Słońce
Nie wszedł jak błysk, nie potrzebował fanfar. Był - jak oddech
w pokoju, który istniał, zanim go zauważono.
Zjawiał się nie w centrum, lecz tam, gdzie myśli zbiegały się
w zmierzch, gdzie światło trzeba było wnosić jak wodę
w dłoniach, między niepewność a przemilczenie.
Był słońcem - nie tym, co parzy, ale tym, co w cieple uczyło
kamień, jak stać się ziemią, a ziemię - jak przyjąć nasiono.
Nie mówił: "jestem z tobą" - po prostu był. Z herbatą, z ręką na
oparciu krzesła, z milczeniem, które rozplątywało dzień jak supeł
w starym sznurze, jak dłoń, co przykrywa koc, nim spytasz.
Nie świecił, by być dostrzeżonym. Był światłem bocznym, które
nigdy nie grało głównej roli, ale wskazywało drogę tym, którzy
nie pytali o drogę, i nie oczekiwali przewodnika.
Gdy coś gasło, nie rozjaśniał - po prostu trwał, jak źródło, które
sączy się nawet wtedy, gdy nikt nie pije, a ziemia nie daje znaków.
Twarz - jak otwarta książka, głos - jak drewno, które nie pęka,
serce - gotowe jak stół, który nie wybiera gości, ale zawsze
czeka, zawsze zostawia miejsce na jeden talerz więcej.
A gdy przyszedł dzień, który miał zostać zapamiętany - nie było
fanfar, nie było podpisów. Było spojrzenie, w którym mieścił się
cały alfabet zgody, tak cichy, że można go było tylko poczuć.
I wtedy wszystko, co było codzienne, pękło - i ukazało światło
od środka.
Cicha siła
Nie potrzebowała imienia.
Ani pomnika.
Była jak cień pod dachem -
nie rzucała się w oczy,
ale trzymała konstrukcję.
Nie stawiała oporu.
Nie wznosiła głosu.
Po prostu stała -
jak glina, która nie pyta,
dlaczego formują ją cudze dłonie.
Zmęczenie?
Nie przyszło z burzą,
ale z rytmem dnia
rozdrobnionego jak kreda
na tablicy cudzych planów.
Jej siła nie była walką.
Była zgodą.
Nie na to, co ją spotyka,
lecz na to, by nie zgubić
siebie w milczeniu.
Traciła siebie - powoli,
jak kurz, który znika
z mebli, a zostaje w powietrzu.
Gdy coś gasło,
nie próbowała zapalać.
Stawała obok,
jak obecność,
która nie potrzebuje potwierdzenia.
Cisza - była jej językiem.
Nie ucieczką,
lecz przestrzenią,
gdzie sens mówi szeptem,
a prawda - nie wymaga widowni.
Tam, gdzie świat oddycha wolniej
Wspina się myśl po cichych krawędziach,
jak cień, co tańczy w świetlnych korytarzach.
Kamienie słuchają - milczą głęboko,
a każdy krok wybrzmiewa wysoko.
Gałęzie świerków - smyczki powietrza,
wśród nich prześwituje światło - jak pierwsza
prawda, co przyszła nie po to, by mówić,
lecz by się w ciszy nauczyć nie gubić.
Potok - jak strofa, co płynie bez końca,
nie znając pytań, nie szukając słońca.
Po prostu biegnie. W zgodzie z nurtem.
I w tym - odwiecznym. I w tym - najczulszym.
Góra nie czeka. Nie woła, nie sądzi.
Jest tylko kształtem w śladzie podróży.
A człowiek - cząstką tej wielkiej pieśni,
którą się słyszy, gdy nic się nie śni.
Bo czasem trzeba zejść z własnych dróg,
by znaleźć ślady, co były tu już.
Nie w wielkich sprawach, lecz w małym trwaniu -
w jednym oddechu, w jednym słuchaniu.
Tam właśnie płynie Melodia ziemi -
w przestrzeni, co nie zna imion ni chemii.
W prostym spojrzeniu, w zgodzie z milczeniem,
odnajdziesz sens - nie przez zrozumienie.