1. Rzeczywistość do samodzielnego złożenia
1.
Rzeczywistość do samodzielnego złożenia
- Opowieści o miłości to łatwizna - powiedziała Julia. - Przeczytałam
tyle książek o miłości, że machnę taką w miesiąc, góra dwa.
Adam ziewnął.
- Miłość przeważnie zaczyna się od spotkania i od patrzenia sobie w oczy, nie? - Spojrzała Adamowi w oczy i spróbowała się uśmiechnąć. -
Później jest niepewność, czy to ten, czy to ta, potem coś iskrzy i pojawiają się te wszystkie perypetie, kiedy jest gorzej, żeby na koniec
mogło być lepiej, albo odwrotnie, zależy, komu kibicujemy. A jeśli w tych opowieściach miłosnych jest trójkąt... - Julia wstrzymała oddech - ...a jeśli jest trójkąt to jeszcze lepiej, bo wtedy nie wiadomo do końca,
który jest tym wyczekanym księciem, a który jest tylko piękny. Trójkąt
to zawsze dodatkowe emocje.
- O której wrócisz? - Adam niechętnie zostawał z dziećmi sam. Wolał,
kiedy Julia była w domu.
- Wszystko masz przygotowane. Zupka dla Zosi jest w lodówce, nie dawaj
Mateuszowi czekolady, od dwóch dni nie zrobił kupy, zaczynam się
martwić.
Komórka w kieszeni Adama zawibrowała i Julia, niestety, usłyszała ten
dźwięk. Ogarnęło ją przygnębienie. Przez chwilę straciła wątek. To
jednak inaczej miało być z tą miłością. Jakoś tak łatwiej i radośniej
miało być. No bo o co w tym wszystkim chodzi? Czy miłość jest jakąś
nagrodą i musimy sobie na nią zasłużyć? Czy miłość mamy w sobie i musimy
ją tylko obudzić, czy przychodzi do nas ze świata jak piosenka, którą
usłyszało się raz, a potem się do niej tęskni? Jak to leciało - mówi się
po jakimś czasie - jeszcze niedawno potrafiłam, potrafiłem ją zanucić.
Tę piosenkę. Miłość.
- Kupiłaś kawę?
- Ty miałeś kupić.
- Nie ma kawy?! Cholera!
- W skrócie: zawsze chodzi o to samo - Julia próbowała zebrać myśli. -
Mamy się wciągnąć, zamyślić nad życiem, chociaż z tymi refleksjami
ostrożnie, bo spowalniają akcję, a tu jeszcze i pośmiać się od czasu do
czasu w tej historii nie zawadzi, albo wzruszyć, co nie? - Zerknęła w lustro. Czy widać po niej, że w nocy płakała?
- Ja tam wolę kryminały, wolę, żeby był jakiś trup i jakaś tajemnica. -
Adam udawał, że podjął dyskusję.
- Ale trup i tajemnica też się nieźle komponują w historiach miłosnych,
tylko nie są najważniejsze.
- A co jest najważniejsze?
- Emocje. No wiesz, czy mnie kocha, czy na pewno, jak popatrzył, co
pomyślał, dlaczego się nie odzywa, a może woli tamtą... takie sprawy.
- Według mnie musi być jakaś tajemnica.
- Powiedz imię żeńskie, które dobrze ci się kojarzy.
- Julia - bez wahania rzucił Adam.
Julia przewróciła oczami.
- Julia i Zosia są wyłączone z tej gry, no, dawaj jakieś imię żeńskie.
2. Czy w pani życiu jest jakiś mężczyzna?
2.
Czy w pani życiu jest jakiś mężczyzna?
Pola Kukułka zakochała się w Adamie Jabłońskim od pierwszego wejrzenia,
czy raczej dotknięcia. Trafiła do jego gabinetu okulistycznego, do jego
zamku trafiła, bo pod górną powieką coś jej urosło i bolało. Bez
przygotowania na przyszłość, na trzęsienie ziemi, bez przygotowania na
czary poszła na spotkanie. Na własnej skórze przekonała się, że miłość
po prostu spada. Jak deszcz. Bez makijażu nas zastaje, w brudnej bluzce.
Wcale nie na balu. Taka miłość.
Adam spojrzał Poli w oczy, a ona od razu wyczuła smutek. To był ten
rodzaj smutku, który zatrzymywał czas. Jabłoński zbadał ją, uprzedził,
że musi wywinąć powiekę, ostrzegł, że może być nieprzyjemnie. Dotknął
jej czoła i policzka, ustawiając twarz Poli do światła. I już. Tyle. I stało się. Pola wcale nie dbała o to, czy oko jej wypłynie, czy nie -
chociaż miała wrażenie, że jakby trochę wypływało - ważniejsze było to,
co się z nią działo. Wypisując receptę, Jabłoński powiedział, że takie
gradówki zdarzają się czasami bez przyczyny, Pola kiwała głową. Dla niej
było oczywiste, że jej gradówka zjawiła się po to, aby ONA mogła trafić
do JEGO gabinetu. Odczytywanie znaków to było coś, w czym akurat Pola
była dobra. Od dzieciństwa rozszyfrowywała Rzeczywistość. Śledziła
zbiegi okoliczności i kombinowała, co mogą oznaczać. Żeby zrozumieć
Rzeczywistość, wystarczyło być uważnym i czujnym. Skupić się na tym, co
zachwyca, i na tym, co denerwuje. Wskazówką mogło być to, co się
ostatnio zgubiło albo znalazło, i to najprostsze: co z czym się kojarzy.
Drugą pasją Kukułki było szycie. Szyła od zawsze i prawie wszystko, co
przyszło jej do głowy. Ciuchy, torby, firanki, kapy na łóżko, kapcie,
pluszaki, obrazy. Zastanowiła się kiedyś, czego nie da się uszyć, i wtedy uszyła książeczkę dla dzieci. Książka była obrazkowa, z kieszonkami, zapinana na guzik. "Taką książkę zrobiłam - pokazywała
wszystkim - na guzik. Książkę uszyłam, wydałam".
Pola miała dysleksję i czytała zbyt wolno, żeby móc się rozsmakować w literaturze, nad czym szczerze ubolewała, bo na podstawie tych książek,
które jednak przeczytała i pokochała, wydawało jej się, że gdzieś w literaturze mogłaby znaleźć odpowiedzi. Zakładając, że odpowiedzi nie są
zbyt ulotne i osobiste, i ktoś potrafił je uchwycić i zapisać, żeby ktoś
inny mógł je znaleźć.
Wcześniej, zanim Kukułka poznała Adama Jabłońskiego, żyła bardziej z prądem i raczej z dnia na dzień, ale tak właśnie lubiła. Nic nie
planowała, reagowała po prostu na to, co przynosi świat. Nawet kiedy
urodziła Misię, jej życie nie zmieniło się aż tak bardzo. Gdyby nie
pokochała Jabłońskiego, pewnie wciąż obserwowałaby, jak leniwie kręci
się pod nogami ziemia. Od wakacji do wakacji, od świąt do sylwestra i znowu, kto by przypuszczał, no proszę, znowu maj. Przez kilka lat byli
szczęśliwi, ale niestety, Jabłoński najpierw zachorował, a potem
odszedł, i to na dobre, a ona w wieku dwudziestu siedmiu lat została z trójką dzieci. Jej życie ostatnio wykonało tak długą drogę jak lot
rybitwy popielatej, która podobno przemierza dystans od jednego bieguna
do drugiego. Nie wiadomo, czy rybitwa popielata zmienia się w trakcie
takiej podróży, czy nad innym biegunem wygląda inaczej, ma inne myśli i marzenia. Pola wiedziała, że jej podróż odmieniła ją tak bardzo, że nie
może ot tak po prostu wrócić do tamtej beztroski od wakacji do wakacji.
Tamta Pola należała do prehistorii, żyła wśród skrzypów drzewiastych w okresie karbonu; nowa Pola jechała małą czerwoną pandą przez zatłoczoną
Warszawę, zatłoczoną Europę, czyli zatłoczony kawałek świata, i trzęsła
się ze strachu. Bała się, że nie da rady, chociaż dawała, bała się, że
utonie, ale nie tonęła. Nie ufała sobie za kierownicą i nie rozumiała
tej rzeki samochodów, której trzeba było dać się porwać, by móc łagodnie
płynąć przez miasto. A jednak płynęła.
Wracała z poradni rodzinnej w kompletnej ciszy. Dzieci wyczuwały jej
napięcie. Siedmioletnia Zośka jeszcze bardziej zamknęła się w sobie,
pięcioletnia Misia coś burczała pod nosem, kopiąc ze złością jej fotel.
A dwunastoletni Mateusz jak zwykle był czujny. Pola wiedziała, że
Mateusz stara się jej pomóc, że denerwuje się tym, że ona jest
zdenerwowana, i to, że on jest zdenerwowany jej zdenerwowaniem jeszcze
bardziej ją denerwowało. Czerwona panda Kukułki posuwała się powoli, bo
na rondzie zrobił się korek. Jeden pas ruchu był zablokowany przez
autobus stojący na światłach awaryjnych i karetkę.
"Czy w pani życiu jest jakiś mężczyzna?", zapytała Polę godzinę
wcześniej psycholog rodzinna. Pola nie zrozumiała pytania. Nie rozumiała
słów "mężczyzna w życiu". Wpatrywała się w psycholożkę dłuższą chwilę.
"Mam brata, on mi pomaga", odpowiedziała w końcu, ale nie była to
odpowiedź, o którą chodziło. Odkąd półtora roku temu odszedł Adam, Pola
oswoiła się z samotnością. Gdyby ktoś ją zapytał, to prawdopodobnie
powiedziałaby, że wybrała już swój przydział na miłość i nic więcej jej
się nie należy. Na nic nie czekała. Obcesowe pytanie psycholożki
wytrąciło ją z równowagi, zmąciło jej pewność. Kobiety, które mają w życiu mężczyznę, myślą o fryzurze, o kolorze szminki i o nowej bieliźnie
myślą. Kupują nowe biustonosze. Skąd się bierze mężczyznę, który jest w życiu, zastanawiała się Pola, obserwując zamieszanie na ulicy.
Najpierw zauważyła wysokiego chudzielca w jaskrawej kurtce z napisem
"lekarz pogotowia". Badał starszego mężczyznę leżącego na noszach. Pola
patrzyła na skupioną twarz chudzielca i wyobraziła sobie, że na pewno ma
żonę, która może też jest lekarzem, i wieczorem opowiadają sobie, jak
minął im dzień. Wysyłają po południu esemesy, o której będą w domu i co
mają ochotę zjeść na kolację, a ten, kto przyjdzie pierwszy, w nagrodę
nie zmywa albo wybiera film, albo mają jakieś inne swoje zasady. Na
pewno ma fajne życie ten lekarz, pomyślała Pola. Tuż obok niego, w lnianej, luźnej koszuli kręcił się łysy, opalony atleta. Jego sylwetka
wydawała się kanciasta tylko wtedy, gdy stał nieruchomo, bo kiedy
chodził, robił to z kocią gracją. Rozmawiał z jednym z sanitariuszy,
patrzył na starszego mężczyznę na noszach, starał się pomóc. Nosiło go.
Raz po raz przecierał łysą, opaloną głowę i chodził jak pantera w klatce. Pola pomyślała, że atleta jest pewnie jakimś sportowcem.
Wyglądał, jakby właśnie wrócił z daleka, może z jakichś zawodów.
Ciekawe, czy ktoś na niego czekał, zastanawiała się Pola, czy ktoś
liczył dni do jego powrotu? Pewnie tak. Atleta nie wyglądał na
samotnego. Ma pewnie dzieci, z którymi rozmawiał ostatnio wyłącznie na
Skypie, a one przekrzykując się nawzajem i pchając nosy do kamerki,
pytały, kiedy wróci i co im przywiezie. Po chwili uwagę Poli przykuł
przystojniak na telebimie. Pojawiał się i znikał, reklamując swoją
książkę Powiedz mi swoje marzenie, a ja pomogę ci je spełnić. Jego
obezwładniający uśmiech, luz, idealny wygląd i zadowolenie z siebie były
trochę nie na miejscu. Nie zwracał uwagi na korek, karetkę, na ludzi
wokół. Uśmiechał się i robił swoje, zachęcał zwykłych śmiertelników do
sięgania po marzenia. Pola pomyślała, że taki przystojniak zadaje się
pewnie wyłącznie z supermodelkami, które codziennie mają nowiutkie
biustonosze Calvina Kleina albo DKNY, bo supermodelki nie muszą czekać
na żadne przeceny. Supermodelka i przystojniak chodzą na przyjęcia,
jedzą małe wegańskie rzeźby na liściach jarmużu i piją czerwone wino z odległych, słonecznych winnic. Kukułka westchnęła przygnębiona. Nigdy
się nad sobą nie użalała, ale tego dnia poczuła się samotna. Spojrzała w lusterko wsteczne i poprawiła włosy. Czy w moim życiu będzie jeszcze
kiedyś jakiś mężczyzna, zapytała siebie.
Tymczasem Rzeczywistość przepływała jak zwykle niespiesznie w ciepły
wrześniowy dzień i zauważyła ich wszystkich. Stali na rondzie tak, jakby
stawili się na spotkanie w umówionym miejscu i czasie.
- Jest tu kilka tematów - pomyślała Rzeczywistość, rozkoszując się
dniem. Słońce prześwietlało wszystko ciepłym światłem tak, jakby miasto
znajdowało się w środku dojrzałego żółtego winogrona. Na rondzie kręcili
się ludzie, ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś inny ugryzł gruszkę, a słodki, lepki sok spływał mu po brodzie. Mały brązowy kundel z czarną
mordą biegał, szukając tropu, a na bezchmurnym niebie samolot bezgłośnie
rysował białą kreskę. Wiatr przyniósł fragment muzyki wiolonczelowej i bawił się nią, jakby była kolorową, lekką wstążką i tańczyła nad hałasem
klaksonów. Miasto pachniało kurzem, spalinami, kawą z pobliskiej
kawiarni, słodkimi śliwkami i suchą nagrzaną trawą. Z tego wszystkiego -
zapachów, myśli, lęków i podniecających obietnic miłości - składała się
wtedy Rzeczywistość.
- Powiedz życzenie - Rzeczywistość zwróciła się wprost do Poli. - Znasz
zasady. Musisz powiedzieć życzenie.
Pola Kukułka ściskała kierownicę i wpatrywała się w światła stopu
samochodu, który stał tuż przed nią. Życzenie? Skąd się bierze
mężczyznę, który jest w życiu, zastanawiała się Kukułka, patrząc na
lekarza wsiadającego do karetki, na atletę i na uśmiechniętego
przystojniaka na telebimie. Życzenie? Przypomniały jej się ilustracje z bajek, które wieczorami czyta dzieciom. Chciałabym spotkać kogoś, kto
wziąłby mnie za rękę i razem przeszlibyśmy przez las, nie gubiąc drogi,
pomyślała Pola Kukułka. Za dużo chcę?
3. Spacerujesz czy podróżujesz?
3.
Spacerujesz czy podróżujesz?
Łukasz Wysocki stał na rondzie i rozglądał się, nie dowierzając jeszcze,
gdzie jest i co tu robi. Zaledwie tydzień wcześniej podjął spontaniczną
decyzję powrotu z Meksyku do kraju. Kupił bilet z Cancún, zostawił
pracę, kilku kumpli, którzy odgrażali się, że jeśli otworzy swoją knajpę
w Warszawie czy gdziekolwiek, to przyjadą. Kilka dziewczyn posmutniało
na wieść, że Łukasz wyjeżdża (choć może sobie to tylko wyobrażał), i po
dwudziestu godzinach z przesiadkami w Miami i Frankfurcie stało się.
Znowu był w Warszawie. Ojczym prawie ucieszył się na jego widok, matka
przygotowała powitalną kolację i pościeliła mu w pokoju gościnnym.
Prawie dobę spał jak zabity i wreszcie wyszedł do miasta, żeby się
rozejrzeć. Nie miał żadnego planu, ale na rondzie zauważył telebim, na
którym ze zdziwieniem rozpoznał kumpla, Wiktora Fortunę, reklamującego
swój poradnik Powiedz mi swoje marzenie, a ja pomogę ci je spełnić.
Łukasz gapił się na telebim dobrą chwilę, bo facet wyglądał jak jakiś
cholerny gwiazdor filmowy, był szczupły i przystojny, i o jakieś
dwadzieścia kilogramów młodszy niż kilka lat temu. Wysocki odebrał to
jak dobry znak. Jakby kumpel wyszedł mu na powitanie. Zadowolony
podbiegł do autobusu na rondzie. Ledwie zdążył, bo drzwi zaraz się za
nim zamknęły. Udało się. Przecisnął się w kierunku kierowcy.
- Dziękuję, że pan poczekał - uśmiechnął się, ściągnął bejsbolówkę,
przetarł dłonią łysą, opaloną głowę. Odetchnął. Z kolorowego, znoszonego
plecaka wyciągnął portfel. Zastukał w plastikową szybę.
- Panie kierowco, można u pana kupić bilet?
Autobus stanął na światłach i kierowca uchylił szybę.
- Można. A automat nieczynny?
- To automaty są w autobusach? Nie wiedziałem. Dawno mnie tu nie było.
Kierowca czekał na zmianę świateł i też gapił się na reklamę na
telebimie. Wiktor Fortuna błyskał z ekranu białymi zębami, był piękny i nierealny, a za nim na ekranie migotała jak obietnica spełnienia
panorama Warszawy. Światła na rondzie się zmieniały, ale kierowca nie
reagował, wciąż z kamienną twarzą patrzył na telebim.
- Zielone!
- Dlaczego nie ruszamy?
- E! Ludziom się spieszy!
Łukasz Wysocki ponownie zastukał w szybę.
- Proszę pana... - zdążył powiedzieć i zauważył, że głowa kierowcy osunęła
się na bok. Wyglądał, jakby zasnął. - Jasna cholera! Jest tu lekarz?
Karetka przyjechała dość szybko. Sanitariusz pochwalił Wysockiego, że
położył kierowcę płasko na podłodze, rozpiął mu koszulę i ochładzał
twarz wodą.
- Wyjdzie z tego? Mogłem zrobić coś więcej?
- To pana znajomy? - spytał chudy i wysoki lekarz.
- Nie, ale chcę wiedzieć.
- To nie pana wina.
- Wiem, że nie moja. Ale czy z tego wyjdzie?
No i dobry humor na dobry początek szlag trafił. Łukasz Wysocki patrzył
za odjeżdżającą na sygnale karetką i wściekał się na samego siebie.
Znowu nie wiedział, co robić. Od sześciu lat podróżował, zmieniając
kraje, knajpy i dziewczyny, i było mu z tym dobrze. Miał bardzo klarowny
plan na życie: łączyć przyjemne z pożytecznym. Pewnie dalej by się tak
włóczył, gdyby Juanita nie namówiła go, żeby pojechał z nią do małej
wioski na południu Meksyku, w której wychowała się jej matka. Juanita
zamierzała zasięgnąć porady czy wróżby u starego Indianina szamana.
Chciała wiedzieć, którego ze swoich kochanków powinna wybrać na męża, z którym z nich będzie szczęśliwsza i ile będzie miała dzieci. Łukasz nie
bardzo miał ochotę na folklor, ale Juanita zapewniała go, że to okazja i nie pożałuje. W końcu zgodził się bardziej dla żartu i pojechał. Był
tylko neutralną osobą towarzyszącą. Z Juanitą od dawna nic go nie
łączyło poza tym, że była mu winna trochę kasy, no i się lubili.
- Nie, nie... - kręcił głową, kiedy szaman chciał zobaczyć jego dłoń. - Ja
nie chcę wróżby.
Czarownik był przeraźliwie chudy, miał pomarszczoną twarz stulatka,
długie siwe włosy zaplecione w cienki warkocz i przenikliwe oczy. Mówił
niewyraźnie. Mimo upału miał na sobie wełniane, kolorowe ponczo. Palił
fajkę.
- ?Paseando? - szaman wskazał na Łukasza. - ?Esta dando un paseo o viajando?
- Chce wiedzieć, czy spacerujesz, czy podróżujesz - przetłumaczyła
Juanita, bo Łukasz słabo szamana rozumiał.
- A jaka to różnica? - Wzruszył ramionami.
Szaman zaczął się poruszać powoli, miarowo, jakby w tańcu.
- Spacer to tylko rytm, nie ma celu - tłumaczyła Juanita. - Wystarczy,
że się ruszasz. Jeśli znasz swój cel, to znaczy, że podróżujesz. No
więc? Szaman chce wiedzieć, co robisz ze swoim życiem?
- To chyba moja sprawa - burknął po hiszpańsku Wysocki, ale starzec stał
i świdrował go wzrokiem, w końcu pokiwał palcem.
- Demasiado sexo!
- Za dużo seksu - przetłumaczyła Juanita, chociaż Łukasz akurat to
świetnie zrozumiał i lekko się wkurzył na stuletniego dziadka, bo nie
przypominał sobie, żeby dał mu pozwolenie na ocenianie swojego życia.
Szaman kręcił głową. W chacie było gorąco. Wiatrak pod sufitem obracał
się niespiesznie, tak jakby powietrze było zbyt gęste. Wielkie, leniwe
muchy tłukły się o szyby uchylonych okien. Łukasz czuł na plecach wilgoć
koszuli, a w ustach pył pustyni, i już miał wyjść, kiedy szaman spytał,
czy chce zioło na wróżbę. Złość na szamana minęła niemal natychmiast,
Łukasz się ożywił i zainteresował. Dostali zioło i nalewkę, która miała
podejrzanie ciemny kolor. Zapłacili jak za pierwszorzędny towar. Później
zatrzymali się w obskurnym hotelu, a szaman obiecał, że będzie do nich
zaglądał, bo mogą wymiotować swoimi demonami. Wysocki pomyślał, że albo
szaman zażartował, albo on go źle zrozumiał. Słońce jak ogromna
pomarańcza zachodziło na czerwono, kiedy z Juanitą na spółkę najpierw
wypili ciemną nalewkę (była słodka i mocna), a potem zapalili zioło.
Córka szamana przyniosła ciepłe placki kukurydziane i ostry sos chilli.
Jedząc, chichotali i mieli fantastyczną zabawę. Zaczęli nawet narzekać,
że zioło nie działa, ale po chwili... jak ich nie łupnie! Łukasz
katapultował się z obskurnego pokoju hotelowego prosto w gwiazdy i coś
skręciło mu serce i żołądek. Wystraszył się, że umiera, że nikt nie
będzie go szukał, zaczął histeryzować, że kosmos jest zimny, a ludzie są
zbyt mali i słabi, żeby go ogrzać. Wymiotował demonami do świtu, a szaman, który jak obiecał, zjawiał się raz po raz, kiwał spokojnie
głową, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jeszcze wtedy Łukasz nie miał
ochoty go zabić, jeszcze wtedy miał wrażenie, że wyjdzie z tego bez
szwanku, ale nad ranem szaman powiedział coś, czego Łukasz nie chciał
pamiętać, ale pamiętał, coś, w co nie chciał uwierzyć, ale uwierzył. Dwa
tygodnie później kupił bilet powrotny do Warszawy.
4. Kolorowanka z wiewiórkami
4.
Kolorowanka z wiewiórkami
Kilka godzin przed wydarzeniami na rondzie Pola Kukułka zaparkowała
pandę pod poradnią rodzinną i kiedy dzieci wysypały się z samochodu,
uświadomiła sobie, że nie prezentują się najlepiej. Pięcioletnia Misia
wyglądała jak z popowego przedstawienia o Królewnie Śnieżce w wersji
glam rock - miała spódnicę podbitą tiulem, pomalowane trampki i mnóstwo
jarmarcznych bransoletek. Zosia włożyła, jak co dzień, wielki zielony
sweter, brązowe getry i zielone kalosze, czyli znowu przebrała się za
drzewo. Mateusz miał swoją ulubioną bluzę, ale spodnie były już na niego
za krótkie i nogawki powiewały radośnie nad skarpetkami. Pola pomyślała
ze wstydem, że nie zauważyła, jak przez lato wyrósł. Czego jeszcze nie
zauważyła? Co przeoczyła? Wiedziała, że jest na świecie taki rodzaj
matek, które mają wszystko posegregowane: i podkoszulki w szafach, i śmieci, i każdą rzecz mają przemyślaną, na przykład pudełka do szkoły z drugim śniadaniem. Dietę zrównoważoną mają w małym palcu i dlatego
wiedzą, co z czym się łączy, co nie. Tamte matki nie mówią w kółko "nie
mam pojęcia" albo "weź przestań" nie mówią. Tamte matki upominają
łagodnie "usiądź prosto" albo "nie krusz". Dzieci tamtych matek są
pewnie od rana uśmiechnięte, rumiane i na pewno nie muszą stwarzać
problemów wychowawczych, bo nie mają powodu.
- Posłuchajcie - Pola starała się zachować spokój. - W poradni muszą
sobie zanotować, że bardzo fajna z nas rodzinka, zrozumiano?
Kucnęła przed Zosią. Poprawiła jej pasek związujący wielki zielony
sweter, chwilę patrzyły sobie w oczy.
- Zośka, mam do ciebie wielką prośbę.
- Przeogromną? - wtrąciła Misia, ale Mateusz kuksańcem ją uciszył.
- Mogłabyś dzisiaj wyjątkowo odezwać się do tej pani w poradni?
Wystarczy jedno zdanie. Co?
Zosia patrzyła i milczała. Bardzo chciała pomóc, ale równocześnie
obawiała się, że Pola prosi ją o zbyt wiele. Pola objęła ten wielki
zielony, płochliwy sweter, żeby dodać mu odwagi, a sweter z Zosią w środku przytulił się do niej.
- Wystarczy, że się postarasz. A ty, Mateusz, powiedz, a najlepiej
obiecaj, że nie będzie więcej awantur.
Mateusz przewrócił oczami. Jakich znowu awantur?!
- Mamo, mamo, ja powiem, że weszłam w psią kupę i mam śmierdzące buty.
- Miśka, ty możesz mówić, co chcesz.
Ruszyli.
Psycholożki Alina Rudecka i Katarzyna Witkowska były rude i może dlatego
skojarzyły się Poli z wiewiórkami. Najpierw chciały porozmawiać z dziećmi.
- Ty masz na imię Zosia, tak? - pytała Witkowska.
Zosia kiwnęła głową, ale się nie odezwała.
- A ile masz lat?
- Zosia siedem, Misia pięć, a ja mam na imię Mateusz i mam dwanaście,
prawie trzynaście.
Rudecka i Witkowska spojrzały na Mateusza i uprzejmie wytłumaczyły, że
chciałyby porozmawiać z Zosią.
- Zosiu, słyszałyśmy, że nie chodzisz do szkoły.
Cisza.
- Nie lubisz szkoły?
- Jest jakiś konkretny powód?
- Nie bój się, tu możesz powiedzieć wszystko. Chcemy tylko wiedzieć, co
się dzieje.
- Możemy ci pomóc.
Cisza.
- Zośka nic nie powie - przerwała te pytania Misia.
- Dlaczego?
Misia pokręciła głową, wzdychając, że musi mówić rzeczy oczywiste.
- Zośka jest przecież drzewem.
Psycholożki dopiero teraz zauważyły i skojarzyły jej strój.
- Ach, no tak, zielony sweter, brązowe spodnie, jesteś bardzo ładnym
drzewem - skomentowały.
Potem zaczęły wypytywać, co Zosia najbardziej lubi w drzewach. Zielony
kolor liści, silne korzenie, a może to, że nie zmieniają się przez sto
lat? Zosia niestety milczała.
Potem przyszła kolej na rozmowę z Polą, bez dzieci.
- Logopeda, laryngolog, neurolog, psychiatra, dostała pani przecież
skierowania. - Pierwsza Wiewiórka miała ostry głos nauczycielki i wymalowane usta. Z takich ust słowa wypadają mocniejsze, każde jest
podkreślone, każde z wykrzyknikiem.
- Nie, nie mam wyników, bo nie zrobiłam tych badań. Zosia jest zupełnie
zdrowa - wyjaśniła Pola na jednym wydechu. Wiewiórki podniosły brwi.
- Czuje się pani kompetentna w tych wszystkich specjalnościach?
Pola nie wyczuła ironii.
- Zosia, lat siedem, od kilku miesięcy nie mówi, nie wiadomo dlaczego,
nie można wykluczyć częściowej utraty słuchu, a pani nie zrobiła dziecku
badań? To nie jest odpowiedzialne zachowanie opiekuna.
- Zosia milczy, bo póki co nie chce mówić.
Rudecka i Witkowska były zaskoczone pewnością w głosie Kukułki.
Powiedziała tak, jakby postawiła kropkę. Tak jakby zamknęła sprawę. To
nie mogło się im spodobać.
- A dlaczego nie chodzi do szkoły?
- Bo nie lubi szkoły.
Rudecka czuła, że jej zniecierpliwienie rośnie.
- Na razie nie lubi - sprecyzowała Kukułka - ale jej to przejdzie.
Uczymy się w domu. Czytamy codziennie. Liczymy gwiazdy na suficie.
Codziennie.
- Ma pani wykształcenie pedagogiczne? - Rudecka zapytała oczywiście
retorycznie, bo zerknęła w papiery Poli i wiedziała, że maturę zdała z poślizgiem.
Pola na wzmiankę o swoim wykształceniu zawsze traciła pewność siebie.
Znowu się wydało. Czuła się jak w podstawówce. Jeszcze nie przeczytałaś?
Inni już skończyli! Inni czytali, pisali, myśleli szybciej, ona musiała
mieć czas. W takich stresujących chwilach jak ta myśl zawsze jej
uciekała. Spojrzała na szafki w kolorze musztardy i zajęła się liczeniem
drobnych różyczek na błyszczącej okładce zeszytu na biurku. Zastanawiała
się, czy widać po niej, że wtedy się zgubiła i stała z zakupami, z torbami stała, i chciało jej się płakać, ale Mateusz na szczęście
pamiętał, że zaparkowała na minus dwa, jedenaście ef, chociaż Misia
myślała, że to był parasol, a nie motyl. Czy to po niej widać, że nie
wie, co powinno się dzieciom czytać albo co razem oglądać, żeby potem
porozmawiać i sprowokować pytania? Czy po niej widać, że nie ma pojęcia,
jak długo powinni spać, a ile przed telewizorem, żeby nie za długo?
- Zosia potrzebuje teraz spokoju, nie nowych wyzwań - wyjąkała wreszcie,
skubiąc nitkę w rękawie marynarki. Marynarkę Pola pozszywała z pięciu
innych marynarek. Przeróbki to był jej żywioł. Adam żartował często, że
Pola jest jak kolorowanka dziecięca wychodząca kolorami poza linie,
niemieszcząca się w ramach. Ten jej styl, patchworkowe ciuchy hand
made, do tego dziurawe dżinsy i trampki. To też na pewno widać, że
wcale nie jest przemyślane ani dobrane, że to żaden hipsterski dizajn,
tylko ona tak się po prostu ubiera. A to co innego.
Witkowska zerknęła na zegarek, westchnęła.
- Pani Kukułko, pani Kukułka... - bąkała, bo nie wiedziała, jak odmienić
nazwisko Poli - nikt nie chce zrobić krzywdy pani ani tym bardziej
dzieciom, ale jeśli dojdziemy do wniosku, że nie mają odpowiedniej
opieki, będziemy zmuszone poszukać innego rozwiązania.
Pola powtarzała w myślach, że panie będą zmuszone, że one się obawiają,
i że sama pani rozumie, one muszą być pewne i jeszcze, że takie jest ich
zadanie. Potem padło to pytanie o mężczyznę w jej życiu, które Polę
ogłuszyło.
- Naszym obowiązkiem jest diagnoza sytuacji. Złożyła pani papiery o adopcję, ale na razie nie ma pani praw do opieki nad nieletnimi swojego
zmarłego konkubenta Adama Jabłońskiego, czyli Zofią Jabłońską, lat
siedem, i Mateuszem Jabłońskim, lat dwanaście.
Pola chciała powiedzieć, że nie może być dla nich zbyt surowa. Jeszcze
nie teraz. Chciała im wytłumaczyć, ale milczała, bo liczyła oddechy,
powtarzała sobie w duchu, że nie wolno jej się zdenerwować. W chwilach
zdenerwowania działy się z nią dziwne rzeczy. Czasami ją zmrażało i nie
mogła się ruszyć, a innym razem dostawała ataku śmiechu. Pola Kukułka w wieku sześciu lat wypadła z karuzeli. Na pół dnia straciła przytomność,
a kiedy odzyskała ją w szpitalu, przez jakiś czas trudno było się z nią
porozumieć. Lekarze milczeli i wymieniali między sobą zatroskane
spojrzenia. Nie wyglądało to dobrze. Na szczęście po kilku dniach Pola
doszła do siebie, ale od tamtej pory w chwilach silnego stresu
zachowywała się czasem nieadekwatnie do sytuacji.
Dzieci czekały na nią na korytarzu.
- Zanotowały, że fajna z nas rodzinka? - spytała Misia.
- Co powiedziały? - Mateusz był poważny.
Pola kucnęła przed Zosią.
- Zocha, to nie jest twoja wina, słyszysz?
Dziewczynka kiwnęła głową, ale rozpacz w jej oczach świadczyła o tym, że
wie, iż zawaliła. Pola poczuła przypływ odwagi.
- Mateusz, weź dziewczyny, poczekajcie na mnie przy samochodzie, zaraz
do was przyjdę.
Krążyła po korytarzu i zastanawiała się, co powie, chciała wygarnąć
Wiewiórkom, że one nie mają pojęcia. Bo nie mają pojęcia, jak bardzo im
jest ciężko. Że przy śniadaniu nie rozmawiają tak jak inne rodziny o dżemie i grzankach, tylko rozmawiają o śmierci albo o duszy. Tak!
Zastanawiają się na przykład, pijąc rano kakao, czy po śmierci wszystko
się pamięta, a jeśli nie, to od czego to zależy, albo czy można wysłać
TAM jakąś wiadomość, ale taką za potwierdzeniem odbioru, bo inaczej skąd
pewność, że doszła? Powie Wiewiórkom, że pewnie kiedyś ona i dzieci
PRZYZWYCZAJĄ SIĘ i będą porządną kolorowanką, wpasowaną w ramy i żaden
kolor nie będzie wychodził poza linie, ale na razie jest na to za
wcześnie.
Kiedy jednak Kukułka doszła do pokoju psycholożek, zawahała się. Drzwi
były uchylone i usłyszała ich rozmowę.
- Może jest cwana, bierze na nie rentę i siedzi sobie w wielkim
mieszkaniu. Nie wiadomo, co tam się dzieje. Fakty są takie - jedno z dzieci nie mówi i nie chodzi do szkoły, a dwunastoletni chłopak ma
niekontrolowane napady szału.
- Co proponujesz?
- Ona sama jest ledwie rozgarnięta, a ta trójka dzieciaków ją przerosła.
Ktoś powinien jej w tym pomóc.
- Facet?
Śmiech.
- Żebyś wiedziała... tylko że porządni faceci nie występują w naturze.
Znowu śmiech.
- Powinna sobie znaleźć jakiegoś, inaczej...
- Dajmy jej czas, na przykład do następnej wizyty, potem zobaczymy.
- No dobra. Pójdziemy coś zjeść?
Pola, spłoszona, odskoczyła od drzwi i wybiegła z budynku. Na parkingu
jednak zwolniła. Widziała już z daleka trzy pary oczu wpatrzone w nią z niemym pytaniem. Poczuła, że Wiewiórki mają rację. Przystanęła. Lęk w gardle potwierdzał tylko to, co Kukułka od dawna podejrzewała, że mimo
najlepszych chęci może sobie nie poradzić. Wiedziała, że dzieci
zasługują na lepszą opiekę. Adam był lekarzem, w jej oczach był krynicą
mądrości, tak samo matka dzieci, Julia, studiowała, czytała i pisała, a ona? Co ona mogła im dać? Całymi dniami szyła, nie miała specjalnych
zainteresowań, nie znała się na muzyce, literaturze. Nauki ścisłe? Wolne
żarty! Ledwie opanowała komputer, nie miała zbyt wielu przyjaciół, nic
nie wiedziała o świecie. Teraz dzieci były jeszcze małe, opowiadała im
bajki, ale lada chwila będą chciały wiedzieć coś więcej. Co im powie?
Głowa zaczęła jej pulsować. Zastanawiała się w panice, czy ma w torbie
ibuprom albo choćby pół. Kiedy wsiadła do samochodu, starała się
pokazać, że wszystko jest w porządku, ale czuła, że w tym towarzystwie
nikt nie da się nabrać na jej sztuczny uśmiech.
- Wiecie co? Nie będziemy się przejmować. Zarządzam luz na pokładzie -
mruknęła.
Nikt nie zareagował. W pełnej napięcia ciszy dojechali do ronda.