Rok 1889
Zakład dla umysłowo chorych w Krakowie
Stara kobieta leżała na łóżku ledwo żywa. Z trudem oddychała i dusiła się, przeczuwając swój własny koniec. Pościel była brudna i odór nieprzyjemnie drażnił nozdrza, ale ona już dawno przyzwyczaiła się do tego smrodu. Znosiła przecież gorsze rzeczy niż nieprzyjemny zapach pryczy i siebie samej.
Coś się z nią działo. Już od dłuższego czasu przed oczami przelatywały różne obrazy z jej własnego życia. Te obrazy, które do niedawna wydawały się dla niej nieodstępne. Jakby zbliżająca się śmierć nagle chciała wszystko przed nią odkryć. Nie było dnia, by nie przypominała sobie koszmaru, w którym przyszło jej żyć. Czy kiedyś się tego spodziewała? Nie, z pewnością nie. Jak to wszystko zdołała przetrwać? Odpowiedź była tylko jedna: oszalała, inaczej nie mogłaby przeżyć nawet jednej minuty. Czasami szaleństwo jest wybawieniem dla duszy, która cierpi i nie wie, jak się wydostać z więzienia, w które wciśnięto ją na siłę.
Wspomnienia stawały się coraz bardziej żywe. To bolało. Czy jednak nie byłoby lepiej nie pamiętać? Dlaczego nagle teraz te wszystkie sceny przelatują jej przed oczami?
Ach, jęknęłaby, gdyby tylko miała siłę. Ale nie została w niej nawet krztyna energii. Jak wówczas nie miała szans na obronę i na sprawiedliwość.
Nagle zadrżała.
Przed oczami pojawiały się ciemne postacie z okrutnymi, zaciętymi twarzami. Złe kobiety, które sprawiły, że jej życie zamieniło się w koszmar. Gdyby miała więcej sił, zdarłaby z nich te czarne suknie i biłaby na oślep, drapała paznokciami, aż tryskałaby krew. Ale nic z tego nie mogło się już zdarzyć i pozostawało jej jedynie przyglądać się własnym wspomnieniom.
Za każdym razem, kiedy widziała zakonnicę, drżała wewnętrznie i strach podchodził jej do gardła, a serce biło jak oszalałe. Te ciemne suknie, krzyże na piersiach, zimne oczy i białe, kościste ręce, które sprawiły jej tyle bólu, że świat przestał istnieć, a całe życie legło w gruzach.
Czuła, że jej droga się kończy i czasu zostało coraz mniej. Mogłaby komuś opowiedzieć swoją historię, ale czy zdoła? Przecież nie była w stanie wymówić nawet słowa.
Gdyby ktoś się jej teraz przyjrzał, zobaczyłby coś niesamowitego, co nie miało prawa się zdarzyć: jej oczy, po raz pierwszy od dziesiątek lat, były przytomne. Przejrzyste jak szkło. W tych oczach można było dojrzeć zdrową osobę, którą była kiedyś. Ale nikt się jej nie przyglądał.
Kobieta zamknęła powieki i długo ich nie otwierała. Zmierzch wpełzł już do sali, ale wiedziała, że nie zaśnie. Wspomnienia ją atakowały. Dzisiejsza noc mogła okazać się długa. Bo dziś znowu przeżywała wszystko od początku i to zwiędłe ciało, które teraz ją zawodziło i przez które to wszystko się zdarzyło, z chęcią rozszarpałaby na kawałki. Ciało ludzkie jest nie tylko grzeszne, ale też słabe, tak słabe, że zdradza człowieka czasami na całe życie.
Kiedy znowu oprzytomniała, otworzyła oczy. Ciemność ją uspokajała. Ale potem wszystko zaczynało się od nowa.
Zaczęła wspominać...