Zanim dzień zamknie oczy - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (6,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Boże, zostawiłeś mi światło w człowieku

Boże, czasem patrzę na Radka

i nie wiem, jak Ci dziękować.

Słowa wydają się za małe,

jak dłonie próbujące pomieścić morze,

które przyniosłeś pod moje drzwi.

Przecież mogłam go nigdy nie spotkać.

Nasze drogi mogły minąć się

o jeden dzień,

jedną godzinę,

jedno przypadkowe spojrzenie.

A jednak postawiłeś go przede mną.

Cicho.

Bez grzmotu.

Bez znaku na niebie.

Jakby największe cuda

nie potrzebowały świadków.

Nie wiedziałam wtedy,

że patrzę na człowieka,

którego dłoń kiedyś stanie się

poręczą nad moimi przepaściami.

Dziękuję Ci za jego obecność.

Za wszystkie zwyczajne poranki.

Za powroty.

Za rozmowy prowadzone po ciemku.

Za ciszę, która przy nim nie boli.

Dziękuję za dni pełne światła,

ale jeszcze bardziej

za te, które przyszły ubrane w burzę.

Za to, że kiedy moje niebo pękało,

Radek nie odchodził szukać słońca gdzie indziej.

Zostawał.

Może właśnie wtedy rozumiałam Cię najlepiej.

Nie w kościelnych dzwonach.

Nie w wielkich słowach.

Lecz w jego dłoni

odnajdującej moją pośród ciemności.

Boże, życie nauczyło mnie,

że szczęście jest kruche.

Czas przechodzi przez nasze pokoje

i zabiera kolejne dni

bez pytania o pozwolenie.

Dlatego patrzę na Radka uważniej.

Jak na światło,

którego nie chcę przyjąć za oczywistość.

Jak na odpowiedź

na modlitwę, której kiedyś nie umiałam wypowiedzieć.

Nie proszę Cię o życie bez bólu.

Wiem już, że takie nie istnieje.

Proszę tylko,

żebyśmy pośród wszystkich burz

wciąż potrafili odnajdywać swoje dłonie.

A kiedy przyjdą kolejne jesienie,

niech nasze kroki nadal idą obok siebie.

Kiedy przyjdą zimy,

niech zostanie między nami ciepło.

Bo jeśli miałabym nazwać jeden cud,

który naprawdę wydarzył się w moim życiu,

nie szukałabym go wysoko na niebie.

Spojrzałabym na Radka.

I powiedziałabym tylko:

"Dziękuję Ci, Boże,

że spośród tylu ludzi na świecie

pozwoliłeś właśnie jemu znaleźć drogę do mnie".

Fotografie nie wiedzą, że minęło szesnaście lat

Wyjmuję fotografie sprzed szesnastu lat,

jak bilety do miejsc, które zamknął czas.

Na każdej czeka na mnie tamta dziewczyna,

nieruchoma pośród dawnego światła,

przekonana, że jej dzień nigdy się nie skończy.

Patrzę na jej twarz.

Znam ją przecież,

a jednak muszę przedstawiać się jej od nowa.

Między nami stoi szesnaście lat,

wysokich jak mur zbudowany z kalendarzy.

Ona jeszcze nie wie, co nadejdzie.

Trzyma przyszłość w pustych dłoniach,

jak zamknięty list bez adresata.

Nie zna wszystkich swoich późniejszych imion.

Na jednym zdjęciu zatrzymało się lato.

Niebo wciąż jest tam młode,

światło nie zdążyło opaść z ramion,

a czas stoi poza kadrem

i cierpliwie ostrzy swoje nożyczki.

Chciałabym wejść do fotografii.

Stanąć obok siebie sprzed lat.

Dotknąć jej ramienia

i powiedzieć: "Patrz uważniej".

"To wszystko zniknie szybciej, niż myślisz".

Ale ona nie słyszy.

Uśmiecha się do chwili,

której ja już nie potrafię odnaleźć.

Przewracam kolejne zdjęcie.

Pod palcami szeleści przeszłość.

Każda fotografia jest małym grobem czasu,

w którym nic naprawdę nie umarło.

Tam wciąż istnieją dawne pokoje.

Dawne ubrania wiszą na moich ramionach.

Dawne ulice prowadzą do miejsc,

które dziś mieszkają tylko we mnie.

Nawet powietrze wydaje się młodsze.

Najbardziej tęsknię za niewiedzą.

Za dziewczyną, która nie znała jeszcze

wszystkich odpowiedzi przyniesionych przez życie.

Miała przed sobą tyle drzwi

i nie wiedziała, które ją zranią.

Szesnaście lat mieści się dziś w pudełku.

Kilka fotografii.

Kilka spojrzeń.

Garść światła uwięzionego na papierze.

Jak to możliwe,

że całe lata potrafią skurczyć się

do jednego drżenia dłoni?

Patrzę jeszcze raz na tamtą Kasię.

Chciałabym powiedzieć jej coś łagodnego.

Nie ostrzegać.

Nie zdradzać przyszłości.

Tylko szepnąć, żeby kochała swoje "teraz".

Bo czas już stoi za jej plecami.

Jeszcze niewidoczny.

Jeszcze cierpliwy.

Jeszcze udający, że mamy go nieskończenie wiele.

Odkładam fotografie.

Pokój znów należy do teraźniejszości.

Lecz pod powiekami zostaje tamta dziewczyna,

która nie wie, że patrzę na nią z przyszłości,

i nadal żyje w dniu, z którego ja odeszłam szesnaście lat temu.

Kawa odmierza godziny do twojego powrotu

Siedzę sama przy stole,

a kawa paruje jak mały zegar,

który zamiast wskazówek

ma coraz chłodniejszą powierzchnię.

Radek jest w pracy,

a dom wydaje się większy niż zwykle.

Biorę pierwszy łyk.

Cisza siada naprzeciwko mnie

na jego pustym krześle.

Nie jest bolesna,

tylko trochę zbyt obecna.

Patrzę na godzinę.

Jeszcze trzeba poczekać.

Czas zna tę moją niecierpliwość

i specjalnie idzie wolniej.

Kawa pachnie spokojnym porankiem.

Za oknem świat zajmuje się sobą,

ludzie gdzieś idą,

samochody przecinają ulice,

a ja odmierzam dzień jego nieobecnością.

Myślę o Radku.

Co teraz robi.

Czy również spogląda czasem na zegar.

Czy jakaś drobna myśl o mnie

przechodzi właśnie przez jego dzień.

To dziwne,

jak człowiek może wrosnąć w czyjąś codzienność.

Jak bliskość zapuszcza korzenie

w najzwyklejszych miejscach.

W kubku.

W drugim krześle.

W dźwięku klucza obracającego się w zamku.

W pytaniu rzuconym od progu:

"Jak minął dzień?".

Piję kolejny łyk.

Kawa zdążyła trochę ostygnąć.

Moja tęsknota nie.

Wyobrażam sobie jego powrót.

Drzwi otwierające popołudnie.

Znajome kroki w przedpokoju.

Dom, który nagle

znów pasuje do swoich ścian.

Może miłość po latach

najbardziej mieszka właśnie tutaj.

Nie w wielkich deklaracjach,

lecz w czekaniu na czyjś powrót.

W pewności, że ktoś wróci.

Patrzę na puste krzesło

i już nie widzę pustki.

Widzę miejsce,

które za kilka godzin znów będzie jego.

Czas przesuwa światło po pokoju.

Każda minuta zabiera mnie bliżej popołudnia.

Kawa zostawia ciemny ślad na dnie,

jak poranek zapisany w pamięci.

Jeszcze trochę.

Jeszcze kilka godzin.

Jeszcze parę spojrzeń na zegar.

Potem usłyszę klucz.

Cisza podniesie się z jego krzesła

i bez słowa wyjdzie z naszego domu.

A ja pomyślę, że szczęście czasem jest bardzo proste -

to człowiek, na którego warto czekać, aż kawa dawno wystygnie.

Nasza kawiarnia przechowuje czas w filiżankach

Wracamy do naszej kawiarni,

jak do małego portu pomiędzy godzinami.

Drzwi zamykają za nami pośpiech ulicy,

a ciepło otula ramiona,

jakby to miejsce pamiętało nasze imiona.

Siadamy z Radkiem przy znajomym stoliku.

Przed nami pojawiają się dwie filiżanki,

dwa małe zegary bez wskazówek,

odmierzające czas stygnącym ciepłem.

Para unosi się nad kawą.

Przez chwilę zasłania jego twarz,

jak mgła pomiędzy dzisiaj

a wszystkimi naszymi wczoraj.

Patrzę uważniej.

Radek mówi coś cicho.

Słowa mieszają się z szumem kawiarni,

brzękiem porcelany,

czyimś śmiechem przy sąsiednim stoliku,

muzyką płynącą gdzieś spod sufitu.

Lubię tę zwyczajność.

Nie próbuje być wspomnieniem,

a przecież już nim powoli zostaje.

Biorę pierwszy łyk.

Kawa smakuje spokojem

i chwilą, której nie trzeba poprawiać.

Radek siedzi naprzeciwko,

a ja mam wszystko, czego potrzebuje ten moment.

Za szybą ludzie mijają nasze okno.

Każdy niesie własną historię.

My zostawiamy swoją tutaj,

pomiędzy filiżankami

i drewnianym blatem.

Myślę o wszystkich naszych powrotach.

Ile razy otwieraliśmy te drzwi.

Ile rozmów zostało przy tych stolikach.

Ile ciszy nauczyło się być bliskością.

Może miejsca również potrafią kochać.

Może przechowują ślady ludzi,

którzy byli w nich szczęśliwi.

Może kiedy wychodzimy,

nasze głosy zostają jeszcze chwilę przy stole.

Kawa powoli stygnie.

Czas robi dokładnie to samo z chwilami.

Najpierw są gorące od teraźniejszości,

potem stają się ciepłym wspomnieniem,

aż któregoś dnia zostaje tylko smak.

Dlatego patrzę na Radka dłużej.

Zapamiętuję jego obecność,

spokojny rytm tej godziny,

dwie filiżanki stojące obok siebie.

Nie proszę czasu, żeby stanął.

Wiem, że nie zna litości dla pięknych chwil.

Proszę tylko własne serce,

żeby nie przeoczyło tego, co ma.

Jeszcze siedzimy tutaj razem.

Jeszcze kawa nie wystygła zupełnie.

Jeszcze drzwi nie prowadzą nas do później.

Jeszcze ten dzień należy do teraźniejszości.

A jeśli kiedyś zatęsknię za tą chwilą,

wrócę pamięcią do naszego stolika,

gdzie Radek siedział naprzeciwko mnie,

a szczęście mieściło się w dwóch filiżankach.

Nie wierzę, że kiedyś świat nie znał naszego "my"

Nie potrafię uwierzyć, że były takie lata,

w których nie znałam jeszcze Radka.

Budziłam się rano,

otwierałam okno na zwyczajny świat

i nie wiedziałam, że gdzieś istnieje człowiek,

który kiedyś stanie się moim domem.

On również miał swoje dni.

Chodził własnymi ulicami.

Mijał obcych ludzi.

Wracał wieczorami do życia,

w którym nie było jeszcze mojego imienia.

Ta myśl boli mnie dziwną melancholią.

Jak mogły istnieć dwa osobne światy,

skoro dzisiaj tak trudno znaleźć granicę

pomiędzy jego historią a moją?

Byłam wtedy sobą bez niego.

Śmiałam się z rzeczy, o których nie wiedział.

Płakałam w wieczory, których nie mógł pamiętać.

Nosiłam samotnie swoje małe końce świata.

A on żył gdzieś równolegle,

jak druga rzeka,

która jeszcze nie wiedziała,

że pewnego dnia spotka moją wodę.

Czas prowadził nas osobno.

Miał mapę, której nam nie pokazywał.

Przesuwał nasze kroki

coraz bliżej tego jednego miejsca,

gdzie "ja" miało nauczyć się mówić "my".

Czasem chciałabym zobaczyć tamtą Kasię.

Stanąć obok niej na chwilę

i powiedzieć:

"Jeszcze go nie znasz,

ale już istnieje".

Może spojrzałaby na mnie ze zdziwieniem.

Nie wiedziałaby przecież,

ile zwyczajnych poranków

może pomieścić jedno spotkanie.

Dzisiaj Radek jest wpisany w moje życie

jak światło w okno domu.

Tak naturalnie,

że trudno mi wyobrazić sobie ciemność sprzed niego.

Pamięć pokazuje mi dawne lata,

ale wyglądają jak fotografie obcego miasta.

Rozpoznaję siebie,

a jednak czegoś na nich brakuje.

Kogoś.

Najdziwniejsze jest to,

że wtedy nie czułam tej pustki.

Nie można tęsknić za człowiekiem,

którego serce jeszcze nie nauczyło się rozpoznawać.

A jednak dzisiaj tęsknię za niego za tamtą mną.

Chciałabym, żeby był również w moich wcześniejszych wspomnieniach.

Żeby znał wszystkie moje dawne wersje.

Żebyśmy mieli jeszcze więcej wczoraj.

Ale może właśnie dlatego spotkanie było cudem.

Dwie osobne historie musiały istnieć,

żeby pewnego dnia mogły położyć swoje zdania obok siebie.

I nadal nie wierzę, że był czas bez Radka.

Jakby moje życie zaczęło pisać właściwy alfabet dopiero wtedy,

gdy jego imię pojawiło się pomiędzy moimi dniami.

Jesień nie zgasi światła między nami

Jesień zamyka wieczór w mokrych dłoniach,

a deszcz powoli wymazuje miasto.

Za szybą wiatr rozrzuca liście,

jak kartki wyrwane z kalendarza,

którego nikt nie potrafi zatrzymać.

Siedzę obok Radka.

Pomiędzy nami pali się małe światło,

ciepłe jak wspomnienie,

które jeszcze nie zdążyło stać się przeszłością.

Wieczór nie przynosi wielkich wydarzeń.

Nie potrzebujemy ich.

Jego obecność wystarcza,

żeby zwyczajna godzina

miała własne miejsce w moim sercu.

Patrzę czasem przez okno.

Drzewa oddają ziemi swoje złoto,

jakby płaciły jesieni

za prawo do kolejnego snu.

Myślę o przemijaniu.

O dniach, które kiedyś były całym światem,

a dziś są tylko niewyraźnym światłem

w najdalszych pokojach pamięci.

Radek mówi coś cicho.

Zapamiętuję brzmienie jego głosu.

Nie konkretne słowa.

Słowa przecież uciekają pierwsze.

Zostaje to, jak przy kimś czuliśmy się bezpiecznie.

Nasze dłonie leżą blisko.

Kilka centymetrów zwyczajności

dzieli mnie od człowieka,

który stał się częścią mojego świata.

Wyciągam rękę.

Jego palce odnajdują moje

jak dwa brzegi tej samej rzeki,

które na chwilę nauczyły się spotykać.

Za oknem noc gęstnieje.

Latarnie toną w mokrym chodniku.

Jesień coraz mocniej pachnie końcem,

lecz tutaj niczego nie żegnamy.

Po prostu jesteśmy.

Może właśnie tego najbardziej potrzebuje miłość.

Nie wielkich deklaracji,

lecz miejsca przy drugim człowieku,

kiedy świat robi się ciemniejszy.

Czas przechodzi przez pokój bezszelestnie.

Kradnie minutę.

Potem następną.

Nie zauważamy każdej straty,

dopóki wieczór nie zaczyna zbliżać się do końca.

Wtedy patrzę na Radka uważniej.

Chciałabym zapamiętać ten spokój,

ciepło pokoju,

deszcz za szybą,

jego dłoń w mojej.

Bo kiedyś właśnie takie chwile

mogą świecić najmocniej w pamięci.

Nie niezwykłe.

Nie zapisane czerwienią w kalendarzu.

Po prostu nasze.

Jesień może zgasić dzień.

Wiatr może odebrać drzewom ostatnie liście.

Noc może przykryć całe miasto.

A czas może zabrać ten wieczór do wczoraj.

Lecz dopóki siedzimy obok siebie,

żadna ciemność nie potrafi zgasić światła między nami.

Wieczór zacumował nas przy sobie

Jesień przyprowadza wieczór pod nasze okna,

mokry od deszczu i zapachu liści.

Miasto powoli odpływa w ciemność,

a my zostajemy na brzegu światła,

jak dwoje rozbitków odnalezionych przez ten sam dom.

Radek siedzi obok mnie.

Jego obecność jest cichym portem,

do którego wracam po każdym trudnym dniu.

Nie potrzebuję mapy,

żeby odnaleźć drogę do jego dłoni.

Za szybą wiatr rozbiera drzewa,

jakby jesień chciała pokazać,

że nic nie zostaje takie samo.

Liście odrywają się od gałęzi

bez pewności, gdzie upadną.

Patrzę na nie

i myślę o naszych latach.

O wszystkim, co już odpłynęło,

choć kiedyś wydawało się teraźniejszością

niemożliwą do utracenia.

Tyle wieczorów przeszło przez nasze życie.

Nie pamiętam ich dat.

Nie pamiętam wszystkich rozmów.

Zostało tylko ciepło,

jak światło po dawno zgaszonej lampie.

Radek mówi coś cicho.

Jego głos przepływa przez pokój

i osiada we mnie spokojem.

Chciałabym zatrzymać go na później,

na dzień, kiedy pamięć zacznie gubić szczegóły.

Może dlatego patrzę dziś uważniej.

Na jego twarz.

Na dłonie.

Na zwyczajność,

która kiedyś może stać się najdroższym wspomnieniem.

Jesień stuka deszczem w parapet.

Zegar zabiera nam minutę za minutą.

Nie protestujemy.

Wiemy już,

że czasu nie zatrzymuje się siłą.

Można jedynie kochać podczas jego przechodzenia.

Wyciągam rękę.

Radek splata ze mną palce,

a pomiędzy naszymi dłońmi

powstaje mały ląd,

którego nie potrafi zalać żadna noc.

Świat za oknem robi się coraz ciemniejszy.

Drzewa zamieniają się w cienie.

Ulice połykają ostatnie światła dnia.

A jednak nie czuję się zagubiona.

Mam obok człowieka,

który zna moje burze i moje cisze.

Przy nim nie muszę udawać pogody.

Mogę być jesienią

ze wszystkimi opadającymi liśćmi.

Wieczór powoli odpływa ku nocy.

Jutro znajdzie nas trochę starszych.

Lecz dzisiaj jeszcze siedzimy razem,

zacumowani przy sobie pośród przemijania.

Śnieg zapisuje nasze imiona na olsztyńskiej Starówce

Zima otwiera przed nami olsztyńską Starówkę,

jak album oprawiony w biały aksamit.

Śnieg zasypuje znajome uliczki,

łagodząc ostre krawędzie świata,

a wieczór zapala światła w kamienicach.

Idę obok Radka.

Nasze kroki zostają na białym chodniku,

dwa równoległe zdania

pisane przez chwilę w tej samej historii.

Wysoka Brama stoi w zimowym półmroku,

jak strażniczka wszystkich powrotów.

Przechodzimy pod spojrzeniem starych murów,

które widziały więcej zim

niż my zdążymy kiedykolwiek zapamiętać.

Myślę wtedy o czasie.

O jego bezszelestnych palcach.

O tym, jak zmienia nasze twarze,

przesuwa lata

i zamienia dzisiaj w zamknięte pokoje.

Radek bierze mnie za rękę.

Jego ciepło przechodzi przez rękawiczki,

jak mały płomień,

którego mróz nie potrafi zgasić.

Idziemy dalej.

Kamienice patrzą na nas kolorowymi oknami,

a latarnie rozsypują złoto na śniegu.

Miasto wygląda przez chwilę,

jakby ktoś zatrzymał je wewnątrz starej fotografii.

Chciałabym wejść do tej fotografii

i zamknąć za sobą drzwi.

Zostać tutaj trochę dłużej.

Z Radkiem.

W ciszy pachnącej zimą.

Lecz śnieg przypomina mi o przemijaniu.

Nasze ślady powoli znikają,

przykrywane kolejnymi płatkami,

jak dni zasypywane następnymi latami.

Nie zatrzymuję się jednak ze smutku.

Patrzę na Radka

i wiem, że ślady nie są najważniejsze.

Najważniejsze jest to,

że zostawiliśmy je razem.

Starówka prowadzi nas dalej,

przez znajome zaułki

i światło witryn drżące na bruku.

Gdzieś ktoś się śmieje.

Gdzieś zamykają się drzwi.

Życie płynie mimo zimy.

A my idziemy powoli,

jakby wieczór należał tylko do nas.

Nie potrzebujemy wielkich słów.

Miłość po latach mieści się w prostych rzeczach.

W splecionych dłoniach.

W pytaniu, czy nie jest mi zimno.

W kroku dopasowanym do mojego kroku.

Śnieg nadal zapisuje świat na biało.

Za chwilę zasypie również naszą drogę.

Ale kiedyś, wspominając ten wieczór,

nie będę pamiętać każdego płatka.

Będę pamiętać Radka idącego obok mnie,

olsztyńską Starówkę otuloną zimową ciszą

i ciepło, którego żadna zima nie potrafiła nam odebrać.

Zanim przyszedłeś, mieszkałam po ciemnej stronie życia

Czasem wracam pamięcią do lat bez Radka,

jak do domu, z którego dawno się wyprowadziłam.

Drzwi nadal skrzypią tak samo,

a w pokojach stoi zimne powietrze,

którego nie chcę już nabierać w płuca.

Widzę tamtą Kasię.

Idzie przez swoje dni samotnie,

niosąc serce jak zbyt ciężką walizkę.

Nie wie jeszcze,

że kiedyś ktoś pomoże jej ją nieść.

Tamte lata mają kolor listopadowego nieba.

Słońce jakby zapomniało mojego adresu.

Ludzie przychodzili i odchodzili,

a ja coraz szczelniej zamykałam drzwi.

Najbardziej boli mnie dzisiaj

świadomość, że nie znałam wtedy jego głosu.

Nie wiedziałam, jak brzmi moje imię,

kiedy wypowiada je Radek.

Nie znałam ciepła jego dłoni.

Nie wiedziałam, że można przy kimś odpocząć od świata.

Wieczory były dłuższe.

Cisza miała ostre krawędzie.

Nie było jego kroków za drzwiami,

jego zwyczajnego "jestem",

które dziś potrafi ocalić cały dzień.

Jak mogłam żyć bez niego?

Pytam o to własne wspomnienia,

lecz one tylko spuszczają wzrok.

Przecież wtedy jeszcze nie wiedziałam,

że czegoś mi brakuje.

Nie można rozpoznać ciemności,

dopóki ktoś nie zapali światła.

Radek był wtedy gdzieś na świecie.

Oddychał pod tym samym niebem.

Budził się w swoich porankach,

zasypiał po swoich dniach,

nie wiedząc jeszcze, że istnieję.

Ta myśl rozdziera mnie najciszej.

Byliśmy tak blisko na mapie świata,

a tak niewyobrażalnie daleko w czasie.

Chciałabym odnaleźć tamtą Kasię.

Usiąść obok niej w jednym z tych strasznych wieczorów.

Objąć ją słowami

i powiedzieć:

"Wytrzymaj jeszcze trochę".

"Gdzieś przed tobą jest człowiek,

przy którym cisza przestanie boleć".

"Jeszcze nie znasz jego oczu,

ale kiedyś zobaczysz w nich dom".

Nie mogę jednak zmienić przeszłości.

Mogę tylko patrzeć na nią

z bezpiecznego brzegu dzisiejszego życia.

Teraz Radek jest obok.

I dawne lata wydają się snem,

z którego obudziłam się wreszcie

po właściwej stronie światła.

Nie kocham tamtej ciemności.

Ale wiem, że prowadziła mnie przez wszystkie korytarze

aż do dnia, w którym spotkałam Radka.

I może dlatego tak mocno ściskam dziś jego dłoń -

bo pamiętam świat, w którym jeszcze nie mogłam jej znaleźć.

Moje serce nauczyło się świata przy tobie

Kocham Radka w najzwyklejszych godzinach,

kiedy dzień nie wydarza niczego wielkiego.

W jego obecności nawet cisza

ma własne, bezpieczne światło.

Czasem patrzę na niego

i trudno mi uwierzyć,

że moje życie mogło kiedyś płynąć

bez jego dłoni obok mojej.

Radek wrósł w moje dni

jak drzewo w ziemię pamiętającą wszystkie wiosny.

Jego imię mieszka w moim sercu,

jakby było tam od początku.

Kocham nasze poranki.

Kocham powroty.

Kocham wieczory, które zasypiają przy nas.

Nawet zwyczajność przy nim staje się miejscem,

do którego chciałabym kiedyś wracać pamięcią.

Bo wiem, że czas nie potrafi zostać.

Każde "dzisiaj" już powoli odchodzi,

niosąc nas ku kolejnym wersjom siebie.

Czasem boję się tej rzeki.

Nie jej nurtu,

lecz brzegu, którego jeszcze nie widzę.

Wtedy mocniej chwytam dłoń Radka.

Nie zatrzymuję czasu.

Zatrzymuję jego ciepło w sobie.

Chciałabym przejść z nim wszystkie jesienie,

patrzeć, jak nasze lata opadają złotymi liśćmi.

Chciałabym dzielić z nim zimy

i odnajdywać wiosnę pod każdym śniegiem.

Nie potrzebuję miłości większej od świata.

Potrzebuję tej jednej,

która codziennie wraca do naszego domu.

Bo moje serce nauczyło się świata przy Radku,

i tylko z nim chce poznawać wszystkie jego jutra.

Na trzydziestym szóstym stopniu trzymasz mnie za rękę

Dzisiaj zatrzymuję się na trzydziestym szóstym stopniu,

jakbym mogła stąd zobaczyć całe swoje życie.

Niżej zostały moje dawne twarze,

dziecięce zachwyty,

pierwsze straty,

ludzie mijający mnie na różnych piętrach

i drzwi, których już nigdy nie otworzę.

Patrzę w dół trochę ze wzruszeniem,

trochę z niedowierzaniem,

że naprawdę zaszłam aż tutaj.

A Radek stoi obok mnie.

Nie pyta, ile schodów zostało.

Nie próbuje zaglądać ponad balustradę.

Po prostu bierze mnie za rękę,

jakby dzisiejszy stopień był całym światem.

Śmiejemy się.

Świętujemy moje trzydzieści sześć lat.

I nagle liczba przestaje być ciężarem.

Staje się miejscem, w którym jesteśmy razem.

Myślę o dziewczynie z pierwszych stopni.

Nie znała jeszcze Radka.

Nie wiedziała, że gdzieś wyżej

ktoś będzie czekał z dłonią pasującą do jej dłoni.

Chciałabym zejść do niej na chwilę

i powiedzieć: "Nie bój się".

"Najpiękniejszego człowieka jeszcze nie spotkałaś".

"Któregoś dnia będziesz świętować życie obok niego".

Może wtedy mniej bałaby się drogi.

Radek patrzy na mnie tak,

jakby trzydzieści sześć nie oznaczało przemijania,

lecz trzydzieści sześć lat prowadzących do tej chwili.

Do naszych wspólnych wieczorów.

Do jego głosu blisko mojego.

Do mojego serca spokojniejszego przy nim.

Do zwyczajnego szczęścia, którego nie chcę już przeoczyć.

Wiem, że schody biegną dalej.

Nie widzę ich końca.

Nie wiem, ile stopni dostanę od życia.

Ta niewiedza czasem zaciska mi gardło.

Lecz dzisiaj nie patrzę wysoko.

Patrzę na Radka.

I wystarcza mi jego obecność.

Nie proszę czasu, żeby przestał iść.

Proszę tylko, żebyśmy mogli iść obok siebie.

Bo trzydziesty szósty stopień nie przeraża mnie tak bardzo,

kiedy jego dłoń ogrzewa moją.

A najpiękniejszym prezentem jest świadomość,

że kolejnego kroku nie muszę stawiać sama.