Zapłata dla Flecisty - George A. Romero, Daniel Kraus

Reflow text when sidebars are open.
- ALBO -
JAK PROWADZIĆ EWIDENCJĘ PODSTĘPNEJ SŁODYCZY
Objazdowy Lunapark Boba Firemana wtaczał się na obrzeża zielonego piekła Alligator Point, do wtóru organów parowych i trzepotu proporczyków, każdego ósmego stycznia od... cóż, żaden żyjący Pointer nie potrafił sobie przypomnieć, by to się kiedyś nie zdarzyło. Punktualne jak zegarek przybycie wesołego miasteczka upamiętniało wydarzenie, o którym wiedziały nawet tak małe dzieci jak Pontiac. Odkąd zaczęła szkołę, każdego roku słyszała tę samą opowieść od swojej nauczycielki, panny Ward.
O chłodnym świtaniu ósmego stycznia 1815 roku - panna Ward uwielbiała kwieciste wprowadzenia - piętnaście tysięcy uzbrojonych w muszkiety brytyjskich żołnierzy natarło na jedyne umocnienia osłaniające Nowy Orlean: ośmiusetmetrową błotną barykadę. My, Jankesi, dysponowaliśmy tylko jedną trzecią ich szeregów w postaci naprędce zebranych zawodowych żołnierzy, wolnych Czarnych, strzelców z pogranicza, Indian z plemienia Czoktawów i awanturników spod czarnej bandery Pirates Lafitte*. Mimo to ta obdarta hołota zdołała ruszyć marszowym krokiem pod dowództwem generała majora Andrew Jacksona, który w tych okolicach ustępował sławą wyłącznie Jezusowi. Dwie godziny później Brytole powiosłowali do domu z podkulonymi ogonami. Ich polegli zostali zepchnięci do rowu na stanowiącej teren bitwy plantacji Chalmette i była to jedyna gafa popełniona przez Jacksona. Znajdowali się w krainie bayou. Parująca gleba oznajmiła Angolom, że nie życzy ich sobie, nawet martwych, i wypchnęła te gnijące czerwone kurtki z powrotem na prażące słońce.
Według panny Ward bitwa pod Nowym Orleanem była świętem narodowym określanym po prostu jako "ósmy" od pięćdziesięciu przepierdzielonych lat! (Panna Ward nie powiedziała "przepierdzielonych", ale zrobiła to Pontiac - tak cicho, że usłyszał to jedynie Billy May). W pewnym momencie ósmy stycznia w jakiś sposób zgubił swój prestiż, ale nie wzbudziło to w Pontiac zaskoczenia. Tu, na bagnie, tak to już bywało, że różne rzeczy ginęły. Luizjańczycy zapamiętali jednak datę, bo miejscowi uwielbiali swoje uroczystości. Na każdym zadupiu, do którego zawędrowała Pontiac, słyszała, jak gąbczasta kraina wdmuchuje z powrotem dech niesławnym zmarłym.
Jackson: szmer trzciny cukrowej.
Lafitte: szelest glonów rozsuwanych przez aligatory.
Nikt nie przestrzegał ósmego stycznia ściślej niż Bob Fireman, gość, który nie istniał, ale jego nazwisko hasało w wesołym miasteczku na każdym stoisku z jedzeniem, potykaczach i tabliczkach pokazujących, ile trzeba mieć wzrostu, by skorzystać z jakiejś atrakcji. Objazdowy Lunapark Boba Firemana wjeżdżał do właściwego Alligator Point dopiero dwudziestego trzeciego czerwca - w inną luizjańską uroczystość zwaną dniem świętego Jana. Wesołe miasteczko z ósmego stycznia leżało w odległości czterdziestu minut pieszo na północ, w położonym na suchym lądzie miasteczku Dawes, gdzie mieściły się sklep Piggly Wiggly, dworzec autobusów Greyhound i mnóstwo innych współczesnych udogodnień.
Właśnie tam kierowała się Pontiac, a jej dziewięcioletnie, czterostopowe, pięćdziesięciopięciofuntowe ciało było równie poruszone jak wstrząśnięta puszka z napojem.
Tatuś nie pochwaliłby rozwijanej przez nią prędkości. "Za szybko nocą pobiegniesz, cher, i już mówisz bonsoir dnu ruchomych piasków, rozumiesz" - często ostrzegał swoim barytonowym cajuńskim. Tak wyglądała jego trzeźwa wersja. Gdy dokonał natarcia na pół butelki Everclear, jego porady stawały się mniej przyjazne: "Ruchome piaski, głupia".
Tego wieczoru nie miała zamiaru zwalniać. Poza tym ruchome piaski nie zdołają jej pochwycić, jeśli tylko będzie się trzymała drogi. Większą szansę miała na to, że wpadnie w jedną z dziur wykopanych samodzielnie przez tatusia - zatoka Barataria była usiana jego charakterystycznymi jamami, w których próbował bezowocnie szukać pirackiego łupu ukrytego podobno niemal dwieście lat wcześniej przez Jeana Lafitte'a.
Właśnie dlatego wcześniej zajrzała do Doc's Mercantile. Oszczędzała na wędkę Whiz-Bang, którą wystawiono w witrynie, ale teraz nie miała wyjścia i wszystko, co zebrała, musiała poświęcić na latarkę kosztującą 4,99 dolara. Jak inaczej zdołałaby ominąć wszystkich dziesięć milionów żenujących dziur tatusia? Przed sobą widziała mnóstwo innych Pointerów zmierzających do Dawes. Z kołyszącymi się latarkami wyglądali jak świetliki.
Palce drugiej dłoni Pontiac zsunęły się na wilgotną okładkę książki, która, jak żartował sobie bibliotekarz pan Peff, była niewiele od niej mniejsza: "Kompendium opowieści z mitologii Cthulhu" autorstwa H.P. Lovecrafta.
Podobnie jak na większości starszych książek zgromadzonych w zajmującej jedną salę bibliotece, dawno temu ktoś wyrył na niej symbol ośmiornicy, w tym przypadku na tylnej okładce. W Alligator Point wszędzie można się było natknąć na stare znaki ośmiornicy. Na omszałych, wystających z bagna głazach, na starych pniach, na ścianach leciwych chat. Pontiac nie wiedziała, skąd się wzięły. Gdy spytała tatusia, w odpowiedzi otrzymała jedynie zirytowane wzruszenie ramion.
Tatuś nie lubił czegoś nie wiedzieć.
Tak samo Pontiac. Właśnie dlatego czytała cały przepierdzielony czas, wywołując rozdrażnienie Billy'ego Maya i nadąsanie tatusia, który patrzył na jej książki tak, jakby były lepszymi ludźmi, niepotrzebującymi gorzały, żeby stawić czoło kolejnemu dniu. Pan Lovecraft, jej bieżący wybór, tworzył zdania równie kręte jak istoty, jakie można było znaleźć na bagnie. Miały falujące łuski i ociekające kły.
Coś z ohydnym mlaskiem wyczłapało z mroku.
Gdy Pontiac była uzbrojona w taką książkę, nic od Boba Firemana nie zdołałoby jej wystraszyć.
Ten liczący 618 stron tom stanowił dla niej jedyną ochronę, odkąd jej najlepszy przyjaciel Billy May stwierdził, że jest zbyt zmęczony, by pójść do wesołego miasteczka, choć prawda wyglądała tak, że był zbyt tchórzliwy. Pontiac była w opór wściekła. Ona i Billy May zawsze chodzili do Boba Firemana zarówno ósmego stycznia, jak i dwudziestego trzeciego czerwca. Billy za każdym razem powtarzał, że słyszy ciężarówki lunaparku dudniące aż z Nowego Orleanu.
Oczywiście była to bujda. Ale bujdy nie do końca są kłamstwami. Są prawdami rozciągniętymi jak krówka mordoklejka, by życie stało się bardziej interesujące. Objazdowy Lunapark Boba Firemana był niczym katedra postawiona ku chwale bujania. Nie dało się tam obrócić głowy, by nie grzmotnąć nią w najlepsze bujdy, jakie kiedykolwiek widziała.
NAJBARDZIEJ PRZERAŻAJĄCA KARUZELA NA ŚWIECIE - wątpiła w to!
ZA 5 DOLARÓW ZOBACZYSZ NAJWIĘKSZEGO SZCZURA INDII - no jasne, naiwniaki!
NIE ZDOŁASZ UCIEC Z LABIRYNTU MUTANTÓW - założycie się?
Na tym polegał najpodstępniejszy, najtrwalszy element bujd. Wystarczy wypluwać je wystarczająco często, a spiętrzą się i pokryją skorupą tak twardą, jak gniazda os. Tatuś mawiał, że Nowy Orlean został zbudowany na "bujdach, kłamstwach i fabrykacjach" i te trzy filary powstrzymywały miasto przed wbulgotaniem w trzęsawisko. Płuca wciągały tutaj bujdy wraz z gruszkami bradford, konfederackim jaśminem, kreolskim mirepoix i świeżymi beignetami - a także z paskudnymi rzeczami: popowodziową pleśnią, nagrzanymi skorupami po rakach, końskim łajnem spod bryczek dla turystów i menelskim bukietem zapachowym z Bourbon Street złożonym z gorzały, szczochów i rzygów. Zaś to, co nie lądowało w nowoorleańskiej krwi, każdą uliczną dziurę w Dzielnicy Francuskiej wypełniało kipiącą czarną smołą lepkiej rozpusty.
Niektórzy Pointerzy nazywali ją "podstępna słodyczą". Wyniesie cię wysoko, proszę ja ciebie, ale wnętrzności też zeżre - tak pewne, jak że cztery psy cztery dupy mają.
Pontiac z chlupotem przedostała się przez rów pełen salwinii małej, pochyliła się pod konarem sosny wirginijskiej i nagle wyłonił się przed nią Objazdowy Lunapark Boba Firemana. Światła karuzel błyskały niczym wilgotne zęby, a tłuste przysmaki ziały gorącymi oddechami.
Zaraz za wejściem czekała na nią - i tylko na nią - Komnata Smoków. Z porów skóry Pontiac sączył się cukier trzcinowy. Aż bolało. Przeciągnęła opuszkami po ośmiornicy wyrytej na książce i pomyślała, żeby wziąć nogi za pas jak Billy May. Żeby wrócić do domu.
Jeśli coś u Boba Firemana mlaskało, jeśli coś tam człapało, to właśnie w Komnacie.
Chwilkę przed północą Billy usłyszał swoje imię.
- Billy May? Billy May, ty tam jesteś?
Czekał na to zawołanie, odkąd wypuszczono go ze szkoły. Na zarośniętym pnączami Alligator Point, gdzie trudno było stwierdzić, czy stopy stoją w suchym, czy w wilgotnym, gdzie powietrze było wodą, a komary nauczyły się pływać, wystarczający mrok panował już wtedy, gdy słońce wisiało w górze. Kiedy zachodziło, czyli o tej porze roku koło wpół do piątej, wtedy wszystko, co skrywało się pod zielonymi baldachimami Pointu, spowijała czerń.
Robiło się ciemno, gdy Billy i Pontiac szli do domu. Dwie i ćwierć mili wąską gruntową ścieżką wydeptaną przez ludzi, którzy każdego dnia kierowali się do Pointu i z niego. Nie było tu dróg. Ścieżka omijała mętne, cuchnące siarką sadzawki, których poziom wznosił się i opadał wraz z pływami Zatoki Meksykańskiej. Nie dałoby się stwierdzić, co się w nich kryło - on i Pontiac ochrzcili to "świńską breją" po ciemnej paci z błota, trawy, kurzego gówna i martwych szkodników z chlewu Setha Durbera.
Billy miał ochotę wyznać Pontiac, co go nastraszyło. To coś, o czym szeptały dzieciaki, co poiło się twoim śmiechem, jakby to był słodki napój, co mamlało miłe uczucia, jakby były gumą do żucia. Miał wrażenie równie pewne jak głód, mdłości albo chęć, by się wysikać, że to coś idzie po niego.
Niektórzy nazywali to Flecistą.
Ale przez całą pieszą drogę Billy'ego do domu Flecista nie wyciągnął ręki spod krzaku taro, by chwycić go za kostkę, ani nie runął w dół z łodyg oplątwy brodaczkowej. Może powstrzymywała go głośna, plugawa gadka Pontiac. Gdy Billy dotarł bezpiecznie do domu, poczuł się znacznie lepiej. Bo była jeszcze jedna rzecz, o której wiedział każdy dzieciak: Flecista zmuszał cię, żebyś to ty do niego przyszedł.
- Billy May - zawołał głos. - Nie słyszysz mnie?
Rama okna była podniesiona. Moskitiera opuszczona. Głos przeciskał się przez nią wraz ze swoją dziecięcą intonacją. Billy nie umiał stwierdzić, czy się obudził, czy też dręczą go złe sny. Czuł też zapach lilaku. Mama go nie sadziła.
- Nie ma mnie tu! - zawołał.
Na obsrane jaja, to było głupie. Billy przeklął sam siebie, gdy dziecięcy głosik zachichotał.
Postanowił się wycofać.
- Znaczy... Nie wolno mi wychodzić. Nie wolno mi nic robić. Już pora spania. Mama i tatuś są tu ze mną.
- Serio?
- Aha.
- Zawołaj któreś, niech do okna podejdzie. To ci powie, że ja to nic, czego trzeba się bać.
- Kto mówi, że się boję?
- Daj spokój, Billy May. Każdy z choć jednym uchem słyszy, żeś wystrachany. Twoja mała dziewczyna też by ci to powiedziała. Dlatego cię wystawiła.
Ta istota za jego oknem wiedziała o Pontiac? To głęboko przeraziło Billy'ego. Wyładowywanie tego strachu z piersi było jak wyciąganie mokrych liści z torby na śmieci.
- Mów dalej - odparł Billy. - Nie chcę obudzić rodziców.
- Nie chciałbym, coby się rozeszło, że Billy May w jednym śpi pokoju z rodzicami. - W głosie zabrzmiał ból.
Chryste, istniało tak wiele różnych rodzajów strachu.
- Wcale nie - upierał się Billy.
- Twoi mama i tata... oni tak naprawdę nie są tu, co?
Cajuński, którym posługiwał się ten głos, był szczególny. Większość dzieciaków w wieku Billy'ego nie miało akcentu dzięki telewizji, która zagościła w tych dalekich ostępach dwadzieścia lat wcześniej.
Moskitiera zadrżała. Może to podmuch. A może głos był tak blisko.
- Brzmi to mi tak, jakbyś myślał, że ja coś złego. To ja cię spytam. Skąd ja mam wiedzieć, kim ty jesteś? Przecież ja też nie widzę, z kim gadam!
Billy leżał w milczeniu. Słuszna uwaga.
- No to chodź tutaj - rzekł. - Zajrzyj przez okno.
- A, wzrok mam do dupy. Nawet na krok przed sobą nie widzę.
- No to dlaczego chodzisz po nocy? - zripostował Billy. - Po ciemku jeszcze trudniej jest widzieć.
- Stary mnie znowu skopał. Wyrzucił z domu. Ale patrz, mam paczkę Pall Malli. Zajumałem staremu z Levisów, jak wychodziłem. Pomyślałem, że cię poczęstuję.
- Chuck? - Billy się rozpromienił. - Chucky Steve Beatty? To ty?
Teraz to co innego! Billy już trzy razy palił Pall Malle z Chuckym Steve'em Beattym. To było miłe uczucie. Pozwalało poczuć się twardo. Nie miał nic przeciwko temu, żeby znowu czuć się twardo. Może i ludzie nazywali papierosy i napoje Big Gulp podstępną słodyczą, ale na pewno dobrze smakowały.
Billy zwiesił nogi z łóżka. Pot na piszczelach skrystalizował mu się w lód.
- Podchodzę do okna. Tylko tyle.
- Nic więcej nie chcę.
Pall Malle i przyjaciel akurat wtedy, gdy Billy go potrzebował. Przeszedł po podłodze. Nachylił nos do moskitiery. Wariacko pachniało lilakiem. Oparł dłonie na drewnianym parapecie tak zbutwiałym, że ledwo utrzymywał kształt ośmiornicy wyrytej tam na długo przed tym, zanim Billy się urodził.
Pontiac to było jej nazwisko. Gdybyście odezwali się do niej po imieniu, ostrzegłaby was, że jeśli zrobicie tak jeszcze raz, to wam przylutuje, przysięga na grób swojej mamy. I dosłownie tak robiła. Za każdym razem, gdy tatuś uchodził z życiem z naprawdę paskudnego chlańska, ciągał Pontiac do miasta na cmentarz imienia świętego Wincentego a Paulo, gdzie przepraszał Janine Pontiac przy grobowcu tak białym, że Pontiac aż piekły oczy. Tatuś zawsze dawał jej pięć minut w samotności przy grobie, a ona porządnie wykorzystywała ten czas, żeby sobie pobluzgać. Mamo, po jaką cholerę dałaś mi tak gówniane imię?
Na szczęście większość osób z Pointu straciła akty urodzenia w wyniku powodzi, pożaru, pleśni lub braku zainteresowania. Ostrygarz Gregg Bentley uchodził za "Czerstwe Ciastko". Pani Burroughs z Lake Laurier zdecydowała się na "Salazar". Nastolatek ze stacji Texaco reagował tylko na "Igrającego z Ogniem". Pointerzy, którzy zauważyli ją, gdy stała przed Komnatą Smoków, powiedzieli tylko: "No hej, Pontiac", na co skinęła głową, chłodna jak cola.
Nikt nie męczył jej też pytaniami, gdzie jest tatuś. Po pierwsze, wiedzieli, że leży gdzieś pijany jak bela. Po drugie, wszystkie dzieciaki z bayou się szwendały. To dlatego prowadzenie ewidencji, głównie siebie nawzajem, było jedną z głównych zasad życia w Poincie. Przynajmniej kiedyś. Panna Ward mówiła, że mieszkańcom Pointu groziło, że zapomną o naukach płynących z bitwy pod Nowym Orleanem. Nawet jeśli byliśmy podobną hałastrą jak armia Jacksona, bardziej liczyło się to, że wszyscy jesteśmy swoimi powinowatymi, a zatem musieliśmy prowadzić ewidencję.
Właśnie dlatego oprócz latarki i Lovecrafta Pontiac miała też ze sobą trzecią rzecz. Tę rzecz dała jej mama, zanim wyrzęziła z brzucha wypełnionego rakiem: "Prowadź ewidencję swojego tatusia" - wydyszała. "Prowadź ewidencję wszystkiego. Musisz mi obiecać".
Pontiac nie miała nazwy dla swojego notatnika w czarno-białej okładce, oprócz tego, że był jej "dziennikiem okrętowym". Rejestrowała w nim rozmaite rzeczy, tak jak kazała mama. Mapy miejsc, do których poszła (ruchome piaski zaznaczała symbolem kratki), i uwagi na temat tego, co zauważyła, na przykład podejrzanych niebieskich kwiatów wyłaniających się z trawy mydlanej przy domu Deeverów, albo że pies Salazar kuleje już od dwóch miesięcy i najwyraźniej wszyscy mieli to w przepierdzielonej dupie.
Prowadziła też ewidencję umarłych. Nie za wielu ludzi zostało w Alligator Point, a mimo to niektórym udawało się kopnąć w kalendarz co kilka miesięcy. Głównie przez raka. Sporo osób winiło za to przybrzeżne platformy wiertnicze. Jakieś toksyczne wycieki, ropa w wodzie, kto wie? W Poincie było tak wiele raka, że Pontiac uznała, że gdyby zanurkowała w bagnie z latarką, odnalazłaby pod powierzchnią jego sterty, gumowate czarne kleksy, które dygotały, obmyślając, jak wpełznąć ludziom do rur odpływowych.
Przy tym wszystkim wydawało się sensowne, że karnawałowe wesołe miasteczko wciąż dotaczało się na to trzęsawisko. "Karnawał", powiedziała kiedyś panna Ward, "pochodzi od słów carne vale, czyli "pożegnanie z ciałem"".
Innymi słowy, rak.
Pontiac wysunęła dziennik okrętowy zza dżinsów. Wygiął się od potu i dopasował kształtem do dolnej części jej pleców. Poraniony jej zębami ołówek zwisał na sznurku przywiązanym do okładki. Gdy robiła notatki, czuła się tak, jakby mierzyła niemal pięć stóp wzrostu i miała siłę jak przy stu funtach wagi.
Właśnie takiego doładowania potrzebowała, żeby zmierzyć się z Komnatą Smoków.
Już od trzech lat Pontiac i Billy May stawali przed nią z otwartymi ustami, zapomniawszy o cynamonowym cieście Trzech Króli, i nasłuchiwali szelestu węży we wnętrzu. Pokaże Billy'emu Mayowi. Wejdzie tam sama i zrobi szczegółowe notatki w dzienniku okrętowym, by udowodnić, że się jej udało.
Podeszła do kasy, jednocześnie zapisując swoje obserwacje.
Pracownicy Boba Firemana nosili maski. Nie tę obklejoną piórami i cekinami, poliestrową tandetę z Decatur Street, robioną pod turystów. Te maski wyglądały jak wygrzebane ze starych kufrów obrośniętych pajęczynami. Prawdziwe włosy, czerwone aksamitne kaptury, zakrzywione nosy z drzewa balsa, pomięte płótno. Mężczyzna garbiący się na taborecie przy Komnacie Smoków miał na sobie gruzłowatą maskę z papier-mâché z czarnymi rogami, pustymi oczami i wargami układającymi się w małe kółko.
- Pięć dolców - rzekł demon przez biały otwór.
- Ćśśś - odparła Pontiac. - Piszę.
- Co jest takiego ważnego, że musisz to zapisać?
- Szczegóły.
Stopnie Komnaty były stare niczym czas, a u ich spodu wyryto kolejny dawny symbol ośmiornicy.
Demon roześmiał się. Papier-mâché złuszczył się. Przyklejone podgardle zakołysało się.
- O szczegóły ci chodzi? We wnętrzu tej ciężarówki znajdziesz ich pod dostatkiem, dynieczko.
Pontiac skrzywiła się gniewnie.
- Nie jestem niczyją dynieczką.
Czerwona głowa demona przekrzywiła się. Zmierzył Pontiac spojrzeniem czarnych oczu.
- Podaj mi swoje imię, żebym mógł je prawidłowo wymówić.
Tatuś ją przed tym ostrzegał, tak samo jak panna Ward: nie chwal się swoim imieniem przed nieznajomymi. A jednak mrowiło ją ono na języku, jak jakaś podstępna słodycz. Pragnęła usłyszeć je na głos. Do diabła, nie będzie szczęśliwa, dopóki cały świat go nie usłyszy.
- Czy ja znam twojego tatę? - naciskał demon.
Pontiac wątpiła w to. W większość wieczorów tatuś nie miał w sobie dość zręczności, żeby dotrzeć dalej niż do Pelicana, najbliższego baru. Jeśli ten demon spotkał tatusia, gdy ten pił, to dobrze wiedział, że tatuś umiera. Nie od takiego raka, który wykończył mamę, tylko od takiego, którego pielęgnował jak zwierzątko domowe.
- A może znam twoją mamę - powiedział demon.
Pontiac zastanawiała się, czy przed demonem zdradził ją kolor skóry, plasujący się dokładnie pomiędzy bielą tatusia i czernią mamy. Wspominanie rodziców tak czy siak było podłe. Gerard i Janine to słowa działające jak ruchome piaski, zdolne wciągnąć w siebie odwagę, jakiej Pontiac potrzebowała, żeby wejść do tej ciężarówki.
- Pontiac jestem - wypaliła raptownie. - A ty?
- Nie wiesz, po co to zasłanianie twarzy? Bogaty, biedny, anioł, diabeł... jeśli nosisz maskę, możesz być każdym z nich. Mógłbym ci powiedzieć, jak się nazywam, ale okazałabyś się głupia, gdybyś uwierzyła.
Skunksiwo! Została okantowana! Gorąco wpełzło jej na policzki, które stały się czerwone jak kwiaty milinu. Nie walczyła z tym. Gniew zawsze był lepszy od strachu.
- Zamierzasz mnie wpuścić czy nie?
Demon oderwał bilet.
- Chyba jednak nie znam twoich rodziców. Pontiac, tak? To świetny samochód. Dam ci dolca zniżki.
To nie był Chucky Steve Beatty, ale Billy'emu Mayowi i tak podobał się jego wygląd. Smugi błota na policzku i brodzie. Włosy przylizane na sztywno. Bose stopy tak obklejone błotem, że wyglądały jak łapy pumy.
- No hej tam, William.
Głos chłopca gładko jak dźwięk klarnetu przebijał się przez harmider żab, gwarków, czapli.
- Hej - odparł Billy.
Chłopiec uśmiechnął się i w mroku dżungli zalśniły białe zęby.
- Nie nosisz okularów? - zauważył Billy.
- Hę?
- Mówiłeś, że nie widzisz dobrze. Dlaczego nie nosisz okularów?
- Do diabła. Ja? Ja bym je w dwie minuty rozwalił, ot co...
Billy poruszył się nerwowo.
- Chyba cię nie znam.
- Toś ty chyba słabo patrzył. Ja w szkole codziennie. No... prawie codziennie.
- I chcesz... podzielić się fajkami? Ze mną? O północy?
- Na gówno Abrahama. Północ to najlepszy czas na dzielenie się fajkami! Nie ma nikogo, żeby dać ci wciry. Nie żebym się wcirów bał. Raz takie dostałem, że mi z dupy krew leciała.
Billy znał panikę ogarniającą go, gdy ktoś go w czymś prześcigał. Czuł ją cały czas przy Pontiac.
- Dostawałem wciry - upierał się. - Sporo razy.
- Po to my, chłopaki z bayou, żyjemy, nie?
- Nie słyszałem jeszcze żadnego innego powodu. - Billy się uśmiechnął. - Przypomnisz mi swoje imię?
Chłopiec wyciągnął papierosa z paczki, zapalił ją jednorazówką Bic i zaciągnął się.
- Pierre. Chociaż ja za bardzo tego imienia nie lubię.
- Pontiac też nie za bardzo lubi swoje prawdziwe imię.
- My, Cajuni, nasze maski kochamy. Imiona to też maski.
Billy May był pod wrażeniem.
- Powiedz mi, jak na ciebie mówić?
- Nie będę się dawał zawstydzić tej całej Pontiac. Flecista przeważnie na mnie mówią.
Podczas jazdy z Pontiac na Wombatowej Wirówce w ostatnią wigilię świętego Jana żołądek Billy'ego najpierw szarpnął się gwałtownie, a potem wyrzucił z siebie kanapkę zjedzoną na lunch. Teraz wstrząsnęło nim tak samo. Później Billy'ego ogarnęło mrowiące uczucie, zupełnie jakby już palił papierosa. Gdy usłyszał, jak Flecista przedstawia się uprzejmie, spotkanie z nim okazało znacznie lepsze, niż się wcześniej spodziewał. Z brudną twarzą, potarganymi włosami i zabłoconymi stopami ten cały Pierre wyglądał prawie jak on.
Poza tym na ile niebezpieczny mógł być chłopiec, który ledwo co widzi?
Pierre potrząsnął paczką z papierosami. Billy nigdy nie miał aż tak wielkiej ochoty na palenie jak teraz. Gmerał przy poskręcanych drucikach moskitiery.
- Dlaczego nazywają cię Flecistą? Oprócz tych Pall Malli palisz też fajkę długą jak flet?
Pierre wyszczerzył zęby.
- Fajki są dla strojnisiów, a to na pewno nie ja jestem. Ale placek z rabarbarem to ja lubię skubnąć jak gryzoń. - Wypuścił z siebie długą smugę szarego dymu. - To wskazówka, Billy May.
- Rabarbar - powtórzył Billy.
- Nie. Skubnąć jak gryzoń, głuptasie.
- Och. Gryzoń. - Billy zmarszczył brwi, a potem się rozchmurzył. - Panna Ward czytała nam kiedyś opowieść o Fleciście z Hameln. Sprowadził stado myszy z urwiska.
- O to mi chodzi. Ale jedno mi powiedz. Jak ten stary Flecista ich prowadził, to czemu sam w przepaść nie poszedł?
- Ja... nie wiem.
- Bo to kłamstwo wielkie jak Teksas. Jak wszystkie te historie o mnie.
Istota z bagien. Wołająca ludzi po imieniu. Wciągająca ich pod ruchome piaski. Pożerająca ich kości. Powtarzanie tak okropnych opowieści przy Pierze wydawało się zupełnie niegrzeczne.
- Nie słyszałem nic takiego - skłamał Billy.
- To czemu tu do mnie nie wyjdziesz?
- Bo... po prostu nie chcę.
- Najpierw to nie wolno ci było, a teraz to już po prostu ci się nie chce. Co za Abrahamowe gówno!
Pierre rzucił papierosa na ziemię. Czerwone iskry rozsypały się jak proso. Obrócił się i odszedł gniewnym krokiem, zabierając za sobą woń lilaku. Panika podeszła Billy'emu do gardła niczym mdłości. Jeśli zamierzał kiedykolwiek dotrzymać kroku Pontiac, to musiał zacząć zachowywać się odważniej.
Billy podciągnął moskitierę, skulił się, przeturlał nad starą ośmiornicą i zeskoczył w rosnące pod oknem chwasty. Podniósł się i pobiegł. Bagno było czarne, granatowe i różowe, otulało Pierre'a niczym kocia matka.
- Czekaj!
Gdy Pierre się obrócił, uśmiechał się szeroko, jakby nawet przez chwilę nie wątpił, że Billy za nim pójdzie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
* Słowniczek zwrotów obcojęzycznych znajduje się na końcu książki.