1
Ceremonia pogrzebowa była skromna i krótka, ale raczej nie z powodu siąpiącego deszczu.
Kilka osób zebrało się wokół księdza, a ten, jakby śpiesząc się do dalszych obowiązków, szybko odprawił modlitwę, po czym jasna trumna z lakierowanego drewna zjechała na pasach do grobu i nastała względna cisza.
Duchowny poprawił fioletową kapę.
Bez pożegnania przeszedł do głównej alei, wyłożonej kostką brukową. Tam otrzepał buty z błota, a następnie, w drodze do bramy, przed którą czekał czarny mercedes firmy pogrzebowej, wcisnął pod pachę księgę z obrzędami pochówku i wsunął kropidło do skórzanego etui. Szedł pochylony, mrużąc oczy przed mżawką.
Kierowca karawanu czekał już przy przednich drzwiach i otworzył je, gdy ksiądz zbliżył się do auta. Chwilę później samochód potoczył się wolno po gruntowym parkingu, zmoczył opony w ogromnej kałuży i wyjechał na opustoszałą szosę w kierunku Wapna.
Czarna woda rozkołysała się na boki, a kiedy z powrotem spłynęła do zagłębienia, znowu zmarszczył ją deszcz.
Komisarz Maria Herman siedziała w służbowej toyocie corolli. Silnik terkotał, nawiew tłoczył ciepłe powietrze do kabiny. Raz po raz włączała wycieraczki.
Z uwagą przyglądała się ludziom, którzy opuszczali cmentarz, wygrodzony betonowym płotem wśród pól na północ od wsi. Wsiedli do dwóch samochodów i odjechali. Starsze małżeństwo, ukryte pod parasolem, minęło nieoznakowany radiowóz Herman i zbliżyło się do skraju jezdni. Wtuleni w siebie, mężczyzna i kobieta poszli dalej w stronę pociemniałych chmur, wiszących złowrogo nad równiną.
Kiedy parking opustoszał, Maria sięgnęła po starą nokię 6310i i odtworzyła nagranie z dyktafonu.
Dobrze pamiętała moment, w którym trzy miesiące wcześniej, w październiku dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, spotkała się z Mieczysławem Kołczyńskim w jego domu w Wapnie. Co jakiś czas zaciskał oczy, wykrzywiał twarz i próbował przetrwać napływające fale nieznośnego bólu. Bezwiednie napinał ciało. A potem, kiedy jego rysy łagodniały, unosił powieki, gotowy do dalszej rozmowy.
Choroba nowotworowa sprawiła, że mężczyzna znacząco wychudł. Koszula wisiała na nim jak na wieszaku.
Herman znała Kołczyńskiego jedynie ze zdjęć zachowanych w teczce operacyjnej, rumianego i okrągłego na twarzy, młodszego o co najmniej kilkanaście lat.
- Skąd ta nagła zmiana zeznań? - policjantka usłyszała swój głos, zniekształcony przez urządzenie rejestrujące.
Mężczyzna milczał.
Siedział wówczas nieruchomo, wpatrzony w zdjęcie córki. Stało w pozłacanej ramce na pobliskiej komodzie. Blondynka z prostymi włosami do ramion lekko się uśmiechała. Herman sądziła, że w chwili robienia zdjęcia dziewczyna miała niemal osiemnaście lat, bo fotografia była powiększoną kopią tej z dowodu. W tamtym czasie młoda Kołczyńska zerwała kontakt z ojcem i wyjechała za granicę.
- Minęło sporo lat, panie Mieczysławie - zauważyła Herman.
Za Kołczyńskim na parapecie stał zamiokulkas, który marniał, podobnie jak właściciel domu.
- Chodzi o to - podjął mężczyzna - że wtedy rzeczywiście mi się wydawało, że widziałem samochód Niedzielskiego. Ale to jednak nie był jego mercedes.
- Jest pan pewien?
- Tak. Absolutnie.
- Czyli w listopadzie dwa tysiące trzeciego roku świadomie okłamał pan policję.
- Nie, to nie tak.
- A jak? - Maria miała ochotę zapalić. Dłonie świerzbiły ją, żeby sięgnąć do plecaka po paczkę chesterfieldów, ale musiała się opanować.
Na ławie leżał "Kurier Pałucki". Pierwszy artykuł sporą czcionką głosił, że miasto szykuje się do wyborów burmistrza. Znała to wydanie, bo tuż obok opublikowano tekst przypominający tajemnicze zaginięcie Jacka Malinowskiego przed dwudziestu laty.
Skupiła wzrok na tłustej czcionce tytułu i wtedy poczuła na sobie spojrzenie Kołczyńskiego.
- Okularnik ma po dwa okrągłe reflektory z każdej strony, ale te zewnętrzne są większe - wyjaśnił. - A tamten samochód miał raczej jednakowe. Bardziej jak polonez.
- Chce mi pan powiedzieć, że nie odróżnia poloneza od mercedesa? - powątpiewała Herman.
- Łapie mnie pani za słówka. Mówię tylko o kształcie reflektorów. A poza tym wtedy było ciemno. No i nie byłem całkiem trzeźwy.
Maria zatrzymała nagranie.
Dwadzieścia lat temu Mieczysław Kołczyński zeznawał jako świadek w sprawie kryminalnej, której akta Herman przeglądała już od jakiegoś czasu. Chodziło o zaginięcie osiemnastolatka, syna emerytowanego policjanta i brata obecnego pierwszego zastępcy komendanta powiatowego policji w Żninie. Jacek Malinowski ostatni raz był widziany w barze Szczepana Niedzielskiego przy starej drodze z Bydgoszczy do Poznania w sobotę wieczorem dwudziestego piątego października dwa tysiące trzeciego roku. W nocy brat Jacka odnalazł w rowie przy drodze do Wapna jego charta, biały motorower wyprodukowany w bydgoskim Romecie. Obok leżał kask dla pasażera, też biały.
Sprawa zaginięcia chłopaka i prawdopodobnego wypadku przez lata pozostała nierozwiązana. Mimo kilku wersji zdarzeń śledztwo wciąż tkwiło w martwym punkcie i Maria Herman także nie złapałaby zakurzonej teczki, gdyby nie jedno zdarzenie. Kilka miesięcy temu jeden z operacyjnych dał jej znać, że schorowany Kołczyński, który wciąż zaglądał do kieliszka, rozpowiada w barach, że Niedzielski jest niewinny, a on sam chce odwołać dawne zeznania.
Policjantka uznała, że za tym twierdzeniem musi się coś kryć. Powinna tylko zeskrobać wierzchnią warstwę brudu zalegającego na aktach.
Wznowiła odtwarzanie nagrania.
Szum zastąpił ciszę, gdy w pewnej chwili Herman usłyszała zarejestrowane własne westchnienie.
- Wie pan, co o tym myślę? - spytała, a gdy mężczyzna nie zareagował, dodała: - Pan nadal kłamie.
- Musi mi pani uwierzyć - odezwał się w końcu. - To nie był okularnik Niedzielskiego.
- Nie o to chodzi. Kłamał pan od samego początku. Mam rację? - chciała się upewnić.
Kołczyński wzruszył ramionami.
- Wprowadził pan policję w błąd.
- A nawet jeśli, to co?
- Nic.
- Nic? Nie będzie mnie pani straszyć paragrafami? Stawiać przed sądem? - prychnął.
- Nie, chociaż powinnam to zrobić, bo odpowiedzialność za składanie fałszywych zeznań jeszcze się nie przedawniła. Po prostu naiwnie wierzyłam, że pana rozliczenie z przeszłością ma jakiś cel. Że wreszcie chce pan powiedzieć prawdę.
- Prawdę? Jaką prawdę?
- O tym, co się wtedy wydarzyło.
- Ale ja nic nie wiem. Widziałem tylko samochód. To wszystko.
- Kto potrącił motorowerzystę?
- Nie wiem. Przecież nie było mnie przy wypadku. Po prostu widziałem ten wóz jakieś dwa kilometry od tamtego miejsca. Ale zapewniam, że Niedzielski jest niewinny. Niech sobie to pani zapisze.
- Zrobię notatkę.
Herman wstała i podziękowała za poświęcony czas, po czym wskazała na zdjęcie córki Kołczyńskiego. - Ile Ania miała wtedy lat?
- Dziewiętnaście.
- Czyli dziś ma trzydzieści dziewięć. Pewnie jest pan już dziadkiem, prawda?
Mężczyzna nie odpowiedział, ale policjantka odniosła wrażenie, że jego twarz pojaśniała.
- Wnuk czy wnuczka? - poszła za ciosem.
Kołczyński przełknął ślinę. Łzy wzruszenia wypełniły mu oczy.
- Niech pani już idzie - poprosił.
Maria Herman pamiętała, że zanim wyszła z pokoju, zapytała jeszcze, czy kiedykolwiek widział swoją wnuczkę. Miała nadzieję, że uda jej się wykorzystać pęknięcie w jego pancerzu. Strzelała, jeśli chodzi o płeć dziecka, ale to nie miało żadnego znaczenia.
Kołczyński znieruchomiał, a potem skinął głową.
- Dobrze, że marzenia się spełniają - odparła policjantka. Gdy już była przy drzwiach, mężczyzna się odezwał:
- Mam nadzieję, że to nie ona.
- Słucham? - zawróciła i stanęła w progu pokoju.
- Że to nie moja córka go zabiła - powiedział i kazał jej się natychmiast wynosić.
Nagranie dobiegło końca.
Nasilający się deszcz zabębnił w dach i głośny szum oderwał Herman od wspomnień.
- Czas to sprawdzić, panie Mieczysławie - szepnęła, spoglądając na cmentarz w Wapnie.
Wrzuciła jedynkę i odjechała spod nekropolii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki