Wstęp
Paweł Dybicz
Choć od wybuchu powstania warszawskiego minęły już dziesiątki lat, nie milkną spory wokół niego. I nie zapowiada się, by się kończyły. Tragiczny bilans tego zrywu nadal poraża, wzmaga dyskusję, wymianę zdań i opinii, szczególnie w dniach rocznicy jego wybuchu. Nie tylko historycy toczą dysputy nad sensem i przebiegiem powstania, ale i ci, którzy nie żyją z historii, a żyją historią. Żeby się o tym upewnić, wystarczy choćby pobieżnie prześledzić Internet i media społecznościowe. Z roku na rok przybywa w sieci stron internetowych traktujących o pamiętnych 63 dniach 1944 roku.
Wybuch powstania warszawskiego wywołał entuzjazm wśród warszawiaków, umęczonych prawie pięcioletnią niemiecką okupacją. Terror, rozstrzeliwania, wywózki do obozów koncentracyjnych, łapanki, do tego głód i niedostatek były na porządku dziennym. Ciągłe ocieranie się o śmierć, strach przed "rasą panów" miały ustąpić wraz z powstańczym zrywem, który miał trwać góra tydzień. Tymczasem przedłużające się powstanie przeistoczyło się w istne piekło. Walki toczyły się już nie tylko na ulicach, barykadach, ale o każdy dom, każdą piwnicę, każde piętro. Źle uzbrojonym powstańcom, szczególnie w pierwszym miesiącu walk, przychodziło się bić z liczniejszym, lepiej wyszkolonym wrogiem, którego wspomagali sojusznicy, głównie ukraińscy.
Ostatnie ustalenia historyków wskazują, że w powstaniu warszawskim poległo 16 tysięcy powstańców i 2300 żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego. Ale straty ludności cywilnej są dziesięciokrotnie większe. Dlatego też nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że to warszawiacy są największymi ofiarami powstania, wywołanego przez dowództwo Armii Krajowej - jej komendanta głównego gen. Tadeusza "Bora" Komorowskiego, gen. Tadeusza Pełczyńskiego, szefa Sztabu Komendy Głównej i gen. Leopolda Okulickiego, zastępcy, a po powstaniu następcy "Bora". Generałom, którym pomyliły się role z politykami, na długo przed 1 sierpnia 1944 roku. Ich tragiczne w swej wymowie decyzje tak naprawdę okazały się w konsekwencji już nie wyrokiem na miasto, ale przede wszystkim na warszawiaków.
Według pierwotnych założeń Komendy Głównej Armii Krajowej, opracowującej założenia planu "Burza", powstania w stolicy miało nie być. Dlaczego zmieniono decyzję i dlaczego tak fatalnie odbiła się ona na przebiegu powstania, na słabym jego przygotowaniu, znakomicie przedstawił ostatnio prof. Andrzej Leon Sowa w swej książce pod jakże wymownym tytułem "Kto wydał wyrok na miasto. Plany operacyjne ZWZ AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji".
Bilans powstania warszawskiego jest tragiczny, jego skutki widoczne są do dziś. W dniach powstania i miesiącach po nim, jak podają sporządzone przez Niemców raporty w latach 1944-1945, śmierć poniosło około 180 tysięcy warszawiaków. Razem z powstańcami i żołnierzami 1 Armii Wojska Polskiego około 200 tysięcy. A nie wolno zapomnieć, że w wyniku walk rannych zostało 25 tysięcy powstańców, w tym 6,5 tysiąca ciężko rannych. Niezwykle trudne do zliczenia jest, ilu cywilów zostało rannych poważnie i trwale okaleczonych. Nie mniejsza była skala zniszczeń Warszawy. W czasie powstania i po nim uległo zniszczeniu 72 procent zabudowy mieszkalnej, w tym 90 procent zabytków (Stare Miasto zostało niemal w 100 procentach zrównane z ziemią) oraz wszystkie warszawskie mosty. Toteż trudno się nie zgodzić ze słowami uczestnika powstańczych walk, osiadłego po wojnie w Londynie, prof. Jana Ciechanowskiego: "Takiej katastrofy nie przeżyła żadna europejska stolica od najazdu Hunów na Rzym. Został rozbity ośrodek życia narodowego, politycznego, społecznego i kulturalnego. Od upadku powstania rozpoczął się rozkład polskiego państwa podziemnego i Armii Krajowej. Powstanie warszawskie było wielką klęską polityczną, wielką klęska militarną, bo ani o jeden dzień nie skróciło okupacji niemieckiej".
O ile w dziełach artystów, głównie filmach, dominują powstańcy i ich walki, to gehenna ludności cywilnej, niezwykle bolesna, trudna dziś do wyobrażenia, nie znajduje należytego miejsca w twórczości ludzi sztuki. A przecież już w pierwszym tygodniu powstania oddziały SS i niemieckiej policji dokonały masakry ludności na Woli. Według szacunków z rąk hitlerowskich zbrodniarzy śmierć poniosło od 50 do 65 tysięcy mieszkańców tej warszawskiej dzielnicy. Rzeź na Woli stanowiła realizację rozkazu Adolfa Hitlera, który, dowiedziawszy się o rozpoczęciu walk w Warszawie, nakazał jej zburzenie i wymordowanie mieszkańców. Szczytowy punkt eksterminacji mieszkańców Woli miał miejsce między 5 a 7 sierpnia 1944 roku. Podobnych zbrodni ludobójstwa, choć na mniejsza skalę, Niemcy dopuścili się w tym czasie na Ochocie.
W czasie powstania mieszkańcy Warszawy ginęli od bomb, w tym 1,5-tonowych, które potrafiły przebić kilka pięter domu i eksplodować w piwnicy. Byli masowo rozstrzeliwani, rozrywały ich granaty wrzucane do piwnic i schronów, gdzie chowali się przed wrogiem. Używano ich jako żywe tarcze do osłaniania atakujących Niemców, którzy dopuszczali się również takich zbrodni jak dobijanie, lub palenie żywcem rannych. Nagminne były mordy i gwałty kobiet, rabunki. Swoje żniwo zbierały rany, choroby, brak wody i głód.
Zanim jeszcze powstanie upadło, Niemcy rozpoczęli przymusową wywózkę warszawiaków. Ponad 50 tysięcy z nich trafiło do obozów koncentracyjnych, a 150 tysięcy wywieziono na roboty przymusowe do upadającej III Rzeszy. Pozostali mieszkańcy lewobrzeżnej Warszawy, w tym w ogromnej większości kobiety i dzieci, starcy i chorzy zostali rozproszeni po terenach Kielecczyzny i Krakowskiego. To kolejny rozdział dziejów powstańczej Warszawy.
Zaprezentowane w pierwszej części III tomu "Zakłamanej historii powstania" teksty pierwotnie były wydrukowane w tygodniku "Przegląd".
Swoistym dopełnieniem tekstów historyków są (fragmenty) ""Wspomnienia z okresu powstania mjra Włodzimierza Kozakiewicza ps. "Barry Włodzimierza" vel "Bari"", złożone w Centralnym Archiwum Wojskowym pod numerem 37/62/53. Mjr Kozakiewicz dowodził powstańczą żandarmerią. Odpowiedzialny m.in. za porządek i dyscyplinę w powstańczych oddziałach, dał ciekawy obraz różnych zachowań i postaw walczących Polaków, a także udręki warszawiaków. Przez część powstańców on i jego podwładni oskarżani byli o brutalność i bezwzględność, szczególnie w czasie ewakuacji ze Starówki, w egzekwowaniu rozkazów i posłuszeństwa. Jest jednym z tych, którzy nie kreślili powstańców jedynie w białych kolorach, nie pokazywali jako nieskazitelnych, pełnych odwagi i poświęcenia. Jego wspomnienia to też niemały przyczynek do opisu powstania warszawskiego, również z innej niż heroicznej, gloryfikującej perspektywy i narracji.
Drugim dokumentem są, w części jeszcze nieopublikowane, wspomnienia płk. Jana Rzepeckiego, pisane w 1947 lub w 1948 roku. Są one ważnym świadectwem działania ZWZ/AK. Ich część (rozdziały od XIII do XX) znajduje się obecnie w Archiwum Akt Nowych, w zbiorach po byłym Centralnym Archiwum KC PZPR. Publikowany w niniejszym tomie fragment wspomnień stanowi Rozdział XIX: "Wybuch powstania warszawskiego". Płk Rzepecki wykorzystał jedynie niektóre fragmenty tego rozdziału w wydanej książce pt. "Wspomnienia i przyczynki historyczne".
Trzecią część niniejszego tomu stanowi nieznany, niezwykle ciekawy, unikatowy wręcz "Dziennik z okresu powstania warszawskiego" Antoniego Mieczkowskiego. Jego tekst znajduje się w zbiorach Centralnego Archiwum Wojska Polskiego, zarejestrowany pod numerem 38/62/53. Został on przyniesiony przez autora do Archiwum i tam przepisany z oryginału w 1947 roku przez chorążego Szurpę z Biura Historycznego Wojska Polskiego.
O autorze "Dziennika" wiemy bardzo mało, bowiem prawie wcale nie pisał o sobie, swojej rodzinie, o ich przeszłości. Można powiedzieć, że to są zaledwie szczątkowe wiadomości.
Z lektury "Dziennika z okresu powstania warszawskiego" wiadomo, że Antoni Mieczkowski w czasie wojny mieszkał w Warszawie, wraz matką, przy ul. Matejki 10. Bliską mu osobą (żoną?) była wymieniana raz jako Henny, innym razem jako Henia, prawdopodobnie Niemka lub Austriaczka. Mieczkowski pisze też "pokój Otta" - syna? Po powstaniu zatrzymał się w podwarszawskim Siestrzeniu - chyba mateczniku rodziny, bowiem na przełomie 1944/1945 roku tam skierowali się inni bliscy, których wymienia w "Dzienniku". Żył jeszcze w 1947 roku. Znał niemiecki, czytał w oryginale m.in. Heinego. W ostatnich dniach powstania przyszło mu bezpośrednio tłumaczyć warszawiakom rozkazy i decyzje Niemców, z którymi wielokrotnie prowadził prywatne rozmowy, zanotował ich słowa, zachowanie, scharakteryzował postawy, od barbarzyńskich do... ludzkich.
O ile w informowaniu o dziejach rodziny autor pisał niezwykle oszczędnie, wręcz lakonicznie, to powstanie warszawskie zarejestrował niemalże z dokładnością benedyktyńskiego kronikarza. Antoni Mieczkowski swoje spostrzeżenia i własne opinie notował w "Dzienniku" prawie codziennie, stąd też dał potomnym cenny dokument opisujący przebieg walk, sytuację warszawiaków, zachowania powstańców i ludności cywilnej. A przede wszystkim skalę zniszczeń i ŚMIERCI, którą niosło powstanie. Niewyobrażalnej ŚMIERCI, od kul, w pożarach, w wyniku zawalenia się domów, najczęściej bombardowanych z samolotów, zrzucających niezwykle śmiercionośne "krowy". Pamiętajmy, Mieczkowski dał opis zburzonej stolicy, zanim doszło do zaplanowanego i czynionego z "niemiecka perfekcją" unicestwiania miasta na rozkaz Hitlera i Himmlera.
W "Dzienniku" nie brak jest ocen wydarzeń, decyzji i zachowań, zarówno dowództwa i żołnierzy Armii Krajowej, przedstawicieli Państwa Podziemnego, jak i przywódców Wielkiej Trójki i ich armii. Nie brak też wątków polskich, wpisów o rządzie w Londynie, premierze Mikołajczyku, Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego, marszałku Konstantym Rokossowskim i Armii Czerwonej, a także żołnierzach 1 Armii WP i ich udziale w powstaniu. Tekst Mieczkowskiego jest unaocznieniem tego, jak wielka i mała polityka odbiła się na losach warszawiaków, przede wszystkim cywilów. Losów tak mało znanych, które nie mieszczą się w propagowanej obecnie polityce historycznej, pełnej powstańczej chwały. Nie klęski, ale moralnego zwycięstwa, za które głównie odpowiada Stalin i Churchill z Rooseveltem.
Wszystkie dokumenty drukujemy z zachowaniem ówczesnej składni, uwspółcześniono jedynie pisownię słów i zasady interpunkcji. Niektóre opisywane wydarzenia i postacie opatrzono koniecznymi przypisami.
"Dziennik" Antoniego Mieczkowskiego, a także wspomnienia płk. Jana Rzepeckiego i mjr. Włodzimierza Kozakiewicza są czymś więcej niż lekturą uzupełniającą teksty historyków zamieszczonych w pierwszej części niniejszego tomu "Zakłamanej historii powstania". Jest świetnym materiałem na scenariusz spektaklu, a nawet filmu. Można nawet napisać, że znakomicie współgra z jakże oskarżycielskim wierszem sanitariuszki w powstaniu, Anny Świrszczyńskiej, pod tytułem "Niech liczą trupy" opublikowanym w 1974 roku w tomie "Budowałam barykady":
"Ci, co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.
Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy".