ZNALEZISKO
Celaśmierci w Z. dogorywa. Śmierdzi rozkładem. Ochrypła, ogłuchła izmartwiała, z zardzewiałą w bezruchu zapadnią oraz dyndającym usufitu, trudnym do sięgnięcia, fragmentem stryczka. Co się dałoodciąć, dawno oderżnęli i zabrali naszczęściepierwsi z eksploratorów odwiedzających to jeszcze nie pokropionemiejsce, w ramach szeroko promowanego projektu "Przez katowniePRL-u". Eksperyment, niestety, wkrótce zawieszono. No cóż,okazał się (na przykładzie Z.) niezbyt trafiony, choć - ma sięrozumieć - w szerszej skali wydawał się wielce obiecujący. Wrzeczonej celi powieszono kilkudziesięciu morderców -dziewięćdziesięciu dziewięciu, jak skrupulatnie policzono -jednak nie było wśród nich żadnego skazanego za walkę z komuną, aledwie kilkunastu obdzierganych kontestatorów wielokrotnej recydywy,między innymi uczestników sławnego buntu-pożaru przeciwko karześmierci, zrodzonego w pierdlowej animacji posierpniowego zrywu.
Zżalem odstąpiono od kontynuowania wypraw, cieszących się najsampierwogromnym zainteresowaniem. Kara śmierci, generalnie pożyteczna, aleepoka, fuck, w tym kontekście mocno zapętlona. (Gdybytak, choć jednego z naszych tam, kolego, powieszono, ale nie, nietrafiło się, nie zdążyli, psia mać! Jaka szkoda, że dziś zapomina sięo zbawienno-etycznej roli stryczka; wychowawczej, inspirującej dodobrego. Niestety, zabrakło czasu).Ziomalom z tamtej upadłej koalicji za szybko wytrącono stołki spodnóg; w pierdelnictwie znów groził marazm. Ale zapadnia, jakopotencjalna atrakcja turystyczna dla przyszłych pokoleń, szczęśliwieocalała; nie zdążono jej rozkręcić i wynieść po kawałku.
Jeszczena kwadrans przed zapaścią szlachetnej inicjatywy uczenia historii wmiejscach jej dziania się, szykowaliśmy - po wypróbowaniunowego ekstraktu psylocybiny - spektakularne odpierd...maniany, czyli mówiąc kulturnie i po nowemu, uświęcenie takzasłużonej szubienicy. Nie jakieś tam frędzelenie, alehappening-fatamorgana na miarę epokowego otwarcia przed narodemzapomnianej ostoi sprawiedliwości i zerwania z kacapizmem. Zfanfarami na okazję przecięcia okolicznościowej wstęgi.Biało-czerwonej z orłem pośrodku, oczywista. Rzecz w tym, że najpierwzauroczeni, a później, gdy ostatnie gandalfy nam wyszły, to już wciężkiej gastrofazie, przytłoczeni liczbą 99 wisielców, dość oporniedziergaliśmy scenariusz Setypod krawatem.Ewidentnie o tydzień za długo spierano się - przy ogromnymwsparciu miejscowego świata Einsteinów - czy wszystko w tamtymdystrykcie Peerelu było do dupy, skoro kara śmierci, jak erylowano,zasługuje na szacunek, pamięć i przywrócenie. Wyważano akcenty.Ostatecznie przeważyła opinia, że nikt nie może mieć monopolu nawieszanie. Ani wczoraj, ani dziś, ani nigdy! I tak zszedł, utknąłjakoby w trybach dawno nieoliwionych mechanizmów zapadni, kolejnymiesiąc.
Setnegowisielca miał zagrać ulubiony nasz aktor, specjalizujący się wekskrementach na scenie. Tylko on, jak nikt inny, mógł przekonującowyrazić istotę zadzierzgnięcia na pętli. Tylko on tak wyraziściewybałuszał gały (nawet za niewielkie honorarium); tak dosadniewypluwał język włącznie z migdałkami aż na brodę; pozbywał sięsztucznej szczęki, która jak dusza ulatywała, no, nie bezszelestnie,ma się rozumieć, z jego fioletowo-czarnych i nabrzmiałych ust; itylko on potrafił się jednocześnie zsikać, zrzygać oraz zesrać, coabsolutnie predysponowało go do odegrania życiowej roli. I życia pożyciu. Nam, pomysłodawcom, przyświecała idea pełnego realizmu; mabyć bez udawania, w konwencji hardcorowej, więc i bez dublera nasznurze,co wielokrotnie podkreślał reżyser. Wprawdzie wybraniec na "setę"wolałby zagrać jeszcze, przed ostatecznym zejściem, jedną ze scenerotycznych w NimfomanceLarsa von Triera z akcentem na ewentualne popierdywanie podczasstosunku, ale nie miał wyboru; szło o sprawy ważniejsze. Z jednejstrony chodziło nam o złożenie hołdu skrzywdzonym w przeszłości, zaśz drugiej - o szerokie upublicznienie czegoś więcej niżintuicji artystów nowej generacji, poprzez wskazanie, jaksprawiedliwa władza - budowana na gruzach starego -powinna traktować popaprańców i inne lemingi, którym się krawatnależy. No i bajabongo! Edukacyjne przesłanie nabierało wyrazistości:karaśmierci musi powrócić z prostego powodu - jej brak obrażabowiem elementarne poczucie sprawiedliwości!Cóż, nie da się ukryć, ćwiczono tak długo, również dlatego, żebydobrze przygotować aktora-nominata do ostatecznego odejścia, o czymon jakby chwilami zapominał i raczył po pijaku wątpić, czy ten sposóbprzejścia do historii zapewni mu pośmiertną sławę. Gdy trzeźwiał,wszystko wracało do normy, ale interwały w zmienności jego nastrojów,kiedy głównie dla odzyskania równowagi recytował fragmenty z Balladywisielcówjakiegoś zapomnianego poety, spowalniały premierę. A przecieżplanowana inscenizacja, na którą rozesłano zaproszenia po całymkraju, miała być propagandowo-artystycznym gwoździem; czymś więcejniż lipnym gwałtem na sanitariuszkach Powstania Warszawskiego,odegranym przez rekonstruktorów historii bez polotu w sześćdziesiątąsiódmą rocznicę wydarzeń z 44 roku. Nasza artystyczna prowokacja, anie jakiś tam Egipt Hardkor czy inne badziewie, winna przekonaćniedowiarków, że takie inscenizacje (te wojenno-powstaniowe, wzasadzie też), ale głównie taka jak nasza, mają sens głęboko etyczny,patriotyczny i edukacyjny. O wiele ważniejszy niż coroczne naparzaniesię z Krzyżakami pod Grunwaldem. Nie zdążyliśmy! Soein Mist!Soein Mist!Gotowyjuż na wszystko wybraniec na szafot, długo wzniośle szwargotał wjęzyku Goethego: Dasist einen Dreck wert...a delikatnie poproszony przez reżysera do umiarkowania: Halt'sMaul!- rozstanie z naszą trupą i jej szefem skwitował propozycją niedo odrzucenia: Leckmich am Arsch!I tak się rozeszły nasze ścieżki. A szkoda.
Zwstępnej części programu skorzystało nas ledwie kilku z najszybszych,najbardziej zajebistych twórców: performerów epoki, czujących bluesai oczekiwanie rynku. Stąd na widocznym miejscu mego regału - napółce z najwybitniejszymi dziełami też przemijających już czasów, wtym i słoika buławinki czerwonej - oprawiony w złote ramki, zaszkłem, wabiący wzrok, błyszczący utrwalonymi fragmentami zdartegonaskórka z 99. szyj krawaciarzy, kawałek stryczka w kolorzeciemnobrązowym, co nieźle konweniuje ze złotym obramowaniem. Emanujeteż z niego zapach niczym z drzewa sandałowego. Piękny on, i naszczęście.Szkoda, że tylko tyle zdołałem sięgnąć, chwiejąc się na ramionachnajwyższego z nas, autora teatralnego obciachu i genialnego,najprawdziwszego w historii teatrów dramatycznych gwałtu na scenie(wrażliwsze panie omdlewały na widowni), za co (no, nie za tamteomdlenia) o mało kumpel nie trafił był do pudła. Mój patron -guru miejscowej palestry - wybronił go na tydzień przedplanowanym przecięciem wstęgi i naszej premiery w celi śmierci, akoleś się zrewanżował uniesieniem mnie aż pod sufit celi, żebym mógłwzbogacić pamięć naszego pokolenia jakimś szczególnym artefaktem.Później, ukierunkowany przez więzienną psycholożkę (tychz oddziału specjalnego, wie pan, powieszonych, chowano na komunalnymcmentarzu w bezimiennych mogiłach, wie pan, ostatniego ponaddwadzieścia lat temu, wie pan...)oraz wiedziony intuicją, trafiłem na miejscową nekropolię. I znówmiałem farta. Amulet z celi śmierci okazał się właściwym wytrychem owalorach karty wstępu. Pozwalał otworzyć furtki do wieluprzedsionków, najpierw w domu grabarza. To znaczy - gospodarzapochówków, a jednocześnie kierownika zasobów zielonych, w miejskich,wydzielonych krajobrazach powiatowego miasta Z.
- Tampod murem ich grzebano, o tam, kurde! - Kierownik skrzywiony odpowinności, wskazał na pracujących między krzewami więźniów,porządkujących obiekt. - Nakazali, kurde, rekultywację terenu,bo mało co miejsc na pochówki zostało. Nikt nie wie, kto tam, kurde,leżał. Nierozpoznani, kurde. Mój poprzednik, kurde, też nie pamięta,albo się, kurde, boi mówić. O, tam chodzi. Ten, kurde, przygarbionydo ziemi, w czarnym, kurde, garniturze i w tych... no, kurde, białychrękawiczkach. Sypie ptaszkom ziarno i podlewa, kurde, kwiatki. Tylkoz wróblami teraz gada. No, tam, kurde, przy tych bezimiennych, ten,kurde, z laską. Krawaciarzy tam, kurde, chowano. Dziura w ziemi,kurde, parę desek i fru, kurde, do rowu. Poklepali łopatą, i już. Toi śladu nie ma, kurde.
- Atu? - zapytałem, wskazując na ledwie widoczny fragment jakbyułamanego drewnianego krzyża na zarośniętym kopczyku.
- Żeteż pan, kurde, zauważył? - zdziwił się kierownik. - No,kurde, fakt, jakby co innego tu pogrzebali... Ale, kurde, w papierachstoi, że cały ten zakamarek, kurde, obsadzili krawaciarze. Toż to niekrzyż, kurde, tylko jakiś patyk, panie tego... kurde!
- Apagórek trochę większy od innych i mniejsza na nim trawa -dodałem.
- Słońcatu mniej, kurde, to trawa niższa.
- Pagórekteż urósł od cienia? - nie ustępowałem.
- Mógłi sam, kurde, urosnąć, nie? Nie mógł? No, to my go, kurde, uważniejrozkopiemy. Kazali, kurde, wszystkie kości, co by tu znaleziono,kurde, zapakować w specjalne worki, no, że mają je, kurde, pochowaćrazem gdzie indziej.
- Paniekierowniku, ten tu pagórek może byśmy najpierw spenetrowali, dobrze?On jakoś tak wystaje... Dogadamy się?
- Może,kurde, jutro, co? Nie? No dobra, ale zaraz zacznie padać. Mnie,kurde, też coś tu nie gra, bo w zaprzeszły rok, czy jakoś z rokwcześniej, kurde, jak trąba powietrzna dach z kościoła, kurde,zerwała, to pioruny wpierw, kurde, trzaskały po drzewach, i ze dwarazy, kurde, walnęło gdzieś tutaj. Może i w ten kikut, kurde. Widzimi się, kurde, że nadpalony, nie? Coś tu, kurde, jest nie tak. Diabłatam zakopali, czy jak, kurde?
Jeszczetego samego popołudnia wszedłem w posiadanie znaleziska. Metalowego,walcowatego pudła, owiniętego nadpaloną nieco folią; więc grabarz niekłamał, że w grób mógł uderzyć piorun, który nieco sfajczyłopakowanie. Delikatnie zdjęliśmy foliowy, nadtopiony worek.Grabarzowi zaświeciły się oczy na widok cudownego przeistoczenia wmiarę odsłaniania tak szczególnego sejfu; jeszcze przez momentbłyszczącego w skrawku zachodzącego słońca, na które nasuwały sięciężkie, granatowe chmury. Grabarz wiedział, co w takich pojemnikachzwykle się znajduje. Jakaś dobra okowita, panie, no nie, kurde? -domniemywał.
Drżałymi dłonie. W blaszanym pojemniku z wytłoczoną nazwą CalvadosBoulardmógł się przecież zachować zdeponowany dla umarlaka, oryginalnytrunek wedle receptury z 1825 roku z CalvadosPays d'Auge.Też przełknąłem ślinę. Zapachniało męską przygodą i Hemingwayem. Komuzabije ten dzwon? Z trudem otworzyłem wieko nieco już przerdzewiałe.Potrząsnąłem. Nic nie zachlupotało. Powąchałem. Zero emanacji; aniśladu trunku. Wypity już wcześniej pod ziemią? Zajrzałem do środkapojemnika. Papierzyska! Z należytą uwagą, by nie uszkodzićzawartości, wydobyłem gruby rulon nieco wilgotnego maszynopisu. Oczygrabarza przygasły, moje, kurde, zalśniły.
Ostrożnie,strona za stroną, z zapartym tchem, zacząłem przeglądać zadrukowanekartki. Już pierwsza, tytułowa, kazała się zastanowić, jaką wagę możemieć to znalezisko. Oto na skraju rozkopanego, bezimiennego grobu,pokropiony z lekka zacinającym deszczem, otwieram testament anonima.
DOKTOROCZKO
Mamtrzy głowy. W każdej diabeł. Różniejszy od innych. Trzech ich. To wjednej pętli się nie zmieszczą. Ten po lewej, ze skraja, kazał jązabrać na strych i rzucić o komin. Drugi, z przeciwka, podał sznureki zawiązał na szyi. Tylko ściągnąłem lejce, aż jej oczy zrobiły sięduże, okrąglejsze. Wybałuszone, jak u ciebie, panie Oczko.Ogromniejsze, aż do zapadnięcia. Trzeci kończył z majchrem i teżkazał ciąć, bo była za ciasna; jeszcze nie ruszana. To ją brałem, gdynic nie czuła, choć jeszcze ciepła. Wtedy krew mi się rzuciła dokażdej głowy, a czorty najpierw rechotały i piły do nieprzytomności.Wszystkie trzy spęczniały od tego, panie Oczko. To i głowy teraznapierdalają. Środkowa najbardziej. Im bardziej nią trykam o ścianę,tym mniej huczy. Walę z blachy i franca odpuszcza. Im więcej juchy namurze, tym mniej w niej diabliska. Słabnie, kindybał rogaty!
Patrzyszi słuchasz, czy tylko podglądasz? Niemowa z ciebie. Znów skrobiesz wkajecie o zgredzie z trzema makówkami? Z diabłami w środku. W twoimwariatkowie takiego nie trzymali. To powiedz, w której głowie jestemjeszcze ja? Bo ode mnie kat ma zacząć, tak? A tych trzech, to co znimi? Zapadnia się zarwie; w pętli się nie zmieszczą, sznur pęknie,kurwa, tak? Nie mrugaj, otwórz gębę! Nigdzie jeszcze nie wieszanotrzech naraz. Nawet tutaj, bo takich szubienic nie ma. Będzieszmiał... Z nami będzie kłopot. I gówno napiszesz. Bo jak tego niezobaczysz, to gówno napiszesz, i do dupy twoje starania, panie Oczko.
Ijeszcze raz. Z blachy! O kurwa! Jakoś boli... Cóżeś tak się zmienił ijakby rozprzestrzenił, Oczko? Trafiłem? Zielone ślepie na ścianieznów rośnie. Rozdziawia gębę i mruga. Oko. Jedno oko, drugie itrzecie... Błąkają się jak skopane szczury. Do szeregu! Nie rzępolićogonami! I dawać tu kalifaktora.
Ciąglezagląda. Coraz większe i czerwieńsze. Jakby trzy diabły w jednym.Ktoś ty? Od papugi? Nie? A, od Rączki, to gites. Uważaj, bo ślepie wwizyterce, to ten od wariatów. Po oczach ich poznaję. Doktór książkęo mnie pisze. Śpieszy się, jakby nas jutro mieli wieszać. Nudzi się,albo go stara z chałupy wygnała i dupy nie daje, a tu może czegośfajnego posłuchać. Więc nawijam, jak leci. Czasem tak, a poteminaczej, po kolei. To zależy, z której głowy diabeł mocniej mnieszturcha. A Rączka, co radzi? Dogadać się, czy któregoś zachlać?Nadaję na środkowego, bo on dla mnie teraz jakby obrzydliwszy.Mogliśmy jej nie rozpruwać. Rozbebeszona, chociaż w podwiniętejsukience, jak nie dziewczyna, tylko kawał krwistego mięsa. Warto bybyło wziąć ją ładniej, z pojękiwaniem, albo i co... To jegonajsampierw trzeba na hak. On mnie wczoraj kurewsko zeźlił. Dlategojego głową najbardziej tłukę o ścianę, by była znaczniejsza dla kata.Założy jej stryczek, pociągnie wajchą, zapadnia rozdziawi gębę ipołknie Lucyferka. Może się zadławi. Wtedy kat zrozumie, że coś tunawala, bo zostały jeszcze dwie głowy. Wyrok wykona tylko na tymjednym czorcie, a ja z tymi dwoma lebiegami skoczę za mur, damy dyla,i po kłopocie. Dobrze nawijam? Powiedz Rączce, że kombinuję tak, jakbyło mówione. Spadaj, bo Oczko znów lipuje.
Przesłonaw wizyterce opadła z turkotem niczym potrącone scentrowane rowerowekoło. Doktor Marceli Zaporożec, zwany przez niektórych Oczkiem,wyprostował się, poprawił szelki, schował notes i wolnym krokiemposzedł w stronę lekarskiej dyżurki oddziału obserwacyjnegoCentralnego Więzienia. Szedł dostojnie, jak przystało na dyrektoraszpitala z lekką nadwagą, ale inaczej niż zwykle; mimo swej postury,jakby płynął w powietrzu zatęchłym od smrodu, aż gęstym od strachuczekających nie tyle (jeszcze) na kata, co doktorskiej (już prawie)opinii o poczytalności.
Podrodze, mijając dyżurkę oddziałowego, rzucił kotwicę. Przez uchylonedrzwi zauważył, że funkcjonariusz wypełnia raporty.
- Kościelnyznów pajacuje. Dziś udaje Gromę i wali głową o ścianę. Może gounieruchomić... - Lekarz nachylił się nad biurkiem starszegoprzodownika.
- Świrujena pokaz. Każdego w białym kitlu wyczuwa na odległość, spryciarz.Kiedy pan doktor odchodzi, on przestaje udawać - dodałoddziałowy i uśmiechnął się konfidencjonalnie, unosząc niecozaśliniony kopiowy ołówek.
- Zapisujecieto wszystko?
- Właśniekończę, panie dyrektorze. Zaraz jego i Gromę znów poobserwuję.Zamelduję panu, jakby co. Kaftan mamy w pogotowiu.
- Uprzedźcielekarza dyżurnego. Zdaje się, konieczny będzie opatrunek. Chybakrwawi.
- Osłabnie,to się uspokoi. Taki sam drań, jak oni wszyscy.
DoktorZaporożec, specjalista od wariatów, sądowy ekspert i autorytet naskalę ponadwojewódzką, udał, że nie słyszy ostatniej uwagi, choćpodzielał zdanie oddziałowego. Same dranie przecież dookoła, akażdemu się marzą żółtepapiery.
Naglezwolnił kroku, zatrzymał się w połowie drogi do gabinetu; coś gozastanowiło. W półmroku rozświetlanym przez blask księżyca, wpadającyprzez okratowane okno na końcu korytarza, więzienie wyglądałoinaczej, jeszcze bardziej tajemniczo niż zwykle. Niby wszystko takiesamo, a inne.
Księżycto znów sprawia?
Dwanaściejudaszów po prawej stronie korytarza i jedenaście po lewej. Kościelnysiedzi za czwartym wizjerem, licząc od tej po lewej pakamerykalifaktora, Groma po przeciwnej stronie; asy w talii kart doktoraZaporożca. W ich celach każde lipo zabezpieczone jest metalową,blaszaną przesłoną, najczęściej w kształcie serduszka lub kropli łzy.Serduszko skrywające dojście do kościelnego ktoś scentrował,wykrzywił i trzeba je walnąć młotkiem, by nabrało regulaminowychkształtów. Ale nikt, włącznie z doktorem, nie zwrócił na ten szczegółuwagi i nikt, poza oddziałowym oddziału obserwacyjnego nie wie,dlaczego niektóre przesłony są takie niesymetryczne. Nocą, gdy wpierdlu zalega ciężka od męskiego smrodu cisza, każdy nieostrożnyruch ręki przy wizjerze, byle szelest odchylonej przesłony, kaleczy wcelach bezruch stojącego na baczność powietrza i unieruchomionych wnim marzeń psubratów. W świetle księżyca na przykład, który czasem,tak jak teraz, zagląda przez kraty, widać smugi złociste, wrzynającesię w zgęstniałą atmosferę również i korytarza, na którymznieruchomiał doktor. Tuż obok, za drzwiami, podłogi cel zaścielagruba warstwa gwiezdnego, iskrzącego się pyłu. Brakuje tylko lampyAladyna, zakpił w duchu lekarz, a wszystko się stanie cudowną baśnią,jak przystało na uśpiony teraz na zewnątrz świat lepszego jutra,krojonego tak udanie przez twórców jedności narodu. Tam na zewnątrznieustanna dynamika, przeciąg spodziewanych zmian i sięganie (nawetnocą) po miejsce na podium wśród gospodarek świata, a tu w tymmorowym powietrzu, wypełnionym smrodami urków i ich oczekiwaniami naamnestię, senność oraz skondensowanie beznadziei. A niby ten samkraj... Pomysł naczelnika więzienia, by ową senność i tenwiecie, marazm, złamać kilkoma pięknymi hasłami, że wiecie "naródz Partią", albo "socjalizm zawsze i wszędzie zwycięża",niestety nie przeszedł. Zaporożec bardzo tego żałował. W świetleksiężyca byłby teraz imponujący widok. Szykowała się istna noc cudów.Doktor postanowił zapamiętać, że to są niecodzienne refleksje, że niekażdej nocy, że noc bezwzględnie musi być nie tylko księżycowa, ale ibezchmurna, bo tylko wtedy wyzwala ona z pierdla, jako z ogółu, takąwszechmocną nadzieję, nawet bez stosownych i zalecanych w "TrybunieLudu" haseł, taką ogromniastą nadzieję, że patrząc na to zzewnątrz, co raz kiedyś zdarzyło się mu zaobserwować, widzi się nadwięzieniem błękitną mgiełkę, niby opary eukaliptusowe, a czasem nawetposzczególne bloki (zwłaszcza specjalny) unoszą się w powietrzu iżeglują w stronę księżyca. Takie przemożne lewitowanie właśnie terazodczuwał. Jakby go i tutaj dopadła propaganda sukcesu. Żeglujemy wstronę księżyca, pomyślał. No tak, ale pewnie z blokami, oddziałemobserwacyjnym i spacernikami unosi się i więzienny mur.Czterometrowy. Więc owszem, księżyc ma tę swoją moc, ale tego muru wszybowaniu nie uda się nam przeskoczyć mimo sukcesów w eksporcieciągników z dyszlem na gąsienicach i płodów rolnych.
Anioddziałowy, zasłużony starszy przodownik L., a tym bardziej osadzenitu marzyciele i fantaści, tak uparcie i twórczo lecący na świra,pierdlowych wznoszeń nie oglądają. Jednak każdy z nich wewnątrz nawyznaczonym posterunku współtworzy tę siłę napędową, która ożywając iemanując pod wpływem księżyca, pozwalała animować w kryminale noccudów. Oczywiście, wyłącznie w takim, gdzie eksperymenty swerealizuje lekarz specjalista Zaporożec, prawie już doktorrzeczywisty. Inaczej być nie może, pomyślał psychiatra, słysząc krokikulejącego oddziałowego, nieporadnie skradającego się w stronę celiGromy. Ten nieostrożny ruch, nie w porę i tak niezgrabnie wykonany,niebacznie zmącił tajemniczą atmosferę. Zdawało się, że więzienie,będąc u szczytu swego orbitowania, nagle straciło moc unoszenia się.Zrobiło się smutno, szczury zaczęły piszczeć, księżyc odwróciłwykrzywioną ze wstrętem twarz i cały oddział z rumorem spadł na pysk,w przypisane sobie miejsce.
- Totylko Groma zleciał z wyrka i stąd taki rumor, panie dyrektorze -uspokoił oddziałowy z okiem wbitym w wizyterkę.
Doktornie lubił oddziałowego, człowieka zupełnie bez wyczucia. Należało zkwadrans poczekać. Tyle jeszcze mogło się zdarzyć.
Jeszczejedna sprawa wymagała odrębnego potraktowania. Nie mieściła się wznanych doktorowi kanonach świrowania, a jej nietypowość nakazywałachoćby umiarkowaną ostrożność. Doktor Oczko przystanął przedkolejnymi drzwiami. Ten tam pacjent, dróżnik, wprawdzie nie sprawiałwrażenia starającego się o żółte papiery, przeważało w nim poczuciewiny; nie kwestionował zasadniczej przyczyny tragicznego w skutkachwypadku na przejeździe. Tak, to on pełnił tam służbę, aleszlaban żem zamknął,powtarzał,ina chwileńkę pognało mnie na stronę, tylko żem usiadł i wtedyzadudnił przejeżdżający towarowy skład a TO na mnie zleciało, rozbiłowychodek z serduszkiem w drzazgi, a wcześniej musiało i o szlabanzawadzić, ryczało okropnie jakby trąby jerychońskie zawyły i pognałow las. Tylko żem TEGOTAM zadek jeszcze dojrzał, z ogonkiem ikokardką. Z różową kokardką. A zad był... no, ogromniasty, jakby usłonia, dalibóg, właśnie, właśnie, słoniowy on był, panie doktorze.
Latającysłoń z kokardką na ogonku... - pacjent tej wersji się trzymał,a przecież w znanych doktorowi annałach nikt jeszcze takiegoprzypadku nie opisał. Co innego, gdyby takie bredzenie wymyśliłalkoholizujący się poeta, albo przebywający właśnie w szpitalu naodwyku ulubiony rzeźbiarz, to co innego, ale dróżnik, facet ledwiepiśmienny, bogobojny do przesady, przesiedleniec zza Buga, nieskorydo konfabulacji, a jednocześnie przyjmujący na siebie tragiczneskutki nawiedzenia przez słonia z kokardką, a co do słonia, topacjent uparty i trwały w opisie zdarzenia. Musiałotakbyć,dowodził,żeten chyba słoń wypadł z towarowego i poleciał na wychodek, naszlaban, no i pognał w las, panie doktorze. Narobił szkód i zwiał,ale dalibóg, za wypadek na przejeździe ja odpowiadam, mogłem żemzostać i nie gonić paskudę.
Nawetsędzia stosujący nakaz wobec dróżnika oskarżonego o niedbalstwo ispowodowanie wypadku na przejeździe, skutkującego śmiercią kierowcy ipoważnymi ranami towarzysza sekretarza gromadzkiej rady, miałwątpliwości, co do poczytalności tego obywatela. Dróżnik wydawał sięzatem, z wielu powodów szczególnym pacjentem i już po paru dniachstał się właściwie ulubionym podopiecznym doktora, bo nie sprawiałtyle kłopotów, co odpychający kościelny. A po tygodniu zdawał sięnawet lokomotywą w naukowym zaczynie historii nieznanej dotąd naświecie choroby. Jako skutek wpływu surrealnych wizji rodem zimperialnego świata fantazji (z latającym słoniem) na zdrowiepsychiczne polskich obywateli, którzy nigdy nie słyszeli o pijackichfantasmagoriach takiego, powiedzmy, Dalego i jego płonącej żyrafie.Należało tylko znaleźć istotne związki na oddziaływanie, choćbypodświadome, i już dałoby się wejść głębiej w nurt dywagacji: słoń asprawa polska. Tak więc dróżnik i jego słoń, warci byli dodatkowychobserwacji, rozmów, testowania oraz eksperymentów, których doktorjeszcze nie przemyślał. Musiał znaleźć wsparcie u kogoś zministerstwa, by nie narazić się na śmieszność towarzyszy, gdyż samohasło latający słoń z kokardką, na dodatek różową, budziłospontaniczny śmiech u każdego, komu opowiadał przypadekpacjenta-dróżnika. A swoją drogą, może to jakiś nierozpoznany przezpsychiatrię archetyp i nic to, że tak odległy od teorii Junga, czynawet i Freuda, więc należy się mu szczególna uwaga, postanowił,patrząc przez judasza, za którym dróżnik darł w irytacji kartkę zakartką, próbując wpierw najtrafniej narysować latającego słonia. Zakażdym razem ukonkretniał ogromny słoniowaty zad i... I tylko zad.Wszakże zawsze z kokardką. Ale zad, czyli po prostu dupa, mogła byćśladem prowadzącym w głębsze pokłady dróżniczej wyobraźni ichorobliwych skojarzeń. Jutro niech oddziałowy dostarczy oskarżonemurównież kredki, pomyślał. I kolejne arkusze brystolu. Poza tym wartoprzeanalizować podarte już artefakty, bo być może, na którymś odnajdąsię i inne fragmenty największego ze ssaków... Doktor ugryzł się wjęzyk, bo przypomniał sobie wale i humbaki, które przecież też mogływypaść z towarowego składu i rozbić klozet przy wartowni dróżnika.Machnął ręką na kotłujące się naukowe skojarzenia i doszedł downiosku, że latający słoń, choć ciężki, to jeszcze nie najgorszyprzypadek.
Dalejruszył żywszym krokiem i już bez nadziei, że dmąc w zaczarowany flet,zdoła wyprowadzić z kryminału wszystkie szczury, czym zubożyłby bezwątpienia przeżycia poddanych mu obserwacji kandydatów na wariatów.Łatwiej wówczas ich rozpracować: dojść prawdy, znaleźć niezmąconyniczym algorytm, dający stuprocentową pewność, że orzeczenie opoczytalności jest niepodważalne z naukowego punktu widzenia.Niestetykolego,jak stwierdził autorytatywnie promotor pracy doktorskiej MarcelegoZaporożca, psychiatriato bardziej wiedza niż nauka; to nie matematyka, ani fizyka;zwłaszcza ta z Zachodu, rozumie się.Wtedy doktor postanowił, że uczyni stosowaną przez siebie wiedzępsychiatryczną, niekwestionowaną nauką. I temu poświęcił ostatnie dwalata badań; eksperymentów, które miały zwieńczyć jego doktorskąrozprawę, zawierającą rewelacyjną naukową teorię. Nowatorską w skaliświatowej i wartą Nobla. W zasadzie, praca już złożona do druku,aczkolwiek z otwartym ostatnim rozdziałem, czekającym na ostatecznezamknięcie i kropkę triumfatora.
Wszedłdo ulubionego gabinetu. Mówiono o nim noradoktora,i że to jedyne miejsce w kryminale, gdzie jest ciemniej niż u Murzynaw dupie, co było lekką przesadą, bo wystarczyło otworzyć drzwi,wejść, zapaść chwilowo w ciemność, a po dziesięciu sekundach ożywałalampka nad dużym prostokątnym stołem, stojącym po drugiej stroniedługiego jak noc, pozbawionego okien gabinetu. Światło włączało sięsamoczynnie, na patent, który doktor przywiózł z jakiejś naukowejkonferencji psychiatrów w Związku Radzieckim. Lampana stole oświetla część blatu i rzuca refleksy na fragment podłogi,na odległość metra i dwudziestu trzech centymetrów od krawędzi stołu,mierzoną w rzucie pionowym.Tymsamym pod stołem panuje większy półmrok niż przed stołem. Od drzwi dostołu biegnie przestrzeń czterometrowa wyłożona drewnianą podłogą zdesek sosnowych, nielakierowanych i kiepsko oheblowanych, tak, żestanowią one solidne oparcie dla stóp wchodzącego pacjenta.Przypominają podłogę większości cel (poza twardym łożem), stanowiącnaturalny dla pacjenta wystrój - swego rodzaju udomowienieotoczenia...
Gdyrozbłysło światło, doktor był już przy stole, uświadamiając sobie, żeprzez moment recytował z pamięci fragment opisu technicznegowyposażenia gabinetu, w którym przeprowadza eksperymentalne badaniapsychiatryczne. Zwykle wchodzący więźniowie-pacjenci, za którymizatrzaskiwały się drzwi, martwieli w ciemności po przekroczeniu progupomieszczenia, zastygając w oczekiwaniu i zdziwieni mroczną,niesamowitą aurą, budowaną rosnącym natężeniem pierwszych taktów IIISymfonii Es-durDymitra Szostakowicza, zwanej też Pierwszomajową.Monumentalizm i patos płynący z głośnika, z rosnącym natężeniemekspresji i eksplozją witalności, jak przystało na zaangażowanesocjalistyczne dzieło, rosły do ok. 65 decybeli. To wystarczało nawywołanie wstępnego szoku. Nie da się ukryć, doktor najpierw planowałwykorzystanie EtiudyrewolucyjnejChopina, ale inspektor z ministerstwa, poniekąd nadzorującyeksperyment, przekonał, że pierwsze takty etiudy, choć grane szybko,nazbyt długo przechodzą w minorowe, harmoniczne pasaże, i za mało wnich życia. Doktor osobiście wolałby szczególnie posępny nastrój VISymfoniiMahlera, tak pełnej beznadziei i bólu, zaczynającej się gwałtownym,rytmicznym, a wybijanym na kotłach marszem w tonacji a-moll, ale tenutwór niósł z kolei - zdaniem pułkownika z centrali - takbezwzględną siłę oraz agresję, że pacjenci mogli eksperymentu niezdzierżyć. Zwłaszcza osaczeni ciemnością. I tak, większość zprzebadanych (85 procent) przechodziła w nurcie Pierwszomajowejledwie metr i drętwiała w bezruchu na dalszych dziesięć sekund, którezdawały się im wiecznością. A z tej kwalifikowanej większości,jeszcze większa większość (99 procent) rzucała przekleństwami,najczęściej: kurwa,dajcie światło.I światło się stawało. Właśnie, tu cię mam, myślał wówczas doktorZaporożec, ukryty pod stołem. Czekał, aż delikwent lecący na świra,przyzwyczai wzrok do nagłego olśnienia i widoku stołu z błyszczącą,glansowaną codziennie przez doktora czaszką po prawdziwymkościotrupie oraz zarysu pustego krzesła za stołem. Kolejne sekundymijały. Kandydat na wariata zwykle czynił bardzo niepewnie kolejnedwa kroki przed siebie. Żaden nie odstępował, co najwyżej niektórzystali nadal osłupieni. Gdy w dwudziestej piątej sekundzie muzykaakcentowała grozę, niesamowitość, a jednocześnie szczerość otwartejna zmiany duszy radzieckiego kompozytora, Zaporożec wypełzał naczworaka spod stołu i zaczynał warczeć. Całe pięć sekund. W oczachpacjentów zapalało się zdziwienie, walczące z niepewnością. WtedyZaporożec, szczekając i warcząc na przemian, tocząc z pyskapianę, rzucał się do gryzienia. I co? Na pięćdziesięciu ośmiuprzebadanych, żaden nie ustał w miejscu, większość rzucała się doucieczki, waląc pięściami w drzwi gabinetu (które od wewnątrz niemiały klamki), a aż 24 wskoczyło na blat stołu, z czego 12 krzyczało:wariat!albo: zabierzcietego pojebańca- i ci byli najzdrowsi. Eksperyment przebiegał zastanawiającoudanie. Miał wszelkie cechy powtarzalności i osiągania tych samych zakażdym razem skutków, spełniając warunki bezwzględnej naukowości.Jest wzór, podstawiamy dane, a wynik za każdym razem potwierdzaprawdziwość unikatowego w swej genialności algorytmu. Tak, nawet iprofesurę mam już w kieszeni, skonstatował doktor, siadając ostrożniena niewygodnym krześle. Jeszcze dwa, może i trzy badania, jeśliobejmie nimi również dróżnika, i można kończyć, postawić ostatniąkropkę w rozdziale epokowej pracy naukowej na temat powtarzalnościoraz sprawdzalności wyników badań w zakresie poczytalności tymczasowoaresztowanych, wobec których istnieje wątpliwość, co do rozpoznawaniaczynów zbrodniczych w chwili ich popełnienia.Bez wątpienia wyniki badań przysłużą się krajowi i wzmocnią znaczeniepolskiej nauki w świecie. Zachód rozdziawi ze zdziwienia gęby, możeposypią się nagrody. Poza tym pozostawała w odwodzie jeszcze niecoodrębna sprawa latającego słonia.
Doktorzatarł z zadowoleniem ręce. Podda zatem eksperymentowi więźniazwanego kościelnym i takoż Gromę, którego zbrodnię chce taknieudolnie zawłaszczyć ten obleśny typ, też jak Groma udającywariata. Doktor zastanawiał się, co też za licho podkusiłokościelnego, by wcielać się w Gromę, który zgwałcił i udusił córkękonkubiny, ale przecież jej nie rozpruł i nie poszlachtował. Akościelny i tak ma wystarczająco własnych grzechów na sumieniu. Zabiłksiędza. Przy ołtarzu, na oczach wiernych. Tuż przed poranną mszą, doktórej kościelny miał służyć, bo nie przyszli ministranci,proboszczowi doniesiono, że jego cywilno-świecki pomocnik uprawia naplebanii cielesny nierząd z nową, dopiero co obstalowaną gospodynią.Ksiądz był rozdygotany i mszę celebrował wielce roztargniony, akrótkie tym razem kazanie poświęcił wyłącznie piętnowaniu cudzołóstwai cielesnej nieczystości równieżtych, którzy przezprzypadekznajdują się teraz nieopodal ołtarza.Proboszcz mówił to z ambony, a najbliżej ołtarza stał właśniekościelny, co wszyscy widzieli i zrozumieli. Nieco późniejministrant-kościelny, zamiast wina próbował wlać księdzu do kielichawyłącznie wodę, za co został zrugany już przy ołtarzu. Następnieproboszcz nie podał mu komunii (pewnie, by uchronić go od grzechuśmiertelnego), a po ostatnim błogosławieństwie dodał, że niewszyscy tu zgromadzeni zasługują na miłosierdzie.I wtedy, gdy proboszcz odchodził od ołtarza, w zasadzie już pozakończeniu mszy, kościelny zdzielił go pięścią w nos. Ksiądz upadłna schody prowadzące do ołtarza. Gdy próbował się podnieść, dostałraz jeszcze pięścią, a kiedy kolejny raz wstawał, kościelny uderzyłgo paschałem. Tak nieszczęśliwie, że jeden z krzyżowych gwoździ wbiłsię w ciemię proboszcza, co spowodowało zgon. Dziwne, że nikt zwiernych, nie pospieszył z pomocą. Przyglądali się, co potwierdziłpóźniej główny świadek wydarzenia, funkcjonariusz SB, z urzęduopiekujący się parafią. Miał kolejny raz nagrywać homilię proboszczaznanego z tego, że wielce upolityczniał kazania i szczekał przeciwkoPartii, ubliżając rządzącym i kpiąc z osiągnięć ludowej isocjalistycznej władzy oraz internacjonalizmu, a takoż odwiecznejprzyjaźni polsko-radzieckiej. Chodziło też i o to, domyślał siędoktor, by usadzić księdza. Kościelny miał pewną rolę do spełnienia,bo jak wynikało pośrednio z akt sprawy, łobuz donosił na proboszcza izamierzał ułatwić jego kompromitację. Stąd podstawiona nowa gosposia,która jednak najpierw tak spodobała się kościelnemu, że ten samcząinicjatywą (naruszając gosposię), zepsuł dobrze zaplanowaną intrygę.Ksiądz trafił w zaświaty, kościelny za kratki z niejaką możliwościądołączenia wkrótce do wielebnego, jeśli dalej będzie durnym łbemwalił w ścianę. Doktor wie, że funkcjonariusz SB pytany przezprokuratora (co wynika z akt sprawy), dlaczego nie powstrzymałkościelnego, stwierdził, że miałinne zadanie do wypełnienia niż ochronę gościa w sutannie, który,mimo wielokrotnych zachęt płynących z wiadomego urzędu, odmawiałtajnej współpracy. A zarejestrowano go, co nakładało na mnie,specjalną ostrożność, gdyż sądziłem, że wysoki, dobrze zbudowanyproboszcz da sobie radę z tym cherlakiem, walnie go lichtarzem, ibędzie po kłopocie. Bez podpisywania czegokolwiek, będziemy go mieli,nie?Jednak kościelny mimo rachitycznej budowy i nieskrywanej skoliozyokazał się bitniejszy. Zasłużył wszakże na niełaskę, bo w śledztwieokazało się, że w przeszłości popełnił zbrodnię na ukrywających siępodczas okupacji Żydach. Kaes grozi mu bezwzględnie, a tak nieudolniesię broni, udając świra. Doktor, w zasadzie cieszył się, że trafił naprymitywa, nieuka, który choć sprawował posługi kościelne, nie znałhistorii religii chrześcijańskiej w Polsce, ani też tak wymownychfaktów z życia Kościoła, jak mord dokonany przez króla BolesławaŚmiałego na świętym biskupie Stanisławie ze Szczepankowa, u stópołtarza wawelskiej kaplicy. Gdyby pacjent o tym wiedział, ani chybi wceli pod czwórką, łbem o ścianę waliłby teraz w pierdlowej pokuciekościelny w koronie, jako emanacja wyklętego przez papieża władcy. Itak jest wystarczająco upierdliwy w nieustannym ględzeniu o swoichtrzech głowach i wznoszonych antyfonach do obserwujących go lekarzy.Wyjątkowo ostatnio męczący, durnowato ekspansywny. Tymczasem, tuż posąsiedzku, po drugiej stronie korytarza, bo naprzeciw, Groma czaisię, szykując pewnie jakąś niespodziankę. Ostatnio przycichł, coświęc kombinuje, czymś chce zaskoczyć.
Zatemzamykamy eksperyment, postanowił doktor. Kończymy na Gromie ikościelnym Horoszczuku. Będą pięknym zwieńczeniem moich badań.Dróżnika zostawimy nieco na potem. Wyjął z lewej górnej kieszenifartucha fajkę, z prawej dolnej - metalowe puzderko z tytoniem.Nabił, zapalił i pyknął najpierw rozpoznawczo, a następnie uruchomiłulubiony parowozik, puszczając rytmicznie w górę ponad głowę, chmurkiz aromatycznego dymu. Pogłaskał po glacy wypolerowaną - zdjętąz najprawdziwszego szkieletu - czaszkę, przesuwając ją bliżejkrawędzi stołu, tak by była gotowa na przyjęcie jutrzejszych,ostatnich delikwentów. Zintensyfikował pykanie i patrzył jakpuszczane kółka, dopracowane w swej symetryczności, płyną w stronęzatrzaśniętych drzwi ku ich górnej krawędzi, gdzie była szpara. Zachwilę aromat rozejdzie się po korytarzu, doleci do oddziałowego,który zacznie kaszleć, bo ma astmę, a to spowoduje, że funkcjonariuszszybko podejdzie do drzwi gabinetu i je otworzy. Piękny wymyśliłemsposób komunikowania się z oddziałowym, skonstatował doktor. Alfabetdymno-aromatyczny, niby metafizyczno-inkaski, ale po naszemu. Możemygo jeszcze udoskonalić, przeszło mu przez myśl, której nie zakończyłkiełkującą już hipotezą, bo drzwi się otworzyły, a w nich, w smudzefajkowego zaćmienia, pojawił się cień. Jakby widmo kościelnego. Izaraz drugi, chyba Gromy...