Minął już tydzień, odkąd zaginęła mama.
Twoja rodzina zebrała się w domu najstarszego brata i po rozważeniu kilku pomysłów postanowiła przygotować ulotki i roznosić je tam, gdzie ostatnio widziano mamę. Najpierw należało sporządzić szkic takiej ulotki według starego zwyczaju. Oprócz jej przygotowania rodzina niewiele może już zrobić. Cóż, zgłoszą zaginięcie, przeszukają okolicę, będą zaczepiać przechodniów i pytać, czy ktoś widział kobietę wyglądającą jak mama. Lub za pośrednictwem młodszego brata, właściciela internetowego sklepu z odzieżą, zamieszczą w sieci ogłoszenie o jej zaginięciu, dołączą jeszcze zdjęcie i prośbę o kontakt skierowaną do wszystkich, którzy widzieli podobną osobę. Chcieliście przeszukać miejsca, do których mama mogłaby pójść sama, ale ty wiedziałaś, że takich miejsc nie ma. Starszy brat wyznaczył ciebie do napisania ulotki, ponieważ pisaniem zarabiasz na życie. Pisarka, osoba zajmująca się pisarstwem... Rumienisz się tak, jakbyś została przyłapana na robieniu czegoś zakazanego. Jak znaleźć i ułożyć słowa, dzięki którym odnajdziemy mamę?
Kiedy napisałaś 24 lipca 1938 (to data urodzenia mamy), ojciec poprawił cię, mówiąc, że urodziła się w 1936 roku. Tylko w akcie urodzenia widnieje rok trzydziesty ósmy. Po raz pierwszy o tym usłyszałaś. Ojciec dodał, że wtedy wszyscy tak robili. Wiele dzieci po urodzeniu nie dożywało nawet stu dni, dlatego dopiero po dwóch, trzech latach życia wprowadzano ich dane do spisu ludności. Gdy zmieniłaś liczbę trzydzieści osiem na trzydzieści sześć, twój najstarszy brat stwierdził, że należy jednak wpisać rok 1938, skoro to jest oficjalna data. Czy przy pisaniu ulotki domowej roboty musisz trzymać się urzędowych czy tych prawdziwych danych? Mimo to bez słowa poprawiłaś liczbę trzydzieści sześć na trzydzieści osiem, zastanawiając się przy tym, czy dniem urodzin mamy faktycznie jest 24 lipca.
Twoja mama od kilku lat powtarzała, żeby nie urządzać przyjęcia urodzinowego tylko dla niej. Urodziny ojca wypadały zaledwie miesiąc wcześniej. Na wszystkie rodzinne uroczystości ty i twoje rodzeństwo chodziliście zawsze do domu rodziców w mieście Jeongeup. W samej linii prostej było dwudziestu dwóch członków rodziny.
Mama lubiła cały ten harmider, który towarzyszył oczekiwaniu na bliskich. Już na kilka dni przed ich przyjazdem robiła świeże kimchi, szła na rynek kupić mięso i zaopatrywała się w dodatkowe pasty i szczoteczki do zębów. A kiedy odjeżdżali, każdy dostawał od niej słoje świeżego oleju sezamowego, tłuczonego prażonego sezamu i ziaren pachnotki. Twoja mama była wyraźnie ożywiona, kiedy oczekiwała na przyjazd rodziny. Gdy rozmawiała z sąsiadami czy znajomymi spotkanymi na targu, jej słowa i język całego ciała odsłaniały ukrytą dumę. W szopie w równym rzędzie stały wszelakie - małe i duże - szklane butelki wypełnione przygotowanym przez nią, w zależności od sezonu, sokiem z malin lub śliwek. Obok nich ustawiała słoiki pełne solonych witlinków, anchois i małżów przeznaczone dla rodziny mieszkającej w mieście. Gdy usłyszała, że cebula jest dobra dla zdrowia, zaczęła przyrządzać z niej sok. A przed zimą wyciskała go także z dojrzałej dyni, dodawała lukrecji i wysyłała dzieciom do miasta. Dom twojej mamy przez okrągły rok funkcjonował niczym fabryka, która wytwarza specjały dla rodziny w mieście. Tu poddawano fermentacji soję, tu dojrzewała pasta z gotowanej soi i tu rozcierano ryż.
Z czasem wycieczki dzieci do Jeongeup stały się rzadsze, więc rodzice zaczęli częściej jeździć do Seulu. Wkrótce także dzień urodzin mamy i ojca świętowano jedną kolacją w miejskiej restauracji. W ten sposób zaoszczędzano na podróżach.
Pewnego dnia mama zaproponowała: "A może by tak obchodzić moje urodziny razem z urodzinami ojca?". Jej urodziny przypadały w samym środku upalnego lata, a w odstępie kilku dni odbywały się dwa letnie obrządki jesa i mama twierdziła, że nie zdąży z przygotowaniami do wszystkich uroczystości. Początkowo twoja rodzina była przeciwna takim pomysłom, ale gdy mama odmówiła spotkania w mieście, kilkoro z was przyszło z prezentami do domu. Potem, w dniu urodzin ojca, wręczaliście również prezent matce i w ten sposób jej jubileusz przemijał po cichu. I tak w komodzie rósł stos niezabranych skarpet, które mama lubiła kupować w prezencie dla każdego członka rodziny.
Nazwisko i imię: Park So-nyo.
Data urodzenia: 24 lipca 1938 r. (skończone 69 lat).
Wygląd: krótkie, ondulowane włosy mocno przyprószone siwizną, wystające kości policzkowe, niebieska bluzka, biały żakiet, plisowana beżowa spódnica.
Miejsce zaginięcia: stacja metra Dworzec Seul.
Gdy przyszło do wyboru fotografii do ulotki, wasze opinie były podzielone. Chociaż wszyscy zgodziliście się, że powinno to być najbardziej aktualne zdjęcie, nikt takiego nie posiadał. Przypomniałaś sobie, że mama od jakiegoś czasu nie lubiła się fotografować. Kiedy pozowaliście do rodzinnych portretów, ukradkiem wymykała się z kadru i potem brakowało jej na zdjęciu. Najbardziej aktualna podobizna mamy była na fotografii z siedemdziesiątych urodzin ojca. Mama, ubrana w jasnobłękitny hanbok, z włosami upiętymi do góry przez fryzjerkę i ustami pomalowanymi szminką w pąsowym odcieniu, prezentowała się na nim bardzo dostojnie. Twój młodszy brat uważał, że mama wygląda na nim inaczej niż w chwili zaginięcia, więc nikt jej nie rozpozna, nawet jeśli wizerunek zostanie powiększony. Gdy umieścił zdjęcie w Internecie, oglądający komentowali: "Twoja mama jest ładna i nie wygląda na osobę, która mogłaby zgubić drogę do domu". Dlatego postanowiliście, że sprawdzicie jeszcze raz, czy ktoś ma inne zdjęcie mamy.
Starszy brat polecił ci, byś napisała coś więcej na ulotce. Kiedy spojrzałaś na niego z niezrozumieniem, on odpowiedział, że należy użyć takich słów, które wzruszą czytelnika. Słowa, które wzruszą czytelnika? Kiedy napisałaś: "Proszę, pomóż nam znaleźć naszą matkę", on rzekł, że to zbyt proste. Kiedy napisałaś: "Nasza matka zaginęła", doszedł do wniosku, że "matka" brzmi zbyt formalnie i lepiej napisać "mama". Zaproponowałaś: "Nasza mama zaginęła", ale tym razem uznał, że to zbyt dziecinne. Napisałaś więc: "Proszę o kontakt, jeśli widziałeś tę osobę", a on warknął: "Co z ciebie za pisarka?!". Nie byłaś w stanie wymyślić nic, co mogłoby zadowolić twojego brata. Czy w ogóle istnieją takie słowa, które mogą poruszyć? Młodszy z braci podsunął myśl o dużej nagrodzie - przecież tak można zachęcić ludzi do pomocy. Mocno skrytykowała to bratowa. Postanowiliście jednak wpisać konkretną kwotę, żeby zainteresować ludzi.
- Więc ile napisać?
- Milion wonów?
- To za mało.
- Trzy miliony wonów?
- To chyba też mało?
- Zatem pięć milionów wonów.
Wobec takiej sumy nikt już nie protestował. Napisałaś więc, że przyznacie nagrodę w wysokości pięciu milionów wonów, i postawiłaś kropkę. Młodszy z braci poprosił, żebyś napisała: "Nagroda: 5 000 000 wonów". Zaproponował też, aby powiększyć czcionkę tej sumy.
Kiedy najważniejsze rzeczy zostały już ustalone, postanowiliście wysłać zdjęcie mamy - jeśli tylko znajdziecie odpowiednie - na twojego e-maila i rozeszliście się do domów. Podjęłaś się uzupełnić opis na ulotce i ją wydrukować, a młodszy z braci zobowiązał się je rozprowadzić pomiędzy was wszystkich. Zaproponowałaś, aby zatrudnić kogoś na zlecenie do roznoszenia tych ulotek, ale starszy brat zdecydował, że to będzie wasze zadanie. Ustaliliście, że w tygodniu każdy z was w wolnej chwili będzie roznosił ulotki, a w weekend zajmiecie się tym wszyscy razem. Zaczęłaś narzekać: "Jak znajdziemy mamę w ten sposób?", ale starszy brat odpowiedział:
- Robimy wszystko, co w naszej mocy. Nie możemy po prostu siedzieć i czekać.
- Co masz na myśli, mówiąc, że robimy wszystko, co w naszej mocy?
- Przecież dajemy ogłoszenie w gazecie.
- Robienie, co w naszej mocy, to ogłoszenie w gazecie?
- To co chcesz zrobić? Czy wszyscy powinniśmy jutro zrezygnować z pracy i po prostu krążyć po mieście? Gdybym mógł w ten sposób znaleźć mamę, zrobiłbym to.
Przestałaś nagabywać brata. Zadziałała reguła starszeństwa. Najgorsze sprawy zawsze spycha się na najstarszego brata, mówiąc: "Zrób coś". Tak było również w tej sytuacji. Przerwałaś, bo sobie to uświadomiłaś. Ojciec pozostał w domu najstarszego brata, a wy rozeszliście się w pośpiechu. Gdybyście się nie rozstali, znowu wybuchłaby kłótnia. Tak się właśnie działo przez cały miniony tydzień. Za każdym razem, gdy się spotykaliście, aby omówić, co macie jeszcze zrobić, niespodziewanie zaczynaliście wytykać sobie to, jak bardzo źle zachowywaliście się wobec niej. Dotychczas osiągnięte porozumienie nagle znikało, a wasze rozmowy kończyły się na kłótniach, krzykach, paleniu papierosów i trzaskaniu drzwiami.
Na początku, gdy usłyszałaś o zaginięciu mamy, zdenerwowałaś się i zaczęłaś krzyczeć:
- Jak to jest, że spośród tylu osób nikt nie wyszedł po nich na stację?
- A ty?
- Ja?
Zagryzłaś wargi. Ty dopiero czwartego dnia dowiedziałaś się o zniknięciu mamy.
Twoja rodzina raniła się pytaniami i wzajemnie obwiniała o jej zaginięcie.
Po wyjściu z domu brata poszłaś w stronę metra z myślą o powrocie do domu, ale po drodze zmieniłaś zdanie i wysiadłaś na stacji Dworzec Seul - tam właśnie zaginęła mama. Ludzie, którzy szli tłumnie w kierunku dworca, potrącali cię. Stałaś w miejscu, gdzie ojciec puścił dłoń mamy. Popychała cię fala przechodniów, którzy trącali cię z tyłu i przodu. Nikt nie powiedział: "Przepraszam". Pewnie tak to wyglądało tamtego dnia, kiedy mama stała zagubiona, nie wiedząc, co dalej robić.
Kilka lat temu, tuż przed twoją przeprowadzką do wielkiego miasta, mama zabrała cię na rynek do sklepu odzieżowego. Kiedy wybrałaś sobie prostą sukienkę bez ozdób, podsunęła ci inną, wykończoną falbanami na rękawach i na dole.
- A może ta?
- Nie - odepchnęłaś sukienkę od siebie.
- Dlaczego nie? Przymierz.
Oczy, wówczas jeszcze młodej mamy, zrobiły się okrągłe. Plisowana sukienka była o całe niebo lepsza od brudnej chusty owiniętej wokół jej głowy. Mama nosiła ją jak inne kobiety po to, by wsiąkał w nią pot, który spływa z czoła podczas pracy.
- Jest dziecinna.
- Naprawdę? - zapytała, ale chyba nie mogła się z tym pogodzić, bo ciągle oglądała przód i tył sukienki. - Na twoim miejscu przymierzyłabym ją.
Miałaś wyrzuty sumienia z powodu tego, co powiedziałaś. Odezwałaś się do mamy:
- Ona nie jest nawet w twoim stylu.
Na co ona odrzekła:
- Ależ nie, lubię tego typu ubrania, tylko nigdy nie mogłam takich nosić.
Jak daleko w głąb pamięci sięgają wspomnienia dotyczące jednej osoby? A twoje wspomnienia o mamie?
Od chwili, gdy usłyszałaś o zaginięciu mamy, nie byłaś w stanie skupić się na niczym dłużej niż przez minutę. Wspomnienia, które z wolna odchodziły w niepamięć, właśnie zaczęły powracać. Każdemu z nich, bez wyjątku, towarzyszyły wyrzuty sumienia. Mogłam chociaż przymierzyć tamtą sukienkę. Przysiadasz, być może dokładnie w miejscu, w którym to samo mogła zrobić mama. Kilka dni po zakupie sukienki przyjechałyście pociągiem do Seulu. Mama mocno trzymała cię za rękę i prowadziła przez falujący tłum ludzi krokiem, który onieśmieliłby nawet budynki groźnie spoglądające z wysoka. Na brata miałyście czekać na placu z wieżą zegarową. Jak mama mogła zgubić tutaj drogę? Kiedy pojawiło się światełko nadjeżdżającego pociągu, ludzie ruszyli pośpiesznie, z irytacją patrząc na ciebie. Stanowiłaś przeszkodę na ich drodze.
Kiedy twoja mama puściła dłoń ojca na stacji Seul, ty byłaś w Chinach. Pojechałaś tam razem ze znajomymi pisarzami na targi książki, które miały się odbyć w Pekinie. W chwili, w której zgubiła się mama, ty na jednym ze stoisk wertowałaś kartki swojej książki przetłumaczonej na język chiński.
- Dlaczego, ojcze, nie wzięliście taksówki, tylko jechaliście metrem! Gdybyście nie jechali metrem, nie doszłoby do tego!
Ojciec myślał, że nie musi specjalnie brać taksówki, skoro dworzec kolejowy jest połączony ze stacją metra. Wszystkie sytuacje, a szczególnie niepomyślne wydarzenia, niosą ze sobą późniejsze rozważania - że trzeba było tego czy tamtego wtedy nie robić. Dlaczego wszyscy założyli, inaczej niż zazwyczaj, że rodzice będą w stanie sami trafić do domu brata? Przecież dotychczas zawsze ktoś z rodziny wychodził po nich na dworzec autobusowy. Gdy ojciec przyjeżdżał do miasta, ktoś z rodziny zabierał go samochodem lub sam jechał taksówką. Co sprawiło, że zdecydował się jechać metrem właśnie w tym dniu? Ojciec twierdził, że to mama chciała wsiąść do nadjeżdżającego metra. A kiedy wszedł do środka, zorientował się, że nie ma jej przy nim. I wszystko to musiało zdarzyć się właśnie w sobotnie ruchliwe popołudnie. Mama, pchana przez falę ludzi, puściła dłoń ojca, a metro odjechało. Została na peronie z pustymi rękami. Jej torbę trzymał ojciec.
W tamtej chwili ty wychodziłaś z targów i szłaś w kierunku placu Tian'anmen. Chociaż byłaś w Pekinie po raz trzeci, dotychczas nie miałaś okazji zwiedzić tego miejsca. Do tej pory oglądałaś go tylko z okien autobusu czy samochodu. Student, który objął rolę waszego przewodnika, zaproponował wycieczkę na plac Tian'anmen przed kolacją. Cała grupa była zadowolona z pomysłu. Co mogła robić twoja mama na stacji, gdy ty w tym czasie wysiadałaś z taksówki przed Zakazanym Miastem? Wasza grupa weszła do Zakazanego Miasta, ale zaraz je opuściła. Cały Pekin był w remoncie - przygotowania do igrzysk olimpijskich. Tylko część Zakazanego Miasta udostępniono zwiedzającym.
Za chwilę zamykali. Pomyślałaś o scenie z filmu Ostatni cesarz, w której stary Puyi wraca do Zakazanego Miasta, gdzie spędził dzieciństwo, i pokazuje młodemu turyście pudełko ze świerszczem wyciągnięte ze skrytki zza tronu. Puyi otwiera je. Świerszcz, którym bawił się w dzieciństwie, żył. Czy kiedy ty szłaś w kierunku placu Tian'anmen, twoja mama stała zupełnie zagubiona potrącana przez falę ludzi? Może czekała, aż ktoś po nią przyjdzie?
Drogę łączącą plac Tian'anmen z Zakazanym Miastem także remontowano. Żeby przedostać się z jednego miejsca do drugiego, trzeba było przejść skomplikowanym labiryntem. Być może, kiedy ty stałaś na placu Tian'anmen i spoglądałaś na latawce unoszące się na niebie, ona wołała twoje imię, bezsilnie osuwając się na kolana. Być może krążyła po labiryncie przejść na stacji Seul, gdy ty w tym czasie obserwowałaś otwarcie Bramy Niebiańskiego Spokoju i opuszczanie chińskiej flagi z pięcioma gwiazdkami. Ludzie, którzy byli wtedy na stacji, mówili, że pamiętają starszą kobietę - zapewne twoją matkę - która szła wolno, czasami osuwała się na kolana i bezmyślnie wpatrywała w ruchome schody. Za to inni opowiadali, że widzieli kobietę, która po bardzo długim oczekiwaniu na stacji wstała i wsiadła do nadjeżdżającego metra. Tej nocy, gdy twoja mama się zagubiła, ty wraz z grupą znajomych wzięłaś taksówkę i pojechałaś do rozświetlonej pekińskiej dzielnicy pełnej restauracji. W czerwonym świetle lamp próbowaliście 56-procentowej wódki chińskiej i jedliście gorące kraby smażone na oleju.
Ojciec wysiadł na następnej stacji i wrócił po mamę, ale jej tam już nie było.
Czy można się zgubić, nie wsiadając do tego samego pociągu? Przecież wszędzie są tablice informacyjne. Przecież można zadzwonić? Wystarczy jedno połączenie z budki telefonicznej.
Twoja bratowa stwierdziła, że coś musiało się stać z mamą. Nawet jeśli nie umiała się odnaleźć w metrze, z pewnością trafiłaby do domu syna. Coś musiało się stać mamie! "Mogła się zwyczajnie zgubić". Kiedy to powiedziałaś, oczy bratowej zrobiły się wielkie ze zdziwienia. "Wiesz dobrze, w jakim ostatnio była stanie!", ale bratowa odpowiedziała zaskoczona, że nie wie. Za to twoja rodzina wiedziała. Wiedziała, w jakim stanie była mama. I że, być może, nie będzie potrafiła sama wrócić.
Kiedy zorientowałaś się, że mama nie potrafi czytać?
Pierwszym napisanym przez ciebie listem był ten do starszego brata, który przeprowadził się do miasta. Mama dyktowała ci, co chciała mu przekazać. Twój brat ukończył szkołę średnią w miasteczku, w którym urodzili się wszyscy członkowie twojej rodziny. Później przez rok we własnym zakresie uczył się do egzaminu na urzędnika państwowego. Gdy zdał, wyjechał do dużego miasta. Była to pierwsza rozłąka mamy z dzieckiem. Wtedy jeszcze nie każdy miał telefon i jedynym pewnym środkiem komunikacji były listy.
Listy od brata do mamy pisane były zawsze dużymi literami. Twoja mama instynktownie wyczuwała dzień, w którym miała nadejść korespondencja od syna. Około godziny jedenastej do wioski przyjeżdżał listonosz z wielką torbą przewieszoną przez kierownicę roweru. W dzień nadejścia listu mama, bez względu na to, czy była na polu, czy robiła pranie w strumieniu, przybiegała do domu i odbierała z rąk listonosza kopertę. I czekała na twój powrót ze szkoły. A kiedy wracałaś, zabierała cię na werandę z tyłu domu i podając list, mówiła: "Czytaj głośno".
Listy od twojego brata zaczynały się słowami: "Droga Mamo!". Tradycyjnie pytał o zdrowie wszystkich na wsi i przekazywał wiadomości o swoim samopoczuciu. Informował, że raz na tydzień oddaje swoje pranie ciotce, którą mama poprosiła o pomoc. Uspokajał ją, że regularnie się odżywia i że mieszka w stróżówce urzędu gminy, gdzie jest zatrudniony dorywczo. Zapewniał, że wyjazd dał mu wiele możliwości, żeby dokonać czegoś w życiu. Opowiadał o swoich ambicjach, że chce odnieść sukces i sprawić, aby mama miała lepsze życie. Twój wówczas dwudziestoletni brat dyplomatycznie i szarmancko prosił, by mama nie martwiła się o niego, a jedynie dbała o swoje zdrowie.
Kiedy czytałaś list na głos, patrzyłaś na mamę, która siedziała nieruchomo, wpatrując się w łodygi taro i stojące na podwórzu słoje. Mama niczym królik nadstawiała uszu, by nie przepuścić żadnego słowa z czytanego przez ciebie listu. Gdy kończyłaś, kazała ci zapisywać odpowiedzi na papierze listowym. Zaczynała: "Drogi Hyong-cholu!". Hyong-chol to imię twojego starszego brata. Pisałaś dokładnie, tak jak dyktowała: "Drogi Hyong-cholu!". I chociaż nie powiedziała, żebyś postawiła wykrzyknik po imieniu brata, ty go tam stawiałaś. Kiedy mówiła: "Drogi Hyong-cholu", pisałaś "Drogi Hyong-cholu!". Gdy milkła, jakby zapomniała, co chce dalej powiedzieć, ty zakładałaś swoje krótkie włosy za uszy i czekałaś z długopisem w dłoni i wyostrzonym słuchem, spoglądając na papier listowy. Kiedy mówiła: "Jest zimno", ty pisałaś "Zrobiło się zimno". Przeważnie po zwrocie "Drogi Hyong-cholu" opisywała pogodę. "Jest wiosna i kwiaty rozkwitły. Jest lato i pole ryżowe zaczyna pękać. Nastała pora żniw, więc grobla na ryżowisku jest pełna soi". Jedyne chwile, kiedy mama nie posługiwała się dialektem, to czas dyktowania listu do brata. Prosiła go, by się troszczył o siebie, a o was się nie martwił. Było to jej jedyne pragnienie. Pierwsze słowa listu mamy "Drogi Hyong-cholu" były łatwe do przewidzenia. Czasem z tych emocji mówiła: "Przepraszam". Kiedy stawiałaś jedna za drugą drukowane litery, które były odwzorowaniem słów mamy, ogromne łzy kapały jej z twarzy na dłoń. List kończyła nieustannie tym samym zwrotem:
"Dobrze się odżywiaj.
Mama".
Byłaś trzecim dzieckiem i za każdym razem, gdy twoi starsi bracia wyjeżdżali z domu, obserwowałaś smutek rozstania, ból i niepokój, jaki przeżywała twoja mama. Po wyjeździe pierwszego z braci każdego ranka czyściła słoiki, które stały na półce na podwórzu. Ponieważ studnia znajdowała się z przodu domu, już samo noszenie wody było uciążliwym zajęciem, ale mimo to ona myła każdy słój po kolei. Zdejmowała pokrywki, szorowała górę i spód aż do połysku. Podczas tej pracy z jej ust płynęła pieśń. "Gdyby nie było tego morza pomiędzy mną a tobą, nie byłoby naszego bolesnego rozstania..." Mama raz za razem zanurzała w zimnej wodzie ścierkę, potem wyciągała ją, wyżymała i śpiesznie krzątała się pomiędzy słojami. Któregoś dnia usłyszałaś, jak śpiewa: "Mam nadzieję, że mnie nie opuścisz...". Kiedy zawołałaś: "Mamo!", odwróciła się, a w jej oczach, szczerych jak u cielęcia, zobaczyłaś wezbrane łzy. W końcu osunęła się bezsilnie na kolana, wymawiając imię Hyong-chola. Delikatnie odebrałaś jej ścierkę i wsparłaś na swoim ramieniu.
Mama okazywała miłość twojemu starszemu bratu, gotując ramion tylko dla niego, kiedy wracał po wieczornych zajęciach ze szkoły. Gdy czasem przypominasz mu o tym, mówi: "Ramion - też mi coś". "Co masz na myśli, mówiąc: też mi coś? W tamtym czasie był największym przysmakiem! A ty dostawałeś go do jedzenia w tajemnicy. I nikt inny!" Ale widocznie dla niego - kosmopolity - to nic szczególnego. Kiedy ramion pojawił się w sprzedaży, przebił smak jedzenia przygotowywanego przez mamę. Kupiła więc nowy produkt i schowała go w pustym słoju, żeby w nocy ugotować posiłek najstarszemu synowi. Jednak zapach gotowanego jedzenia obudził najpierw ciebie, a potem po kolei resztę rodzeństwa. Mama spojrzała na was i groźnie powiedziała: "Wszyscy do łóżka!", ale ty i twoje rodzeństwo patrzyliście jednakowo na najstarszego brata, który zamierzał włożyć do ust porcję makaronu. Bratu zrobiło się przykro i każdemu z was dał do spróbowania zupy z makaronem. Mama warknęła: "Od razu wyczujecie, kiedy jest coś do jedzenia!". Nalała do garnka wody, włożyła całe opakowanie ramionu, zagotowała i podzieliła między was. Czułaś się taka szczęśliwa, gdy dostałaś miskę, w której było więcej wody niż makaronu. To dlatego podczas czyszczenia słoja, w którym ukrywała ramion dla brata, nie wytrzymywała natłoku wspomnień i gorzko płakała.
Dlatego jedyne, co mogłaś zrobić dla mamy, pogrążonej w smutku po wyjeździe któregoś ze starszych braci, to wrzucanie do skrzynki pocztowej dyktowanych przez nią listów. Czy nie zastanawiałaś się, dlaczego mama nigdy nie nauczyła się czytać i pisać? Dlaczego ani razu nie pomyślałaś o tym, kiedy czytałaś jej listy albo notowałaś odpowiedzi? Nigdy nie zapytałaś dlaczego nie zna liter, przez co jest uzależniona od małej dziewczynki? Posłusznie wykonywałaś jej polecenia: chodziłaś do ogródka narwać malw i po naftę do sklepu. A po twoim wyjeździe z domu nie miała już kogo poprosić o notowanie swoich słów - ani razu nie otrzymałaś od niej listu. Dlaczego jednak sama nigdy nie napisałaś do mamy?
To z powodu telefonu. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy opuściłaś dom, w mieszkaniu sołtysa został zainstalowany telefon publiczny. Był to pierwszy aparat telefoniczny w wiosce. Każdego ranka po przeprowadzeniu próby mikrofonu poprzez kilkukrotne pokrzykiwanie "aaa", zawiadamiano, kto ma się zgłosić, by odebrać telefon z Seulu. Rodzeństwo, które dotychczas przekazywało pozdrowienia listownie, zaczęło dzwonić na wiejski telefon. Od czasu umieszczenia aparatu we wsi za każdym razem, gdy słychać było z mikrofonu "aaa", ci, którzy mieli rodzinę w innych regionach, nieważne, czy byli na ryżowiskach, czy na polach uprawnych, nadstawiali uszu i słuchali, kogo proszono do telefonu.
W relacji matka - córka są możliwe dwie rzeczy: albo wzajemnie dobrze się znają, albo są sobie zupełnie obce.
Jeszcze do zeszłej jesieni byłaś przekonana, że znasz mamę bardzo dobrze. Wiedziałaś, co lubi, co zrobić, by ją uspokoić, jakie słowa chciałaby usłyszeć. Na pytanie: "Co teraz robi twoja mama?" byłaś w stanie odpowiedzieć w dziesięć sekund: "Suszy pędy paproci" albo "Jest niedziela, więc poszła do kościoła". Jednak zeszłej jesieni powstała jakaś przepaść między wami. Pewnego razu odwiedziłaś ją bez uprzedzenia i poczułaś, że już nie jesteś dla niej córką, tylko gościem. Nagle zaczęła denerwować się z powodu brudnego ręcznika czy okruchów jedzenia, które upadły na podłogę. Gdy przyjeżdżałaś do domu bez zapowiedzi, przepraszała za zabałaganione podwórze, nieświeżą pościel. Sprawdzała lodówkę i choć próbowałaś ją zatrzymać, szła na targ po składniki na przystawki. Przecież w rodzinie brudny stół po posiłku to nie problem. Kiedy patrzyłaś na nią, jak w pośpiechu sprząta codzienny bałagan, zrozumiałaś, że stałaś się gościem.
A może stałaś się dla mamy gościem już dużo wcześniej, gdy przeprowadziłaś się do miasta? Odkąd wyjechałaś, przestała cię upominać. A jak było wcześniej? Kiedy popełniłaś choćby najmniejsze przewinienie, ganiła cię surowo. Od najmłodszych lat zawsze mówiła do ciebie: "Ej, dziewczyno". W ten sposób chciała odróżnić cię od twoich braci, ale zwracała się do ciebie też tak, kiedy nakazywała ci wyzbyć się złych nawyków. Wtedy, kiedy nie akceptowała sposobu, w jaki jesz owoce, jak chodzisz, jak się ubierasz, czy w jaki sposób się odzywasz. Czasami w zadumie i z obawą przyglądała się twojej twarzy. Patrzyła na ciebie z troską, gdy rozciągałyście za rogi wykrochmalone prześcieradło, czy też, gdy dawała ci do włożenia podpałkę do tradycyjnego paleniska, by odparować ryż.
Pewnego mroźnego zimowego dnia, siedząc przy studni, obierałyście ze skóry płaszczkę na święto zmarłych i mama z nożem w dłoni powiedziała nagle do ciebie: "Musisz dużo się uczyć, żeby pójść w inny, lepszy świat". Czy zrozumiałaś wówczas jej słowa? Kiedy krzyczała na ciebie bez skrępowania, wołałaś "Mamo". Nie tylko dlatego, że w słowie "mama" było poczucie bliskości, ale też dlatego, że była w tym słowie prośba o przebaczenie. Prośba, by zamiast cię ganić, zechciała pogłaskać cię po głowie, i żeby zawsze była po twojej stronie, niezależnie czy postąpiłaś źle czy dobrze. Od tej pory zawsze mówiłaś "mama". Nawet teraz, gdy zaginęła. W nazwie "mama" była jakaś twoja potrzeba wiary w to, że jest cała i zdrowa. Wiary w to, że jest silna, że jest w stanie przejść przez wszystko, że zawsze, kiedy ty będziesz zmagać się z trudnościami w mieście, ona będzie czekać na telefon.
Zeszłej jesieni nie uprzedziłaś mamy, że do niej przyjedziesz. Nie uczyniłaś tego, aby oszczędzić jej licznych przygotowań związanych z twoimi odwiedzinami. Dom rodziców stał daleko od miasta Pohang, do którego przyleciałaś tamtego dnia wczesnym rankiem. Nawet w chwili, gdy wstawałaś o brzasku, by przed wylotem umyć włosy, nie myślałaś, że pojedziesz do miejscowości Jeongeup, aby zobaczyć mamę. Z Pohang do Jeongeup było trudniej dojechać i podróż trwała dłużej, niż gdybyś jechała prosto z Seulu. Było to coś, czego zwyczajnie byś nie zrobiła.
Kiedy dotarłaś do domu rodziców, brama była otwarta. Drzwi na korytarz też stały otworem. Planowałaś wrócić do miasta nocnym pociągiem, ponieważ następnego dnia byłaś umówiona z chłopakiem na obiad. I chociaż urodziłaś się w tej wiosce, miejsce to stało się dla ciebie zupełnie obce. Jedyne, co pozostało z dzieciństwa, to kilka krzewów czeremchy przy strumieniu, które wciąż stały na swoim miejscu. I tyle. Gdy przyjeżdżałaś do domu mamy, schodziłaś z głównej drogi i szłaś ku czeremchowej ścieżce, która biegła wzdłuż strumienia. Prowadziła do tylnej bramy domu rodziców. Dawno temu przy tej bramie stała wspólna, wiejska studnia, ale zabetonowano ją, gdy doprowadzono wodę do gospodarstw. Zanim przeszłaś przez mniejszą bramę, która prowadziła bezpośrednio do domu, nieoczekiwanie zatrzymywałaś się na chwilę w tym miejscu. Tupałaś stopą w twardy beton. To tu była studnia? Poczułaś nostalgię. Co dzieje się w głębi tego ciemnego betonu? Kiedyś woda ze studni żywiła wszystkich mieszkańców alei. Nie widziałaś, jak zamykano studnię. Któregoś dnia, kiedy odwiedziłaś rodzinny dom po długiej nieobecności, zobaczyłaś betonową drogę zamiast studni. Nie widziałaś na własne oczy, jak ją zabetonowano, więc nie mogłaś przestać myśleć, że pod betonem nadal jest woda.
Stanęłaś na chwilę w miejscu, w którym kiedyś była studnia, a potem minęłaś furtkę i zawołałaś: "Mamo!". Nie usłyszałaś jednak żadnej odpowiedzi. Promienie jesiennego słońca z wolna chyliły się ku zachodowi i wypełniały całe podwórze.
Weszłaś do środka i rozejrzałaś się po domu, ale mamy nie było ani w pokoju gościnnym, ani w pozostałych pomieszczeniach. W domu panował nieład. Na stole stała otwarta butelka z wodą, a na zlewie kubek. Na podłodze, na bambusowej macie, leżał wywrócony do góry dnem kosz na ścierki. Przepocona koszula ojca z rozpostartymi rękawami była niedbale przewieszona przez oparcie sofy. Jakby ją dopiero z siebie zdjął. Promienie popołudniowego słońca przenikały do pustego pomieszczenia. "Mamo!" Chociaż już wiedziałaś, że w środku jest pusto, zawołałaś raz jeszcze: "Mamo!".
Wyszłaś na zewnątrz i zobaczyłaś ją na podwórku, jak leży na niskiej drewnianej ławce w szopie bez drzwi. "Mamo!" - zawołałaś, ale nie było odpowiedzi. Włożyłaś buty i poszłaś w kierunku budynku. Z jego środka widać było całe podwórze. Dawniej to tutaj mama zaczyniała ciasto. Szopa stała się przydatnym miejscem, zwłaszcza od kiedy została poszerzona aż do sąsiedniego chlewa. Na półkach zamontowanych na ścianie mama układała stare, nieużywane naczynia kuchenne, a pod nimi szklane słoiki pełne marynat. To właśnie mama przeniosła tutaj zużytą drewnianą ławkę. Po tym, jak stary dom został zburzony, a w jego miejsce postawiono nowy, w zachodnim stylu, siadała na niej, aby wykonywać prace, z którymi nie mogła się uporać w nowoczesnej kuchni. Kruszyła czerwoną paprykę i soliła kapustę, aby zrobić kimchi, łuskała łodygi fasoli, robiła pastę paprykową lub suszyła ciastka sojowe.
Buda dla psa, która stała obok szopy, była pusta. Łańcuch leżał na ziemi. Zdałaś sobie sprawę, że nie widziałaś psa, kiedy weszłaś do domu. Rozejrzałaś się za nim i podeszłaś do mamy, ale ona nawet nie drgnęła. Musiała przed chwilą kroić cukinię, która teraz wysychała na słońcu. Deska do krojenia i nóż leżały na boku, a małe plasterki pokrojonej cukinii tuliły się do bambusowego kosza. Początkowo pomyślałaś, że mama śpi, ale przypomniałaś sobie, że nie miała zwyczaju drzemać w ciągu dnia. Spojrzałaś na jej twarz. Rękę trzymała na czole i wyglądała tak, jakby walczyła z czymś ze wszystkich sił. Usta miała zaciśnięte, a cała twarz pękała od głębokich zmarszczek.
- Mamo!
Nie otwierała oczu.
- Mamo! Mamo! Mamo!
Uklękłaś i potrząsnęłaś nią mocno. Lekko uniosła powieki. Oczy były przekrwione, krople potu pokrywały czoło. Nie poznawała cię. Jej twarz pełna bólu była wycieńczona. Tylko jakiś niewidzialny wróg mógł spowodować taki wyraz twarzy. Ponownie zamknęła oczy.
- Mamo!
Przytuliłaś ją i trzymając pod pachy, aby się nie zsunęła, pomogłaś ułożyć jej udręczoną głowę na swoich kolanach. Dlaczego była sama w takim stanie? Poczułaś oburzenie. Ktoś porzucił ją w szopie w tym stanie! Przecież sama ją opuściłaś... Pytałaś siebie, czy ludzie mogą być takimi egoistami? Byłaś głęboko wstrząśnięta i nie wiedziałaś, co robić. Wezwać pogotowie? Czy może przenieść ją do domu? Gdzie jest ojciec? Takie myśli przelatywały ci przez głowę, ale skończyło się na tym, że patrzyłaś, jak leży na twoich kolanach. Nigdy nie widziałaś tak wykrzywionej, nieszczęśliwej i udręczonej twarzy. Ręka, dotąd przyciśnięta do czoła, opadła luźno na ziemię. Mama, zupełnie wyczerpana, z trudem oddychała. Ręce i nogi stały się bezwładne, jakby nie mogła już dłużej dusić w sobie bólu.
- Mamo!
Twoje serce waliło, gdy patrzyłaś na jej wyczerpane ciało. Pomyślałaś, że może zaraz umrzeć, jednak ona spokojnie otworzyła oczy i spojrzała prosto na ciebie. Powinna być zaskoczona, że tu jesteś, ale nic takiego nie było widać w jej oczach. Była zbyt słaba, aby w ogóle reagować. Chwilę później, z matowym wyrazem twarzy wypowiedziała twoje imię. I wymamrotała coś słabo. Pochyliłaś się.
- Kiedy moja siostra umarła, nie mogłam nawet płakać.
Jej twarz stała się blada i zapadła. Na ten widok nie byłaś w stanie wydusić z siebie ani słowa.
Pogrzeb ciotki odbył się na wiosnę. Nie poszłaś na niego, nawet jej nie odwiedziłaś, mimo że chorowała od roku. A co takiego ważnego robiłaś w tym czasie?
W dzieciństwie ciotka była dla ciebie jak druga mama. Podczas letnich wakacji mieszkałaś w jej domu położonym tuż za górą. Spośród całej twojej rodziny to ona miała z tobą najlepszy kontakt. To prawdopodobnie dlatego, że wyglądałaś jak mama - ciotka zawsze mawiała: "Ty i twoja mama jesteście ulepione z jednej gliny!". Razem z tobą karmiła króliki, plotła ci włosy i wspominała wspólne dzieciństwo spędzone z twoją mamą. Gotowała jęczmień z łyżką ryżu i zostawiała go specjalnie dla ciebie. W nocy leżałaś na jej kolanach i słuchałaś różnych opowieści. Pamiętasz, jak wsuwała rękę pod twoją głowę. Chociaż umarła, wciąż czujesz jej zapach z tamtych czasów. Spędziła starość, wychowując wnuki, podczas gdy ich rodzice prowadzili piekarnię. Pewnego dnia, kiedy niosła na plecach dziecko, spadła ze schodów. W szpitalu okazało się, że nowotwór rozprzestrzenił się w jej ciele do tego stopnia, że było już za późno na ratunek. Twoja mama powiedziała wtedy tylko: "Moja biedna starsza siostra!".
- Dlaczego nie wykryli choroby wcześniej?
- Ona nigdy nie chodziła do lekarza, nawet na kontrolę.
Mama odwiedziła siostrę i nakarmiła ją płatkami owsianymi. Słuchałaś w ciszy, kiedy opowiadała przez telefon: "Wczoraj byłam u ciotki. Zrobiłam owsiankę z sezamem. Miała dobry apetyt". Byłaś pierwszą osobą, do której zadzwoniła, kiedy okazało się, że ciotka zmarła.
- Moja siostra umarła.
- ...
- Nie musisz przyjeżdżać, jeżeli jesteś zajęta.
Nie poszłaś na pogrzeb. Nie dlatego, że mama tak powiedziała, ale dlatego, że miałaś coś ważnego do skończenia. Twój starszy brat, który wziął udział w uroczystościach, powiedział, że zaniepokoił go wygląd i zachowanie mamy. Nie tylko nie płakała, ale nawet nie chciała iść na cmentarz.
- Naprawdę? - zapytałaś.
Jemu też wydawało się to dziwne, ale spełnił jej życzenie.
Tego dnia w szopie mama z twarzą znękaną bólem wyjawiła, że nie mogła nawet płakać, gdy jej siostra umarła.
- Dlaczego nie? Kiedy się chce płakać, trzeba płakać.
Poczułaś ulgę, że mama, choć nadal słaba, wraca do siebie.
Zmrużyła oczy.
- Nie mogę więcej płakać.
- ...?
- Głowa mnie tak boli, jakby miała zaraz eksplodować.
Zachodzące słońce delikatnie ogrzewało twoje ciało, spojrzałaś na twarz mamy na twoich kolanach, jakbyś widziała ją pierwszy raz.
Mamę boli głowa? Tak mocno, że nie mogła nawet płakać? Ciemne oczy mamy, kiedyś takie świecące i okrągłe jak oczy krowy, która za chwilę ma urodzić małe, otaczała teraz pajęczyna zmarszczek. Jej blade, pełne usta były suche i popękane. Nie wiedziałaś, że cierpi na tak silne bóle głowy, przez które powstrzymywała się od płaczu nawet na pogrzebie ciotki. Podniosłaś zwisającą bezwładnie z drewnianej ławki rękę mamy i ułożyłaś ją na brzuchu. Wpatrywałaś się w ciemne plamy na jej dłoni naznaczonej ciężką pracą przez całe życie. Pomyślałaś, że nie znasz własnej mamy.
Kiedy wujek jeszcze żył, odwiedzał mamę w każdą środę. Właśnie wrócił do Jeongeup po tym, jak znudziło mu się życie koczownika. Nie było konkretnego powodu tych wizyt, po prostu wsiadał na rower, spotykał się z mamą i odjeżdżał. Czasami, zamiast wejść do domu, wołał już od bramy: "Siostro! Wszystko w porządku?". I zanim mama zdążyła wyjść na podwórko, krzyczał: "Muszę już wracać!", i odjeżdżał na rowerze. O ile ci wiadomo, mama i jej brat nie byli sobie aż tak bliscy. Kiedyś, tuż przed twoim urodzeniem, wujek pożyczył sporo pieniędzy od twojego ojca i nigdy ich nie oddał. Twoja mama czasami wypominała to z wyrzutem. Twierdziła, że z powodu wuja zawsze czuła się dłużna wobec męża i jego siostry. Chociaż był to dług wujka, trudno jej było zaakceptować, że go nie spłacił. Kolejne lata upływały bez wieści od niego i mama czasem wspominała: "Co twój wujek może teraz robić?". Nie wiedziałaś, czy mama martwi się o niego, czy czuje do niego niechęć.
Pewnego dnia - było to przed budową nowego domu - mama usłyszała, jak ktoś otwiera bramę, wchodzi na podwórko i pyta: "Siostro, jesteś?". Jadłyście wtedy mandarynki. Na dźwięk znajomego głosu mama otworzyła drzwi i szybko wybiegła. Kto spowodował jej podekscytowanie? Zaciekawiona poszłaś za nią. A ona zatrzymała się na ganku i gdy spojrzała w kierunku bramy, krzyknęła: "Bracie!". Potem, nie troszcząc się o bose stopy, podbiegła do mężczyzny. To był twój wujek. Wybiegając z domu niczym wiatr, biła się pięścią w pierś i wołała: "Bracie! Bracie!".
Obserwowałaś ją z ganku. Po raz pierwszy usłyszałaś, jak nazwała kogoś "bratem". Dotychczas, gdy wspominała o nim, zawsze nazywała go "twoim wujkiem". Byłaś zaskoczona, gdy zobaczyłaś radosną mamę, która biegnie w kierunku wujka i nazywa go "bratem", aż wreszcie zdałaś sobie sprawę, że ona też ma rodzeństwo! Czasami, kiedy wspominałaś tamtą scenę, uśmiechałaś się do siebie - mama w podeszłym wieku, która jak dziecko biegnie w stronę wujka i krzyczy: "Bracie!".
Tamta mama zachowywała się tak, jakby była dziewczynką młodszą od ciebie. Tamta mama utkwiła ci w głowie. Nie wiesz, dlaczego tak długo zastanawiałaś się nad czymś, co było tak oczywiste. Dla ciebie mama była zawsze mamą. Nigdy nie przyszło ci do głowy, że ona kiedyś też stawiała pierwsze kroki, że najpierw miała trzy lata, potem dwadzieścia trzy. Mama była mamą. Urodziła się mamą. Tak było, dopóki nie zobaczyłaś jej, jak biegnie w kierunku wuja. Uświadomiłaś sobie, że mama tak jak ty kochała swoje rodzeństwo i że też miała swoje dzieciństwo. Od tego czasu zaczęłaś myśleć o niej jak o małym dziecku, małej dziewczynce, młodej kobiecie, dopiero co poślubionej oraz o matce, która właśnie urodziła ciebie.
Widząc mamę w takim stanie, nie mogłaś zostawić jej samej i wrócić do miasta. Ojciec był w Sokcho z kilkoma osobami z Regionalnego Centrum Tradycyjnej Sztuki Koreańskiej. Do domu miał wrócić dopiero za dwa dni. Mimo że mamie przeszedł najsilniejszy ból, nadal nie mogła uwolnić się od niego całkowicie. Nie była w stanie ani się uśmiechać, ani płakać. Nie zrozumiała, kiedy zasugerowałaś jej, że powinna pójść do szpitala. Zaprowadziłaś ją do domu. Szła ostrożnie, aby uniknąć bólu. Upłynęło trochę czasu, zanim przyznała ci się, że ciągle miewa bóle głowy, a raz na jakiś czas to takie naprawdę silne. Pogodziła się z nimi.
Czy twoi bracia wiedzieli o bólach głowy mamy? A ojciec?
Postanowiłaś, kiedy tylko wrócisz do miasta, powiedzieć braciom o dolegliwościach mamy i zabrać ją do dużego szpitala. Gdy była już w stanie poruszać się samodzielnie, zapytała: "Nie musisz już wracać?". Od pewnego czasu twoje wizyty w domu stały się krótsze. Przyjeżdżałaś zaledwie na kilka godzin i wracałaś do miasta. Pomyślałaś o swojej randce, na którą byłaś umówiona następnego dnia, jednak powiedziałaś mamie, że zamierzasz zostać na noc. Pamiętasz ten uśmiech, który pojawił się na jej twarzy.
Położyłaś w kuchni na stole żywą ośmiornicę, którą kupiłaś na targu rybnym w Pohang. Ani ty, ani twoja mama nie wiedziałyście, co z nią zrobić. Usiadłaś naprzeciwko niej przy stole, jak za starych czasów, i spokojnie zaczęłyście jeść skromny posiłek: przystawki z kimchi, duszone tofu, smażone anchois i wodorosty. Gdy mama owinęła ryż kawałkiem wodorostów, tak jak zwykła to robić, gdy byłaś mała, wzięłaś go od niej i zjadłaś. Po kolacji krążyłyście obie wokół domu, aby strawić jedzenie. To już nie był ten sam dom, w którym dorastałaś. Drewniane półki ustawione na podwórzu, kiedyś zapełnione glinianymi słoikami z sosem sojowym, solą i pastami z czerwonej papryki i fasoli, teraz stały puste. Podczas spaceru wokół domu mama, która szła raz z przodu, raz z tyłu, zapytała cię, dlaczego wróciłaś do domu tak nagle.
- Byłam w Pohang.
- To daleko stąd - stwierdziła.
- Tak.
- To dalej niż z Seulu.
- Tak.
- To czemu przyjechałaś aż stamtąd, skoro nie masz nawet czasu na odwiedziny?
Zamiast odpowiedzi rozpaczliwie chwyciłaś ciężką rękę mamy, jakbyś chwytała za życie po omacku - nie wiedziałaś, jak wytłumaczyć jej swoje uczucia. Powiedziałaś tylko, że rano miałaś tam wykład w Bibliotece Braille'a.
- Biblioteka Braille'a? - zapytała.
- Alfabet Braille'a to specjalny zapis stworzony dla niewidomych.
Mama kiwnęła głową. Podczas spaceru wokół domu opowiedziałaś jej o wycieczce do Pohang. Od kilku lat Biblioteka Braille'a zapraszała cię do siebie, ale za każdym razem odmawiałaś im ze względu na inne zobowiązania. Wczesną wiosną otrzymałaś kolejny telefon. Właśnie opublikowałaś swoją najnowszą książkę. Bibliotekarz powiedział, że chcieliby ją wydać w alfabecie Braille'a. Alfabet Braille'a? Nie wiedziałaś o nim zbyt wiele, tylko, że to pismo niewidomych, tak jak powiedziałaś mamie. Słuchałaś go obojętnie, jakbyś słuchała o książce, której jeszcze nie czytałaś. Bibliotekarz poprosił o twoją zgodę. Gdyby sam nie wymówił słowa "zgoda", może w ogóle nie przystałabyś na jego propozycję. Poruszyła cię jednak jego prośba. Niewidomi chcą przeczytać twoją książkę, dlatego proszą o pozwolenie na wydanie jej pismem brajlowskim. Odpowiedziałaś: "Jasne" i poczułaś się bezsilna. Bibliotekarz poinformował cię, że książka ukaże się w listopadzie, w miesiącu, w którym niewidomi obchodzą Dzień Alfabetu Braille'a. Byłoby dla nich ogromnym zaszczytem, gdybyś tego dnia wzięła udział w promocji książki. Zawahałaś się, ale nie powiedziałaś "nie". Była dopiero wczesna wiosna i listopad wydawał ci się odległy. Czas jednak szybko mijał, przyszła wiosna i lato, a potem jesień i zaczął się listopad. I nastał ten dzień.
Większość zaplanowanych działań nie powinna być trudna do przewidzenia. Nagłe zdarzenia są możliwe w każdym czasie. Zderzenie z nieoczekiwanymi wydarzeniami często oznacza, że nie mieliśmy o nich pojęcia, bo ich nie przemyśleliśmy. Gdybyś wcześniej przemyślała swoją podróż do Biblioteki Braille'a, przewidziałabyś to, co się tam wydarzyło. Byłaś jednak ciągle zajęta. Nawet w dniu, w którym miałaś tam iść, nie pomyślałaś o osobach, które spotkasz. Martwiłaś się, że nie zdążysz na spotkanie o dziesiątej. Ledwo zdążyłaś na lot o ósmej rano. W poczekalni biblioteki niewidomy dyrektor przy pomocy wolontariuszy usiadł przed tobą. Przywitał się grzecznie, mówiąc: "Dziękuję za przybycie z tak daleka", i wyciągnął rękę. Próbowałaś ukryć zdenerwowanie, potrząsnęłaś jego ręką i powiedziałaś wesoło: "Witam". Miał delikatną dłoń. Rozmawialiście o twojej książce aż do rozpoczęcia uroczystości. Chociaż nie mógł zobaczyć twojego uśmiechu, ty uśmiechałaś się i przytakiwałaś.
Tego dnia obchodzono Dzień Braille'a. Gdy weszłaś do sali, czekało na ciebie już czterystu słuchaczy, ale wciąż do środka wchodzili inni - kobiety i mężczyźni w różnym wieku prowadzeni przez wolontariuszy, nie zauważyłaś tylko dzieci. Kiedy zaczęła się uroczystość, kilka osób podeszło do mównicy, by coś powiedzieć. Wkrótce rozpoczęła się dyskusja na temat twojej książki w zapisie brajlowskim, więc podeszłaś do przodu, aby ją odebrać. Była dwa razy grubsza, ale znacznie lżejsza. Usłyszałaś oklaski i wróciłaś na swoje miejsce z książką w ręce.
Uroczystość trwała dalej. Niektórzy uczestnicy spotkania otrzymali nagrodę za czytelnictwo. Otworzyłaś swoją powieść i zrobiło ci się słabo na widok nieskończonej ilości punktów na białym papierze. Jakbyś wpadła w czarną dziurę. To tak jak przy schodzeniu po schodach - w zamyśleniu nie trafisz w stopień i spadasz na sam dół. Alfabet Braille'a rozmnażał się na białym papierze, nie potrafiłaś nic odczytać. Powiedziałaś mamie, że przewracałaś kartki strona za stroną - najpierw pierwsza, druga, trzecia - a potem zamknęłaś książkę. Widziałaś, że mama słucha uważnie twojej opowieści, więc mówiłaś dalej. Pod koniec spotkania, stojąc na podium, opowiadałaś zasłuchanej publiczności o swojej pracy. Położywszy książkę na podwyższeniu, spojrzałaś na nich i poczułaś, że sztywniejesz od stresu. Nie miałaś pojęcia, na co zwrócić uwagę, mając przed sobą czterystu niewidomych.
- Więc co zrobiłaś? - zapytała mama.
Powiedziałaś, że wydawało ci się wtedy, że nigdy nie skończy się te pięćdziesiąt minut. Byłaś typem osoby, która zawsze patrzy prosto w oczy podczas rozmowy. W zależności od zainteresowania widocznego w oczach słuchacza mogłaś opowiedzieć całą historię lub tylko jej część. Przed niektórymi mogłaś wyjawić coś, czego innym nigdy byś nie opowiedziała. Zastanawiałaś się: Czy mama wie, że taka właśnie jestem? Kiedy tak stałaś przed tłumem niewidomych, nie wiedziałaś, na kogo patrzeć i do kogo mówić. Niektóre oczy były zamknięte, a inne na wpół otwarte lub ukryte za ciemnymi okularami. Jeszcze inne przeszywały cię i potęgowały zdenerwowanie. Mimo że wszystkie były skierowane na ciebie, zaniemówiłaś, świadoma tego, że i tak cię nie widzą. Zastanawiałaś się, jaki sens ma wystąpienie o książce przed ludźmi, którzy cię nie widzą. Nie wypadało jednak o tym mówić, pozostawały tylko anegdoty z twojego życia. A to raczej oni powinni snuć swoje historie. Nie wiedziałaś, jak zacząć, i pierwszymi słowami, które wydusiłaś z siebie do mikrofonu, było pytanie: "A więc jakie historie mam opowiedzieć?". Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Czy śmiali się, ponieważ mogłaś opowiedzieć im każdą historię? A może chcieli dodać ci pewności siebie? Jakiś mężczyzna około czterdziestki odpowiedział: "A nie przyszła pani przypadkiem, aby porozmawiać o swojej powieści?". I skierował na ciebie swoje niewidzące spojrzenie. Patrząc na niego, zaczęłaś omawiać książkę. Mówiłaś o inspiracjach, o emocjach, jakie towarzyszyły ci podczas jej pisania, oraz o oczekiwaniach, jakie wzbudziły się w tobie zaraz po jej ukończeniu. Byłaś zaskoczona, z jaką uwagą słuchali twoich słów. Mową ciała udowadniali, że słuchali ciebie uważnie. Jedna osoba kiwała głową, inna lekko tupała nogą, ktoś jeszcze pochylał się nad osobą stojącą przed nim. Nawet jeśli nie rozumiałaś ani słowa z ich systemu pisma, oni dokładnie przeczytali twoją książkę, zadawali pytania oraz dzielili się swoimi przemyśleniami.
Powiedziałaś mamie, że zareagowali bardzo pozytywnie na twoją powieść, bardziej niż inni. Zasłuchana odezwała się: "A więc oni przeczytali twoją książkę?". Nastała krótka cisza. W końcu mama poprosiła cię, żebyś mówiła dalej. Kontynuowałaś. Gdy skończyłaś swoje wystąpienie, jakiś niewidomy mężczyzna uniósł rękę i zapytał, czy może zadać pytanie. Zgodziłaś się. Mimo ślepoty podróżowanie było jego hobby. Byłaś zaskoczona. Jak niewidomy może podróżować? Mężczyzna powiedział, że przeczytał książkę, którą napisałaś wiele lat temu. Jej akcja rozgrywała się w Peru. Główny bohater powieści udał się do Machu Picchu. W książce była scena, w której pociąg kursował do tyłu. Zafascynowała go. Po przeczytaniu zapragnął przejechać się tym pociągiem i dopytywał się teraz, czy nim jechałaś. Cóż, napisałaś tę książkę ponad dziesięć lat temu. Miałaś tak złą pamięć, że często po otwarciu drzwi od lodówki zapominałaś, dlaczego to zrobiłaś, aż po chwili zaczynałaś czuć chłód płynący z jej wnętrza. W końcu poddawałaś się i zamykałaś drzwi. A teraz zaczęłaś opowiadać o Peru, które zwiedziłaś przed napisaniem książki. Mówiłaś o tym, że wczesnym rankiem wybrałaś się pociągiem z dworca kolejowego San Pedro w Limie, nazywanego Pępkiem Świata, do Machu Picchu. Pociąg najpierw ruszył do przodu, a potem szarpnął kilka razy do tyłu, zanim ostatecznie ruszył w kierunku Machu Picchu.
- Nazwy miejsc i gór, które już zapomniałam, zaczęły wypływać z moich ust - powiedziałaś zasłuchanej mamie.
Gdy poczułaś przyjacielskie spojrzenie oczu, które nigdy nie widziały, ale rozumiały i akceptowały wszelkie uchybienia, wyjawiłaś coś, czego nigdy nie mówiłaś o swoich książkach.
- Co takiego? - spytała mama.
- Powiedziałam, że gdybym miała ponownie napisać tę książkę, zrobiłabym to inaczej.
- Czy to było tak istotne? - spytała ponownie.
- Tak, bo odrzuciłam coś, co już istnieje, mamo!
Ogarnięta falą samotności złapałaś ją za rękę. A ona przyglądała się tobie w ciemnościach.
- Dlaczego ukrywasz takie słowa? Musisz żyć w zgodzie z samą sobą i mówić swobodnie, co czujesz - wyciągnęła rękę z twojego uścisku i poklepała cię po plecach.
Kiedy byłaś dzieckiem, tymi spracowanymi dłońmi myła ci twarz. Mama pochwaliła cię:
- Ładnie opowiadasz.
- Ja?
Mama skinęła głową na potwierdzenie:
- Tak, tak, ładnie opowiadasz.
- Myślisz, że to była dobra historia?
- Tak, podobała mi się.
Podobają jej się moje opowieści? Poruszyło cię to. Wiedziałaś, że ta historia nie była aż tak dobra, ale po wizycie w bibliotece opowiedziałaś o niej w taki sposób. Odkąd wyjechałaś do miasta, zawsze rozmawiałaś z mamą tak, jakbyś była na nią zła. Odpowiadałaś jej, mówiąc: "Co ty wiesz, mamo?", "Dlaczego to robisz, będąc matką?" - rugałaś ją. "A dlaczego chcesz to wiedzieć?" - urywałaś chłodno. Kiedy zorientowałaś się, że nie ma już siły cię karcić, gdy pytała: "Dlaczego tam idziesz?", odpowiadałaś krótko: "Bo muszę".
Nawet wtedy, gdy musiałaś lecieć samolotem z powodu zagranicznego wydania książki lub seminarium, na pytanie: "Dlaczego tam jedziesz?", odpowiadałaś rzeczowo: "Bo mam do załatwienia sprawę". Mama prosiła cię, żebyś nie latała samolotem.
- Jeśli wydarzy się wypadek, od razu ginie dwieście osób.
Gdy pytała: "Dlaczego masz tak dużo pracy?", odpowiadałaś ponuro: "Wiem, mamo, wiem". Opowiadanie jej o twoim własnym życiu sprawiało ci problemy. Nie miałyście ze sobą nic wspólnego. Kiedy jednak mówiłaś o swoim zagubieniu na widok książki napisanej w alfabecie Braille'a i rosnącej panice, którą czułaś, gdy stałaś przed salą pełną niewidomych ludzi, słuchała tak uważnie, jakby ból głowy minął. Kiedy ostatni raz powiedziałaś mamie, co się działo w twoim życiu? Od jakiegoś momentu wasze rozmowy spowszedniały. Nawet te przez telefon. Twoje słowa dotyczyły tego, co jadła, czy była zdrowa, jak miewał się ojciec. Prosiłaś ją, aby dbała o siebie, by się nie przeziębiła lub informowałaś o wysłanych pieniądzach. Z kolei mama opowiadała, że zrobiła kimchi i trochę ci wysłała, że miała dziwne sny, że wysłała ci ryż, fermentowaną pastę z fasoli i serdecznik. Upominała, abyś nie wyłączała telefonu, ponieważ kurier zadzwoni przed dostawą.