Zanzibar: przewodnik (nie)praktyczny - Ines Firestorm, Gaba Steelheart

-
Proszę czekać

Wstęp

Wszyst­ko za­czę­ło się od ma­rze­nia. Ta­kie­go zwy­czaj­ne­go, któ­re kieł­ku­je w gło­wie mię­dzy kawą a ko­lej­nym dniem pra­cy, gdzieś po­mię­dzy zmę­cze­niem a po­trze­bą cze­goś wię­cej. Dwie blon­dyn­ki, jed­na mapa i je­den cel: Zan­zi­bar. Eg­zo­tycz­na wy­spa, gdzie oce­an ma ko­lor ma­rzeń z fol­de­rów biu­ra po­dró­ży, słoń­ce nie zna po­ję­cia "za­chmu­rze­nie", czas pły­nie ina­czej, a pole, pole to nie tyl­ko sło­wa, lecz tak­że styl ży­cia.

Mia­ły­śmy plan pro­sty, nie­win­ny, cał­kiem roz­sąd­ny: od­po­cząć, na­ła­do­wać ba­te­rie, zła­pać tro­chę słoń­ca i na­cie­szyć się eg­zo­ty­ką. Ale jak to bywa w ży­ciu (a szcze­gól­nie w ży­ciu dwóch ko­biet, któ­re w cha­osie po­tra­fią od­na­leźć sens i urok), rze­czy­wi­stość oka­za­ła się peł­na nie­spo­dzia­nek.

I tak z urlo­pu ma­rzeń wy­szła ko­me­dia po­my­łek z ele­men­ta­mi su­rvi­va­lu, przy­go­do­we­go re­ali­ty show i mo­men­ta­mi eg­zy­sten­cjal­nych prze­my­śleń przy drin­ku z pa­lem­ką. Bo nikt nas nie ostrzegł, że na­wet raj po­tra­fi mieć po­czu­cie hu­mo­ru.

Ta książ­ka to nie tyl­ko opis na­szej po­dró­ży. To opo­wieść o tym, jak ja­cuz­zi może spra­wić, że czło­wiek czu­je się, jak­by spał tuż przy wzbu­rzo­nym oce­anie, oraz o tym, jak afry­kań­ski kot po­tra­fi zruj­no­wać ro­man­tycz­ny spa­cer, jak czar­ny szam­pon robi re­wo­lu­cję w wa­liz­ce i dla­cze­go le­piej na­uczyć się ob­słu­gi kli­ma­ty­za­to­ra, za­nim pad­nie się ze zmę­cze­nia.

To tak­że opo­wieść o nas - o przy­ja­ciół­kach, któ­re po la­tach ru­ty­ny i pra­cy po­sta­no­wi­ły ode­tchnąć peł­ną pier­sią (i peł­nym ba­ga­żem, bo prze­cież "a nuż się przy­da"). O tym, że cza­sem wy­star­czy im­puls - jed­no "a może by tak...", by cał­ko­wi­cie zmie­nić swo­je spoj­rze­nie na ży­cie.

To rów­nież hi­sto­ria o tym, jak bez­tro­ski re­laks w ba­se­nie może nie­spo­dzie­wa­nie prze­ro­dzić się w po­kaz wod­ne­go strip­ti­zu, gdy majt­ki po­sta­no­wią po­pły­nąć wła­sną dro­gą. Nur­ko­wa­nie oka­za­ło się efek­tow­ne, wy­ła­nia­nie się już tro­chę mniej... Zwłasz­cza gdy do­oko­ła było wię­cej oczu niż li­ści pal­mo­wych.

Bę­dzie też o lu­dziach - o ich po­go­dzie du­cha, spo­ko­ju, lek­cji wdzięcz­no­ści i o tym, że cza­sem, nie ma­jąc wie­le, moż­na mieć wszyst­ko. Bo Zan­zi­bar to nie tyl­ko miej­sce na ma­pie. To stan umy­słu. Tam czło­wiek na­praw­dę zwal­nia, prze­sta­je się spie­szyć i za­czy­na słu­chać sie­bie.

Pi­sząc te stro­ny, śmia­ły­śmy się do łez, wspo­mi­na­jąc wszyst­kie na­sze "wto­py", za­sko­cze­nia i chwi­le, któ­re dziś są aneg­do­ta­mi, a wte­dy... Cóż, nie za­wsze były za­baw­ne.

Za­pra­sza­my Cię do na­sze­go zan­zi­bar­skie­go świa­ta - pach­ną­ce­go przy­pra­wa­mi, roz­grza­ne­go słoń­cem, peł­ne­go ab­sur­dów, śmie­chu, lo­kal­nych po­wie­dzo­nek i lek­cji, któ­re war­to po­znać, za­nim zde­cy­du­jesz się od­wie­dzić ten raj na zie­mi. Może znaj­dziesz tu in­spi­ra­cję do wła­snej po­dró­ży. A może po pro­stu po­pra­wi­my Ci hu­mor i przy­po­mni­my, że ży­cie - na­wet w cha­osie - po­tra­fi być pięk­ne.

Prze­czy­taj, za­bierz ze sobą do­bry na­strój i pa­mię­taj: je­dziesz na Zan­zi­bar? Zwol­nij i chil­luj, bo ina­czej usły­szysz: POLE, POLE!

Rozdział 1

Kawa, klik i... Zanzibar?!

Zwy­czaj­ny wie­czór. Bu­tel­ka wina, dwie lamp­ki, za­pach świe­cy z nutą wa­ni­lii i roz­mo­wa, któ­ra mia­ła być jak set­ki wcze­śniej­szych - o pra­cy, lu­dziach, ży­ciu.

Na­rze­ka­nie przy­szło na­tu­ral­nie. Pra­ca - za dużo. Lu­dzie - za bar­dzo. Co­dzien­ność - za mało ko­lo­ro­wa. Sło­wa pły­nę­ły same, jak­by chcia­ły się wresz­cie z nas wy­do­stać: o zmę­cze­niu, o pre­sji, o tym, że każ­dy dzień wy­glą­da tak samo, jak za­pę­tlo­ny film bez na­pi­sów koń­co­wych.

Wsta­jesz o pią­tej, za­spa­na, w pół­mro­ku ła­zien­ki na­kła­dasz ma­ki­jaż, któ­ry ma spra­wić, że bę­dziesz wy­glą­dać na bar­dziej "ogar­nię­tą", niż się czu­jesz.

Kawa. W po­śpie­chu, w kub­ku ter­micz­nym.

Kor­ki - za­wsze te same sa­mo­cho­dy, te same świa­tła, ta sama au­dy­cja w ra­diu, w któ­rej ktoś pró­bu­je wmó­wić ci, że po­nie­dzia­łek to świet­na oka­zja, żeby za­cząć od nowa.

A po­tem biu­ro.

Świat kor­po­ra­cyj­nych roz­mów o ni­czym, pod­czas któ­rych na­wet uśmie­chy mają re­gu­la­min.

Co­dzien­nie to samo: ra­por­ty, ta­bel­ki, "czy mo­gła­byś to po­pra­wić?" i "po­trze­bu­ję tego na wczo­raj".

W prze­rwie szyb­ka ka­nap­ka, w mię­dzy­cza­sie roz­mo­wa o tym, kto do­stał awans, kto wziął kre­dyt, kto znik­nął z In­sta­gra­ma.

I wie­czo­rem ten sam sche­mat: zmę­cze­nie, pra­nie, Net­flix, te­le­fon, sen.

Po­wta­rzal­ność tak gę­sta, że aż dusz­na.

Tam­te­go wie­czo­ru, przy wi­nie, coś w nas pę­kło. Nie gło­śno. Nie dra­ma­tycz­nie. Ci­cho - jak stru­na, któ­ra za dłu­go była na­pię­ta. Za­pa­dła ci­sza. Ta praw­dzi­wa, cięż­ka, ale po­trzeb­na. Nie mu­sia­ły­śmy nic mó­wić. Każ­da wie­dzia­ła, co my­śli dru­ga.

- Wiesz... - za­czę­ła jed­na z nas, ba­wiąc się kra­wę­dzią kie­lisz­ka. - Mam wra­że­nie, że nic już nie ma sen­su. Że gdzieś po dro­dze zgu­bi­ły­śmy to, co na­praw­dę waż­ne.

- Tak - od­po­wie­dzia­ła dru­ga po chwi­li. - Chcę ina­czej. Chcę żyć, a nie tyl­ko prze­ży­wać.

To zda­nie za­wi­sło mię­dzy nami jak iskra, ci­che, ale po­tęż­ne. W tej jed­nej chwi­li obie po­czu­ły­śmy, że coś się zmie­nia. Że to, o czym mó­wi­ły­śmy od mie­się­cy, o czym ma­rzy­ły­śmy po ci­chu, wresz­cie za­czy­na doj­rze­wać.

Nie po­trze­bo­wa­ły­śmy fan­far, pla­nów, list "za i prze­ciw". Po pro­stu spoj­rza­ły­śmy na sie­bie i wie­dzia­ły­śmy, że czas coś zmie­nić, że może pora wresz­cie prze­stać się bać. Bo choć każ­da z nas mia­ła za sobą swo­je bu­rze, obie czu­ły­śmy ten sam głód - głód spo­ko­ju, praw­dy, po­wie­trza, któ­re nie pach­nie stre­sem i po­śpie­chem.

- To co? - za­py­ta­ła moja przy­ja­ciół­ka z lek­kim uśmie­chem, ta­kim, któ­ry za­wsze zwia­stu­je kło­po­ty albo przy­go­dę.

- Ucie­ka­my - stwier­dzi­łam bez wa­ha­nia. - Ale tym ra­zem nie przed świa­tem. Dla sie­bie.

Nie wie­dzia­ły­śmy jesz­cze do­kąd. Nie mia­ły­śmy pla­nu, tyl­ko po­trze­bę - głę­bo­ką, praw­dzi­wą, tro­chę ir­ra­cjo­nal­ną. Po­trze­bę uciecz­ki od ży­cia, któ­re było po­praw­ne, ale nie na­sze. Od dnia, w któ­rym nic się nie wy­da­rza­ło. Od ru­ty­ny, któ­ra za­bie­ra­ła ra­dość, zo­sta­wia­jąc wy­łącz­nie zmę­cze­nie.

To był mo­ment od­wa­gi. Nie spek­ta­ku­lar­ny, nie fil­mo­wy, bez dra­ma­tycz­nych de­cy­zji czy wa­li­zek pa­ko­wa­nych w nocy, tyl­ko ci­chy bunt. Ko­bie­cy. Zro­dzo­ny z po­trze­by od­de­chu i pro­ste­go pra­gnie­nia: "chcę po­czuć, że żyję".

Chcia­ły­śmy zna­leźć miej­sce, gdzie lu­dzie wciąż się uśmie­cha­ją, gdzie nikt nie ści­ga, nie oce­nia, nie po­rów­nu­je, gdzie czas pły­nie wol­niej, a szczę­ście nie ma ceny. Ma­rzy­ły­śmy o miej­scu, któ­re przy­wró­ci nam ba­lans, sens, lek­kość i tro­chę wia­ry w to, że świat po­tra­fi być do­bry.

Nie wie­dzia­ły­śmy jesz­cze, że znaj­dzie­my to wszyst­ko na Zan­zi­ba­rze. Że tam, mię­dzy oce­anem a słoń­cem, od­kry­je­my nie tyl­ko nowy świat, lecz tak­że sie­bie - w wer­sji spo­koj­niej­szej, od­waż­niej­szej, praw­dziw­szej. I że wszyst­ko za­cznie się wła­śnie tu­taj od zwy­czaj­ne­go wie­czo­ru, dwóch kie­lisz­ków wina i słów: "Chcę żyć, a nie tyl­ko prze­ży­wać".

To mia­ła być zwy­czaj­na kawa. Wio­sna cza­iła się za ro­giem, a my - jak to my - ma­rzy­ły­śmy o słoń­cu, drin­ku z pa­lem­ką i spo­ko­ju du­cha. I wte­dy pa­dło to zda­nie, któ­re zmie­ni­ło bieg hi­sto­rii (a przy­naj­mniej na­sze­go ty­go­dnia):

- A może Zan­zi­bar?

Par­sk­nę­łam śmie­chem. Ale wie­cie co? Dwie go­dzi­ny póź­niej mia­ły­śmy otwar­te pięt­na­ście za­kła­dek w prze­glą­dar­ce, a wie­czo­rem ku­pio­ne bi­le­ty. Na nie­dziel­ny po­ra­nek. Nie ty­dzień, nie mie­siąc póź­niej. Za trzy dni.

Spon­ta­nicz­na de­cy­zja? Po­wiedz­my, że to­tal­ne sza­leń­stwo. Śro­dek mar­ca, sza­fa peł­na swe­trów, let­nie ciu­chy po­mię­te i zdez­o­rien­to­wa­ne po ostat­nich wa­ka­cjach sprzed trzech lat. W pią­tek: za­ku­py. W so­bo­tę: pra­nie, pa­ko­wa­nie i pa­ni­ka. A w nie­dzie­lę o czwar­tej rano już w au­cie, z kub­kiem kawy w ręku i my­ślą: czy my na­praw­dę je­dzie­my do Afry­ki? I czy mamy wszyst­ko?!

Nie, nie mia­ły­śmy. Ale mia­ły­śmy sie­bie, po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie i po­dej­ście: "ja­koś to bę­dzie". Spo­iler: było! Cza­sem aż za bar­dzo "ja­koś".

Jesz­cze tego sa­me­go dnia, w prze­rwie mię­dzy trze­cią a czwar­tą turą pra­nia, po­szły­śmy na szyb­ką kawę, żeby - jak to uję­ła moja przy­ja­ciół­ka - "za­głę­bić się w kul­tu­rę Tan­za­nii", czy­li w prak­ty­ce: wy­go­oglo­wać wszyst­ko, co po­win­na wie­dzieć blon­dyn­ka, za­nim po­le­ci do mu­zuł­mań­skie­go kra­ju z wa­liz­ką peł­ną su­kie­nek w kwia­ty.

Lap­top otwar­ty, cap­puc­ci­no w dło­ni, a ja czy­tam na głos:

- Zan­zi­bar to wy­spa, na któ­rej 99% miesz­kań­ców wy­zna­je is­lam.

- Ooo... czy­li stro­je ką­pie­lo­we ra­czej nie są obo­wiąz­ko­we? - za­py­ta­ła z miną, któ­ra zwia­sto­wa­ła żart.

- Wręcz prze­ciw­nie - od­par­łam. - Na pla­ży są jak naj­bar­dziej mile wi­dzia­ne.

- Uff. Bo już się ba­łam, że w bur­ki­ni będę wy­glą­dać jak sy­re­na w wer­sji XXL.

Prze­glą­da­ły­śmy da­lej.

Oka­za­ło się, że na Zan­zi­ba­rze pa­nu­je cu­dow­ny miks kul­tur - afry­kań­skiej, arab­skiej i eu­ro­pej­skiej. I choć tu­ry­ści są tu przyj­mo­wa­ni z ogrom­ną życz­li­wo­ścią, to miesz­kań­cy bar­dzo ce­nią so­bie skrom­ność i sza­cu­nek. Czy­li bi­ki­ni tak, ale tyl­ko na pla­ży. Na uli­cy czy w re­stau­ra­cji już nie­ko­niecz­nie.

- Czy­li co, su­kien­ka mak­si i ra­mio­na za­kry­te? - do­py­ta­ła.

- Do­kład­nie. Cho­dzi o to, żeby nie wy­glą­dać jak ucie­ki­nier­ka z pla­żo­wej re­kla­my.

- Do­brze. To zna­czy, że mu­szę ku­pić... wszyst­ko.

Za­czę­ły­śmy więc pla­no­wać gar­de­ro­bę jak stra­te­gię wo­jen­ną:

stro­je pla­żo­we: dwa; stro­je "po pla­ży": czte­ry; coś na ko­la­cję; coś "na zwie­dza­nie"; i coś, co wy­glą­da skrom­nie, ale pa­su­je do drin­ka z pa­lem­ką.

Osta­tecz­nie po­wsta­ła li­sta o dłu­go­ści menu z ho­te­lu all in­c­lu­si­ve. A i tak wie­dzia­ły­śmy, że rze­czy­wi­stość szyb­ko sko­ry­gu­je na­sze am­bit­ne pla­ny. Pa­ku­jesz dwa­dzie­ścia kom­ple­tów ubrań, no­sisz trzy, a wra­casz z prze­ko­na­niem, że na­stęp­nym ra­zem za­bie­rzesz po­ło­wę mniej rze­czy. Nic bar­dziej myl­ne­go - przy ko­lej­nym wy­jeź­dzie znów pa­ku­jesz dwa razy wię­cej.

To wła­śnie wte­dy, mię­dzy cap­puc­ci­no a ciast­kiem, za­czę­ły­śmy czy­tać o tym, jak wy­glą­da co­dzien­ne ży­cie na wy­spie. O tym, że Zan­zi­bar to nie tyl­ko tu­ry­stycz­ne re­sor­ty, lecz tak­że lo­kal­ne wio­ski, w któ­rych ko­bie­ty w barw­nych kan­gach (czy­li tra­dy­cyj­nych chu­s­tach) su­szą algi, dzie­ci bie­ga­ją po pia­sku, a męż­czyź­ni na­pra­wia­ją sie­ci ry­bac­kie w cie­niu palm. O tym, że tu czas pły­nie wol­niej, a słyn­ne pole, pole (czy­li "po­wo­li, spo­koj­nie") to nie tyl­ko sło­wo - to spo­sób na ży­cie. I że je­śli spró­bu­jesz ro­bić wszyst­ko w po­śpie­chu, Zan­zi­bar cię spo­wol­ni - z uśmie­chem, ale sku­tecz­nie.

- To chy­ba ide­al­ne miej­sce dla nas - stwier­dzi­ła moja przy­ja­ciół­ka. - My też po­trze­bu­je­my pole, pole.

- Tak, tyl­ko na­sze pole, pole wy­glą­da ra­czej jak "szyb­ciej, bo za­raz za­mkną bram­kę na lot­ni­sku".

Śmia­ły­śmy się, pla­nu­jąc, że na Zan­zi­ba­rze bę­dzie­my inne - spo­koj­ne, wy­ci­szo­ne, zor­ga­ni­zo­wa­ne.

(W tym mo­men­cie los par­sk­nął śmie­chem, ale o tym do­wie­cie się w ko­lej­nych roz­dzia­łach).

I tak mię­dzy wy­bo­rem ka­pe­lu­sza a upy­cha­niem san­da­łów za­czę­ły­śmy czuć coś, cze­go od daw­na nam bra­ko­wa­ło - eks­cy­ta­cję. Nie tę co­dzien­ną, typu "czy zdą­żę do pra­cy przed kor­ka­mi", a praw­dzi­wą, dzie­cię­cą ra­dość przed przy­go­dą. Bo w koń­cu nie każ­da kawa koń­czy się bi­le­ta­mi do Afry­ki.

Każ­da z nas była po dość du­żych bu­rzach w ży­ciu i obie czu­ły­śmy, że po­trze­bu­je­my chwi­li, by zła­pać od­dech. Zan­zi­bar wy­da­wał się ide­al­ny - wy­star­cza­ją­co od­le­gły, by uciec od co­dzien­no­ści, i wy­star­cza­ją­co eg­zo­tycz­ny, by po­czuć, że ży­je­my na­praw­dę. Z jed­nej stro­ny po­ja­wił się dresz­czyk emo­cji, bo wie­cie, jak się mówi o tak zwa­nym czar­nym lą­dzie. Dwie ko­bie­ty, blon­dyn­ki, w mu­zuł­mań­skim kra­ju? Brzmi jak po­czą­tek fil­mu przy­go­do­we­go z nut­ką ko­me­dii (albo thril­le­ra, za­leż­nie od dnia). Ale obie mia­ły­śmy w so­bie po­trze­bę, by wy­łą­czyć my­śle­nie, prze­stać ana­li­zo­wać, nie pla­no­wać ni­cze­go poza tym, co zje­my na śnia­da­nie.

Nie mu­sia­ły­śmy tego na­wet mó­wić gło­śno. Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie, by wie­dzieć, że chce­my tego sa­me­go. Dzie­sięć dni spo­ko­ju. Tyl­ko dzie­sięć - a dla nas to mia­ło być jak wiecz­ność.

Czy było war­to? My­ślę, że sami się o tym prze­ko­na­cie.

Na lot­ni­sku czu­ły­śmy się jak fi­na­list­ki Top Mo­del: wer­sja wa­ka­cyj­na. Po­śród ko­biet odzia­nych w po­wy­cią­ga­ne dre­sy i mar­ko­we adi­da­sy, któ­re wy­glą­da­ły, jak­by wła­śnie wy­szły z domu na pod­bój bież­ni, my sta­ły­śmy tro­chę jak za­gu­bio­ne ele­gant­ki. Przy­zwy­cza­jo­ne do po­dró­ży służ­bo­wych, gdzie obo­wiąz­ko­wy jest per­fek­cyj­ny look od stóp do głów, na­gle do­zna­ły­śmy szo­ku kul­tu­ro­we­go. Na­sze sta­ran­nie do­bra­ne sty­li­za­cje zda­wa­ły się krzy­czeć: "Ja tu nie pa­su­ję!", pod­czas gdy wo­kół pa­no­wał nie­pi­sa­ny dress code "kom­fort przede wszyst­kim" - i to na po­zio­mie "dres + klap­ki + zero ma­ki­ja­żu". Czu­ły­śmy się tro­chę, jak­by ktoś po­my­lił lot­ni­sko z wy­bie­giem mody albo od­wrot­nie - my wy­lą­do­wa­ły­śmy na pik­ni­ku w par­ku, a wszy­scy inni mie­li za sobą ma­ra­ton le­ni­stwa. No cóż, ele­gan­cja w tro­pi­kach to zu­peł­nie inna liga, ale przy­naj­mniej wy­glą­da­ły­śmy na go­to­we na biz­ne­so­we spo­tka­nie z eg­zo­ty­ką!

Po kil­ku­na­stu kon­tro­lach, ska­no­wa­niu ba­ga­ży i tłu­ma­cze­niu, że czar­ny szam­pon nie jest groź­ną sub­stan­cją che­micz­ną, usia­dły­śmy wresz­cie w sa­mo­lo­cie.

I wte­dy ude­rzy­ła nas myśl: dzie­sięć i pół go­dzi­ny lotu? Prze­cież to moż­na jajo znieść!

Jed­na z nas le­cia­ła pierw­szy raz w ży­ciu sa­mo­lo­tem. I od razu taki hard core.

Start był eks­cy­tu­ją­cy - tro­chę jak w fil­mie ak­cji. Wi­do­ki za oknem za­pie­ra­ły dech w pier­siach, emo­cje się­ga­ły ze­ni­tu... do cza­su, aż pa­no­wie z rzę­du obok zro­bi­li so­bie open bar bez baru. Po dwóch go­dzi­nach za­czę­ły się eks­ce­sy: śpie­wy, fi­lo­zo­ficz­ne dys­ku­sje i głę­bo­kie roz­wa­ża­nia eg­zy­sten­cjal­ne oraz tani pod­ryw ste­war­des­sy. Je­den z tych śmiał­ków szcze­gól­nie upodo­bał so­bie moją przy­ja­ciół­kę - z nie­zro­zu­mia­łą dla nas ener­gią ob­ma­cy­wał ją po gło­wie i ryt­micz­nie ude­rzał w jej sie­dze­nie, któ­re miał przed sobą, jak­by chciał wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi nie tyl­ko nas, ale i całe sa­mo­lo­to­we to­wa­rzy­stwo. Wy­glą­da­ło to tro­chę jak im­pro­wi­zo­wa­ny kon­cert per­ku­syj­ny, tyle że wi­dow­nia mu­sia­ła wszyst­kie­go wy­słu­chi­wać, czy tego chcia­ła, czy nie, a je­dy­ną al­ter­na­ty­wą po­zo­sta­wał skok ze spa­do­chro­nem.

A my?

Za­czę­ły­śmy od­li­czać czas do lą­do­wa­nia, chcąc jak naj­szyb­ciej uwol­nić się od ru­basz­ne­go to­wa­rzy­stwa.

Po upły­wie trzech i pół go­dzi­ny lotu mia­ły­śmy za­pla­no­wa­ne mię­dzy­lą­do­wa­nie w Hur­gha­dzie. Sa­mo­lot zro­bił trzy okrą­że­nia nad lot­ni­skiem - pew­nie szu­ka­jąc od­wa­gi, by do­tknąć zie­mi - i w koń­cu wy­lą­do­wał. Ku na­sze­mu zdzi­wie­niu tym ra­zem wszyst­ko prze­bie­gło gład­ko. Żad­ne­go bólu uszu, żad­ne­go szu­mu w gło­wie, jak­by pi­lot sam miał w ro­dzi­nie la­ryn­go­lo­ga i za­dbał o nas z wy­czu­ciem.

Z za­chwy­tem pa­trzy­ły­śmy przez okno. Bez­kres pu­sty­ni. Gdzie nie spoj­rzeć, piach, piach i jesz­cze wię­cej pia­chu. Ale nie byle ja­kie­go! Po­ma­rań­czo­wy, cie­pły, mie­nią­cy się w słoń­cu jak cur­ry. Wi­dok tak sur­re­ali­stycz­ny, że przez chwi­lę mia­ły­śmy wra­że­nie, jak­by ktoś prze­niósł nas na inną pla­ne­tę.

Tym­cza­sem nasi roz­ryw­ko­wi są­sie­dzi wy­wę­szy­li szan­sę na do­tle­nie­nie płuc i na­tych­miast pró­bo­wa­li wy­do­stać się na ze­wnątrz, mimo że wy­raź­nie im tego za­bro­nio­no. Ste­war­des­sy ro­bi­ły, co mo­gły, by za­trzy­mać ich w środ­ku, ale de­ter­mi­na­cja pa­nów była god­na po­dzi­wu - w koń­cu tyle go­dzin sie­dze­nia bez pa­pie­ro­sa to dla nie­któ­rych praw­dzi­we wy­zwa­nie du­cho­we.

Na ze­wnątrz Egip­cja­nie pod­je­cha­li z cy­ster­ną, by za­tan­ko­wać sa­mo­lot. Pro­ces trwał... dłu­go. Bar­dzo dłu­go. Tak dłu­go, że zdą­ży­li przy tym zro­bić so­bie nie­ma­łą drzem­kę w cie­niu skrzy­dła ma­szy­ny. Ale ni­ko­mu się nie spie­szy­ło - w koń­cu to Afry­ka, tu czas pły­nie ina­czej.

A my? By­ły­śmy za­fa­scy­no­wa­ne wi­do­ka­mi. Po­ma­rań­czo­wy ho­ry­zont, pust­ka aż po kres i uczu­cie, że świat może być jed­no­cze­śnie tak su­ro­wy i tak pięk­ny. I to była pierw­sza za­po­wiedź tego, że ta po­dróż bę­dzie czymś wię­cej niż wa­ka­cja­mi.

Za­nim jed­nak do­tar­ły­śmy do tego bło­gie­go mo­men­tu, zdą­ży­ły­śmy przy­uwa­żyć pew­ne­go osob­ni­ka. Fa­cet - sto­sun­ko­wo mło­dy, do­brze ubra­ny, wy­glą­da­ją­cy na ko­goś, kto ra­czej po­le­ciał od­po­cząć od ży­cia niż zwie­dzać świat Co ja­kiś czas wsta­wał, się­gał po swój ba­gaż pod­ręcz­ny, otwie­rał go z ce­le­bra­cją i wy­cią­gał bu­tel­kę ja­kie­goś trun­ku. Ja­kie­go? Wy­bacz­cie, nie je­stem spe­cja­list­ką w tej dzie­dzi­nie, ale po jego mi­nie i pre­cy­zji ru­chów ob­sta­wiam coś wy­kwint­ne­go - może whi­sky sin­gle malt, może ko­niak, a może po pro­stu inny bar­dzo dro­gi na­pój o wła­ści­wo­ściach "roz­luź­nia­ją­cych".

Nie trze­ba było dłu­go cze­kać na efek­ty. Z każ­dą go­dzi­ną jego krok sta­wał się co­raz mniej pew­ny, a dro­ga do to­a­le­ty - co­raz bar­dziej krę­ta. Gdy­by ist­nia­ła dys­cy­pli­na olim­pij­ska o na­zwie "sla­lom po­wietrz­ny mię­dzy sie­dze­nia­mi", ten pan na pew­no zdo­był­by zło­to.

Za­czę­ły­śmy się za­sta­na­wiać, czy to z nami jest coś nie tak, czy my po pro­stu nie ro­zu­mie­my po­ję­cia "wa­ka­cje". Le­ci­my w nie­zna­ne, dzie­sięć i pół go­dzi­ny przed nami, a ktoś już w po­ło­wie dro­gi po­sta­na­wia urzą­dzić so­bie pry­wat­ny fe­sti­wal spi­ry­tu­al­nych do­znań. Se­rio? Czy na­praw­dę trze­ba do­jeż­dżać do raju w sta­nie wska­zu­ją­cym? Czy ten lot nie mógł być po pro­stu pe­łen ma­rzeń, wi­do­ków i eks­cy­ta­cji? Ewi­dent­nie nie dla wszyst­kich.

[...]

Zostało jeszcze 90% treści tej książki.