Zanzibar: przewodnik (nie)praktyczny - Ines Firestorm, Gaba Steelheart


Reflow text when sidebars are open.
Wszystko zaczęło się od marzenia. Takiego zwyczajnego, które kiełkuje w głowie między kawą a kolejnym dniem pracy, gdzieś pomiędzy zmęczeniem a potrzebą czegoś więcej. Dwie blondynki, jedna mapa i jeden cel: Zanzibar. Egzotyczna wyspa, gdzie ocean ma kolor marzeń z folderów biura podróży, słońce nie zna pojęcia "zachmurzenie", czas płynie inaczej, a pole, pole to nie tylko słowa, lecz także styl życia.
Miałyśmy plan prosty, niewinny, całkiem rozsądny: odpocząć, naładować baterie, złapać trochę słońca i nacieszyć się egzotyką. Ale jak to bywa w życiu (a szczególnie w życiu dwóch kobiet, które w chaosie potrafią odnaleźć sens i urok), rzeczywistość okazała się pełna niespodzianek.
I tak z urlopu marzeń wyszła komedia pomyłek z elementami survivalu, przygodowego reality show i momentami egzystencjalnych przemyśleń przy drinku z palemką. Bo nikt nas nie ostrzegł, że nawet raj potrafi mieć poczucie humoru.
Ta książka to nie tylko opis naszej podróży. To opowieść o tym, jak jacuzzi może sprawić, że człowiek czuje się, jakby spał tuż przy wzburzonym oceanie, oraz o tym, jak afrykański kot potrafi zrujnować romantyczny spacer, jak czarny szampon robi rewolucję w walizce i dlaczego lepiej nauczyć się obsługi klimatyzatora, zanim padnie się ze zmęczenia.
To także opowieść o nas - o przyjaciółkach, które po latach rutyny i pracy postanowiły odetchnąć pełną piersią (i pełnym bagażem, bo przecież "a nuż się przyda"). O tym, że czasem wystarczy impuls - jedno "a może by tak...", by całkowicie zmienić swoje spojrzenie na życie.
To również historia o tym, jak beztroski relaks w basenie może niespodziewanie przerodzić się w pokaz wodnego striptizu, gdy majtki postanowią popłynąć własną drogą. Nurkowanie okazało się efektowne, wyłanianie się już trochę mniej... Zwłaszcza gdy dookoła było więcej oczu niż liści palmowych.
Będzie też o ludziach - o ich pogodzie ducha, spokoju, lekcji wdzięczności i o tym, że czasem, nie mając wiele, można mieć wszystko. Bo Zanzibar to nie tylko miejsce na mapie. To stan umysłu. Tam człowiek naprawdę zwalnia, przestaje się spieszyć i zaczyna słuchać siebie.
Pisząc te strony, śmiałyśmy się do łez, wspominając wszystkie nasze "wtopy", zaskoczenia i chwile, które dziś są anegdotami, a wtedy... Cóż, nie zawsze były zabawne.
Zapraszamy Cię do naszego zanzibarskiego świata - pachnącego przyprawami, rozgrzanego słońcem, pełnego absurdów, śmiechu, lokalnych powiedzonek i lekcji, które warto poznać, zanim zdecydujesz się odwiedzić ten raj na ziemi. Może znajdziesz tu inspirację do własnej podróży. A może po prostu poprawimy Ci humor i przypomnimy, że życie - nawet w chaosie - potrafi być piękne.
Przeczytaj, zabierz ze sobą dobry nastrój i pamiętaj: jedziesz na Zanzibar? Zwolnij i chilluj, bo inaczej usłyszysz: POLE, POLE!
Zwyczajny wieczór. Butelka wina, dwie lampki, zapach świecy z nutą wanilii i rozmowa, która miała być jak setki wcześniejszych - o pracy, ludziach, życiu.
Narzekanie przyszło naturalnie. Praca - za dużo. Ludzie - za bardzo. Codzienność - za mało kolorowa. Słowa płynęły same, jakby chciały się wreszcie z nas wydostać: o zmęczeniu, o presji, o tym, że każdy dzień wygląda tak samo, jak zapętlony film bez napisów końcowych.
Wstajesz o piątej, zaspana, w półmroku łazienki nakładasz makijaż, który ma sprawić, że będziesz wyglądać na bardziej "ogarniętą", niż się czujesz.
Kawa. W pośpiechu, w kubku termicznym.
Korki - zawsze te same samochody, te same światła, ta sama audycja w radiu, w której ktoś próbuje wmówić ci, że poniedziałek to świetna okazja, żeby zacząć od nowa.
A potem biuro.
Świat korporacyjnych rozmów o niczym, podczas których nawet uśmiechy mają regulamin.
Codziennie to samo: raporty, tabelki, "czy mogłabyś to poprawić?" i "potrzebuję tego na wczoraj".
W przerwie szybka kanapka, w międzyczasie rozmowa o tym, kto dostał awans, kto wziął kredyt, kto zniknął z Instagrama.
I wieczorem ten sam schemat: zmęczenie, pranie, Netflix, telefon, sen.
Powtarzalność tak gęsta, że aż duszna.
Tamtego wieczoru, przy winie, coś w nas pękło. Nie głośno. Nie dramatycznie. Cicho - jak struna, która za długo była napięta. Zapadła cisza. Ta prawdziwa, ciężka, ale potrzebna. Nie musiałyśmy nic mówić. Każda wiedziała, co myśli druga.
- Wiesz... - zaczęła jedna z nas, bawiąc się krawędzią kieliszka. - Mam wrażenie, że nic już nie ma sensu. Że gdzieś po drodze zgubiłyśmy to, co naprawdę ważne.
- Tak - odpowiedziała druga po chwili. - Chcę inaczej. Chcę żyć, a nie tylko przeżywać.
To zdanie zawisło między nami jak iskra, ciche, ale potężne. W tej jednej chwili obie poczułyśmy, że coś się zmienia. Że to, o czym mówiłyśmy od miesięcy, o czym marzyłyśmy po cichu, wreszcie zaczyna dojrzewać.
Nie potrzebowałyśmy fanfar, planów, list "za i przeciw". Po prostu spojrzałyśmy na siebie i wiedziałyśmy, że czas coś zmienić, że może pora wreszcie przestać się bać. Bo choć każda z nas miała za sobą swoje burze, obie czułyśmy ten sam głód - głód spokoju, prawdy, powietrza, które nie pachnie stresem i pośpiechem.
- To co? - zapytała moja przyjaciółka z lekkim uśmiechem, takim, który zawsze zwiastuje kłopoty albo przygodę.
- Uciekamy - stwierdziłam bez wahania. - Ale tym razem nie przed światem. Dla siebie.
Nie wiedziałyśmy jeszcze dokąd. Nie miałyśmy planu, tylko potrzebę - głęboką, prawdziwą, trochę irracjonalną. Potrzebę ucieczki od życia, które było poprawne, ale nie nasze. Od dnia, w którym nic się nie wydarzało. Od rutyny, która zabierała radość, zostawiając wyłącznie zmęczenie.
To był moment odwagi. Nie spektakularny, nie filmowy, bez dramatycznych decyzji czy walizek pakowanych w nocy, tylko cichy bunt. Kobiecy. Zrodzony z potrzeby oddechu i prostego pragnienia: "chcę poczuć, że żyję".
Chciałyśmy znaleźć miejsce, gdzie ludzie wciąż się uśmiechają, gdzie nikt nie ściga, nie ocenia, nie porównuje, gdzie czas płynie wolniej, a szczęście nie ma ceny. Marzyłyśmy o miejscu, które przywróci nam balans, sens, lekkość i trochę wiary w to, że świat potrafi być dobry.
Nie wiedziałyśmy jeszcze, że znajdziemy to wszystko na Zanzibarze. Że tam, między oceanem a słońcem, odkryjemy nie tylko nowy świat, lecz także siebie - w wersji spokojniejszej, odważniejszej, prawdziwszej. I że wszystko zacznie się właśnie tutaj od zwyczajnego wieczoru, dwóch kieliszków wina i słów: "Chcę żyć, a nie tylko przeżywać".
To miała być zwyczajna kawa. Wiosna czaiła się za rogiem, a my - jak to my - marzyłyśmy o słońcu, drinku z palemką i spokoju ducha. I wtedy padło to zdanie, które zmieniło bieg historii (a przynajmniej naszego tygodnia):
- A może Zanzibar?
Parsknęłam śmiechem. Ale wiecie co? Dwie godziny później miałyśmy otwarte piętnaście zakładek w przeglądarce, a wieczorem kupione bilety. Na niedzielny poranek. Nie tydzień, nie miesiąc później. Za trzy dni.
Spontaniczna decyzja? Powiedzmy, że totalne szaleństwo. Środek marca, szafa pełna swetrów, letnie ciuchy pomięte i zdezorientowane po ostatnich wakacjach sprzed trzech lat. W piątek: zakupy. W sobotę: pranie, pakowanie i panika. A w niedzielę o czwartej rano już w aucie, z kubkiem kawy w ręku i myślą: czy my naprawdę jedziemy do Afryki? I czy mamy wszystko?!
Nie, nie miałyśmy. Ale miałyśmy siebie, pozytywne nastawienie i podejście: "jakoś to będzie". Spoiler: było! Czasem aż za bardzo "jakoś".
Jeszcze tego samego dnia, w przerwie między trzecią a czwartą turą prania, poszłyśmy na szybką kawę, żeby - jak to ujęła moja przyjaciółka - "zagłębić się w kulturę Tanzanii", czyli w praktyce: wygooglować wszystko, co powinna wiedzieć blondynka, zanim poleci do muzułmańskiego kraju z walizką pełną sukienek w kwiaty.
Laptop otwarty, cappuccino w dłoni, a ja czytam na głos:
- Zanzibar to wyspa, na której 99% mieszkańców wyznaje islam.
- Ooo... czyli stroje kąpielowe raczej nie są obowiązkowe? - zapytała z miną, która zwiastowała żart.
- Wręcz przeciwnie - odparłam. - Na plaży są jak najbardziej mile widziane.
- Uff. Bo już się bałam, że w burkini będę wyglądać jak syrena w wersji XXL.
Przeglądałyśmy dalej.
Okazało się, że na Zanzibarze panuje cudowny miks kultur - afrykańskiej, arabskiej i europejskiej. I choć turyści są tu przyjmowani z ogromną życzliwością, to mieszkańcy bardzo cenią sobie skromność i szacunek. Czyli bikini tak, ale tylko na plaży. Na ulicy czy w restauracji już niekoniecznie.
- Czyli co, sukienka maksi i ramiona zakryte? - dopytała.
- Dokładnie. Chodzi o to, żeby nie wyglądać jak uciekinierka z plażowej reklamy.
- Dobrze. To znaczy, że muszę kupić... wszystko.
Zaczęłyśmy więc planować garderobę jak strategię wojenną:
stroje plażowe: dwa; stroje "po plaży": cztery; coś na kolację; coś "na zwiedzanie"; i coś, co wygląda skromnie, ale pasuje do drinka z palemką.Ostatecznie powstała lista o długości menu z hotelu all inclusive. A i tak wiedziałyśmy, że rzeczywistość szybko skoryguje nasze ambitne plany. Pakujesz dwadzieścia kompletów ubrań, nosisz trzy, a wracasz z przekonaniem, że następnym razem zabierzesz połowę mniej rzeczy. Nic bardziej mylnego - przy kolejnym wyjeździe znów pakujesz dwa razy więcej.
To właśnie wtedy, między cappuccino a ciastkiem, zaczęłyśmy czytać o tym, jak wygląda codzienne życie na wyspie. O tym, że Zanzibar to nie tylko turystyczne resorty, lecz także lokalne wioski, w których kobiety w barwnych kangach (czyli tradycyjnych chustach) suszą algi, dzieci biegają po piasku, a mężczyźni naprawiają sieci rybackie w cieniu palm. O tym, że tu czas płynie wolniej, a słynne pole, pole (czyli "powoli, spokojnie") to nie tylko słowo - to sposób na życie. I że jeśli spróbujesz robić wszystko w pośpiechu, Zanzibar cię spowolni - z uśmiechem, ale skutecznie.
- To chyba idealne miejsce dla nas - stwierdziła moja przyjaciółka. - My też potrzebujemy pole, pole.
- Tak, tylko nasze pole, pole wygląda raczej jak "szybciej, bo zaraz zamkną bramkę na lotnisku".
Śmiałyśmy się, planując, że na Zanzibarze będziemy inne - spokojne, wyciszone, zorganizowane.
(W tym momencie los parsknął śmiechem, ale o tym dowiecie się w kolejnych rozdziałach).
I tak między wyborem kapelusza a upychaniem sandałów zaczęłyśmy czuć coś, czego od dawna nam brakowało - ekscytację. Nie tę codzienną, typu "czy zdążę do pracy przed korkami", a prawdziwą, dziecięcą radość przed przygodą. Bo w końcu nie każda kawa kończy się biletami do Afryki.
Każda z nas była po dość dużych burzach w życiu i obie czułyśmy, że potrzebujemy chwili, by złapać oddech. Zanzibar wydawał się idealny - wystarczająco odległy, by uciec od codzienności, i wystarczająco egzotyczny, by poczuć, że żyjemy naprawdę. Z jednej strony pojawił się dreszczyk emocji, bo wiecie, jak się mówi o tak zwanym czarnym lądzie. Dwie kobiety, blondynki, w muzułmańskim kraju? Brzmi jak początek filmu przygodowego z nutką komedii (albo thrillera, zależnie od dnia). Ale obie miałyśmy w sobie potrzebę, by wyłączyć myślenie, przestać analizować, nie planować niczego poza tym, co zjemy na śniadanie.
Nie musiałyśmy tego nawet mówić głośno. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że chcemy tego samego. Dziesięć dni spokoju. Tylko dziesięć - a dla nas to miało być jak wieczność.
Czy było warto? Myślę, że sami się o tym przekonacie.
Na lotnisku czułyśmy się jak finalistki Top Model: wersja wakacyjna. Pośród kobiet odzianych w powyciągane dresy i markowe adidasy, które wyglądały, jakby właśnie wyszły z domu na podbój bieżni, my stałyśmy trochę jak zagubione elegantki. Przyzwyczajone do podróży służbowych, gdzie obowiązkowy jest perfekcyjny look od stóp do głów, nagle doznałyśmy szoku kulturowego. Nasze starannie dobrane stylizacje zdawały się krzyczeć: "Ja tu nie pasuję!", podczas gdy wokół panował niepisany dress code "komfort przede wszystkim" - i to na poziomie "dres + klapki + zero makijażu". Czułyśmy się trochę, jakby ktoś pomylił lotnisko z wybiegiem mody albo odwrotnie - my wylądowałyśmy na pikniku w parku, a wszyscy inni mieli za sobą maraton lenistwa. No cóż, elegancja w tropikach to zupełnie inna liga, ale przynajmniej wyglądałyśmy na gotowe na biznesowe spotkanie z egzotyką!
Po kilkunastu kontrolach, skanowaniu bagaży i tłumaczeniu, że czarny szampon nie jest groźną substancją chemiczną, usiadłyśmy wreszcie w samolocie.
I wtedy uderzyła nas myśl: dziesięć i pół godziny lotu? Przecież to można jajo znieść!
Jedna z nas leciała pierwszy raz w życiu samolotem. I od razu taki hard core.
Start był ekscytujący - trochę jak w filmie akcji. Widoki za oknem zapierały dech w piersiach, emocje sięgały zenitu... do czasu, aż panowie z rzędu obok zrobili sobie open bar bez baru. Po dwóch godzinach zaczęły się ekscesy: śpiewy, filozoficzne dyskusje i głębokie rozważania egzystencjalne oraz tani podryw stewardessy. Jeden z tych śmiałków szczególnie upodobał sobie moją przyjaciółkę - z niezrozumiałą dla nas energią obmacywał ją po głowie i rytmicznie uderzał w jej siedzenie, które miał przed sobą, jakby chciał wyprowadzić z równowagi nie tylko nas, ale i całe samolotowe towarzystwo. Wyglądało to trochę jak improwizowany koncert perkusyjny, tyle że widownia musiała wszystkiego wysłuchiwać, czy tego chciała, czy nie, a jedyną alternatywą pozostawał skok ze spadochronem.
A my?
Zaczęłyśmy odliczać czas do lądowania, chcąc jak najszybciej uwolnić się od rubasznego towarzystwa.
Po upływie trzech i pół godziny lotu miałyśmy zaplanowane międzylądowanie w Hurghadzie. Samolot zrobił trzy okrążenia nad lotniskiem - pewnie szukając odwagi, by dotknąć ziemi - i w końcu wylądował. Ku naszemu zdziwieniu tym razem wszystko przebiegło gładko. Żadnego bólu uszu, żadnego szumu w głowie, jakby pilot sam miał w rodzinie laryngologa i zadbał o nas z wyczuciem.
Z zachwytem patrzyłyśmy przez okno. Bezkres pustyni. Gdzie nie spojrzeć, piach, piach i jeszcze więcej piachu. Ale nie byle jakiego! Pomarańczowy, ciepły, mieniący się w słońcu jak curry. Widok tak surrealistyczny, że przez chwilę miałyśmy wrażenie, jakby ktoś przeniósł nas na inną planetę.
Tymczasem nasi rozrywkowi sąsiedzi wywęszyli szansę na dotlenienie płuc i natychmiast próbowali wydostać się na zewnątrz, mimo że wyraźnie im tego zabroniono. Stewardessy robiły, co mogły, by zatrzymać ich w środku, ale determinacja panów była godna podziwu - w końcu tyle godzin siedzenia bez papierosa to dla niektórych prawdziwe wyzwanie duchowe.
Na zewnątrz Egipcjanie podjechali z cysterną, by zatankować samolot. Proces trwał... długo. Bardzo długo. Tak długo, że zdążyli przy tym zrobić sobie niemałą drzemkę w cieniu skrzydła maszyny. Ale nikomu się nie spieszyło - w końcu to Afryka, tu czas płynie inaczej.
A my? Byłyśmy zafascynowane widokami. Pomarańczowy horyzont, pustka aż po kres i uczucie, że świat może być jednocześnie tak surowy i tak piękny. I to była pierwsza zapowiedź tego, że ta podróż będzie czymś więcej niż wakacjami.
Zanim jednak dotarłyśmy do tego błogiego momentu, zdążyłyśmy przyuważyć pewnego osobnika. Facet - stosunkowo młody, dobrze ubrany, wyglądający na kogoś, kto raczej poleciał odpocząć od życia niż zwiedzać świat Co jakiś czas wstawał, sięgał po swój bagaż podręczny, otwierał go z celebracją i wyciągał butelkę jakiegoś trunku. Jakiego? Wybaczcie, nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, ale po jego minie i precyzji ruchów obstawiam coś wykwintnego - może whisky single malt, może koniak, a może po prostu inny bardzo drogi napój o właściwościach "rozluźniających".
Nie trzeba było długo czekać na efekty. Z każdą godziną jego krok stawał się coraz mniej pewny, a droga do toalety - coraz bardziej kręta. Gdyby istniała dyscyplina olimpijska o nazwie "slalom powietrzny między siedzeniami", ten pan na pewno zdobyłby złoto.
Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to z nami jest coś nie tak, czy my po prostu nie rozumiemy pojęcia "wakacje". Lecimy w nieznane, dziesięć i pół godziny przed nami, a ktoś już w połowie drogi postanawia urządzić sobie prywatny festiwal spirytualnych doznań. Serio? Czy naprawdę trzeba dojeżdżać do raju w stanie wskazującym? Czy ten lot nie mógł być po prostu pełen marzeń, widoków i ekscytacji? Ewidentnie nie dla wszystkich.
[...]
Zostało jeszcze 90% treści tej książki.