ROZDZIAŁ 1
ALEC STEWART
dyrektor stajni (Der Stallmeister)
GODZ. 04.00 / LIPIEC 1944 ROKU
Siedemdziesięciotrzyletni Alec Stewart przebudził się w środku nocy z krzykiem na ustach. Wydawało mu się, że znów jest w Fürstenstein (Książu) - miejscu, gdzie spędził całe dorosłe życie. We śnie wyraźnie słyszał bicie trzystuletniego zegara z zamkowej wieży, które zawsze wydawało mu się złowieszcze. Stawało się coraz mocniejsze, aż wszystko wkoło zaczęło wibrować. Gdy niespodziewanie nachalny dźwięk usłyszał tuż nad głową, zrozumiał, że to nie zegar, ale nadlatujące samoloty, które właśnie miały spuścić bomby na jego ukochany Książ. Teraz zdezorientowany siedział na łóżku i próbował zrozumieć, co się dzieje.
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że książański dzwon znajduje się setki kilometrów stąd. Drżącą ręką otarł pot z czoła. Był 1944 rok. Trzy lata wcześniej, uciekając przed wojną, która odebrała im dobre życie, jakie wiedli na Dolnym Śląsku, Alec z żoną znaleźli się w Hamburgu. Chcieli być jak najbliżej rodzinnych stron. Alec urodził się co prawda w szkockiej wsi Lasswade nad malowniczą rzeką North Esk pod Edynburgiem, ale jego żona Marie pochodziła z Schönningstedt koło Reinbek, pół godziny drogi od Hamburga. Wkrótce okazało się, że nie była to najszczęśliwsza decyzja.
W rewanżu za bombardowanie angielskich miast alianci zrzucali na portowy Hamburg tysiące bomb. Wielu mieszkańców dopiero teraz zrozumiało, czym jest wojna i jak kończy się dawanie władzy owładniętym wizjami szaleńcom[1]. Odgłosy syren i nadlatujących samolotów budziły paniczny lęk.
Stewart nerwowo wsłuchiwał się w odgłosy gęstej jeszcze nocy, ale docierał do niego tylko mocny oddech Marie pochrapującej na posłaniu obok. Zdał sobie sprawę, że czuje ból, bo jego ciało stężało w dziwnej pozycji. Jedną ręką ścisnął poręcz łóżka tak, że niemal odpłynęła mu z niej krew. Zwolnił uścisk, poczuł nieprzyjemne mrowienie i bezwład. W końcu złapał powietrze i niemal siłą wtłoczył je do płuc. Ostrożnie wymacał sprawną ręką marynarkę, wiszącą na krześle obok, i z bocznej kieszonki wyciągnął niewielki zegarek. W prześwicie zasłoniętego okna - czego bezwzględnie wymagano pod groźbą kar - zobaczył na cyferblacie, że wskazówki układają się na godzinę czwartą. Kolejny przebłysk światła podświetlił złotą obudowę zegarka i nieco już starty napis, z którego mężczyzna był zawsze tak dumny: "Mistrzowi stajennemu Alecowi Stewartowi w dniu 25. rocznicy służby. 12 lutego 1889-1914". Całość wieńczył herb i litery HH, które wiele dla niego znaczyły. Wzruszenie było tak silne, że próbując ukoić płacz, cicho zawył. Gdy zdołał opanować uniesienie, uśmiechnął się mimowolnie. Wrócił wspomnieniami do najlepszych lat swojego życia.
- Przecież je też przerwała wojna, a świat wrócił po niej jakoś na swoje tory - tłumaczył sobie.
Alec wierzył głęboko, że tym razem też się tak stanie. Trzeba tylko przetrwać szaleństwo, które zapanowało na świecie po dojściu Hitlera do władzy. Teraz chory, zagubiony między jawą a snem, nocą a dniem, setki kilometrów od domu, a jednak bliżej rodzinnej Szkocji niż wcześniej, próbował sobie przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło.
Mój Boże, miał zaledwie dziewiętnaście lat, gdy trafił na służbę do książąt von Pless na dalekim Śląsku. Od początku pracował w stajni i zajmował się książęcymi wierzchowcami.
Dobrze pamiętał wieczór, gdy ze swoją przyszłą pierwszą żoną i licznymi przyjaciółmi siedzieli przy kominku w malutkim kawalerskim pokoju, tuż przy zamkowych stajniach, i czytali doniesienia z gazet, które przysłała mu rodzina z Wielkiej Brytanii. W Londynie jego młody pan, książę Hans Heinrich XV z wielkiego rodu Hochbergów, wziął bowiem ślub z księżną Daisy - Angielką, w której żyłach płynęła też i szkocka, i irlandzka krew. Dopiero kilka miesięcy po ślubie książęca para miała w końcu przyjechać do Książa, by tu zamieszkać.
Tamtego dnia Alec także obudził się o czwartej, ale wtedy dosłownie wyskoczył z łóżka. Na dworze panowała ciemność, choć świt już czaił się za niedalekimi Górami Wałbrzyskimi. Było ciepło, jak to w lipcu na Śląsku. Wokół panowała niezmącona cisza. Bryła zamku leniwie wydobywała się z porannej mgły. Do Aleca Stewarta należało przygotowanie powozu, który miał odebrać nowożeńców ze stacji w pobliskim Freiburgu (Świebodzicach). Musiał się spieszyć. Książęta jechali prosto z Pless (Pszczyny), z posiadłości ojca - księcia Hansa Heinricha XI. W całych Prusach powszechnie wiedziano, że do ojca księcia należało blisko sto majątków ziemskich o powierzchni pięćdziesięciu tysięcy hektarów. Więcej miał tylko sam cesarz niemiecki. Zamek Książ pozostawał własnością Hochbergów od niemal czterystu lat. Stary książę, jak go tu nazywano, ofiarował posiadłość młodej parze na ich siedzibę. Bardzo cieszyło to całą służbę dworską, bo do tej pory rodzina rezydowała tu tylko kilka miesięcy w roku. Teraz mieli mieć swoich książąt na własność i podskórnie czuli, że dobrze to im wróży.
Choć od tamtego poranka minęło pół wieku, Alec nadal uśmiechał się na jego wspomnienie, a w nozdrzach czuł zapach wilgotnej słomy, która szeleściła mu pod nogami, gdy sposobił do jazdy książęce wierzchowce. Nawet one były wyjątkowo przychylnie usposobione, więc wszystko szło po jego myśli. Zadowolony nucił pod nosem Heil dir im Siegerkranz[2], swoją ulubioną niemiecką pieśń, choć niemiłosiernie kaleczył jej słowa, bo jako Szkot wciąż niespecjalnie palił się do nauki języka niemieckiego. Koniom to jednak w żaden sposób nie przeszkadzało. Pieśń miała jedną zaletę: śpiewano ją na tę samą melodię, co brytyjski hymn God Save the King[3].
Alec nie czuł zmęczenia, choć dzień wcześniej służba zamkowa poszła spać bardzo późno. Od kilku tygodni w ferworze przygotowań w kółko i w kółko mówiło się tylko o młodej parze. O tym, jaka jest młodziutka Daisy - Stokrotka. Zastanawiano się, czy w Książu na pewno będzie się jej podobało. Do znudzenia rozważano okoliczności, w jakich poznała się z księciem Hansem Heinrichem, i omawiano szczegóły ich podróży poślubnej do Paryża i Egiptu. W przeddzień przyjazdu młodej pary w ogromnych emocjach kolejny raz ścisnęli się wokół stołu w niewielkim pokoju Aleca, a ten do późnej nocy czytał, co napisali o ślubie księcia dziennikarze z angielskiego "The Times", który na zamek był regularnie dostarczany. W pokoju było ciasno i duszno, ale nikomu to nie przeszkadzało.
- Cicho, cicho! Słuchamy! - zawołała oblana rumieńcem z ekscytacji Edith Annie Wiliams, uciszając przystojnego kamerdynera Josefa Lindenau, który opowiadał coś na boku Heinrichowi Newetzkatowi z miejscowej poczty. Równo co do dnia pięć lat po ślubie Daisy i Hansa Heinricha w Londynie Edith Annie została pierwszą żoną Aleca. Na razie jednak dodała ciszej w jego stronę, ośmielając go: - Czytaj, czytaj, Alec!
Ten odchrząknął, wyprostował się na krześle, odsunął scenicznie gazetę na odległość i, speszony nagle skupioną na sobie uwagą, zaczął niepewnym głosem tłumaczyć treść artykułu Ślub w wyższych sferach. Nie zdążył jednak przejść dalej, bo od razu przerwały mu brawa i okrzyki aprobaty. Poczuł się pewniej, czytał więc nieco głośniej:
- 9 grudnia 1891 roku. Londyn, 8 grudnia. - Tu wymownie popatrzył znad gazety na młodziutką Edith Annie, a ta uśmiechnęła się lekko i jeszcze bardziej zarumieniła. - Panna Maria Teresa Cornwallis-West, starsza córka pułkownika Cornwallisa-Westa, członka parlamentu, pana na Zamku Ruthin, i pani Cornwallis-West, ozdoby towarzystwa, poślubiła dziś w historycznym Kościele Świętej Małgorzaty Westminsterskiej księcia Hansa Heinricha von Pless, barona na Książu. W kościele zgromadziło się wykwintne towarzystwo składające się z rodzin i przyjaciół młodej pary. Do najbardziej prominentnych gości należeli: książę i księżna Walii, książę i księżna von Sachsen-Weimar, książę Haaaanssss Heeeeinnnnriiiiich XI Pszczyński - tu zrobił pauzę i odczekał, aż oznaki uznania ucichną - ojciec pana młodego, hrabia Deym, markiz i markiza Headfort, hrabia Hochberg, lord Sackville i wszyscy członkowie korpusu dyplomatycznego w Londynie, z udziałem pana Henry'ego White'a, sekretarza legacji amerykańskiej[4].
I choć wszyscy w pokoju już na pamięć znali znamienitych gości, którzy uświetnili zaślubiny książańskiej młodej pary, to za każdym razem, gdy Alec Stewart wyczytywał ich nazwiska, niemal każde literując, w pokoju słychać było szmery autentycznego podekscytowania. I jak zawsze przy imieniu starego księcia Hansa Heinricha XI rozlegały się gromkie brawa.
Najwięcej emocji wciąż budził jednak opis sukni ślubnej księżniczki Daisy. Panie słuchały z wypiekami na twarzy, gdy Alec niezgrabnie tłumaczył na niemiecki słowa o białej satynie wykończonej jedwabiem, belgijskim tiulem oraz kwiatami świeżej pomarańczy, nieznanymi w trudnym klimacie wschodnich Niemiec. Wyobrażały sobie, jak cudnie musiała wyglądać suknia uszyta przez mistrzów krawieckich z dalekich krajów, w klasycznym stylu późnej epoki wiktoriańskiej, w której żyły ich babki, a wykończona halką haftowaną ręcznie srebrną nicią. Najpiękniejszy musiał być długi na cztery i pół metra brokatowy tren, podtrzymywany na ramieniu przez srebrny kołnierz i wykończony podszewką z białej satyny. Już samo określenie "biała satyna" brzmiało wykwintnie w uszach hochbergowskiej służby i powodowało tęskne westchnienia za fascynującym i pięknym światem.
Zimowa aura zaślubin sprawiała, że księżna miała na sobie też płaszcz, który idealnie zlewał się z tiulem, a drobne, delikatne kwiaty pomarańczy wyglądały na jego tle jak płatki śniegu. Całość przykrywał welon z tiulu pokryty srebrnymi blaszkami - migającymi, gdy tylko padał na nie najdrobniejszy promień światła. W mocnym grudniowym słońcu Daisy musiała po prostu błyszczeć.
- Brokat, z którego uszyto tren, zaprojektowano i utkano w jednym z przodujących salonów w Lyonie, specjalnie na ślubną suknię panny West - dukał dalej. Teraz Alec sam dał się ponieść wzruszeniu, bo wyobraził sobie, jak w sukni ślubnej będzie wyglądała jego słodka Edith Annie, gdy tylko przyjdzie ich czas i dostaną zgodę księcia na ślub i założenie rodziny. - Zwieńczeniem stroju panny młodej była diamentowa korona, prezent od pana młodego, oraz broszka i diamentowy pióropusz przymocowany do welonu...
Jego słowa znów utonęły w morzu braw i zachwytów zebranych wokół stołu służących, którzy podziwiali gest swego pana. Gdyby o satynowej sukni, belgijskim tiulu, srebrnych niciach i kwiatach pomarańczy czytać mieszkającym w okolicy ubogim Ślązakom, brzmiałoby to jak smutny żart z ich losu. Sercem ich trudnego życia były należące do starego księcia kopalnie węgla kamiennego, z dymiącymi kominami i ciemnymi, dusznymi podziemnymi korytarzami. Jednak dwór Hochbergów nie był taki jak jego otoczenie. Na książańskim dworze wszyscy chłonęli słowa Aleca Stewarta o przyjęciu ślubnym przy słynnym Portman Square w Londynie, które odbyło się bezpośrednio po ceremonii, i o miesiącu miodowym, który para miała spędzić w Paryżu i na Riwierze. "The Times" szczegółowo opisał też strój podróżny księżnej, który składał się z sukni wykonanej z rosyjskiego zielonego aksamitu. Jej spódnicę wykończono egipskim haftem o jaśniejszym odcieniu, oddzielonym od krawędzi sukni futerkiem z wydry. Z przodu umieszczono oryginalne, emaliowane guziki. Podobnie ozdobiona była też góra sukni i rękawy. Na to księżna założyła aksamitny, długi płaszcz w stylu Ludwika XVI.
W artykule niewiele napisano co prawda o samym księciu, ale jego służba i tak każde słowo witała z entuzjazmem.
- Książę Hans Heinrich Pszczyński ma trzydzieści lat, jest najstarszym z trzech synów księcia Hansa Heinricha XI Pszczyńskiego, śląskiego magnata i senatora w niemieckim parlamencie - czytał Alec, kiwając z uznaniem głową, podobnie jak wszyscy panowie w pokoju. Dalej było i o tym, że jest kapitanem w pułku cesarskich huzarów, że był attaché w Paryżu, a następnie sekretarzem ambasady niemieckiej w Londynie, że tymczasowo wycofał się ze służby dyplomatycznej na rzecz cesarstwa i że będzie teraz dzielił czas między Zamek Książ podarowany mu przez ojca a Anglię.
Ostatnie słowa Aleca po raz kolejny rozpłynęły się wśród braw i wybuchu entuzjazmu słuchaczy. O Książu mówiono i pisano teraz za sprawą małżeństwa ich pana na całym świecie.
Ktoś wyciągnął wielki album, do którego wklejano wycinki opisujące westminsterski ślub sprzed siedmiu miesięcy, więc znowu zaczęli go przeglądać. Z uwagą analizowali zwłaszcza rysunki z "The Daily Graphic", które wykonano podczas ceremonii zaślubin. Z jakiegoś powodu Daisy wydawała się na nich przygnębiona i smutna, ale skłonni byli winić za to raczej rysownika niż faktyczny stan młodej księżnej, która ich zdaniem musiała być najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Nikt nie zastanawiał się specjalnie nad tym, że książę Hans Heinrich był o dwanaście lat starszy od osiemnastoletniej Daisy i niekoniecznie musiało to zwiastować pomyślność ich małżeństwa, zwłaszcza w trudnych czasach, które miały nadejść. Może i dobrze, że nie wiedzieli, iż zaledwie dzień po ślubie ta młoda dziewczyna już płakała. Powód był banalny. Tyłem do przodu założyła swój piękny strój podróżny, który tak szczegółowo opisał "The Times". Hansa Heinricha jednak tak to zirytowało, że w uniesieniu zbeształ ją przy całej rodzinie. Daisy jechała więc na miesiąc miodowy trawiona żalem, upokorzeniem i lękiem przed nieznanym[5].
Historia miłości Daisy i Hansa Heinricha, którego nieco później zaczęła nazywać Tommym, nie do końca była bowiem jak z bajki, w co święcie wierzyli Alec Stewart, jego przyszła żona Edith Annie i cała książańska służba. Jej matka Mary Adelaide z domu FitzPatrick, zwana Patsy[6], postanowiła wydać Daisy za mąż, gdy tylko w 1891 roku ta osiągnęła dojrzały wiek. Już po swoim pierwszym, kwietniowym balu młodziutka dziewczyna została uznana za najpiękniejszą debiutantkę londyńskiego sezonu towarzyskiego. Zwróciła więc w sposób naturalny uwagę niemieckiego dyplomaty w średnim wieku, który na angielskich salonach szukał żony.
Pierwszy raz mieli razem zatańczyć w lipcu tego samego roku na balu maskowym urządzonym przez zasiadającego w Izbie Lordów hrabiego Henry'ego Foxa-Strangwaysa w jego XVII-wiecznym Pałacu Holland House w londyńskiej dzielnicy Kensington. To wtedy książę miał zapałać miłością do młodziutkiej Daisy i się jej oświadczyć, co oczywiście poprzedziła rozmowa z jej ojcem, o dziwo mniej przychylnym tej transakcji. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości, bo oświadczyny spadkobiercy jednej z największych fortun w Niemczech i Europie były dla zubożałych Cornwallisów-Westów nader pożądane. Daisy nie protestowała. W pamiętnikach zapisała, że nie kochała swojego przyszłego męża, ale do zamążpójścia przekonały ją obiecywany splendor, bogactwo i jego zapewnienia o dobrym życiu, które będą wspólnie wiedli. Nie bez znaczenia była zapewne też chęć spełnienia woli matki - pięknej i próżnej Patsy, dla której status społeczny był ważniejszy niż szczęście córki. Zaledwie siedemnaście dni po balu u hrabiego poinformowano o zaręczynach pary, a na 8 grudnia wyznaczono datę ich ślubu. Związek od początku wzbudzał wielkie emocje. Przed kościołem zebrały się tłumy gapiów ryczące "God Pless You", nawiązując do nazwiska, które przyjmowała Daisy[7], a uroczystości relacjonowała prasa zwabiona możliwością podpatrzenia bogatej europejskiej arystokracji. Opisywano dosłownie wszystko, co się tego dnia działo, łącznie ze szczegółowym wyglądem tortu, który przygotowała firma ze stołecznego Cardiff.
Bogactwo i przepych uroczystości nie zmieniły faktu, że młodziutka Daisy, pochodząca z rodziny w trudnej sytuacji materialnej, której nie stać było nawet na posag dla niej, nie była najlepszą partią dla niemieckiego arystokraty. Wątpliwości ogarnęły osiemnastolatkę już w dniu ślubu. Było jednak za późno.
Dziewczyna nie znała przeszłości Hansa Heinricha i nie wiedziała, że miał już za sobą pierwsze przygody miłosne na angielskich salonach, wieńczone zaręczynami. Nie było to zresztą dziwne, bo jako stosunkowo młody i nieprzyzwoicie bogaty kawaler musiał zwracać uwagę kobiet. Może nawet nie tyle panien na wydaniu, ile ich matek. W 1890 roku, a więc zaledwie rok przed poznaniem Daisy, na ślubie syna swojego zwierzchnika, ambasadora Niemiec w Wielkiej Brytanii, księcia Georga Herberta von Münstera, Hans Heinrich poznał Amerykankę Bessie Woodford z Baltimore i wkrótce się z nią zaręczył. Przez lata miał być też zakochany w Adele Grant, późniejszej hrabinie Essex, która słynęła z urody i skóry w kolorze magnolii. Na drodze do zaślubin stanął jednak niewątpliwie jej skromny rodowód. Była przecież zaledwie wnuczką i córką szefów firmy Grant Locomotive Works, produkującej lokomotywy w Stanach Zjednoczonych. Daisy miała w tym względzie nad nią niewątpliwą przewagę. Choć jej rodzina zubożała, po mieczu była w stanie wywieść swoją linię od króla Anglii Henryka III, a po kądzieli - od celtyckich władców, którzy - jak później sama mówiła - "rządzili Brytanią, kiedy książęta niemieccy byli jeszcze rycerzami-rabusiami". I to zapewne zdecydowało ostatecznie o jej poślubieniu przez niemieckiego Prinza już w kolejnym londyńskim sezonie towarzyskim. Zanim doszło do zaślubin, jeszcze w czerwcu Hans Heinrich starał się o rękę księżniczki Marii von Teck[8], ale ta ostatecznie wyszła za wnuka królowej Wiktorii - księcia Jerzego. Akurat o tym nieudanym mariażu młodziutka Daisy musiała już słyszeć, skoro poznali się zaledwie miesiąc później. I niekoniecznie była zadowolona, będąc drugim wyborem niemieckiego arystokraty. To jednak po ślubie mogło się zacierać proporcjonalnie do hojności męża, która nie była mała. Podczas podróży poślubnej w Paryżu Tommy zabierał młodą żonę do najlepszych projektantów mody. Kupił jej też słynny później naszyjnik, mierzący sześć metrów i siedemdziesiąt centymetrów długości i składający się ze starannie wybranych pereł o idealnym kształcie. Miał kosztować fortunę: trzy i pół miliona Reichsmarek. Daisy bardzo go lubiła - być może kojarzył jej się ze szczęśliwym okresem życia. Miała go na sobie, gdy kilka lat później pozowała do zdjęcia jednej z najlepszych brytyjskich fotografek - słynnej sufrażystki Rity Martin. Młodsza od Daisy zaledwie o dwa lata, tak jak ona miała w sobie irlandzką krew. Na jednym z jej zdjęć perły tworzą podwójną pętlę na szyi, otaczają księżną w pasie, a następnie swobodnie spływają niemal aż do ziemi[9]. Jak łzy.
Ale w lipcowy ranek 1892 roku na Zamku Książ świat był poukładany od linijki: tu książę był wielkim księciem, Daisy - jego piękną żoną, a ich miłość wydawała się tak oczywista jak to, że przełomy płynącej poniżej zamku Pełcznicy zamarzną zimą. Alec Stewart kończył więc spokojnie przygotowywać do wyjazdu na stację najwystawniejszą karocę, jaka znajdowała się w powozowni książęcej. Konie, czarne jak smoła, były już nakarmione, wyczyszczone i rozgrzane, a stajenni chłopcy pod jego czujnym okiem kończyli je zaprzęgać. Po stadninie kręciła się też młodziutka służąca Elfriede Gottwald, podobnie jak Alec mieszkająca w budynku koniuszego. Nie można było sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienia. Wokół zamku również już zaczął się ruch. Z okolicznych miejscowości zjeżdżały delegacje powitalne. Alec radośnie przyjął fakt, że w jego stronę zmierzają strojni forysie, którzy zgodnie ze zwyczajem mieli jechać na przedzie, i Jäger - łowczy[10], tradycyjnie zajmujący miejsca z tyłu, ze swoimi pełnymi srebra liberiami i widocznymi z daleka pióropuszami. Książę Hans Heinrich na pewno będzie z niego zadowolony.
Tuż obok szykowano drugi, dużo mniej wystawny powóz, którym na stację w Świebodzicach mieli się udać on i przedstawiciel dworu. Poszedł więc spokojnym krokiem do swojego pokoju, by przebrać się w czarny, elegancki strój, który naszykowała mu już kilka dni temu Edith Annie. W ciasnym pokoju z namaszczeniem zakładał na nieskazitelnie białą koszulę idealnie czarną kamizelkę i nowy surdut. Kupił go z własnych oszczędności w domu towarowym w Waldenburgu (Wałbrzychu). Książę zapewniał mu ubranie służbowe, ale tego jednego dnia pozwolił sobie na cywilny strój. Pod szyją umieścił ciemną krawatkę i spiął ją szpilką. Do ręki wziął rękawiczki, laskę i wysoki cylinder.
Gdy wrócił do stajni, na miejscu był już Georg Freytag, który niemal biegł z zamku, obawiając się spóźnienia, i ciągle jeszcze lekko dyszał, gdy się witali. Był tak zdenerwowany, że Alecowi zdawało się, iż zaraz padnie bez tchu przed budynkiem stajennym i zamiast jechać na stację, będą musieli go cucić. Na szczęście bez sensacji zajął miejsce w powozie. Alec spojrzał na zegarek i pomyślał, że najwyższy czas wyjeżdżać. Wiedział, że po drodze będą mijali tłumy mieszkańców, którzy mimo wczesnej pory gromadzili się tu, by zobaczyć swoją nową księżną. Widocznie jej sława z Anglii przyjechała też na Śląsk. Alec widział, jak z budynku przy stajniach niespiesznie wychodzi urzędnik Mark Räbsch. Pewno liczył, że uda mu się w tym tłumie znaleźć dobre miejsce do obserwacji. On nie musiał się tym martwić - był w centrum wydarzeń dzięki misji, którą wypełniał.
To, co się działo później, wspominał już tyle razy, że przez wiele lat miał dziwne odczucie, jakby ten lipcowy dzień nigdy się nie skończył. Z Edith Annie nieustannie, właściwie przez całe ich wspólne życie, wracali na nowo i na nowo do kolejnych godzin - i przed ślubem, i po nim.
Podczas wiosennego spaceru ona mówiła na przykład: - Powiedz, Alec, czy pamiętasz, jak pięknie wtedy kwitły na tarasach zamkowych kwiaty?
W lecie, gdy leniwie siedzieli w ogrodzie, zagadywała: - Pamiętasz, Alec, jak gorąco było tamtego lata?
Gdy przyszła jesień i wybrali się w góry, zauważała niespodziewanie: - Wtedy też jesień przyszła szybko.
Zimą, gdy wyszywała przed kominkiem, dodawała: - A pamiętasz ten haft, o którym czytałeś w gazecie, na sukni księżnej?
Alec kiwał głową i nic nie musiał odpowiadać. Ale on też miał dni, gdy mówił: - Popatrz, Edith, ten źrebak będzie taki jak wierzchowiec, który ciągnął karocę tego dnia.
Albo: - Nie wiesz przypadkiem, gdzie można kupić taki kapelusz, jak miał Mark Räbsch tego dnia? "Ten dzień" stał się wyznacznikiem ich wspólnego życia. Wtedy byli najszczęśliwsi.
Gdy Edith Annie zabrakło, zamknął wspomnienia głęboko w sercu. Za bardzo go raniły. Dopiero w dalekim Hamburgu tęsknota za Śląskiem i Książem przywołała je na nowo. Alec zdał sobie właśnie sprawę, jak bardzo był przez te lata szczęśliwy i czuł się potrzebny. Książę Hans go cenił i ze zwykłego mistrza stajennego szybko awansował na dyrektora stajni. Podczas wielkiej przebudowy zamku, której Prinz się podjął, w kompleksie stajennym wybudował dla niego niewielką willę w nagrodę za służbę. Alec mieszkał tam do późnej starości.
Stewart zamknął oczy. Jeszcze raz przeniósł się przed budynek stacji w Świebodzicach - cały przystrojony stokrotkami na cześć młodziutkiej księżnej. Słyszał huk wjeżdżającej lokomotywy, a on stał w kłębach pary i z niecierpliwością wpatrywał się w drzwi wagonu, którymi miała wyjść księżna. Gdy te w końcu się otworzyły i stanął w nich przystojny i lekko znudzony książę Hans Heinrich, Stewart ku swojemu zaskoczeniu poczuł zawód. Po chwili jednak dostrzegł za nim najpierw lekko wychyloną głowę, a później całą postać Daisy. Gazety nie kłamały: była zachwycająco piękna. Jednak jemu najbardziej spodobał się jej szczery i dobry uśmiech. Bo właśnie taka była - serdeczna i dobra, o czym przekonali się wszyscy na Zamku Książ. Dopiero gdy jej zabrakło, wszystko zaczęło się psuć.
Przez chwilę w ciasnym pokoju w Hamburgu Alec czuł się tak szczęśliwy, jak wtedy w lipcu 1892 roku na stacji w Świebodzicach, gdy uwijał się wśród tłumu, starając się nad wszystkim zapanować. Cały czas obawiał się, jak zachowają się konie w konfrontacji z żywiołowo reagującymi ludźmi, którzy dosłownie otoczyli dworzec i co chwilę wznosili okrzyki. Ufał, że doświadczony stangret da sobie z nimi radę. Gdy w końcu nowożeńcy szczęśliwie znaleźli się w karocy, byli uśmiechnięci i zadowoleni, że mieszkańcy tak licznie wylegli na ich powitanie. Zgodnie z planem z tyłu wystawnego powozu miejsce zajęli łowczy w czapach z pióropuszami, z przodu zasiedli forysie, a za nimi - stangret.
Ruszyli do Zamku Książ trasą przez środek Świebodzic, by po drodze hołd właścicielom miasta mógł złożyć burmistrz Honsberg, który czekał już na nich przed ratuszem. Później powoli okrążyli majestatyczny, przystrojony kwiatami budynek i pojechali Waldenburgerstrasse (Wałbrzyską) prosto do Bramy Lwów[11], a ta przez park prowadziła już do zamku.
Wzdłuż trasy przejazdu mieszkańcy niespełna dziesięciotysięcznego byłego miasta książęcego witali ich polnymi kwiatami i okrzykami.
- Bądź pozdrowiony Germański Orle z Różą Albionu!
Miasto miało świąteczny wygląd[12]. Ulice na całej trasie przejazdu dostojnej pary wspaniale udekorowano. Nie było domu, z którego nie powiewałyby flagi. Czekały na nich girlandy, świeżo ścięte drzewa i łuk triumfalny. Niekończące się szeregi wszelkich organizacji i dzieci szkolnych ciągnęły po obu stronach ulic. Wszyscy podziwiali promieniejącą małżonkę księcia, uosobienie młodości, pełną wdzięku i osobistego czaru.
W powozie za książęcą parą Alec, jadący z ciągle zdenerwowanym panem Freytagiem, wyobrażał sobie, jakie to wszystko musi być przyjemne dla księżniczki Daisy, która zmuszona była zostawić swój dom w Anglii, i był dumny, że mieszkańcy tak pięknie ją przyjęli. Pamiętał, że kiedy dwa lata wcześniej gościł tu król Saksonii Albert I, wizyta też wzbudziła zainteresowanie, ale daleko mu było do dzisiejszej euforii. Był dumny też ze swojej księżnej, nie potrafił tego ukryć.
Na dziedzińcu samego zamku tłum wydawał się jeszcze większy. Przez okno powozu Stewart widział znajome twarze. Urzędnik Johann Wohlny stał z kolegą Franzem Richterem i żywo machali przejeżdżającej parze. Trochę dalej Winklerowie próbowali coś zobaczyć ponad głowami ludzi. W tłumie znów mignął mu też Mark Räbsch, któremu mimo misternego planu widocznie nie udało się przebić bliżej. Alec miał wrażenie, że dostrzegł również charakterystyczną brodę i binokle Ezechiela Ziviera, starającego się o posadę książęcego archiwisty. Fakt, że był Żydem, wzbudził kilka dni wcześniej sporo emocji wśród służby i wszyscy czekali na decyzję starego księcia w sprawie jego zatrudnienia. Ta kilka tygodni później okazała się pozytywna, bo dla księcia znaczenie miały kompetencje, nie pochodzenie.
Do Książa przyjechali ludzie z całej okolicy, z kilkunastu miejscowości, których Hochbergowie byli właścicielami. Powóz książęcy, zgodnie z planem, zatrzymał się przed bramą. Daisy wynurzyła się ze środka, ubrana w jasną, lekką sukienkę podróżną. Wokół zamku zapanował taki gwar, że w pobliskim Wałbrzychu mogli pomyśleć, iż się zawalił. Oszołomiona serdecznym powitaniem księżna delikatnie machała do ludzi dłonią w białej rękawiczce, a spod kapelusza ozdobionego kwiatami rzucała zaciekawione spojrzenia. Dokładnie w chwili, gdy przejeżdżali przez bramę, zegar na wieży bramnej zaczął wybijać pełną godzinę, jakby chcąc przywitać swoich nowych właścicieli.
- Jeden, dwa, trzy, cztery... - liczył w głowie Alec - dziesięć, jedenaście!
Karoca minęła jednak już równie zatłoczony plac zamkowy i zatrzymała się pod głównym wejściem. Forysie zeskoczyli z czarnych wierzchowców i złapali je za uzdy, a łowczy, kłaniając się pióropuszami do ziemi, pomogli wysiąść książęcej parze. Nad wzgórzem zamkowym unosiły się wiwaty i okrzyki, które układały się w słowo "Hoch...". Tuż obok grała orkiestra górnicza. Małżonkowie słyszeli ją nawet wtedy, gdy znaleźli się wewnątrz zamku. Tymczasem w holu zgromadziła się służba, mężczyźni w wykwintnych liberiach czy mundurach górniczych oraz kobiety w barwnych śląskich strojach. Hans Heinrich oficjalnie zabrał głos i przedstawił swoją żonę jako nową panią na Książu. Gdy w końcu udali się na górę do prywatnych pomieszczeń, wzdłuż całej długości schodów stali lokaje w błękitnych frakach, białych pończochach oraz rękawiczkach i pudrowanych perukach.
I choć teraz w Hamburgu Stewart był tak daleko od tego niezwykłego świata, w głowie wciąż huczały mu wszystkie okrzyki, orkiestry dęte na trasie przejazdu, śpiewy, recytacje dla zatrzymywanych co chwilę nowożeńców.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem niebo rozjaśniły wybuchy sztucznych ogni, wystrzelonych ze wzgórz naprzeciwko zamku, zostawiając ludzi oszołomionych i szczęśliwych.
Ten świat, choć wydawał się pewny, zniknął na długo przed tym, jak Alec z Marie trafili do Hamburga. Niemal dwadzieścia dwa lata po "tym dniu" w odległym Sarajewie strzały oddane do uchodzącego za ponuraka arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego urodziwej małżonki Zofii miały straszne konsekwencje. Padły dokładnie w dniu czterdziestych pierwszych urodzin księżnej Daisy i zmieniły na zawsze nie tylko jej życie. Także Aleca Stewarta. Nagle w tolerancyjnych do tej pory i otwartych na przybyszów z innych krajów Niemczech Anglicy zaczęli być niemile widziani. "Słowa już nic nie znaczyły, a na scenę wkroczył bóg wojny... A ja byłam Angielką, poślubioną Niemcowi w obcym kraju" - napisała księżna w swoich pamiętnikach[13].
Gdy dotychczasowy porządek międzynarodowy zaczął się sypać, a niemal każdy nowy dzień przynosił kolejną deklarację wojny, księżna przebywała akurat w Londynie. Mimo ostrzeżeń znajomych spakowała się i gnana wewnętrznym przymusem wróciła do Niemiec. Nie pojechała jednak do Zamku Książ, jak chciał jej mąż, teraz adiutant cesarza i ważna osoba w sztabie wojennym, ale została w Berlinie. Podjęła tam pracę jako siostra Czerwonego Krzyża w szpitalu w Tempelhof.
Alec Stewart nadal przebywał w Książu w towarzystwie wierzchowców i przeoczył moment, kiedy upadł dawny świat. Wciąż wstawał bladym świtem, pod nosem śpiewał Heil dir im Siegerkranz i kaleczył niemieckie słowa. Nie zauważył, że niektórzy odwiedzający stajnie krzywo na to patrzą. Dopiero po kilku tygodniach zdał sobie też sprawę, że nie wszyscy chętnie odpowiadają na jego angielskie powitania. A przecież do tej pory jego pochodzenie nie miało najmniejszego znaczenia, a jeśli już, to było atutem. Ledwo wydobył się ze stanu zdziwienia, a już został internowany i osadzony w obozie w Ruhleben[14] koło Berlina, gdzie przetrzymywano cywilów z obywatelstwem brytyjskim z terenu całego cesarstwa. Jak na ironię obóz stworzono na terenie toru wyścigowego. A koni Alecowi brakowało niemal tak jak żony i ich syna - Alana.
Stewart nie wiedział, że kilkadziesiąt kilometrów od miejsca jego uwięzienia księżna Daisy pracowała jako siostra Czerwonego Krzyża, marząc o tym, by móc pojechać na front jako sanitariuszka. Przeczytał w gazetach, które docierały do Ruhleben z opóźnieniem, że księżna pszczyńska odwiedziła leżący nieopodal obóz Döberitz[15] i przywiozła tamtejszym żołnierzom całą ciężarówkę kuropatw. Miała jeńcom brytyjskim rozdawać też czekoladę, słodycze i kwiaty. W Ruhleben od razu uznali, że to bzdura. Skąd niby miała wziąć kuropatwy w Berlinie i po co miała żołnierzom zawozić kwiaty. Gdy jednak dowiedzieli się, że Stewart służy u tej dzielnej kobiety, jego notowania w obozie od razu wzrosły. Szybko okazało się, że księżna faktycznie zjawiła się na chwilę w Döberitz, razem ze swoim szwagrem Fritzem[16], którego Alec także doskonale znał. Chciała jedynie zobaczyć, w jakich warunkach żyją w niewoli jej rodacy. Po wizycie, nad czym Stewart ubolewał, rozpętano wokół niej prawdziwy skandal - posądzono ją o szpiegostwo. Daisy musiała nawet zrezygnować z pracy w szpitalu Tempelhof i wyjechać z Berlina. I choć to on był jeńcem wojennym, czuł się bardziej wolny niż ona.
Noc nad Hamburgiem zaczęła przechodzić w dzień i słabe jeszcze słońce oświetliło twarz siedemdziesięciotrzyletniego Aleca Stewarta, dawnego dyrektora książańskich stajni. Choć już drugi raz w życiu opuścił swój dom z powodu wojny, teraz uśmiechał się do swoich myśli. Tego się w istocie nie spodziewał, tak jak nikt rozsądny nie spodziewa się, że zabójstwo arcyksięcia na drugim krańcu kontynentu może mieć jakikolwiek wpływ na jego los, a śmieszny krzykacz, któremu zbyt późno powiedziano "nie", sprowadzi na ludzkość piekło. Gdy po odzyskaniu wolności wrócił w końcu do Książa, wydawało mu się, że ludzie nigdy do kolejnej wojny nie dopuszczą. A teraz siedział w Hamburgu i patrzył na tę samą walizkę, którą miał ze sobą w Ruhleben.
W 1917 roku jego ukochana Edith Annie umarła. Alec został sam z siedemnastoletnim synem, który stawał się mężczyzną. Gdy Stewart był zaledwie dwa lata starszy od niego, przyjechał spod Edynburga na służbę do książąt Pless. Po cichu liczył, że znajdzie się dla chłopaka miejsce w Zamku Książ, a gdy on sam pójdzie na emeryturę, syn go zastąpi.
Alan był o rok młodszy od najstarszego syna von Plessów, Hansa Heinricha XVII, zwanego Hanselem[17], a o cztery lata starszy od średniego Alexandra Friedricha Wilhelma Georga Konrada Ernsta Maximiliana, zwanego Lexelem[18]. Chłopcy wiele czasu spędzali razem. Alec przypomniał sobie pewien rozgrzany słońcem czerwcowy dzień, gdy jego syn miał zaledwie dziewięć lat. W zamku zawrzało, bo okazało się, że Hansel, Lexel i Alan niepostrzeżenie zaginęli. Bawili się razem na tarasach i po prostu nagle zniknęli z oczu. Jeszcze przed jedenastą dama dworu Daisy, Marie Singelmann, widziała, jak biegali po trawnikach. Na dworze było bardzo ciepło, wszyscy chronili się przed piekącym słońcem i chłopcy wykorzystali senność, która zapanowała nad zamkiem tego dnia. Od początku wszyscy zgodnie podejrzewali, że inicjatorem ucieczki był książę Hansel - nie byłby to pierwszy taki wybryk na jego koncie. W tamtym czasie fascynowali go Indianie, czytał o nich na lekcjach nauczyciela Ernsta von Sellego i bardzo chciał żyć tak jak oni. Księżna Daisy była już przy nadziei z trzecim dzieckiem i bardzo tę ucieczkę przeżyła, bo mały Lexel miał zaledwie pięć lat. Sama też ruszyła na poszukiwania w towarzystwie panny Singelmann, pochodzącej z okolic Reinbek, która od niedawna przebywała w Książu. Stewart, choć zdenerwowany, zwrócił uwagę na intrygującą dwudziestopięciolatkę, która dumnie podążała za swoją panią. Po trzech godzinach coraz bardziej gorączkowego przeszukiwania okolicznych lasów chłopców znaleźli pan von Selle i hrabia Heinrich Herberstein z pobliskiego Grafenort (Gorzanowa), który akurat przebywał na zamku. Schowali się w głębokim rowie przy torach kolejowych i świetnie się bawili. Gdy wyciągnięto małego Lexela, był dosłownie cały czarny. Czarne były nawet jego blond włosy. Na umorusanej ziemią twarzy błyszczały jedynie jak niezapominajki w trawie jego oczy. W ręku pięciolatek trzymał wielką dzidę. Hrabia Herberstein żartował, że przypominał afrykańskiego wojownika. Dziesięcioletni Hansel z kolei miał ze sobą strzelbę i był bardzo zadowolony ze swojego pomysłu. Rozeźlona Daisy oddała go pannie Singelmann pod opiekę i kazała mu spędzić resztę dnia w pokoju. Stewart wciąż pamiętał uczucie ulgi, gdy Alan cały i zdrów się odnalazł i mógł zabrać syna do domu. Księcia nie pierwszy raz poniosła fantazja. Gdy chłopcy dorośli, ku radości ojca Alan więcej czasu spędzał z młodszym Lexelem, który był częstym gościem w stajniach.
Po śmierci Edith Annie dama dworu Daisy, panna Singelmann, ponownie zagościła w życiu Stewarta. W pewien naturalny sposób ta o piętnaście lat młodsza od niego kobieta zapełniła pustkę po zmarłej żonie. Już w grudniu powiadomili o swoich zaręczynach. A gdy uzyskali książęcą zgodę - co nie było takie oczywiste, bo ona była Niemką, on Brytyjczykiem, a wojna wciąż trwała - w kwietniu 1918 roku wzięli ślub. Uroczystość była skromna. Brali w niej udział ich najbliżsi znajomi, między innymi Hardouinowie i Pohlowie, najbliżsi Marie i młody hrabia Lexel.
Kilka miesięcy później poddała się Bułgaria. Trzeciego października Niemcy poprosiły o wstrzymanie ognia. Skapitulowały Turcja i Austro-Węgry. Rewolucja w Niemczech zaowocowała proklamowaniem Republiki Weimarskiej i ucieczką cesarza Wilhelma II do Holandii, gdzie otrzymał azyl. Dwa dni później, 11 listopada, Niemcy podpisały rozejm z państwami ententy, a brytyjscy obywatele w przegranych Niemczech mogli znów poczuć się bezpiecznie.
- To było niespełna trzydzieści lat temu - myślał, patrząc teraz w hamburskim mieszkaniu na śpiącą obok żonę. Lubił to jej poranne pochrapywanie, które pojawiło się nagle po kilku latach wspólnego życia, i dziś nie wyobrażał sobie budzić się bez niego. Ciągle sprawiało mu przyjemność patrzenie na nią. Dla niego wciąż była tą intrygującą i dumną panną Singelmann. Lubili się razem śmiać i milczeć. Kochali wyprawy w góry. Ona lubiła psy, on kochał konie. Stary, były dyrektor książęcych stajni nie spodziewał się, że Marie okaże się tak wierną towarzyszką. Prowadzili życie, jakiego mogłaby im pozazdrościć większość ludzi w okolicy.
Służba u Plessów była w tym czasie jak wygranie losu na loterii. Odkryła to też księżna Daisy, gdy zaczęła wchodzić do chat wzdłuż śmierdzącej rzeki Polsnitz (Pełcznicy) i dostrzegać ukrytą w nich ludzką nędzę. Tym zdobyła sobie miłość tych ludzi. A jednak po wojnie mogła wrócić tutaj dopiero w 1921 roku. I znowu witali ją z taką radością jak w 1892 roku. Teraz miała już jednak niemal pięćdziesiąt lat. Przy jej boku jako dama dworu stała Edwina Lillian FitzPatrick, zwana Eną[19], zubożała krewna. Nie zabawiły w Książu długo. Rok później Marie przyniosła do domu elektryzującą wiadomość.
- Rozwiedli się - oznajmiła Alecowi i się rozpłakała. Po czym dodała, jakby uspokajając się sama: - Ich małżeństwo było już przecież fikcją.
Alec doskonale wiedział, co miała na myśli: wielka wojna oddaliła ich od siebie. Sami przeżywali coś podobnego. Bo on - Brytyjczyk, i ona - Niemka, nie mieścili się w kanonach, jakie wyznaczały wojny takim małżeństwom. Wzruszony tym, że z Marie jednak przetrwali razem, czule pogłaskał żonę po siwych, ale ciągle pięknych włosach.
I nagle niespodziewanie dla siebie Alec roześmiał się na głos. Przypomniał sobie, jaka naprawdę była Daisy. Gdy jako młoda księżna pojechała w podróż do Indii, przywiozła sobie stamtąd pięć rasowych rumaków arabskich. Alec jechał po nie specjalnie do Marsylii, bo celnicy nie chcieli ich przepuścić przez granicę. Sam przywiózł te przepiękne wierzchowce na Śląsk. Daisy chętnie wybierała się na nich na przejażdżki po okolicy. Wtedy wszyscy w stajniach mówili: "Czas zaprzęgać araby". Usłyszał to ktoś postronny i musiał rozpowiedzieć. Tak narodziła się plotka - a tych życiu księżnej zawsze towarzyszyło wiele - która rozeszła się w podksiążańskich wsiach i miasteczkach. Ekscentryczna księżna pszczyńska miała w swojej posiadłości jeździć powozem zaprzężonym w "pięciu gołych Arabów". Śmiech Aleca obudził zdezorientowaną Marie, która patrzyła na męża zaskoczona, myśląc, że postradał zmysły.
- Marie, ty wiesz, co powiedziała nam księżna, gdy przyjechała pierwszy raz do zamku z Anglii? - zapytał i nie czekał na odpowiedź: "Śmiej się, kiedy nie możesz płakać, a kiedy nie przystoi ci się śmiać, zaciśnij usta zębami, tak bez ugryzienia się, i powstrzymaj je od drżenia". A popatrz, my ciągle możemy się śmiać - powiedział sam zaskoczony.
Popatrzył jeszcze raz na zegarek kieszonkowy, który dostał od księcia von Pless z okazji ćwierćwiecza swojej pracy dla niego. Wskazówka pokazywała dokładnie na godzinę piątą rano. Był 10 lipca 1944 roku. Alec Stewart, ostatni książęcy Stallmeister na Zamku Książ, zmarł dzień później w Hamburgu w ramionach żony Marie, która kiedyś była damą dworu księżnej Daisy.
Hans Heinrich XV urodził się 23 kwietnia 1861 roku w Pszczynie. Był księciem von Pless, hrabią von Hochberg i baronem zu Fürstenstein.
Marie Singelmann i Alec Stewart podczas zaślubin w 1917 roku. Marie była damą dworu księżnej Daisy von Pless i drugą żoną książęcego dyrektora stajni. Spędzili razem resztę życia aż do jego śmierci w 1944 roku.
Rysunek sukni ślubnej przyszłej księżnej Daisy von Pless umieszczony w "The Times". Ślub odbył się 8 grudnia 1891 roku. Panna Maria Teresa Oliwia Cornwallis-West poślubiła w Kościele Świętej Małgorzaty Westminsterskiej księcia Hansa Heinricha XV.
Alec i Marie Stewartowie. Zdjęcie podpisane: Hamburg, są więc to zapewne lata czterdzieste XX wieku, gdy opuścili Zamek Książ. Byli dobrym i kochającym się małżeństwem.
Alec Stewart i jego żona Marie (ze szczeniaczkiem w dłoniach) pozują przy Hanomagu "Kommissbrocie", który był produkowany pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Z tyłu samochodu rękę na walizce trzyma Eugenie Hardouin. Obok matki młodszy syn Maurice i pierworodny syn Louis junior (trzeci w kolejności).
Księżna Daisy von Pless w swoim legendarnym sznurze pereł. Zdjęcie wykonała w swoim londyńskim atelier Rita Martin.