Ludzie nie znają podstawowych zasad higieny
Zasada jest jedna, prosta i niezmienna od lat: wirusy, bakterie i inne drobnoustroje, które jedynie pragną naszej krzywdy, nie mają nóg, WIĘC NIE CHODZĄ! Nigdy nie zdarzy się sytuacja, że leżysz sobie kulturalnie w domu na tapczanie z browarem w ręku przed telewizorkiem i nagle ŁUP! infekcja, bo przez szczelinę w drzwiach wpadł wirus do mieszkania. Bardziej prawdopodobne jest, że sąsiad, który wcześniej szedł klatką schodową, nie kasłał w zgięcie łokciowe, jak to Bozia przykazała, a w brudne łapsko, które później położył na poręczy. Ty z kolei taszcząc do domu torbę ze wspomnianymi wcześniej browarkami, również dotknąłeś tej poręczy i nie myjąc rąk po powrocie do domu, rozrzuciłeś wirusy po swoim mieszkaniu niczym dziewczynka kwiatki na procesji w Boże Ciało.
Ludzie nie myją rąk. Jeśli na świecie jest coś, za co miałabym pozwolić sobie uciąć prawą rękę, to byłoby właśnie to. W mojej poradni mam to nieocenione szczęście, że toaleta jest całkiem niedaleko mojego gabinetu. Nie trudno jest poznać, kiedy ktoś wychodzi z toalety bez umycia rąk. Jeśli słyszę spłuczkę, a dwie sekundy później wychodzi koleś, to nie trzeba być Herkulesem Poirot, żeby wydedukować, że za chwilę cała ta kolonia, którą miał na jajkach - albo i gorzej, będzie na klamkach, fotelach, długopisach i ogólnie wszędzie.
Pewnego luźniejszego dnia przeprowadziłam doświadczenie. Grupą badawczą byli dorośli: kobiety i mężczyźni w wieku pi razy oko 30-50 lat (średni przedział wiekowy pacjentów mojej poradni). Na 50 osób korzystających z toalety, aż 43, słownie: CZTERDZIEŚCI TRZY osoby nie umyły rąk po skorzystaniu z toalety. Za kryterium przyjęłam użycie spłuczki. Oznacza to, że tego dnia 86% pacjentów przychodni po skorzystaniu z toalety nie umyło rąk. To jest kurwa dramat! Oczywiście ten mój eksperyment nawet nie leżał obok prawdziwego doświadczenia i te wyniki można włożyć głęboko między bajki, bo może się okazać, że następnego dnia ręce umyło 100% respondentów. Lecz kto z nas nigdy nie miał do czynienia z brudnym pacjentem?
Kiedy pracowałam w szpitalnej izbie przyjęć, pacjentów brudnych o specyficznym zapachu było więcej niż czystych i pachnących. To rzecz raczej oczywista. Pobytu na izbie lub SOR-ze nie planuje się z kilkudniowym wyprzedzeniem. Pojawiasz się tam albo nagle przywieziony przez pogotowie i wtedy ciężko o szybki "szałerek", albo zgłaszasz się z takimi dolegliwościami, że jedyne o czym myślisz to leki i leżanka, a nie to czy przypadkiem nie śmierdzi ci spod pachy. To jest oczywiste, zrozumiałe i niepodważalne, ale jeśli ktoś czeka na kontrolną wizytę u kardiologa sześć miesięcy i przychodzi w pożółkłym, dziurawym podkoszulku i grudkami brudu między fałdkami, no to jednak chyba coś w systemie edukacji na którymś szczebelku zawiodło. Starszych pacjentów staram się usprawiedliwiać utrudnionym poruszaniem i brakiem sił witalnych, ale kiedy przez pięć dni przychodzi do mnie 35-latek na zastrzyki domięśniowe z witaminy B12 i codziennie zdejmuję mu plasterek po iniekcji z dnia poprzedniego, to z całym szacunkiem dla całego naszego systemu politycznego, ale to chyba nie polityka węglowa jest dla nas najważniejsza, a właśnie edukacja higieniczna...
Nie piszę tego po to, by pożalić się, jak ciężką mam pracę, bo muszę czasem pracować z brudnymi lub brzydko pachnącymi ludźmi. Nie obrzydzam się łatwo i dla mnie każdy pacjent może wyglądać jak Bill Turner z "Piratów z Karaibów", porośnięty mchem i glonami. Ja swój gabinet wywietrzę, zaleję spirytusem i będzie elegancko.
Musimy jednak, jako społeczeństwo zdać sobie sprawę z tego, że sytuacja epidemiologiczna, która ma teraz miejsce, nie jest dwumiesięcznym stanem przejściowym (WHO prognozuje trwanie pandemii na jeszcze około 2-3 lata) i to człowiek jest głównym wektorem przemieszczania się wirusa. COVID-19 nie przyleciał do nas chmurą razem z innymi wirusami z Chin i nie zaatakował setek bezbronnych ludzi z powietrza. To człowiek przyniósł go na dłoniach lub drogą kropelkową - kaszląc czy kichając.
Porady pielęgniarskie w POZ przypominają mi trochę lanie wody, które pamiętam z lekcji języka polskiego w szkole średniej. Brak możliwości zlecania podstawowej diagnostyki laboratoryjnej, ordynacji lub kontynuacji leków na receptę przy jednoczesnej konieczności zaopiekowania się pacjentem, zmusza pielęgniarki do stawania na głowie, aby pomóc tym pacjentom, którzy z różnych powodów nie mogą dostać się do lekarza (najczęściej jest to przepełniony grafik).
Na początku marca odbyłam grubo ponad setkę porad tylko w zakresie: "Co zrobić, żeby się tym koronaświrusem, he, he, he, nie zarazić?" i z każdą poradą moje zdziwienie rosło, jak niska jest świadomość społeczeństwa w temacie zasad higieny. Sama za bardzo nie wiedziałam, co tym ludziom radzić, procedury i zalecenia były albo bardzo lakoniczne, albo przeczyły sobie nawzajem. Dlatego porady w stylu "częste mycie i dezynfekcja dłoni" lub "dokładne mycie warzyw i owoców przed spożyciem" na początku wydawały mi się trochę prostackie, jednak jak się później okazało, niektórzy pacjenci wręcz notowali lub prosili o zalecenia pisemne, bo porada "mycie dłoni przez co najmniej 30 sekund" wymagała dogłębnego przestudiowania.
I taka oto rzecz prosta jak mycie rąk, która wydawać by się mogła jest podstawą w życiu dorosłego człowieka, zwłaszcza w aglomeracji miejskiej, stała się modą i przejawem nowoczesności nie tylko w prawdziwym życiu, ale i Internecie. Z początkiem marca media społecznościowe zalały zdjęcia, posty i filmiki o tym, jak ludzie myją i dezynfekują ręce. Każda, chcąca się liczyć, instagramowa gwiazdeczka koniecznie musiała mieć na swoim profilu minimum dwa posty: jak myje ręce i koniecznie fota w maseczce. Dobrze było mieć też selfie w 150-metrowym domu z hektarową działką z obowiązkowym komentarzem o trudach izolacji i uwięzieniu w domu.
Swoją drogą, kiedyś zapach alkoholu od kogoś w miejscu publicznym uznawany był za przejaw słabości a czasem nawet upadku, teraz jak od kogoś jedzie spirytem w autobusie, to patrzymy na niego z szacunkiem i czujemy się bezpiecznie. Ciekawe mamy te czasy.
Moja skrzynka odbiorcza z kolei, pękała w szwach od wiadomości od pielęgniarek, położnych, lekarzy czy ratowników ze zdjęciami z podpisami: "Nasze ręce krwawią od częstej dezynfekcji". No to nie ogarniam! Wcześniej przy kontaktach z pacjentami nie myliśmy i nie dezynfekowaliśmy rąk? Wcześniej nie używaliśmy rękawiczek? Moje dłonie od samego początku, odkąd zaczęłam przygodę, jeśli można to tak nazwać, z pielęgniarstwem przypominają Atacamę (dla niezorientowanych, *głosem Krystyny Czubówny*: "Atacama - pustynia mglista, jedno z najsuchszych miejsc na świecie. Leży w północnej części Chile między Kordylierą Nadbrzeżną a Kordylierą Zachodnią").
W moim przypadku nadejście epidemii nie zwiększyło zużycia płynów dezynfekujących w pracy, bo od zawsze stosowałam ich sporo, a jeśli ktoś zaczął intensywnie dbać o czystość rąk dopiero po pojawieniu się w telewizji żółtych pasków o panu Wiesławie, u którego po raz pierwszy w Polsce zdiagnozowano COVID-19, to rzeczywiście mogło to być traumatyczne przeżycie.
Oczywiście nie twierdzę, że jeśli będziemy myć i dezynfekować ręce, to na 100% nie zachorujemy i w ogóle będziemy nieśmiertelni, ale możliwe, że częstą dezynfekcją zniwelujemy szansę wsadzenia brudnych paluchów do ust. Sama się na tym łapię, że w kółko macam się po gębie i to jest niestety silniejsze ode mnie, ale walczę z tym właśnie poprzez częstą dezynfekcję dłoni. Swoją drogą, nigdy bym się nie spodziewała, że nadejdą takie czasy, kiedy więcej alkoholu będę wylewać na dłonie niż do ust, no ale skoro sytuacja tego wymaga, to jestem na takie poświęcenia gotowa.