Zapiski z Tajpej - Rebecca F. Kuang

-
Proszę czekać

 

Jeden

Kiedy dotarłam na lotnisko Logana i znalazłam wreszcie swoją bramkę, okazało się, że na wejście na pokład - lot United Airlines z Bostonu do Tajpej, z przesiadką w San Francisco - czeka całkiem spora grupa studentów azjatyckiego pochodzenia.

Co więcej, kojarzyłam jedną z kręcących się tam dziewczyn. Chodziłyśmy razem na jakieś zajęcia i byłam prawie pewna, że ma na imię Joyce albo Jessica. Reszty nie znałam. Nie miałam jednak wątpliwości, że to Amerykanie o chińskich korzeniach, udający się do Tajpej na naukę chińskiego, ponieważ był akurat pierwszy tydzień czerwca - moment, w którym rozpoczynają się letnie intensywne kursy językowe. Poza tym wszyscy rozmawiali wyłącznie o tym, czy w San Francisco zdążą się przesiąść; zastanawiali się, czy będą musieli ponownie przejść kontrolę bezpieczeństwa i czy przed drugą częścią podróży trzeba raz jeszcze odprawić bagaż.

No i wyglądali na Chińczyków, chociaż nie na CHIŃSKICH Chińczyków. Zdradzała ich letnia opalenizna, zaróżowione policzki, włosy rozjaśnione przez słońce. Chińczycy ze Stanów zawsze wyglądają jak Chińczycy z Chin, których ktoś wrzucił na parę chwil na grilla.

Dwoje z nich ewidentnie się ze sobą przyjaźniło, cała reszta sprawiała wrażenie co najmniej znajomych z roku. Jedna dziewczyna miała na sobie bluzę z logo Harvardu, uznałam więc, że wszyscy są studentami z okolic Bostonu. Możliwe, że ich celem była Akademia Harvardzka w Tajpej, instytucja rywalizująca z uczelnią, do której udawałam się ja. Po chwili temat dyskusji zmienił się na obowiązkowe punkty do zaliczenia w trakcie wyjazdu. Zainteresowanie większości koncentrowało się wokół jedzenia: chcieli spróbować słynnej tajwańskiej zupy z wołowiną i makaronem i wypełnionych bulionem pierożków z czarnymi truflami serwowanych w historycznym, pierwszym lokalu sieci Din Tai Fung. Ciekawiły ich także takoyaki i skwiercząca, krojona w kostkę smażona wołowina serwowana na nocnym targu Shiling. Ktoś wspomniał o pieczonym kurczaku od Hawker Chana.

Każdy z tych smakołyków znajdował się również na mojej liście. Czytaliśmy te same blogi podróżnicze. Lecieliśmy do tego samego miasta, żeby robić tam te same rzeczy w tej samej plątaninie ciasnych alejek. W sumie nie powinnam czuć się zaskoczona, ale wrażenie było ogólnie dość dziwne. Moje plany na podróż nie różniły się praktycznie wcale od planów tak wielu innych podobnych do mnie studentów, wylatujących wraz ze mną jednego dnia, tym samym lotem. Wybieraliśmy się na drugi koniec świata w identycznym celu. Jeszcze godzinę wcześniej, kiedy żegnałam się z rodzicami, czułam się naprawdę bardzo dorosła. Ba, widziałam w sobie nieomal poszukiwaczkę przygód: oto miałam spędzić dziesięć tygodni w kraju, którego nigdy przedtem nie odwiedziłam, ucząc się języka, który już dawno wyparował mi z głowy. Rozpoczynałam podróż, która miała potwierdzić moją dojrzałość i pozwolić mi odtworzyć więź z własną kulturą. Tutaj, na lotnisku, okazało się, że na identyczną wędrówkę wybiera się znacznie więcej studentów.

Weszliśmy na pokład. W rzędzie przede mną usiadła dziewczyna w bluzie Harvardu, a miejsce obok niej zajął po chwili jeden z jej nowych kumpli. Przez chwilę zachwycali się tym szczęśliwym zbiegiem okoliczności, po czym, naturalnie, zaczęli flirtować. On studiował na MIT. Ona - ha, zgadłam! - na Harvardzie. Ciekawe, czy zna Priyę? Priyę z Choate? A ty? Znasz może Pete'a? Pete'a z klubu filmowego? Tak, wow! Jaki ten świat mały. Chłopak po kursie w Tajpej wybierał się na objazd Japonii; pięć dni w Tokio, pięć w Kioto. Dziewczyna z kolei zamierzała polecieć do Chin kontynentalnych i odwiedzić krewnych.

- Mam dziadków w Guangzhou - sprecyzowała. - Właściwie nigdy nie miałam okazji ich poznać. Ale kiedy poprawię swój chiński, będę mogła to nadrobić.

Moja rodzina również pochodziła z Guangzhou! Też chciałam spotkać się z babcią i dziadkiem! Przyszło mi do głowy, żeby trącić dziewczynę w ramię i podzielić się z nią tym spostrzeżeniem, ale zaraz potem dotarło do mnie, jak sama bym się poczuła, gdyby w samolocie jakaś bezczelnie podsłuchująca nieznajoma zaczęła mnie ni z gruszki, ni z pietruszki nachalnie szturchać, i odpuściłam.

Para z rzędu przede mną odkryła tymczasem, że w ubiegłym semestrze uczyli się chińskiego z tego samego podręcznika, i chłopak zaczął żartować z jednej z pojawiających się w nim postaci, Wang Penga. Ciekawe, czy Wang Pengowi uda się kiedyś wyrwać Li You? Przecież to taki chad! Dziewczyna w bluzie parsknęła śmiechem. Z jakiegoś powodu wezbrała we mnie nagła, przemożna fala niechęci do nich obojga. W zasadzie już ich znałam. Głowę bym dała, że mieszkali w Bay Area. Mogłam się też założyć, że w młodości uczyli się matematyki metodą Kumon albo według szkoły rosyjskiej. Na studiach na pewno wstąpili do jednego ze stowarzyszeń Amerykanów pochodzenia azjatyckiego i w jego ramach uczyli się robić tradycyjne papierowe wycinanki, poznawali właściwe metody nalewania herbaty i wprawiali się w kaligrafii, ćwicząc na specjalnych podkładkach, na których zamiast atramentem pisze się wodą, dzięki czemu pozostawione przez pędzelek koślawe, nierówne ślady znikają po wyschnięciu. Nie miałam cienia wątpliwości, że oboje pochlipywali na filmach Anga Lee i udawali, że świetnie rozumieją kino w wydaniu Wong Kar-Waia. Byłam też pewna, że z okazji Księżycowego Nowego Roku wręczali znajomym słodziutko brzmiące liściki w małych czerwonych kopertach, zupełnie jakby obchodzili walentynki. W porze Festiwalu Środka Jesieni kupowali - na dowód podtrzymywania starożytnej tradycji - podeschnięte ciastka księżycowe sprzedawane w azjatyckich marketach po stanowczo zbyt wysokich cenach. A potem strzelali sobie z tymi ciasteczkami selfiki i wrzucali je na Instagrama, opisując przeklejonymi z Google Translate tekstami: ?????!

Silniki startującego samolotu ryknęły głośniej i nachyliłam się lekko w fotelu, by nie uronić z ich rozmowy ani słowa. Chciałam usłyszeć, jak mówią po chińsku. Chciałam stwierdzić, że kompletnie nie radzą sobie z tonami i mają koszmarne braki w słownictwie - że oboje są jeszcze bardziej zamerykanizowani, o wiele bardziej zepsuci niż ja.

Ich chińszczyzna okazała się jednak ani lepsza, ani gorsza od mojej. Sama także uczyłam się z podręcznika "Integrated Chinese". Ja również znałam Wang Penga. Nasze lato miało wyglądać tak samo, wszyscy troje chcieliśmy wypełnić w sobie identyczną lukę, nadrobić podobne braki, a jedynym, co mogło w tym pomóc, był upływ czasu - dziesięć tygodni spędzonych w Tajpej, wśród ludzi posługujących się językiem naszych matek. Po tym czasie zamierzaliśmy triumfalnie powrócić i zachwycić wszystkich perfekcyjnie oddanymi tonami; mieliśmy się stać znacznie lepszymi Chińczykami, niż byliśmy dotąd.

-

Kilka tygodni przed wylotem przystąpiłam do dwóch wirtualnych egzaminów wstępnych mających określić mój poziom znajomości języka. Pierwszy miał formę pisemnego testu, drugi polegał na rozmowie. Część pisemna skonstruowana była w taki sposób, że odpowiadałam na stopniowo coraz trudniejsze pytania. I miałam wrażenie, że radzę sobie całkiem nieźle. Do momentu, kiedy dotarłam do ostatniej sekcji.

Zadanie sprawdzało rozumienie języka pisanego: cztery teksty, gęsto wypełnione chińskimi znakami bloki, po których następowały cztery dotyczące treści pytania wielokrotnego wyboru. Na widok tak długich szeregów chińskich znaków panikowałam od zawsze. Kiedy czytałam je oddzielnie, ostatecznie, po chwili namysłu stawały się zrozumiałe; zestawione w ciąg, tworzyły nieprzebyty chiński mur sensu. Poszczególne kreski zlewały się ze sobą i nawet jeżeli próbowałam podchodzić do znaków jeden po drugim, nie byłam w stanie ich odcyfrować dostatecznie szybko, by powiązać ze sobą znaczenia.

Raz po raz zerkałam na zegar. Zostało mi tylko jedenaście minut. Przebiegałam tekst oczyma, usiłowałam się przedrzeć przez niewidoczną barierę, ale udawało mi się zrozumieć jedynie oderwane zdania i zwroty. Miałam przed sobą list studentki do rodziców. Tyle wiedziałam, ponieważ pierwszy akapit rozpoczynał się słowami "Drodzy mamo i tato", a całość wieńczyła formułka "Wasza córka, Ktoś-tam-ktoś". Odczytywanie chińskich imion i nazwisk szło mi koszmarnie. Zawsze składają się z rzadko spotykanych rzeczowników, oznaczających na przykład "kwiat śliwy" albo "żarzenie się" - słów, których nie miałam szansy ani powodu poznać. Panna Ktoś-tam-ktoś radziła sobie w tym semestrze całkiem nieźle. Wspominała o sesji i feriach zimowych. Potem napomknęła jeszcze o otwartym oknie. W tym miejscu straciłam wątek na dobre.

Przeszłam więc od razu do pytań. Pierwsze dwa okazały się stosunkowo łatwe. Kto jest autorem listu? Studentka. Jaka jest pora roku? Zima. Trzecie pytanie brzmiało: Dlaczego w jej pokoju panuje bałagan?

No właśnie, dlaczego? Ponownie spróbowałam doszukać się w tekście jakichkolwiek poszlak. Okno było otwarte, coś spadło z jej biurka. Zaryzykowałam i trochę na chybił-trafił wybrałam odpowiedź ostatnią: z powodu włamania.

Następne dwa fragmenty dotyczyły motocykli i antykoncepcji. Nie miałam czasu, żeby się w nie zagłębiać; dostatecznie wiele kłopotu sprawiło mi samo zrozumienie pytań. Odpowiedzi wytypowałam, kierując się zdrowym rozsądkiem. Dlaczego w Tajpej mamy problem z korkami? Ponieważ po drogach jeździ za dużo samochodów. Dlaczego coraz więcej kobiet stosuje antykoncepcję? Dlatego że wychowanie dziecka jest bardzo kosztowne. Przemknęło mi przez myśl, że mogłabym przecież wrzucić te przeklęte akapity do apki tłumaczącej - strona z egzaminem nie była w żaden sposób zabezpieczona. Oparłam się jednak pokusie. W kwestii własnych słabości trzeba być uczciwym.

Ostatni tekst napisany był w klasycznym języku chińskim. Ma się on do współczesnego mandaryńskiego mniej więcej tak, jak łacina do angielskiego: na co dzień nie posługuje się nim nikt, ale rzucanie cytatów w tej mowie sprawia, że człowiek z miejsca wydaje się bardziej inteligentny. Lecz ja już dawno temu doszłam do wniosku, że nie mam po co uczyć się klasycznego chińskiego. Te pytania po prostu więc przewinęłam i kliknęłam "wyślij".

-

Rozmowa odbywała się za pośrednictwem kamerki. Bardzo się stresowałam, mimo że przecież cały sens egzaminu polegał na tym, że miałam zademonstrować swoje braki, które szkoła obiecywała wypełnić w trakcie letniego kursu.

Kiedy zaczynaliśmy, byłam głęboko przekonana, że lada moment się okaże, że chińskiego nie znam ani trochę i zostanę zdemaskowana jako oszustka bez widoków na poprawę. Poprzedniego dnia próbowałam wkuwać, ale nie osiągnęłam nic konstruktywnego, ponieważ gdybym potrafiła samodzielnie nauczyć się w ciągu doby całego języka, nie musiałabym przecież lecieć aż do Tajpej.

Całość zaplanowana została według czasu tajwańskiego - egzamin ustny rozpoczynał się punktualnie o północy. Gdy weszłam do odpowiedniego wirtualnego pokoju, ujrzałam na ekranie dwie kobiety siedzące za biurkiem. Jedna miała na nosie okulary; jej koleżanka była młodsza i sprawiała bardziej sympatyczne wrażenie. Przedstawiły się kolejno jako nauczycielka Zhang i nauczycielka Huang.

- Opowiedz nam o sobie - poprosiła nauczycielka Huang. Przez całą rozmowę odzywała się tylko ona. Nauczycielka Zhang ograniczyła się do sporządzania notatek i kilku uśmiechów, przy których jednak nie podnosiła na mnie wzroku.

- Studiuję na Uniwersytecie Yale, jesienią zaczynam drugi rok. Specjalizuję się w studiach wschodnioazjatyckich.

Wyrzuciłam to z siebie bardzo płynnie, ponieważ dzień wcześniej sprawdziłam, jak powiedzieć po chińsku "Yale" i "studia wschodnioazjatyckie". Dodatkowo przykleiłam sobie do ekranu niewielką ściągawkę: przekłady wyrażeń takich jak "chińskiego pochodzenia", "przybyłam do Stanów jako małe dziecko", "niechińskie środowisko" oraz "wywietrzało mi całe słownictwo, gdyż nie miałam powodu rozmawiać po chińsku".

- Jakie zajęcia chciałabyś wybrać? - zainteresowała się nauczycielka Huang.

- Zajęcia?

- Tak! Oferujemy szeroki wachlarz fakultetów. Możesz wybrać dowolne. Kultura, historia, literatura, film.

- Lubię czytać. - Skinęłam głową. - Literatura!

- O, świetnie! Czytujesz chińską literaturę?

- Czytuję chińską literaturę. - Kilka książek chińskich autorów czytałam w przekładzie przy okazji seminarium z literatury światowej. Miałam nadzieję, że to się liczy.

- Możesz wymienić chińskich pisarzy, którzy najbardziej przypadli ci do gustu?

Nagle okazało się, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie nazwiska żadnego ze znanych mi chińskich autorów; żadnego poza Lu Xunem, o którym wspominać nie chciałam, ponieważ Lu Xun jest powszechnie uznawany za ojca całej nowoczesnej literatury chińskiej. Odpowiedź "Lu Xun" brzmiałaby z grubsza tak, jak gdybym na pytanie o ulubionego autora angielskiego wypaliła "Szekspir". Ostatecznie wydłubałam z pamięci inne nazwisko:

- Zhang Ailing.

- O, proszę. Bardzo ciekawe! W Chinach jest szeroko znana. Mogłabyś powiedzieć kilka słów o tym, co w jej dziełach spodobało ci się szczególnie?

W tym momencie zrozumiałam, że wpadłam w poważne tarapaty. Wykroczyłyśmy poza standardowy scenariusz. Kusiło mnie, żeby przyznać, że czytałam Zhang Ailing jedynie po angielsku, ale nawet w tłumaczeniu literacka moc jej opisów i przenikliwość, z jaką opisuje zawiłości związków międzyludzkich, wydaje mi się powalająca. Mogłabym dodać, że jej najbardziej znane, czarno-białe zdjęcie, na którym ubrana jest w elegancką sukienkę cheongsam, uważam za zarazem zmysłowe i pretensjonalne. A potem jeszcze, że wiele czasu poświęciłam, zastanawiając się, jak to jest być pisarką, kobietą pragnącą zdobyć uznanie krytyki, i jednocześnie świetnie wyglądać. Niestety, nie miałam pojęcia, jak którekolwiek z powyższych zdań powinno zabrzmieć po chińsku.

Oto słowa i zwroty, które znałam: "druga wojna światowa", "Szanghaj", "miasto", "związki międzyludzkie". Pojęcia kluczowe, często pojawiające się w kontekście pisarstwa Zhang Ailing. Skleciłam je ze sobą, posługując się znanymi sobie regułami gramatycznymi, bez przerwy powtarzając przy tym, że jej książki bardzo, ale to naprawdę bardzo mnie pochłaniają. Nauczycielki Huang i Zhang nijak nie pokazały po sobie, czy uznały moją wypowiedź za satysfakcjonującą, czy wręcz przeciwnie.

- Masz może jakieś pytania? A może sama chciałabyś nam powiedzieć coś więcej?

- Ach, nie - rzuciłam. - To znaczy... - Chciałam dodać, że nie mogę się już doczekać kursu, ale akurat zapomniałam, jak po chińsku jest "doczekać się". W sumie chyba nigdy nie wiedziałam. W zastępstwie stwierdziłam zatem: - Bardzo się cieszę, że mogę odwiedzić Tajwan. I uczyć się. Razem z wami.

- My też bardzo się cieszymy - odpowiedziała nauczycielka Huang. Posłała mi promienny uśmiech i pomachała na pożegnanie, lekko kołysząc palcami. - Do widzenia!

Zniknęły. Jeszcze przez chwilę siedziałam przy biurku, wpatrując się we własne dłonie.

-

Anna czekała na mnie na przylotach. Dotarła na miejsce pół godziny przede mną, przyleciała z Tokio. Na długo wcześniej wymieniłyśmy się numerami lotów, przestudiowałyśmy plany terminali i wytypowałyśmy awaryjne miejsce zbiórki, na wypadek gdyby któraś z nas nie miała zasięgu. Pomimo tego fakt, że odnalazłyśmy się tutaj, na drugim krańcu świata, zakrawał w moich oczach na cud. Zmierzyłyśmy się spojrzeniami - cuchnące oddechy, zaklejone śpiochami oczy, przetłuszczone włosy - i parsknęłyśmy śmiechem.

- Koniecznie musisz zobaczyć łazienkę - powiedziała Anna. - W życiu nie widziałam tak czystych toalet publicznych.

Kupiłyśmy bilety na fioletowy pociąg pospieszny, który miał w pół godziny przewieźć nas z lotniska na główny dworzec kolejowy. Trasę opracowałyśmy zawczasu, i to naprawdę pieczołowicie, obejrzałyśmy nawet vloga jakiegoś podróżnika, który sfilmował całą drogę do centrum. Niemniej i tak poczułyśmy olbrzymią ulgę, kiedy okazało się, że automat z biletami rzeczywiście istnieje, bilety kosztują tyle, ile pisali w necie, a fioletowy pociąg przyjechał. Ostatecznie wyszłyśmy z podziemi i ujrzałam szeregi wieżowców strzelające pod niebo na tle wzgórz, w oddali rozkwitających w najprawdziwsze góry. Czytałam, że Tajpej zbudowano w niecce przecinającej wyspę doliny, czego skutkiem była spora ilość padającego w tym mieście deszczu. Wszystko było tam wilgotne, dzień w dzień. Tajpej nie atakowało światłem i jaskrawymi barwami, które zwykle kojarzyłam z tropikami: nie było złotych plaż, brakowało intensywnego błękitu. Pejzaż był mokry i rozmyty, wierzchołki wzgórz i lasy mieniły się mgliście, oprószone patyną zroszonej zieleni.

Poza mną i Anną nie było w wagonie żadnych innych turystów. Nikt poza nami nie dźwigał pękatych walizek, nikt nie gapił się przez okna, jakby w życiu góry nie widział. Wyobraziłam sobie, że wszyscy nasi towarzysze podróży przyjechali do pracy bądź powracają z niezbyt odległych wyjazdów. Kiedy spoglądałam na unoszące się i opadające wzgórza, coś ścisnęło mnie w piersi, zapiekły mnie oczy. Kompletnie nie wiedziałam, co myśleć o tej reakcji. Czy można poczuć nostalgię do miejsca, którego nigdy się nie odwiedziło?

-

Z Anną skumałyśmy się na studiach, siedziałyśmy w jednej ławce na lektoracie z chińskiego. Pierwszym, co zwróciło w niej moją uwagę, był śmiech. Wybuchała śmiechem za każdym razem, kiedy ktoś popełnił głupi błąd - na przykład jeśli zamiast "mama" powiedział przypadkiem "koń" lub "prostytutka" zamiast "kurczak". Ewentualnie jeśli ktoś zapomniał zastosować partykuły czasu ?, przez co w miejsce "odrobiłem lekcje" pojawiało się "odrabiam lekcje". Anna nie śmiała się złośliwie - był to uroczy, bezradny chichot, a poza tym najczęściej zaśmiewała się sama z siebie. Miała okrągłą, dziecięcą twarz, tchnącą dobrymi intencjami. Jej śmiech stanowił dla całej grupy swoiste wyzwolenie. Byliśmy gotowi ryzykować, narażać się na pomyłki i niezręczności, ponieważ w najgorszym wypadku Anna zaniosłaby się tym swoim chichotem. Kiedy było trzeba, zawsze dobierałam się z nią w parę, co miało taki efekt, że obie śmiałyśmy się do rozpuku i nie kończyłyśmy zadanego dialogu - najbardziej bawiło nas, kiedy na przykład miałam odgrywać zawiedzioną jej ocenami matkę albo kiedy Anna musiała wyznać, że leci na moją siostrę.

Poza zajęciami nie znałam Anny zbyt dobrze. Prawdę powiedziawszy, kiedy usłyszałam jej głos na lotnisku, poczułam się mocno zaskoczona. Po angielsku rozmawiałyśmy ze sobą rzadko, a od końca semestru komunikowałyśmy się, wyłącznie pisząc do siebie wiadomości i maile. Pomimo tego uznałam, że będzie dobrą towarzyszką. Dziwnie byłoby przylecieć do Tajpej z kimkolwiek innym z roku - z jakimś znajomym, który znał moje angielskie ja, ja prawdziwe. Anna poznała mnie po chińsku. Dzięki temu miałam szansę stworzyć swoją nową tożsamość tutaj, na jej oczach, i wiedziałam, że nie poczuję się z tym jak oszustka.

-

Jeszcze na lotnisku Taoyuan kupiłyśmy elektroniczne karty SIM i w połowie drogi do Tajpej moja komórka złapała sygnał. Napisałam do rodziców: "Wylądowałam bezpiecznie, jadę do mieszkania". W Stanach trwała głęboka noc, ale oboje zareagowali już po kilku sekundach.

"Uważaj na siebie" - przypomniał ojciec.

"Bądź niezwykle ostrożna, wodę pij tylko z butelki albo filtrowaną" - poradziła matka.

Jasmine, moja starsza siostra, nie odpisała; nigdy nie pisała na naszej grupie rodzinnej. Znalazłam za to wiadomość od Flory, mojej młodszej siostry: "Dotarłaś?".

Było to z jej strony ustępstwo. Przed wyjazdem mocno się ścięłyśmy. Zapomniałam już, co stanowiło zarzewie konfliktu - prawdopodobnie jakaś głupota, mogłam ją na przykład oskarżyć o kradzież moich ulubionych spodenek od piżamy - ale spór rozwinął się i przybrał iście apokaliptyczną skalę. Flora nie pojawiła się nawet na lotnisku, żeby mnie pożegnać. Wiedziałam, że porzuciłam ją w samym środku rodzinnego kryzysu, jednego z tych, które przeżywaliśmy regularnie co kilka miesięcy. Zdawałam sobie sprawę, że nie tyle jest na mnie zła, co boi się zostać sama. I miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, lecz nie dość poważne, żebym odwołała wyjazd.

"Tak!" - odpowiedziałam i załączyłam zdjęcie okolicznych wzgórz.

"Ładnie" - stwierdziła. "Odwiedzisz babcię i dziadka?"

"Nie w czasie tej podróży". Lekko mnie zirytowała.

"A to nie jest blisko?"

"Całe godziny lotu stąd. Zresztą nie mam chińskiej wizy".

Przez kilka chwil nie odpisywała. A potem:

"Trochę dziwne, że przeleciałaś taki kawał świata, a ich nie odwiedzisz".

Flora wiedziała, że nie mam wizy. Kiedy wybuchła z tego powodu awantura, była przy tym osobiście. Podjęła temat tylko po to, by się nade mną poznęcać. Nie odpowiedziałam, a ona nie napisała nic więcej.

-

Na dworcu głównym przesiadłyśmy się do czerwonej linii metra. Bilety kupiłyśmy w postaci kart, które trzeba było zasilić, co zajęło więcej czasu, niż według mnie powinno. Kart bowiem nie dało się kupić w automacie, za to doładowywało się je wyłącznie w automatach, więc udałyśmy się do specjalnego kiosku, gdzie - o czym usłyszałyśmy od sprzedawcy - przyjmowali jedynie gotówkę. Tak więc ruszyłyśmy na poszukiwania bankomatu, a następnie wypłaciłyśmy pieniądze - kolejno, wzajemnie pilnując jedna drugiej, na wypadek gdyby ktoś spróbował nas obrabować. Przejęłam ten nawyk od matki. Nieważne, w jakim mieście jestem; po prostu wiem, że przy bankomacie mogę zostać napadnięta. Cena karty wynosiła sto dolarów tajwańskich, do czego trzeba było doliczyć koszt przewalutowania. Naradziłyśmy się: sześćset dolarów wydawało się sensowną kwotą na początek. W tamtym momencie za jednego dolara amerykańskiego płacili trzydzieści tajwańskich, więc za kartę do metra wybuliłam dwadzieścia dolców. W sumie, jak na miesiąc, to całkiem niedrogo.

Powoli przyzwyczajałam się do dzielenia wszystkich cen na trzydzieści. Obie z Anną otrzymałyśmy stypendia tajwańskiego programu rządowego, wspierającego urodzone poza granicami osoby pochodzenia chińskiego chętne do nauki języka przodków. Pieniądze wypłacano nam w miejscowej walucie, lecz dla mnie nie miało to specjalnego znaczenia; ile dana rzecz jest warta, rozumiałam dopiero, kiedy przeliczyłam sobie daną sumę na dolary amerykańskie.

Tajpejskie metro okazało się niesamowite. Pociągi odgrodzone były od peronów przezroczystymi, szklanymi ekranami. Pasażerowie grzecznie ustawiali się wzdłuż linii wymalowanych na ziemi. Światła odliczały w pięciosekundowych odstępach czas do przyjazdu następnego składu, na który w najgorszym razie czekało się pięć minut. Pociąg czerwonej linii, kierujący się do Xiangshan, wjechał na stację gładko, niemal bezszelestnie i punktualnie co do sekundy.

Wysiadłyśmy na stacji Dongmen. Wtaszczyłyśmy bagaże po schodach i zgodnie z wytycznymi właściciela mieszkania wyczłapałyśmy wyjściem numer sześć na wyboisty chodnik ulicy Yongkang. Otwarte witryny sklepików i wolno stojące kramy wabiły lodowymi wiórkami polanymi owocowym syropem, kubkami kolorowej herbaty z perełkami tapioki, oszałamiającą rozmaitością odmian makaronu, plastrami pitai, stertami liczi oraz longanów, przyrządzanymi na parze bułeczkami z wieprzowiną, krakersami z nugatowym nadzieniem, smażonymi placuszkami z dymką. Oferta dosłownie zmiotła mnie z planszy. Tam nie było jak w New Haven, gdzie wszystko, na co człowiek akurat ma ochotę, pozostaje w ukryciu i najczęściej w dodatku za szybą; tu smakołyki czekały na wyciągnięcie ręki, same wręcz wybiegały do klienta, a ich ceny wypisane były na wiszących nad nimi deszczułkach. Nie trzeba było nawet znać nazw, wystarczyło pokazać palcem. W jednym sklepiku aż trójka sprzedawców próbowała wcisnąć mi na spróbowanie te same liofilizowane truskawki. Głęboko wtedy pożałowałam, że nie potrafię odpowiedzieć bardziej naturalnie niż "nie chcę, nie chcę, dziękuję".

-

Lee - nasz gospodarz - zgodnie z obietnicą czekał na nas przed kawiarnią. Nasze mieszkanie znajdowało się w nieoznaczonym kompleksie tuż obok. Zaprowadził nas na górę i gdy tylko otworzył drzwi, dotarło do nas, że popełniłyśmy straszliwy błąd.

Wynajęłyśmy to mieszkanie po wielu tygodniach przeglądania blogów podróżniczych, przeliczania budżetu i wnikliwego przeglądania ofert lokali z całego miasta. Noclegi można także było załatwić poprzez organizatorów naszego kursu, ale były to pokoje w akademikach - nie dość, że drogie, to za jedynych sąsiadów miałybyśmy zagranicznych studentów. Postanowiłyśmy zamieszkać w modnej wśród młodzieży okolicy i przyoszczędzić. W końcu nie po to przemierzyłyśmy pół świata, żeby kisić się wśród samych Amerykanów.

Tymczasem okazało się, że zdjęcia, które oglądałyśmy w sieci, sugerujące przestronne mieszkanko z salonem i oddzielną sypialnią, stanowiły rodzaj iluzji skrywającej maleńką kawalerkę.

Łóżko stało za cienkim przepierzeniem - to była owa oddzielna sypialnia. Kanapa - na fotkach ewidentnie mieszcząca przynajmniej osiem osób - okazała się dwuosobowa i stanowczo za krótka, by na niej spać, o ile ktoś nie miał ochoty podciągać kolan pod brodę. Co więcej, stała tak ciasno upchnięta pomiędzy ścianę i nieduży stolik, że nie było gdzie wcisnąć nóg. Tyle dobrego, że łazienka była czysta, aczkolwiek również maciupka. Wylewka prysznica wisiała bezpośrednio nad toaletą, z którego to powodu uchwyt na papier toaletowy nakryty był metalowym daszkiem.

- Jak się bierze prysznic, wszystko tu moknie - oznajmił Lee. - Jeśli chcecie, to mam tu takie plastikowe torebki, do których możecie chować rzeczy.

W budynku obowiązywał zakaz spuszczania papieru toaletowego do kanalizacji. Lee przypominał nam o tym raz za razem, z wielkim naciskiem. Podobno rury były stare i łatwo się zatykały. Podobnie sprawa się miała z większością ubikacji w mieście. Tajwan to nie Stany; spuszczając papier razem z wodą, mogłyśmy doprowadzić do poważnej awarii, a nawet do zalania całego budynku.

- Proszę, proszę, proszę. - Lee złożył dłonie jak do modlitwy. - Nie zapomnijcie.

Pokazał nam maleńką kuchenkę i pralkosuszarkę: obie stojące na wąskim zewnętrznym tarasie osłoniętym grubymi żelaznymi płytami, dzięki którym wonie gotowanych potraw nie dostawały się do środka.

- Jeśli będziecie same, nie zamykajcie drzwi od środka - uprzedził. - Blokują się automatycznie, więc utkniecie w środku, dopóki ktoś z ulicy nie wezwie policji.

Nauczył nas korzystać z miejscowego Wi-Fi, pokazał, gdzie znaleźć worki na śmieci, skąd nabierać wodę do picia i gdzie wyrzucać odpady. Śmieci segregowało się na trzy frakcje: odpady do recyklingu, zmieszane i zużyty papier toaletowy. Na koniec zapytał, czy mamy jeszcze jakieś pytania. Odpowiedziałyśmy, że nie. Zaraz potem wyszedł.

Raz jeszcze obeszłyśmy dokoła cały pokój i odbyłyśmy naradę.

Lee zawiódł nas obie, ale mimo rozczarowania uznałyśmy, że nie mamy podstaw domagać się zwrotu pieniędzy. Na WhatsAppie Lee traktował nas szalenie uprzejmie. Zanim przyjechałyśmy, odzywał się regularnie przez cały tydzień i zaproponował nawet, że zamówi dla nas taksówkę z lotniska. Wiadomości zawsze adresował do "swoich drogich, kochanych gości" lub "najdroższych Anny i Lily", a kończył je niezmiennie przynajmniej kilkoma emotkami serca. Kiedy wreszcie się więc spotkaliśmy, wydawał się nam niemal krewniakiem.

Co robić? Obie cały poprzedni rok sypiałyśmy na wąskich tapczanach, w niekomfortowo małej odległości od nieprzesadnie lubianych współlokatorek. Owa wymuszona intymność sprawiła, że mocno zależało nam na prywatności. Nocować w jednym łóżku, odgrodzonym od pokoju tylko mizernym przepierzeniem; brać prysznic, stojąc nad toaletą - wydawało się, że to mimo wszystko lekka przesada.

- No wiesz, w azjatyckich miastach jest po prostu mniej przestrzeni - zauważyła racjonalnie Anna. - Wszędzie byłoby podobnie.

- No, w sumie. Poza tym nie będziemy przecież siedzieć w domu - dodałam.

- Właśnie. Najważniejsze, że jest się gdzie przekimać.

Uznałyśmy, że spróbujemy spać w jednym łóżku, a jeśli którejś z nas się to nie spodoba, przeniesie się na kanapę. Ewentualnie mogłyśmy zajmować łóżko na zmianę. Raz ja, raz ona. Damy radę. Tego rodzaju przeciwności rozwijają charakter. Nasi rodzice, kiedy studiowali w Chinach, sypiali na ciaśniutkich pryczach w pokojach, w których nierzadko gnieździło się po sześć, osiem, dziesięć osób. Ba, nasi rodzice przeżyli nawet komunizm. Chyba i my możemy zacisnąć zęby?

-

Następnego dnia rano przestudiowałyśmy rozkład jazdy autobusów, złapałyśmy kurs linii dwieście siedemdziesiąt osiem, z przystanku Stacja Wende przejechałyśmy na ulicę Fuxing, a następnie ruszyłyśmy piechotą i po dziesięciu minutach spaceru dotarłyśmy na Wydział Filologii Chińskiej Państwowego Uniwersytetu Tajwańskiego.

Nasz kurs miał się odbywać na drugim piętrze. Na pierwszym zaplanowano inny letni kurs chińskiego, ale taki, o jakim w życiu nie słyszałam. Nie figurował na liście kursów zaaprobowanych przez moją rodzimą uczelnię. Sprawiał wrażenie znacznie mniej poważnego. Ściany obwieszone były wielkimi, kolorowymi plakatami z podstawowymi znakami w rodzaju ? lub ? oraz ulotkami, na których zdjęcia przedstawiały stojących na jakimś polu studentów, uśmiechniętych i machających przyjaźnie rękoma. Wszyscy mieli na sobie koszykarskie szorty. Sprawiali wrażenie zbyt radosnych.

Wspięłyśmy się piętro wyżej. Na drugim żadnych plakatów nie było. W głównym korytarzu wisiał telewizor wyświetlający jedno ze zmieniających się z dnia na dzień chengyu, czterowyrazowych chińskich idiomów. Aktualne brzmiało ????, co oznacza "ocean wiedzy jest bezkresny". Zrozumiałam, że hasło miało być dla nas zachętą, lecz z jakiegoś powodu odebrałam je jak groźbę. Doskonale odzwierciedlało moje nastawienie do nauki chińskiego. Przy każdym podejściu miałam wrażenie, że tonę w odmętach wszystkiego, czego wciąż nie umiem.

-

Byłyśmy przekonane, że na spotkanie zapoznawcze stawimy się jako jedne z pierwszych, ale główna aula okazała się już wypełniona po brzegi. Żeby znaleźć dwa wolne miejsca, musiałyśmy się wbić głęboko między rzędy ławek.

- Cześć, Lily!

Dopiero po chwili rozpoznałam siedzącego obok chłopaka. Skipper Leys. Kojarzyłam go z twarzy; po prostu w tym kontekście zupełnie się jej nie spodziewałam. Nie miałam pojęcia, że uczy się chińskiego. Skipper mieszkał w moim akademiku, ale nie znaliśmy się za dobrze. W sumie nie znałam nikogo, kto blisko kumplowałby się z tym kolesiem, gdyż w myśl powszechnej opinii Skipper był dziwolągiem. Poruszał się niepokojąco sztywno, kiedy mówił, przestawał mrugać, a na dodatek zawsze miał na sobie sportową kurtkę. Nie zdejmował jej nawet w stołówce. Główną cechę jego osobowości stanowił fakt, że należał do Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy.

Zapytałam, co słychać.

- Przeżywam bardzo interesujące lato - odpowiedział. Skipper nigdy nie udzielał skrótowych odpowiedzi. Zdążył już ukończyć trzytygodniowe stypendium badawcze pod okiem naukowca, który zasłynął z zastosowania w analizach relacji chińsko-amerykańskich koncepcji tak zwanej pułapki Tukidydesa. W skrócie teoria ta przedstawia się następująco: Ameryka jest mocarstwem schyłkowym, Chiny przeżywają właśnie rozkwit, zatem, podobnie jak w przeszłości stało się to udziałem Aten i Sparty, oba państwa skazane są na konflikt.

Po studiach Skipper planował znaleźć zajęcie w Wywiadzie Sił Powietrznych i właśnie dlatego przyjechał uczyć się chińskiego do Tajwanu, które to państwo uważał za najważniejszego sojusznika Stanów w regionie Azji i Pacyfiku. Był zdania, że musimy się przygotowywać do wojny o Tajwan, która wybuchnie nieuchronnie jeszcze przed końcem dekady. Na razie, mówił, działania Chin ograniczone są za sprawą kilku czynników. Przeprowadzenie inwazji lądowej wyspy byłoby przedsięwzięciem niezwykle wymagającym logistycznie, z uwagi na łańcuch górski osłaniający wszystkie najważniejsze skupiska ludności. A w Tajwanie znajdują się najważniejsze na świecie fabryki produkujące półprzewodniki, w związku z czym Chiny nie mogą zaryzykować zakrojonych na szeroką skalę, niszczycielskich bombardowań. Poza tym ChAL-W, to znaczy Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza - jak uczynnie wytłumaczył Skipper - musiałaby przed lądowaniem na wyspie przebyć wody Cieśniny Tajwańskiej, a tego nie mogła zrobić tak po prostu, ponieważ w rejonie stacjonują amerykańskie okręty wojenne. Aczkolwiek ich siła odstraszająca również nie jest nieograniczona. Konflikt był w gruncie rzeczy przesądzony; trzeba się po prostu szykować. A czy mam rodzinę w Tajwanie? Może na kontynencie? Dziadków? Oj, niedobrze, powinnam się zastanowić, jak by ich ściągnąć do Stanów. Gdybyśmy potrzebowali pomocy z wizami, to Skipper ma kilku znajomych kongresmenów stanowych.

Wszystko to przekazał mi naglącym, pełnym emocji szeptem, tuż przed tym, jak w sali pojawiła się lektorka, która zaczęła omawiać reguły rządzące kursem.

-

- Podstawową zasadą jest całkowite zanurzenie w języku - ogłosiła nauczycielka Xu. Nauczycielka Xu kierowała tym kursem od dziesięciu lat z okładem, a największą radością jej życia było wspieranie studentów odkrywających piękno chińskiej mowy. - Posługiwanie się na terenie wydziału językiem innym niż chiński objęte jest ścisłym zakazem. Jeśli ktoś potrzebuje zadzwonić, musi opuścić budynek. A jeżeli ktoś chce rozmawiać z kolegami po angielsku, zapraszam piętro niżej. Stosujemy politykę do trzech razy sztuka. Dopuszczalne są jedynie dwa ostrzeżenia. Po trzecim wykroczeniu kursant zostanie poproszony o rezygnację z dalszego uczestnictwa w zajęciach. Czy to jasne?

Wszyscy pokiwali głowami. Nauczycielka Xu podjęła:

- Jak zapewne mogliście usłyszeć, nasz kurs słynie z intensywności. Z pewnością nie będziemy tu ????. Czy ktokolwiek wie, co oznacza ten idiom?

Nie podniosła się ani jedna ręka. Nauczycielka Xu wyłuszczyła: z grubsza chodzi o to, że czeka nas ciężka harówka. Nie zostaniemy wypuszczeni jak krowy na zielone pastwisko, by spokojnie mielić w pyskach trawę. Na trawę będziemy musieli zapracować. Zawarta w idiomie metafora nie sięga raczej aż tak daleko, lecz doznałam nagle wizji, w której cała nasza grupa przemierza pola chińskiej gramatyki i słownictwa, pożera plony i trawi je wszystkimi czterema żołądkami.

Znaków nie będziemy musieli kreślić odręcznie - prace domowe możemy pisać na komputerze. Na tę wiadomość sala zareagowała zgodnym westchnieniem ulgi. Ktoś nawet wydał z siebie radosny okrzyk. Wszyscy uznawali to za najtrudniejszy element nauki języka chińskiego: wielogodzinne, mozolne przepisywanie w kółko tych samych znaków, po to, aby przyswoiły je sobie zarówno mózg, jak i pamięć mięśniowa. Na pierwszym roku zużyłam niezliczone ryzy papieru, pokrywając je czymś, co moja współlokatorka nazywała "kurzymi gryzmołami". Poważny kłopot z zapisywaniem znaków miałam jeszcze na długo po tym, jak nauczyłam się już rozpoznawać je na pierwszy rzut oka. Zazwyczaj utykałam w mglistej przestrzeni pomiędzy świadomością prawidłowego kształtu danego symbolu a opanowaniem konkretnych pociągnięć pędzelka, pozwalających ów kształt osiągnąć. Często zdarzało mi się myśleć, że gdybym tylko nie musiała uczyć się pisać, moja nauka chińskiego posuwałaby się naprzód w oszałamiającym tempie. Bo weźmy na przykład takie ?? albo i ??. Ucieszyłam się, że tutejsi wykładowcy są podobnego zdania.

- Nauka pisania ręcznego zajmuje zbyt wiele cennego czasu - dodała nauczycielka Xu. - Co więcej, lektorzy mają niekiedy problem z odczytywaniem ręcznych zapisków studentów. Obecnie wszyscy już posługują się komputerami. Również wielu ludzi mówiących po chińsku od urodzenia nie potrafi pisać odręcznie. Doszliśmy więc do przekonania, że jeśli tylko nauczycie się znaki odczytywać, wszystko będzie dobrze.

Następnie zaprezentowała nam program kursu. W przedostatnim tygodniu czeka nas dwuczęściowy egzamin połówkowy, ustny i pisemny. Certyfikaty otrzymamy po egzaminie końcowym. Każde z nas będzie także musiało przygotować zamykającą kurs prezentację: napisać i nauczyć się na pamięć wystąpienia, długiego na co najmniej dziesięć minut lub tysiąc znaków, które wygłosimy przed komisją, w obecności innych uczestników kursu. Otrzymamy możliwość wzięcia udziału w wycieczkach grupowych do Jiufen i Maokong, o czym zostaniemy szerzej poinformowani w późniejszym terminie. Wyjazdy te są dodatkowo płatne, a liczba miejsc ograniczona. Nie są natomiast obowiązkowe. Kurs nie kładzie nacisku na poznawanie miejscowej kultury; dla nas najważniejsza jest praca z językiem.

- I tak się wszystko przedstawia. - Nauczycielka Xu zatarła ręce. - Zdajemy sobie sprawę, że będziecie poważnie obciążeni pracami domowymi, ale jesteśmy również pewni, że sprostacie temu wyzwaniu. Ufamy, że przyjechaliście do nas ze szczerym zamiarem poszerzenia swojej znajomości języka chińskiego. Natomiast jeżeli ktoś chciałby spędzić ten czas w swobodniejszym reżimie, zapraszamy na pierwsze piętro.

Już po raz drugi wspomniała o pierwszym piętrze. Przesłanie było jasne. Owszem, możemy poświęcić lato na zabawę, lecz wtedy pozostaniemy zwykłymi analfabetami.

-

Po spotkaniu zapoznawczym podzieliliśmy się na dwie grupy: połowa ustawiła się w kolejce po legitymacje, a pozostali udali się pod okiem przewodnika na wycieczkę po terenie uczelni.

- Rany boskie - szepnęła Anna, aczkolwiek po chińsku, więc tak naprawdę powiedziała coś w rodzaju "wielkie nieba!". - Patrz, to JC.

Wyciągnęłam szyję i spojrzałam na koniec kolejki. Rzeczywiście on - pochylony nad stolikiem, postukiwał właśnie długopisem o formularz. Stał zwrócony do nas tyłem, ale i tak go poznałam. Po wzroście i spływających na kark kosmykach kędzierzawych włosów.

John Cahan-Song był słynny. W Yale ignorowanie słynnych osobistości szło nam wspaniale. Tylko w moim akademiku mieszkali: były gimnastyk, członek olimpijskiej reprezentacji narodowej, dziedziczka imperium naftowego oraz młodociana aktorka, której serialową postać niedawno uśmiercono. W wolnym czasie można było wyszukiwać fotki tych znanych ludzi, ewentualnie czytać o nich w kolorowych magazynach, ale jeśli zdarzyło się komuś usiąść z jednym z nich przy stole, i tak udawał, że nie ma pojęcia, z kim ma do czynienia. W rzeczywistości wiedzieliśmy, kim są - zdawaliśmy sobie z tego sprawę wręcz hiperdobrze. Każdy wiedział, co to za człowiek i co takiego w danym momencie u niego słychać. Ja, dla przykładu, wiedziałam, że JC ma w swoim pokoju odświeżacz powietrza o zapachu lawendy, jego ulubionym reżyserem jest Luca Guadagnino, a po seksie ma zwyczaj odprowadzać dziewczyny do domu, choć wyłącznie po zmroku.

JC nie wsławił się żadnymi osobistymi osiągnięciami. Był znany ze względu na swoją matkę, lingwistkę, profesorkę Lydię Cahan-Song, o której świat usłyszał za sprawą pogadanki w ramach TED Talk oraz bestsellerowego pamiętnika. Opisywała w nim proces wychowania swoich dzieci, które jeszcze za młodu opanowały w stopniu bliskim perfekcji aż pięć języków. Sama Lydia oraz jej mąż znali jedynie angielski i chiński, zatrudnili więc dwie zagraniczne opiekunki: Francuzkę i Szwedkę, płynnie posługujące się niemieckim, francuskim i włoskim. Justine, starsza siostra JC, obecnie studentka pierwszego roku prawa, była natomiast znana z nieprzeciętnej urody. Oboje byli gwiazdami TikToka. Zamieszczali tam popularne filmiki, na których kłócili się w wielu językach, oznaczanych dla ułatwienia pojawiającymi się na ekranie flagami, bezproblemowo przechodząc w trakcie wypowiedzi z jednego na drugi. Nie miałam żadnej niezdrowej obsesji na ich punkcie, filmiki podsuwał mi po prostu algorytm. Zwykle trafiałam na nie, bezmyślnie skrolując. Aż wstyd przyznać, ile razy widziałam, jak JC usypia małego króliczka, nucąc mu francuską kołysankę.

Ale, ale! Nawet John Cahan-Song musiał się wysilić, żeby opanować chiński! Pocieszająca informacja. Wydał mi się z tego powodu równy mnie. Jak widać, także tiktokowe gwiazdy nie mogą spokojnie przeżuwać trawy na zielonej łączce.

-

Wycieczkę oprowadzała świeżo upieczona absolwentka, niejaka Cassidy. Cassidy ukończyła kilka semestrów naszego kursu, a obecnie wiodła swoje wymarzone życie: pomagała przemierzać zawiłe szlaki języka chińskiego innym wędrowcom.

Dowiedzieliśmy się od niej, że Państwowy Uniwersytet Tajwański został zbudowany w latach dwudziestych dwudziestego stulecia przez kolonialne władze japońskie, ale po klęsce, której doznała Japonia w drugiej wojnie światowej, został przemianowany i założony ponownie, tym razem jako uniwersytet chiński. Idąc za przewodniczką, próbowałam ustalić, co takiego właściwie sprawia, że uczelnia wydaje mi się tak bardzo chińska. Może liście lotosu unoszące się na powierzchni Jeziora Pijanego Księżyca? A może strzeliste palmy okalające centralny bulwar? Albo nazwy akademików, które nie nosiły tu imion nieżyjących posiadaczy niewolników, a nazywały się na przykład Czwarty Akademik Żeński bądź Ósmy Akademik Męski. Odpowiedzialne mogły być także gigantyczne parkingi dla rowerów, na które natykaliśmy się w zasadzie na każdym rogu. Nigdy nie widziałam na żadnym kampusie tak wielu rowerzystów. Pędzili szerokimi ścieżkami rowerowymi, zwykle jadąc bez trzymanki, z dłońmi zajętymi wklepywaniem wiadomości.

Cassidy pokazała nam stoisko z makaronem, sklepik z przekąskami i punkt sprzedaży produktów z miejscowej farmy (wydział agronomiczny uczelni słynął ze swoich krów i wszystkich uczestników wycieczki zachęcono do skosztowania wytwarzanych z ich mleka lodów). Następnie zaprowadziła nas do centrum studenckiego. Tam poinformowała, że to świetne miejsce na obiad. Jedzenie jest bardzo tanie i wcale nie tak złe, na jakie wygląda. Była też piekarnia, stragan z pierożkami, stoisko z bubble tea, a nawet wegetariański bufet z żarciem na wagę, gdzie można było samodzielnie nabierać ryż z wielkiego elektrycznego gara. Nie mieli klimatyzacji. We wszystkich kątach szumiały gigantyczne wiatraki. Tajwańscy studenci siedzieli przy stołach zgarbieni, wpatrzeni w podręczniki.

Po wyjściu zgromadziliśmy się wokół wysokiej metalowej konstrukcji: czterech wysokich pałąków wygiętych u szczytu do środka i wspólnie podtrzymujących zawieszony pośrodku, odlany z brązu dzwon. Był to tak zwany "dzwon Fu", nazwany tak od nazwiska jednego z byłych rektorów.

- Rektor Fu był postacią powszechnie uwielbianą - wyjaśniła Cassidy. - Pewnego razu, kiedy panował stan wyjątkowy wprowadzony po studenckich protestach, rząd wysłał na kampus wojsko, które miało wyłowić jednostki o sympatiach komunistycznych. Rektor Fu nie wpuścił żołnierzy na teren. Oświadczył, że uniwersytet to świątynia nauki, nie teren do uprawiania polityki. Zapowiedział też, że jeśli wojskowi zranią choć jednego studenta, stanie do walki osobiście.

Ktoś w tym momencie zapytał, czy w czasach zimnej wojny było w Tajwanie wielu zwolenników komunizmu, na co Cassidy obrzuciła go spojrzeniem, jakim traktuje się zwykle głupków.

- Dziwne pytanie - stwierdziła. - Chiny kontynentalne są przecież rzut kamieniem stąd.

-

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Karta redakcyjna

COPYRIGHT ? BY R.F. Kuang, 2026COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

Tytuł oryginalny: Taipei Story

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-312-6

Kod produktu: 4000720

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

TŁUMACZENIEGrzegorz Komerski

REDAKCJAMagdalena Stonawska

KONSULTACJA W ZAKRESIE JĘZYKA CHIŃSKIEGOAgnieszka Szmatoła

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

ILUSTRACJA NA OKŁADCE, BRZEGACH I WYKLEJCEWhooli Chen/Central Illustration Agency

FOTOGRAFIERebecca F. Kuang

FOTOGRAFIA AUTORKIJose Camacho

PROJEKT I OPRACOWANIE OKŁADKI POLSKIEGO WYDANIA NA PODSTAWIE ORYGINALNEGO PROJEKTU PLOY SIRIPANT/HARPERCOLLINS PUBLISHERS LLCSzymon Wójciak

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]