Zanim wybaczę. Splątane losy - Magdalena Wala

Kup ebooka

36.90 zł
27.67 zł (27,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Sier­pień 2009 roku

Mgnie­nie oka.

Cza­sem tyle wy­star­czy, aby czy­jeś ży­cie zmie­ni­ło się bez­pow­rot­nie.

Za­le­d­wie kil­ka se­kund wcze­śniej Ka­ro­la cie­szy­ła się pi­ęk­nym dniem. Mia­ro­wo wci­ska­ła pe­da­ły ro­we­ru, czu­jąc, jak po­wiew wia­tru wpe­łza pod lu­źną ko­szul­kę i chło­dzi jej cia­ło. Za­śmia­ła się gło­śno, kie­dy moc­niej­szy po­dmuch po­rwał jej dłu­gie wło­sy, aż za­wi­ro­wa­ły przy pra­wym po­licz­ku. Sierp­nio­we sło­ńce prze­ni­ka­ło przez li­ście drzew ro­snących przy dro­dze, kła­dąc na jezd­ni fa­lu­jące świa­tło­cie­nie. Ka­ro­la przy­mknęła oczy i unio­sła ku nie­mu uśmiech­ni­ętą twarz, aby przez chwi­lę na­pa­wać się cie­płym bla­skiem. Gdzieś za sobą usły­sza­ła na­ra­sta­jący ryk sil­ni­ków i na­tych­miast zje­cha­ła na po­bo­cze, po­nie­waż zbli­żał się ja­kiś sa­mo­chód. Jak oka­za­ło się chwi­lę pó­źniej, na­wet nie je­den, a dwa, ja­dące obok sie­bie tak szyb­ko, że ro­wer Ka­ro­li za­chwiał się pod wpły­wem pędu po­wie­trza, kie­dy kie­row­cy mi­nęli ją w rytm dud­ni­ącej z gło­śni­ków mu­zy­ki.

Dro­ga do Za­bo­rza wiła się wśród la­sów i obo­wi­ązy­wa­ło na niej znacz­ne ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści. Ka­ro­la od­no­si­ła jed­nak wra­że­nie, że kie­row­cy nic so­bie nie ro­bią z prze­pi­sów dro­go­wych. Pru­ją do­brze po­nad set­ką, oce­ni­ła, pa­trząc na zni­ka­jące za za­krętem auta. Po­kręci­ła gło­wą, w du­chu ubo­le­wa­jąc nad bez­my­śl­no­ścią lu­dzi, któ­rzy ze spo­koj­nej le­śnej dro­gi zro­bi­li so­bie tor wy­ści­go­wy. Ryk sil­ni­ków odro­bi­nę uci­chł, więc zno­wu sku­pi­ła się na przy­jem­no­ści, któ­rą da­wa­ła jej jaz­da w to pi­ęk­ne po­po­łud­nie. Szko­da, że Maj­ka...

Nie zdąży­ła na­wet do­ko­ńczyć tej my­śli, kie­dy usły­sza­ła od­głos gwa­łtow­ne­go ha­mo­wa­nia i zgrzyt me­ta­lu. A po­tem na­gle na­sta­ła ci­sza. Ka­ro­la prze­stra­szo­na za­chwia­ła się na sio­de­łku, a z jej ser­ca ule­ciał le­ni­wy spo­kój. Coś naj­wy­ra­źniej wy­da­rzy­ło się za za­krętem. Czy­żby któ­ryś z sza­lo­nych kie­row­ców stra­cił pa­no­wa­nie nad kie­row­ni­cą i ude­rzył w drze­wo? Nie zdzi­wi­ło­by jej to, sko­ro gna­li jak wa­ria­ci. Moc­niej na­ci­snęła pe­da­ły i przy­śpie­szy­ła, chcąc jak naj­szyb­ciej do­trzeć na miej­sce wy­pad­ku, aby spraw­dzić, czy nikt nie zo­stał po­szko­do­wa­ny. Może jed­nak nie, sko­ro po­now­nie usły­sza­ła war­kot sil­ni­ków i pisk opon. To do­brze, po­my­śla­ła, zno­wu zwal­nia­jąc. Nie ży­czy­ła źle ni­ko­mu, na­wet odro­bi­nę sza­lo­nym pi­ra­tom dro­go­wym.

Roz­lu­źni­ła się więc i zno­wu sze­ro­ko uśmiech­nęła, aż do mo­men­tu, kie­dy wy­je­cha­ła zza ko­lej­ne­go za­krętu i do­strze­gła le­żące­go na po­bo­czu mężczy­znę. Na­sto­lat­ka wła­ści­wie, tak na oko nie­wie­le star­sze­go od niej. Le­żał na wznak z roz­rzu­co­ny­mi ręka­mi, a pierw­sze, co rzu­ci­ło jej się w oczy, to jego noga dziw­nie wy­gi­ęta w ko­la­nie. Obok nie­go błysz­cza­ła w sło­ńcu zgi­ęta rama czar­ne­go ro­we­ru. Jed­no z kół na­dal odro­bi­nę się kręci­ło i kie­dy Ka­ro­li­na w ko­ńcu za­trzy­ma­ła się przy po­szko­do­wa­nym, za­sty­gło z prze­ci­ągłym jękiem.

Ka­ro­la pra­wie sfru­nęła z ro­we­ru i od­rzu­ci­ła go na bok, nie przej­mu­jąc się, że może za­ry­so­wać fio­le­to­wą ramę. Przez chwi­lę spa­ni­ko­wa­na za­sta­na­wia­ła się, co ro­bić. Co in­ne­go lek­cje edu­ka­cji dla bez­pie­cze­ństwa i za­jęcia z udzie­la­nia pierw­szej po­mo­cy, a co in­ne­go sa­mo­dziel­ne ra­to­wa­nie ludz­kie­go ży­cia. A prze­cież w przy­szło­ści za­mie­rza­ła stu­dio­wać me­dy­cy­nę. Prze­że­gnaw­szy się, uklęk­nęła przy nie­ru­cho­mym chu­dziel­cu i pró­bo­wa­ła ogar­nąć na­głą pust­kę w gło­wie. Myśl, Ka­ro­la! Co zro­bić naj­pierw? Za­wia­do­mić o wy­pad­ku ja­kieś słu­żby? Może... Wy­pa­da­ło­by spraw­dzić, czy chło­pak w ogó­le żyje, czy od­dy­cha, aby udzie­lić dys­po­zy­to­ro­wi po­go­to­wia rze­tel­nej in­for­ma­cji.

- Hej! - skrzy­wi­ła się, sły­sząc swój pi­skli­wy głos, więc od­chrząk­nęła i ode­zwa­ła się gło­śno po raz ko­lej­ny: - Sły­szysz mnie? Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Ude­rzy­ła się otwar­tą dło­nią w czo­ło. Nie­bo­rak leży tu nie­przy­tom­ny, a ona pyta, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Prze­cież wi­dać, że nie!

Oce­ni­ła uło­że­nie gło­wy na­sto­lat­ka i za­uwa­ży­ła spły­wa­jącą po skro­ni krew, któ­ra zdąży­ła za­pla­mić jego roz­ja­śnio­ne sło­ńcem wło­sy. Po­trząsa­nie po­szko­do­wa­ne­go za ra­mio­na czy ru­sza­nie go ra­czej nie by­ło­by do­brym po­my­słem, więc zde­cy­do­wa­ła się uszczyp­nąć chło­pa­ka w ucho z na­dzie­ją, że ten się ock­nie. Prze­cze­ka­ła kil­ka pe­łnych na­pi­ęcia se­kund, ob­ser­wu­jąc jego twarz, ale nie za­uwa­ży­ła żad­nej zmia­ny.

- Co da­lej, Ka­ro­la? - za­sta­na­wia­ła się gło­śno, czu­jąc, jak ob­le­wa ją zim­ny pot. Z na­pi­ęcia jej ser­ce biło co­raz sil­niej. - Wła­śnie! Ser­ce! Spraw­dzić tęt­no i od­dech.

Uspo­ko­jo­na, że wie, jak po­stępo­wać, przy­ło­ży­ła dwa pal­ce do tęt­ni­cy szyj­nej chło­pa­ka, usi­łu­jąc wy­czuć puls. Gdy po­czu­ła pod opusz­ka­mi lek­kie drga­nia, ode­tchnęła z ulgą. Kie­dy jed­nak spoj­rza­ła na ze­ga­rek, skrzy­wi­ła się, po­nie­waż we­dług niej drgni­ęcia na­stępo­wa­ły w zbyt du­żych od­stępach cza­su.

Ale były! Za­ob­ser­wo­wa­ła rów­nież, że klat­ka pier­sio­wa chłop­ca uno­si się w płyt­kim od­de­chu. Żył...

Wszyst­kie czyn­no­ści dłu­ży­ły się w nie­sko­ńczo­no­ść, ale kie­dy otwo­rzy­ła klap­kę ko­mór­ki, ze zdzi­wie­niem uzmy­sło­wi­ła so­bie, że gdzieś w od­da­li na­dal sły­szy echo od­da­la­jących się z dużą pręd­ko­ścią sa­mo­cho­dów. Od cza­su kie­dy na po­bo­czu do­strze­gła po­szko­do­wa­ne­go, mu­sia­ło upły­nąć za­le­d­wie kil­ka­dzie­si­ąt se­kund. Dzi­ęki Bogu jej te­le­fon ła­pał tu za­si­ęg.

Szyb­ko wy­bra­ła nu­mer alar­mo­wy i nie­cier­pli­wie cze­ka­ła na po­łącze­nie.

- Chło­pak po­trąco­ny przez sa­mo­chód - po­in­for­mo­wa­ła chra­pli­wie dys­po­zy­to­ra. - Nie­przy­tom­ny, ale od­dy­cha sa­mo­dziel­nie. Kie­row­ca ucie­kł z miej­sca wy­pad­ku.

- Gdzie pani jest?

Nie zna­ła tych te­re­nów zbyt do­brze, ale tą aku­rat dro­gą je­cha­ła już wcze­śniej z Maj­ką.

- Znaj­du­ję się na szo­sie pro­wa­dzącej wzdłuż Je­zio­ra Ła­ńskie­go. Nie­daw­no mi­nęłam zjazd do Le­śni­czów­ki, ale nie do­ta­rłam jesz­cze do roz­wi­dle­nia bie­gnące­go do Za­bo­rza.

- Ro­zu­miem. Pro­szę mo­ni­to­ro­wać stan po­szko­do­wa­ne­go i uło­żyć go w po­zy­cji bocz­nej usta­lo­nej. Po­sta­ram się, aby ka­ret­ka do­ta­rła jak naj­szyb­ciej...

- Boję się ru­szać jego gło­wę... - oznaj­mi­ła ci­cho, ale po dru­giej stro­nie od­po­wie­dzia­ła jej je­dy­nie ci­sza. Po­łącze­nie zo­sta­ło ze­rwa­ne. Spoj­rza­ła zdzi­wio­na na te­le­fon i na­tych­miast zo­rien­to­wa­ła się dla­cze­go. Jej te­le­fon wła­śnie stra­cił za­si­ęg.

Wło­ży­ła go do kie­sze­ni spodni i za­częła po­wtór­ne oględzi­ny chło­pa­ka. Wy­gląda­ło na to, że nie od­nió­sł ja­kiś po­wa­żniej­szych ob­ra­żeń ze­wnętrz­nych. Poza ura­zem gło­wy oczy­wi­ście, ale prze­ko­na­ła się, że krew pra­wie prze­sta­ła pły­nąć. Nie wy­klu­cza­ło to jed­nak ob­ra­żeń we­wnętrz­nych, ale za­jęcie się nimi na szczęście nie le­ża­ło już w jej ge­stii. Tym zaj­mą się le­ka­rze w szpi­ta­lu.

Może jed­nak po­win­na roz­wa­żyć uło­że­nie go w po­zy­cji bez­piecz­nej? Upły­nęło już kil­ka mi­nut, a po­szko­do­wa­ny na­dal nie od­zy­skał przy­tom­no­ści. Na do­da­tek nie po­do­bał jej się od­cień jego skó­ry, któ­ra mimo opa­le­ni­zny po­wo­li za­czy­na­ła przy­bie­rać bar­wę po­pio­łu. Może po­win­na go czy­mś przy­kryć? Na prze­ja­żdżkę ro­we­rem nie za­bra­ła prze­cież ap­tecz­ki, więc nie dys­po­no­wa­ła ko­cem ter­micz­nym. W ple­ca­ku mia­ła jed­nak lek­ki swe­te­rek, któ­ry za­rzu­ci­ła chło­pa­ko­wi na ra­mio­na, sta­ra­jąc się jak naj­szczel­niej go okryć.

Jesz­cze raz przyj­rza­ła się jego twa­rzy. Nie okre­śli­ła­by jej jako su­per­przy­stoj­nej, ale miał w so­bie to nie­uchwyt­ne coś. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach pew­nie ro­bił na dziew­czy­nach wra­że­nie, zwłasz­cza że był dość pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­ny, co zdąży­ła do­strzec, kie­dy szu­ka­ła ob­ra­żeń na jego cie­le. Typ, któ­ry na­wet w ko­ron­kach i różu wy­gląda jak stu­pro­cen­to­wy fa­cet, uzna­ła, po­pra­wia­jąc na nim pu­dro­wy swe­ter z ko­ron­ko­wy­mi wstaw­ka­mi.

Ko­lej­ne mi­nu­ty wle­kły się nie­mi­ło­sier­nie, kie­dy cze­ka­ła na przy­jazd ka­ret­ki. Od mo­men­tu wy­pad­ku dro­gą nie prze­je­chał ża­den sa­mo­chód, któ­re­go kie­row­ca mó­głby jej po­móc. A przede wszyst­kim ją wes­przeć.

- Trzy­maj się - po­wie­dzia­ła na­gle do nie­przy­tom­ne­go chło­pa­ka, bio­rąc go za rękę, aby do­dać mu otu­chy. Skrzy­wi­ła się odro­bi­nę, czu­jąc, że dłoń jest nie­przy­jem­nie zim­na. - Po­moc jest już w dro­dze, po­win­ni tu do­trzeć lada chwi­la. W szpi­ta­lu raz dwa po­sta­wią cię na nogi i nie­dłu­go znów będziesz śmi­gał na ro­we­rze. Nie wiem tyl­ko, czy dasz radę ura­to­wać swo­je dwa kó­łka - za­fra­so­wa­ła się, rzu­ciw­szy po­now­nie okiem w kie­run­ku wy­gi­ętej ramy. - Z dru­giej stro­ny le­piej on niż ty.

Umil­kła na chwi­lę, ale, ina­czej niż pod­czas prze­ja­żdżki, pa­nu­jąca wo­kół ci­sza prze­szka­dza­ła jej co­raz moc­niej. To pew­nie z ner­wów, uzna­ła, po raz ko­lej­ny spraw­dza­jąc na tar­czy ze­gar­ka, któ­ra go­dzi­na.

- Nie wiem jak ty, ale przy­je­cha­łam do Plusk na wa­ka­cje do przy­ja­ció­łki. Przez dwa lata cho­dzi­ły­śmy ra­zem do gim­na­zjum, ale tuż przed wa­ka­cja­mi jej oj­ciec od­sze­dł do in­nej ko­bie­ty, a mama stwier­dzi­ła, że nie da rady utrzy­mać sie­bie i cór­ki ze swo­jej na­uczy­ciel­skiej pen­sji. Po­sta­no­wi­ły więc prze­pro­wa­dzić się na wieś do swo­jej ro­dzi­ny, zwłasz­cza że w tym sa­mym cza­sie ci­ężko za­cho­ro­wa­ła pra­bab­cia Maj­ki. Moja przy­ja­ció­łka dłu­go nie mo­gła prze­ba­czyć mat­ce, że w trze­ciej kla­sie mu­sia­ła zmie­nić szko­łę i za­miesz­kać gdzieś w le­śnej głu­szy. Ja z ko­lei sądzę, że te oko­li­ce są wy­jąt­ko­wo pi­ęk­ne. Kie­dy za­pro­si­ła mnie na wa­ka­cje, oka­za­ło się, że miesz­ka nie­da­le­ko... A ty dla­cze­go za­czy­nasz char­czeć?

Ka­ro­la za­mil­kła i uwa­żnie ob­ser­wo­wa­ła le­d­wie do­strze­gal­ne ru­chy klat­ki pier­sio­wej chło­pa­ka.

- Je­śli moje ga­da­nie ci prze­szka­dza, to się za­mknę - obie­ca­ła prze­stra­szo­na.

Z gar­dła chło­pa­ka prze­sta­ło się wy­do­by­wać dziw­ne rzęże­nie, a jego pie­rś po­ru­szy­ła się gwa­łtow­nie i za­sty­gła w bez­ru­chu.

- Hej! - po­kle­pa­ła go po po­licz­ku, czu­jąc, jak jej wła­sny od­dech przy­śpie­sza. - Nie rób mi tego, sły­szysz? ! Na­praw­dę po­tra­fię za­cho­wać ci­szę.

Po­chy­li­ła się nad jego twa­rzą i usi­ło­wa­ła wy­czuć stru­mień wy­dy­cha­ne­go przez nie­zna­jo­me­go po­wie­trza, ale bez­sku­tecz­nie. Nic...

- Nie... nie... nie... - Ka­ro­la za­częła po­pa­dać w pa­ni­kę. - Po­moc jest już w dro­dze... Od­dy­chaj! Pro­szę cię.

Jesz­cze raz spoj­rza­ła na klat­kę pier­sio­wą chło­pa­ka, ale ta ani drgnęła. Za­ci­snęła oczy... To zna­czy­ło... A je­śli usi­łu­jąc przy­wró­cić krąże­nie, wy­rządzi mu krzyw­dę? Po­ła­mie że­bra? Bie­dak już i tak ma uszko­dzo­ne ko­la­no...

- Idiot­ka - mruk­nęła. - Je­śli cze­goś nie zro­bisz, to w ogó­le prze­sta­nie po­trze­bo­wać że­ber, a ro­dzi­na za­cznie szu­kać trum­ny.

Wy­mie­rzy­ła so­bie men­tal­ny po­li­czek i ujęła w dło­nie gło­wę chło­pa­ka, roz­chy­la­jąc jed­no­cze­śnie jego usta. Po­chy­li­ła się i przy­lgnęła do nich war­ga­mi, jed­no­cze­śnie wy­pusz­cza­jąc zgro­ma­dzo­ne w ja­mie ust­nej po­wie­trze. I jesz­cze raz...

Te­raz trzy­dzie­ści uci­śni­ęć most­ka. Roz­pacz­li­wie szu­ka­ła w pa­mi­ęci ćwi­czo­ne­go nie­gdyś uło­że­nia dło­ni oraz miej­sca, w któ­rym po­win­na je umie­ścić na cie­le po­szko­do­wa­ne­go. I ru­szy­ła.

Raz, dwa, trzy... dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć, trzy­dzie­ści! - od­li­cza­ła w my­ślach, czu­jąc, jak pot spły­wa jej po ple­cach, a ręce drżą z wy­si­łku. Szyb­kie zer­k­ni­ęcie na klat­kę pier­sio­wą upew­ni­ło Ka­ro­lę, że chło­pak na­dal nie od­dy­cha.

- Bła­gam cię... - wy­szep­ta­ła, po­chy­la­jąc się, aby od­dać mu na­stęp­ne dwa od­de­chy. I zno­wu... Trzy­dzie­ści uci­śni­ęć... dwa od­de­chy... trzy­dzie­ści uci­śni­ęć... I tak bez ko­ńca.

Po ko­lej­nych za­uwa­ży­ła, że jego twarz jest mo­kra. Czy­żby pła­kał?

Nie... to ona za­le­wa­ła się łza­mi, dy­go­cząc jed­no­cze­śnie z wy­si­łku. Już nie mo­gła, po pro­stu nie była w sta­nie kon­ty­nu­ować. Po­mi­mo mrocz­ków przed ocza­mi po­sta­no­wi­ła spró­bo­wać jesz­cze raz. Może z mniej­szą ener­gią, ale da­lej po­bu­dza­ła jego ser­ce do pra­cy. I na­gle, kie­dy już pra­wie omdle­wa­ła, usły­sza­ła dźwi­ęk po­jaz­du na sy­gna­le. To ją zmo­ty­wo­wa­ło: ze­bra­ła reszt­ki drze­mi­ących w niej jesz­cze sił i co­raz szyb­ciej uci­ska­ła klat­kę pier­sio­wą chło­pa­ka.

- Że­byś nie wa­żył mi się tu te­raz umie­rać, sły­szysz? - wy­ce­dzi­ła przez za­ci­śni­ęte zęby. - Za­raz tu będą, więc, do cho­le­ry, za­cznij w ko­ńcu wal­czyć!

Wdmuch­nęła mu do ust po­wie­trze i roz­po­częła nową se­rię. Gdy ją sko­ńczy­ła, za­uwa­ży­ła, że je­den z ra­tow­ni­ków na­kła­da chło­pa­ko­wi na twarz ma­skę, a inny in­sta­lu­je ko­łnierz na jego szyi.

Ktoś do niej coś mó­wił, ale las wo­kół na­gle stał się ja­skra­wy, a po­tem za­chwiał się i dziw­nie po­czer­niał.

Gdy znów od­zy­ska­ła jako taką świa­do­mo­ść, stwier­dzi­ła, że sie­dzi w ja­dącej na sy­gna­le ka­ret­ce, a sil­na dłoń do­ci­ska jej klat­kę pier­sio­wą do ud. Nie wi­dzia­ła za do­brze - przed ocza­mi wi­ro­wa­ły jej żó­łto-sza­re wstęgi.

- Od­zy­sku­je przy­tom­no­ść - usły­sza­ła do­bie­ga­jący z da­le­ka głos.

- To do­brze - wy­mam­ro­ta­ła.

Po­sie­dzia­ła jesz­cze dość dłu­go zgi­ęta wpół, czu­jąc, jak po­wo­li wra­ca­ją jej siły. Kie­dy unio­sła gło­wę, je­den z ra­tow­ni­ków po­dał jej bu­tel­kę z wodą.

- Pora uzu­pe­łnić pły­ny - po­le­cił, po czym od­wró­cił się do le­żące­go chło­pa­ka. Ku swo­je uldze do­strze­gła, jak jego klat­ka pier­sio­wa uno­si się w od­de­chu.

- Uda­ło się... - wy­szep­ta­ła do sa­mej sie­bie.

W szpi­ta­lu ka­za­no jej cze­kać na po­li­cję i dok­to­ra, usia­dła więc na pla­sti­ko­wym krze­se­łku, ob­ser­wu­jąc drzwi, za któ­ry­mi znik­nął prze­jęty przez le­ka­rzy po­szko­do­wa­ny chło­pak.

Spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu i zo­ba­czy­ła trzy nie­ode­bra­ne po­łącze­nia od Maj­ki. Po­win­na do niej za­dzwo­nić, uspo­ko­ić ją, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, ale kom­plet­nie nie mia­ła na to ocho­ty. Kie­dy zo­ba­czy­ła dwóch mun­du­ro­wych kie­ru­jących się w jej stro­nę, Ka­ro­la za­częła co­raz moc­niej szlo­chać. Sama już nie wie­dzia­ła dla­cze­go. Prze­cież wszyst­ko sko­ńczy­ło się do­brze.

Po pro­stu mu­sia­ła!

Rozdział pierwszy

Zwol­nio­na:

Jak to zwol­nio­na? !

Ka­ro­la z nie­do­wie­rza­niem przy­gląda­ła się kie­row­ni­ko­wi ho­te­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła od sze­ściu mie­si­ęcy. Zo­sta­ła za­trud­nio­na na sta­no­wi­sku re­cep­cjo­nist­ki, co może nie było pra­cą jej ma­rzeń, ale uzna­ła, że od cze­goś trze­ba za­cząć, aby po­wo­li piąć się po szcze­blach ka­rie­ry. Wy­bra­ła sto­sun­ko­wo nie­wiel­ki ho­tel, je­den z trzech znaj­du­jących się w rękach ro­dzi­ny Ob­cow­skich. Bie­gle zna­ła an­giel­ski, ale nie­źle ra­dzi­ła so­bie rów­nież w kon­tak­tach z fran­cu­sko­języcz­ny­mi go­śćmi. Chwa­lo­no jej kom­pe­ten­cje, ale przede wszyst­kim spo­kój, któ­ry oka­zy­wa­ła w kry­zy­so­wych sy­tu­acjach. Ni­g­dy nie tra­ci­ła cier­pli­wo­ści i mi­łe­go uśmie­chu, sta­ra­jąc się, w mia­rę swo­ich mo­żli­wo­ści, spe­łnić cza­sa­mi dość ory­gi­nal­ne ży­cze­nia go­ści.

W chwi­li kie­dy za­mie­rza­ła na­po­mknąć o pod­wy­żce, szef znie­nac­ka wręczył jej wy­po­wie­dze­nie.

- Czy ktoś zło­żył na mnie ja­kąś skar­gę? - wy­krztu­si­ła, kie­dy po raz trze­ci za­po­zna­ła się z jego tre­ścią. Gdy pierw­szy raz prze­bie­gła druk wzro­kiem, po­my­śla­ła, że to ja­kaś kosz­mar­na po­my­łka. W zwi­ąz­ku z tym za­po­zna­ła się z do­ku­men­tem po raz ko­lej­ny i na wszel­ki wy­pa­dek prze­czy­ta­ła go po raz trze­ci. Nie­ste­ty z tre­ści jed­no­znacz­nie wy­ni­ka­ło, że za dwa ty­go­dnie zo­sta­nie bez­ro­bot­na.

Po­ło­ży­ła do­ku­ment przed sobą na biur­ku i wbi­ła wzrok w sze­fa. Mężczy­zna lek­ko zmru­żył oczy i po­kręcił gło­wą.

- O ile mi wia­do­mo nie.

- To może mi pan wy­tłu­ma­czyć dla­cze­go? Za­le­d­wie ty­dzień temu by­łam wy­chwa­la­na pod nie­bio­sa przez pana Ob­cow­skie­go, a te­raz do­sta­ję kopa?

Jej zdzi­wie­nie od­cho­dzi­ło w nie­byt wraz z le­gen­dar­nym już sto­ic­kim spo­ko­jem. W ich miej­sce po­ja­wi­ły się roz­go­ry­cze­nie oraz po­cząt­ki gnie­wu, któ­ry jed­nak na­dal trzy­ma­ła pod ści­słą kon­tro­lą.

Kie­row­nik zmarsz­czył brwi, naj­wy­ra­źniej nie­za­do­wo­lo­ny z kie­run­ku, w któ­rym zmie­rza­ła ich roz­mo­wa.

- Wła­ści­ciel do­sze­dł do wnio­sku, że w tym mo­men­cie nie po­trze­bu­je­my aż tylu pra­cow­ni­ków. Pa­nią przy­jęli­śmy do pra­cy jako ostat­nią.

To aku­rat nie była do ko­ńca praw­da. W tym sa­mym cza­sie zo­sta­ła za­trud­nio­na rów­nież Agniesz­ka.

- Zwal­nia­cie mnie w kwiet­niu? Przed zbli­ża­jącym się se­zo­nem, kie­dy lu­dzie do­pie­ro za­czy­na­ją od­wie­dzać mia­sto? Kie­dy zje­żdża­ją wy­ciecz­ki szkol­ne? - iro­ni­zo­wa­ła. - Fak­tycz­nie: wy­jąt­ko­wo roz­sąd­na po­li­ty­ka ka­dro­wa.

Sko­ro de­cy­zja o jej zwol­nie­niu już za­pa­dła, mo­gła do­bit­nie po­wie­dzieć, co o tym sądzi. Ni­g­dy wcze­śniej nie dys­ku­to­wa­ła, tyl­ko gor­li­wie wy­pe­łnia­ła swo­je obo­wi­ąz­ki. I pro­szę jaka spo­tka­ła ją za to na­gro­da!

Kie­row­nik je­dy­nie wes­tchnął.

- Uwierz mi, gdy­by ta de­cy­zja na­le­ża­ła do mnie, pra­co­wa­ła­byś u nas da­lej. Nie­ste­ty mam zwi­ąza­ne ręce.

Ka­ro­la nie ode­zwa­ła się, tyl­ko wy­mow­nie po­pa­trzy­ła na sze­fa.

In­tu­icja pod­po­wia­da­ła jej, że zwol­nie­nie mia­ło wie­le wspól­ne­go z po­wo­ła­niem no­wej dy­rek­tor. Pani Ewa była je­dy­ną cór­ką wła­ści­cie­la i po­dej­mo­wa­ła wszyst­kie de­cy­zje do­ty­czące ho­te­lu, jako że oj­ciec zo­sta­wił jej wol­ną rękę. Na Ka­ro­li ko­bie­ta zro­bi­ła wy­jąt­ko­wo nie­ko­rzyst­ne wra­że­nie już pod­czas pre­zen­ta­cji, kie­dy pan Ob­cow­ski oso­bi­ście za­po­zna­wał ją z per­so­ne­lem. W od­ró­żnie­niu od ojca, któ­ry sta­rał się utrzy­my­wać w pra­cy miłą at­mos­fe­rę, nowa pani dy­rek­tor szyb­ko dała od­czuć pra­cow­ni­kom, kto tu rządzi. Na do­da­tek szyb­ko zna­la­zła wspól­ny język z jed­ną z dziew­czyn pra­cu­jących w re­cep­cji, Agniesz­ką. Ka­ro­la po­dej­rze­wa­ła, że Aga do­no­si no­wej sze­fo­wej o wszyst­kim. Co praw­da nie po­słu­gi­wa­ła się an­giel­skim tak do­brze, ale jako pu­pil­ka sze­fo­wej zna­la­zła się pod ochro­ną. Ka­ro­la z nie­sma­kiem wy­krzy­wi­ła usta.

- Chcę prze­pra­co­wać okres wy­po­wie­dze­nia i do­stać ekwi­wa­lent za nie­wy­ko­rzy­sta­ny urlop - oznaj­mi­ła ci­cho, do­cho­dząc do wnio­sku, że dal­sze roz­mo­wy będą pro­wa­dzić do­ni­kąd. Dy­rek­tor­ka z so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów uzna­ła, że Ka­ro­la jest zbęd­na. Może chcia­ła przy­jąć do pra­cy ko­goś z po­le­ce­nia.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście...

Kie­row­nik po­ki­wał gor­li­wie gło­wą, ocie­ra­jąc pot z czo­ła chu­s­tecz­ką, szczęśli­wy, że tę nie­przy­jem­ną roz­mo­wę ma już za sobą. Kie­dy zo­stał we­zwa­ny przez dy­rek­tor­kę i do­wie­dział się, kto ma zo­stać zwol­nio­ny, zwąt­pił przez chwi­lę w zdro­wie psy­chicz­ne sze­fo­wej. Na mie­si­ąc przed zwy­cza­jo­wym na­jaz­dem go­ści wła­ści­ciel zwol­nił jed­ną z naj­bar­dziej kom­pe­tent­nych pra­cow­nic. Tę, któ­rej sam wró­żył ogrom­ną ka­rie­rę. Nie dys­ku­to­wał jed­nak, sko­ro Ob­cow­ska upa­rła się, aby za­ła­twić tę spra­wę szyb­ko i mo­żli­wie dys­kret­nie. Ka­ro­li­na Dziar­ska jest mło­da i szyb­ko znaj­dzie coś in­ne­go, zwłasz­cza że za­mie­rzał jej wy­sta­wić en­tu­zja­stycz­ną opi­nię. On nie­ste­ty li­czył już lata do eme­ry­tu­ry i nie miał ocho­ty się na­ra­żać wy­nio­słej pra­co­daw­czy­ni. Gdy­by jesz­cze była rów­nie kom­pe­tent­na, co wy­stro­jo­na...

Ka­ro­la po po­wro­cie do pra­cy z tru­dem za­cho­wy­wa­ła pro­fe­sjo­nal­ny uśmiech. Za­ła­twia­ła ko­lej­ne spra­wy, od­bie­ra­ła te­le­fo­ny, a w du­chu py­ta­ła sie­bie, dla­cze­go taka nie­spra­wie­dli­wo­ść przy­da­rzy­ła się wła­śnie jej. Do tej pory uwa­ża­ła, że aby osi­ągnąć suk­ces, wy­star­czy się sta­rać i zdo­by­wać wie­dzę. Wy­po­wie­dze­nie, te­raz bez­piecz­nie spo­czy­wa­jące w jej to­reb­ce, prze­ko­na­ło ją, że lu­dzie po­stępu­ją słusz­nie je­dy­nie wte­dy, gdy nie go­dzi to w ich in­te­re­sy. A przy­naj­mniej pe­wien typ lu­dzi, po­my­śla­ła, ob­ser­wu­jąc prze­cho­dzącą obok niej Ob­cow­ską, któ­ra rzu­ci­ła jej pe­łen sa­tys­fak­cji uśmiech. Kie­dy go­dzi­nę pó­źniej za­ko­ńczy­ła zmia­nę, chwy­ci­ła za te­le­fon. Ku swo­jej uldze szyb­ko usły­sza­ła w apa­ra­cie zna­jo­my głos.

- Po pro­stu nie uwie­rzysz, co się sta­ło... - roz­po­częła ty­ra­dę.

Po tym, jak prze­ga­da­ła pół go­dzi­ny, sie­dząc na ław­ce w par­ku, po­czu­ła się odro­bi­nę le­piej. Maj­ka jak zwy­kle mia­ła ra­cję. Świat nie ko­ńczy się na ho­te­lu Pod Zło­tą Ci­żem­ką. Ko­rzyst­niej fak­tycz­nie zmie­nić pra­cę, niż wy­pru­wać so­bie żyły w miej­scu, w któ­rym nie ma przej­rzy­stych za­sad. Może się już po­chwa­lić spo­rym do­świad­cze­niem za­wo­do­wym, co po­zwo­li jej zna­le­źć inną, lep­szą pra­cę. A pra­co­wać musi, je­śli kie­dyś chce unie­za­le­żnić się od bab­ci i pó­jść na swo­je. Nie mo­gła się tego do­cze­kać.

Ko­niecz­no­ść wiecz­ne­go pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia się za­sa­dom star­szej pani od­bie­ra­ła jako co naj­mniej śmiesz­ną. Jej dziad­ka wy­cho­wy­wa­no wy­jąt­ko­wo su­ro­wo i do­kład­nie te samy za­sa­dy wpro­wa­dził w swo­im domu w sto­sun­ku do mamy Ka­ro­li. Kie­dy do­da­wa­ła do nich na­do­pie­ku­ńczo­ść se­nior­ki, Ka­ro­li ab­so­lut­nie nie dzi­wi­ło, że mama wcze­śnie wy­szła za mąż, a po­tem ko­rzy­sta­ła z ka­żdej oka­zji, aby wy­je­żdżać z oj­cem. Cho­ciaż wła­snym dzie­ciom sta­ra­ła się za­pew­nić swo­bod­ne dzie­ci­ństwo, wol­no­ść na­tych­miast ko­ńczy­ła się, kie­dy wraz z bra­tem lądo­wa­li u dziad­ków i mu­sie­li prze­strze­gać se­tek re­guł. Te­raz, jako do­ro­sła ko­bie­ta, nie po­trze­bo­wa­ła opie­ku­na, ale ma­mie za­le­ża­ło, aby ktoś w cza­sie jej nie­obec­no­ści przy­pil­no­wał bab­ci. Po­zba­wio­na pra­cy i źró­dła do­cho­du mo­gła u niej utknąć na dłu­żej, więc czu­ła się zde­ter­mi­no­wa­na, aby zna­le­źć coś jak naj­szyb­ciej. Se­nior­ka wy­ko­rzy­sta­ła­by tę sy­tu­ację jako ar­gu­ment, aby Ka­ro­la prze­nio­sła się do niej na sta­łe. Na tę myśl po­czu­ła prze­szy­wa­jące dresz­cze.

Oczy­wi­ście nie było mowy, aby otrzy­ma­ła kre­dyt na kup­no wła­sne­go miesz­ka­nia. Do pe­łni szczęścia wy­star­czy­ło­by jej jed­nak wy­na­jęcie ma­łej ka­wa­ler­ki. Na­wet ta­kiej tyl­ko odro­bi­nę wi­ęk­szej od znacz­ka pocz­to­we­go. Nie mu­sia­ła­by dłu­żej słu­chać uwag, że jej spód­nicz­ki nie si­ęga­ją wy­star­cza­jąco da­le­ko przed ko­la­no, a spodnie by­wa­ją zbyt opi­ęte. Że nie sie­dzi wy­star­cza­jąco pro­sto, za­da­je się z nie­od­po­wied­ni­mi oso­ba­mi, a jej lek­tu­ry są nie­do­sta­tecz­nie am­bit­ne. Że spó­źni­ła się do domu o mi­nu­tę.

A wła­śnie... Ka­ro­la ner­wo­wo zer­k­nęła na ze­ga­rek usta­wio­ny do­kład­nie we­dług cza­su wska­zy­wa­ne­go przez ku­chen­ny ze­gar bab­ci i na­tych­miast po­de­rwa­ła się z ław­ki. Mia­ła do­kład­nie sie­dem mi­nut, aby do­biec do domu. W prze­ciw­nym ra­zie ko­ńców­ka pe­cho­we­go już dnia oka­że się jesz­cze gor­sza.

Spo­co­na zgi­ęła się wpół i dy­sząc ci­ężko, na­ci­snęła na dzwo­nek w chwi­li, kie­dy ze­gar za­czął wy­bi­jać siód­mą. Zdąży­ła! Drzwi uchy­li­ły się, uka­zu­jąc szczu­płą syl­wet­kę star­szej damy. Ta zmarsz­czy­ła z nie­sma­kiem brwi, wi­dząc, jak wnucz­ka ci­ężko opie­ra się o fra­mu­gę cała za­czer­wie­nio­na i na do­da­tek z grzyw­ką przy­le­pio­ną do zro­szo­ne­go po­tem czo­ła. Na szczęście nie ode­zwa­ła się ani sło­wem, tyl­ko po­zwo­li­ła za­sa­pa­nej Ka­ro­li we­jść do środ­ka i ści­ągnąć mo­ka­sy­ny oraz lek­ką kurt­kę.

Ka­ro­li­na za­nio­sła to­reb­kę do swo­jej sy­pial­ni i uda­ła się do ła­zien­ki, aby umyć ręce. Pó­źniej prze­szła do ja­dal­ni, gdzie na sto­le cze­ka­ła już na nią pa­ru­jąca za­pie­kan­ka ma­ka­ro­no­wa. Pierw­szy kęs upew­nił ją, że war­to było biec przez wi­ęk­szo­ść dro­gi i na­ba­wić się kol­ki, po­nie­waż co­kol­wiek by mó­wić o jej bab­ci, ta go­to­wa­ła po pro­stu bo­sko!

Wró­ci­ła­by mi­nu­tę pó­źnej i z wnętrz­no­ścia­mi gra­jący­mi z gło­du na­wet nie mar­sza, ile skocz­ne­go obe­rka, ob­ser­wo­wa­ła­by, jak bab­cia sama po­wo­li de­lek­tu­je się za­pie­kan­ką. Spó­źnia­jący się, we­dług pani Arendt, nie za­słu­gu­ją na po­si­łek i mogą cho­dzić spać głod­ni. Oczy­wi­ście po wcze­śniej­szej roz­mo­wie dys­cy­pli­nu­jącej, któ­ra przy­po­mi­na­ła­by nie­sfor­nej wnucz­ce o pa­nu­jących u Arend­tów za­sa­dach. To, że Ka­ro­li­na już daw­no ode­bra­ła do­wód oso­bi­sty, po­zo­sta­wa­ło zu­pe­łnie nie­istot­ne, sko­ro miesz­ka­ła u bab­ci. Jej dom, jej za­sa­dy.

- Kie­dy po­sprzątasz w kuch­ni, zrób nam her­ba­ty. Mu­si­my po­roz­ma­wiać - oznaj­mi­ła do­stoj­nie star­sza pani, po czym prze­szła do sa­lo­nu.

Ka­ro­la po raz ko­lej­ny tego dnia ob­la­ła się po­tem, tym ra­zem lo­do­wa­tym. Do­brze, że na­dal sie­dzia­ła, po­nie­waż bab­ci­na po­trze­ba roz­mo­wy mo­gła su­ge­ro­wać pod­jęcie tyl­ko jed­ne­go te­ma­tu.

Dziew­czy­na po­wo­li zbie­ra­ła na­czy­nia ze sto­łu i jesz­cze wol­niej prze­no­si­ła je do kuch­ni. Pa­mi­ęta­jącą jesz­cze cza­sy przed­wo­jen­ne por­ce­la­nę pani Arendt na­le­ża­ło ostro­żnie myć w zle­wie. Nie nada­wa­ła się do zmy­war­ki, więc na­wet gdy­by ten dia­bel­ski wy­na­la­zek zo­stał przez sta­rusz­kę za­apro­bo­wa­ny i ku­pio­ny, nie wy­ręczy­łby Ka­ro­li w tym znie­na­wi­dzo­nym przez nią za­jęciu. Przy in­nych oka­zjach zmęczo­na dziew­czy­na pew­nie bur­cza­ła­by pod no­sem, uwa­żnie po­cie­ra­jąc gąb­ką na­sączo­ną pły­nem ko­lej­ne na­czy­nia. Tego wie­czo­ru myła ka­żdy ta­lerz nad­zwy­czaj do­kład­nie, po czym rów­nie sta­ran­nie osu­sza­ła go płó­cien­ną ście­recz­ką i cho­wa­ła do szaf­ki. Cały czas łu­dzi­ła się, że bab­cia po­czu­je się na tyle stru­dzo­na, aby pó­jść spać, za­nim Ka­ro­li­na sko­ńczy ku­chen­ne po­rząd­ki. Jed­nak po­mi­mo że moc­no nad­sta­wia­ła ucha, nie usły­sza­ła żad­nych dźwi­ęków świad­czących o tym, że se­nior­ka wcze­śniej uda się na spo­czy­nek. Kie­dy ostat­ni wy­pu­co­wa­ny ta­lerz zna­la­zł się w szaf­ce, a w fi­li­żan­kach wy­lądo­wał per­fek­cyj­nie za­pa­rzo­ny earl grey, Ka­ro­la po­wędro­wa­ła z tacą do sa­lo­nu.

- Już my­śla­łam, że oso­bi­ście zbie­rasz her­ba­tę na Cej­lo­nie, za­miast po pro­stu za­lać tę, któ­rą ku­pi­łam - po­wie­dzia­ła pani Arendt i zgar­nęła z tacy fi­li­żan­kę ze spodkiem. - Sia­daj.

Ka­ro­la za­jęła miej­sce obok bab­ci, pro­stu­jąc au­to­ma­tycz­nie ple­cy i w du­chu go­dząc się z nie­unik­nio­nym. Po­nu­ro ob­ser­wo­wa­ła, jak nad fi­li­żan­ka­mi uno­si się para.

- Przej­rza­łam twój gra­fik i za­uwa­ży­łam, że so­bot­ni wie­czór masz wol­ny. To do­brze, po­nie­waż spo­dzie­wa­my się go­ści.

Ka­ro­la na­wet nie mru­gnęła i sta­ra­ła się wy­glądać na mak­sy­mal­nie roz­lu­źnio­ną. Uzmy­sło­wi­ła so­bie, że nie może się przy­znać bab­ci do utra­ty pra­cy. Sta­rusz­ka i tak była jak ta­ran przy drzwiach z dyk­ty: roz­bi­ja­ła w drza­zgi ka­żdą pró­bę opo­ru. Kie­dy do­wie się, że z ho­te­lo­wej ka­rie­ry Ka­ro­li­ny wy­szło wiel­kie nic, będzie drążyć tak dłu­go, aż dziew­czy­na ustąpi. Cho­ćby po to, by nie wy­lądo­wać u czub­ków. Albo za krat­ka­mi, kie­dy w na­pa­dzie sza­łu udu­si bab­cię, żeby na­resz­cie po­wstrzy­mać jej spi­ski.

Po­nu­ro po­my­śla­ła, że po­pra­co­wa­ła­by jesz­cze mie­si­ąc, góra dwa, i pew­nie odło­ży­ła­by pie­ni­ądze na kau­cję za miesz­ka­nie. A ro­dzi­com może uda­ło­by się spa­cy­fi­ko­wać za­sad­ni­czą sta­rusz­kę po po­wro­cie.

- Ja­kieś two­je zna­jo­me? - spy­ta­ła, za­ci­ska­jąc w my­ślach kciu­ki.

- Mo­żna tak okre­ślić na­szych go­ści. - Bab­cia kró­lew­sko ski­nęła gło­wą i wska­za­ła na pe­łną fi­li­żan­kę wnucz­ki. - Nie pi­jesz?

Ka­ro­la na­tych­miast zła­pa­ła za spode­czek i opró­żni­ła fi­li­żan­kę trze­ma hau­sta­mi, wy­wo­łu­jąc skrzy­wie­nie na twa­rzy star­szej pani.

- Ile razy cię uczy­łam? Praw­dzi­wa dama sączy na­pój, a nie żło­pie jak chłop ja­kieś piw­sko w spe­lu­nie.

Ka­ro­la na­bra­ła po­wie­trza kil­ka razy i uśmie­cha­jąc się, ele­ganc­kim ru­chem po­sta­wi­ła fi­li­żan­kę na ła­wie, pil­nu­jąc, aby por­ce­la­na nie wy­da­ła naj­mniej­sze­go dźwi­ęku.

- Tak, bab­ciu. Nie raz. Mia­łam jed­nak dzi­siaj wy­jąt­ko­wo trud­ny dzień i chcia­ła­bym się już odświe­żyć i po­ło­żyć.

Bab­cia spoj­rza­ła na nią bez śla­du wspó­łczu­cia w nie­bie­skich oczach.

- Gdy­byś mnie słu­cha­ła, już daw­no by­ła­byś mężat­ką i nie mu­sia­ła­byś na­wet ki­wać pal­cem poza do­mem. Wam, mło­dym, wy­da­je się jed­nak, że po­zja­da­li­ście wszyst­kie ro­zu­my i wszyst­ko wie­cie le­piej. Nas z dziad­kiem wy­cho­wa­no ina­czej i wy­szło nam to tyl­ko na do­bre.

Ka­ro­la siłą po­wstrzy­ma­ła się od prze­wró­ce­nia ocza­mi, co spo­wo­do­wa­ło­by trwa­jący go­dzi­nę wy­kład. Po­li­czy­ła w my­ślach do dzie­si­ęciu, wzi­ęła trzy głębo­kie od­de­chy i kie­dy już zy­ska­ła pew­no­ść, że jej wy­po­wie­dź będzie spo­koj­na, od­wa­ży­ła się ode­zwać:

- Bab­ciu, dzi­siaj ko­bie­ty ro­bią ka­rie­rę na rów­ni z mężczy­zna­mi. Mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek i...

- Ro­bią ka­rie­rę - bez­par­do­no­wo we­szła jej się w sło­wo bab­cia - po­nie­waż te bie­dacz­ki nie mają in­ne­go wy­jścia. W domu nie na­uczo­no ich, że mo­żna żyć ina­czej, a nie tyl­ko go­nić za mrzon­ka­mi. To ta­kie wul­gar­ne, ko­cha­nie. Przy wła­ści­wym mężczy­źnie ko­bie­ta może się spe­łniać w spo­sób od­po­wied­ni dla sie­bie. Ja na przy­kład ni­g­dy nie mu­sia­łam pra­co­wać za­wo­do­wo, two­ja mat­ka rów­nież. Nie poj­mu­ję przy­czyn, dla któ­rych ty za­ha­ro­wu­jesz się dla ko­goś ob­ce­go, za­miast sie­dzieć w domu i ko­rzy­stać z ży­cia.

Ka­ro­la zno­wu li­czy­ła w my­ślach, jed­nak na­wet do­li­cze­nie do set­ki nie zmniej­szy­ło po­zio­mu jej iry­ta­cji. Bab­cia świet­nie od­na­la­zła­by się w dzie­wi­ęt­na­stym wie­ku w roli wiel­mo­żnej pani wy­ży­wa­jącej się na słu­żbie. Mąż i teść świet­nie ją wy­tre­so­wa­li, tak przy­naj­mniej twier­dzi­ła mama Ka­ro­li. Dziew­czy­na jed­nak mia­ła nie­co wi­ęk­sze am­bi­cje, niż przez całe ży­cie po­da­wać mężczy­źnie kap­cie i obiad­ki oraz dbać o jego świet­ny hu­mor. Naj­chęt­niej wprost po­wie­dzia­ła­by sta­rusz­ce, co o tym wszyst­kim my­śli, jed­nak nie chcia­ła, aby bab­cia po­now­nie wy­lądo­wa­ła w szpi­ta­lu z po­wo­du nie­bez­piecz­ne­go sko­ku ci­śnie­nia spo­wo­do­wa­ne­go ogni­stą wy­mia­ną zdań. Przed wy­jaz­dem ro­dzi­ców prze­cież obie­ca­ła im, że pod­czas spra­wo­wa­nia opie­ki nad star­szą damą nie da się spro­wo­ko­wać. Nie­ste­ty już dru­gie­go dnia po prze­pro­wadz­ce do bab­ci za­częła się za­sta­na­wiać, czy w tym wy­pad­ku za­cho­wy­wa­nie spo­ko­ju przy­pad­kiem nie jest sy­zy­fo­wą pra­cą. Pani Arendt umia­ła ją bo­wiem zi­ry­to­wać jak nikt inny. Ko­niecz­no­ść dzie­le­nia cze­rech ścian z kon­tro­lu­jącą bab­cią jak nic wcze­śniej zmo­ty­wo­wa­ło Ka­ro­lę do na­tych­mia­sto­we­go zna­le­zie­nia pra­cy.

- No, to wy­gląda na to, że usta­li­ły­śmy już wszyst­ko. - Pani Arendt prze­chy­li­ła fi­li­żan­kę i wy­pi­ła ostat­ni łyk her­ba­ty. A Ka­ro­li­na, któ­ra w cza­sie mo­no­lo­gu bab­ci po­grąży­ła się w roz­my­śla­niach, go­rącz­ko­wo za­sta­na­wia­ła się, o czym zde­cy­do­wa­ła star­sza pani. I ja­kie cze­ka­ją ją wo­bec tego nie­spo­dzian­ki w so­bot­ni wie­czór.

Ko­lej­na noc w pra­cy by­naj­mniej nie na­sta­wi­ła jej bar­dziej opty­mi­stycz­nie, zwłasz­cza kie­dy za­uwa­ży­ła zmia­ny na­nie­sio­ne przez dy­rek­tor­kę w gra­fi­ku. Zgod­nie z nimi mia­ła prze­pra­co­wać nie­dzie­lę, a po­tem przy­cho­dzić na noc­ne zmia­ny. I tak do ko­ńca okre­su wy­po­wie­dze­nia. Ozna­cza­ło to do­trzy­my­wa­nie bab­ci to­wa­rzy­stwa w ci­ągu dnia. Cho­ciaż... zmie­nio­ny gra­fik miał też swo­je ja­sne stro­ny. Kie­dy star­sza pani zaj­mie się plot­ka­mi z któ­rąś z roz­licz­nych przy­ja­ció­łek, Ka­ro­la zy­ska czas ko­niecz­ny do zak­tu­ali­zo­wa­nia CV. Dzi­ęki Bogu zna bi­blio­te­ki z do­stępem do in­ter­ne­tu, w któ­rych mo­gła po­szu­kać ofert pra­cy, po­nie­waż bab­cia nie za­mie­rza­ła za­pra­szać do domu tego dia­bel­skie­go wy­na­laz­ku. Na­stęp­nie oso­bi­ście za­wie­zie pa­pie­ry wszędzie tam, gdzie mo­gła­by li­czyć na etat.

Po wie­czor­nym za­mie­sza­niu z za­kwa­te­ro­wa­niem gru­py szkol­nej oko­ło dwu­dzie­stej pierw­szej opa­dła z ulgą na krze­sło za ladą re­cep­cji i za­bra­ła się do wstu­ki­wa­nia do sys­te­mu da­nych mło­dych go­ści. W pew­nym mo­men­cie jej sku­pie­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne przez pu­ka­nie w drew­nia­ny blat.

Ka­ro­la ode­rwa­ła wzrok od mo­ni­to­ra i spoj­rza­ła na sto­jące­go przed ladą na­sto­lat­ka odzia­ne­go je­dy­nie w ko­szul­kę i szor­ty.

- Czym mogę słu­żyć? - spy­ta­ła, ob­da­rza­jąc mło­dzie­ńca pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem.

- Ki­bel się za­tkał. Po­kój 23 - rzu­cił i po­mknął w stro­nę win­dy.

Cóż, za­tka­na to­a­le­ta będzie mu­sia­ła po­cze­kać, aż w holu po­ja­wi się któ­ryś z pra­cow­ni­ków ho­te­lu. A jesz­cze le­piej, aż przyj­dzie do pra­cy któ­raś z ho­te­lo­wych zło­tych rączek. Ka­ro­la pra­wie nie­wi­docz­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­wró­ci­ła do prze­rwa­ne­go za­jęcia. Po pi­ęt­na­stu mi­nu­tach ktoś chrząk­nął jej nad uchem. Tym ra­zem przed ladą sta­ło już dwóch skąpo odzia­nych na­sto­lat­ków.

- Po­ja­wi się ktoś w ko­ńcu, że­by­śmy mo­gli we­jść do ła­zien­ki? Star­sze tru­ją, że mamy się umyć przed ci­szą noc­ną.

- A pró­bo­wa­li pa­no­wie użyć spłucz­ki?

- Nie je­stem de­bi­lem - zde­ner­wo­wał się je­den z na­sto­lat­ków. - Po­kój 23 i niech się pani w ko­ńcu ru­szy.

Nim za przy­szło­ścią na­ro­du za­mknęły się drzwi win­dy, zdąży­ła jesz­cze usły­szeć ko­men­tarz na te­mat swo­je­go ko­lo­ru wło­sów i po­wi­ąza­ne­go z nim ilo­ra­zu in­te­li­gen­cji. Wes­tchnęła, wy­bra­ła nu­mer do re­stau­ra­cji i po­pro­si­ła, aby jed­na z ko­le­ża­nek za­stąpi­ła ją na chwi­lę za bla­tem re­cep­cji. Na­stęp­nie uzbro­jo­na w po­rwa­ny z kan­tor­ka sprząta­czek prze­py­chacz sa­ni­tar­ny ru­szy­ła po scho­dach. Otwo­rzył jej świe­cący gołą kla­tą na­sto­la­tek, któ­re­go już zna­ła z re­cep­cji.

- Na­resz­cie - mruk­nął, po czym ru­szył w głąb po­ko­ju, aby prze­pu­ścić ją do ła­zien­ki.

Wzi­ęła głębo­ki od­dech i przy­go­to­wa­ła się men­tal­nie na ko­niecz­no­ść wy­ko­na­nia nie­przy­jem­nej pra­cy. Je­den rzut oka upew­nił ją, że musz­la jest prze­pe­łnio­na, ale po­sta­no­wi­ła, że nim za­cznie pra­co­wać prze­py­cha­czem, spró­bu­je jesz­cze raz spu­ścić wodę.

- Pani, to nie dzia­ła - oznaj­mił, pa­trząc na nią z góry, tycz­ko­wa­ty ru­dzie­lec.

Ka­ro­la nie wda­wa­ła się z nim w dys­ku­sje, tyl­ko opu­ści­ła kla­pę se­de­su i ener­gicz­nie na­ci­snęła oba przy­ci­ski. Gdy po­jem­nik się na­pe­łnił, zro­bi­ła to po­now­nie i do­pie­ro wte­dy unio­sła de­skę w górę. Ku swo­jej uldze zo­ba­czy­ła je­dy­nie czy­stą wodę, co uwol­ni­ło ją od ma­new­ro­wa­nia prze­py­cha­czem na oczach mło­dych go­ści.

- Pro­szę bar­dzo - ob­da­rzy­ła ich mi­łym uśmie­chem.

Roz­ne­gli­żo­wa­ne­mu chło­pa­ko­wi ru­mie­niec si­ęgał już do szyi, a jego ko­le­ga wy­glądał na rów­nie za­wsty­dzo­ne­go. Nim za­mknęła za sobą drzwi, usły­sza­ła ci­che "dzi­ęku­ję". I jesz­cze cich­sze "prze­pra­szam".

Scho­dząc, po­my­śla­ła, że przy­naj­mniej je­den gów­nia­ny pro­blem ma już z gło­wy.

Rozdział drugi

Bab­cia bez li­to­ści wy­ci­ągnęła ją z łó­żka wraz z wy­bi­ciem dzie­wi­ątej. Gdy Ka­ro­la z jękiem zer­k­nęła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu, uzmy­sło­wi­ła so­bie, że prze­spa­ła nie­ca­łe dwie go­dzi­ny.

- Prze­cież za­pro­si­łaś go­ści do­pie­ro na wie­czór - wy­mam­ro­ta­ła, wcho­dząc w pi­ża­mie do kuch­ni. Usi­ło­wa­ła roz­cze­sać pal­ca­mi wro­nie gniaz­do na gło­wie, zie­wa­jąc przy tym na po­tęgę.

- A przy­go­to­wa­nia? My­ślisz, że wszyst­ko zdążę zro­bić sama? - Pani Arendt zer­k­nęła na nią nie­przy­chyl­nie, nie prze­ry­wa­jąc mie­sza­nia ja­jecz­ni­cy. Ka­ro­li­na wci­ągnęła no­sem bo­ski za­pach. - Jak ty wy­glądasz? Ile razy mam po­wta­rzać, że pi­ża­ma nie jest od­po­wied­nim stro­jem po­ran­nym. Idź się umyć i prze­brać, nim za­si­ądziesz do śnia­da­nia!

Ka­ro­la zdu­si­ła w za­rod­ku ro­dzące się w jej pier­si wes­tchnie­nie i po­drep­ta­ła do ła­zien­ki. Może zim­ny prysz­nic cho­ciaż tro­chę ją otrze­źwi?

Fak­tycz­nie, umy­ta czu­ła się go­to­wa sta­wić czo­ła śnia­da­niu, ale da­lej wście­kle chcia­ło jej się spać. Taca z przy­go­to­wa­nym po­si­łkiem cze­ka­ła na ku­chen­nym sto­le, więc Ka­ro­la, nie zwle­ka­jąc, za­nio­sła ją do ja­dal­ni, gdzie swo­je miej­sce za­jęła już bab­cia, nie­cier­pli­wie bęb­ni­ąc pal­ca­mi w stół.

- Mo­głaś się tro­chę po­śpie­szyć. Za­raz do resz­ty wy­sty­gnie i będzie nie­smacz­na. Wca­le nie do­ce­niasz mo­je­go wy­si­łku... - gde­ra­ła, pod­czas gdy wnucz­ka roz­sta­wia­ła przed nią ta­le­rzy­ki i na­pe­łnia­ła fi­li­żan­ki her­ba­tą z im­bry­ka.

- Prze­cież po­mo­gła­bym ci w przy­go­to­wa­niach... - Ka­ro­la wró­ci­ła do in­te­re­su­jące­go ją te­ma­tu. - My­śla­łam, że dasz mi po­spać przy­naj­mniej do po­łud­nia, że­bym wie­czo­rem wy­gląda­ła jak czło­wiek.

- Chcę zro­bić za­ku­py rano. Nie za­mie­rzam tra­cić kil­ku go­dzin, sto­jąc w ko­lej­kach z po­wo­du śpi­ącej kró­lew­ny. A po po­wro­cie ktoś musi po­sprzątać, nim przyj­dą go­ście. Nie chcę, żeby Ma­ryl­ka od­nio­sła wra­że­nie, że ży­je­my w chle­wie.

Dziew­czy­na wsu­nęła do ust wi­de­lec pe­łen ja­jecz­ni­cy i aby nie wy­pa­lić cze­goś, co na pew­no nie spodo­ba się bab­ci, za­częła pra­co­wi­cie prze­żu­wać. Coś czu­ła, że cze­ka ją ci­ężki dzień, a naj­lep­sze, co mo­gła zro­bić, to bez dys­ku­sji pod­dać się roz­ka­zom sta­rusz­ki. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że bab­cia tak czy ina­czej po­sta­wi na swo­im.

Na za­ku­pach spędzi­ły dwie dłu­żące się Ka­ro­li go­dzi­ny, pod­czas któ­rych na po­le­ce­nie pani Arendt prze­bie­ra­ła w sto­sach ja­rzyn, szu­ka­jąc tych naj­oka­zal­szych i najład­niej­szych, spraw­dza­ła daty przy­dat­no­ści do spo­ży­cia ko­lej­nych pro­duk­tów i gło­śno od­czy­ty­wa­ła ich skład, nim zy­ska­ły apro­ba­tę star­szej pani lub zo­sta­ły przez nią od­sta­wio­ne na pó­łkę. Kie­dy obła­do­wa­na siat­ka­mi Ka­ro­la sta­nęła na­resz­cie przed drzwia­mi miesz­ka­nia, pot spły­wał z niej hek­to­li­tra­mi. Gdy już uda­ło jej się roz­pa­ko­wać za­ku­py i uciec z kuch­ni, nie­strasz­ne jej były ge­ne­ral­ne po­rząd­ki. Co praw­da bab­cia na pew­no spraw­dzi, czy Ka­ro­la po­sprząta­ła we­dług jej wy­śru­bo­wa­nych wy­tycz­nych, ale na ra­zie była zbyt za­jęta go­to­wa­niem, żeby pa­trzeć wnucz­ce na ręce. Po­zba­wio­na do­zo­ru dziew­czy­na na­wet nu­ci­ła pod no­sem, opró­żnia­jąc pó­łki z bi­be­lo­tów bab­ci i ście­ra­jąc ku­rze za­rów­no z nich, jak i z me­bli.

Po kil­ku go­dzi­nach miesz­ka­nie lśni­ło, a Ka­ro­la, wy­gi­na­jąc się, roz­ma­so­wy­wa­ła bo­lący krzyż. Bab­cia prze­pro­wa­dzi­ła in­spek­cję i umiar­ko­wa­nie za­do­wo­lo­na po­le­ci­ła wnucz­ce jesz­cze po­sprzątać w kuch­ni, za­nim się prze­bie­rze w coś ele­gant­sze­go. Sama na­to­miast znik­nęła w sy­pial­ni, aby za­żyć drzem­ki przed za­po­wie­dzia­ną wi­zy­tą. Ka­ro­li­na po­sta­no­wi­ła zje­ść coś na szyb­ko, umyć na­czy­nia i udać się w jej śla­dy, po­nie­waż go­ście zo­sta­li za­pro­sze­ni na dwu­dzie­stą. Do­pie­ro do­cho­dzi­ła sie­dem­na­sta, tak więc mia­ła na­dzie­ję, że uda jej się zła­pać przy­naj­mniej dwie go­dzi­ny snu. Jej złu­dze­nia szyb­ko roz­wia­ła jed­nak wi­sząca na lo­dów­ce kart­ka z ko­lej­ny­mi za­da­nia­mi do wy­ko­na­nia, mi­ędzy in­ny­mi od­po­wied­nią de­ko­ra­cją sto­łu oraz po­traw. Osta­tecz­nie wy­ko­ńczo­na pa­dła na łó­żko za­le­d­wie na pi­ęt­na­ście mi­nut, nim jej za­ró­żo­wio­na po drzem­ce Ne­me­zis, szar­pi­ąc ją za ra­mię, za­rządzi­ła, aby dziew­czy­na zro­bi­ła się na bó­stwo i przy­po­mnia­ła so­bie pod­sta­wy sa­vo­ir-vi­vre'u, żeby nie przy­nie­ść wsty­du ro­dzi­nie.

Ka­ro­li cu­dem uda­ło się za­ma­sko­wać wory pod ocza­mi i nadać bla­dej twa­rzy ja­kiś ko­lo­ryt za po­mo­cą różu. Za­sta­na­wia­ła się tyl­ko, czy uda jej się po­wstrzy­mać zie­wa­nie. Nie wąt­pi­ła, że cze­ka ją dłu­gi i nud­ny wie­czór.

- Idź, otwórz. I pa­mi­ętaj o uśmie­chu - po­le­ci­ła bab­cia, gdy ode­zwał się dzwo­nek.

W ostat­niej chwi­li wrzu­ci­ła do szaf­ki na buty przy­dep­ta­ne kap­cie i wło­ży­ła szpil­ki. Twarz przy­stro­iła w wy­ćwi­czo­ny uśmiech, wzi­ęła głębo­ki od­dech i otwo­rzy­ła drzwi. Tak jak przy­pusz­cza­ła: kry­li się za nimi ko­bie­ta w wie­ku bab­ci i mężczy­zna dzie­rżący przed sobą bu­kiet kwia­tów. Ka­ro­li­na ode­bra­ła od nich płasz­cze i wska­za­ła im dro­gę do ja­dal­ni, gdzie cze­ka­ła już go­spo­dy­ni.

- Ma­ryl­ko, to wła­śnie moja wnucz­ka Ka­ro­lin­ka - pani Arendt do­ko­na­ła pre­zen­ta­cji za­raz po tym, jak za­pro­sze­ni we­szli do po­ko­ju.

Ka­ro­la uśmiech­nęła się miło i uści­snęła dłoń sta­rusz­ki.

- Mój syn Zby­szek.

Mężczy­zna wręczył jej bu­kiet ró­żo­wych róż, mam­ro­cząc pod no­sem coś w ro­dza­ju: "Miło mi po­znać", po czym z ulgą roz­sia­dł się na krze­śle. Ka­ro­la, nie cze­ka­jąc na roz­kaz bab­ci, wy­ci­ągnęła z wi­try­ny krysz­ta­ło­wy wa­zon i po­bie­gła do kuch­ni, aby na­pe­łnić go wodą. Gdy kwia­ty za­jęły ho­no­ro­we miej­sce na ko­mo­dzie, za­częła zno­sić z kuch­ni ko­lej­ne pó­łmi­ski, naj­pierw z przy­staw­ka­mi, po­tem z pod­grza­nym da­niem głów­nym, wdzi­ęcz­na, że może za­jąć się czy­mś, co od­wle­cze chwi­lę, kie­dy będzie mu­sia­ła usi­ąść na­prze­ciw go­ścia i uczest­ni­czyć w nie­mra­wo to­czącej się kon­wer­sa­cji.

Bab­cia tym ra­zem na­praw­dę prze­sa­dzi­ła.

Nie mo­żna wy­klu­czyć, że mężczy­zna na­le­żał do war­tych po­zna­nia osob­ni­ków płci prze­ciw­nej, ale prze­cież nie dla niej. Na oko oce­ni­ła, że mó­głby być jej oj­cem. Mu­siał już daw­no prze­kro­czyć czter­dziest­kę, sko­ro był sy­nem przy­ja­ció­łki bab­ci. Nie wy­glądał zu­pe­łnie źle, ale nie mo­żna go było za­li­czyć do przy­stoj­nia­ków. Ot, prze­ci­ęt­ny fa­cet w oku­lar­kach z za­cząt­ka­mi ły­si­ny i spo­rą war­to­ścią do­da­ną w oko­li­cach pasa. Ob­ser­wu­jąc, w ja­kim tem­pie ko­lej­ne po­tra­wy zni­ka­ją z jego ta­le­rza, Ka­ro­li­na uzna­ła, że mie­li przy­naj­mniej jed­ną wspól­ną pa­sję. Je­dze­nie!

- Czym pan się zaj­mu­je?

Ka­ro­li le­d­wo uda­ło się stłu­mić par­sk­ni­ęcie śmie­chem. Bab­cia za­py­ta­ła tak, jak­by wcze­śniej nie prze­stu­dio­wa­ła skru­pu­lat­nie prze­bie­gu jego ka­rie­ry za­wo­do­wej. Gdy­by było ina­czej, nie prze­kro­czy­łby pro­gu jej miesz­ka­nia.

- Pro­gra­mo­wa­niem - po­wie­dział ci­cho, nim po­now­nie wbił wi­de­lec w ka­wa­łek in­dy­ka i pod­nió­sł go do ust.

- O! To fa­scy­nu­jące! - oznaj­mi­ła go­spo­dy­ni, na­chy­la­jąc się w stro­nę go­ścia. - Może mó­głby pan mi tro­chę przy­bli­żyć swo­ją pra­cę? Wca­le się na tym nie znam, a to za­jęcie z ta­ki­mi per­spek­ty­wa­mi, nie­praw­daż, Ka­ro­lin­ko?

Ka­ro­la, tak jak od niej ocze­ki­wa­no, uśmiech­nęła się i przy­tak­nęła. Wkrót­ce w eter po­szy­bo­wa­ły javy, skryp­ty i li­te­ry z do­dat­ko­wy­mi plu­sa­mi. Wła­śnie pod­no­si­ła dłoń, by dys­kret­nie za­ma­sko­wać zie­wa­nie, gdy zmro­zi­ło ją spoj­rze­nie bab­ci. Z ukry­wa­nym znu­dze­niem wy­słu­cha­ła więc mo­no­lo­gu go­ścia, nie od­ry­wa­jąc od nie­go spoj­rze­nia.

- Ka­ro­lin­ka nie może się po­chwa­lić aż ta­ki­mi kom­pe­ten­cja­mi, jak to ko­bie­ta, oczy­wi­ście. Ale zna dwa języ­ki obce i na pew­no nie przy­nie­sie wsty­du pod­czas żad­ne­go spo­tka­nia to­wa­rzy­skie­go.

Ka­ro­lin­ka zgrzyt­nęła zęba­mi, sły­sząc wtręt bab­ci. I zno­wu za­jęła się li­cze­niem, aby cze­goś nie po­wie­dzieć. Ab­so­lut­nie nie sądzi­ła, że ze względu na płeć jest mniej in­te­li­gent­na niż sie­dzący na­prze­ciw fa­cet.

- Nie­ste­ty nie robi się co­raz młod­sza - ubo­le­wa­ła na­dal sta­rusz­ka - i po­trze­bu­je od­po­wied­nie­go mężczy­zny u boku. Taka z niej kru­szy­na... - mó­wi­ąc to, rzu­ci­ła Zbysz­ko­wi wy­cze­ku­jące spoj­rze­nie.

Ten na szczęście nie od­ry­wał wzro­ku od za­war­to­ści ta­le­rza, po­nie­waż w prze­ciw­nym wy­pad­ku zo­ba­czy­łby, jak za­czer­wie­nio­na z wście­kło­ści Ka­ro­la po pro­stu szty­le­tu­je swo­ją bab­cię spoj­rze­niem. Ta jed­nak wca­le nie pa­trzy­ła na wnucz­kę.

- Fak­tycz­nie, pora, aby dziew­czy­na się ustat­ko­wa­ła, zwłasz­cza że nie zaj­mu­je się ni­czym wa­żnym - za­wtó­ro­wa­ła przy­ja­ció­łce Ma­ryl­ka. - W jej wie­ku już daw­no by­łam mat­ką.

Ka­ro­la za­ci­snęła dło­nie w pi­ęści pod sto­łem i wbi­ła pa­znok­cie w skó­rę dło­ni. Li­cze­nie do set­ki wła­śnie prze­sta­ło po­ma­gać.

- Nie pra­cu­jesz?

Mia­ła wra­że­nie, że mężczy­zna za­czął na nią pa­trzeć nie­co pro­tek­cjo­nal­nie. Wła­śnie otwie­ra­ła usta, aby wy­ja­śnić to i owo, kie­dy po­now­nie ubie­gła ją bab­cia.

- Ow­szem, Ka­ro­lin­ka coś tam robi poza do­mem, ale to tyl­ko do cza­su za­mążpó­jścia. Po­tem w pe­łni po­świ­ęci się mężo­wi i dzie­ciom. To po­rząd­na dziew­czy­na, a nie ja­kaś tam fe­mi­nist­ka. Moja cór­ka do­brze ją wy­cho­wa­ła.

Bab­cia w jed­nym zda­niu zro­bi­ła z niej po­lu­jącą na fa­ce­ta idiot­kę, któ­rej je­dy­nym ma­rze­niem jest zo­sta­nie kurą do­mo­wą. Ni­g­dy wcze­śniej pod­czas tych ara­nżo­wa­nych ran­dek w ciem­no sta­rusz­ka nie po­su­nęła się aż tak da­le­ko. Na szczęście ro­dzi­ce wra­ca­ją za dwa mie­si­ące i ma­mie może uda się spa­cy­fi­ko­wać bab­cię. Albo Ka­ro­li­na na­praw­dę osza­le­je!

Go­ście prze­szli do sa­lo­nu, aby tam ra­czyć się kawą i cia­stem, a Ka­ro­la szyb­ko sprząta­ła w ja­dal­ni. Gdy po­now­nie do­łączy­ła do zgro­ma­dzo­nych, z prze­ra­że­niem zo­ba­czy­ła w rękach bab­ci al­bum ro­dzin­ny. Na do­da­tek obie star­sze pa­nie roz­sia­dły się w fo­te­lach, ska­zu­jąc dziew­czy­nę na za­jęcie miej­sca na nie­wiel­kiej dwu­oso­bo­wej so­fie obok sie­dzące­go w swo­bod­nej po­zie Zbysz­ka. Nie­chęt­nie usia­dła obok, czu­jąc, jak jego udo za­czy­na na­pie­rać na jej nogę. Nie mia­ła gdzie uciec przed nie­chcia­nym do­ty­kiem.

- Ka­ro­lin­ka wda­ła się w ro­dzi­nę męża. - Pani Arendt prze­wra­ca­ła ko­lej­ne kart­ki al­bu­mu w po­szu­ki­wa­niu zdjęć wnucz­ki. - O, tu­taj!

Za­pre­zen­to­wa­ła zdjęcie Ka­ro­li jako nie­mow­la­ka le­żące­go nago w wa­liz­ce z opa­ską z kwiat­kiem na blond wło­skach. Ka­żde ko­lej­ne wy­wo­ły­wa­ło co­raz gło­śniej­sze za­chwy­ty Ma­ryl­ki.

- By­łaś ślicz­na jako dziec­ko. Jak la­lecz­ka...

Nic dziw­ne­go. Wszyst­kie kom­pro­mi­tu­jące ją fo­to­gra­fie po­cho­dzi­ły wła­śnie z od­wie­dzin u bab­ci, pod­czas któ­rych ta stro­iła wnucz­kę w ró­żo­we su­kien­ki z ko­ron­ka­mi lub tiu­la­mi. Ka­ro­li­na naj­chęt­niej wrzu­ci­ła­by wszyst­kie te zdjęcia do ogni­ska.

- Na pew­no uro­dzi rów­nie ład­ne dzie­ci.

Ma­ryl­ka pod­su­nęła pra­wie pod nos syna jed­no ze zdjęć przed­sta­wia­jących Ka­ro­lę jako na­sto­lat­kę. Pa­mi­ęta­ła, że bab­cia zmu­si­ła ją wte­dy do wło­że­nia okrop­nej kiec­ki i za­bra­ła do fo­to­gra­fa. Mia­ła wra­że­nie, że wszy­scy na uli­cy się z niej na­bi­ja­ją. Dzień pó­źniej, wście­kła, ci­cha­czem wró­ci­ła do za­sko­czo­nych ro­dzi­ców, oznaj­mia­jąc im, że wró­ci do bab­ci tyl­ko po wła­snym tru­pie. Po­nie­waż ro­dzi­ce mie­li wła­śnie wy­je­chać, a Bar­tek szwen­dał się z kum­pla­mi po Pol­sce, za­pro­sze­nie mamy Maj­ki spa­dło im jak z nie­ba.

- Pi­ęk­na pa­mi­ąt­ka - sko­men­to­wał Zby­szek, zer­ka­jąc na za­ru­mie­nio­ną z upo­ko­rze­nia Ka­ro­lę.

- Al­bum za­wie­ra ro­dzin­ne zdjęcia na­wet sprzed stu lat - po­chwa­li­ła się go­spo­dy­ni, jed­no­cze­śnie wy­ci­ąga­jąc po nie­go rękę.

Przy­ja­ció­łka jak­by nie do­strze­gła ge­stu pani Arendt i prze­su­nęła al­bum bli­żej syna.

- Na­praw­dę? - Ma­ryl­ka otwo­rzy­ła al­bum na pierw­szej stro­nie i nim pani Arendt zdąży­ła za­pro­te­sto­wać, za­częła chci­wie go prze­glądać.

- A to co? - Ma­ryl­ka za­trzy­ma­ła się na jed­nej z pierw­szych kart i wska­za­ła Zbysz­ko­wi jed­no ze zdjęć. - Patrz, ta­kie sta­re zdjęcie, jaka szko­da, że się znisz­czy­ło...

Ka­ro­la za­cie­ka­wio­na prze­chy­li­ła gło­wę i zer­k­nęła na fo­to­gra­fię. Wie­dzia­ła, oczy­wi­ście, że dziad­ko­wie prze­cho­wu­ją taką w al­bu­mie, ale prze­gląda­nie ro­dzin­nych fo­tek za­wsze ją nu­dzi­ło. Na czar­no-bia­łym zdjęciu uwiecz­nio­no trzy oso­by - mężczy­znę, ko­bie­tę i dziec­ko. Nie­ste­ty fo­to­gra­fia zo­sta­ła nad­pa­lo­na w jed­nym z ro­gów. Ka­ro­lę za­wsze tro­chę dzi­wi­ło, że uszko­dzo­ne w ten spo­sób zdjęcie nie zo­sta­ło wy­rzu­co­ne, tyl­ko ktoś zde­cy­do­wał się je za­trzy­mać. Na­wet kie­dyś py­ta­ła o to pra­bab­cię, któ­ra wy­ja­śni­ła, że w cza­sie woj­ny wi­ęk­szo­ść ich ro­dzin­nych pa­mi­ątek ule­gła znisz­cze­niu. Gła­dzi­ła przy tym to zdjęcie ze łza­mi w oczach.

- Cza­sem ci, któ­rych ko­cha­my, od­cho­dzą, a nam zo­sta­je tyl­ko taka pod­nisz­czo­na fo­to­gra­fia. I wspo­mnie­nia, któ­re wraz z upły­wem lat za­cie­ra­ją się co­raz bar­dziej. W ich miej­sce po­ja­wia się żal, że kie­dyś nie po­stąpi­ło się ina­czej, nie wy­po­wie­dzia­ło się w porę pew­nych słów. Czło­wiek sta­ra się wte­dy za­cho­wać cho­ćby taki wi­ze­ru­nek, aby na sta­re lata móc po­wspo­mi­nać to, co było do­bre.

Te­raz sku­pi­ła się na sło­wach bab­ci, cie­ka­wa, czy do­wie się o fo­to­gra­fii cze­goś wi­ęcej.

- To zdjęcie przed­sta­wia mo­je­go te­ścia za mło­du, zo­sta­ło zro­bio­ne przed jego ślu­bem - zwi­ęźle wy­ja­śni­ła pani Arendt. - Z tego, co wiem, to je­dy­na fo­to­gra­fia z jego dużo młod­szą sio­strą. Mat­ka mo­je­go męża zna­la­zła ją, kie­dy po śmier­ci swo­jej te­ścio­wej po­rząd­ko­wa­ła ro­dzin­ne do­ku­men­ty, i wte­dy po­sta­no­wi­ła wkle­ić ją do al­bu­mu.

Bab­ci na­resz­cie uda­ło się od­zy­skać al­bum, któ­ry szyb­ko za­mknęła. Po­da­ła go Ka­ro­li­nie i po­pro­si­ła o odło­że­nie na miej­sce. Ka­ro­la była pew­na, że Kry­sty­na Arendt nie za­mie­rza­ła po­ka­zy­wać go­ściom sta­rych ro­dzin­nych fo­to­gra­fii, po­nie­waż za­ci­ska­ła usta w zna­nym wnucz­ce gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia. Ka­ro­la wsta­ła i z ulgą odło­ży­ła al­bum na ko­mo­dę, po czym nie­chęt­nie wró­ci­ła na miej­sce.

Usi­ło­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, czy ktoś kie­dyś wspo­mi­nał jej o sio­strze pra­dziad­ka, ale tra­fi­ła na pust­kę. Na pew­no nie utrzy­my­wa­li kon­tak­tu z tą częścią ro­dzi­ny. Za­in­try­go­wa­ło ją to jed­nak na tyle, żeby przy naj­bli­ższej oka­zji wy­py­tać bab­cię o zdjęcie.

Wi­zy­ta trwa­ła jesz­cze pół go­dzi­ny. Nim jed­nak go­ście opu­ści­li miesz­ka­nie, obie star­sze pa­nie umó­wi­ły mło­dych na rand­kę w naj­bli­ższy czwar­tek. Bab­cia chcia­ła w pi­ątek, ale Ka­ro­la przy­po­mnia­ła so­bie, że idzie na noc do pra­cy. Że­gna­jąc go­ści, obie­cy­wa­ła so­bie, że je­śli rand­ka się nie uda, pod ko­niec spo­tka­nia de­li­kat­nie po­zba­wi Zbysz­ka ewen­tu­al­nych złu­dzeń. Może i we­dług bab­ci spra­wiał sym­pa­tycz­ne wra­że­nie, ale dużo star­szy ka­wa­ler na­dal miesz­ka­jący z ro­dzi­ca­mi zde­cy­do­wa­nie nie nada­wał się na part­ne­ra dla niej. Zga­dza­ła się też z Maj­ką, że bez względu na stan zdro­wia bab­ci musi w ko­ńcu ukró­cić jej ma­try­mo­nial­ne za­pędy.

W czwar­tek sie­dzia­ła więc w ka­wiar­ni ubra­na w ró­żo­wy ko­stium, któ­re­go za­kup wy­mu­si­ła na niej bab­cia. Za­nim zresz­tą Ka­ro­la wy­szła, ku jej wście­kło­ści Kry­sty­na Arendt do­kład­nie zlu­stro­wa­ła jej wy­gląd. Tak jak wcze­śniej przy­pusz­cza­ła, oka­za­ło się, że nic ich ze Zbysz­kiem nie łączy. Mężczy­zna przy bli­ższym po­zna­niu oka­zał się za­mkni­ętym w so­bie sa­mot­ni­kiem, za­in­te­re­so­wa­nym je­dy­nie no­wy­mi pro­gra­ma­mi i wir­tu­al­ną rze­czy­wi­sto­ścią. Źle się czuł w oto­cze­niu in­nych lu­dzi, więc po­ło­wę spo­tka­nia spędził, kli­ka­jąc w swój ta­blet i zby­wa­jąc Ka­ro­lę pó­łsłów­ka­mi.

- Sądzę, że nie pa­su­je­my do sie­bie - oznaj­mi­ła ci­cho, gdy nie od­po­wie­dział na jej py­ta­nie o ostat­nio obej­rza­ny film.

- Dla­cze­go nie? - za­in­te­re­so­wał się na­gle, pod­no­sząc wzrok znad urządze­nia. - Za­ra­biam dość, aby móc cię utrzy­my­wać i za­pew­nić ci wy­god­ne ży­cie. Mama ma ra­cję, że po­wi­nie­nem za­ło­żyć ro­dzi­nę, a ty na­wet mi się po­do­basz. To, co na­praw­dę łączy lu­dzi, to mo­żli­wo­ść wza­jem­ne­go za­spo­ka­ja­nia swo­ich po­trzeb. Two­ja bab­cia pod­czas wi­zy­ty do­kład­nie prze­cież wy­ja­śni­ła, cze­go szu­kasz u fa­ce­ta, i uwa­żam, że uczci­wie sta­wiasz spra­wę. Mogę cię na przy­kład za­pew­nić, że za­osz­czędzi­łem dość, aby ku­pić miesz­ka­nie, któ­re so­bie wy­bie­rzesz. Albo na­wet dom.

Ka­ro­la do­my­śla­ła się, ja­kich głu­pot na­ga­da­ła bab­cia pod jej nie­obec­no­ść. I zda­wa­ła so­bie spra­wę, że wy­buch wście­kło­ści czy awan­tu­ra nie po­wstrzy­ma sta­rusz­ki w przy­szło­ści. Ka­ro­li­na pa­trzy­ła na Zbysz­ka i po raz pierw­szy w ży­ciu nie wie­dzia­ła, jak za­re­ago­wać. Poza tym... Czy on jej się wła­śnie oświad­czył? A może pro­po­no­wał jej coś zu­pe­łnie in­ne­go? Naj­wy­ższa pora za­ko­ńczyć tę tra­gi­far­sę!

- Czy ty w ogó­le zro­zu­mia­łeś sens mo­ich słów? Wła­śnie do­szłam do wnio­sku, że nie mamy ze sobą ab­so­lut­nie nic wspól­ne­go, na­sze spo­tka­nie oka­za­ło się ka­ta­stro­fą, a ty mi pro­po­nu­jesz wspól­ne miesz­ka­nie?

Wzru­szył ra­mio­na­mi, na­resz­cie od­kła­da­jąc ta­blet.

- Dla­cze­go nie? Nie je­stem eks­per­tem od ran­dek, więc wo­la­łbym po­mi­nąć ten etap. Nie lu­bię gie­rek, tyl­ko ja­sne sy­tu­acje. My­śla­łem, że po to wła­śnie się spo­tka­li­śmy, żeby usta­lić kwe­stie prak­tycz­ne. Prze­jść do kon­kre­tów, zwłasz­cza że obo­je wie­my, jaki jest cel na­sze­go spo­tka­nia. Wiem, że ko­bie­ty lu­bią utrzy­my­wać po­zo­ry, więc nie pro­te­sto­wa­łem, kie­dy wy­py­ty­wa­łaś o te nie­istot­ne rze­czy.

Ka­ro­la uzna­ła, że Zby­szek za bar­dzo wsze­dł w sys­tem zero-je­dyn­ko­wy. Ich po­strze­ga­nie świa­ta naj­wy­ra­źniej znaj­do­wa­ło się na prze­ciw­le­głych kra­ńcach spek­trum, ale po­sta­no­wi­ła ob­ja­śnić mu po raz ostat­ni, co so­bie ceni i do ja­kich war­to­ści dąży. A po­goń za ma­mo­ną znaj­du­je się na sa­mym dole jej prio­ry­te­tów, wbrew temu, co on sądzi.

- To wy­ja­śnij mi, bo ja chy­ba cze­goś nie zro­zu­mia­łam. My­śla­łam, że spo­tka­łam się z tobą, aby cię le­piej po­znać i zde­cy­do­wać...

- Prze­cież naj­wa­żniej­sze już wiesz - zdzi­wił się. - Ja też się do­wie­dzia­łem, że po­tra­fisz pro­wa­dzić dom tak, że­bym był za­do­wo­lo­ny. Poza tym je­steś re­pre­zen­ta­cyj­na, po­tra­fisz od­po­wied­nio się ubrać i zgrab­nie się wy­po­wia­dać, więc nie na­ro­bisz mi wsty­du pod­czas spo­tkań to­wa­rzy­skich. - Tu ob­rzu­cił jej syl­wet­kę spoj­rze­niem pe­łnym uzna­nia. - Two­ja bab­cia opo­wia­da­ła w so­bo­tę, cze­go pra­gniesz od ży­cia, a ty nie pro­te­sto­wa­łaś. Uzna­łem, że za­nim za­cznie­my za­ła­twiać for­mal­no­ści, po­zo­sta­ło nam spraw­dzić już tyl­ko jed­no... A wi­dzi­my się tu­taj, po­nie­waż przy człon­kach na­szych ro­dzin nie wy­pa­da­ło mi za­pro­po­no­wać spo­tka­nia w po­ko­ju ho­te­lo­wym. Ter­min uzgod­ni­my dzi­siaj. Na­praw­dę wolę w ten spo­sób, bez tych wszyst­kich pod­cho­dów. Pro­sta trans­ak­cja. Ty, jak wi­ęk­szo­ść ko­biet, po­trze­bu­jesz fa­ce­ta z kasą, a ja chęt­nej part­ner­ki do łó­żka.

Wy­star­czy!

Miesz­ka­nie z wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ną i wy­ma­ga­jącą bab­cią mia­ło swo­je plu­sy. Dzi­ęki co­dzien­ne­mu ćwi­cze­niu opa­no­wa­nia po­tra­fi­ła za­cho­wać spo­kój w pra­cy. Te­raz też uda­ło jej się po­wstrzy­mać od pod­jęcia od ja­kiś nie­roz­wa­żnych kro­ków. Cho­ciaż mia­ła ocho­tę roz­pętać kar­czem­ną awan­tu­rę.

- Może po pro­stu za­mów so­bie pro­sty­tut­kę. Ta­niej ci wyj­dzie - za­pro­po­no­wa­ła.

- Nie in­te­re­su­je mnie prze­cho­dzo­ny to­war - oznaj­mił po­wa­żnie. Nie­ste­ty naj­wy­ra­źniej nie poj­mo­wał gry­zącej go w nos iro­nii. - Lep­sze są stu­dent­ki, ale rów­nież na krót­szą metę. Moja żona musi spe­łniać wy­ższe stan­dar­dy. Nie po­trze­bu­ję do­brej je­dy­nie do łó­żka, bez­mó­zgiej la­lecz­ki, któ­ra za­miast iść do nor­mal­nej ro­bo­ty, obie­ra dro­gę na skró­ty. Ty, co praw­da, też odro­bi­nę pod­pa­dasz pod tę ka­te­go­rię i jak na mój gust je­steś odro­bi­nę za sta­ra, ale masz spo­ro za­let, któ­re to re­kom­pen­su­ją. Na przy­kład zde­cy­do­wa­nie do­ce­niam do­brą kuch­nię.

Co­raz bar­dziej zde­gu­sto­wa­na Ka­ro­la po­sta­no­wi­ła za­ko­ńczyć spo­tka­nie. Nie­licz­ne po­zy­tyw­ne uczu­cia, któ­re wy­kie­łko­wa­ły pod­czas ich pierw­sze­go spo­tka­nia, gdzieś się roz­pły­nęły. Zby­szek oka­zał się ty­pem, któ­re­go szcze­rze nie zno­si­ła. Ta­kim, któ­ry uwa­żał, że wol­no mu trak­to­wać ko­bie­ty przed­mio­to­wo czy pro­tek­cjo­nal­nie tyl­ko dla­te­go, iż ma pie­ni­ądze. Przy­wo­ła­ła kel­ner­kę.

- Po­pro­si­my o ra­chu­nek - za­wa­ha­ła się i spro­sto­wa­ła. - O dwa ra­chun­ki. Za­pła­cę za sie­bie kar­tą.

Ko­bie­ta wy­stu­ka­ła na ter­mi­na­lu od­po­wied­nią kwo­tę, a Ka­ro­la przy­ło­ży­ła kar­tę do czyt­ni­ka. Zby­szek przy­glądał się jej w osłu­pie­niu. Wsta­ła.

- Zde­cy­do­wa­łam, że nie chcę mieć z tobą do czy­nie­nia. Nie dzwoń do mnie.

- Nie do­sta­łem jesz­cze two­je­go nu­me­ru...

- Tym le­piej - mruk­nęła i nie ogląda­jąc się za sie­bie, opu­ści­ła ka­wiar­nię.

Rozdział trzeci

Karo­la ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­ła, jak Maj­ka ze śmie­chu wije się na łó­żku. Przy­ja­ció­łka chi­cho­ta­ła do słu­chaw­ki prak­tycz­nie od po­cząt­ku ich roz­mo­wy. Karo roz­po­częła od opi­su nie­szczęsne­go spo­tka­nia, po­nie­waż nie za­mie­rza­ła na­zy­wać tej ka­ta­stro­fy rand­ką. Ra­do­sne kwi­ki przy­ja­ció­łki nio­sły się po po­ko­ju, gdy opi­sy­wa­ła za­cho­wa­nie Zbysz­ka i swo­je wra­że­nia.

- Nor­mal­nie jak w ubie­głym stu­le­ciu. Mamy się do­ga­da­ły, więc grzecz­ne dzie­ci uzgod­ni­ły datę ślu­bu - par­sk­nęła pro­sto w ucho przy­ja­ció­łki Maj­ka.

- To nie jest śmiesz­ne. Na po­cząt­ku my­śla­łam, że ze mnie kpi, ale kie­dy oka­za­ło się, że on tak na po­wa­żnie... Dla­cze­go ci­ągle mu­szę tra­fiać na sa­mych dup­ków? !

Ka­ro­la przy­trzy­ma­ła słu­chaw­kę ra­mie­niem i za­bra­ła się do opró­żnia­nia ko­lej­nej szu­fla­dy brzu­cha­tej ko­mo­dy. Wście­kła bab­cia po te­le­fo­nie od obu­rzo­nej Ma­ryl­ki, aby po­trząsnąć krnąbr­ną wnucz­ką, za­rządzi­ła ge­ne­ral­ne po­rząd­ki. Z wła­sno­ręcz­nym po­le­ro­wa­niem sta­rych me­bli włącz­nie. Obec­nie dziew­czy­na mia­ła tro­chę spo­ko­ju, po­nie­waż star­sza pani umó­wi­ła się z przy­ja­ció­łką w ka­wiar­ni, zo­sta­wia­jąc wnucz­ce li­stę rze­czy do zro­bie­nia.

- Bab­cia cię z nimi uma­wia, a ty nie pro­te­stu­jesz. Nie­wdzi­ęcz­na je­steś, ko­cha­na...

- To wła­śnie mi wy­punk­to­wa­ła. Ale przy­znaj sama, mam wy­bór? Pa­mi­ętasz, jak ci opo­wia­da­łam o mo­jej ostat­niej nor­mal­nej rand­ce? Po­zwól, że przy­pom­nę oko­licz­no­ści. Mie­si­ąc po prze­pro­wadz­ce do ba­bu­ni umó­wi­łam się z fa­ce­tem z wła­snej ini­cja­ty­wy, a po moim po­wro­cie przed ka­mie­ni­cą za­sta­łam ka­ret­kę po­go­to­wia. Bab­ci pod moją nie­obec­no­ść pod­sko­czy­ło ci­śnie­nie i od­czu­wa­ła ja­kieś bóle w pier­siach - oznaj­mi­ła po­nu­ro. - Przez cały ty­dzień la­ta­łam do niej do szpi­ta­la, a przy wy­pi­sie le­karz za­le­cił, żeby jej nie de­ner­wo­wać. Nie jest to szcze­gól­nie ła­twe za­da­nie, bo zło­ści się za ka­żdym ra­zem, kie­dy ro­bię coś nie po jej my­śli. Czu­ję się ni­czym dra­żnio­ny przez dzie­cia­ki ty­grys za­mkni­ęty w klat­ce. I boję się, że kie­dy stra­cę kon­tro­lę i wy­buch­nę, ona umrze. Mnie na zło­ść... To po pro­stu nie do znie­sie­nia.

- A Bar­tek?

Ka­ro­la wsu­nęła do opró­żnio­nej szu­fla­dy szmat­kę na­sączo­ną pa­stą i za­częła ją ener­gicz­nie roz­cie­rać po drew­nia­nym dnie.

- Za­dzwo­nił trzy dni temu i ra­do­śnie oznaj­mił, że Ane­ta jest w ci­ąży. Ab­so­lut­nie nie może się de­ner­wo­wać, więc nie przy­ja­dą za­jąć się ba­bu­nią, jak to wcze­śniej uzgod­ni­li­śmy. Za­ło­żę się, że spe­cjal­nie zro­bi­li so­bie te­raz to dziec­ko. A ja już ci­ągnę reszt­ka­mi sił.

- A czy bab­cia przy­pad­kiem nie pla­nu­je od­wie­dzin u two­je­go bra­cisz­ka?

- Jak naj­bar­dziej pla­nu­je i z tego, co wiem, to będzie bar­dzo dłu­ga wi­zy­ta - oznaj­mi­ła Ka­ro­la z sa­tys­fak­cją. - Nie za­mie­rzam jed­nak ostrze­gać Bart­ka, po­nie­waż z taką per­spek­ty­wą spa­ku­ją się i też wy­ja­dą za gra­ni­cę. Na ra­zie jed­nak cze­ka na po­wrót mo­je­go taty, żeby ją za­wió­zł. W jej wie­ku, cy­tu­ję, nie za­mie­rza się tłuc po­ci­ąga­mi. Na do­da­tek...

- Co?

- Dziś wie­czo­rem idę do pra­cy po raz ostat­ni.

Ka­ro­la wes­tchnęła i usia­dła na so­fie, rzu­ca­jąc szmat­kę na podło­gę. Kie­dy o tym po­my­śla­ła, mia­ła ocho­tę za­cząć wa­lić gło­wą o ko­mo­dę, nie przej­mu­jąc się za­ry­so­wa­nia­mi, któ­rych mo­gła­by przy­spo­rzyć an­ty­ko­wi jej twar­da czasz­ka.

- I na­dal nie przy­zna­łaś się bab­ci...

Na myśl o mo­men­cie, w któ­rym będzie mu­sia­ła po­wie­dzieć sta­rusz­ce o zwol­nie­niu, pal­ce Ka­ro­li moc­no za­ci­snęły się na ko­mór­ce. Naj­bar­dziej do­bi­jał ją brak per­spek­tyw.

- Naj­gor­sze jest to, że gdzie­kol­wiek za­no­szę CV, na po­cząt­ku są bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ni, za­pra­sza­ją na roz­mo­wę i gdy mam już pew­no­ść, że na­resz­cie coś so­bie zna­la­złam, nikt nie dzwo­ni. Wła­ści­wie wy­czer­pa­łam już wszyst­kie mo­żli­wo­ści w mie­ście. Po­zo­sta­je mi się tyl­ko uzbro­ić w cier­pli­wo­ść i po­cze­kać na po­wrót ro­dzi­ców. Chcia­łam pra­co­wać tu, na miej­scu, aby w ra­zie cze­go po­móc ma­mie przy bab­ci, ale za­czy­nam do­pusz­czać do sie­bie myśl, że na ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści świat się nie ko­ńczy...

Po za­ko­ńczo­nej roz­mo­wie sie­dzia­ła chwi­lę na so­fie, obo­jęt­nie ob­ser­wu­jąc pa­nu­jący w sa­lo­nie roz­gar­diasz. Po­win­na w ko­ńcu ze­brać się na od­wa­gę i wy­ja­śnić bab­ci, co jej prze­szka­dza, ale po jed­nym rzu­cie oka na Kry­sty­nę na­tych­miast re­zy­gno­wa­ła z re­ali­za­cji tego po­my­słu. Bab­cia nie po­tra­fi­ła po­jąć, że Ka­ro­la pra­gnie żyć we­dług swo­ich re­guł i jest dość do­ro­sła, aby móc po­pe­łniać wła­sne błędy. Wes­tchnęła. Mu­sia­ła prze­trwać całe sze­ść ty­go­dni do po­wro­tu ro­dzi­ców, a po­tem na chwi­lę wró­cić do domu. A pó­źniej... się zo­ba­czy.

Po­ukła­da­ła w szu­fla­dzie jej za­war­to­ść, po czym za­bra­ła się do opró­żnia­nia ostat­niej. Po­win­no pó­jść szyb­ko, po­nie­waż bab­cia prze­cho­wy­wa­ła w niej do­ku­men­ty i al­bu­my. Po tym, jak już sko­ńczy, cze­ka ją jesz­cze zwi­ni­ęcie i wy­trze­pa­nie dy­wa­nu, a po­tem pa­sto­wa­nie i fro­te­ro­wa­nie par­kie­tu...

Kie­dy prze­no­si­ła do­ku­men­ty, je­den z bo­ków sta­re­go kar­to­no­we­go pu­de­łka ode­rwał się, a że Ka­ro­la trzy­ma­ła je nie­co pod kątem, pa­pie­ry wy­śli­zgnęły się, two­rząc na podło­dze czar­no-bia­łą mo­zai­kę.

- Kur... - chcia­ła za­kląć, ale urwa­ła w pół sło­wa. Przy­zwy­cza­je­nie jed­nak zro­bi­ło swo­je. W miesz­ka­niu bab­ci nie wol­no było uży­wać żad­nych wul­ga­ry­zmów. Na­wet pod jej nie­obec­no­ść.

Uklękła przy pa­pie­rach i za­częła zbie­rać lu­źne kart­ki, któ­re po do­kład­niej­szych oględzi­nach oka­za­ły się li­sta­mi. Część z nich na­dal była prze­cho­wy­wa­na w ko­per­tach za­adre­so­wa­nych bar­dzo ele­ganc­kim cha­rak­te­rem pi­sma.

Te­raz tra­dy­cyj­ne li­sty ze znacz­ka­mi za­stąpi­ły e-ma­ile. Wia­do­mo­ści na pew­no do­cie­ra­ły do ad­re­sa­ta szyb­ciej i nic nie kosz­to­wa­ły, ale we­dług Ka­ro­li były zbyt... bez­oso­bo­we. Co in­ne­go taka za­pi­sa­na wiecz­nym pió­rem po­żó­łkła już kart­ka. Szko­da, że lu­dzie nie wy­sy­ła­ją już li­stów.

Uśmie­cha­jąc się, po­rząd­ko­wa­ła w pu­de­łku ko­lej­ne kart­ki, a pod nimi na sa­mym dnie zna­la­zła gru­bą ko­per­tę.

Prze­su­nęła kar­ton na bok i przez chwi­lę ob­ra­ca­ła ko­per­tę w dło­niach. W od­ró­żnie­niu od in­nych ta ni­g­dy nie zo­sta­ła otwar­ta.

Tyl­ko dla­cze­go?

Pa­mi­ęta­ła ten kon­kret­ny list, po­nie­waż lata temu sama wy­ci­ągnęła go ze skrzyn­ki. Do­kład­nie przyj­rza­ła się wy­ra­źnie skre­ślo­nym li­te­rom, któ­re ukła­da­ły się w imię i na­zwi­sko jej pra­bab­ki. Tak jak przed laty za­sta­no­wił ją brak wy­pi­sa­ne­go nadaw­cy. Stem­pel pocz­to­wy na­dal da­wał się od­czy­tać, a data pod­po­wia­da­ła, że do­ta­rł do ad­re­sat­ki na dwa mie­si­ące przed jej śmier­cią. Pra­bab­cia wte­dy do­cho­dzi­ła do sie­bie po wy­le­wie i z bez­wład­ną pra­wą stro­ną cia­ła nie by­ła­by w sta­nie sama go prze­czy­tać, jed­nak Ka­ro­lę za­sta­no­wi­ło, że nikt z ro­dzi­ny nie wy­świad­czył jej tej przy­słu­gi. Ba, nikt na­wet nie na­ru­szył ko­per­ty. A prze­cież pra­bab­cia uwiel­bia­ła słu­chać, jak Ka­ro­la czy­ta. Wkrót­ce po­tem na­stąpił ko­lej­ny wy­lew, któ­re­go sta­rusz­ka już nie prze­ży­ła.

Dziw­ne.

A może nie­po­trzeb­nie do­szu­ku­je się spi­sku, po­nie­waż roz­wi­ąza­nie mo­gło się oka­zać na­praw­dę pro­ste. Na przy­kład ko­per­ta zo­sta­ła przy­kry­ta in­ny­mi pa­pie­ra­mi, a po śmier­ci pra­bab­ci po pro­stu wsu­ni­ęta po­mi­ędzy inne li­sty. I za­po­mnia­na.

To wszyst­ko dzia­ło się w dwa ty­si­ące dzie­wi­ątym roku. List zo­stał wy­sła­ny w stycz­niu z Za­bo­rza, a nikt z jej ro­dzi­ny ani zna­jo­mych nie miesz­kał w tych re­jo­nach. Poza Maj­ką. Kie­dy zo­sta­ła za­pro­szo­na do Plusk, aby spędzić z przy­ja­ció­łką część wa­ka­cji, i oka­za­ło się, że Za­bo­rze leży za­le­d­wie kil­ka ki­lo­me­trów da­lej, ostat­nie­go dnia po­by­tu Ka­ro­li na War­mii po­sta­no­wi­ły prze­je­chać się tam na wy­ciecz­kę. Za wio­ską, pra­wie nad je­zio­rem, miesz­ka­ła star­sza pani, któ­rą Maj­ka bar­dzo lu­bi­ła, więc dziew­częta po­sta­no­wi­ły ją od­wie­dzić. I przy oka­zji wy­wie­dzieć się o ta­jem­ni­czą ko­per­tę. Sta­rusz­ce nu­dzi­ło się nie­co, więc prze­pro­wa­dze­nie dys­kret­ne­go śledz­twa mo­gło do­star­czyć jej roz­ryw­ki.

Ka­ro­la uśmiech­nęła się do swo­ich wspo­mnień. Pla­no­wa­ły z przy­ja­ció­łką po­je­chać tam ra­zem, jed­nak ta w dniu wy­ciecz­ki za­cho­ro­wa­ła, a po­tem zda­rzył się ten wy­pa­dek. I Ka­ro­li wy­wie­trza­ły z gło­wy ta­jem­ni­cze li­sty bez nadaw­cy, ewen­tu­al­ne śledz­two lub po­szu­ki­wa­nie za­gad­ko­we­go au­to­ra. Sierp­nio­we wy­da­rze­nia zmie­ni­ły rów­nież jej wła­sne pla­ny. Po tym, jak za­re­ago­wa­ła po wy­pad­ku, po tym, jak ze­mdla­ła, prze­ko­na­ła się, że nie po­ra­dzi so­bie z od­po­wie­dzial­no­ścią za ludz­kie ży­cie. Tak jak prze­po­wia­da­ła bab­cia, oka­za­ła się zbyt sła­ba, zbyt po­dat­na na stres. W chwi­lach za­gro­że­nia wpa­da­ła w pa­ni­kę i dzia­ła­ła bar­dziej in­stynk­tow­nie niż ce­lo­wo. Zre­zy­gno­wa­ła z ma­rzeń o me­dy­cy­nie, za­do­wa­la­jąc się tu­ry­sty­ką - swo­im dru­gim hob­by. Przed wy­jaz­dem z Plusk upro­si­ła przy­ja­ció­łkę, aby ta wy­wie­dzia­ła się, czy po­mi­mo jej nie­spraw­nej ak­cji ra­tow­ni­czej chło­pak prze­żył.

Na po­cząt­ku nikt w szpi­ta­lu nie chciał roz­ma­wiać z Maj­ką, ale ta oka­za­ła się bar­dziej sta­now­cza niż prze­pi­sy i osta­tecz­nie do­wie­dzia­ła się, że wy­sze­dł z tego cało. Do­ta­rła rów­nież do in­for­ma­cji, że spraw­ców wy­pad­ku nie uda­ło się od­na­le­źć i w efek­cie nie po­nie­śli za swo­je bez­my­śl­ne za­cho­wa­nie żad­nych kon­se­kwen­cji.

Ka­ro­la ode­rwa­ła się od wspo­mnień i po­now­nie spoj­rza­ła na trzy­ma­ny w dło­niach list. Za­częła wal­czyć z po­ku­są otwar­cia go i za­spo­ko­je­nia swo­jej cie­ka­wo­ści. Pra­bab­cia od po­nad dzie­si­ęciu lat spo­czy­wa­ła w gro­bie, a może wia­do­mo­ść w nim za­war­ta jest wa­żna. A je­śli nie, i tak cie­ka­wi­ło ją, kto na­pi­sał do niej tak gru­by list. W środ­ku na pew­no nie znaj­do­wa­ło się żad­ne pi­smo urzędo­we, tyl­ko zwy­kła ko­re­spon­den­cja. Kto z da­le­kie­go Za­bo­rza znał pra­bab­cię? A może mia­ła ja­kieś se­kre­ty? Pro­wa­dzi­ła dru­gie, ukry­wa­ne przed ro­dzi­ną ży­cie?

Ka­ro­la par­sk­nęła śmie­chem. Nie tyl­ko na­sto­lat­ki mają buj­ną wy­obra­źnię, jak się oka­zu­je, do­ro­słe ko­bie­ty wca­le nie są gor­sze! Rów­nie do­brze mo­gły tam się znaj­do­wać wzo­ry ro­bó­tek ręcz­nych prze­sła­ne przez ja­kąś po­zna­ną w sa­na­to­rium zna­jo­mą.

Wie­dzia­ła, że ro­dzi­na pra­dziad­ka w cza­sie woj­ny miesz­ka­ła w War­sza­wie i opu­ści­ła sto­li­cę przed po­wsta­niem. Nie zde­cy­do­wa­ła się rów­nież na po­wrót do ro­dzin­ne­go mia­sta po jego od­bu­do­wa­niu, cho­ciaż bab­cia od cza­su do cza­su na­wi­ązy­wa­ła do tego te­ma­tu w roz­mo­wach z dziad­kiem. Jej mąż jed­nak nie ma­rzył o prze­pro­wadz­ce do sto­li­cy i nie zde­cy­do­wał się na wy­jazd. W War­sza­wie za­miesz­kał do­pie­ro Bar­tek.

Wy­pa­da­ło­by za­py­tać bab­cię, czy może otwo­rzyć list i za­spo­ko­ić swo­ją cie­ka­wo­ść, ale nie chcia­ła tego ro­bić. List naj­praw­do­po­dob­niej po­now­nie wy­lądo­wa­łby pod klu­czem w ko­mo­dzie, a Ka­ro­la zo­sta­ła­by ura­czo­na ca­łym wy­kła­dem do­ty­czącym wścib­stwa. Na­stęp­nie bab­cia prze­szła­by do uty­ski­wa­nia nad mar­no­wa­niem przez wnucz­kę cen­ne­go cza­su na zaj­mo­wa­nie się głu­po­ta­mi. Ma­ru­dze­nie trwa­ło­by go­dzi­na­mi, je­śli nie ca­ły­mi dnia­mi. Le­piej więc było żyć do­my­sła­mi, niż po­tem wy­słu­chi­wać dzie­si­ąt­ków ko­men­ta­rzy na te­mat swo­je­go bez­na­dziej­ne­go cha­rak­te­ru. Spo­kój po­nad za­spo­ko­je­nie pró­żnej cie­ka­wo­ści, po­my­śla­ła Ka­ro­la i odło­ży­ła ko­per­tę na kup­kę po­ukła­da­nych pa­pie­rów.

I wte­dy przy­szła jej do gło­wy ge­nial­na myśl. Prze­cież bab­cia była tyl­ko sy­no­wą ad­re­sat­ki, a nie jej cór­ką. Idąc tym tro­pem, wi­ęk­sze pra­wa, aby de­cy­do­wać o li­ście mia­ła... mama Ka­ro­li.

Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, wy­bra­ła jej nu­mer.

- Jak tam u bab­ci, có­ruś? - spy­ta­ła mama, gdy szyb­ko wy­mie­ni­ły się naj­wa­żniej­szy­mi in­for­ma­cja­mi. Nie mo­gły ze sobą roz­ma­wiać zbyt dłu­go ze względu na kosz­mar­nie dro­gie po­łącze­nia.

- Wi­sisz mi przy­słu­gę. Wła­śnie po­le­ru­ję me­ble i mam już wszyst­kie­go ser­decz­nie dość - oznaj­mi­ła po­nu­ro Ka­ro­la.

- Już nie­dłu­go - wes­tchnęła mama po dru­giej stro­nie. - Bab­cia ni­g­dy nie na­le­ża­ła do najła­twiej­szych lu­dzi, a ko­lej­ne lata nie po­ma­ga­ją.

Ła­god­nie po­wie­dzia­ne.

- Wręcz prze­ciw­nie, po­wie­dzia­ła­bym - mruk­nęła Ka­ro­la. - Dzwo­nię, po­nie­waż nie chcę za­wra­cać bab­ci gło­wy...

Szyb­ko opi­sa­ła ma­mie zna­le­zi­sko i spy­ta­ła, czy może się z nim za­po­znać.

- List do bab­ci Zosi po­wia­dasz... Pierw­sze sły­szę... A czy­taj so­bie do woli, jej tym na pew­no nie zro­bisz krzyw­dy. Sko­ro nie ma nadaw­cy, to na­wet nie mo­żna go ode­słać z po­wro­tem. Może w środ­ku znaj­dziesz ja­kieś wska­zów­ki, żeby po­in­for­mo­wać au­to­ra li­stu o śmier­ci pra­bab­ci.

Dzwo­nek do drzwi oznaj­mił ko­niec świ­ęte­go spo­ko­ju. Ka­ro­la spoj­rza­ła na ze­gar i skrzy­wi­ła się. Dziś plot­ki za­jęły bab­ci zde­cy­do­wa­nie za mało cza­su. Do­brze, że pani Arendt za­zwy­czaj nie chcia­ło się prze­trząsać to­reb­ki w po­szu­ki­wa­niu klu­czy.

- Mu­szę ko­ńczyć, bab­cia wró­ci­ła!

Po­że­gna­ła się szyb­ko z mamą, sły­sząc na­tręt­ny dźwi­ęk dru­gie­go dzwon­ka. Szyb­ko ru­szy­ła do przed­po­ko­ju i na mo­ment przed otwar­ciem drzwi zo­rien­to­wa­ła się, że na­dal dzie­rży w dło­ni kom­pro­mi­tu­jący ją do­wód rze­czo­wy. Nie wa­ha­jąc się, wci­snęła list do swo­jej to­reb­ki. Wy­dęła war­gi w mi­łym uśmie­chu i nie zwle­ka­jąc dłu­żej, otwo­rzy­ła bab­ci drzwi.

Ostat­nia noc w pra­cy mi­ja­ła jej spo­koj­nie, nie li­cząc jed­nej in­ter­wen­cji u im­pre­zu­jącej mło­dzie­ży. Po­nie­waż inni go­ście ho­te­lo­wi chcie­li wy­po­cząć, a roz­ba­wio­ne na­sto­lat­ki nie re­ago­wa­ły na skar­gi, Ka­ro­la po­sta­no­wi­ła obu­dzić opie­kun­ki i po­pro­sić je o wspar­cie. Na czas swo­jej nie­obec­no­ści na wszel­ki wy­pa­dek za­mknęła lap­to­pa. Śro­dek nocy, ale strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że.

Wy­ci­ągni­ęta z łó­żka o wpół do dru­giej w nocy kie­row­nicz­ka wy­ciecz­ki zme­łła w ustach prze­kle­ństwo.

- A jesz­cze go­dzi­nę temu ro­bi­łam ostat­ni ob­chód i spraw­dza­łam, czy wszędzie już ci­cho. Li­ce­ali­ści, a za­cho­wu­ją się jak przed­szko­la­ki! - jęk­nęła do dru­giej na­uczy­ciel­ki, któ­ra po omac­ku szu­ka­ła na podło­dze kla­pek.

Obie po­gna­ły pi­ętro ni­żej do wska­za­ne­go przez go­ści po­ko­ju. I fak­tycz­nie, dało się z nie­go sły­szeć śmie­chy i mu­zy­kę. Ka­ro­la po­sta­wi­ła nogę na pierw­szym stop­niu scho­dów, kie­dy w ko­ry­ta­rzu roz­le­gł się od­głos ener­gicz­ne­go pu­ka­nia do drzwi. Mu­zy­ka i gło­sy na­tych­miast umil­kły.

- Nie wie­cie, że o dwu­dzie­stej dru­giej roz­po­czy­na się ci­sza noc­na? - roz­le­gł się gło­śny szept jed­nej z na­uczy­cie­lek. - Do­bra, im­pre­zo­wicz­ko. Wy­ci­ągnij te­le­fon i dzwoń do mamy...

Ka­ro­la nie do­sły­sza­ła od­po­wie­dzi uczen­ni­cy, za to w ci­szy roz­brzmiał wy­ra­źny głos opie­kun­ki wy­ciecz­ki.

- Co zna­czy: "Nic nie ro­bię"? Go­ście się ska­rżą, sama sły­sza­łam gło­śną mu­zy­kę. A ty za chwi­lę będziesz tłu­ma­czyć swo­jej ma­mie, co ro­bisz o tej go­dzi­nie w po­ko­ju chłop­ców! Ko­ły­san­kę im przy­szłaś za­śpie­wać? Dzwoń i do­kład­nie wy­tłu­macz, dla­cze­go bu­dzisz ją o tej po­rze.

Ka­ro­la aż za­ma­rła na pó­łpi­ętrze, cie­ka­wa, jak to się sko­ńczy.

- Przy mnie dzwoń! Co to zna­czy, że roz­mo­wa jest pry­wat­na? Czy­li to ja mam za­dzwo­nić? Wiesz, co so­bie po­my­śli, jak o tej po­rze zo­ba­czy mój nu­mer? Jed­nak nie? To do dzie­ła!

Ka­ro­li­na uzna­ła, że naj­wy­ższa pora wró­cić za ladę re­cep­cji. Sa­do­wi­ąc się na nie­wy­god­nym krze­śle i pod­no­sząc kla­pę lap­to­pa, stwier­dzi­ła, że odro­bi­nę wspó­łczu­je mło­dzie­ży. Mo­gła so­bie wy­obra­zić, co po­wie­dzia­ła­by jej ła­god­na w grun­cie rze­czy mat­ka, gdy­by ona czy Bar­tek za­dzwo­ni­li za pi­ęt­na­ście dru­ga w nocy na po­le­ce­nie na­uczy­ciel­ki. Pew­nie kla­sa na na­stęp­ną wy­ciecz­kę po­je­cha­ła­by bez nich, sko­ro nie po­tra­fi­li się do­sto­so­wać do re­gu­la­mi­nu...

Ka­ro­li moc­no za­chcia­ło się spać, ale do pi­ątej zo­sta­ło kil­ka go­dzin. I wte­dy przy­po­mnia­ła so­bie, że prze­cież ma w to­reb­ce ta­jem­ni­czą ko­per­tę. Te­raz nie mia­ła nic do ro­bo­ty i bez prze­szkód mo­gła za­po­znać się z jej za­war­to­ścią. Nie wa­ha­jąc się zbyt­nio, prze­szła do po­ko­ju so­cjal­ne­go, gdzie trzy­ma­ła swo­je rze­czy, a na­stęp­nie wró­ci­ła na sta­no­wi­sko pra­cy z li­stem w ręce.

W szu­fla­dzie od­na­la­zła nóż do pa­pie­ru, ode­tchnęła głębo­ko i prze­ci­ęła kru­chy pa­pier. Zaj­rza­ła do środ­ka i zmarsz­czy­ła brwi. Nie było tam pli­ku kar­tek, jak się spo­dzie­wa­ła, ale cien­ki ze­szyt. Sądząc po wy­glądzie, dużo star­szy niż ko­per­ta.

Za­in­try­go­wa­na otwo­rzy­ła go na pierw­szej stro­nie i po prze­czy­ta­niu kil­ku zdań zo­rien­to­wa­ła się, że wca­le nie trzy­ma w dło­niach li­stu.

Pra­bab­ce ktoś przy­słał pa­mi­ęt­nik.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej