- Uwielbiam, gdy tak o mnie dbasz. - Przyłożyłem usta do jej policzka i pocałowałem.
- To przecież normalne - odparła, niby bagatelizując przywóz obiadu, ale wiedziałem, że słowa uznania zawsze ją cieszyły. Tak naprawdę cieszyło ją wszystko, najdrobniejsze gesty.
- Gotowa? - zmieniłem temat, by uniknąć wychwalania jej pod niebiosa. Chociaż powinienem. W końcu miała mnie tylko odebrać, a wzięła ze sobą moje ulubione danie.
- Za parę minut... Możemy jeszcze przez chwilę posiedzieć na piasku? - zapytała tęsknie i mocniej wtuliła głowę w moją klatkę piersiową.
- Nie jest ci za gorąco? - zdziwiłem się i dotknąłem brodą hidżabu, który zakrywał jej ucho. - Plaża, żar z nieba, a ty w długim rękawie - zamruczałem jej do ucha.
- Masz rację, bo troszkę mi za gorąco - potwierdziła uprzejmie. - Powinniśmy wstąpić jeszcze do sklepu. Nie chciałam niczego kupować bez ciebie.
Sana wstała jako pierwsza i zaczęła się otrzepywać z drobinek piasku.
- Ale mogłaś - zaśmiałem się i stanąłem obok. - Nie doradzę, bo nawet nie wiem, co powinniśmy im kupić.
Żona uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
- Mamy po drodze Ikeę i... - zawadiacko uniosła palec - obiecuję, że nie spędzimy tam pół dnia.
- Mam nadzieję - mruknąłem mało pocieszony, bo ostatnio to nie było pół dnia, a dzień! - A czy dziewczynkom nie powinniśmy dać czegoś bardziej osobistego? - Nie do końca byłem przekonany o słuszności wyjazdu do molocha z dodatkami do domu.
- Może jakieś świeczki zapachowe? - zaproponowała. Przeszły mnie przyjemne dreszcze, gdy wsunęła swoją dłoń w moją i nadała tempo kroków w kierunku auta.
Byliśmy małżeństwem od roku, ale takich odczuć doświadczałem za każdym razem i zapowiadało się, że to mi nigdy nie przejdzie. Małżeństwo z Saną było nagłe, nieplanowane. Nigdy bym nie przypuszczał, że ustawione może dać mi jednocześnie żonę i przyjaciółkę. Moja wybranka była uosobieniem ideału. Skromna, uprzejma, zawsze pogodna. Po prostu cudowna.
Byłem przecież żonaty. Wprawdzie moje poprzednie małżeństwo z początku też było sielanką, ale ta się skończyła z dniem, gdy Monica uzyskała zieloną kartę. Wtedy szybko pokazała, na czym naprawdę jej zależało. Na pewno nie na życiu ze mną. Dlatego pragnąłem, aby Sana uzyskała prawa do życia w Stanach jak najszybciej. Zanim dopuszczę ją do serca i zanim ten głupi organ przejmie kontrolę nad moim ciałem.
Od tamtej chwili minęły dwa miesiące, a w Sanie nie było żadnej zmiany. Chyba że na lepsze. Nadal o mnie dbała. Uwielbiałem wracać z pracy, gdzie w domu pachniało obiadem, a żona witała mnie uśmiechem i słodkim całusem. Doceniałem każde jej zainteresowanie i troskę, zwłaszcza gdy proponowała masaż ramion, bo miałem dużo lekcji surfingowych i ciało domagało się odpoczynku. I czułem się zwyczajnie spełnionym facetem, kiedy inicjowała intymne momenty, podczas których, jak twierdziła, stawałem na wysokości zadania. Komplementowała mnie, a później spełniona zasypiała w moich ramionach, jakby były murem przed koszmarami, które nawiedzały ją nocami.
- Zamyśliłeś się. - Jej głos przywrócił mnie do rzeczywistości. - Jeśli nie chcesz jechać do Ikei, to możemy zrobić zakupy w HomeGoods, tylko zjedziemy kilka mil w bok na trasie do Orlando.
- Nie planuję trasy przez Orlando - zaprzeczyłem szybko i otworzyłem auto pilotem. - Ustalmy, że maksymalnie godzina i stamtąd wyjdziemy - zapowiedziałem z uśmiechem, na co otrzymałem potwierdzenie. - Czyli jedziemy.
Jej oczy powinny świecić blaskiem, kiedy weszliśmy do sklepu z bzdetami. Sana zaskoczyła mnie jednak swoją powściągliwością i zadaniowością. Nie rozczulała się nad pierdółkami i zbędnymi bibelotami. Wskazała przedmioty, ja zapłaciłem i wyszliśmy.
- Wybrałaś bardzo praktyczne rzeczy - skomentowałem, kiedy pakowaliśmy wszystko do bagażnika. - Zastawa do herbaty - wspomniałem nieco zaskoczonym głosem.
- Jestem muzułmanką - upomniała mnie łagodnie.
- A ja muzułmaninem - zgrywałem się. - Zestaw pościeli? - Wskazałem dłonią na piękne poszwy.
- Muzułmanie w urządzaniu swoich domów dążą do prostoty, funkcjonalności i skromności - przypomniała i obdarzyła mnie czułym spojrzeniem. - Odrzucają bibeloty, które mogłyby naruszać zasady islamu, w tym sprzyjać bałwochwalstwu, nadmiernej ozdobności czy kultom obcym. Zamiast tego preferują przedmioty, które mają funkcjonalne lub duchowe znaczenie, podkreślając wartości takie jak szacunek do Allaha i umiar w życiu codziennym. - Delikatnie pstryknęła mnie palcem w nos.
- Czy ty znasz cały Koran na pamięć? - sarknąłem, lecz nie spodobała mi się jej reakcja. Spodziewałem się uśmiechu, otrzymałem jej smutek.
- Całkiem możliwe - potwierdziła zmienionym głosem i uniosła kąciki ust, w oczach zaś zaszkliły się łzy. - Jedźmy na spotkanie z naszą rodziną.
Wsiedliśmy do samochodu. Od razu wprowadziłem koordynaty, a gdy nawigacja wskazała dwieście mil drogi i prawdopodobny czas podróży, wiedziałem, że będą to prawie cztery godziny ciszy.
Zazwyczaj naszym trasom towarzyszyła rozmowa, ale nie po chwilach, gdy Sana w jakikolwiek sposób przypominała sobie o rodzinie. Niestety wzmianka o znajomości Koranu zbyt mocno przywoływała wspomnienia o ojcu. Wspomnienia, o których nie rozmawialiśmy. Wspomnienia, które nawiedzały ją w koszmarach i przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Sana wybudzała mnie swoimi krzykami i rzucaniem się po łóżku. Spocona, przerażona, zapłakana. Jeszcze długo trzęsła się w moich ramionach, a ja nie wiedziałem, co miałbym uczynić, by chociaż odrobinę ciężaru zabrać na siebie.
- Zayd wspominał, że Sara korzysta z wizyt u psychologa - zagaiłem, kiedy dostrzegłem, że Sana porusza ustami, słuchając piosenki z radia.
- Wiem, bo mi o tym mówiła - potwierdziła cicho i obróciła głowę w kierunku okna. - Sugerujesz, że powinnam również skorzystać, czy chcesz jedynie wypełnić ciszę?
- Jedno i drugie. - Próbowałem, aby wyszło zabawnie, ale chyba się zbłaźniłem.
- Cisza czasami jest dobra. - Jej szept wdarł się do mojego serca i zadał bolesne cięcia. - Nie zawsze warto o wszystkim rozmawiać.
- Rozmowa mogłaby ci pomóc - argumentowałem, bo przecież Sana jednym zdaniem odrzuciła obie sugestie.
Gdy zwróciła się w moją stronę, co chwilę rzucałem jej spojrzenia, mając na względzie fakt, że prowadzę i powinienem być ostrożny.
- Może chociaż spróbuj - poprosiłem i złapałem ją za dłoń. - To naprawdę mogłoby ci pomóc.
- Ty mi pomagasz - szepnęła, ale w jej głosie wyczułem nadmiar buzujących emocji. - Twoja troska i obecność to najlepsze, co mnie spotkało.
Moje serce przeszył piorun, aż zabrakło mi tchu. Nie wiedziałem, co przeszła, czego doświadczyła, jedynie mogłem podejrzewać, że jej życie przed ślubem było niekończącym się koszmarem. Ścisnąłem mocniej jej dłoń i przystawiłem sobie do ust, po czym scałowałem kostki na palcach. Chciałem ją zapewnić, że zrobię wszystko, aby już nigdy więcej nie czuła tego, co jeszcze rok temu było jej codziennością, lecz gula w gardle skutecznie zabrała mi głos.
Sana znów zaczęła poruszać ustami w rytm słów wydobywających się z radia, a ja postanowiłem po raz kolejny dać jej czas. Jej koszmary nie pojawiały się każdej nocy. Bywało tak, że potrafiliśmy mieć miesiąc ciszy, niekiedy zdarzały się dwa w tygodniu. Uznałem, że jeśli ponownie się nasilą, wrócę z propozycją konsultacji ze specjalistą.
Resztę drogi nie zagajałem do rozmowy, chociaż nienawidziłem ciszy - chciałem okazać szacunek żonie i dać jej czas na przetrawienie wspomnień. Dopiero gdy zajechaliśmy na miejsce, a ja zgasiłem silnik, Sana wydała z siebie coś na kształt stęknięcia i piśnięcia z zachwytu.
- Nie powinnam się ekscytować - zganiła samą siebie. - Ale ten dom jest uroczy - dodała z nutą entuzjazmu.
- Jest uroczy - prychnąłem i wróciłem wspomnieniami do dnia, kiedy Zayd go kupił.
Gdy stanąłem przed nim pierwszy raz, pomyślałem jedno: brat naprawdę się ustawił. Elegancka willa, dachówka jak we Włoszech, palmy jak w Miami - brakowało tylko służącego podającego mi drinka. W środku? Marmur, wielkie okna, a z tarasu widok na rzekę świętego Jana jak z filmu o milionerach. Do tego Zayd się głupio zapytał: "I co, podoba ci się?"
Jasne, że mi się podobało. Tylko zastanawiałem się, czy jak usiądę na kanapie, ktoś nie każe mi zapłacić za samą obecność.
Brat często podkreślał, że dom nie jest przesycony bogactwem, lecz funkcjonalnością. Jego zdaniem marmurowe podłogi miały służyć na lata, a ogromne okna - dostarczać więcej światła. Dla mnie najzwyczajniej szpanował kasą i kazał robić wszystko, co miało dwukrotną cenę.
- Chyba ktoś na nas czekał - wspomniałem, wskazując na biegnące w naszym kierunku młodsze siostry żony.
- O jejku - pisnęła Sana i wyskoczyła z auta.
Przyglądałem się im, powoli wysiadając z pojazdu. Stanąłem w niewielkiej odległości i podziwiałem zażyłość pomiędzy siostrami, a nawet trochę im tego zazdrościłem. Wprawdzie Zayd był dobrym starszym bratem, ale zbyt często żyłem w jego cieniu, abym dał radę powiedzieć na głos, że go zwyczajnie kocham, i mu to okazać. Mieliśmy też młodszą siostrę, ale Dalia była wyjątkowo rozpieszczona przez ojca. Czasami się zastanawiałem, co zrobić, by odrobinę podciąć jej piórka, w które obrosła.
Pomiędzy siostrami Berkena nie czułem rywalizacji. Zwłaszcza w momencie, gdy na podjeździe pojawiła się Sara, a Sana, zauważywszy ją, wystrzeliła jak z procy i wpadła siostrze w ramiona. W tym czasie przywitałem się z młodszymi dziewczynkami. Urosły i, co mnie zaskoczyło, nie miały na sobie hidżabów. Spojrzałem ponownie w kierunku Sary i uzmysłowiłem sobie, że jej głowy również nie zdobił turban. Jej legginsy były wprawdzie do kostek, ale tunika zakrywała jedynie ramiona, a włosy związała w luźny kok.
- Ależ wyrosłyście! - zagadałem do dziewczyn.
- Jestem równa z Sarą - odezwała się czternastoletnia Maya, czyli najstarsza z najmłodszych. Zagadnęła po francusku, więc najwidoczniej miała ten sam problem co ja, kiedy przeprowadziłem się do Stanów i borykałem z trudnościami w komunikacji.
Siostry Berkena dzieliłem na dwa rzuty. Moja żona była najstarsza i najspokojniejsza. Rok od niej młodsza Sara, czyli żona mojego brata, bywała zadziorna i nieustępliwa jak moja matka, za to miała serce na dłoni. Z opowieści Sany wiedziałem, że ich matka po urodzeniu Sary nie mogła donosić żadnej ciąży. W końcu ich ojciec zabrał ją do lekarza, a po ponoć krótkiej terapii rozpoczął się - jak to przeze mnie nazywany - drugi rzut sióstr. Kobieta po dziesięciu latach poronień wydała na świat jeszcze trzy córki. Rok po roku.
- I jesteś tak samo śliczna jak Sana - zażartowałem i pstryknąłem małolatę w nos.
- Ja jestem jak Sana - wtrąciła odrobinę naburmuszona Nadia, która niedawno skończyła trzynaście lat. - Maya ma czarne włosy i brązowe oczy - argumentowała, wskazując na siostrę. - A ja mam miodowe, zupełnie jak Sana.
- Sana jest najładniejsza - mruknęła Yasmin, najmłodsza z najmłodszych.
- Dlatego to ja jestem podobna do Sany. - Maya wskazała na siebie. - Nawet Samir to potwierdził - żachnęła się teatralnie.
- Dziewczynki! - Do rozmowy dołączył Zayd, którego najwidoczniej przeoczyłem, a to było naprawdę ciężkie, by przeoczyć mężczyznę o jego wzroście i rozmiarze. - W jakim języku mówimy? - zapytał upominająco.
- Po angielsku - rzuciła zawiedziona Maya i spuściła barki.
Żeby ją odrobinę rozweselić, potarmosiłem ją po włosach, na co zachichotała.
- Nie przejmuj się, nawet nie zauważyłem - szepnąłem jej do ucha.
- Muszą się uczyć angielskiego. - Zayd w końcu podał mi rękę, a gdy się uściskaliśmy, przyciągnął mnie do siebie i poklepał po barku.
- A mogą się uczyć, kiedy wyjedziemy? - zaproponowałem żartem i puściłem do brata oczko.
- Ależ mi ciebie brakowało - westchnął, a kiedy dziewczynki ruszyły do starszych sióstr, uśmiechnął się z przekąsem, co oznaczało, że już się nie pilnuje. - Powiem ci, że do kiedy żył nasz zwęglony teść, to jeszcze było się na kogo wkurwić, a tak, popatrz. - Wskazał na mnie. - Mam ciebie na zawołanie! - Zaśmiał się wrednie.
- Ja ci się spalić nie dam - sarknąłem i otworzyłem bagażnik. - Bierz i pomóż zanieść.
- A po jaki chuj to kupowałeś? - pisnął zabawnie, wyciągając pierwszą paczkę. - Pościel? Samir, może mi jeszcze kapciuszki kupiłeś?
- Prezenty są od Sany - upomniałem go. - A jeśli ci się nie podobają, to przynajmniej udawaj, że jesteś szczęśliwy.
Brat prychnął pod nosem niczym kot i wytknął mi z niebywałą radością:
- A ponoć to ja robiłem z siebie debila, kiedy zakochałem się w swojej wybranej żonie.
- Mnie bycie debilem nie przeszkadza. - Wzruszyłem ramionami, czym mocno zaskoczyłem brata.
- Od kiedy? - Jego ton zaczynał mnie irytować, a przecież dopiero przyjechałem.
- Od kiedy wiem, że żona kocha mnie takiego, jakim jestem. - Poruszyłem sugestywnie brwiami. - Ja się nie muszę pilnować w ramadanie ani grać cielaczka - dorzuciłem z nutą drwiny. - Ale ty chyba się powstrzymujesz i jesteś... - pstrykałem palcami, szukając słowa - idealną, chociaż nierealną wersją siebie.
- To ona tak na mnie działa - upomniał mnie z wyczuwalną złością. - Nie gram, po prostu wyzwala we mnie spokój.
Zayd nie był złym człowiekiem, ale bywał wybuchowy. Od kiedy poznał Sarę, miałem wrażenie, że z mężczyzny zrobiła się ciepła klucha.
- To w sypialni wieje nudą. - Ułożyłem usta w podkówkę, by go wkurzyć. - Jak ty taki spokojny...
- Już mnie wkurwiasz - warknął, a po chwili odchrząknął, bo zbliżyliśmy się do dziewczyn, które na zmianę wałkowały temat, która jest naprawdę podobna do Sany.
- I vice versa - mruknąłem, po czym się wyszczerzyłem. Wystarczająco zadziornie, by go zdenerwować.
Myślałem, że dziewczynki będą zainteresowane prezentami, w końcu były tylko dziećmi. Kiedy w naszym domu pojawiał się ktoś z podarunkiem, zawsze się ekscytowałem, ale nie siostry Berkena. Maya z Nadią i Yasmin obejrzały swoje prezenty, grzecznie podziękowały za pamięć, po czym odłożyły podarki i zapytały Sarę, w czym mogą pomóc.
- Czas na grill! - zapowiedział Zayd i głową wskazał taras.
- Sam sobie nie poradzisz? - prychnąłem.
Wcale nie miałem ochoty z nim iść. Wolałem cieszyć oczy radością żony, która w końcu uśmiechała się całym ciałem.
Brat posłał mi upominające spojrzenie, które zapewne miało mnie skłonić do opuszczenia aneksu kuchennego, by tym samym dać kobietom możliwość swobodnej rozmowy.
- Zrobimy w tym czasie przystawki - wtrąciła Sara i zaczęła wyjmować produkty z lodówki. - Czy ktoś ma ochotę na salata mechouia? - wspomniała o aromatycznej przystawce z pieczonej papryki i pomidorów z dodatkami.
- Obiorę paprykę - zapowiedziała Maya.
- A ja pomidorki - wtrąciła Yasmin.
- Chcę pokroić natkę pietruszki! - przekrzykiwała się Nadia.
Ich radosne głosy i przekomarzanki towarzyszyły mi do momentu, kiedy nie wyszedłem na taras, a drzwi za mną zasunął uśmiechnięty Zayd.
- Na serio potrzebujesz pomocy w nacieraniu mięsa? - Wskazałem na miskę, w której leżakowały kawałki steka w przyprawach.
- Chciałem, by mogły swobodnie porozmawiać - upomniał mnie odrobinę rozzłoszczony. - Jak się miewa Sana? Nadal ma koszmary?
- Ma - westchnąłem posępnie. - Czasami, niekiedy częściej, ale miewa i nie udało mi się jej namówić na psychologa.
- Sara już jest zapisana do psycholożki, która świetnie zna francuski - wspomniał, przy okazji zajmując się podpalaniem grilla. - Pierwsze spotkanie mamy na żywo, ale kolejne będą online, więc gdybyś potrzebował do niej kontakt...
- To musi wypłynąć od Sany - zapowiedziałem twardo. - Mogę jej podpowiadać, ale zmuszać nie mam zamiaru.
Brat zawiesił dłonie nad podpałką i uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Jesteś dla niej dobry - stwierdził coś, co powinno mnie uradować, a jedynie wkurzyło.
- A niby dlaczego miałbym być zły?! - Uniosłem głos.
- Twoje pierwsze przemyślenia co do tego małżeństwa...
- Bo byłem, kurwa, rozgoryczony - warknąłem i zacisnąłem oczy i pięść. - Monica... - z trudem wymówiłem imię byłej żony - jej zależało jedynie na pobycie. Grała, udawała, manipulowała mną. W konsekwencji zdradzała.
- Ty też nie kryłeś się z zaliczaniem lasek, które przychodziły na lekcje surfingu - przypomniał i o moich głupich zagrywkach.
- Wtedy myślałem, że jeśli ją zdradzę, to może coś przemyśli. - Wzruszyłem ramionami. - Wiem, głupie to było. Z czasem zrozumiałem, że nie da się wyzwolić zazdrości, jeśli ktoś cię ma zwyczajnie w dupie.
Brat zawiesił na mnie wzrok i długo tak patrzył, bez słów. Pewnie chciał coś powiedzieć, ale czy miałoby to sens? Czy to by coś zmieniło?
- Idę się odlać - mruknąłem i, nie czekając na reakcję brata, ruszyłem do środka.
Wchodząc do salonu, zauważyłem, że w otwartej części kuchennej były jedynie Nadia i Yasmin. Dziewczynki uśmiechnęły się na mój widok.
- Ja tylko do toalety - palnąłem, byle tylko coś do nich zagadać.
- Na dole jest zajęta - poinformowała Nadia i wskazała palcem na drzwi obok mnie. - Maya tam siedzi, musisz iść na górę.
- A do której mogę? - drążyłem, bo cała góra miała pięć pokoi i do każdej przynależała niewielka łazienka z toaletą i prysznicem. Cztery sypialnie na pewno były zajęte, co oznaczało, że piąty pokój jest wolny dla gości, tylko nie wiedziałem który.
- Ten pokój naprzeciwko sypialni Sary i Zayda - wtrąciła Nadia i zachichotała. - Zawiesiłyśmy na nim tabliczkę "baby room".
- Baby room? - Uniosłem brwi. - W sensie, że...
Dziewczynki zaczęły zabawnie wzruszać ramionami, zerkając na siebie. Do tego chichotały, jakby temat dziecka, współżycia czy okazywania sobie miłości był dla nich zabawny.
Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Z zamiarem wypytania brata o prokreację ruszyłem na górę. Osobiście nie spieszyłem się jeszcze do zostania ojcem - uważałem, że jest dla mnie za wcześnie, a przede wszystkim dla Sany. Roczny staż małżeństwa dostarczył mi wiele radości, ale wciąż czułem, że żona jest za młoda na to, by osiąść w pieluchach. Chciałem, by nacieszyła się życiem tylko ze mną, zwiedziła pozostałe stany. I chociaż Florydę zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, byliśmy już w Georgii i Alabamie, to wciąż mieliśmy przed sobą mnóstwo nieodwiedzonych atrakcji.
Postawiłem stopę na piętrze i skierowałem się w stronę wolnego pokoju. Gdy stanąłem przed drzwiami, uśmiechnąłem się na widok zabawnej tabliczki, a w momencie, gdy usłyszałem rozbawienie żony z sypialni naprzeciwko, humor jeszcze bardziej mi się poprawił.
Nie chciałem podsłuchiwać, naprawdę nie miałem takiego zamiaru, lecz pytanie bratowej skłoniło mnie do przystawienia ucha i usłyszenia tego, co żona nie miała odwagi powiedzieć mi osobiście.
- Czyli go nie kochasz? - zapytała ze smutkiem Sara.