Zakazana Alchemia. Tom 1 - Stacey McEwan

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Prolog. Nina Rozdział 1. Nina Rozdział 2. Patrick Rozdział 3. Nina

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

7 8 9 10 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28

ROZDZIAŁ 1

NINA

Pod koniec września wsiadłam do pociągu.

Kłęby dymu z komina pozostawały za lokomotywą, brudząc okna w wagonach, a ja się zastanawiałam, czy przypadkiem dym nie śledzi nas od samego domu. Przycisnęłam nos do szyby i w oddali zobaczyłam zarys Scurry. Pokazałam miastu środkowy palec i odwróciłam się od niego na zawsze.

Wagon był wypełniony po brzegi dziećmi - dwanaście lat, postrzępione skarpetki, sadza na rzęsach i sieczka w głowach, a przynajmniej tak mi się wydawało. Spocone opiekunki w długich wełnianych spódnicach kołysały się w przejściu, żeby nie upaść. Jedna pochyliła się nade mną i nie patrząc mi w oczy, poprawiła ozdobiony koronką kołnierzyk mojej bluzki.

Opiekunki bezskutecznie wrzeszczały na tych, którzy włazili na oparcia, na chłopaków, którzy odważyli się zdjąć czapki, na dziewczyny, które chowały spódnice za paskami, żeby pokazywać kolana. "Siedź prosto! Wytrzyj nos! Opuść rękawy!". Nikt nie reagował. Dzieciaki ze Scurry kłóciły się i darły japy. Żyliśmy przygodą, byliśmy nią przepełnieni, aż kipieliśmy. Nadciągało coś nowego. Coś, co było wielkie, przerażające i upajająco możliwe.

Możliwości.

Uczepiłam się tego słowa. Nie dałam się tak porwać emocjom jak cała reszta. Siedziałam cicho i spokojnie, zaciskając dłoń na niestarannie przewiązanym pliku arkuszy papieru. Patrzyłam prosto przed siebie, a umysł podsuwał mi rozmaite możliwości. Pokazywał obrazy pełne białych marmurowych ścian i czystych płócien. Wykrochmalonych białych bluzek i upaćkanych fartuchów, latami nasycanych farbami, gliną i węglem drzewnym. Widziałam w głowie panoramę niekończących się dachów, z kościelnymi wieżami i dzwonnicami, które sięgały tak wysoko, że z ich krokwi widać było skraj kontynentu.

Wkrótce obrazy przemieniły się w sny. Chaos w pociągu malał i narastał, kocioł parowy się krztusił. Wały korbowe trzęsły podłogą. Odjeżdżaliśmy coraz dalej od wszystkiego, co było nam znane.

Przemierzyłam całą drogę do stołecznego miasta Kunsztowników bez jednej myśli o domu. Śniła mi się tylko lśniąca szkarłatna krew, która zamieniła się w ciemnogranatową.

ROZDZIAŁ 2

PATRICK

Dalej na północy inny pociąg przy wtórze astmatycznego pogwizdywania zatrzymał się na stacji Kenton Hill.

Pewien chłopiec, Patrick Colson, wstrzymał oddech i wsiadł do pociągu, po czym wytarł spocone dłonie o siedzenie. Machnął na pożegnanie braciom i matce, przysięgając sobie w duchu, że jutro wróci.

Pociąg ruszył gwałtownie, a chłopiec westchnął i przycisnął plecy do drewnianej ławy. Zaklął cicho i wbił paznokcie w skórę ud, aż zabolało. Patrzył przez okno na znikający w oddali dom i miał wrażenie, że poddaje się powolnej amputacji. Strach, który wykiełkował w nim przy śniadaniu, teraz rozkwitł w całej okazałości.

Ponad stukot kół na szynach wybił się pożegnalny gwizd lokomotywy, który zabrzmiał jak kopalniany sygnał zmiany szychty. Tata i starszy brat Patricka zawsze pracowali na drugiej, nigdy na pierwszej. Po jutrzejszym powrocie do Kenton Hill Patrick miał do nich dołączyć.

Każda kropla górniczej krwi w jego żyłach była czarna od pyłu węglowego, tak samo jak u jego ojca i wszystkich przodków. Dlatego w jego wypadku ta podróż była zbędna. Nie chciał, żeby jakiś Kunsztownik w stolicy informował go o jego losie. Chciał za to, i to bardzo, wrócić do matki, która czekała w okiennej wnęce w budynku z czarnej cegły. Chciał już znaleźć się w ciasnych pomieszczeniach z niskimi sufitami. Chciał wrócić na porośnięte żółtą trawą wzgórza. Do fabryk, kanałów i wielkich dziur w ziemi, które połykały mężczyzn i ich wypluwały. Chciał czekać na poranny gwizdek oznaczający zakończenie nocnej szychty i mieć pewność, że jego ojciec i brat wyłonią się wraz z innymi. Chciał tam być, jeśli (Panie, miej litość) żaden z nich nie wróci.

W tej samej chwili gwizd rozlegał się na całym kontynencie, w różnych miastach, podczas gdy dziesiątki rozmaitych pociągów toczyły się po torach ku centralnej części państwa.

Podobnie jak Nina ze Scurry, Patrick ignorował rozgorączkowane dzieciaki, jednak nie zasnął. Dyskretnie pocierał nos, żeby przechwycić łzy, zanim skapną mu na wargę. Stłumił mdłości gniewem, wysunął brodę, patrzył prosto przed siebie. Rzucał wyzwanie tym cholernym Kunsztownikom, żeby spróbowali go zabrać do swojej jebanej szkoły.

Mieli już wszystko.

Jego nie dostaną.

PROLOG

NINA

Dostałam imię po zdechłym kanarku.

Moje narodziny zbiegły się z katastrofą górniczą w pobliskiej kopalni, największą w historii naszego kontynentu, Kotliny Belavere. Tamtego dnia tunele pogrzebały żywcem stu czterech mężczyzn i tylko jeden z nich, mój ojciec, jakimś cudem wyłonił się z rumowiska, trzymając w dłoni martwego kanarka.

Lubił powtarzać tę historię, kiedy whisky rozwiązywała mu język, czyli często.

- Przysięgam, że usłyszałem, jak ten piekielnik spada z żerdki! A przecież nigdy nie przestawał drzeć cholernego dzioba. Nie chciał się, kurwa, zamknąć. Nazwałem go Caranina, po tej śpiewaczce, znacie ją, nie? Jak się przymknął, widziałem, że coś jest nie tak. No i nagle całe to pieprzone miejsce zapadło się pode mną. Ledwie się stamtąd wygrzebałem. - W tym momencie Fletcher Harrow wskazywał na mnie ręką. - Wracam do domu i widzę, że córka mi się urodziła! To Opatrzność, nie? Bóg zadusił kanarka, żebym zobaczył Ninę na własne oczy!

Uśmiechał się przez chwilę, przypominając sobie mnie jako niemowlaka, a potem wracał myślami do tych stu trzech pogrzebanych mężczyzn i poważniał. Ta zaduma szybko zamieniała się w gniew, a gniew oznaczał więcej whisky.

- Jebane kopalnie - mamrotał. - Jebane bufony w jebanych szatkach.

Jakby słowa były łatwopalne, jego żar udzielał się wtedy innym Wyrobnikom, niezależnie od fachu.

Razem ściskali w dłoniach kubki z alkoholem, przeklinając swój marny los. Najpierw obwiniali o niego naczelnika Izby Lordów, potem wszystkich lordów, a potem Kunsztowników za to, że im się poszczęściło.

Na świecie żyły tylko dwa rodzaje ludzi, o czym wiedziałam, zanim jeszcze nauczyłam się chodzić. Jedni, tacy jak mój ojciec, ciężko pracowali. To byli Wyrobnicy, którym płacono zbyt mało za całe dnie spędzane w kopalniach, fabrykach i na farmach. Byli również szczęśliwcy, czyli Kunsztownicy. Bufony z wyższych sfer i ich magia.

- Kto powiedział, że mają więcej do zaoferowania niż my, co? - odzywał się inny moczymorda. - Siedzą se w tych swoich eleganckich domach z lokajami i całą resztą.

- Boże lizodupy - mówił jeszcze ktoś. - Jakby Idia teraz stanęła przede mną, to zmiażdżyłbym to jej święte gardło.

Boska córa, Idia, zapewne śmiała się z tego z góry. Kunsztownicy mieszkali w mieście Belavere wiele kilometrów dalej. Los tutejszych ludzi nigdy nie miał się zmienić. Został przesądzony, gdy kazano im wsiąść do pociągu do eleganckiego miasta, pomodlić się do Idii i przełknąć płyn, który określił, czy żyje w nich magia, czy bardziej się przydadzą na rubieżach kontynentu, pocąc się, narzekając i co jakiś czas dając się pogrzebać żywcem.

Czasem któryś z pijaków mówił zbyt zuchwale albo ciskał kuflem, a wtedy gliny wywlekały go i wrzucały do aresztu na dobę czy dwie, i na tym bunt się kończył. Tu mogli walczyć jedynie ze sobą nawzajem.

Poza tym kto podniósłby rękę na Kunsztowników, których krew była nasycona magią? Nie to żałosne towarzystwo.

Zachichotałam na swoim stołku, wyobrażając sobie, jak te zapuchnięte ćwoki występują przeciwko odzianym w niebieskie szaty, zamieszkującym Belavere Kunsztownikom. Nie mieliby szans.

- Nina - odezwał się ojciec, przypominając sobie o moim istnieniu. - Idź do domu i powiedz mamie, żeby przygotowała mi kolację. Niedługo wrócę.

Mamy nie było w domu. Nie było jej w domu od kilku lat, ale whisky rządziła się własną magią. Pozostało mi tylko skinąć głową.

Przebiegłam boso po gruntowych drogach, przeskakując nad śmierdzącymi rowami i rozsypanym miałem węglowym. Zatrzymałam się dopiero, kiedy byłam już bezpieczna za drzwiami naszego dwupokojowego mieszkania. Wypuściłam z płuc smród Scurry i czując mrowienie w rękach, podeszłam do kącika skryby.

Zazwyczaj było to po prostu biurko obłożone stertami niezapisanego papieru. Spod piór skrybów Kunsztowników wychodziła cała korespondencja w Kotlinie Belavere. Kontynent pełen magii nie potrzebował łodzi, pociągów ani ptaków do komunikacji, skoro skrybowie z odległości wielu kilometrów potrafili mentalnie zapełnić stronice atramentem.

Przychodzącym wiadomościom towarzyszył charakterystyczny dźwięk. Papier w kąciku skryby lekko się marszczył, słychać było delikatne skrobanie, a człowieka ściskało w żołądku. Kto wysyła wiadomość? Jakie wieści przyniesie atrament?

"Mama" - myślałam wtedy. "Tym razem będzie od mamy".

Nigdy nie napisała.

Nasz kącik właściwie nie był kącikiem, lecz odrobiną przestrzeni pomiędzy bojlerem a ławą. Podobnie też nie mieliśmy prawdziwego biurka, tylko starą deskę do mięsa na stołku. Puste arkusze wywijały się w jej rogach.

Cały dzień marzyłam, żeby usiąść w kąciku, i to wcale nie dlatego, że spodziewałam się wieści od matki. Teraz byłam starsza i czasy, kiedy wypłakiwałam sobie oczy z tęsknoty, dawno minęły. Nie, tego wieczoru czekałam na znacznie ważniejszy list.

Nie wątpiłam, że każde dwunastoletnie dziecko, podobnie jak ja pochylało się teraz nad papierem i czekało, aż skryba setki kilometrów dalej napisze jego imię i adres. Raz za razem wmawiałam sobie, że papier się porusza, że widzę pojawiającą się plamkę atramentu, ale godziny mijały, a kartka za nic nie chciała wypełnić się słowami.

O północy, gdy zegar na wieży wybił ostrzeżenie, mój ojciec zachwiał się w drzwiach i runął jak kłoda na swoje łóżko. Nadal nie było śladu atramentu ani odręcznego pisma.

Mimo to, choć moje powieki się kleiły, siedziałam przy bojlerze, opatulona kocem. Nad ranem rozległ się pierwszy szelest, który odczułam całym ciałem.

Papier przebudził się do życia i coś zaskrobało, a ja zeskoczyłam ze stołka.

Słowa pojawiły się znikąd.

ZARZĄDZENIE RADY NARODOWEJ

- KOTLINY BELAVERE -

Do wiadomości panny NINY HARROW

348 Cobbler i Brum, rząd 5, Scurry

W dniu 23 września 1892 roku wszystkie dzieci, które ukończyły dwunasty rok życia, mają się stawić w Państwowej Izbie Kunsztu Miasta Belavere, gdzie odbędzie się 535. Ceremonia Nasycenia, zgodnie z artykułami 2, 3, 6 i 18 Państwowej Konstytucji Kotliny Belavere.

Niech żyje Belavere.

IDIUM QUANTUMW celu pobudzenia magii przynależnej z racji urodzenia, dwunastoletnie dzieci płci męskiej są zobligowane do spożycia trzydziestu mililitrów idium. W zależności od zaobserwowanych skutków zostanie ustalony stan prawny magii badanego dziecka, które nieodwołalnie przypisze się do grona Kunsztowników lub Wyrobników. ILOŚĆ IDIUMObywatel oficjalnie przypisany do grona Kunsztowników jest uprawniony do pobierania trzydziestu mililitrów roztworu idium dwa razy w roku. WYKSZTAŁCENIEKażdemu dziecku gwarantuje się urzędowo zaaprobowany program kształcenia. Osoby przydzielone do grupy Kunsztowników będą uczęszczały do Państwowej Akademii Kunsztu. Osoby uznane za Wyrobników będą kształcone zgodnie z wolą swoich opiekunów. 18. Począwszy od 469 roku nasycania, dziewczynki w wieku dwunastu lat również mają prawo do przyjęcia trzydziestu mililitrów roztworu idium. W zależności od zaobserwowanych skutków ustalany jest status prawny magii każdej z dziewczynek.