzi­na­mi zo­sta­li wy­sła­ni do Wied­nia, sto­li­cy dy­na­micz­nie roz­wi­ja­ją­ce­go się im­pe­rium Habs­bur­gów. Ku­pi­li oka­za­ły dom w cen­trum mia­sta, któ­ry na naj­bliż­sze dzie­sięć lat stał się przy­sta­nią dla nie­koń­czą­ce­go się ko­ro­wo­du dziad­ków, dzie­ci, wnu­ków krą­żą­cych tam i z po­wro­tem mię­dzy Ode­ssą a Wied­niem. Pil­no­wa­niem in­te­re­sów Eph­rus­sich w Au­stro-Wę­grzech obar­czo­no mo­je­go pra­pra­dziad­ka Igna­za. Na­stęp­nym kro­kiem mia­ło być zdo­by­cie Pa­ry­ża. Mi­sję pod­bi­cia tego mia­sta po­wie­rzo­no naj­star­sze­mu z ro­dzeń­stwa, Léo­no­wi - miał się tam osie­dlić z ro­dzi­ną i roz­wi­jać in­te­re­sy.

I tak oto tra­fiam do VIII dziel­ni­cy Pa­ry­ża, na wzgó­rze, gdzie do­mi­nu­je bar­wa mio­du, i za­trzy­mu­ję się przed do­mem, któ­ry stał się przy­czół­kiem Léo­na. Opie­ram się o mur bu­dyn­ku sto­ją­ce­go po dru­giej stro­nie uli­cy i pró­bu­ję wy­obra­zić so­bie pie­kiel­nie upal­ne lato 1871 roku, gdy ro­dzi­na Eph­rus­sich przy­by­ła z Wied­nia do tej świe­żo wznie­sio­nej re­zy­den­cji w ko­lo­rze mio­du. Sto­li­ca Fran­cji wciąż jesz­cze nie otrzą­snę­ła się z wo­jen­nej trau­my. Mi­nę­ło za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy od ob­lę­że­nia mia­sta przez pru­ską ar­mię, któ­re za­koń­czy­ło się klę­ską Fran­cji i ogło­sze­niem w Sali Lu­strza­nej w Wer­sa­lu wskrze­sze­nia Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go. Nowo po­wsta­ła Trze­cia Re­pu­bli­ka była nie­wy­dol­na, osła­bio­na przez re­wol­tę ko­mu­nar­dów i we­wnątrz­rzą­do­wą wal­kę fak­cyj­ną.

Bu­do­wa domu była już nie­mal na ukoń­cze­niu, lecz wo­kół wciąż jesz­cze roz­cią­gał się plac bu­do­wy. Tyn­ka­rze ze­szli z rusz­to­wań, a pra­ce prze­nio­sły się do wnę­trza. Złot­ni­cy, le­żąc w nie­wy­god­nych po­zy­cjach na ła­god­nie wzno­szą­cych się scho­dach, koń­czy­li po­le­ro­wać frag­men­ty ba­lu­stra­dy, gdy jed­no­cze­śnie tra­ga­rze ostroż­nie wno­si­li me­ble, ob­ra­zy i skrzy­nie z za­sta­wą. We­wnątrz i na ze­wnątrz pa­nu­je nie­ustan­ny ha­łas, okna wy­cho­dzą­ce na uli­cę wciąż są otwar­te. To wszyst­ko nie sprzy­ja do­bre­mu sa­mo­po­czu­ciu Léo­na, któ­re­mu do­ku­cza ser­ce. Pierw­sze mie­sią­ce na tej pięk­nej uli­cy na­zna­czo­ne są tra­ge­dią, śmier­cią naj­młod­szej cór­ki Léo­na i Miny. Bet­ty, do­pie­ro co wy­da­na za mąż za mło­de­go, zna­ko­mi­cie ro­ku­ją­ce­go ży­dow­skie­go ban­kie­ra, umie­ra za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni po uro­dze­niu có­recz­ki Fan­ny. W tym ob­cym mie­ście ro­dzi­na Eph­rus­sich wy­sta­wia w ży­dow­skiej czę­ści cmen­ta­rza na Mont­mar­trze ro­dzin­ny gro­bo­wiec w sty­lu go­tyc­kim - ogrom­ny, jak­by chcie­li pod­kre­ślić, że po­zo­sta­ną tu bez wzglę­du na oko­licz­no­ści. Dłu­go nie mogę go od­na­leźć. Bra­ma gdzieś znik­nę­ła, w środ­ku peł­no przy­wia­nych przez wiatr li­ści kasz­ta­now­ców.

Hôtel Eph­rus­si na rue de Mon­ce­au

Trud­no o lep­sze miej­sce na ro­dzin­ną re­zy­den­cję niż wzgó­rze, przez któ­re prze­cho­dzi rue de Mon­ce­au. Po­dob­nie jak wie­deń­ski Ring, gdzie miesz­ka resz­ta ro­dzi­ny, iro­nicz­nie na­zy­wa­ny Zion­stras­se, wspól­nym mia­now­ni­kiem ży­cia na rue de Mon­ce­au był ży­dow­ski ka­pi­tał. Ini­cja­to­ra­mi zbu­do­wa­nia tu no­wej dziel­ni­cy byli dwaj se­far­dyj­czy­cy - bra­cia Isa­ac i Émi­le Pére­ire, któ­rzy do­ro­bi­li się for­tu­ny na spe­ku­la­cjach fi­nan­so­wych, bu­do­wie ko­lei że­la­znych i ob­ro­cie nie­ru­cho­mo­ścia­mi, a szcze­gól­nie bu­do­wie ho­te­li i wiel­kich do­mów to­wa­ro­wych. Bra­cia Pére­ire ku­pi­li Pla­ine-de-Mon­ce­au, duży ob­szar zie­mi znaj­du­ją­cy się wów­czas jesz­cze poza gra­ni­ca­mi mia­sta, i za­czę­li na nim sta­wiać domy dla szyb­ko roz­wi­ja­ją­cej się eli­ty fi­nan­so­wej i han­dlo­wej. Stwo­rzy­li ide­al­ne oto­cze­nie dla przy­by­łych wła­śnie do Pa­ry­ża ży­dow­skich ro­dzin z Ro­sji i Le­wan­tu. Uli­ce na wzgó­rzu sta­ły się szyb­ko praw­dzi­wą ko­lo­nią, ob­sza­rem, gdzie wszy­scy zna­ko­mi­cie się zna­li i ro­zu­mie­li, gdzie wy­zna­wa­no tę samą re­li­gię i za­wie­ra­no mał­żeń­stwa.

By udo­sko­na­lić wi­dok roz­po­ście­ra­ją­cy się z okien nowo wznie­sio­nych ka­mie­nic, zmie­nio­no za­ło­że­nia osiem­na­sto­wiecz­ne­go par­ku. Obec­nie wcho­dzi­ło się do nie­go przez nową, nie­zwy­kle efek­tow­ną bra­mę z ku­te­go że­la­za, ozdo­bio­ną zło­co­ny­mi or­na­men­ta­mi sym­bo­li­zu­ją­cy­mi ga­łę­zie prze­my­słu we wła­da­niu bra­ci Pére­ire. Były pró­by na­zwa­nia tej no­wej dziel­ni­cy le West End. "Je­śli ktoś cię spy­ta, do­kąd pro­wa­dzi bul­war Ma­le­sher­bes - ra­dził pe­wien ów­cze­sny dzien­ni­karz - od­po­wiedz śmia­ło: do West Endu... Po fran­cu­sku brzmia­ło­by to zbyt wul­gar­nie, an­gielsz­czy­zna do­da­je szy­ku". W par­ku, we­dług uszczy­pli­we­go dzien­ni­ka­rza, moż­na było na wła­sne oczy zo­ba­czyć "wiel­kie damy z czci­god­ne­go Fau­bo­ur­ga... żeń­ski od­po­wied­nik La Hau­te Fi­nan­ceLa Hau­te Co­lo­nie Isra­eli­te". W prze­ci­wień­stwie do przy­strzy­żo­nej, sza­rej sztyw­no­ści Tu­il­le­ries - w par­ku Mon­ce­au wy­ty­czo­no wi­ją­ce się ścież­ki i za­ło­żo­no utrzy­ma­ne w an­giel­skim sty­lu klom­by, ob­sa­dzo­ne wciąż zmie­nia­ny­mi wie­lo­barw­ny­mi ro­śli­na­mi se­zo­no­wy­mi.

Kie­dy w koń­cu zo­sta­wiam Hôtel Eph­rus­si i po­wo­li, nie­zbyt spiesz­nym kro­kiem ru­szam w dół, idąc na prze­mian to jed­ną, to dru­gą stro­ną uli­cy, by le­piej przyj­rzeć się de­ta­lom ka­mie­nic, uświa­da­miam so­bie, że więk­szość tych do­mów mia­ła nadać ich wła­ści­cie­lom nową toż­sa­mość. Nie­mal wszy­scy przy­by­li tu z da­le­ka.

Dzie­sięć nu­me­rów od re­zy­den­cji Eph­rus­sich, pod nu­me­rem 61, stał dom Abra­ha­ma Ca­mon­da, pod nu­me­rem 63 - dom jego bra­ta Nis­si­ma, ich sio­stra Rébec­ca miesz­ka­ła nie­mal na­prze­ciw­ko, pod 60. Ca­mon­do­wie byli, po­dob­nie jak Eph­rus­si, ży­dow­ski­mi fi­nan­si­sta­mi. Ich dro­ga do Pa­ry­ża wio­dła z Kon­stan­ty­no­po­la przez We­ne­cję. Ban­kier Hen­ri Cer­nu­schi, któ­ry wsła­wił się wspar­ciem dla Ko­mu­ny Pa­ry­skiej, przy­był do Pa­ry­ża z Włoch. Za­miesz­kał na skra­ju par­ku w lo­do­wa­tym prze­py­chu swe­go pa­ła­cu, oto­czo­ny ko­lek­cją ja­poń­skich skar­bów. Pod nu­me­rem 55 znaj­do­wał się Hôtel Cat­taui, sie­dzi­ba ży­dow­skie­go rodu ban­kier­skie­go z Egip­tu, zaś pod nu­me­rem 43 ku­pio­ny od Eu­g?ne'a Pére­ire'a pa­łac Adol­phe'a de Ro­th­schil­da, szczy­cą­ce­go się przy­kry­tą szkla­nym da­chem salą prze­zna­czo­ną na jego ko­lek­cję sztu­ki re­ne­san­so­wej.

Jed­nak ża­den z tych bu­dyn­ków nie może kon­ku­ro­wać z pa­ła­cem na­le­żą­cym do kró­la cze­ko­la­dy Émi­le'a-Ju­sti­na Mer­nie­ra. Była to bu­dow­la tak sza­lo­na w swym eklek­ty­zmie, tak epa­tu­ją­ca bo­gac­twem or­na­men­tów, któ­re wi­dać zza wy­so­kie­go muru, że ko­men­tarz Zoli, iż jest on bo­ga­tym bę­kar­tem wszyst­kich sty­lów, wciąż wy­da­je się traf­ny. W na­pi­sa­nej w 1872 roku po­nu­rej po­wie­ści Zdo­bycz Zola opi­su­je tę wła­śnie re­zy­den­cję jako sie­dzi­bę nie­ja­kie­go Sac­car­da - chci­we­go Żyda, po­ten­ta­ta ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści. Ro­dzi­na wpro­wa­dza się do no­we­go domu, a my po­zna­je­my cha­rak­ter uli­cy: jest to uli­ca Ży­dów, uli­ca lu­dzi pra­gną­cych za­im­po­no­wać swo­imi wy­staw­ny­mi, zło­ty­mi do­ma­mi. W pa­ry­skim slan­gu Mon­ce­au ozna­cza no­wych przy­by­szów, nu­wo­ry­szy.

Oto świat, do któ­re­go tra­fi­ły moje net­su­ke. Tu był ich pierw­szy dom. Na tej uli­cy, gdzie prze­pych ry­wa­li­zu­je z po­wścią­gli­wo­ścią, to, co wi­docz­ne, z tym, co ukry­te.

Char­les Eph­rus­si wpro­wa­dza się tu, gdy ma dwa­dzie­ścia je­den lat. Jest to czas, kie­dy w Pa­ry­żu w miej­sce cia­snych za­uł­ków sta­re­go mia­sta po­wsta­ją sze­ro­kie, wy­sa­dza­ne drze­wa­mi ar­te­rie o sze­ro­kich chod­ni­kach. Pro­ces ten trwa nie­mal pięt­na­ście lat. W tym cza­sie urba­ni­sta ba­ron Haus­smann zrów­nał z zie­mią śre­dnio­wiecz­ne uli­ce, a w ich miej­sce stwo­rzył par­ki i bul­wa­ry. Bu­rząc i bu­du­jąc w nie­zwy­kłym tem­pie, otwie­rał dla mia­sta zu­peł­nie nowe per­spek­ty­wy.

Mo­ment ten zna­ko­mi­cie uchwy­cił ma­larz Gu­sta­ve Ca­il­le­bot­te. Aby po­czuć smak pyłu wciąż uno­szą­ce­go się na świe­żo wy­ty­czo­nych bul­wa­rach i mo­stach, war­to obej­rzeć dwa ob­ra­zy tego ar­ty­sty, za­le­d­wie kil­ka lat star­sze­go od Char­les'a - swo­je­go są­sia­da, miesz­kał bo­wiem w jed­nym z pa­ła­cy­ków le­żą­cych w naj­bliż­szym są­siedz­twie domu Eph­rus­sich. Oto sło­necz­ny dzień na Pont de l'Eu­ro­pe. Wy­god­nym chod­ni­kiem idzie przez most po­rząd­nie ubra­ny mło­dy czło­wiek w sza­rym sur­du­cie i czar­nym cy­lin­drze - być może sam ar­ty­sta. Wy­prze­dza o dwa kro­ki skrom­nie ubra­ną mło­dą ko­bie­tę z pa­ra­sol­ką. Wła­śnie wy­szło słoń­ce. Jego świa­tło od­bi­ja się od świe­żo uło­żo­nych ka­mien­nych płyt chod­ni­ka. Obok bie­gnie pies. O ba­lu­stra­dę mo­stu opie­ra się ro­bot­nik. Świat wy­glą­da tak, jak­by do­pie­ro zo­stał stwo­rzo­ny: li­ta­nia wy­stu­dio­wa­nych ge­stów i cie­ni. Wszy­scy, nie wy­łą­cza­jąc psa, do­sko­na­le wie­dzą, w czym uczest­ni­czą.

Na ob­ra­zach Ca­il­le­bot­te'a pa­ry­skie uli­ce tchną spo­ko­jem: czy­ste ka­mien­ne fa­sa­dy, ryt­micz­nie po­wta­rza­ją­ce się de­ta­le bal­ko­nów, dłu­gie szpa­le­ry świe­żo po­sa­dzo­nych lip. Wszyst­kie te ele­men­ty po­ja­wia­ją się na ob­ra­zie Mło­dy męż­czy­zna przy oknie, wy­sta­wio­nym na dru­gim sa­lo­nie im­pre­sjo­ni­stów w 1876 roku. Przed­sta­wia on bra­ta ma­la­rza sto­ją­ce­go w oknie ro­dzin­ne­go miesz­ka­nia i pa­trzą­ce­go na skrzy­żo­wa­nie dwóch ulic są­sia­du­ją­cych z rue de Mon­ce­au. Mło­dy, pew­ny sie­bie, do­brze ubra­ny męż­czy­zna z rę­ka­mi w kie­sze­niach: przed nim całe ży­cie, za nim - plu­szo­wy fo­tel.

Jesz­cze wszyst­ko może się zda­rzyć.

Gu­sta­ve Ca­il­le­bot­te, Le Pont de l'Eu­ro­pe, 1876

Tak mógł wy­glą­dać mło­dy Char­les. Uro­dzo­ny w Ode­ssie, pierw­sze dzie­sięć lat ży­cia spę­dził w żół­tym, bo­ga­to zdo­bio­nym pa­ła­cu sto­ją­cym na skra­ju ob­sa­dzo­ne­go kasz­ta­now­ca­mi za­ku­rzo­ne­go pla­cu. Ze stry­chu domu, w któ­rym jed­no pię­tro zaj­mo­wa­ło miesz­ka­nie dziad­ka, po­nad masz­ta­mi stat­ków sto­ją­cych w por­cie moż­na było zo­ba­czyć mo­rze. W są­sied­nim domu znaj­do­wał się ro­dzin­ny bank. Nie spo­sób było wyjść na uli­cę, by ktoś nie zwró­cił się do dziad­ka, ojca lub któ­re­goś ze stry­jów z ja­kąś spra­wą, py­ta­niem czy wresz­cie proś­bą o ko­piej­kę. Char­les mi­mo­wol­nie uczy się, że po­ka­za­nie się w miej­scu pu­blicz­nym ozna­cza se­rię spo­tkań i uni­ków; uczy się, jak dać parę gro­szy że­bra­ko­wi czy prze­kup­nio­wi, jak bez za­trzy­my­wa­nia się wy­mie­nić uprzej­mo­ści ze zna­jo­my­mi.

Na­stęp­nie Char­les prze­pro­wa­dza się do Wied­nia i wraz z ro­dzi­ca­mi, ro­dzeń­stwem, stry­jem Igna­zem i lo­do­wa­tą ciot­ką Emi­lie oraz trój­ką ich dzie­ci - aro­ganc­kim Ste­fa­nem, zło­śli­wą Anną i ma­łym Vik­to­rem - spę­dza tam ko­lej­ne dzie­sięć lat. Co­dzien­nie do domu przy­cho­dzi na­uczy­ciel, któ­ry uczy dzie­ci ję­zy­ków: ła­ci­ny, gre­ki, nie­miec­kie­go i an­giel­skie­go. W domu po­ro­zu­mie­wa­ją się po fran­cu­sku, mię­dzy sobą po­zwa­la im się mó­wić po ro­syj­sku, w żad­nym wy­pad­ku nie wol­no im uży­wać ji­dysz, któ­re­go na­uczy­li się na po­dwór­ku w Ode­ssie. Każ­de z tych dzie­ci po­tra­fi roz­po­cząć zda­nie w jed­nym ję­zy­ku, a za­koń­czyć w in­nym. Ję­zy­ki są im po­trzeb­ne pod­czas po­dró­ży: do Ode­ssy, Pe­ters­bur­ga, Ber­li­na, do Frank­fur­tu i Pa­ry­ża. Poza tym zna­jo­mość ję­zy­ków okre­śla ich przy­na­leż­ność kla­so­wą. Dzię­ki ję­zy­kom ma się do­stęp do naj­róż­niej­szych krę­gów spo­łecz­nych. Dzię­ki ję­zy­kom  w s z ę d z i e  moż­na się czuć jak w domu.

W Wied­niu oglą­da­ją My­śli­wych na śnie­gu Breu­gh­la z bia­ły­mi wzgó­rza­mi upstrzo­ny­mi pla­ma­mi psów, a w Al­ber­ti­nie w ga­bi­ne­cie ry­cin akwa­re­le Düre­ra przed­sta­wia­ją­ce drżą­ce­go za­ją­ca i skrzy­dło kra­ski. Na Pra­te­rze uczą się jeź­dzić kon­no, poza tym chłop­cy cho­dzą na lek­cje szer­mier­ki i ra­zem z ku­zy­na­mi na lek­cje tań­ca. Wszy­scy świet­nie tań­czą. Osiem­na­sto­let­ni Char­les z ra­cji swo­ich umie­jęt­no­ści ta­necz­nych jest prze­zy­wa­ny w ro­dzi­nie Le Po­lo­na­is - Po­lak, tań­czą­cy chło­piec.

Któ­re­goś dnia star­si chłop­cy - Ju­les, Igna­ce i Ste­fan - zo­sta­ją za­pro­wa­dze­ni do sie­dzi­by fir­my - po­nu­re­go bu­dyn­ku na Schot­ten­ba­stei, tuż obok Rin­gu. To stąd pro­wa­dzi się in­te­re­sy. Chłop­cy mają przy­ka­za­ne, by nie od­zy­wać się, gdy star­si roz­ma­wia­ją o spo­so­bach trans­por­to­wa­nia zbo­ża i śle­dzą no­to­wa­nia gieł­do­we. Otwie­ra­ją się nowe per­spek­ty­wy: naf­ta w Baku, zło­to nad Baj­ka­łem. Kan­ce­li­ści roz­cho­dzą się do swo­ich za­dań. Tu­taj chłop­cy po raz pierw­szy po­zna­ją ska­lę przed­się­bior­stwa, któ­re kie­dyś sta­nie się ich wła­sno­ścią - nie­koń­czą­ce się ko­lum­ny liczb za­war­te w gru­bych re­je­strach han­dlo­wych sta­ją się dla nich ka­te­chi­zmem zy­sku.

To wła­śnie w tym cza­sie Char­les ry­su­je swo­ją ulu­bio­ną rzeź­bę z cza­sów ode­skich - Gru­pę La­oko­ona. Sta­ra się, by zwo­je moc­no opla­ta­ły mu­sku­lar­ne ra­mio­na, chce, żeby ry­su­nek zro­bił wra­że­nie na ma­łym ku­zy­nie. Szki­cu­je też to, co wi­dział w Al­ber­ti­nie. Ry­su­je słu­żą­cych. Roz­ma­wia ze zna­jo­my­mi ro­dzi­ców o ku­pio­nych przez nich ob­ra­zach. Lu­dzie ce­nią so­bie roz­mo­wę o swo­ich na­byt­kach z tak wy­kształ­co­nym mło­dym czło­wie­kiem.

Wresz­cie nad­cho­dzi wy­cze­ki­wa­na prze­pro­wadz­ka do Pa­ry­ża. Char­les jest de­li­kat­nej bu­do­wy, przy­stoj­ny, ze sta­ran­nie utrzy­ma­ną ciem­ną bro­dą, któ­ra w świe­tle przy­bie­ra lek­ko czer­wo­na­we tony. Nos ma ty­po­wy dla Eph­rus­sich: duży, za­krzy­wio­ny, czo­ło - po­dob­nie jak u wszyst­kich ku­zy­nów - wy­so­kie. Oczy sza­re, żywe i duże. Char­les zna­ny jest ze swe­go cza­ru­ją­ce­go obej­ścia. W pierw­szej chwi­li zwra­ca się uwa­gę na jego wy­gląd - wy­twor­ny ubiór, nie­na­gan­nie za­wią­za­ny kra­wat, do­pie­ro po­tem sły­chać jego głos - jest rów­nie do­brym roz­mów­cą jak tan­ce­rzem.

Char­les'owi po­zwo­lo­no ro­bić, co mu się po­do­ba.

Chcę wie­rzyć, że sta­ło się tak dla­te­go, iż był naj­młod­szym, trze­cim w ko­lej­no­ści sy­nem, a wszak we wszyst­kich baj­kach to wła­śnie trze­ci syn opusz­cza dom i ru­sza w świat w po­szu­ki­wa­niu przy­gód. To tyl­ko do­my­sły - za­pew­ne dla­te­go, że ja rów­nież je­stem trze­cim sy­nem. Są­dzę, że dla wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny było oczy­wi­ste, iż ten chło­piec nie­wie­le wskó­ra na gieł­dzie. Inna spra­wa, że w biu­rach Eph­rus­si et Cie pod nu­me­rem 45 rue de l'Ar­ca­de było już tylu mło­dych Eph­rus­sich - pa­mię­taj­my, że w Pa­ry­żu miesz­ka­li rów­nież dwaj jego stry­jo­wie, Mi­chel i Mau­ri­ce - że nie było po­wo­du, by wy­sy­łać tam rów­nież tego wiecz­nie za­to­pio­ne­go w lek­tu­rze bły­sko­tli­we­go chłop­ca, któ­ry tra­cił za­in­te­re­so­wa­nie, ile­kroć roz­mo­wa scho­dzi­ła na pie­nią­dze.

W no­wym domu Char­les ma swój wła­sny apar­ta­ment - czy­sty, bo­ga­to zdo­bio­ny i zu­peł­nie pu­sty. Ma więc do­kąd wra­cać: do no­we­go domu na świe­żo wy­bru­ko­wa­nym pa­ry­skim wzgó­rzu. Zna ję­zy­ki, ma pie­nią­dze, ma czas. Pora ru­szyć w świat. Jak każ­dy do­brze wy­cho­wa­ny mło­dy czło­wiek Char­les je­dzie na po­łu­dnie, do Włoch.

2. Un lit de pa­ra­de

Po­cząt­ki ko­lek­cji Char­les'a to za­ra­zem pre­hi­sto­ria mo­jej ko­lek­cji net­su­ke. Być może chęć gro­ma­dze­nia rze­czy za­czę­ła się wcze­śniej: może jako dziec­ko w Ode­ssie zbie­rał na pro­me­na­dzie kasz­ta­ny, a w Wied­niu na przy­kład mo­ne­ty. Jed­nak praw­dzi­we ko­lek­cjo­no­wa­nie za­czy­na się do­pie­ro w Pa­ry­żu. To, od cze­go za­czął i co zgro­ma­dził w swo­im miesz­ka­niu w domu pod nu­me­rem 81 na rue de Mon­ce­au, świad­czy o praw­dzi­wej pa­sji i en­tu­zja­zmie. Ku­pu­je bez opa­mię­ta­nia.

Rok spę­dzo­ny z dala od ro­dzi­ny to ty­po­wy Wan­der­jahr, to grand tour, po­dróż, któ­ra po­zwo­li­ła mu za­po­znać się z ka­no­nem sztu­ki re­ne­san­so­wej i zro­bi­ła zeń ko­lek­cjo­ne­ra. Albo ra­czej na­uczy­ła, czym jest ko­lek­cjo­no­wa­nie, po­zwo­li­ła przejść od po­dzi­wia­nia do po­sia­da­nia, a od po­sia­da­nia do ro­zu­mie­nia.

Char­les ku­pu­je ry­sun­ki i me­da­lio­ny, re­ne­san­so­we ema­lie i szes­na­sto­wiecz­ne go­be­li­ny wy­ko­na­ne na pod­sta­wie kar­to­nów Ra­fa­ela. Na­by­wa mar­mu­ro­wą fi­gur­kę dziec­ka w sty­lu Do­na­tel­la i wspa­nia­łą ma­jo­li­kę Luki del­la Rob­bia przed­sta­wia­ją­cą mło­de­go fau­na - spo­glą­da­ją­ce ku nam przez ra­mię ta­jem­ni­cze i bez­bron­ne stwo­rze­nie, po­kry­te jak Ma­don­ny szkli­wem w ko­lo­rze głę­bo­kie­go błę­ki­tu i ja­jecz­ną żół­cią. Po po­wro­cie do swo­je­go pa­ry­skie­go miesz­ka­nia Char­les umiesz­cza fau­na w po­ko­ju sy­pial­nym we wnę­ce ude­ko­ro­wa­nej szes­na­sto­wiecz­ny­mi wło­ski­mi go­be­li­na­mi o gru­bej fak­tu­rze, two­rząc w ten spo­sób pa­ro­dię oł­ta­rza z fau­nem w miej­scu świę­tej fi­gu­ry.

Zdję­cie tego "oł­ta­rza" moż­na dziś obej­rzeć w bi­blio­te­ce Mu­zeum Wik­to­rii i Al­ber­ta w gi­gan­tycz­nej, opraw­nej w głę­bo­ką czer­wień trzy­to­mo­wej pu­bli­ka­cji w ta­kim for­ma­cie, że ku roz­ba­wie­niu in­nych czy­tel­ni­ków zo­sta­ła do­star­czo­na do mo­je­go sto­li­ka na wóz­ku uży­wa­nym w szpi­ta­lach do prze­wo­że­nia cho­rych. Owo Mu­sée Gra­phi­que za­wie­ra ry­ci­ny przed­sta­wia­ją­ce dzie­ła sztu­ki zgro­ma­dzo­ne przez naj­więk­szych ko­lek­cjo­ne­rów sztu­ki re­ne­san­so­wej w Eu­ro­pie - po­czy­na­jąc od sir Ri­char­da Wal­la­ce'a (od Wal­la­ce Col­lec­tion w Lon­dy­nie) i roz­licz­nych Ro­th­schil­dów, na dwu­dzie­sto­trzy­let­nim Char­les'u koń­cząc. Owe to­misz­cza to za­pro­jek­to­wa­na z wiel­kim roz­ma­chem luk­su­so­wa pu­bli­ka­cja, wy­da­na przez ko­lek­cjo­ne­rów po to, by oszo­ło­mić in­nych ko­lek­cjo­ne­rów. Kil­ka stron za ową efek­tow­ną wnę­ką - utrzy­ma­ną w głę­bo­kim fio­le­cie prze­ty­ka­nym gdzie­nieg­dzie zło­tem, ozdo­bio­ną pa­ne­la­mi z wi­ze­run­ka­mi świę­tych i tar­cza­mi her­bo­wy­mi - tra­fiam na po­zo­sta­łe obiek­ty z ko­lek­cji Char­les'a.

Z tru­dem po­wstrzy­mu­ję śmiech: wiel­kie re­ne­san­so­we łoże, un lit de pa­ra­de, przy­kry­te bo­ga­to ha­fto­wa­ną tka­ni­ną, a nad nim bal­da­chim ozdo­bio­ny skom­pli­ko­wa­nym wzo­rem z amor­ka­mi, gro­te­ska­mi, he­ral­dycz­ny­mi sym­bo­la­mi, kwia­ta­mi i owo­ca­mi. Dwie bo­ga­te za­sło­ny - każ­da z ol­brzy­mią li­te­rą "E" na zło­tym tle - pod­trzy­my­wa­ne są przez sznu­ry z chwo­sta­mi. Ko­lej­ne "E" zo­sta­ło umiesz­czo­ne na wez­gło­wiu tego nie­mal ksią­żę­ce­go łoża. To me­bel ze świa­ta fan­ta­zji. Z ta­kie­go łóż­ka rzą­dzi­ło się mia­stem-pań­stwem, w nim udzie­la­ło się au­dien­cji, pi­sa­ło so­ne­ty i na pew­no od­da­wa­ło mi­ło­ści. Ale kto chciał­by w czymś ta­kim spać?

Spo­rzą­dzam li­stę na­byt­ków Char­les'a. Dużo bym dał, żeby wie­dzieć, ja­kie my­śli błą­ka­ły się w jego gło­wie, gdy po ko­li­stych scho­dach wno­szo­no na dru­gie pię­tro skrzy­nie z wło­ski­mi skar­ba­mi. Gdy spo­mię­dzy wió­rów i tro­cin za­czę­to wyj­mo­wać ich za­war­tość i póź­niej, gdy trze­ba było pod­jąć de­cy­zję, co gdzie umie­ścić, prze­ko­nać się, jak te skar­by pre­zen­tu­ją się w po­ran­nym słoń­cu wle­wa­ją­cym się przez okno z uli­cy. Czy wcho­dzą­cy do sa­lo­nu go­ście mie­li naj­pierw uj­rzeć go­be­lin, czy ścia­nę ze sta­ran­nie za­aran­żo­wa­ny­mi ry­sun­ka­mi? A może ra­czej wszyst­ko na­le­ży usta­wić w ten spo­sób, by ką­tem oka mo­gli zo­ba­czyć lit de pa­ra­de? Wy­obra­żam so­bie Char­les'a, jak po­ka­zu­je bra­ciom i ro­dzi­com ema­lie, jak chwa­li się przed nimi swym zbio­rem. Z pew­nym za­że­no­wa­niem przy­po­mi­nam so­bie, jak w wie­ku szes­na­stu lat wy­rzu­ci­łem ze swo­je­go po­ko­ju łóż­ko i za­stą­pi­łem je ma­te­ra­cem, nad któ­rym za­wie­si­łem dy­wan ma­ją­cy uda­wać bal­da­chim. A tak­że week­en­dy spę­dzo­ne na prze­wie­sza­niu ob­raz­ków i prze­sta­wia­niu ksią­żek, i ba­da­niu, jak czu­je się czło­wiek, któ­ry zmie­nia ota­cza­ją­cą go prze­strzeń. W tym mo­men­cie wszyst­ko wy­da­je się moż­li­we.

Oczy­wi­ście to tyl­ko de­ko­ra­cja. Tro­fea Char­les'a to rze­czy dla ko­ne­se­ra i eru­dy­ty. Mó­wią o hi­sto­rii, o ar­ty­stycz­nych ro­do­wo­dach i afi­lia­cjach i sa­mym ko­lek­cjo­ner­stwie. Przyj­rzyj­my się każ­de­mu obiek­to­wi z osob­na: go­be­li­ny  w e d ł u g  kar­to­nów Ra­fa­ela, sta­tu­et­ka -  k o p i a  Do­na­tel­la. Czu­je się, że Char­les do­głęb­nie zro­zu­miał, w jaki spo­sób sztu­ka roz­wi­ja się po­przez stu­le­cia. Po po­wro­cie do Pa­ry­ża ofia­ro­wu­je do Luw­ru rzad­ki pięt­na­sto­wiecz­ny me­da­lion przed­sta­wia­ją­cy Hi­po­li­ta stra­to­wa­ne­go przez dzi­kie ko­nie. Wy­da­je mi się, że sły­szę mło­de­go hi­sto­ry­ka sztu­ki zwra­ca­ją­ce­go się do zwie­dza­ją­cych. Czu­je się nie tyl­ko pie­nią­dze, ale i so­lid­ne stu­dia.

Udzie­la mi się przy­jem­ność, jaką Char­les mu­siał od­czu­wać w ob­co­wa­niu z przed­mio­ta­mi: za­ska­ku­ją­cy cię­żar ada­masz­ku, chłód ema­lii, pa­ty­na brą­zu, fak­tu­ra ha­ftu na go­be­li­nach.

Pierw­sze na­byt­ki Char­les'a są jed­nak cał­kiem kon­wen­cjo­nal­ne. Po­dob­ne przed­mio­ty mia­ło wie­lu przy­ja­ciół jego ro­dzi­ców; swo­je zbio­ry aran­żo­wa­li w spo­sób efek­tow­ny i wy­ra­fi­no­wa­ny. Kie­ru­jąc się ich przy­kła­dem, mło­dy Char­les stwo­rzył w swej pa­ry­skiej sy­pial­ni fio­le­to­wą mise en sc?ne. Jego ko­lek­cja była skrom­niej­szą wer­sją tego, co moż­na było spo­tkać w in­nych ży­dow­skich do­mach. Mło­dy Eph­rus­si sta­rał się udo­wod­nić, naj­do­bit­niej, jak umiał, że jest już do­ro­sły. Go­to­wy, by za­jąć swo­je miej­sce w świe­cie.

Aby zdać so­bie spra­wę, ile wy­sił­ku wkła­da­no w aran­ża­cję wiel­kich ko­lek­cji, wy­star­czy­ło od­wie­dzić dom któ­re­go­kol­wiek z pa­ry­skich Ro­th­schil­dów, a naj­le­piej znaj­du­ją­cy się pod mia­stem w Fer­ri­?res nowo na­by­ty pa­łac Ja­me­sa Ro­th­schil­da. Tu z praw­dzi­wym na­masz­cze­niem ce­le­bro­wa­no dzie­ła na­le­żą­ce kie­dyś do słyn­nych re­ne­san­so­wych kup­ców i ban­kie­rów. Po­waż­ny me­ce­nat wy­ma­ga nie­zwy­kłych umie­jęt­no­ści fi­nan­so­wych, któ­re za­zwy­czaj nie są zdol­no­ścia­mi dzie­dzicz­ny­mi. Za­miast pa­rad­nej sali, na wskroś ry­cer­skiej i chrze­ści­jań­skiej, w Fer­ri­?res za­pro­jek­to­wa­no we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec z czte­re­ma po­tęż­ny­mi por­ta­la­mi pro­wa­dzą­cy­mi do róż­nych czę­ści bu­dyn­ku. Pod su­fi­tem ozdo­bio­nym ma­lo­wi­dłem Tie­po­la cią­gnę­ła się ga­le­ria ozdo­bio­na czar­no-bia­ły­mi mar­mu­ro­wy­mi po­są­ga­mi, w któ­rej poza go­be­li­na­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi or­sza­ki trium­fal­ne wi­sia­ły płót­na Ve­lázqu­eza, Ru­ben­sa, Gu­ida Re­nie­go i Rem­brand­ta. Przede wszyst­kim jed­nak w oczy rzu­ca­ło się zło­to: zło­ce­nia me­bli, prze­ty­ka­ne zło­tą ni­cią go­be­li­ny, zło­te ramy, sztu­ka­te­rie; a wszyst­ko to ozdo­bio­ne zna­ka­mi Ro­th­schil­dów - oczy­wi­ście w zło­cie. Le go?t Ro­th­schild stał się sy­no­ni­mem nad­mia­ru zło­ta. Ży­dów i ich zło­ta.

Char­les'owi z jego wraż­li­wo­ścią nie przy­szło na­wet do gło­wy, by ry­wa­li­zo­wać z Fer­ri­?res. Zresz­tą prze­strzeń, jaką dys­po­no­wał - dwa sa­lo­ny i sy­pial­nia - nie da­wa­ła ku temu pod­staw. A jed­nak miał coś wię­cej niż tyl­ko prze­strzeń, któ­rą moż­na za­peł­nić no­wy­mi na­byt­ka­mi i książ­ka­mi. Miał wi­zję sie­bie jako ko­lek­cjo­ne­ra eru­dy­ty. Jego sy­tu­acja była wy­jąt­ko­wa: po­sia­dał ko­lo­sal­ny ma­ją­tek, a do tego wie­dział, jak sobą po­kie­ro­wać.

Wszyst­ko to spra­wia, że mój sto­su­nek do nie­go nie jest naj­cie­plej­szy, a pa­rad­ne łoże utwier­dza mnie w moim scep­ty­cy­zmie. Nie wiem, jak dłu­go wy­trzy­mam z tym mło­dym czło­wie­kiem, jego in­tu­icją w dzie­dzi­nie sztu­ki i ta­len­tem do de­ko­ro­wa­nia wnętrz. Mo­je­go na­sta­wie­nia nie zmie­nią na­wet net­su­ke. Con­no­is­seur, włą­cza mi się w gło­wie sy­gnał ostrze­gaw­czy. Taki mło­dy, a wy­da­je mu się, że wszyst­ko wie.

I jesz­cze ten ma­ją­tek - to nie wró­ży nic do­bre­go.

Oswa­jam się z my­ślą, że je­śli chcę zro­zu­mieć, jak Char­les pa­trzał na świat, mu­szę prze­czy­tać to, co na­pi­sał. Na grun­cie aka­de­mic­kim czu­ję się pew­nie: spo­rzą­dzę bi­blio­gra­fię, a na­stęp­nie prze­czy­tam w po­rząd­ku chro­no­lo­gicz­nym wszyst­ko, co na­pi­sał. Na pierw­szy ogień idą rocz­ni­ki "Ga­zet­te des Be­aux-Arts". Za­czy­nam od roku, kie­dy Char­les przy­był do Pa­ry­ża. Czy­tam jego pierw­sze, dość su­che ko­men­ta­rze na te­mat ma­lar­stwa ma­nie­ry­stycz­ne­go, Hol­be­ina i brą­zów. Do­wia­du­ję się przy oka­zji, że Char­les ma ulu­bio­ne­go we­nec­kie­go ma­la­rza - Ja­co­pa de Bar­ba­rie­go, któ­ry upodo­bał so­bie świę­te­go Se­ba­stia­na, wal­ki Try­to­nów i wi­ją­ce się, spę­ta­ne na­gie cia­ła. Za­sta­na­wiam się, czy ero­ty­zu­ją­ca te­ma­ty­ka ma ja­kieś zna­cze­nie. Przy­po­mi­nam so­bie La­oko­ona i znów ro­dzą się wąt­pli­wo­ści.

Po­cząt­ki były skrom­ne: wzmian­ki o wy­sta­wach, książ­kach i ese­jach, ale też ko­men­ta­rze do­ty­czą­ce in­nych pu­bli­ka­cji: ty­po­wa drob­ni­ca pro­du­ko­wa­na przez hi­sto­ry­ków sztu­ki na mar­gi­ne­sie prac in­nych ba­da­czy ("uwa­gi do­ty­czą­ce atry­bu­cji...", "ko­men­tarz do ca­ta­lo­gue ra­ison­né..."). Tek­sty Eph­rus­sie­go przy­po­mi­na­ją tro­chę jego ko­lek­cję sztu­ki wło­skiej. Mam wra­że­nie, że po­wo­li po­su­wam się na­przód. Mi­ja­ją ty­go­dnie, a ja co­raz le­piej czu­ję się w jego to­wa­rzy­stwie, od­no­to­wu­ję z sa­tys­fak­cją, że pierw­szy wła­ści­ciel net­su­ke za­czy­na pi­sać z więk­szą swa­dą, a moje emo­cje stop­nio­wo się zmie­nia­ją. W ten spo­sób w pół­mro­ku czy­tel­ni cza­so­pism mi­ja­ją trzy kosz­tow­ne ty­go­dnie. Po­tem jesz­cze dwa.

Char­les uczy się ob­co­wać sam na sam z ob­ra­zem. Czy­tel­nik czu­je, że po pierw­szym kon­tak­cie wra­ca do nie­go i oglą­da go jesz­cze raz. Czy­ta­jąc re­la­cje z wy­staw, czu­ję do­tyk jego ręki na ra­mie­niu - wra­ca­my do płót­na, by le­piej mu się przyj­rzeć: naj­pierw z bli­ska, a po­tem z od­da­le­nia. Wy­czu­wa się ro­sną­cą pew­ność sie­bie i pa­sję. I wresz­cie - po­ja­wia się w jego pi­sa­niu nie­za­leż­ność i nie­chęć do po­wta­rza­nia utar­tych po­glą­dów. Uda­je mu się za­cho­wać rów­no­wa­gę mię­dzy emo­cja­mi a trzeź­wym są­dem, nie kry­je swych uczuć. U au­to­rów pi­szą­cych o sztu­ce nie zda­rza się to czę­sto. Mi­ja­ją ty­go­dnie. W mia­rę jak na moim sto­le ro­śnie stos eg­zem­pla­rzy "Ga­zet­te", mno­żą się co­raz to nowe py­ta­nia. Każ­dy ko­lej­ny rocz­nik pęcz­nie­je od za­kła­dek i żół­tych na­kle­jek, for­mu­la­rzy z no­wy­mi za­mó­wie­nia­mi i re­wer­sów.

Za­czy­na­ją mnie bo­leć oczy. Tek­sty dru­ko­wa­ne są pe­ti­tem, a przy­pi­sy jesz­cze drob­niej­szą czcion­ką. Przy­najm­niej ro­bię po­stę­py we fran­cu­skim. Do­bre i to. Oswa­jam się z my­ślą, że współ­pra­ca z Char­les'em jest moż­li­wa: nie po­pi­su­je się wie­dzą, za­le­ży mu, aby­śmy po­dą­ży­li za jego wzro­kiem i zo­ba­czy­li to, co on wi­dzi. Wy­da­je mi się to uczci­we.